Czarna polewka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Czarna polewka
Wydawca Władysław Łoziński
Data wydania 1868
Druk Władysław Łoziński
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


CZARNA POLEWKA
Z OPOWIADAŃ ROTMISTRZA KAWALERJI NARODOWEJ
SPISANE
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.

Rotmistrz Kaniowa imieniem Sebastjan, bo my wszyscy Kaniowy chętnie to imię dla pamięci prapradziadka nosimy — był mężczyzną wzrostu niemal olbrzymiego, mimo lat siedemdziesięciu kilku trzymał się prosto, wedle przysłowia jakby kij połknął, i budową ciała wzbudzał podziwienie i uszanowanie. Niegdyś być to musiał bardzo piękny mężczyzna, a mimo siwizny i teraz jeszcze wyglądał pięknie, świeżo, rumiano, choć mu już fałdy i marszczki twarz jakby siatka pokryły. Czoło miał wyniosłe, włosów nie wiele w tył zarzuconych, a wąs, was... opisać wąsa nie potrafię. Lękałbym się aby mnie o przesadę nie posądzono. Prawda że rotmistrz go pieścił, kochał, że się nim chlubił, że koło niego chodził jak koło dziecka najmilszego, ale co też to był za wąs! Jaki wzrost, bujność, jaka forma artystyczna, jaka linja, co za wygięcia, rzekłbyś istoty żywej która się czuje piękną i podobać pragnie! Z całej niegdyś zuchowatej mezkiej piękności, został mu ten wąs, młody jeszcze... rzekłbyś wesoły... Rotmistrz umiał go pokręcać, a obejście się jego z nim najlepszą było oznaką humoru... kiedy go zbytnio szarpał, już mu się niebezpiecznie było narażać...
Rotmistrz Kaniowa jako krewny rezydował u dziadka na respekcie, ale go musiano szanować, bo sobie chybić nie dał. Zdawało się iż po troszę łaskę czynił, gdy dom swoją bytnością zaszczycał. Osobliwsza rzecz, nie był dumny, w sercu dobry i usłużny, ale najmniejsza oznaka lekceważenia oburzała go tak, że gotów był na awanturę. Nie było to w nim, jak się często trafia, uczuciem chorobliwem, ani tą bezmierną draźliwością, klika się lada czego czepia, aby potem uznając winę, przepraszać musiała za porywczość. Rotmistrz miał takt doskonały, uczucie pewne, darmo waśni nie szukał, ale płazem najmniej wyraźnej intencji dotknięcia nie przepuścił.
Wychowanie jego podobnem było do innych owego wieku niezamożnej szlachty, trochę szkół, nawet nieco palestry, potem służba wojskowa i ów żywot szlachecki, który sam był szkołą najlepszą. Dodajmy że czytać lubił bardzo a czytał nie jak dziś czytają, per dominum pstrum, aby książkę przelecieć po wierzchu, powoli i przetrawiając dobrze to, do czego się wziął.
Uczonym nie był, ale też do tego najmniejszej nie miał pretensji, sam się prostaczkiem zowiąc, wszelako tak zdrowego rozsądku i pojęcia zdrowego trudno. Miał i ten przymiot o który dziś najtrudniej — bo go prawie nie widać — iż wyższość wszelką uznawał, cenił i nie stawał do niej plecami i wzgardą, zazdrośliwie, ale z ciekawością i współczuciem.
Takim, jakem go odmalował, dostał się po Kościuszkowskiej rewolucji i powrocie z rosyjskiej niewoli, do domu dziadka i takim już do końca życia pozostał. Wiódł życie proste, lubił myślistwo i miał go do syta, roboty obowiązkowej żadnej, wygody wszelkie i poszanowanie. W domu nie chybiając nikomu i nie przykrząc się też umiał zachować swobodę, a co dziwniejsza służba zawsze zgryźliwa, bo często zmęczona, jego szanowała i kochała.
We dworze, ba... nie było człowieka coby go nie lubił, bo znów nikomu się on nie naprzykrzył. Do kogo nie miał serca, to go zimno zbywał i unikał.
Strzelał jak nikt, a o myślistwie prawie nigdy nie rozpowiadał, trzeba się go było pytać żeby się co dowiedzieć. Kłamstwem się brzydził, gdy w żaden sposób prawdy nie wypadało powiedzieć, milcząc usuwał się.
O ile książki lubił (choć nie wszystkie, bo bywały takie które za okno ciskał ze złości), kałamarzem i papierem brzydził się niezmiernie, gdy mu najmniejszą karteczkę przyszło napisać, pluł, zżymał się i najczęściej wołał ostatecznie pójść o milę piechotą z odpowiedzią, niż z atramentem mieć do czynienia. Pisał też, gdy mu się to trafiło, panie Boże odpuść, jakby kura nabazgrała, i metodycznie w przekątnią papieru.
Najznakomitszym z jego talentów (wyjąwszy ujeżdżanie koni, o którem nie mówię) było — opowiadanie. W długiem życiu napatrzył się i nasłuchał historji mnóstwa, a miał wrodzony talent bajarza niezrównanego, w którym widać było przekonanie jakieś i przejęcie się niemal admiracją dla samego siebie. Kiedy mówił (co się nie często trafiało i pod dobry humor tylko a między swemi) lubiał też by go słuchano jak się należy z uwagą i zajęciem. Szelest, roztargnienie gniewały go tak, że wśród historji golów był urwać i ujść nadąsany.
I skłonić go by zasiadł do powieści, nie każdy potrafił a nie co dnia. Dla nas młodzieży wielkie to było święto, gdy rotmistrz u komina siadłszy, gładząc bujnego wąsa, głosem jasnym, wyrazisto począł jedną z tych tysiąca historyjek, od których oderwać się nie było można. A mógł z niczego, ze źdźbła, z pruszynki, z takiej treści w której potem powtarzając ją nikt nic tak osobliwego nie dojrzał, zrobić prawdziwy klejnot a pieścidełko. Artysta w swoim rodzaju, czego dotknął w drogie umiał przekształcić cacko.
Bywało, siedzi zimowemi wieczory rotmistrz Kaniowa u komina. Mamcia chodzi z pończochą, ojciec w krześle swojem z fajką duma, a my jak tylko dojrzym, że się p. Sebastjanowi z oczów świeci, nuż go męczyć: »Powiedz nam co ze swych czasów.« Jam był najstarszy i miałem u niego zachowanie, a mimo to nie łatwo przychodziło uprosić. I to się pojmuje; rotmistrz nigdy prawie dwa razy jednego nie powtarzał, jak bardzo wielu gawędziarzy, zawsze coś nowego wyszukać musiał.
— Zkąd się to u niego bierze! — mówiła matka. I ona jedna co miała u niego powagę taką, że gdy do naszych próśb dorzuciła słowo, pan rotmistrz zamyślił się, po głowie szukał i zawsze coś wynalazł.
Na mnie gdym był bardzo natrętny, gderał.
— Wam opowiadać, wam! młokosy! co? chyba takie bzdurstwa jakiemi się wy żywić lubicie, co to bez głowy i ogona, a w środku kości. I czy wy słuchać potraficie? Dla was bajki co niańki prawią, awantury jakichś Rinaldinich, włoskie koncepty, francuskie sentymentalizmy w sam czas, a tak po staremu, po polsku jak to my sobie opowiadali, żal się Boże zachodu! Czy wy się na tem poznacie?
...U nas bywało gdy toki gracz począł historją, co to go znano że powiedzieć umiał, jak mak siał, tchnąć nikt nie śmiał żeby mu nie przerwać. Wam dziś dość zgrubsza obciosanej kłody, byle mocno w łeb...
Ale nagderawszy, rotmistrz poczciwy się potem ulitował i coś nam pięknego z owych czasów dawnych opowiedział. Tylko że gdy potem się chwaliło historją, a ktoś poprosił żeby ją powtórzyć, ani sposobu, wyglądała gdyby inna. Dziwić się samemu przyszło, jaką on jej dał przyprawę, żeby tak smaczną się stała.
Raz, jak dziś pamiętam, było to jakoś zimą między świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, zebrało się osób dosyć, ale wszyscy swoi. Rotmistrz przy wieczerzy był w takim humorze jakeśmy go dawno nie widzieli. Dali czarną polewkę z zająca, nie była (o owa sławna, która u nas znaczyła odprawę, bo tamtą robiono z gęsi i podpalano umyślnie na tę barwę smutną — jednak gdy przyszła na stół, zaczęto żartować, wspominać o czarnej polewce, o dawnej kuchni i obyczajach dawnych. Każdy tam coś swojego dołożył. W takich to poufałych rozmowach szczepiły się tradycje z pokolenia w pokolenie, ludzie uczyli o ojcach i dziadach.
Dosyć że te rozmowy wywołane juszką z zająca trwały do ostatka wieczerzy, rotmistrz sam kiedy niekiedy słówko dorzucił, aż gdyśmy już ustawali, dziaduś, który też miał nad rotmistrzem pewną władzę, bo się kochali bardzo, odezwie się.
— Panie Sebastjanie, a żebyś też ty im powiedział tę historję o Cześnikównie i czarnej polewce, którąś mi raz był łaskaw... pamiętasz?
— Ale podkomorzy dobrodzieju! — przerwał rotmistrz — to historją długa, a słuchacze gorąco kąpani, i godzina spóźniona. A co im potem! czy to co ciekawego, dla nas starych i najmniejsza rzecz z przeszłości relikwia, a dla nich...
— Nie krzywdź że ich człowiecze! — zawołał dziadek.
Obiegli wszyscy rotmistrza, a była panna Anna i Marynka i Zuzia, które on lubił, bo mu w oczach wyrosły, te jak się do niego wzięły, jak matka poparła, pan Sebastjan siadł, nakazał silentium jak w refektarzu, wszyscy się poumieszczali gdzie kto mógł i życzył. Dziadek trzy razy w ziemie stuknął, a pan rotmistrz począł w te słowa.




Byłem wyszedł z palestry a miałem do wojska wstępować i dopierom się ekwipował, gdy mi wypadłe z powodu familijnych interesów, jakiś czas przebyć w domu pana Cześnika Drużyny. Był mi on po matce bliskim krewnym, mieliśmy u niego kapitaliku resztkę, a ta właśnie przeznaczoną mi była na wyprawę. Tym czasem wlokło się z dnia na dzień, żem jej odebrać nie mógł. Obiecywano mi, przyjmowano serdecznie, polowałem w lasach, sąsiedztwo było miłe, nie takem to się bardzo skarżył.
Nie do uwierzenia by to się wydało nie jednemu, żeby Cześnik, bogaty pan co się zowie, tych paręset dukatów nie miał i dostać nie mógł, ale to był dom, jakiegom już potem nigdy w życiu nie spotkał. Istna wieża Babel.
Sam Cześnik człowiek najpoczciwszy w świecie, do rany go było przyłożyć, ale miał manją, co u nas nazywano ćwieka... zachorował na statystę i polityka.
Zkąd mu to przyszło około czterdziestu kilku lat życia, nikt nie wiedział, zrodziło się nieznacznie, rosło coraz, a pod ostatek właśnie w tym czasie kiedym ja po mój dług przyjechał, Cześnik był już opętanym polityką... zupełnie.
Mówiono ze z tęsknoty po śmierci żony, rzucił się w te gazety i książki, i w nich utonął. Człek był serdeczny, ale jak się go co uczepiło — amen! Dom, gospodarstwo, interesa, wszystko puścił odłogiem. Stajnia cała za gazetami jeździła, a gdy je czytał lub z nich wnioski wyciągał, bodaj przed karbowym, już żeby się dom palił, głowy nie odwrócił. A co było najśmieszniejszem, że poczciwy człowiek tak znał historją i arkana dworów i gabinetów europejskich, jak chiński lub japoński język. Plótł androny, unosił się sam nad swoją przenikliwością, dowodził, że zawsze konjunktury polityki naprzód odgadywał, ale ostatecznie co było na to mówić, kiedy go to uszczęśliwiało!
Chciał kto co na nim wymódz, byle go parę godzin posłuchał cierpliwie a potakiwał, to go wziął i robił z nim co zapragnął. Nawet kwesturze bernardyńscy nauczyli się byli tego sekretu i jak który przyjechał, począwszy od — Laudetur, zaraz wzdychał aby mu też Cześnik nowin udzielił.
Od rana do nocy, Cześnik albo czytał lub wyciągi robił, albo układał noty, które rozsyłał ministrom i potentatom... podtytułem: List szlachcica, lub Głos wolny syna wiernego Rzeczypospolitej — lub Uwagi bezstronne nad tem, jako Porta Oltomańska... itd. Dwa razy w życiu dobił się tego, że Konsyderacije i Reflexije, w drukarni XX. Pijarów w Warszawie wydał, i wyobrażał sobie, iż w świecie politycznym dosyć narobiły wrzawy. W istocie poszły pod placki. W tym czasie jakoś wysłany przez króla z Warszawy do Wiśniowca do siostrzenicy jego pani Mniszchowej, Tokarski malarz, zawadził był o dwór Cześnika i febrą obiegł tu. Potem go i nie zaraz puszczono, a on przez wdzięczność portret Cześnika zrobić się ofiarował. Otóż trzeba było widzieć, jak się na nim stary wykonterfektować kazał, przed stołem zarzuconym papierami, dziennikami, woluminami i aktami. Choć na wizerunku chciał wyglądać na statystę.
Bolało go to, iż ani dwór, ani ministrowie, ani ludzie monarchę otaczający poznać się na nim nie chcieli i nie umieli, i to napełniało goryczą. Wróżył też swojej epoce najgorzej. Jednak się nie zrażał od zajęcia polityką, której życie poświęcał.
Od czasu jak go ta manja opanowała, padł Cześnik na interesach, na gospodarstwie, szło mu najgorzej a okradali go bezwstydnie. Miał stary dwie tylko córki, starsza poszła była dawniej za mąż bardzo świetnie za Wojewodzina Podolskiego, owdowiała jakoś prędko i żyła w Warszawie na wielkim świecie. Ze skromnej dzieweczki zupełnie ją tam przerobili na elegantkę, na kokietę zabaw chciwą, roztrzepaną i zapominającą dla rozrywek o wszystkiem. Wojewodzicowa rzadko odwiedzała Czeremszyńce, przy Cześniku zaś pozostała młodsza córka Wiktorja, śliczna jak anioł, żwawa, energiczna i dobra, ale także za przykładem siostry spragniona większego świata i świetniejszej doli, niż wiejskiej gospodyni i obywatelki. Panna Wicia powiedziała sobie że nie wyjdzie za mąż tylko za człowieka, któryby wychowaniem, nauką, rozumem był od pospolitej młodzieży wyższym. Chciała w nim mieć coś tak nadzwyczajnego, że gdy zaczęła o nim mówić, śmiech brał. Właśnie podtenczas jakoś w locie, zjechała Wojewodzicowa. Majątek był nie dzielny, ona jeszcze nie wyposażona, traciła dużo, potrzebowała wiele, co za nieład, jaka ruina, przelękła się strasznie.
— Bo to ty wszystkiemu jesteś winna — poczęła Wici wyrzucać — czemu nie idziesz za mąż? Ojciecby oddał zięciowi gospodarstwo, interesa. Wszystkoby się jeszcze dało dźwignąć, naprawić, a gdy tak dłużej potrwa, kawałka chleba nie będziemy mieli. Masz tylu starających się... i takich przyzwoitych ludzi... a grymasisz i przebierasz, jakgdybyś rutkę na starość siać chciała.
— Jeszcze czas — odpowiedziała Wicia nie bój się o mnie, a bądź pewna, że nie pójdę za maź tylko za takiego człowieka, który będzie miał rozum...
— A ci co się o ciebie starają?
— At ludzie! tak sobie! ja czegoś wymagam więcej...
— Wiesz czego chcesz — mówiła Wojewodzicowa — i czego się doigrasz? Weźmiesz takiego potem, co cię zawojuje i będziesz u niego kucharką i klucznicą! Bardzo dziękuję! Mąż! maź! byle był przyzwoity człowiek, i nie tak głupi, żeby się z niego ludzie śmieli, dosyć z niego. Najgorsza w święcie rachuba! Szukasz sobie pana i despoty.
— A jeśli ja mam w tem upodobanie?
Kłóciły się lak niemal codzień siostry, nieraz przy mnie. Szło to potem w śmiech, ale Wojewodzicowa była bardzo niespokojna i chodziła a nosiła się tylko z tą myślą, jakby wydać za mąż Wicie.
Nie zbywało na konkurentach, bo choć Czeremszyniecki klucz był odłożony i na gospodarstwie podupadły, wszakże znano dobroć majątku, a panna była w dodatku co się zowie śliczna, i taka ponętna, taka czarodziejka, że kto ją zobaczył, to szalał za nią.
Cześnik znowu tak ją kochał, tak do niej przywykł, że od dawnego czasu przy nim była, iż ją zwał swoją jedynaczką i nie bardzo mu się chciało jej z domu pozbywać, albo do domu drugiego pana szukać.
— Dajże ty jej pokój — mówił Wojewodzicowej — niech ona wedle serca sobie wybiera. Czego się ma spieszyć! co pilnego! kawalerów furami znajdzie byle chciała, o to się ty nie frasuj!
Wojewodzicowa im dłużej siedziała, im lepiej wejrzała w gospodarstwo i nieład, tem się więcej gorączkowała. A trzeba wiedzieć lubiła mnie jako kuzynka, którym się wygodnie posługiwać mogła i sekretu utrzymać nie umiała nigdy. Kręciła się i szarpała, aż jednego dnia mówi mi na ucho:
— Panie Sebastjanie nie mów tylko nikomu, będziemy tu mieli gościa. Krewny mego nieboszczyka męża, młody kasztelanie Wizki. Sprowadziłam go naumyślnie dla Wici, już jeśli się ten jej nie podoba. no! to niech sobie szuka, chyba zagranica. Ułożyłam tak, że się zjawi niby przypadkiem. Że ona mu się podoba, ręczę, ale co tu zrobić, żeby on mógł jej do smaku przypaść —?
— Szanowna kuzynko — rzekłem — wiesz stare przysłowie: Śmierć i żona, od Boga przeznaczona... nie darmo to mówią: Bieda tym małżeństwom które ludzie robią, najczęściej je potem potrzeba odrabiać... przestrzegam że gdy się czego tak uporczywie dobija, najczęściej się nie uda.
Zakrzyczała mnie Wojewodzicowa, zaśmiała się ze mnie jako z człowieka zardzewiałego, kazała milczeć, połajała i na tem koniec.
Na trzeci czy czwarty dzień przed samemi oknami dworu pana Cześnika łamie się koło od podróżnej kolasy, widać z okien tę czyjąś biedę. Mnie i na myśl nie przyszło żeby w tak pospolity sposób pana Kaszlelanica tu wprowadzić można. Ale tak było. Wojewodzicowa to obmyśliła i wykonała tak, że pono nie wiele kto z razu odgadł sztuki. Cześnik, człowiek uczynny sam z ludźmi wybiegł ratować, do kieszeni włożywszy gazety, Wojewodzicowa niby z landary przewidując że kobiety być muszą, pobiegła z nim.
Nadzwyczajne zdziwienie, kuzyn męża, pan Kasztelanie wyskoczył z pudełka jak Deus ex machina.
— Ty tu! — Pani Wojewodzicowa tu! Gdzież jestem?...
— Majątek mojego ojca!
Nastąpiła prezentacja a Cześnik by chyba już kropli krwi szlacheckiej w sobie nie miał, żeby gościa co mu widocznie spadł z nieba, nie pochwycił do dworu. W dodatku Kasztelanic był dlań drogim podarkiem, jechał ze stolicy, sama pozycja swoją wtajemniczony być musiał w polityczne szachry, widywał posłów, ocierał się o ministrów, miał stosunki wielkie! Cześnik spodziewał się i od niego coś zaczerpnąć i przez niego myśli swe udzielić ludziom, co stali u steru.
Kasztelanie się dał pochwycić, w tryumfie poprowadzono go do dworu. W ganku i jam się z nim spotkał.
Człowiek był młody, bardzo przystojny, trochę papinek i znać wypieszczone dziecko, ale z oczów mu tryskało życie, dowcip, śmiałość. Mogłem dostrzedz na wstępie że szlachecki dwór nie koniecznie na nim miłe robił wrażenie, ale się dał prowadzić Wojewodzicowej.
Wicia już wiedziała o przypadku ale się ani domyślała kogo pan Bóg dał, jako gospodyni domu trochę była zafrasowana, bo tylko co się obiad skończył, w kuchni już wygaszono, a tu dla przybyłego pewnie trzeba było nowy obiad stworzyć z temi nieśmiertelnemi naleśnikami, które spotykają każdego niespodziewanego gościa.
Wojewodzicowa i ja szpiegowaliśmy pierwsze spotkanie. Wicia spojrzała, potem drugi raz rzuciła okiem i widać było że się jej z powierzchowności podobał. On wlepił w nią oczy, zarumienił się i choć świadomie, aż się zmieszał czegoś i gdyby mu mowę odebrało, siadł jak mruk. Coś mu było widocznie. Postrzegła to Wojewodzicowa niespokojna, i za mną com był wyszedł w ganek wyleciała.
— Kuzynku — szepnęła — źle, coś mi mój gość od razu stracił rezon, zły znak. Już mu się widać Wicia nie podobała!
Zacząłem się śmiać, ta napowrót do pokoju i już tego dnia do wieczora nie będąc tam potrzebnym, nie wiedziałem co się dzieje. Z wieczerza gosposia wystąpiła bardzo, żeby obiad na prędce wynagrodzić. Cześnik był w humorze, rozgadany tak że nikogo do słowa nie dopuścił. Ja siedząc w końcu stołu tyłkom się grze ich twarzy przypatrywał, bo to w tych naszych dawnych poczciwych obliczach, czytać było można jak w książce. Niech kto będzie mądry i teraz tego dokaże, kiedy sześcioletnie dzieci matki i bony kłamać uczą!
— Kochany rotmistrzu, nie róbże nam tak ciężkich wyrzutów — przerwała matka.
— Nie do was się one stosują — mówił pan Sebastjan — nie do was, ale popatrzcie no do koła.
— Daruj żem przerwała, cóż ci powiedziały twarze? — uśmiechając się szepnęła matka.
— A! dalipan było na co patrzeć! Wojewodzicowa siedziała jak na węglach żarzących, to na Wicie, to na niego, to się zmarszczy, spuści głowę i je niby zapalczywie, to się jej usta i oczy śmieją i pomruguje ku mnie. Dobra nasza. A panna Wiktorja siedziała poważna, milcząca, radaby była widocznie na Warszawiaka nie bardzo zważać, a wytrzymać jej było trudno, ciekawił ją. Coraz to oczko niby w bok, a w istocie na Kasztelanica, i w tej chwili, jakby się sparzyła — ucieka, padło na obrus...
On — nie mogłem go przyznają się zrozumieć, ta twarz już z innego świata mówiła mi jakimś obcym językiem. Uważałem tylko, iż i on walczył z sobą, niby słuchał i spoglądał na Cześnika opowiadającego o polityce Porty Ottomańskiej i monarchini północy, a wzrok mu jakby magnesem na Wicie ciągnęło, tylko z oczów nie sposób było nic wydobyć, paliły się jakimś ogniem, ale czy to niecierpliwość, znużenie, miłość była czy desperacja od tego nacisku polityki, nie umiałem sobie wytłómaczyć. Po wieczerzy Cześnik jak przychwycił Kasztelanica pod okno dla wykładu swej teorji przebiegłych robót W. Brytanji — Wojewodzicowa wybiegła z pokoju, ja za nią. Wicia została przez grzeczność może, żeby ojca nie porzucać samego. Wychodząc widziałem ją sprzątającą, ale oczkami biegała na gościa.
— Co mówisz? jak ci się zdaje? — niecierpliwie zaczęła do mnie w ganku Wojewodzicowa.
— Jakże bo pani chcesz, z pierwszego spotkania, po kilku godzinach sądzić? To jeden Pan Bóg chyba wiedzieć może co z tego wyniknie, a ręczę że oni sami jeszcze wrażenia własnego nie są pewni.
— Taki młody a nudziarz jaki! — tupiąc nóżką odpowiedziała mi — nie ma co z tobą mówić.
I pobiegła napowrót do pokoju.
Siedziałem na ławce w ganku. W pół kwadransa słyszę wyciągnęła Wicię siostra do sieni i tuż za uszakiem o krok żywa poczyna się rozmowa.
— Wiesz Wiciu, dopiero dziś dopatrzyłam się, że to wcale ładny i do rzeczy chłopiec z tego kuzynka mego męża.
— Czyś go wprzódy nie znała?
— Mało co, parą razy widziałam go. Wiem tylko że jest wszędzie bardzo dobrze przyjmowany i uchodzi sam nawet za sawanta.
— Czy ci się nie przewidziało — odpowiedziała Wicia — ależ on zdaje się trzech zliczyć nie umie. Uważałaś że od przyjazdu ledwie kilka słów wybąknął.
— Jakże ty chcesz! z ojcem, mówić mu nie daje.
— Niewiesz ty — odezwała się Wicia — czy tam z tą osią i kołem potrwa reparacja, czy on może jutro rano odjechać, bo prawdziwie byłabym w kłopocie z obiadem. Nie ma wołowego mięsa.
— Ale jakże on może jechać, to nie tak łatwo żelazną oś podprawić. Pewnie potrwa dni kilka. Ojciec go też nie puści tak łatwo. Miły człowiek.
— Co ty tam w nim widzisz? — spytała Wicia.
— A tobie nie podobał się? — zawołała Wojewodzicowa.
— Mnie? ani tak, ani nie! Mruk. Wygląda przyzwoicie, może nawet sawant, ale, wszak to się bardzo trafia — być głupim sawantem.
Siostra aż krzyknęła:
— Wiciu! zkądże ta myśl! zlituj się, to najdowcipniejszy człowiek w Warszawie, noszą się z jego konceptami po wieczorach, rozrywają go!
— To zapewne dla nas parafianek tych drogich darów szafować nie widzi potrzeby, i zbywa nas, tak jak my jego przy obiedzie — naleśnikami...
Słyszałem tylko westchnienie w końcu i bardzo tęskny wykrzyknik Wici:
— Na całą noc po mięso posyłać trzeba!
Nazajutrz z całą strategią niewieścią Wojewodzicowa urządziła się tak, żeby oś i koło nie prędko były gotowe, powtóre, żeby Wicia miała sposobność bliżej poznać pana Kaszlelanica. Nie byłem przytem, ale zostawszy mimowoli powiernikiem kuzynki, dowiedziałem się od niej około południa, iż rzeczy szły nie po jej myśli.
— Kasztelanica nie poznają! — powiedziała mi ręce łamiąc — sto razy go w różnych widziałam towarzystwach, zawsze dowcipnym, miłym, ożywionym, pełnym taktu i chwytającym najobojętniejszych ludzi za serca... tu, jakby inny człowiek, zamyślony, nie swój, do słowa nie umie przyjść, miesza się... wyraźnie się miesza! Co to ma znaczyć! On, kasztelanie, nawykły bodaj do królewskich pokojów, do najświetniejszego towarzystwa, który nigdy głowy nie tracił, jak okradziony... Prawdziwie, pojąć trudno.
— A panna Wiktorja? — spytałem.
— Ale Wicia... to już łatwo się domyśleć — odparła niecierpliwiąc się Wojewodzicowa. — Wicia rusza ramionami, żartuje z moich pochwał i z niego, ma go za niebożę stworzenie.
U stołu sam już byłem świadkiem, że się to nie przywidywało jej, istotnie Kasztelanie był grzeczny, ale siedział zamalowany, milczący, patrzał i wpatrywał się w Wicie, która trochę szydersko z ukosa nań spoglądała... plątał się gdy usta otworzył, słowem i mnie wyglądał on, na biednego, skłopotanego człowieka. Ale choć to kobiety większy od nas w tem takt mają i sądzą zdrowiej, jam pierwszy dostrzegł iż w Kasztelanicu nie było to czem innem, tylko gwałtownem zajęciem się panną. Zrobiła na nim jej świeża piękność, jej prostota i szczerość takie wrażenie, że ów praktykant dworski przed dzieweczką naszą języka w gębie zapomniał.
Któż to tego nie wie, że człowiek najwymowniejszy kiedy na zimno miłość kłamie, a gdy Bóg mu zeszłe szczęście prawdziwie, gorące, staje się trwożliwym, nieśmiałym i niezgrabnym? Tak mi też coś pan Kasztelanic wyglądał, ale Wicia nie poznała się na tem. Przyznała się potem że się jej podobał wcale, od razu go jednak osądziła jako biedaczka i ledwie dlań litość miała.
Po obiedzie Cześnik poprowadził tego potulnego gościa do gabinetu aby mu na rozwieszonej mapie pokazać jakby się najlepiej dała urządzić równowaga państw europejskich. Dwie kobiety i ja wyszliśmy na ganek. Na twarzy i w oczach Wojewodzicowej widać było że chciała co najprędzej dobyć z siostry wrażenie, jakie na niej uczynił kuzynek mężowski.
— A coż mówisz o kasztelanicu? — zapytała — prawda! miły, piękny, i...
Wicia się zaczęła śmiać.
— Dlaczego ty tak go protegujesz? — chyba że Warszawiak, moja ty zepsuta Warszawianko... My na wsi, prostaczki, czegoś więcej od mężczyzn wymagamy nad zgrabną fryzurę, nad twarzyczkę białą, rączki ładne i uśmieszek zalotny? powiedz mi, do czego się to takie stworzenie zdało? Do szambelanowania całe życie. Za młodu noszą ogony jako pazie, na starość przystawiają krzesła we dworze, zawsze czyimś będąc cieniem, podszewką, nigdy sobą, ani z tego żołnierza nie zrobisz, bo siły i zdrowie nie potemu, ani gospodarza, bo by się na wsi zanudził.
...Ja w mężczyźnie wymagam energji, siły rozumu, i uczucia godności... Ma mi panować ktoś, niechże wyższość jego będzie widoczną, niezaprzeczoną. To moja siostrzyczko nowy gatunek mężczyzn, poprostu powiedziawszy, z pierza tylko...
— Ależ moja ty wybredna Wiciu — oburzyła się siostra — przecie uważałaś gdy mówił, co za rozum, dowcip...
— Czy mówił? nie słyszałam nawet żeby się odezwał czem innem jak potakującym uśmiechem, tak lub nie — jednej myśli, jednego zdania!
— A dziś zrana na przechadzce?
— Moja ty droga, bawiłyśmy go, tyś wywoływała z niego opowiadania, dłuższe jakieś myśli, napróżno, co począł to wątku zabrakło. A! już twarz jak twarz, ale głowa...
— Czekajże no, czekaj! nim się ta oś naprawi, poznasz go lepiej, zmienisz zdanie.
— Bardzobym rada, bo dotąd tak nudny a tyle mam z nim kłopotu w domu, że gotowabym pójść sama do kuźni kowalom pomagać.
Wojewodzicowa ruszyła ramionami.
Dzień ten zeszedł bez ważnych wypadków i nie sprowadził zmian żadnych. Przy wieczerzy Kasztelanic patrząc na Wicie, siedział milczący znowu, ale tak dziwnie pogrążony iż mi się doprawdy śmiesznym wydał. Wojewodzicowa przypuszczała, że go polityka Cześnika tak zmęczyła, a prawdę rzekłszy, mogłoby to być, bo Cześnik poczciwy, zacny, okrutnie stawał się nudny i rozwlekły, gdy go kto grzecznie słuchał. Przy wieczerzy wszyscyśmy ziewali. Żeby nie zamęczył gościa, ostatecznie zręczna Wojewodzicowa urządziła się tak, iż zaraz po wieczerzy rozeszli się wszyscy. Ja już też kroczyłem do oficyny, kiedy ona ze znaną mi żywością swoją, porwała mnie bez ceremonji za rękę i zatrzymała.
— Czekajże, potrzebuję ciebie. Spodziewam się — rzekła — iż alboś się już domyślił sam po co tu sprowadziłam Kasztelanica, albo jeśli ci to mówić potrzeba, tajemnicy uczciwie dotrzymasz. Masz w tem swój własny interes, bo będziesz do sądnego dnia tu siedział, jeśli Wici za mąż nie wydamy. Słuchajże, ja idę do ogrodu w wielką ulicę, a ty ruszaj po Kasztelanica i natychmiast mi go z sobą tylną furtka przyprowadź, tylko tak, żeby Wicia nie widziała.... Rozumiesz?
— Rozumiem — Natychmiast? — Idę już.
Wbiegłem do pokoju gościnnego, Kasztelanic się przechadzał zamyślony... Zobaczywszy mnie zdziwił się.
— Przepraszam — rzekłem — za te odwiedziny w porze niewłaściwej, ale jestem posłem Wojewodzicowej i rozkaz spełnić musiałem. Czeka na nas w ogrodzie, mając coś pilnego z panem do pomówienia.
— Służę, bardzo chętnie — rzekł Kasztelanic żywo — chodźmy.
Poprowadziłem go kędy może w życiu nie bywał: przez dziedziniec kuchenny, zatyłkami, opłotkami do małej furtki, a potem znaną mi ścieżynką w aleję, gdzie się już niecierpliwiąc a tupiąc nóżkami i koreczkami wybijając w ziemi dołki, kręciła Wojewodzicowa.
— Jużem zacząć się miała gniewać, bo któż tak chodzi jak kaleka o kuli!
Przyprowadziwszy winowajcę chciałem się cofnąć na stronę, ale mi nie pozwoliła.
— Zostań waćpan — rzekła — musisz do spółki należeć, nigdy sprzymierzeniec nie zawadzi, a już będąc przypuszczonym do tajemnicy, musisz też nam pomódz.
— Kasztelanicu! — zawołała przyskakując do niego — na miłość Bożą, mów mi szczerze, otwarcie, jak uczciwy człowiek powinien, czy ci się Wicia nie podobała....
— Ale od pierwszego wejrzenia zawróciła mi głowę — wybuchnął kasztelanic — szaleję... to istota zachwycająca!
— Słowo honoru?
— Słowo i przysięga! jeśli chcesz kuzynko! — gorąco ozwał się młody człowiek — to ideał! Zdaje mi się, żem gdzieś widział już ją na drugim święcie, że obraz jej z sobą przyniosłem. Mówię ci kuzynko, tracę głowę.
— W istocie, widzę — odparła Wojewodzicowa — żeście głowę stracili, a mówiąc poprostu zapomnieli języka. Zmiłuj się Kasztelanicu, czyż to sposób podobania się dziewczynie, która chce w mężu rozumu, dowcipu, głowy? Siedzisz nie mówiąc nic, z oczyma w nią wlepionemi, wyzywam cię, poddają słowa, wyszukuję przedmioty i nie mogę z ciebie marnego wyrazu wydobyć!!
— Ale ja sam prawdziwie poznać się nie mogę — odpowiedział skłopotany Kasztelanie — panna Wiktorja będzie chyba musiała na słowo uwierzyć, żem nie zupełnie głupi... bo przy niej sam nie wiem, zdaje się że mowy nie odzyszczę. Onieśmiela mnie, drżę, mieszam się, nie wiem co mi jest!
Mnie się trochę na śmiech zbierało, ale Wojewodzicowa była w rozpaczy.
— O mój Boże! mój Boże! otoż to z tymi zakochanymi tak zawsze, lada komedjat ich wypędzi, lada zręczny wygadany a zimny dworak prym przed nimi bierze?
— Kuzynko, jużciżbym nie kłamał — rzekł poważnie Kasztelanic. — Znasz mnie, lada co nie ośmieli mnie tak łatwo; bywałem po święcie, wiele kobiet widziałem, nie jedna, przyznają się, uczyniła na mnie wrażenie, ale to jedno tylko przypuścić mogę, że trafiłem na to co mi Bóg przeznaczył i drżę jak przed Bożym głosem i potęgą!
— Otóż patrzcie! teraz wymowny, słowa mu płyną, myśli przychodzą... a przy Wici....
— Cóż chcesz kuzynko, ja nie mogę, nie umiem się zwyciężyć. Zdaje mi się, że z oczów moich wyczytać powinna całe uwielbienie duszy....
— Co tu począć! — potrzeba żeby ochłonął, oswoił się... Czasu! a oś i koło gotowi jutro lub pozajutro naprawić.
Nagle zwróciła się do Kaszlelanica.
— Jutro bądź waćpan słabym, powiedz żeś dopiero teraz poczuł stłuczenie przy wywrocie, które ci chodzić nie dozwala; poszle się po lekarza, to mój dobry przyjaciel, Niemczysko serdeczne, dam mu beczkę piwa, a powie że ci jechać zakazuje. Potrzeba żebyś został dłużej.
— Choć na zawsze! — zawołał Kasztelanie, całując ją w rękę.
— Jednak po pokoju o lasce będziesz się mógł przechadzać. Ja to wszystko ułożę... Dobranoc.
Kasztelanic dosyć wesół wyszedł ze mną z ulicy, musiałem go nazad tą samą prowadzić drogą, ścisnął mnie za rękę:
— Bądź mi przyjacielem — rzekł z ujmującą szczerością.
— Chętnie — odpowiedziałem — wierzcie mi, że wam to uczucie zachowam; czuje dla was od pierwszego widzenia sympatję.
Żywo mnie uścisnął nie mówiąc nic tylko: dziękuje, ale w wyrazie tym było wiele. — Odprowadziłem go do gościnnych pokojów, nie puścił mnie od siebie, siedliśmy na długa, poufną gawędkę, a było co mówić, bośmy się wcale nie znali.
Dopierom z pod tej skorupki dworaka i papinka dobył człowieka. Kasztelan był przez matkę wychowany pieszczono, ale nie popsuty. Miękki trochę, za mało energiczny, serce miał złote.
W poufalszej rozmowie, ożywiony był, okazywał niepospolite dary umysłu, a w sądach swych miał tę energię i samoistność, której zdawało mu się braknąć. Los go był rzucił i na dwór i w świat który go jak wąż obwinąwszy się koło niego skrępował, ale sądził o nim zdrowo, surowo. Miał powierzchowność salonową a serce prawie żołnierskie, oburzające się na powszedni chleb fałszu i spodlenia. Nie mogłem wyjść z podziwiania słuchając go i muszę wyznać, żem od niego więcej się naówczas nauczył w rozmowie niż długiemi laty pobytu na wsi i w małem mieście. Ucieszyło mnie to, boć znaleść człowieka miło zawsze, a kiedy się go odkopie tam gdzie o niego trudno, podwójna pociecha.
Rozstaliśmy się późno w noc, dobrymi już przyjaciółmi, ujął mnie szczerością za serce, tak żebym się był dał za niego porąbać. Ale z rozmowy tej wyniosłem zarazem i przekonanie, że nie łatwo się pannie Wiktorji podoba, bo potrzebował ośmielenia, był wrażliwy jakiś, a nakoniec, zakochał się, co nie pomaga do popisu. Jest to jakby się człek spętał przed tańcem.
Nazajutrz cały spisek ukartowany wykonał się jak potrzeba. Cześnik sam poszedł do oficyny, posłano po doktora, Wojewodzicowa udawała tak doskonale nieświadoma rzeczy i zdziwioną a zmartwioną, żem jej aż powinszował tej wysokiej sztuki. Na co mi, prawda śmiejąc się, odpowiedziała:
— Jak pożyjesz, przekonasz się, że to u nas wszystkich talent wrodzony.
Najgorzej było z panną Wiktorja, którą to zniecierpliwiło, okazała zły humor, ledwie jakoś siostra ja ukołysać potrafiła. Ale szło trudno.
Niemiec uprzedzony zawyrokował co chciano, pozwolił choremu o lasce przyjść do dworu, co się wykonało. Ale znowu ta sama scena; pókiśmy sami, Kasztelanic doskonały, wesół, dowcipny, niewyczerpany w opowiadaniach, wchodzi Wicia, jakby go sparaliżowało. Zbliżył się parę razy do niej, zarumieniony, drżący, a jeśli się odezwie, nie ma czego słuchać. Mnie z boku patrzącego niecierpliwość bierze, a Wojewodzicowa zburzona wychodzi do sieni żeby się wygniewać.




Ciągnie się ta mniemana choroba dni kilka, a że kasztelanic mimo nieśmiałości przysiada się do panny Wiktorji, domyśliła się dziewczyna wszystkiego. Jak tylko wpadła na trop, poszła po nitce, odkryła zdradę pani siostry, projekta, historję umyślnie złamanej osi, kłamstwo doktora, udaną chorobę, ale postanowiła się zachować jakby nie wiedziała o niczem.
Tylko z bystrych oczek szyderstwo patrzało.
W kilka dni Wojewodzicowa zrana poszła do niej na zwiady, poczęła rozmowę od rodziny, koligacji, majątku Kasztelanica, położenia w świecie, świetnych sperand jego, i niby z niechcenia rzuciła.
— Ja coś uważam że na ciebie bardzo mile spogląda, moja Wiciu, doprawdy, to by była partja nie do odrzucenia.
— Tak znajdujesz? — figlarnie zawołała siostra — ślicznie dziękuję, pilno ci się widać pozbyć mnie z domu! Pierwszy lepszy, byle za mąż! Ja wole zostać starą panną, jak nie wedle myśli się wydać.
— Wiesz że jesteś trudna, moja Wiciu — rzekła Wojewodzicowa — gdyby się o mnie starał...
— A wiem, tybyś go przyjęła, bo mięciuteńki nie zawadzałby ci w pantoflu, ja zaś męża myślę sadzić na tronie u siebie nie pod piętą.
— Jakże ty możesz mieć go znowu za laką nicość?
— Bo nią jest, bo jest! — zawołała Wicia — przez samą ciekawość posłyszawszy twoje zdanie o nim, pilnie starałam się go poznać, i zdumiewam się nad tem, jak to my kobiety kiedy się nam mężczyzna choć trochę podoba, dodujemy mu z własnych funduszów, co braknie. Ty sobie, moja droga, dokomponowałaś i dokomplelowałaś tego biednego Kasztelanica...
— A ja boleję nad tem jak uprzedzenie oślepia! — odpowiedziała Wojewodzicowa.
— Zkądże uprzedzenie? Nie miałam żadnego! Owszem, chcesz, powiem ci otwarcie, powierzchowność ma ujmującą, mais le ramage ne repond pas au plumage. Mało mówi, a co powie, prawdziwie wcale si ęnie odznacza pomysłem, ani dowcipem.
Cóż było robić, Wojewodzicowa zrozpaczona padła milczącą na krzesło. Widząc ją strapioną, Wicie litość wzięła, poczęła ją całować, ściskać, przepraszać za protegowanego, ale zarazem najuroczyściej poprzysięgła, ze tak, jak się jej przedstawiał, nie weźmie go za nic w święcie.
Wojewodzicowa napadła polem na kuzynka, z wymówkami, z gniewem, z zaklęciami. Przyrzekał poprawę, a nie była w jego mocy. Jam się śmiał już, ale mi go szczerze żal było, czułem że się to skończyć musi dobrze, a przecie nie łatwo.
Żartem raz szepnąłem kuzynce:
— Wiecie co? Jemu brak odwagi, trzeba go przy stole podpoić trochę starym węgrzynem, zobaczycie, że to go pokrzepi i ośmieli.
Chwyciła się lego środka, zmuszaliśmy go do picia, myślę że musieliśmy trochę podpoić bo pobladł, ale na ten raz jeszcze się stał drażliwszy. Czując że mu się trochę w głowie zawraca od wina a więcej z wielkiego afektu i bojąc się popełnić niedorzeczność, siadł w kącie aż mi żal na niego patrzeć. Wicia się nie śmiała już ale gniewała.
Mnie to właśnie dobrą dawało nadzieję, od gniewu do miłości w sercu często bliżej niżeli się zdaje, jedno rodzi drugie. Zdawało mi się że Wicia miała do niego srogi żal, iż podobając się jej z powierzchowności obiecującej, nie dotrzymywał, co ona przyrzekała.
Napróżno siostra już w końcu nieco odsłaniając tajemnicę, tłumaczyła jej że właśnie zbytnie zajęcie nią, szalona miłość tak go fatalnie paraliżowała. Wicia potrząsała główka.
Kasztelanic powinien był odjeżdżać a nie chciało mu się, odkładał z dnia na dzień, choć wyzdrowiał i powóz dawno stał w gotowości. Służący co wieczora przychodził po rozkazy czy by na jutro nie wybierać się, bo mu tęskno było za Warszawą — biedne człowieczysko zwlekało. A postępu w staraniu nie tylko że nie było, ale bodaj czy nie szło coraz gorzej. Wojewodzicowa zupełnie straciła energję, nadzieje i poczynała już dowiadywać się o innego dla Wici konkurenta, pewna będąc, iż z tego już nic zrobić: nie potrafi.
Wicia chodziła milcząca...




Tak stały sprawy, gdy jak dziś pamiętam, wieczorem w dzień wtorkowy, nadjechał ktoś z sąsiedztwa. Miano właśnie dawać do stołu. P. Wiktorja była w ganku: plusnęła w ręce.
— Gość! Ale co się odwlecze to nie uciecze! — dodała i pobiegła do kuchni.
Wcale naówczas nie zrozumiałem, o co szło. W godzinę dano do stołu. Miała być waza. Służący powrócił bez zupy, wieczerza odbyła się bez żadnego wypadku. Sąsiad odjechał nazajutrz; była środa. Kasztelanic został znów uproszony na kilka dni. Wchodzimy wieczorem do jadalnego pokoju. Cześnik siada na swojem miejscu wesół, dobrej myśli, serwetę założył pod brodę; wszyscy w koło biorą się do krzeseł. Wojewodzicowa sadzi Wicię jak zwykle oko w oko Kasztelanicowi. Ja sobie jak zwykle tez na szarym końcu; doskonale stanowisko dla obserwatora; oprócz domowych nie było nikogo obcego.
Ledwieśmy siedli, poczynają zupę obnosić, ale stary Wojciech idący z talerzem, aż się trzęsie ze śmiechu i co krok zrobi to prychnie... Wicia czerwona jak piwonja i drżąca... my nie rozumiemy nic. Wojciech co miał był podać pierwszy talerz ojcu, panu Cześnikowi wedle zwyczaju, albo już Wojewodzicowej, wprost z nim kroczy do Kaszlelanica, ręka mu się trzęsie, stawiając mało nie rozlał i jak oparzony odskoczył tuląc kułakiem nieposłuszne usta...
Kasztelanic spojrzał w talerz z początku obojętnie...
Był pełniuteńki po brzegi czarnej polewki...
Obrócił oczy na pannę Wiktorję, która śmiało wzrok jego zniosła, jakby mu powiedzieć chciała potwierdzająco:
— Nie mylisz się pan, tak, jest to czarna polewka.
Cześnik zbladł jak chusta, popatrzył z wymówka na córkę aż mu łzy w oczach stanęły, i odsunął się nieco od stołu, ręce załamawszy. Wojewodzicowa wstała z krzesła zburzona i przysiadła gniewna, mnie się go żal zrobiło, ale patrzę co to będzie.
Siedzi mój Kasztelanie blady... chwilę jakby niepewny, co począć, potem się ocucił, podniósł głowę, uśmiech przeleciał mu po ustach; wziął soli, wsypał do zupy, dodał pieprzu, i jeść zaczął z apetytem.
Słucham i uszom nie wierzę. Stał się cud...
Gdy Cześnik nie śmie ust otworzyć, wszyscy jak zdrętwieli, milczący — Kasztelanic mowę, dowcip, śmiałość... naraz odzyskał.
— Wie pani — odezwał się odważnie do Wici — że to jest jedna z tych staroświeckich potraw naszych, której niesłusznie role tak smutną wyznaczono. Ja co nie bardzo dotąd zważam na to co jem, przyznaję się, iż polewkę tę spartańską bardzo lubię.
Wszyscy milczeli, Kasztelanic mówił ciągle:
— Smak jej prosty, szczery, nie sfałszowany żadnemi ingredjencjami, które czasem z potrawy robią lekarstwo — podoba mi się, a potem c’est une soupe parlante. Panie Wojciechu — odezwał się do kredencerza — żebyś też był łaskaw dać mi drugi talerz tej zupy.
...Gdybym był formalnym konkurentem której z pań, mającym szczęście i pozwolenie starania się o ręko, przyznaję, że ta zupa byłaby dla mnie smutna jak czarny całun; ale jako podróżny, któremu złamało się koło, który trochę podłamał nogi, a winien państwu wdzięczność za niezasłużona ich dobroć dla siebie, polewka ta jest tylko jakby cudownem odgadnięciem smaku? Czyby mnie ten niedobry Teodor wydać miał z tym parafiańskiem upodobaniem w polewce? — spytał patrząc na kobiety.
— Nie? więc to zostało odgadnione... Niechże pani pozwoli — zwrócił się do Wici — abym jej za to podziękował.
Wicia słysząc go mówiącego tak żywo, łatwo... zmieszana, zawstydzona, zmartwiona, milczała. Wojewodzicowa darła chustkę, Cześnikowi płynęły z oczów łzy.
— W tem wieszczbiarskiem odgadnieniu, co dla gości może być najprzyjemniejszem, najsmaczniejszem — mówił Kasztelanic dalej — kobiety celują; instynkt prawdziwie zdumiewający.
— Ale dajże już pokój tej zupie nieszczęsnej! — cicho szepnęła Wojewodzicowa.
— Dlaczego? — spytał Kasztelanie, zajadając, choć okrutnie blady. — Pani przecież wiesz iż ja świadom dawnych obyczajów, zupy tej do siebie wziąć nie mogę, bom nie prosił szanownego Cześnika o pozwolenie starania się o niczyją rękę w jego domu. Zupa zaś bez tej formalności nie ma żadnego znaczenia. A ja... ja się żenić, starać, spieszyć z tak ważnym w życiu aktem nie myślę... Wszak pani mi to pochwali? — zapytał Wojewodzicowej.
— Dlaczego ja mam chwalić? — odpowiedziała.
— Dlatego że pani wiesz ze smutnego doświadczenia najlepiej — odezwał się poważniejszym tonem Kasztelanic — jak szczęście wszelkie niestałe jest i kruche... Zrywa je często śmierć, częściej charakterów niezgodność, brak tego współczucia, które chwilowo może do złudzenia zastąpić litość....
Patrzałem na Wicie, w twarzy jej malował się gniew, oburzenie... Oblewała się płomieniami i bladła, gryzła usta. Kasztelanic niezmieszany sam prowadził rozmowę. Starczyło mu skinienie, pół słowa do podsycenia jej.
— A! powiedz Cześniku — rzekł — dziś się płocho żenią, jak to nieraz i z jego ust słyszałem, a występnie potem rozstają... Nasza Warszawa przedstawia pod tym względem obraz prawdziwie smutny. Pani Wojewodzicow’a pewnie poświadczy.
— Przecież są i bardzo przykładne małżeństwa — odpowiedziała od niechcenia kuzynka.
— Tak, są różne — mówił nieznużony Kasztelanic — znałem przykładne przez dwa tygodnie, dwa miesiące a nawet dwa lata. W końcu tego terminu prekluzyjnego trafiają się jeszcze znośne i przyzwoite, ale już to co je czyniło pięknemi jak sielanka, jak dytyramb świetnemi, zagasa. Uczucie im gorętsze, tem się prędzej wyczerpuje, a nieśmiertelne, mają tylko ludzie nieśmiertelni, których jest w ogóle mało... na wstyd ludzkości.
Podał w tem talerz próżny Wojciechowi, wznawiając prośbę o powtórzenie potrawy. Staremu się już śmiać tym razem nie chciało; widział, że się coś niedobrego święci, nalał i podał w milczeniu; Kasztelanic znowu opieprzył, osolił i jedząc mówił dalej:
— Dosyć byłem zawsze ciekawym starych naszych zwyczajów — mówił — są to szacowne zabytki dawnej prostoty... Wierzcie mi panie, że naprzykład ta czarna polewka wielką była ulgą dla domu... oszczędzała mu zawsze przykrej rekuzy, słów próżnych... pewnego rodzaju historyj i wypadku. Kawaler spojrzał, zjadł czy nie, ale przyjmował wyrok i ruszał z Bogiem. Wszakże to wiem, że ową czarną polewkę podsuwano tylko natrętnym ludziom i nudziarzom, z któremi się gadać nie chciało, i którym się małego figla wyrządzić życzyło. Przy wieczerzy bądź co bądź musiało być osób kilka. Był to wstyd publiczny. Z cichemi, pokornego serca ludźmi, postępowano delikatniej, rzucano im potajemnie u drzwi albo do gościnnego pokoju wianek grochowy, który mógł zostać tajemnicą między niemi a Bogiem... chwalić się nim nie było co. Na Wołyniu dawano harbuza do kieszeni kawalera, o czem ledwie zaufana pokojówka co go rzucała wiedzieć mogła; na Szlasku dawano koszyczek... zawsze cichutko i bez rozgłosu. Polewka była wypowiedzeniem domu głośnem i nieprzyjemnem zawsze, mało używanem po większych domach, częściej u drobnej szlachty, u której z kawalerów i do guzów’ nieraz przychodziło.
— Ale mój kochany Kasztelanicu — przerwała Wojewodzicowa, spoglądając na Wicie, której twarz zdradzała cierpienie i pomieszanie nadzwyczajne — jak skoro polewki nie mogłeś wziąć do siebie, bo ci też przeznaczoną nie była, dlaczego z takiem upodlaniem nas nią karmisz...
— Doskonały przedmiot do rozmowy! — zawołał Kasztelanie — i jeśli pozwolicie państwo, dodam tu wypadek z czarną pollewką, którego choć nie byłem świadkiem, alem go od matki słyszał opowiadanym. Miało to się przytrafić w domu niejakich państwa Zygockich. O córkę ich pannę Karolinę, która potem wstąpiła do klasztoru, starał się niejaki Pągowski, człek poczciwy, niepoczesny, serdeczny, ale nie miał jakoś szczęścia podobać się pannie. Próżno wzdychał, próżno patrzał bolejąco, próżno oczyma mówił jej więcej niż usty potrafił. Karolina miała wstręt, obawiała się go, niechciała. A że rodzice byli dość zatem, lękając się przymusu, pospieszyła się bez ich wiedzy kazać dać na wieczerzę czarną polewkę. Pągowski siadając zobaczył ją, padł na krzesło blady jak trup, oczy mu wywróciło, paraliż go tknął i nim z krzesła zdjęto biedaka, nieżył...
Wicia krzyknęła z cicha:
— Czyż to może być!!
— Bardzo być może, bo istotnie było — odparł Kasztelanie — są różne natury w ludziach; na niektórych uczucie działa piorunująco, na innych jak wolna trucizna, która trawi i niszczy... Dlatego zawsze z gwałtownemi środkami potrzeba nadzwyczaj być ostrożnym.
Spojrzał na Wicie — ona była istotnie do politowania biedną, łzy się jej w oczach kręciły, mięła swoja chusteczkę w rękach, strapiona, nieszczęśliwa... Można było odgadnąć jak żałowała pospiechu, widząc tego człowieka co trzech niedawno zliczyć nie umiał, tak ujmującym, śmiałym i rozsądnym. Ale zapóźno dowiedziała się o tem, zapóźno chciała wykupić tę polewkę uśmiechem strwożonym, pokornym. Kasztelanic był mowny i swobodny do końca, Cześnik natomiast nawet z polityki nic sobie nie umiał przypomnieć, podawano półmiski które odchodziły nietknięte. On jeden bawił milczących, on — Kasztelanic był niewyczerpanym.
Wieczerza jednak wydała się jak wiek długą.
Gość zwracał się prawie wyłącznie do Wici, a po wieczerzy nawet przysiadł się do niej, sam na sam w kątku, choć była strwożona, ośmielił ją, rozbawił, puścił się w opowiadanie, starając się jej okazać iż żalu do niej nie ma najmniejszego. Wicia się też uspokoiła, usteczka jej uśmiechnęły. Wojewodzicowa z nadzwyczajnem zdziwieniem ujrzała iż nigdy jeszcze tak blisko z sobą nie byli jak po tej polewce, ochłonęła, uspokoiła się, stanęła na straży aby im co, uchowaj Boże, tej rozmowy nie przerwało.
— Panie — mówił — powinnyście być bardzo miłosierne i pobłażające dla tych nieszczęśliwych, których mimowolnie, bez wiedzy ciągniecie za sobą, choć wam są natrętni, naprzykrzeni. Cóż oni winni że urok którym was Bóg obdarzył ciągnie ich i oszala!... Zbyt srogo się z nimi obchodzić serce dozwolić niepowinno — a tout peché misericorde. Musze to zastósować i do siebie — dodał po chwili — pani po trosze... bardzo... winną jesteś, żem się tu dłużej niż miałem i byłem powinien zatrzymał, jeślim był nieznośnym gościem, jak ta ryba w naszem przysłowiu... nie chciej się pani za to gniewać na mnie.
— Ale ja... ja bynajmniej...
— Przynajmniej przebacz mi pani później... gdy pojadę... i zachowaj mi życzliwe wspomnienie,.la z mojego pobytu, jakby ze snu i marzenia miłego jutro się zbudzić muszę... i w świat! Kto wie czy się w życiu jeszcze kiedy spotkamy.
— Jakto! jutro? — strwożona zawołała Wicia zwracając się ku niemu — na miłość Boga, ja... z tą nieszczęsną polewką... proszę pana... ojciec, siostra, golowi to przypisać mojemu zapomnieniu.
— Ale nie, nie, ja oddawna oznajmiłem mój wyjazd, niech o to będzie pani spokojną. Cóż za związek ma to z polewką, ja ją tak lubię!
A ciszej dodał:
— Przebacz mi pani...
Wziął ją za rękę drżącą i pocałował. Wstał, poszedł do zafrasowanego Cześnika i z nim także począł się żegnać. Cześnik ledwie mógł mówić. Wojewodzicowa wiedząc co się święci, porwała mnie do sieni.
— Sebastjanie, na miłość Bożą, mów mu niech jutro nie jedzie. Ja biorę na siebie że się wszystko naprawi. Wicia już żałuje tego co zrobiła.
— Kochana kuzynko — rzekłem — będę się starał spełnić twój rozkaz, ale za skutek nie ręczę. Powiem szczerze, gdybym był na jego miejscu, ja, odjechałbym pewnie i więcej nie wrócił.
— I zrobiłbyś największe głupstwo w świecie, przez dumkę — zawołała ona — nie dajże mu go popełnić.
Gdy Cześnik wstrzymywał jeszcze Kasztelanica, Wojewodzicowa już w ganku prowadziła winowajcę, Wicie.
— Cóżeś ty najlepszego zrobiła! coś zrobiła! — zawołała ręce łamiąc — Widzisz teraz sama.
— Widzę, widzę — odparła Wiktorja — ale za późno. Chciał mnie podejść czy co, otóż ma za swoje.
— On ma! ale ty! ty tracisz takiego człowieka.
Wicia łkając odpowiedziała:
— To się inny znajdzie.
Nie chciała się biedna przyznać do tego, że jej okrutnie żal było czarnej polewki.
— Ale on nie pojedzie... — dodała po cichu.
— Będziemy się o to starać! — szepnęła Wojewodzicowa — tylko nie wiem czy się uda.
Jeszcześmy stali wszyscy w ganku, gdy Kasztelanic wyszedł przyprowadzony przez Cześnika, pożegnał bardzo krótko Wojewodzicowę, Wicię i szedł do oficyn.
Ja na dany znak za nim. Czuł mnie przy sobie, ale słowa nie rzekł.
Weszliśmy do jego pokoju. Teodor kamerdyner jak zwykle stał przy drzwiach, tęskny i smętny. W progu już Kasztelanic mu rękę na ramieniu położył i szepnął do ucha:
— Konie... za godzinę...
Teodor myślał że mu się przysłyszało.
— Ale noc... choć oczy wykol.
— Konie za godzinę! — powtórzył Kasztelanie.
— I nie wiem czy furman...
— Konie za godzinę! — jeszcze raz dobitnie rzekł Kasztelanie i odwrócił się — Teodor wyszedł.




Dopiero tedy ja przystąpiłem jako poseł z perswazjami, słyszałem jak go o to prosiła Wicia sama, Cześnik, powtórzyłem Wojewodzicowej żądanie.... milczał twardo.
— Słuchaj — odezwał się wreście — wzywam cię na szlacheckie verbum, cobyś zrobił na mojem miejscu?
Splątałem się, nie było co odpowiedzieć.
— No — dodał — co tobie nie miło, drugiemu nie życz. Mówić nie ma o czem, jadę. Podobała mi się panna Wiktorja, ale gdybym z miłości dla niej miał umrzeć, nieszczęśliwą jej nie uczynię, gwałtem się ręki dobijać nie będę. Byłaby to podłość, nikczemność...
— Pozwólcie sobie powiedzieć, że nie kochacie jej!
Oburzył się na to.
— Takie to macie wyobrażenie o miłości? — zapytał — to się u was nazywa nią brzydka namiętność, która dla dopięcia swego gotowa poświecić szczęście cudze? Dodam ci to jeszcze, że miłość niewzajemna, jest fałszywą, jest zawsze do przezwyciężenia. W prawach Bożych, które są prawami dobroci i sprawiedliwości, stoi to wypisano iż miłość prawdziwa zawsze jest wzajemną! Powtarzam wam, jeśli was panna nie pokocha, pilnujcie się sami, bo i wy możecie się odurzyć wdziękiem, rozpustna myślą, ale to nie będzie miłość.
— Miłość nie rodzi się przecie od razu, można ją zdobyć powoli.
— To się zdobywa nałóg, przywyknienie, przyjaźń, szacunek, ale nie miłość. Ta jest jak piorun, uderza i zabija od razu. Jeśli nie zrodzi się w pierwszej chwili potężną, wielką, silną, taką jaką będzie gdy dojrzeje, musi już istnieć w pierwszem wejrzeniu, musi od niej drgnąć człowiek, prawie jeszcze nie wiedząc, co mu przeznaczono, czując instynktowo że się zbliża.
— Szanowny Kasztelanicu — odezwałem się — moglibyście o tem pisać traktaty, jam prostak, ale jeśli kiedy się pokocham, to na życie.
Zmilczał. Chodził po pokoju poświstując, zamyślony, począł się przebierać, mówić o czem innem. Zaszeleściało we drzwiach, domyśliłem się Wojewodzicowoj. Posłyszała ona mój głos, ośmieliło ją to, wpadła, spojrzała mu w oczy, łagodnie, błagająco odezwała się:
— Kuzynku! nie jedź!
— Muszę — rzekł całując jej rękę — muszę...
— Wicia płacze! godziż się tak nielitościwie mścić nad biednem dziewczęciem?
— Panna Wiktorja może trochę ulitowawszy się z dobroci serca płakać, żałować — rzekł Kasztelanie — ale kochana kuzynko, odważne serce podyktowało jej to, co powinna była uczynić. Czuła, że nie będzie szczęśliwą, nie chciała mnie uwodzić, ani iść za mąż bez przywiązania, chłodną podając dłoń i zimne serce. Zrobiła szlachetnie, nie powinna się cofać, to było prawdziwie Boże natchnienie!
Wojewodzicowa jak ja wpadła na ten sam argument i zawołała:
— A i ty jej nie kochasz chyba!... Mówiłeś mi żeś był nią oczarowany... to nie prawda...
— Tylko co ten sam zarzut zrobił mi pan Sebastjan Kaniowa i odpowiedziałem mu to, co ci powiem kuzynko. Nie rozumiem tej miłości, co się dobija gwałtem celu pragnień.
— Więc jedziesz, nie ubłagany?
Drugi raz schylił się do jej ręki.
— Jestem mężczyzną — rzekł — są w życiu nakazane pewnemi względy kroki. Sama p. Wiktorja straciłaby szacunek dla tak powolnego konkurenta, który tylko co zjadłszy dwa talerze czarnej polewki, powróciłby do osądzenia sprawy swej z nowo odkrytych dokumentów. W pół godziny ani sentyment ani przekonanie zmienić się nie mogą, refleksja może postępowaniem pokierować inaczej, ale serce! serce!
— A któż winien temu wszystkiemu — wybuchnęła Wojewodzicowa — jeśli nie ty? Pięć dni siedzisz z zamurowanemi ustami, proszę, błagam, słowa się doprosić nie mogę, dopiero ta nieszczęsna polewka ci je rozwiązuje i pokazujesz się pannie w blasku, jakbyś chciał jej rzucić w oczy: widzisz coś straciła!
— Wszyscy wy, wiele was jest, mężczyźni! tacy! Zawsze dumy więcej niż serca. Pan Bóg was stworzył na utrapienie nasze. Jedź że sobie, jedź, a będziesz żałował tego całe życie.
Kasztelanic stał, kuzynka wybiegła trzaskając drzwiami. Konie z Teodorem zachodziły przed ganek, wyniesiono tłumoki, pożegnał się i odjechał.
Tu Rotmistrz przerwał opowiadanie, któregośmy z uwagą słuchali wszyscy, dlatego że pewnie żywiej je prowadził, niż ja z przypomnienia powtarzam. Ci co nie znali końca historji spytali z żalem:
— Jakto? na tem się skończyło? wiec...
— Nie skończy/o się na tem — mówił Rotmistrz powoli — ale już się państwo niecierpliwicie i nie idzie wam o to, jak się to rozwikłało, byle wiedzieć, czy Kasztelanie ożenił się z Wicią. U was tak teraz wszystko, byle suche kości wam podać, nie dbacie o to ciało, co je oblekało, co poruszało niemi. Z historyj chcecie początku i końca, a nie soku i treści. Nie umiecie słuchać i opowiadać wam nie warto.
Protestowano zewsząd. Rotmistrz westchnął i powoli tak ciągnął rzecz swoją:
— Nazajutrz nie było do kogo w Czeremszyńcach słowa przemówić. Wicia w swoim pokoiku płakała, Cześnik się gniewał na nią, ze tak słusznego kawalera ze wstydem publicznym w obce sług i dworu odprawiła, Wojewodzicowa narzekała i zbierała się tez do Warszawy, bo ją wieś już nudziła, mnie jak na uwięzi owe dwieście czerwonych złotych wstrzymywały. Nareszcie już mi to tak dojadło, że sam począłem się starać o kredyt dla Cześnika. Znalazłem szlachcica w łapciach, który w garnku trzymał spleśniałe talary, udobruchałem go, namówiłem, przywiozłem, dopilnowałem i zabrawszy grosz drapnąłem do obozu.
Straciłem tedy z oczów i Kasztelanica i pannę Wiklorje, dowiaduję się tylko to ztąd to z owad, że Wojewodzicowa wydała się za mąż, że Cześnik umarł, że p. Wiktorja choć się jej bardzo piękne trafiały partje, za mąż iść nie chce. Wówczas, gdy ta nieszczęśliwa polewka wyszła na siół, Cześnikówna miała lat niespełna dziewiętnaście, upłynęło potem lat coś około pięciu.
Wysłany byłem z regimentu do Warszawy dla odebrania niektórych przyborów wojskowych w arsenale, a że się mało w stolicy bywało, człek młodym jeszcze był, więc jak się tam dostał, ugrzązł. Znalazło się znajomych dosyć, krewnych trochę, a wojskowych kolegów poznawało się niemal za dużo, to też nie spieszyło się z odbieraniem w arsenale, i czas wesoło upływał.
Chudemu pachołkowi żyjącemu z nie wielkiego żołdu i drobnych ubocznych dochodzików pułkowych, szumieć bardzo w mieście nie było za co, to też bawiło się oszczędnie lub często o cudzym koszcie, nie sięgając do mieszka. Jednego dnia idąc ulicą, patrzę, a no mi się ktoś przejeżdżając kłania a kłania. Obejrzałem się czy nie komu innemu, ten powtarza mi głową i kapeluszem ukłony. Co u licha! Nadto paradny był powóz, a ja karecianych znajomości nie miałem, patrzę, ledwiem poznał Kasztelanica. Stanął wśród ulicy i kroczy do mnie, ja też...
— Jak się masz! co robisz! a cóż to i nie łaska nawet dowiedzieć się czy żyje.
— Bom ja żyw nie domyślił się, że tu jesteście.
— Gdzieżbym był, w mieście żyć muszę, bo na wsi nie umiem. Ale słuchaj, kiedym cię złapał, nie puszczę, musisz do mnie na objad.
Spojrzałem na mundur, domyślił się zaraz.
— U mnie nie ma nikogo — rzekł — dom kawalerski, dziś nawet nie prosiłem żywej duszy, chciałem być sam, a no lepiej będziemy we dwóch.
Nie mogłem odmówić, siedliśmy, jedziemy w róg Miodowej, pałacyk śliczny. Kasztelanie mi powiada:
— To moja chata.
Zwykle to tak u nas mianowano i pałace. Ten był jak z igły, bez wielkiego przepychu ale z wielkim smakiem urządzony.
— Hej — rzekłem wchodząc nabrawszy śmiałości — gniazdko śliczne, ale co potem, kiedy sami w niem siedzicie.
— Tak Bóg dał! — rzekł wzdychając Kasztelanic.
— Zraziła was widzę ta nieszczęśliwa czarna polewka — zawołałem. Gospodarz się zarumienił i zmieszał.
— Nie mówcie o tem — urwał sucho.
— Owszem, owszem — odezwałem się — dziś to już przyschło, stare dzieje... Muszą się wyspowiadać wam, bo nie uwierzycie, ale to był prawdziwie sądny dzień po wyjeździe waszym, a słowem szlacheckiem ręczę wam i przysięgam, z tego co wiem i wiem dokładnie, że panna Wiktorja od owej wieczerzy zakochała się w was na zabój, za mąż nie poszła, a po dziś dzień polewkę swoją opłakuje.
— Co pleciesz, mój poczciwy żołnierzu! — rzekł smutnie jakoś Kasztelanic — chciałbyś mnie widzę wbić w pychę, ale darmo. Co się stało, odstać się nie może.
Urwał potem rzucając mi ręce na szyję i dodał:
— Przed tobą, coś tego wszystkiego był świadkiem, przyznać się mogę, nie zdradzisz mnie. Wiesz, uwierzysz ty temu? oto ja się w niej dotąd kocham na zabój. Chciałem ją z pamięci wyrwać, zapomnieć, szukałem innych, ubiegło tyle lat, tyle wrażeń się przeżyło. Wicie tylko widzę przed sobą, z temi oczkami, jakby mi wyrzucała żem się nie upokorzył!
— Widzicie, kochany Kasztelanicu — przerwałem mu — to obraza pana Boga, który w serc dwoje wlał miłość, żeby dla jakiejś dumy i uporu czynić się dobrowolnie nieszczęśliwemi. Dają wam słowo uczciwie, ta biedna pokutnica was kocha. Co u licha! tyle minęło lat i strawiliście nareście tę niefortunną czarną polewkę, czemużbyście się do niej zbliżyć nie mieli, jeśli jak sami wyznajecie, serce się o to dopomina?
— Ja z oczu je straciłem obie — rzekł mój gospodarz — Wojewodzicowa jest dziś pono panią Kasztelanową, poszła za starego, którego myśmy Gwoździkiem przezwali, bo sobie wąsy szwarcował jakąś przemierzłą maścią, sperfumowaną niemi. Nawet nie wiem czy p. Wiktorja przy niej.
— Kasztelanicu — rzekłem — choć’em ja do tego nie wprawny, ale rzeknij słowo, pójdę na zwiady i będę wam swatem.
Zawahał się.
— Dajno pokój, daj! — odezwał się — pozwalam dowiedzieć się, pochodzić, ale o mnie, o mojem sercu, ani słowa. Wy przywykliście szturmem brać żony i twierdze, ja człek spokojny, wole inaczej.
— Ja was nie zmuszam, ale zróbcie krok.
— Chętnie.
— Dajecie mi pełnomocnictwo? Mam trzy dni czasu nim w arsenale amunicje mi wydadzą, rzucę wszystko a pójdę za wasza sprawą.
Uścisnął mnie serdecznie, dali do stołu, a ja ledwie zjadłszy pobiegłem na miasto.




Kasztelana, którego Gwoździkiem zwano, tem łatwiej było znaleść, że słynął z wielu wad i przymiotów i że się z niego po trosze wyśmiewano.
Pierwszy ze swej rodziny wlazł na drążek, a winien to był Stępkowskiemu, któremu za to zapłacił, że zaś sławny był ze skąpstwa, znudził p. Wojewodę, zamęczył i mówiono że mu w końcu dał poobrzynane dukaty.
Kasztelan Gwoździk pochodził z drobnej szlachty kędyś na Pińszczyźnie osiadłej, po ojcu wziął szóstą część wioseczki w której było pięć chat, ale się tak dorabiał umiejętnie, na wołach (mówiono i na wieprzach, choć się wypierał nierogacizny bardzo), na skórach, na wódce, na handlach, na kupionych z lasami majątkach, na frymarkach dobrami, że dorobił się w końcu pańskiej fortuny. Co lepsza czystej bez długów, o co panom było trudno, i w dodatku miał jeszcze znaczne kapitały.
Człowiek był prosty, ledwie jak kura pisać umiał, ale rachował doskonale i węch miał trafny, nigdy złego interesu nie tknął. Tak w pracy i skąpstwie doszedł lat blisko pięćdziesięciu, wszystko miał ino mu żony brakło, wyrok padł na Wojewodzicowę. Brzydziła się nim, bo był istotnie ani piękny, ani zgrabny, ale dobry gospodarz, człek stateczny, bogaty. Poszła z nim do ołtarza.
Ożeniwszy się Kasztelanisko walczyło teraz ze skąpstwem nałogowem i dumką nowonarodzoną, chciało się występywać a wąż w kieszeni siedział. Żona zręcznie wcale sterowała łodzi małżeńskiej, ale jegomość u steru siedział na oko.
Dowiedziałem się że mieszkali w najętym domu i że panna Wiktorja była przy siostrze, wspólnie z nią utrzymując gospodarstwo. Powiedziano mi, iż bogata panna, bo Kasztelan byt majątku i wartość podniósł, miała starających się, że szwagier z Pińszczyzny jej coraz sprowadzał innych, ale za mąż iść nie chciała.
Tegoż wieczora dobijałem się do bramy. Było służby dosyć na występ, ale w wolnych od reprezentacyj chwilach, lokaje drwa rąbali, a kamerdyner w piecach palił. Jeden tylko we fraku liberyjnym zostawał zawsze na straży.
Spytałem o pana i o panią, a żem był nieznajomy, i mój mundur jakoś im wyglądał niepocześnie, chcieli się mnie pozbyć. Byliby tego może dokazali, gdyby Pan Bóg wracającej ze służącą z kościoła panny Wiktorji nie przyniósł. Poznawszy mnie, wzięła z sobą.
Teraźniejszą Kasztelanowę, choć to nie wiele lat ubiegło, znalazłem bardzo zmienioną. Spoważniała, gorączka ją dawno opuściła, blada była i smutna. Widziałem że im przyniosę z sobą przypomnienie tej czarnej polewki, inaczej być nie mogło, miałem ją napisaną na czole.
Nie czekając aż kto co z tej beczki zacznie, wpadłem sam na Kaszlelanica, na jego afekt wierny... na...
Kobiety milcząco spojrzały na siebie.
— Mój panie Schastjanie — odpowiedziała Wicia — jużem ja nie dziecko, rozumiem lepiej świat i ludzi, gdyby ten człowiek miał serce dla mnie, starałby się od tego czasu zbliżyć, zapomniałby dzieciństwa... Ale gdzie to tam na mężczyzny serce rachować!
Biłem się z sobą, czy im wyznać wszystko czy nie, naostatek mrugnąłem na samą Kasztelanowę. Zrozumiała mnie, po chwili wyszła do gospodarstwa Wicia, a ja do rzeczy.
Opowiedziałem jej otwarcie jakem Kasztelanica znalazł, i w jakiem usposobieniu, z jaką tęsknotą i żalem, i dodałem:
— Kasztelanowo, dajmy sobie ręce, uczyńmy szcześliwemi ludzi dwoje. Bawię w Warszawie trzy dni, niech choć poczne snuć tę przędzę.
— Ale jak? — spytała kuzynka.
— Sposób prosty — rzekłem. — Wasz mąż go przecież zna, a nie był u niego. Niech odwiedzi, on musi oddać wizytę, będzie dobra zaczepka.
— Ja go zaraz wyprawię — zawołała kobieta.
— Jakto? zaraz? — spytałem.
— Każę mu pojechać, pojedzie — rzekła ruszając ramionami. — Nie ma na mężów jak ludzie starzy, bo to już ujeżdżone i chodzi na pasku.
Bozśmiała się sama.
— Mój dobre człeczysko! — dodała — ma powierzchowność pospolitą, ale rozum do pieniędzy jak rzadko i... niezawodny w domu.
Zadzwoniła:
— Prosić Jegomości.
Chłopak w liberji widocznie na wzrost robionej, pospieszył tak, żem mógł po jego chodzie poznać, iż kuzynka była panią w domu.
W pięć minut, z zapomnianem piórem od rachunków za uchem, wtoczył się okrągły, burakowo rumiany kasztelan, a z uścisku którym mnie jako powinowatego zaszczycić raczył, mogłem się przekonać, że go nie darmo gwoździkiem przezwano.
Był małomówny, ale usiłując twarzą okazać, że słuchał i rozumiał, miał zwyczaj to oczyma, to gębą, to wąsami, to czołem mrugać, pociągać, wykrzywiać. Niekoniecznie go to upiękniało, zwłaszcza że i natura nie wysiliła się na nadanie mu piękności. Oszczędny w słowach, zastępował je nietylko temi migi, a niekiedy zdawkową monetą jednosylabowych wykrzykników, których miał zapas niezmierny — Eh — Oh — Ah? Uf!... Ba! Hę? i tym podobne sypały się obficie. Tym sposobem rozmowa nie wielkim kosztem się podsycała.
Tym razem czy był zmęczony, czy mnie badał; ale nie powiedział prawie nic a przecież doskonale się z nami porozumiał i natychmiast kazawszy sobie podać karetę, (inaczej nie jeździł jak karetą) ruszył do Kasztelanica. Podziwiałem sposób zręczny, łagodny, trafny, w jaki gospodyni go zażywała... zupełnie jak jeździec miękkoustego konia... co mu ledwie licem da znać, czego chce, a już się zawrócił...
Pocałowałem ją w rękę dziękując. Już spisek był ułożony, gdy panna Wiktorja wróciła, nic nic wiedząc co się stało.




Wchodzę nazajutrz rano do Kasztelanica a ten mi palcem po nosie grozi.
— A! to ty intrygancie! Aleś się niepospolicie uwinął! Zrozumiałem ja robotę. Bóg ci zapłać. Dla twej pociechy, nie będę się bardzo trzymał form, których też Gwoździk nie zna tak dalece i dziś jadę z rewizytą.
— O której? — spytałem — boć wiedzieć powinienem, życząc sobie was tam zastać.
— No, to popołudniu, ztamtąd was zabiorę do siebie i ruszamy na kurczęta w aleje.
— Te dni — rzekłem — już są wam poświęcone, róbcie ze mną co chcecie.
Nie długo bawiąc wyszedłem, aby liścikiem dać znać kuzynce godzinę i zapowiedzieć odwiedziny nasze. Bałem się, żeby nam panna Wiktorja nie wyszła gdzie.
— O! kochani państwo moi — rzekł tu Rotmistrz wzdychając — są przepisy na przechowywanie owoców, warzywa, mięsa, słodyczy i goryczy, od stęchlizny, pleśni, kwasu i zgnilizny; — a jak to trudno w sercu przechować uczucie długo, i co to się z niem tam dzieje!!
Ba! mości dobrodzieju! zależy to od serca; trzeba żeby było niezakwaszone a czyste, a suche a ciepłe, to się w niem ostoi ta wątła rzecz, którą uczuciem zowiemy.
Szedłem myśląc o tem sobie — a już wówczas lubiłem się patrzeć na ludzi z boku gdyby na scenę. Boć i to bywa, że w sercu uczucie będzie pod niebytność przedmiotu co je obudził rosło, potężniało, puści porostki, a gdy z rzeczywistością się spotka, na świeżem powietrzu umrze...
Kochali się to prawda, niewidząc, myślałem: a co będzie gdy się zobaczą? gdy po wierzch tej czułości, przyjdzie przypomnienie urazy i winy?? Ale niech to już tam Pan Bóg pokieruje jako wola Jego.
Poszedłem wcześniej. Panna Wiktorja, która o mnie jednym była zawiadomiona, przybiegła z robótką w ręku, bez zbytniego stroju, ubrana skromnie, śliczna. Tylko to już nie było ono dziewczę śmiałe, raźne, nieznające świata i bólu, ale kobieta co cierpiała, uspokoiła się i modliła. Była równie piękną, a cień smutku jakby jakąś mgłą ją okrywał.
Gdy lokaj oznajmił gościa, ledwie ucho jej chwyciło imię, uciekać chciała, zapłoniła się, drżała. Wzrok siostry i mój ją powstrzymał. Kasztelanic wszedł niezbyt śmiały, bez widocznego przestrachu; przywitał się, i tak jakoś mądrze wykręcił, ze siadł przy pannie Wiktorji.
Jak tylko Kasztelanowa to zobaczyła, wrócił jej impet dawny i poczęła ze mną żwawą, głośną rozmowę, tak że co się po za nami działo, anim mógł słyszeć ani się domyśleć... Tylko w oczach gospodyni czytałem jak w zwierciedle wrażenie dobre, a gdyśmy się żegnali, po twarzy Wici poznałem uspokojenie i jakby rozpromienienie szczęścia — przybyło mi apetytu na kurczęta, humoru do zabawy.
Padliśmy na wesołe towarzystwo w Alejach i do wieczora dokazywało się aż miło.
— Ej byłyż to czasy, były! jakich wy nie znacie — mówił rotmistrz wzdychając. — Była w nich nadzieja! było życie, była siła... Dużo złego, zapewne, lekkomyślności wiele, ale serca podostatek, lub do zbytku. Tośmy teraz stracili, jeno łupiny zostały. Jeszcze gdy Polakami być chcemy, serdeczni być musim, ale zajrzeć pod skorupę tę, plewy i otrębie. Zjadła bieda to serce wielkie, którem cała przeszłość żyła, (bośmy tam nigdy rozumem zbytnim nie zgrzeszyli), ale to serce i oczy miało i instynkt i potęgę... starczyło za wszystko!!
Dziś rozumu dużo i wielki... a no nie starczy za to co ono robiło, sili się w pługu, a rola odłogiem... A trzebać choć w rozum wierzyć i nabywać go co najwięcej, bo drugiego takiego serca mieć nie będziemy.
Było nas tam na zabawie wszelkiego ludu, z wszystkich końców Polski. Trzeba było widzieć jak się to już bratało. Szlachta, mieszczanie i wielkie pany i przybłędy takie, co się człek zakrztusił nim nazwisko wymówił. Wiało coś na nas tem kochaniem takiem, jakby mówiło że w niem zbawienie... a szatan dmuchał szyderstwo i nienawiść...
Kasztelanicam jeszcze więcej ukochał niż kiedy, bom poznał co to był za człowiek i jak go też świat cenił a poważał. Z obejścia się z nim widać było na co zasłużył. Ludzie się do niego cisnęli wszelkiego autoramentu; dla każdego miał dobre słowo, uśmiech i niewymuszone przyjęcie, w którem Kaszlelanica nie było widać a człowieka.
Od tych kurcząt łatwiuteńko przyszło do kieliszka, wszakże zbytku nie było, podweseliliśmy się tylko, rozmowa się poczęła o koniach, o jeżdżeniu, zjawiły się szkapy, — w dobrym humorze sadziliśmy potem przez rowy i płoty, i już pod wieczór znalazłem się sam niewiem jak znowu u Kasztelanica, który nie mógł się wydziękować, żem mu drzwi do domu, w którym Wicia mieszkała, otworzył.
Gdy tak na pozór wszystko się doskonale kleić zdaje a ja spię spokojny — djabeł mi tymczasem zgotował się figla wyrządzić.
Kasztelan Gwoździk jak był pod pantoflem u żony, niepozorny, kulfonowaty, małomówny i monosylabny, że spojrzawszy nań trzech groszy by za niego nikt nie dał, tak gdzie szło o pieniądze i interesa, gotów był na najszykowniejsze kroki. Wziąwszy tymczasowo w zarząd Czeremszyńce z których połowa należała pannie Wiklorji, sądził zrazu iż pannę w domu zasuszyć potrafi i po najdłuższem jej życiu, wedle formy prawnej mówiąc, zagarnie klucz cały. Przekonał się jednak bliżej poznawszy pannę Wiktorje że to mu się nie uda, nadto była piękna, siniała i powołania do trwałego stanu panieńskiego nie okazywała. Wpadł tedy Kasztelan na myśl swatania kuzynków różnych ubogich z Pińszczyzny, zawarowując sobie naprzód, iż z Czeremszyniec spłaci pewną sumą szwagierka. Konkurenci godzili się nawet tanio wziąć pannę tak piękną i protekcją groszoroba. Kasztelan nie spowiadając się z tego przed żoną, swoje robił na boku.
Kilku ichmościów, (z których jeden z dosyć widocznym początkiem wiele na przyszłość obiecującego kołtuna), zostało odprawionych; Kasztelan nie spuszczający z oka interesu Czeremszynieckiego, tem bardziej że tam był już kosztowną gorzelnie postawił, wprowadził do domu młodego krewniaczka wielkich nadziei. Miał on tylko to nieszczęście, że się nazywał Pacukiewicz. Na Litwie Pacukami zowią szczury, i niewinne to nazwisko brzmiało jakoś pociesznie. Sam zaś Florjan Pacukiewicz, acz nie possesionatus, goluteńki, chłopiec był żwawy, roztropny, do rzeczy, tylko że jak nazwisko swe wyglądał strasznie niepozornie. Ani rozumu, ani węchu, ani nauki mu nie brakło, ale wszedłszy do pokoju nie umiał się obrócić, i niepotrafił trzech słów w przyzwoitej formie wypowiedzieć.
Na folwarku, w przedpokoju, nawet we cztery oczy z panem Kasztelanem, był rozmowny, dowcipny, zabawny, usta mu się rozwiązywały, ale na pokoje wszedłszy i gdy kilka osób poważniejszych przed sobą ujrzał, stawał się trusią. Wychowany ostro w domu i w szkołach, tak wysoko szanował wszelką powagę, iż go ona paraliżowała. Nie był to wcale konkurent dla p. Wiktorji, ale Kasztelan uparty zapowiedział mu, iż będzie czekał, rachował na brak młodzieży, i na szczęśliwą chwilę. Tymczasem wziął go do domu, a że chłopiec był przystojny zresztą, usłużny, myślał, iż się powoli w łaski wciśnie, przypodoba i cichaczem zawiąże stosuneczek wiodący do ołtarza.
P. Florjan Pacukiewicz któremu wszystkie te plany dobroczyńcy nie były tajnemi, miał tedy oko na Wicię uważając ją niejako za swą własność przyszłą.
Każdy młodzieniec zjawiający się w domu był mu podejrzanym. Jakom się tylko ja ukazał, potem za mną Kasztelanic, tknęło go to, o mnie dowiedziawszy się nieco, dał mi pokój, ale po wyjściu Kaszlelanica już dośledził że dłuższy czas siedział przy pannie Wiktorji, poszedł po języka, sznurkował, pytał i całą historję owej czarnej polewki wyszperał. Zląkł się tedy okrutnie.
Wieczorem gdy był pewny, że nic im nie przerwie rozmowy, wsunął się do Kasztelana Gwoździka. Miał zwyczaj szanowny ów pan, że cały dzień zmuszony swe drążkowe kasztelaństwo nosić na karku, i występować stosownie do tytułu, dopiero wróciwszy definitive do kancelarji powracał też do swych dawnych, prostych, wiejskich, kawalerskich nawyknień. Składał naówczas bogaty pas, kontusz, żupan, huty safjanowe, pierścień złoty, a brał kitel i buty kozłowe. Że zaś w dzień prostej wódki i kiełbasy z czosnkiem dla zdradliwej woni ich, tykać nie wypadało, biesiadę z owych czasów odkładał pod noc.
Zastał go Florek już po wódce, z wędzoną kiełbasą w ręku chodzącego po pokoju i wcale nie usposobionego do gawędy, raz że jej nigdy nie lubił, powtóre, że gdy jadł niecierpiał gadania, bo dwóch rzeczy razem nie robił z zasady, utrzymując że się w takim razie obie źle robią.
— Hę? — zawołał widząc go wchodzącego — czego? hę?
— Przepraszam wujaszka — odezwał się Pacukiewicz — ale jest interes, pilny...
— Ho! — zajadając kiełbasę i patrząc nań spytał Kasztelan — no, to tego...
Miało to znaczać: Gadaj!
Florek zbliżył się niemal do ucha i do kiełbasy.
— Czy to wujaszek nic nie wie, do kogo to Jejmość Kasztelanowa wysłała z wizytą i kto tu dziś był?
— A no? — wyjąknął Kasztelan.
— Wszakże? to ów konkurent panny Wiktorji, w którym się ona kochała a może i kocha, co to ta sławna polewka omyłką.
— Hę? co? no to co? — przemówił wuj o niczem nie wiedząc.
Florek po swojemu pojętą opowiedział historję czarnej polewki, ten słuchał przerywając tylko zwykłemi: O! ho! itp. Nareście gdy się opowiadanie skończyło i kiełbasa razem, otarł usta i wąsy, począł chodzić po pokoju.
— To źle — rzekł — źle? hm! hm...
Polem odwrócił się do Florka:
— Spać! — rzekł.
— Ale cóż będzie wujaszku?
— Hm... lego... już co do tego, to te... ja... — dodał — spać!...
Siostrzeniec wiedząc, iż trudno co dobyć ze starego, pocałował w rękę i poszedł posłuszny.
Kasztelan w kitlu chodził długo, myślał, myślał, głową kręcił, uśmiechnął się w końcu do siebie, jakby z rozumu własnego zadowolniony i położył się spokojny.
Nazajutrz po owych kurczętach, przyszedłem około południa do mego Kasztelanica i zastałem go w równie dobrym humorze jak wczora. Powiedział mi zaraz w progu, iż był proszony na wieczerzę do Kasztelana. Ja że byłem z rana u nich, a nie miałem o tem od samej pani wiadomości żadnej, zdziwiłem się niepomału, ale myślałem, że wśród dnia zaproszenie dostane, bo mnie się zdawało że i prawo mam do niego i z grzeczności wypadało mnie też zawezwać. Pokwapiłem się do domu czekając inwitacji, alem do wieczora wyglądał jej napróżno — nie nadeszła. Coś mnie tknęło, a trochem się i obraził, ale zbywszy się tego dopiero nazajutrz rano pobiegłem do kuzynki. Sługa mi w bramie powiedział, żem pani nie zastał.
Ciekawy nadzwyczaj tej Gwoździkowskiej wieczerzy, pobiegłem do Kasztelanica. Miałem nieszczęście tego dnia, bo choć wcześnie było, już z domu takie wyjechał.
Markotny wyszedłem od niego, gdy tuż na Miodowej łapie mnie Kasztelanowa sama. Jechała karetą z panną Wiktorją, wskazała mi miejsce na przodzie. Ledwiem siadł, a ta chwyta mnie za rękę.
— Wiesz o wczorajszej wieczerzy?
— O niczem nie wiem!
— Pan Bóg nas od nieszczęścia uchował — cała w płomieniach zawołała ręce załamując kuzynka. — No! wierzże tu nawet takim potulnym — mężom jak mój, co niby gadać nie umieją a figla splatać zawsze potrafią.
— Cóż się stało?
— Słuchaj! słuchaj! Wiesz zapewne, że mąż mój, własnym pomysłem wczoraj poprosił na wieczerze Kasztelanica. Ani ja, ani Wicia do niczegośmy się nie mieszały, myślałyśmy że to grzeczność z jego strony. Okazało się co innego wcale. Ten niepoczciwy mój stary — alem też mu porządnie zmyła czuprynę, forytuje Florka do Wici, któryby za lokaja ledwie mógł być przyjęty. Wystaw sobie, sam wieczerzę zadysponował, ruszył konceptem i kazał zrobić czarną polewkę.
Przed wieczerzą zaś, jakkolwiek małomówny, ekskuzując si,ę że nie ma dobrego kucharza, że się w dyspozycje kuchenne nie wdaje, zrzucił wieczerzę całą na nas, dając do zrozumienia, iż myśmy ją dysponowały.
Wystaw sobie nasz przestrach i zdumienie! Wicia siadła do stołu, zbladła, krzyknęła i padła zemdlona. Rzuciliśmy się do niej wszyscy, a ja mimochodem swego jegomości... a już dalipan nie pamiętam, czym mu dała w ucho... ale coś oberwał.
Tartas, gwałt, desperacja! Szczęściem Kasztelanie miał rozum, zrozumiał figiel tego gbura. Wicia spojrzała nań przychodząc do siebie i oczy jej powiedzieć mu musiały, że była niewinną, obróciliśmy to jakoś w śmiech. Lękałam się, żeby jednak śladów po sobie ten wypadek nie zostawił, szczęściem Kasztelanic zaraz po wieczerzy, głośno, jasno i wyraźnie oświadczył się o rękę Wiktorji, a ona też niemniej dobitnie przyjęła go.
Słuchałem osłupiały. Wicia siedziała uśmiechając się.
— Cóż Kasztelan teraz mówi? — spytałem.
— A już ja ręczę! że gdyby miał jeszcze trzy panny na wydaniu, nie poradziwszy się ze mną, nie zrobi kroku... dostało mu się dobrze... Wystaw sobie tego gbura, który taką niedorzeczność w dobrej wierze popełnia, sądząc że mu się to uda.
— Więc kiedyż wesele? — spytałem lżej oddychając.
— O! natychmiast! Kasztelanic biega o wyrobienie indultu. Na co mają czekać. Jeszczeby mi mój znowu coś drugiego tak zręcznie wymyślił!!
Wiktorja milczała.
Opis przygody mi nie starczył, szczęśliwie się wprawdzie skończyła, alem był rad usłyszeć z ust Kasztelanica relacją o katastrofie. Pożegnawszy więc kuzynki, poszedłem szukać mojego zbiega. Ale zakochanego, który się przysposabia do wesela, będzie mądry, kto znajdzie. Tu był — już go nie ma. Tam go czekają, nieprzyszedł. Pełno wszędzie a nigdzie złapać.
Pomyślałem że najprędzej go w domu dosiedzę i rozkwaterowałem się w jego własnym pokoju, mimo kamerdynera, prawie siłą.
Nad wieczór wpadł i wprost mi na szyję.
— Wiesz już pewnie wszystko! — zawołał.
— Wiem tylko koniec, ale na miłego Boga, jakże to było? jak? jak ta komedja wyglądała.
Zasiedliśmy, a mój gospodarz tak rzecz rozpoczął:
— Gwoździk przyjechał mnie wcale insperate prosić na wieczerzę. Myślałem, że go te panie skłoniły, nie miałem najmniejszego podejrzenia, pojechałem z dobrą myślą. Kasztelana widywałem mało, z twarzą jego się nie znam dobrze, wydała mi się przy całej wymuszonej grzeczności człowieka, u którego ona przybiera dziwaczność nowego obyczaju — nieco szyderską. Pod gwoździkami, namaszczonym wąsem krył się zarodek uśmiechu. Mówił dużo, kilka razy puścił się tak, że naliczyłem wyrazów do dziesięciu, w przestankach chrząkał i śmiał się rozgłośnie, brzuchowym głosem ludzi poważnych. Wydało mi się, że tego śmiechu używał dla Kasztelaństwa, uważając je jak karetę, za przyzwoity dostojności.
Nie myślałem wcale o wieczerzy, rozmawialiśmy z cicha z Wicią, poufale... jak starzy dobrzy przyjaciele.
Otwierające się drzwi do jadalni przerwały mi jakieś opowiadanie. Uważny dość podałem rękę gospodyni, gdy Kasztelan drogę mi zaparł przepraszając. Bełkotał tak, że go zrozumieć nie mogłem zrazu.
— Darujesz tego... Kasztelanicu... bardzo gospodarską tego... kolacyjkę... hm... już to moje baby... nie wiem jak wystąpiły... tego... zwykle p. Wiktorja... zkąd na nią odpowiedzialność, tego...
I zaczął się śmiać. Poszliśmy do stołu.
Spojrzałem z góry na talerze ponalewane, oczom nie wierząc. Czarna polewka!! Co znowu? Z polewki wzrok mój padł na Wiktorję, która runęła jak stała na krzesło. Krzyknęła, zbladła... patrzę, pada. Poleciałem na ratunek, domyśliwszy się wszystkiego...
Cały zajęły omdleniem, słyszę tylko po za sobą suchy raz... plask... nie mogłem się omylić, pani Kasztelanowa obierzmowała na prędce męża, który stał zmieszany, z jedną twarzą czerwoną, druga bladą, nie wiedząc czy bić się, czy uznać, zwyciężonym. Żona już była przy Wiktorji, którąśmy ocucili.
Nie jasno jeszcze rozumiałem rzecz, ale dałem sobie słowo natychmiast ja rozświecić. Nimeśmy siedli, polewka znikła, ostatni talerz chwycił już sam Kasztelan.
Wieczerza bez najmniejszej alluzji do wypadku, przeszła jako tako, sama gospodyni pąsowa, rozgniewana, ale udając wesołość, prowadziła ożywioną rozmowę, do której ja usiłując ją z kłopotu wyprowadzić, dopomagałem. Wiktorja siedziała blada, przerażona prawie, kiedy niekiedy oczy jej padały na mnie, jakby badając wrażenia, i lękając się bym znowu nie pierzchnął przed czarną polewką.
Nareszcie wieczerza, której nikt nie tknął, bo nawet Kasztelan udawał, że je, ale w istocie nie mógł nic przełknąć, skończyła się, wstaliśmy i przeszli do salonu. Dałem jeszcze pół godziny frysztu, aby się umysły uspokoiły, ale siedząc tak aby mi panna Wiktorja uciec nie mogła. Myśleli już, że się mnie pozbędą, gdy z wielkiem podziwieniem gospodarza, wstałem i zwracając się do starszej siostry zarazem, począłem:
— Może chwila przezemnie obrana do oświadczenia uczuć dla p. Wiktorji nie zupełnie jest właściwą, nie chcę jednak zwłóczyć z tem, co od dawna w sercu noszę. Zwracam się do pani razem i do siostry i do pana Kasztelana jako najbliższego z rodziny, oświadczając, iż będę najszczęśliwszym, jeśli mi panna Wiktorja dobrodziejka dawno upragnionego związku nie odmówi.
Nie wiem zresztą dobrze, czym tak mówił, czy inaczej, dosyć, żem się oświadczył głośno i stanowczo. Patrzyłem w oczy Wici, która milcząc podała mi tylko rękę i cicho, ale nie rychło wymówiła:
— Tak!
Siostra przybiegła głusząc męża chrząkanie i podnosząc to, iż ona jest panią swej woli i od niej jednej przyszłość jej własna zależy. Kasztelan chciał coś wtrącić, wyrzekłszy:
— Jednakowo... przecie!
Ale żona tupnęła odwracając się i projektowana opozycja jego przeciwko wnioskowi memu, upadła. Wiedział iż się nie utrzyma. Począł więc ściskali mnie, winszować, udawać uradowanego, kilkanaście razy powtórzył:
— Zaszczyt!... zaszczycony.... zaszczycam się... — i na tem się skończyło!!




— Na weselu panny Wiktorji z poczciwym Kasztelanicem być już nie mogłem, a wiec na nim wina i miodu nie piłem, po brodzie mi nie ciekło... — dodał Rotmistrz Kaniowa. — Arsenał mi wydał amunicją następnego dnia, moje wozy ruszyły, a ja z niemi. Dowiedziałem się tylko, iż marjasz odbył się prywatnie, bez żadnej wystawy, a pan młody z żoną wyjechał na wieś do swoich majątków. Spotkałem ich w lat dziesięć po tem, z dwojgiem dzieciaków, jadących do Warszawy, jeszcze na twarzach ich był wyraz spokoju i szczęścia — a dalej! dalej? znikli mi z oczów... i na tem kończę moją przydługa historje o czarnej polewce.

Drezno. Grudzień, 1867.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.