Choroby wieku/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Machinalnie rozpatrując gazetę rolniczą, Dembor myślał o czem innem, choć zaprzątnienie jego nie zdradzało się żadną marszczką, żadnem twarzy poruszeniem... Wiadomość o śmierci jedynej siostry nie dotknęła go zbyt głęboko, jednakże nie zewszystkiem zdrętwiałe jeszcze fibry serca doznały jakiegoś starannie utajonego wstrząśnienia. Człowiek nadewszystko praktyczny, obrócił zaraz wynikłe z tej wiadomości zadanie w taki sposób, by dojść do rozwiązania jego jak najkrótszą i najkorzystniejszą dla siebie drogą.
Nigdy może więcej sprzeczności nie było w charakterach i usposobieniach dwojga rodzeństwa, jak między nim a zmarłą siostrą panią Solską. Starsza od niego o lat kilka, matka Anny w istocie, wedle słów dziecięcia, mogła się nazwać aniołem dobroci i świętości... Może dla tego brat i ona, choć w najlepszych stosunkach, nie zbliżyli się do siebie nigdy ściślej i pokochać nie mogli. Ona wierzyła tylko w rozum Dembora, w jego umiejętność prowadzenia interesów i nieposzlakowaną poczciwość, chłód serca odstraszał ją od niego. Ceniąc go wysoce, wyrzucając to sobie jako występek, nie mogła przystać do brata, przywiązać się jak chciała, przybliżyć jak była powinna. On ją miał za kobietę pospolitą, nazbyt dobrą i miękkiego charakteru, a wielce niepraktyczną.
Ten wyraz był w jego ustach ostatecznem ocenieniem człowieka i nieodwołalnym wyrokiem o jego nieudolności.
Widywali się rzadko, aż wreszcie prawie obcemi stali sobie. — Jan Dembor rzucił się w te wielkie przedsięwzięcia gospodarsko-fabryczne, które dźwignęły go i powiększyły majętność, pani Solska owdowiała i zajęła całkiem wychowaniem dzieci, nieco zaniedbując interesów, czy nie umiejąc im podołać.
Parę razy w ciągu roku pisywali do siebie, wdowa zasięgała rady brata, ale jej nigdy prawie zużytkować nie mogła — on śmiał się po cichu z siostry, której przepowiadał ciągle grożącą ruinę. Wszystko mu się tam u niej nie podobało, sposób zarządzania majątkiem, ogólny plan interesów, gospodarstwo, wychowanie dzieci — ruszał ramionami tylko, ale widząc że nie przekona, zdał ją na wolę Opatrzności.
W istocie, pani Solska po mężu wziąwszy dosyć znaczny majątek w ruinie, nie potrafiła go podźwignąć, ledwie zdołała utrzymać, ale wychowała dzieci (z zaparciem się siebie, pod bokiem swoim, kosztem wielkim, o resztę się prawie nie troszcząc) na użytecznych społeczności członków, i potrafiła dla nich i dla siebie zyskać miłość tych co ich otaczali, anielską słodyczą charakteru i poświęceniem bez granic. Ani wychowanie córki i syna, ani to co czyniła w ogóle dla ludzi, nie było do zbytku obrachowanem i wyrozumowanem, nazbyt zawczasu osnułem, rządziła się więcej ogólnemi zasadami religijnemi i sercem, niżeli jakąś teorją. Modliła się serdecznie, prosiła Boga o natchnienie, posłuszna szła za niem, wierzyła w Opatrzność, czyniła tyle dobrego ile tylko mogła; a robienie majątku i zapewnienie dzieciom chleba uważała nie za pierwszy, ale za ostatni z celów i zadań żywota; nigdy też nie wpajając w dzieci tej myśli, by najgłówniejszym ich obowiązkiem było zbogacić się koniecznie.
— Lepiej jest, mówiła do brata, usposobić ich tak, żeby ubóstwo z uśmiechem znieśli i na wszystko byli przygotowani, niż przysposabiać im i przymnażać grosza, który zawsze stracić mogą winą własną i zrządzeniem losu. Przysposabiamy im tylko cierpienie, gdy majątek czynim niejako warunkiem niezbędnym do życia. Lepiej przywyknąć do chłodu, na który człowiek codziennie wystawionym być może, niż siedzieć w cieple, rachując na to, że się nigdy z izby nie wyjdzie.
Nie szafując i nie tracąc ani na zbytki, ani na nierozważne dary, pani Solska żyła oszczędnie dla siebie, ale wylana dla drugich. Dzieci jej nie wychowywały się wcale po pańsku, ale też zbytek pielęgnowania i nawał nauczek nie stłumił w nich ani rozwijania się charakteru, ani wykształcenia woli, ani naturalnego rozsądku. Nie czuły się wyższe nad nikogo, a gotowe były na wszystko, ubóstwo ich nie przerażało, praca nie straszyła, zbliżenie do ludzi budziło miłość i chęć wspomożenia. Słowem ludzi czynnych i żywych wykołysała poczciwa wdowa, swoje w nich przelewając serce i pojęcie obowiązków — a stłumić usiłując uczucie i tak z położenia naszego zwykle się do zbytku rozwijające — uczucie fałszywej wyższości, państwa, — wydzielające z ogółu i czyniące tych co niem tchną jakąś narością chorobliwą na ciele społecznem. Anna i Michał czuli się synami swojego kraju i braćmi wszystkich poczciwych, a nie wiele prawiąc o katolicyzmie, czynem świadczyli że pojęli jakie na nich obowiązki.
Po śmierci pana Solskiego, znaczne choć bardzo zadłużone objąwszy dobra, pani Solska zasięgnęła rady brata, który naturalnie nic jej innego nie mógł doradzić nad to, co sam dla siebie czynił. Chciał ażeby sprowadziła agronomów i techników z zagranicy, przedsięwzięła uregulowanie nowe majętności i dozwoliła im dźwignąć się z interesów radykalną reformą zarządu. Zrazu nic przeciwko temu nie miała pani Solska, owszem zdawało się jej to jedynym środkiem w jej położeniu, ale pojechawszy z bliska obejrzyć gospodarstwo brata, zmieniła zdanie zupełnie.
Nie chciała zbyt wielką ceną okupywać trochy grosza.
Naprzód widok tych dóbr pocyrklowanych i zmienionych w ogród warzywny, uderzył ją czemś nie naszem, jakąś smutną niewolniczą regularnością, nie zdając sobie sprawy zrazu z doznanego wrażenia, nie rozumiejąc czemu przelękła się tej zmiany, fizjognomję nawet kraju przetwarzającej na nową całkiem, obcą i suchą a zimną. — Wejrzawszy później głębiej, przekonała się, że wrażenie pierwsze nie omyliło ją wcale, bo i ludziom z tem nie tak było dobrze jak się zdawało. Nagła reforma zmuszająca do zmiany życia, dotykała ich boleśnie, nowy żywot zaspakajał wprawdzie ich potrzeby cielesne, ale ich ochładzał, uczył egoizmu, materjalizował, wystudzał i ogałacał z uczucia, odzierał z poezji.
Poznać nie było można w tych zniemczałych i sprotestanciałych chłopkach i szlachcie, wesołych kmieci i zamaszystych czynszowników naszych, a panów braci... wszystko to po żydowsku mówiło tylko o groszu, pędziło za zyskiem, śniło o zarobku, obawiało się straty więcej niż grzechu, oszczędzało, chłodło, a poprawa moralna niby regularniejszem dowodząca się życiem, nie oparta na żadnej podstawie silniejszej, na najlichszej spoczywająca rachubie, wytrzebiająca uczucie, jedyny bodziec którym do czegoś dobrego poprowadzić było można — była tylko pozorną i fałszywą.
Znać było, że w reformie najmniejszego udziału nie miało serce, motywem do niej rachuba i chleb powszedni. — I choć w dostatkach i wygodzie, nie było im dobrze: matki wykradały swe dzieci ze szkółek i ochrony, chory choć mu tam było lepiej, cieplej i ciszej, nie pragnął do szpitala, wyrywał się z niego. Wołano przeciw przesądom i ciemnocie ludu, ale zimna, najęta niewiasta, siedząca nad dzieciakami, za pańszczyznę, znudzona, nie mogła zastąpić matki chłopiętom do swobody przywykłym, do słoneczka Bożego, do powietrza i skoków, ani ochrona najwykwintniej zbudowana, upadającej chatki własnej. Dla nich ochroną powinien był chyba być zielony jaki ogródek, a mistrzynią i matką poczciwa jaka siostra miłosierdzia, któraby dla miłości Bożej, nie dla pensji pilnowała, nie cudzych dzieci, ale tych maluczkich, których Chrystus powoływał dozwalając im przystępować do siebie.
A w szpitalu — mogłoż białe łóżko i czysta posilna strawa zastąpić kątek do którego człowiek przyrósł, swoich krewnych, słowo pociechy i litości, tysiące drobnostek bez których tęskno w zdrowiu, cóż w chorobie? Dziwnaż że ludzie wolą umierać w chacie, niż szukać w szpitalu zdrowia kosztem męczarni serdecznej?
Tak wszędzie, przekonała się pani Solska, że małpując najlepsze uczynki na zimno, w celu utylitarnym, nie miłosierdzia, nic nie rachowano na serce i uczucie, nigdzie nie odzywano się niemi i do nich, a to co czyniono dla ludu, działo się nie w imie wyższych pobudek braterstwa w Chrystusie, miłości chrześcjańskiej, miłosierdzia, ale w imie dobra, rozumu i rachuby materjalnej. Kupowano przyszły spokój i potrzebne serca, nie skarbiąc sobie w niebiesiech Boga, ale ludzi na ziemi na wypadek!! I dzieło też oparte na takich podstawach, kruche, smutne, kalekie być musiało.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.