Choroby wieku/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
X.

Stan majątkowy Demborów był jak najświetniejszy w oczach świata, majątek się powiększał i rósł co roku, głowa domu bowiem był człowiekiem najwyższym stopniu praktycznym.... Ciężyła jednak nad tą fortuną jak miecz Damoklesa niewidoma groźba, z którą się oswojono powoli, i zapomniano o niej po trosze. Majętności Demborów przez dziada dzisiejszego dziedzica nabyte tanio, zostawały pod prastarym o posiadanie ich procesem, który przywykniono za nic nieznaczący uważać. Ten proces ciągnął się lat kilkadziesiąt, i nie mogąc rozwiązać wlókł powoli, a Dembor, który zrazu chciał go w jakikolwiek sposób ukończyć, widząc niepodobieństwo i rozważywszy następstwa, musiał puścić go drogą zwyczajną. Przeciwna strona popierała słabo, wiodła dla formy powoli, broniono się pilnie ale nie naciskano także, w przekonaniu, że zmożony i wycieńczony nieprzyjaciel, w ostatku przyjdzie prosić miłosierdzia. Narady prawników uspakajały Dembora i nie wahał się w majątku który za swój uważał, kosztownych robić ulepszeń, rozrządzać nim jak swoim, śmiejąc się ilekroć mowa była o procesie. Czasem jakiś go ogarniał niespokój, ale to trwało chwilę, a kilkadziesiąt lat tej walki szczęśliwej nie dozwalały przypuścić, by się czem innem jak zwycięztwem na stronę Dembora ukończyć miała. Wszyscy byli tego zdania i spali spokojnie; niedostrzegając że w tak ostrożnie obmyślonej egzystencji, w tak usilnie pomnażanym dostatku, tkwiła nieustanna groźba. Nie można obwiniać Dembora, by się w tem łudził jakąś nadzieją płochą, jakiemś wyrachowaniem mylnem, w istocie wszystko było za nim, ostrożność największa, praca i czujność nieustanna, — ale w rzeczach ludzkich jest-że co pewnego? jestli rachuba niemylna? któż ręczy, że na gładkiej drodze noga się nie pośliźnie?
Do tego wcale nie był przygotowanym człowiek który przywykł wszystko rozumem rozwiązywać i w niemylność jego wierzyć jak w ewangelją — którego życie spłynęło na obwarowywaniu się na stanowisku takiem, na któremby nawet Opatrzność i Pan Bóg stały się niepotrzebnemi.
Nic więc mniej nie ustraszało w chwili, gdy się ta powieść zaczyna, całej rodziny Demborów, nad ten spór zadawniony, który z przeciwnej strony mieli za proces o sumy neapolitańskie.
I nie o nim też pewnie zamyślił się Jan Dembor przechadzając po salonie z rękami pod poły surduta założonemi, w oczekiwaniu na śniadanie — gdy służący wniósł na tacy listy z poczty. Gospodarz domu popatrzał na plikę, jakby przez koperty chciał zbadać co się w nich zawiera, i jak zawsze powolnie, zasiadłszy w krześle, począł metodyczny rozbiór poczty, od listów.
Było ich kilka, od fabrykanta machin, o żniwiarce i hydraulicznej prasie zamówionych w Anglji, o jakimś pługu który się okazał niepraktycznym, od kupca o zbożu, od bankiera o wypłacie weksla, od fabrykanta umyślnie wypisanego z Belgji do sukiennic, a na spodzie — coś niezwyczajnego i niespodzianego.
List ten ostatni obok porządnych kopert okrytych stemplami domów i poczty, zapisanych charakterem wprawnym i pewnym, wyglądał ubożuchno i jak wieśniak biedny w towarzystwie salonowych ludzi, wstydzie się zdawał swojego stroju i niezgrabnego adresu.
Koperta na nim była papieru regestrowego, widocznie robiona od ręki, a napis nakreślony głoskami wielkiemi, trochę krzywy i ukośny. Czarna pieczątka szeroko rozlana, z jednej tylko strony przyjęła odcisk, z drugiej zastygła lśniąca nietknięta. Widocznie korespondent nie był przywykły do listów lub nie wiele się troszczył o fizjognomię tego który wysyłał, przejęty czem innem.
Dembor nie przywykły do odbierania tego rodzaju odezw, coś namiętnego w samej powierzchowności mających, potrzymał w ręku list z czarną pieczątką, obrócił go razy kilka i choć się nie zdradził z myślą wewnętrzną znać było, że nie bardzo chciwie brał się do otworzenia. Ćwiarteczka papieru wycięta z arkusza, zapisana na cztery strony, wysunęła się z siwej koperty... spójrzał na podpis, ale nie można było poznać po twarzy co w nim wyczytał, począł sumiennie od początku. Odezwa była następującej treści:



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.