„Pokociło się” i „Dam nogę” (1881)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł „Pokociło się” i „Dam nogę”
Data wydania 1881
Wydawnictwo E. Orzeszkowa i S-ka
Miejsce wyd. Wilno
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

WYDAWNICTWA E. ORZESZKOWÉJ I S-KI.



III.






„POKOCIŁO SIĘ” I „DAM NOGĘ.”




SCENA


z życia dwóch braci


przez


Elizę Orzeszkowę.




Wilno.
Drukiem J. Blumowicza, Rudnicka, d. ks. Ogińskich.

1881.





Дозволено цензурою. 16 Сентября 1880 г. Вильна.






Типографія О. С. Блюмовича въ Вильнѣ,
Рудницкая ул., д. кн. Огинскихъ.







OSOBY.




Witold Gawdyłło, obywatel wiejski, lat 40.

Jadwiga, jego żona, lat 25.

Zdzisław Prędkowski, koronjarz, brat Jadwigi, lat 30.


Rzecz dzieje się w Szydoszyszkach, majątku Gawdyłły, na Litwie.



Scena 1.


Jadwiga i Witold.


(Salonik wiejski wygodnie, lecz skromnie, urządzony. Na kanapie, przed stołem, zarzuconym dziennikami, siedzi Jadwiga; Witold, w długim wygodnym surducie, stoi przed nią i na rozpostartych rękach trzyma motek włóczki, którą ona zwija).


Jadwiga.


Mój drogi! prędzéj poruszaj rękami! prędzéj! prędzéj! bo takim sposobem do wieczora chyba włóczkę tę zwijać będę.


Witold (gderliwie i z mocno litewskim akcentem).


Prędzéj! prędzéj! a to dopiero niewiasta, w gorącej wodzie kąpana! mnie łokieć już tak zbolał, że niech Pan Bóg broni, a ona jeszcze: prędzéj! wszystko jéj prędzéj! czysta koronjarka z ciebie!
Jadwiga (z wymówką).


Wstydź się, Witoldzie! znowu wymawiasz mi, żem rodem z Korony... a tyle razy już cię prosiłam...


Witold (zawstydzony).


No przepraszam, przepraszam cię, kiciu! Tak mi się to jakoś niechcący wypstryknęło. Ale bo widzisz, duszeczko, to ten Zdzisław drażni mię trochę temi swemi koronjarskiemi bzikami. Odkąd przyjechał tu trejkocze a trejkocze, a to: czemu nie ubierzesz się staranniej? a to: czemu u was meble takie staroświeckie? a to: czemu zaprząg taki...


Jadwiga (upuszczając umyślnie kłębek).


Widziu! kłębek mój! kłębek!


Witold (pośpiesznie rzucając się za kłębkiem).


Oj, pokociło się! pokociło się! pokociło!


(Wsuwa głowę pod kanapę; Jadwiga, śmiejąc się, popycha nogą kłębek, który zatacza się pod fotel. Witold biegnie ku fotelowi, ciężko upada na klęczki i wsuwa głowę pod fotel. Śmieją się oboje).


Witold


Koci się! koci się! Jezus, Panna Marya! ot i znowu pokociło się!


Scena 2.


Ciż i Zdzisław.


Zdzisław.


(Staje we drzwiach w eleganckiem rannem ubraniu, z laseczką w jednem ręku, a cylindrem w дrugiem[1]).


Co się stało? Jadwisiu, zlituj się, co się tu u was stało? koci się! okociło się! pod fotelem... w salonie... Adio! daję nogę i nie zobaczycie mię, jak na obiad!...


Jadwiga.


Zdzisiu! dajże pokój z żartami temi... chodź.


Witold.


(Z kłębkiem, wydobytym z pod fotela, w ręku, z osłupieniem, z za którego przebija się ironija, do Zdzisława, który zbliża się ku siostrze).


Co dajesz? co dasz? niedosłyszałem, nogę... czy co? jakto: dasz nogę? komu? na co? za co? żebyś jeszcze rękę dawał, no, to połóżmy...[2] ale jakże to można dać nogę? co?


Zdzisław.


(Mówi płynnie i prędko, żartobliwie, ale z odcieniem wyższości w głosie i postawie).

Cóż dziwnego, szwagierku? usłyszawszy wchodząc rozpaczliwe wołanie twe, mniemałem, że miał tu miejsce wypadek... nie estetycznéj wcale natury, a że właśnie przed chwilą napawałem wzrok mój cudowną zielenią niw, a powonienie uroczą wonią kwiatów, nie chciałem rozkosznych wrażeń psuć trywjalnością gospodarskiéj katastrofy i zawołałem: dam nogę! to jest: ucieknę!


Witold.


Ach! będę teraz wiedział, że: ucieknę! mówi się w języku panów koronjarzy: dam nogę!


Zdzisław (z żywą gestykulacyą).


Nie inaczéj, szwagierku, i jeżeli zechcesz być sprawiedliwym, podziwiać będziesz dosadność, co mówię, artystyczną plastyczność wyrażenia tego. Przez jakiż bowiem znak zewnętrzny objawia się ucieczka? Przez przyśpieszone stąpanie. Co czyni człowiek, który pośpiesznie stąpa? Posuwa on nogi swe prędko, coraz prędzéj. Kędyż posuwa je? pośród przestrzeni, w objęciach któréj szuka ratunku przed nienawistném lub zatrważającém zjawiskiem? Czém że więc jest w saméj istocie swéj owa mechaniczna czynność, dokonywana przez ustrój uciekającego człowieka? Najpewniéj, nie jest ona czém inném, jak tylko podawaniem, lub też dawaniem nóg jego przestrzeni. Dixi.


Witold (na stronie).


Ależ gada? no gada! to dopiero język gdyby taradajka!...[3] (głośno z udaną pokorą): Słuchałem, podziwiałem i umocniłem się w mniemaniu, że nas biednych, zajękliwych litwinów, Pan Bóg na to musi być[4] stworzył, żeby panowie koronjarze śmiać się z kogo mieli. Śmiejcie się sobie, drwijcie, kpijcie, na zdrowie! a my taki[5] co wiemy, to wiemy. Języków nam, tak jak wam, białoskórnicy[6] nie wyprawiali, aby mleły mowę człowieczą, niby pytel ziarno, ale kiedy przyjdzie do pracy, do czynu, wtedy... oho! kochanieńki, dążajmy się... dążajmy się...[7] ile wlezie...


Zdzisław (z lekkiem podrażnieniem).


Dążajmy się! dążajmy się! co prawda, zbyt często panowie litwini mówicie o tém, że przewyższacie nas na polu pracy i czynu, tak często, że mamy już tego dosyć...


Witold.


Jeżeli wy możecie wyśmiewać się z mówienia naszego, niechże i nam wolno będzie błędy wasze wytykać. Mamy tego dosyć, jest wyrażeniem wcale nie polskiem, ale galicyzmem, czystym przekładem z francuzkiego: vous en avez assez. Litwini tyż umieją czasem po francuzku tylko, że, mówiąc po polsku, z francuzkiego tłómaczyć zwyczaju nie mają. Myśmy wierni mowie ojców naszych...


Zdzisław.


Znowu przechwałki!


Witold.


Wcale nie przechwałki, bo, jak żyję, nie słyszałem, żeby było rzeczą lisznią[8] mówić prawdę. A prawdą jest, żeśmy od was, panowie koronjarze, pracowitsi, wytrwalsi, poważniejsi, moralniejsi...


Zdzisław (z ironją).


Skromniejsi...


Witold.


E! kochanieńki, daj pokój, tylkoż już ze skromnością daj pokój i brakiem jéj nam nie przytykaj, bo wie o tem dobrze świat i Korona polska, kędy to najżyźniéj urodziła blaga...


Zdzisław (wesoło).


Wiem, wiem! w Koronie! wiecznie nam blagę tę w oczy rzucacie, ale mamy już tego dosyć! Muszę ja raz z tém skończyć i wytłómaczyć tobie, szwagierku, w szczególności, a całéj twojéj Litwie w ogóle, czego to właściwie objawem jest ta, tak przez was okrzyczana, blaga. Owoż, wiedzieć macie, że istnienie blagi w kraju jakimś dowodzi współrzędnego istnienia w nim cywilizacyi... czemże bowiem jest blaga, jeżeli nie naśladowaniem i udaniem wszystkiego, co świetne, wytworne, wielkie i piękne... słowem cywilizowane. A któż naśladować może to, czego nie widzi, nie słyszy, nie dotyka? gdzie są naśladowcy, tam musi być wzór; gdzie więc istnieje blaga, tam musi istnieć i cywilizacya...


Witold (z osłupieniem).


Otóż przewróciłeś kota do góry nogami!... No, już ja ciebie, braciszku, winszuję z takiem wyobrażeniem o bladze i cywilizacyi.


Zdzisław (parskając śmiechem).


Cha, cha, cha, cha! winszuję ciebie... cha, cha, cha! winszuję ciebie!... z takiem wyobrażeniem! cha, cha, cha! Winszować kogoś z czemś!... po jakiemu to, szwagierku, bo przecież nie wtrynisz we mnie, że to po polsku...


Witold (zmięszany trochę).


No cóż tam wielkiego, Jezus, Panna Marya! chciałem powiedzieć: winszuję tobie... i tak mi się to jakoś w innych przypadkach wypstryknęło... Ale powiedzże mi i ty z łaski swojéj, co to znaczy: nie wtrynisz we mnie?... jak żyję, nie słyszałem...


Zdzisław (niezmięszany bynajmniéj).


To jest, szwagierku, lapsus linguae, czyli: pośliźnięcie się języka...


Witold (z tryumfem).


Aha! to i wam także języki ślizgają się czasem, choć jesteście tak cywilizowani, że aż macie blagę... A co się tyczy téj cywilizacyi... to, jeżeli mię słuch nie omylił, powiedziałeś, że na Litwie cywilizacyi nie ma, ani krztynki...[9]


Zdzisław.


Jako żywo, nigdy o żadnéj krztynce nie mówiłem...


Jadwiga (rzucając na stół robotę).


Boże! jaką mi te sprzeczki przykrość sprawiają!


Witold.


Powiedziałeś kochanieńki...


Jadwiga (z prośbą do męża).


Mój Widziu...


Witold (do Jadwigi).


Nie przeszkadzaj, kiciu, bo zapomnę, co miałem powiedzieć... (do Zdzisława): powiedziałeś kochanieńki, powiedziałeś, że litwini ciemni, jak tabaka w rogu, barbarzyńcy... Naturalnie, naturalnie, my ciemni, barbarzyńcy, ani słowa! Powiedz mi tylko z łaski swojéj: z kąd to był rodem Mickiewicz? co? słyszysz, braciuszku? Adam Mickiewicz! musi być z ucywilizowanéj Korony był on rodem, co?


Zdzisław.


Wiem, wiem, słyszałem tysiąc razy! Mickiewicz jest konikiem, na którym zawsze jeździcie, ilekroć zamarzy się wam o wyścigach z nami... Prawda, Mickiewicz był litwinem. Posiadacie tę wielką chlubę przeszłości waszéj. Ale myśmy postępowi, więcéj myślimy o terazniejszości, niż o przeszłości... Wejdźmy na pole terazniejszości i tu dopiero (z ironją) dążajmy się...


Witold (z tłumionym gniewem).


Powtarzasz pan wyrażenia moje... ale cóż zrobić... znosić trzeba... a przy tem...


Jadwiga.


Mój Witoldzie...


Witold (do żony).


Nie przeszkadzaj, duszeczko, bo zapomnę... (do Zdzisława): przytem, dowiedzieć się chciałbym, co nam tak ważnego pokazać możecie na tem polu terazniejszości?


Zdzisław.


W dziedzinie rolnictwa: gospodarstwo płodozmienne...


Witold.


Jest i u nas, jest i u nas!...


Zdzisław.


Gdzie?


Witold (zmięszany trochę).


No, tak... tędy owędy...


Zdzisław.


Aha! rozumiem. W dziedzinie przemysłu: miasta fabryczne takie, jak Lódź, Zgierz...


Witold.


Niemieckie kochanieńki, niemieckie...


Zdzisław (na stronie).


Pal djabli! prawdę mówi! (głośno i śmiało): co zaś do umysłowości: zkąd na wiejskie ustronia wasze leje się rosa, deszcz, co mówię, ulewa myśli i wiedzy, w postaci tych o to (wskazuje na stół z dziennikami), tych o to wytworów pracy naszéj, postępu naszego...

Witold (mrukliwie).


Takież tam wytwory... Jezus, Panna Marya! jak za grosz pistolet!...


Zdzisław (z uniesieniem).


Co? co? co? jak za grosz pistolet! Otóż to wdzięczność wasza za to, że oświecamy was i cywilizujemy! Otóż to ocena, którą praca nasza spotyka od panów litwinów! To już doprawdy przechodzi wszystko! to już daléj nie idzie! (porywa ze stołu zeszyt „Ateneum” i przyskakuje z nim do Witolda). Patrz! patrz na szacowne wydawnictwo, czy i ono także, jak za grosz pistolet?


Witold (namyśla się).


Hm, to prawda. Pismo to porządne, niema co mówić, porządne, seryozne, człowiek się zeń dużo nauczyć może... (uderzając się dłonią w czoło) ależ... aha! Kto wydaje te piękne książeczki? powiedz! kto to taki i jak się nazywa?


Zdzisław (nie dorozumiewając się o co idzie).


Któż? Spasowicz. To wiadomo. I cóż z tąd?


Witold (chichocząc z tryumfu).


A gdzież on urodził się, ten wielki mówca... ten szlachetny obywatel kraju... ten... ten... E! o nim, panie dobrodzieju, skórę wołową możnaby zapisać i jeszcze by nie stało... Gdzież on urodził się: mósi być na waszem Królestwie! co! Ehe! urodził się on w gubernii Mińskiéj, którą jeografowie nie uśpieli jeszcze w granice waszego Królestwa włączyć... ha, ha, ha!...


Zdzisław (smutnie).


Masz racyę... masz racyę... (namyślając się): ależ on sam pisma swego nie redaguje... mieszka gdzieindziéj... redagują je w Warszawie, a sam przyznałeś...


Witold (z powagą).


Redaktor: Oskierko. Jak żyję, nie słyszałem, żeby Oskierkowie byli koronjarze...


Zdzisław (niecierpliwie).


Ale czyż to jedno Ateneum jest na świecie... masz oto starożytne, zasłużone, pełne różnych osobliwości, pismo... prenumerujesz je przecie...

Witold (patrząc na pokazywany mu dziennik).


A! Tygodnik Illustrowany!... Prawda, że nie litwin... (z nagłym tryumfem): Ale żonaty z litwinką! Jak Boga mego kocham, dokumentalnie wiem, że żonaty z litwinką... z Lidzkiego powiatu... czy co?


Zdzisław (śmieje się z przymusem).


Słowem, żeby nie było litwinów i żonatych z litwinkami, świat skończyłby się dziś albo jutro... (przerzuca gazety i jedną z nich wysoko podnosi). Eureka! Aleksander Świętochowski... Pióro świetne jak tęcza, a ostre jak sztylet... Znakomity publicysta, autor Helwji, Niewinnych, nowelli O życie, etc., etc... Ten chyba litwinem już nie jest...


Witold (z wahaniem).


Powiadają cóś o nim... że... kacerz!... (po namyśle): Ale taki pięknie pisze, niema co mówić! Jak on, panie mój, w Helwji Cezara tego stremendził[10], to aż mię aniołowie do nieba brali, albo w Borucie nędzę tych szlązaków tak opisał, że płakaliśmy z Jadzią oboje, jak bobry... Co prawda, to prawda... (przykładając sobie rękę do czoła). Ależ ja słyszałem o jakichś Świętochowskich na Litwie!... jak Boga mego... (z wybuchem): Ot i znałem nawet pannę Świętochowską, gdzieś w Grodzieńskiem... Jadziu, prawda, że znałem? Zdaje się nawet, że się w niéj podkochiwałem troszynkę... przed poznaniem się z tobą, Jadziuniu, przed poznaniem... Tak, tak, to litewska familja, ci Świętochowscy... a tylko on jeden... ten tam Aleksander, jakimściś przypadkiem do Korony zakocił się...


Jadwiga.


Czy wiecie, moi drodzy, że tak mię nudzicie temi wiecznemi...


Witold (do żony).


Ależ nie przeszkadzaj, lubciu, bo zapomnę... Ot i zapomniałem! A takiego cóś ważnego miałem na języku... O! przypomniałem... (do Zdzisława): Kraszewski jest litwinem!


Zdzisław.


Urodził się w Warszawie.


Witold.


Co tam, że urodził się! Taki człowiek, jak on, wybornie bez urodzenia się swego obejść się może... Ale rodowe gniazdo jego...

Zdzisław.


No tak, tak! Ale... czyliż nam brak ludzi znakomitych na wszystkich polach, abyśmy o jednego spierać się musieli! Naprzykład, lekarze nasi: Chałubiński, Baranowski, Kosiński...


Witold.


I u nas! i u nas! Nieboszczyk Wróblewski, nieboszczyk Habicht, nieboszczyk Zdanowicz...


Zdzisław.


A światłość wiekuista niech im świeci... nasi żyją i prosperują...


Witold.


Nasz Cywiński téż żyje...


Zdzisław.


Cieszę się tém. Ale idźmy daléj. Artyści dramatyczni: Królikowski, Żółkowski, Modrzejewska, Derynżanka, Popiel...


Witold.


I u nas! i u nas! Był Surewicz, była Palińska...


Zdzisław.


Nasi są i świat wogóle, a prassę w szczególności, sobą napełniają...


Witold (z rozpaczliwym gestem).


Na miłość Boską! człowiecze! idźże po rozum do głowy! Jakim że sposobem, gdzie nasi artyści dramatyczni być i świat napełniać sobą mogą? Nieszlachetnie jest wymawiać komuś niedostatki, pochodzące z niezależnych od niego okoliczności!


Zdzisław (zmięszany trochę).


Prawda... przepraszam... ale przecież malarstwo nie ulega już chyba okolicznościom niezależnym... Gdzież są wasi wielcy malarze? u nas: Matejko...


Witold.


Galicyanin...


Zdzisław.


Ale nie litwin... Brandt, który na obrazach swych podpisuje się: Brandt z Warszawy, dla tego zapewne, aby go sobie w przyszłości Litwa nie przywłaszczyła.


Witold (z wybuchem).


Siemiradzki nasz!...

Zdzisław.


Siemiradzki nie jest ani litwinem, ani koronjarzem... Jest on rzymianinem; bo do dzieł swych bierze zawsze siużety rzymskie...


Witold.


Siużety rzymskie! Dobry to rzymski siużet, który najpiękniejszą i najdroższą pracę swą ofiarował w darze Sukiennicom krakowskim, który głośno i śmiało mówi wszędzie i wszystkim: kim jest i jaka matka go rodziła... E! daj Boże, aby panowie koronjarze jak najwięcéj takich rzymskich siużetów mieli... żeby wszyscy w takie siużety przemienili się... Wtedy to dopiero przyznalibyśmy im wyższość nad nami.


Zdzisław.


Bagatelka! chce, abyśmy przemienili się w 5,000,000 Siemiradzkich... żąda cudu, aby szacunek nam swój ofiarować... ale mniejsza oto, myśmy i bez cudu żadnego koroną kraju...


Witold (z udaną pokorą).


To prawda... a my już chyba tem tylko, co pod koroną!


Zdzisław.


Więc... niby... głową?


Witold (pokornie).


Musi być...


Jadwiga (z niepokojem).


Zdzisiu! proszę cię: skończ tę sprzeczkę! Zdzisiu mój drogi, ustąp...


Zdzisław (do siostry).


Dla ciebie to zrobię! co tam zresztą. Witold poczciwy, a tylko uparty i zarozumiały, zwyczajnie jak litwin!


Witold.
(Zrywa się i w patetycznéj pozie przed żoną stając).

Otóż i znowu, otóż i znowu wymyśla nam od upartych i zarozumiałych! Powiedź, Jadziu, powiedź że mu ty, duszeczko, czy ci źle jest na Litwie między litwinami? czy żałujesz, żeś za litwina poszła? czy ja jestem tyran, okrutnik, barbarzyńca...


Jadwiga (żywo).


Ależ nie, nie, Witoldzie. Nietylko bratu memu, ale i całemu światu, w każdej chwili, powiedzieć jestem gotową, żem ani przez jedną chwilę nie pożałowała tego, iż pomimo uprzedzeń rodziny, a po części i własnych, zdecydowałam się zostać twoją żoną... Litwa jest piękną, malowniczą, uroczą krainą, a tyś najlepszym z mężów...


Witold (tryumfująco do Zdzisława).


Słyszysz, kochanieńki, co? czy o którym kolwiek koronjarzu z ust kobiecych wyjść może podobne zdanie?


Zdzisław.


O! dla Boga! czemużby nie! wychodzą różne i jeszcze lepsze; lecz co się tyczy natury litewskiéj, w żaden sposób zgodzić się nie mogę na oddawane jéj przez Jadzię pochwały.


Witold.


A toż dla czego?


Zdzisław (patetycznie).


Znasz ty ten kraj, w którym Karpaty się wznoszą?


Witold (zajękliwie).


A ten... ten... w którym odwieczne puszcze wiewają...


Zdzisław.


Sam wasz Kraszewski opiewał Wisłę... (deklamuje):
„Wisło moja, Wisło szara, czemu mętne wody twoje?
„Jakże mętne być nie mają, kiedy do nich łzy padają.


Witold (idzie w drugą stronę i deklamuje także).


„Wilja, naszych strumieni rodzica, dno ma złociste, a niebieskie lica, piękna litwinka”... (uderza się dłonią w czoło i staje) ależ u nas natura, to, Jezus, Panna Marya, jaka piękna! Białowieżska puszcza... sosny pod niebo... u stóp sosen mech... brusznice i... co tam więcéj... aha! żubry! żubry, panie mój, ostatnie w Europie żubry... czy to psy? co?


Zdzisław (lekko).


U nas żubrów nie ma, ale też i niedzwiedziów nie ma...


Witold (hamując gniew).


Czy to przytyk do... do tego, że to my litwini... niedzwiedzie?


Jadwiga (w stronie).


Boże! oni się naprawdę pokłócą! jak tylko do niedzwiedziów przyjdzie, to już źle... (wstaje, zamyśla się, po chwili z figlarnym gestem): Poczekajcie! zaraz ja was pogodzę! (wybiega).


Zdzisław.


Po cóż bo zaraz wszystko brać do siebie, chyba na téj zasadzie, że: sztuknąć w stół, nożyce się odezwą...


Witold (ze złośliwem uradowaniem).


Sztuknąć! sztukać! sztuka! sztukają! Jak panowie koronjarze pięknie po polsku mówią, to aż miło... Ale... ale... zapomniałem zapytać się o h. Coście zrobili z naszem h? z naszem ojczystem, pięknem, z naszem ukochanem h? coście uczynili z tą cząstką narodowéj spuścizny naszéj, z tą zgłoską, którą ojcowie nasi wymawiali, gdy mówili honor? Gdzieżeście je pochowali?[11] Czemuście ją na potratę[12] oddali? Mówże pan! odpowiedzi oczekuję! gdzie jest...


Zdzisław (w osłupieniu).


Jakie ch? co za ch? nie rozumiem.


Witold.


Nie rozumiesz! za pewne! powiedźże: honor.


Zdzisław.


No, chonor, chonor! i cóż z tego?


Witold.


To, że mówi się po polsku nie chonor, ale honor; nie cherbata, ale herbata; nie chotel, ale hotel; nie chrymnąć, ale hrymnąć...[13] H... h... h... h... słyszysz, kochanieńki, h...


Zdzisław (zniecierpliwiony).


Ależ mniejsza o to! mniejsza o to! aż mi w uszach od waszego ch zachuczało! Prawdę mówiąc, bez tego waszego ch wybornie żyć można... ale... bez czego życia nie pojmuję, to... to... zgadnij!


Witold.


No i bez czegoż tam? bez mazowieckich piachów...


Zdzisław.


O nie! bez takich kobiet, jak nasze koronjarki...


Witold.


O Jezus, Panna Marya, i cóż tam takiego wielkiego te wasze kobiety?

Zdzisław.


Pełne gustu i estetyki...


Witold.


Strojnisie!


Zdzisław.


Pełne wdzięku...


Witold.


Kokietki!


Zdzisław.


Wymowne...


Witold.


Wygadane!


Zdzisław.


Ładniutkie...


Witold.


Malowane!


Zdzisław.


Zgrabne, żwawe...


Witold.


Lafiryndy... fertki...


Zdzisław.


O! za pozwoleniem! z pomiędzy tych to, jak je nazywacie lafirynd i fertek, wyszedł cały szereg kobiet bohaterek, kobiet uczonych i poetek, zaczynając od Wandy, która wolała rzucić się w objęcia śmierci, niżli niemca.


Witold.


Galicyanką była, nie koronjarką... z Krakowa rodem...


Zdzisław.


Potem Jadwiga, która dla dobra kraju oddała rękę swą barbarzyńcy Jagielle.


Witold.


Wielki to był dla niéj zaszczyt...


Zdzisław.


Chrzanowska... która...


Witold.


E! oklepana historya!

Zdzisław.


A teraz... czy istnieje u was, jak u nas, liczne grona kobiet autorek, redaktorek, instytutorek, — kobiet, które działają na polu publicznych prac i zasług, które...


Witold.


Niewiasty nasze cnotliwe są. Doma siedzą i len przędą.


Zdzisław.


A czy w przędzeniu żadne nie zachodzą pauzy?


Witold.


Jakie pauzy? co za pauzy? Niema żadnych pauz! Są one skromne..


Zdzisław.


Gęsi.


Witold.


Oszczędne...


Zdzisław.


Flądry.


Witold.


Gospodarne...


Zdzisław.


Kucharki.


Witold.


Dobre matki...


Zdzisław.


Kokosze.


Witold.


Wierne żony...


Zdzisław.


Różnie bywa...


Witold (bez tchu prawie).


Co? co? co? czy dobrze słyszałem? Różnie bywa... znaczy to, że... czasem bywa... E! tego już za wiele! czarne kalumnje wasze dosięgły już cnoty i niewinności matek, żon i sióstr naszych... paskudnem podejrzeniem dosięgły aż do naszych ognisk domowych... Tego już za wiele... mówiłeś: gęsi! zcierpiałem...


Zdzisław.


Mówiłeś: fertki, — zniosłem.

Witold.


Mówiłeś: flądry, — przebaczyłem.


Zdzisław.


Rzekłeś: lafiryndy, — nie dosłyszałem.


Witold.


Kucharki, kokosze, — uśmiechnąłem się tylko szydersko...


Zdzisław.


Malowane... wygadane, — puściłem mimo uszu...


Witold.


Ale „różnie bywa,” o! Jezu, Panna Marya, panie dobrodzieiu mój, tego „różnie bywa” ani ścierpieć, ani przebaczyć nie mogę. To: „różnie bywa” jest pieczęcią, którą pan przypieczętowałeś wszystkie... wszystkie... dzisiéjsze blagi i... i... impertynencye swoje... których nadal nie życzę sobie we własnym domu... zno... zno... znosić!...


Zdzisław (wzburzony).


Znaczyć to ma, że mi pan dom swój wymawiasz... Postępek ten, ze strony pana, jest bardzo dobrze... Gościnność, ta sławna gościnność litewska, o któréj tyle słychać za górami, dalej już iść nie może! I owszem... i owszem... rad nawet jestem, że zajście to skróci pobyt mój w tém półdzikiem miejscu, w którém nudziło mi się śmiertelnie... (porywa laskę i kapelusz). Za kwadrans już mię tu nie będzie... choćbym miał pieszo ztąd wyjść... muszę tylko pożegnać siostrę... Pozwolisz pan, że chwilę jeszcze poczekam tu na moją siostrę... (siada przy stole, ukrywa twarz w dłoniach i mówi do siebie): Biedna siostra moja! biedna Jadwiga za barbarzyńcę Witolda wydana!


Witold (plecami zwrócony do Zdzisława na stronie).


Cości niegrzecznie znalazłem się... Jadzia będzie zmartwiona... Ale już taki i święty nie wytrzyma téj koronjarskiéj impertynentności... Fumy, panie dobrodzieju mój, fumy... blaga... płochość i do tego — złość... O złość! wygaduje na nas, głumi się[14] nad nami, a potém jeszcze o kobietach naszych powiada: „różnie bywa!” Dość już tego! nadojadło![15].


Jadwiga.

(Wchodzi powoli bocznemi drzwiami, z otwartą książką w ręku i nie spostrzegając niby obecnych, głośno, z pięknym polskim akcentem i głębokiem przejęciem się czyta):

............„ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie”...

(Nie podnosząc oczu z nad książki, siada na fotelu; ciszéj w zamyśleniu powtarza): Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił!... (Zdzisław podnosi twarz i patrzy na siostrę).


Witold (patrząc w ziemię).


Kto cię stracił!


Jadwiga (czyta).


Panno święta, co Jasnéj bronisz Częstochowy
I w Ostréj świecisz bramie!
............
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono...


Zdzisław (z westchnieniem).


Powrócisz!


Witold (półgłosem).


Jasnéj bronisz Częstochowy i w Ostréj świecisz bramie...


Jadwiga (czyta).


Tym czasem, przenieś duszę moją utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól, malowanych zbożem rozmaitém,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem,
Gdzie bursztynowy świerzop, gréka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą...


Zdzisław (zrywając się).


Jakie to piękne!...


Witold (plecami zawsze do Zdzisława zwrócony).


Przepyszne...


Zdzisław.


Co za język!...


Witold (jak wprzódy):


Cudowny!


Zdzisław (z lekkim uśmiechem).


Choć kaleczymy go...


Witold.
(Zwracając się profilem do Zdzisława, porywczo).
To i cóż! Ale w dziełach genjuszów, panie dobrodzieju mój!...

Zdzisław.


Wznosi się on nad niedołęztwa nas pospolitych biedaków i dusze nam czaruje...


Witold (z uczuciem).


Aj, aj! jak czaruje!


Jadwiga (od niechcenia).


Bo jest naszym ojczystym i wspólnym.

(Czyta znowu):

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany,
Świeciły się zdaleka pobielane ściany,
Tém bielsze, że odbite od ciemnéj zieleni
Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni...


Zdzisław (do siostry, ze smutkiem w głosie).


Pamiętasz, Jadziu? tak właśnie wyglądał dworek rodziców naszych... tam... nad Pilicą. Opuściliśmy go w dzieciństwie jeszcze, wraz z odjeżdżającym na zawsze ojcem i nigdyśmy już tam więcéj nie wrócili...


Witold (do żony).


Nic to, duszeczko! nie martw się, kiciu! Tak samo chwała Bogu wyglądają dotąd jeszcze Szydoszyszki nasze!...


Zdzisław.


Takie dwory wiejskie, to prawdziwa pamiątka, to karta z historyi obyczaju naszego, która dziwnie jakoś do serca przemawia...


Witold (wzdychając).


Aj, aj! jak przemawia!


Jadwiga.


Bo jest on obyczajem ojczystym naszym wspólnym... (Witold i Zdzisław zwracają się ku sobie twarzami, ale nie patrzą na siebie, Jadwiga przerzuca karty). Alboż ten ustęp z muzyki Jankiela!

(Czyta):

Muzyk bieży do prymów, przerywa takt, zmąca,
Porusza prymy, bieży z drążkami do basów,
Słychać tysiące coraz głośniéjszych hałasów,
Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały.
Jęk dzieci, płacze matek... Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści.


Zdzisław (z uniesieniem).


O, jak potężnie z kilku wierszy tych przemawia przeszłość...


Witold (nieznacznie ocierając łzę z oka).


Oj ta przeszłość... przeszłość!...

Zdzisław.


Z całą boleścią swoją...


Witold.


Aj! aj! i jaką...


Jadwiga.


Wspólną...

(Witold i Zdzisław podnoszą oczy i patrzą chwilę na siebie w milczeniu).


Jadwiga (wstając żywo).


No, uściskajcie się bracia! prędzéj!


Witold (z wahaniem i gderliwie).


Prędzéj! wszystko jéj prędzéj!


Zdzisław (poważnie).


Witoldzie! ona ma racyę...


Witold.


Musi być ma... ale...


Zdzisław (śmiejąc się).


Co tam za ale... Ja nic już nie pamiętam i ty zapomnij i przebacz... (roztwiera szeroko objęcia) drogi! kochany, „Pokociło się!”


Witold.

(Rozrzewniony, ocierając znowu łzę z oka).

Najdroższy, „Dam nogę!” (ściskają się i całują serdecznie).


Jadwiga (wesoło).


Brawo! brawo! Takim powinien być raz na zawsze, koniec waszych domowych sporów i rywalizacyi...


Zdzisław.


Prawda! prawda!


Witold (całując Zdzisława).


Święta prawda! (przestaje całować i przez chwilę w milczeniu patrzy w oczy Zdzisławowi, potém z wyrazem prośby i zarazem tryumfu w głosie): A taki, kochanieńki, Mickiewicz był litwinem!




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku. Powinno być: drugiem (z d w alfabecie łacińskim).
  2. Przypuśćmy.
  3. Bryczka terkocząca.
  4. Zapewne.
  5. Pomimo wszystko.
  6. Garbarze.
  7. Próbójmy kto silniejszy.
  8. Zbyteczną.
  9. Odrobinki.
  10. Zgniótł, zdruzgotał.
  11. Schowali, ukryli.
  12. Na zatracenie.
  13. Upaść, runąć.
  14. Znęca się.
  15. Sprzykszyło się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.