Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom IV/Część trzecia/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
MODLITWA.

Przypomnijmy sobie, że Rodin (lubo nieznany wtedy) pojechał był do pana Hardy, do fabryki, z wizytą, żeby mu odkryć niegodziwą zdradę Blessaca; był to straszny cios dla pana Hardy, po którym w kilka minut zaledwie doznał był tenże pan Hardy drugiego, nie mniej dotkliwego, zmartwienia, albowiem w obecności Rodina dowiedział się o niespodziewanem oddaleniu się kobiety, którą ubóstwiał. Wystawić sobie przeto można, jak okrutną mu siała być dla pana Hardy obecność Rodina, sikoro tak bolesne przypominała mu wypadki. Uspokoiwszy się, chociaż bardzo smutny, rzekł do Rodina:
— W rzeczy samej nie spodziewałem się widzieć pana w tym domu.
— Niestety! mój panie — odrzekł Rodin z westchnieniem — ja również nie spodziewałem się, abym tu miał zakończyć moje smutne życie, gdym pojechał, nie znając pana, ale tylko w zamiarze przysłużenia się uczciwemu i człowiekowi...
— W rzeczy samej, wielką mi wtedy wyświadczyłeś pan przysługę... i może w owej tak przykrej dla mnie chwili nie dość wyraziłem mu moją wdzięczność... bo w tej samej chwili, kiedy mi pan odkryłeś zdradę pana Blessac...
— Zasmuciła pana inna bardzo dotkliwa dla niego nowina — rzeki Rodin, przerywając panu Hardy — nie zapomnę ja nigdy przybycia owej biednej bladej, przerażonej kobiety, która, nie zważając na moją obecność, przybyła, aby zawiadomić pana, że osoba nader dla niego droga nagle oddaliła się z Paryża.
— Tak, i, zapomniawszy pożegnać się z panem, śpiesznie odjechałem — mówił pan Hardy, melancholijnie zamyślony.
— Czy wiesz pan — rzekł Rodin po krótkiem milczeniu — że zdarzają się czasami dziwne zbiegi okoliczności?
— O jakich okolicznościach chcesz pan mówić, proszę pana?
— Wtenczas właśnie, kiedy przybyłem, aby przestrzec pana, że go zdradzono, a zdradzono tak haniebnie... ja sam także...
I Rodin zaciął się, jakgdyby nie dozwoliło mu mówić jakieś gwałtowne wzruszenie i na twarzy jego malowało się tak wielkie udręczenie, iż pan Hardy rzekł do niego z politowaniem:
— Cóż to panu?...
— Daruj mi pan — odrzekł Rodin, gorzko się uśmiechając. — Dzięki szlachetnym radom księdza Gabrjela, zdołałem pojąć, co to jest rezygnacja; przy tem jednak czasami jeszcze, przy pewnych wspomnieniach czuję dotkliwe udręczenie. Mówiłem więc panu — rzekł znowu Rodin pewniejszym głosem — że nazajutrz, kiedym przybył do pana, aby powiedzieć mu: zwodzą pana... ja sam padłem ofiarą obrzydłego oszukaństwa. Przybrany syn biedne, opuszczone dziecko, które przyjąłem za swoje... — potem, znowu się zaciąwszy, drżącą ręką potarł oczy i rzekł: — Przebacz mi pan... że mu mówię o zmartwieniach, zgoła dla niego obojętnych... Przebacz pan natrętne żale biednego, znękanego starca...
— Panie! zbyt wiele wycierpiałem, ażby jakiekolwiek zmartwienie mogło być dla mnie obojętnem — odpowiedział pan Hardy. — Zresztą pan nie jesteś dla mnie obcym.. wyświadczyłeś mi prawdziwą przysługę... i obaj czujemy wielki szacunek dla młodego księdza...
— Dla księdza Gabrjela! — zawołał Rodin, przerywając panu Hardy. — Ach! panie! to mój zbawca... mój dobroczyńca... Gdybyś pan wiedział o jego poświęceniu dla mnie, o jego o mnie troskliwości, podczas mej długiej choroby, której mię nabawiło okropne zmartwienie... gdybyś pan wiedział, jak słodkie i pocieszające dawał mi rady!...
— Czy ja o tem nie wiem!... Ach! panie — zawołał pan Hardy — wiem... wiem bardzo dobrze, jak zbawienne są jego rady.
— Nieprawdaż, panie, że z ust jego pochodzące nauk religijne pełne są łaskawości i słodyczy — mówił Rodin z uniesieniem — nieprawdaż, że są pocieszające? nieprawdaż, że uczą kochać, wzbudzają nadzieję, zamiast wpajać obawę i postrach?
— O! modlitwa, modlitwa... to ksiądz Gabrjel objawił mi całą jej moc i słodycz, lecz zarazem straszne obowiązki, jakie ona na nas wkłada.
— W rzeczy samej... obowiązki te są wielkie i święte... odrzekł pan Hardy z miną zamyśloną.
— Czy znasz pan życie Rance? — rzekł nagle Rodin.
— Założyciela opactwa Trapistów?! — rzekł pan Hardy, zdziwiony pytaniem Rodina — słyszałem kiedyś o pobudkach jego nawrócenia.
— Właśnie żadnych nie miał pobudek, pan nie wiesz o tem? jest to tembardziej zadziwiający przykład potęg modlitwy... i niemal Boskiego stanu zachwycenia, do jakiego ona doprowadzić może dusze religijne... Taka jest w krótkości nauczająca, tragiczna historja pan Rance. Lecz daruj mi pan... lękam się, abym nie nadużył jego cierpliwości i nie zabrał mu drogiego czasu...
— Ależ ja z upodobaniem słuchać będę pana.
— Pan Rance był człowiekiem światowym — mówił znowu Rodin, pilnie się wpatrując w pana Hardy — człowiek wojskowy, młody, gorący, piękny, kochał się on w młodej pannie wysokiego urodzenia. Co stało na przeszkodzie ich połączeniu? tego nie wiem; to tylko pewna, że miłość ich była tajemną, ale szczęśliwą; pan Rance co wieczór skrytemi schodami odwiedzał potajemnie swoją kochankę. Była to, jak mówią, owa namiętna miłość, jakiej raz tylko doświadcza się w życiu. Sama nawet tajemnica i ofiara, jaką z siebie czyniła nieszczęśliwa dziewica, zapominając o wszelkich swoich obowiązkach, zdawały się nadawać większy jeszcze urok tej występnej miłości. Tak więc, w cieniu tajemnicy kochankowie spędzili dwa lata w szale serca, w upojeniu rozkoszy, niemal aż do zachwytu dochodzącej.
Na te słowa pan Hardy uczuł gorący dreszcz, pierwszy raz oddawna już czoło jego okrył dopiekający rumieniec, mianowali, gwałtownie zabiło mu serce; przypomniał sobie że niedawno jeszcze doznawał szału gorącej, tajemnej miłości. Ściemniać się już zaczynało, Rodin jednak, z ukosa rzuciwszy okiem na parna Hardy, spostrzegł, jak mowa jego mocne sprawiła na nim wrażenie, i mówił dalej:
— Czasem jednak, pomny na niebezpieczeństwo, grożące jego kochance, gdyby związki ich zostały odkryte, pan de Rance chciał je zerwać, lecz młoda dziewica, upojona szałem miłości, rzucała się na szyję swego kochanka, groziła mu, w wyrazach pełnych namiętności, że wszystko wyjawi, że na nic nie będzie zważała, gdyby pomyślał o porzuceniu jej. Pan Rance, zbyt zakochany, iżby oprzeć się mógł natarczywym prośbom swej kochanki, ulegał jej i oboje, idąc za popędem rozkoszy, upojeni miłością, zapominali o całym świecie. Nadszedł nieszczęsny dzień: pan Rance, zniewolony pójść na wojnę, opuszcza ową młodą dziewicę; lecz po krótkotrwałej wyprawie wraca bardziej jeszcze, niżeli przedtem rozkochany. Napisał on do niej potajemnie, że przybędzie niemal równocześnie ze swym listem; w rzeczy samej przybywa; było to w nocy; idziw według swego zwyczaju, ukrytemi schodami, prowadzącemi do jego kochanki, wchodzi, mając serce przepełnione nadzieją... Lecz... kochanka... właśnie tego dnia ranko umarła.
— Ach!... — zawołał pan Hardy, twarz sobie z przerażenia rękami zakrywszy.
— Tak... umarła — mówił dalej Rodin — leżała na katafalku. Dwie świece paliły się około niej; pan Rance nie wierzy, nie chce uwierzyć, żeby umarła; pada na kolana przed katafalkiem; w zaślepionej miłości bierze rękoma tę młodą, piękną, tak ukochaną, ubóstwianą głowę, chce ją ucałować... Lecz droga ta głowa odłącza się od reszty ciała... i pozostaje mu w ręku... Tak — mówił Rodin, widząc, że pan Hardy odskoczył, zbladły, osłupiały ze strachu — tak, dziewica umarła tak nagle, tak nadzwyczajnie, iż nie zdążono nawet opatrzyć jej ma śmierć sakramentami. Po śmierci, lekarze chcąc się przekonać o nieznanej przyczynie jej zgonu, odbyli sekcję na jej pięknem ciele.
Pan Hardy, gwałtownie miotany rozmaitego rodzaju szybko po sobie następującemu wrażeniami i myślami, już to o śmierci, już o rozkoszy, o miłości, to znowu o strachach, okropnościach, nie wiedział co się z nim dzieje i osłupiały chwytał słowa Rodina z ciekawością, udręczeniem i trwogą.
— A pan Rance? — rzekł nareszcie uniesionym głosem, ocierając sobie czoło, zimnym potem zroszone.
— Pan Rance — mówił dalej Rodin — wyrzekł się świata, zamknął się na osobności, tak, iż żywy duch nie mógł się do niego dostać. Straszne, to były pierwsze dni jego samotności... krzyczał w rozpaczy i szaleństwie, tak, iż zdaleka słyszeć go było można... dwa razy chciał odebrać sobie życie, aby uniknąć strasznych widm...
— Miał widzenia — rzekł pan Hardy, z coraz większą ciekawością i udręczeniem.
— Tak — mówił Rodin tonem uroczystym — i straszne miał widzenia. Młoda dziewica z jego powodu zmarła w grzechu śmiertelnym, pokazywała mu się w pośród wiecznego ognia! Na niegdyś tak pięknej, a teraz zeszpeconej piekielnemi mękami twarzy, widział rozpaczliwa uśmiech potępieńców... Zgrzytała zębami, jak wściekła, załamywała ręce z boleści. Krwawemi łzami płakała i zrozpaczonym głosem krzyczała na swego uwodziciela. Przeklęty bądź, ty, który mię zgubiłeś... przeklęty... przeklęty.
Wymawiając te ostatnie trzy słowa, Rodin postąpił o trzy kroki ku panu Hardy, za każdym krokiem grożąc gestami. Pan Hardy, ręce złożywszy, oczy ze strachu wytrzeszczywszy, cały drżący, zdawał się słuchać jeszcze Rodina, chociaż ten przestał już mówić... i, nie myśląc o tem powtarzał: Przeklęty!... przeklęty!... przeklęty!...
Nagle, zawołał jakby w obłąkaniu:
— I ja także... pewno będę przeklęty! Ta kobieta której ja dałem powód do zapomnienia o świętych w oczach ludzi obowiązkach, którą uczyniłem śmiertelnie grzeszną w oczach Boskich... ta kobieta, kiedyś pogrążona również w wiecznych płomieniach, ręce z rozpaczy załamując, krwawemi łzami płacząc... z głębi piekła wołać będzie na mnie... Przeklęty... przeklęty... przeklęty... przeklęty! Kiedyś — dodał z wielkim strachem — kiedyś... a któż wie? może teraz, może w tej chwili, przeklina mnie... gdyż podróż przez Ocean... może była nieszczęśliwa! może utonęła! może rozbił się okręt! któż wie. Oh! mój Boże Może i ona już nie żyje... może umarła., a umarła w grzechu śmiertelnym... potępiona! Przebóg!... zlitujcie się nad nią... nieszczęśliwą... przeze mnie... nieszczęśliwą Ach! mój Boże!... niech cały twój gniew mnie dotknie niech się na mnie zwali, byłeś raczył ulitować się nad nią ja to sam winien jestem... ja zgrzeszyłem...
I nieszczęśliwy, jak obłąkany, ręce załamując, padł na kolana!
— Nasz anielski ksiądz Gabrjel — rzekł znowu Rodin — mówił o słodyczy modlitwy...
— Tak! tak... modlitwy...
— A więc, kochany mój panie, posłuchaj mnie a przekonasz się, że to modlitwa ocaliła pana Rance... uczyniła go świętym. Owe straszne udręczenia, o których ci niedawno mówiłem, owe okropne widma... wszystko to rozproszyła, ukorzyła modlitwa, ona to przemieniła je w niebiańskie rozkosze. Rance, wycierpiawszy piekielne męki dzięki modlitwie, jak to mówił panu ksiądz Gabrjel, doznał rajskich pociech...
— Rajskich pociech? — powtórzył pan Hardy, chciwie się przysłuchując...
— Pewnego dnia, kiedy w największych pogrążony był udręczeniach, pewien ksiądz... dobry ksiądz, drugi Gabrjel, dostał się aż do pana Rance: O! Opatrzność!.. w kilku dniach zapoznaje tego nieszczęsnego ze świętem i tajemnicami modlitwy... Wtedy zdawało się, jakoby pan Rance został przemieniony... ustają jego udręczenia; modli się i im więcej modli się, tembardziej jego żarliwość, jego nadzieje wzmagają się... czuje, że Bóg go wysłuchuje. Zamiast zapomnieć o tej tak ukochanej kobiecie... przepędza godziny na rozmyślaniu o niej, na modleniu się o jej zbawienie. Tak, zamknięty w głębi swej ciemnej celki, sam jeden, z temi lubemi wspomnieniami, spędza dni, noce, na modleniu się za nią... w niewymownem, gorącem, że tak powiem prawie... miłosnem zachwyceniu.
Niepodobna opisać niemal zmysłowej energji, z jaką Rodin wymówił te wyrazy: miłosnem zachwyceniu.
— A cóż jeszcze robił., ach! cóż więc on jeszcze robił na osobności? — zawołał pan Hardy, od tej chwili całkiem już owładnięty, oczarowany przez jezuitę.
— Najprzód — rzekł Rodin, wymawiając słowo po słowie zwolna — zostaje... zakonnikiem.
— Zakonnikiem... — powtórzył melancholijnie zdumiony pan Hardy.
— Tak — mówił dalej Rodin — zostaje zakonnikiem patem... ponieważ i w największej samotności myśl jego doznaje częstokroć roztargnienia z przyczyny przedmiotów materjalnych, zmysłowych, naznacza więc sobie posty umartwienia, poskramia wszystko, co w sobie spostrzega cielesnego, alby się stać czystym duchem, i żeby wydobywająca się z jego łona modlitwa była piękna, czysta jak płomień i żeby wznosiła się do Stwórcy, jak miła won kadzideł...
— O! jak miłe... jak upajające marzenie! — zawołał coraz bardziej oczarowany pan Hardy — byle tylko skutecznie modlić się za ubóstwianą kobietę... skazać sibie na męki, umartwiać ciało...
— Tak... tak — rzekł Rodin — ale bądź pan pewny, że to nie jest marzenie... Tak więc, po strasznych widzeniach pana Rance, gdy został zakonnikiem, nastąpiły widzenia czarujące... Ileż to razy po całych dniach postów i po przepędzeniu nocy na modlitwie, na umartwieniu ciała upadł zemdlony na posadzkę swej celki!... Wtedy po wyniszczeniu materji następowało natężenie ducha... Niewysłowiona rozkosz opanowywała jego zmysły... niebiańskie śpiewy dochodziły do jego zachwyconego ucha... światło nie z tego świata, które przenikło jego zamknięte powieki, potem, po harmonijnych dźwiękach tajemniczej muzyko przy jasnem świetle, przy którem światło słońca jest blade, widział zakonnik ten ukazującą się mu ubóstwianą przezeń dziewkę... Dzięki modlitwom kochanka, których Zbawiciel wysłuchał łaskawie, ta kobieta już nie płakał krwawemi łzami.. nie załamywała pięknych rąk w piekielnych konwulsjach. Nie, nie... zawsze piękna... o! tysiąc razy jeszcze piękniejsza, niż była na tym świecie... piękna wieczną pięknością aniołów... uśmiechała się do swego kochanka z niewymownym zapałem, a jego oczy jaśniały wilgotnym płomieniem, widząc swego kochanka, mówiła do niego tkliwym, namiętnym głosem:
Twoje nie oszacowane modlitwy, twoje surowe życie ocaliły mnie...
I wtedy, otoczona światłością szczęścia, nie posiadając się z radości, nachylała się i swemi nieśmertelnością woniejącemi usty, dotykała ust zachwyconego zakonnika... i niebawem ich dusze ulatywały w pocałunkach rozkoszy gorącej jak miłość, czystej jak łaska, niezmiernej jak wieczność.
— Oh!... — zawołał pan Hardy całkiem obłąkany... — poświęciłbym całe życie na modlitwę... na posty, na udręczenia, bylem mógł zasłużyć choć na jednę chwilę z tą, którą opłakuję... którą opłakuję...
Widząc, że pan Hardy znajduje się już w takim stanie, jak sobie życzył, i kiedy wreszcie prawie zupełnie już zmierzchło, wielebny ojciec dwa razy zapukał, oglądając się ku drzwiom. W tej chwili pan Hardy, doszedłszy do najwyższego stopnia obłąkania, zawołał błagającym, pomieszanie zdradzającym głosem:
— Celki... grobu... i zachwycenia z nią...
Otworzyły się drzwi do pokoju i wszedł ksiądz d‘Aigrigny, niosąc płaszcz na ręku. Za nim postępował służący, z latarnią.

W jakieś dziesięć minut może po tej scenie, dziesięciu czy dwunastu mężczyzn silnych, o rumianej twarzy, otwartej fizjognonji, prowadzonych przez Agrykolę, wchodziło na na ulicę Vaugirard, wesołym krokiem zmierzając ku domowi wielebnych ojców jezuitów. Była to deputacja od dawnych robotników pana Hardy; szli oni do niego, chcą mu podziękować za jego wkrótce spodziewany powrót miedzy nich. Agrikola szedł na ich czele. Wtem spostrzegł zdaleka pocztowy powóz, wyjeżdżający z domu przytułku konie biegły rozpędzone i poganiane przez pocztyljona, mocnym kłusem. Czy to trafem, czy instynktownie, niż bardziej powóz zbliżał się do nadchodzących rzemieślników, tem mocniej ściskało się serce znajdującego się pośród nich Agrykoli... Nareszcie uczucie to stało się tak mocne, że nakoniec zamieniło się w straszne przywidzenie chwili kiedy powóz, którego wszystkie okna były zasłonięte, miał przejeżdżać koło nich, kowal, idąc za przczuciem, zawołał, skoczywszy przed konie:
— Przyjaciele! za mną!
— Pocztyljon!... dziesięć ludwików!... w galop!.. tratuj ich kołami, na nic nie zważaj! — zawołał z powozu głos księdza d’Aigrigny.
Właśnie wtedy największa grasowała cholera; pocztyljon słyszał o morderstwach, o trucicielach; przerażony niespodziewanym, nagłym napadem Agrykoli, z całej siły uderzył go biczem w głowę, i zamroczony kowal upadł na bruk; pocztyljon, spiąwszy konia, na którym siedział ostrogami, a trzy inne żywo zaciąwszy, ruszył galopem i wkrótce powóz zniknął lotem błyskawicy, a tymczasem towarzysze Agrykoli, którzy nie zrozumieli ani jego poruszenia, ani co do nich mówił, przyskoczyli do niego i zaczęli go cucić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.