Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część druga/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
SPOWIEDNIK FRANCISZKI BAUDOIN..

W kościele Saint-Merry odbywał się ubogi pogrzeb.
Przy skromnej trumnie sosnowej stał starzec z dzieckiem, oboje łzami zalani; w trumnie spoczywała córka starca, a matka dziecka.
Nareszcie wyniesiono trumnę.
Ksiądz Dubois, wysoki mężczyzna, z siwą głową, wyszedł z kościoła. Obok niego szedł przygarbiony człeczyna, w wyszarpanej odzieży.
— Ona ma być u was? — zapytał.
— Tak sądzę — odpowiedział Dubois.
— A więc za dwie lub trzy godziny czekać będę na dziewczęta w klasztorze Panny Marji.
— Postaram się przynajmniej dla zbawienia ich dusz — odrzekł ksiądz.
Tym starym, przygarbionym człowiekiem był Rodin, który stąd udał się do domu zdrowia, dla przekonania się, czy doktór Baleinier wykonał wiernie i dokładnie jego zlecenia.
Kiedy ksiądz przyszedł do domu, już nań tam czekała Franciszka. Dubois od dwudziestu lat był spowiednikiem żony Dagoberta i miał na nią nieograniczony wpływ.
— Ojcze wielebny, bardzo jestem rada, że mogę pomówić z wami i poradzić się. Mąż mój przyprowadził z dalekich krajów dwie młode sieroty... córki marszałka Simon... Wczoraj rano powiedziałam im, aby się pomodliły... Cóż myślisz, ojcze wielebny? nie umieją żadnej modlitwy... nie wiem nawet, czy są chrzczone!
— A więc to są poganki?! — zawołał Dubois.
— To mnie okrutnie trapi, bo mój mąż i ja, zastępując rodziców tym młodym sierotom, będziemy odpowiedzialni za ich grzechy.
— Napewno... bo wy zastępujecie tych, którzy czuwać powinni nad ich duszami; pasterz odpowiada za swoje owieczki.
— A więc, gdyby one dopuściły się grzechu śmiertelnego i dla nas nie byłoby zbawienia?
— No tak, bo zastępujecie im ojca i matkę.
— Niestety!... każdy dzień, każda godzina, które te dzieci przepędzają w pogaństwie, przyśpiesza ich potępienie wieczne, nieprawdaż, ojcze?
— Bezwątpienia...
— O!... mój Boże, mój Boże!... — wołała Franciszka rozpaczliwie.
— Nie trzeba znowu tak się dręczyć — rzekł Dubois. — Bóg wielki jest miłosiernym. Biedne dzieci. W tobie i w twym mężu znajdują dobre, uczciwe przykłady.
— Ach! ojcze wielebny, to właśnie najwięcej mnie trapi... łaska Boża nie dotknęła jeszcze ani mego męża, ani syna...
— A więc, ani twój mąż, ani syn... nie chodzą do spowiedzi? To ważna sprawa... Te nieszczęśliwe mieć teraz będą przed oczyma tak zgubne przykłady... Strzeż się...
— Na litość Boską! ojcze... Udziel mi rady...
— Trzeba, abyś się porozumiała ze swym mężem i umieściła te nieszczęśliwe dzieci w klasztorze... gdzie je nauczą religji.
— Za ubodzy jesteśmy, żebyśmy mogli za nie płacić, i na nieszczęście mój syn został uwięziony za pieśń, którą ułożył...
— Otóż to, do czego prowadzi bezbożność — rzekł surowo Dubois — patrz na Gabrjela... on usłuchał mych rad... i teraz... jest wzorem wszelkich cnót chrześcijańskich...
— Agrykola ma również wiele dobrych przymiotów, jest bardzo dobrym synem.
— Bezbożnik! — rzekł Dubois surowszym jeszcze głosem — czyż może być w nim cokolwiek dobrego?... Szatan zamieszkuje w duszy bezbożnika!
— Ach! biedny chłopiec! — mówiła z płaczem Franciszka — ja modlę się codzień, aby mądrość Boska go oświeciła...
— Mówiłem ci to zawsze — odrzekł ksiądz — byłaś dla niego za słaba; teraz Bóg cię za to karze; trzeba ci było odłączyć się od tego bezbożnego syna; kiedy masz członek, gangreną dotknięty, mówi Pismo święte, odetnij go...
— Niestety! mój ojcze... wiesz, że tylko w tym jednym razie nie usłuchałam twych rad... nie mogłam się nigdy odważyć na porzucenie mego syna...
— Dlatego też... niepewne jest twoje zbawienie; ale Bóg jest miłosierny; tylko nie wpadaj w ten grzech po raz drugi. Opatrzność powierzyła ci dwie nieszczęśliwe dziewczyny, abyś je naprowadziła na właściwą drogę... te biedne dusze nie mają żadnej wiadomości ani o tem, co jest dobre, ani co złe. Ich dusza jest otchłanią zgorszenia i nieczystości... i nie dziw, bo wychował je bezbożny ojciec i matka, która nie myślała o Bogu.
— Co do tego, mój ojcze — rzekła Franciszka naiwnie — bądź spokojny, one są niewinne jak aniołki, a mój mąż, który był ciągle z niemi, od ich urodzenia, powiada, że niema na świecie lepszych serc.
— Twój mąż przez cale życie był obciążony grzechem śmiertelnym, nie ma on zdolności do sądzenia o tem...
— Tak, mój ojcze, a on wczoraj musiał udać się do Chartres, jak mi mówił, w bardzo pilnym interesie, ale w jakim, nie mówił.
— A więc — rzekł Dubois po chwili milczenia — męża twego niema w Paryżu?
— Nie, mój ojcze, powróci zapewne dziś wieczorem lub jutro zrana...
— Słuchaj — rzekł ksiądz po pewnym namyśle — każda minuta stracona dla nawrócenia tych nieszczęśliwych dziewcząt na drogę prawdy, jest nowym krokiem ku ich zgubie... Co chwila dotknąć je może ręka Boska, bo On sam tylko wie o godzinie śmierci naszej; a gdyby umarły w stanie duszy, w jakim się dziś znajdują, byłyby skazane na wieczne męki... od dziś więc trzeba otworzyć im oczy na światło Boskie... i umieścić je w klasztorze zakonnic...
— Ach! mój ojcze... jakież byłoby szczęście, gdyby to dobrodziejstwo spełniło się dla nich z twej łaski!
— To nie jest rzecz niepodobna... znam przełożoną jednego klasztoru, gdzie panienki pobierają wyborne wychowanie... oplata za nie zostałaby zniżona ze względu na ich ubóstwo, ale przecież wypadałoby jeszcze oporządzić je...
— Niestety! ojcze... my nic nie mamy.
— Wziąwszy trochę z nadsyłanych mi pieniędzy na jałmużny i przy pomocy szczodrobliwych osób, mógłbym uzupełnić potrzebną sumkę... na chrześcijańskie wychowanie tych nieszczęśliwych dziewcząt...
— Jednak muszę położyć kilka warunków na to, co ci przyrzekam.
— O! mój ojcze, twoje rozkazy są dla mnie prawem.
— Najprzód dziś rano jeszcze zaprowadzi je do klasztoru moja gospodyni... której przyprowadzisz je tu natychmiast...
— W nieobecności męża?... Nie mogę się na to odważyć... muszę się go poradzić...
— Nietylko nie trzeba radzić się go, ale należy to zrobić w jego nieobecności... najpierw dlatego, że w zatwardziałej bezbożności, zechciałby pewno sprzeciwić się temu; a potem wypada, aby nawet nie wiedział o miejscu, w którem będą się znajdować.
— Ależ, mój ojcze, wszak to memu mężowi powierzono te dzieci.
Dubois nie dał dokończyć Franciszce i rzekł surowym głosem:
— Czy one, mieszkając u ciebie, pozostaną w stanie złego? I czyś odpowiedzialna za to?
— Tak, mój ojcze, i strasznie pomyśleć o tem.
— Czyż dla zbawienia ich dusz radzę ci umieścić je w klasztorze?
— Tak, mój ojcze, jestem o tem przekonana.
— A więc dobrze, wybierajże teraz...
— Upraszani cię, mój ojcze, pozwól jeszcze zadać sobie jedno pytanie: czy mam prawo rozrządzić niemi bez wiedzy mego męża?
— Prawo! idzie tu o święty obowiązek. Wszak byłoby twoim obowiązkiem ratować te nieszczęśliwe pośród ognia, pomimo zakazu twego męża lub w jego nieobecności. A nie idzie tu o same ciało... lecz o wyratowanie z wiekuistego ognia ich dusz.
Niepokój biednej Franciszki wzmagał się coraz bardziej:
— Daruj mi, ojcze, że się naprzykrzam, ale czy ja mogę tak postąpić, zaprzysiągłszy mężowi posłuszeństwo?
— Posłuszeństwo w dobrem... tak jest... w złem zaś nigdy!
— Ależ, ojcze gdy powróci mój mąż i spyta, gdzie są dzieci?... Mamże przed nim kłamać?
— Milczenie nie jest kłamstwem; powiesz mu, że nie możesz odpowiedzieć na jego pytanie.
— Mój mąż... jest najlepszym z ludzi; ale taka odpowiedź doprowadzi go do ostateczności...
— Choćby gniew jego był jeszcze sto razy straszniejszy, nie powinnaś na to zważać, a cieszyć się, że go znosisz dla tak dobrej sprawy — dowodził zagniewany Dubois.
— Daruj, ojcze... daruj — rzekła Franciszka z bólem. — Pozwól mi jeszcze uczynić jedno pytanie, tylko jedno!... Gdy marszałek Simon przybędzie i będzie się upominał u mego męża o swe dzieci, cóż mu wtedy odpowiemy?
— Gdy marszałek Simon przybędzie do Paryża, jeśli mu to zostało dozwolonem... zamiast znaleść je biednemi pogankami, nawpół dzikiemi, zastanie dwie dziewice pobożne, skromne, dobrze wychowane, które miłe będą Bogu, będą mogły wzywać Jego miłosierdzia dla swego ojca, który też bardzo go potrzebuje, gdyż jest to wielki grzesznik...
Ksiądz Dubois był człowiekiem cnotliwym i uczciwym. Jako ślepe narzędzie Rodina, nie wiedział, w jakim celu kazano mu tak działać, ale mocno wierzył, że ocala dwie dusze od wiecznej zguby.
Zakon, do którego należał Rodin, zawsze miał w liczbie swych wspólników ludzi uczciwych, szlachetnych, którzy nic o tem nie wiedząc, służyli za narzędzie do nikczemnych intryg.
Franciszka oddawna już przywykła ulegać we wszystkiem woli spowiednika, nie potrafiła się oprzeć jego wymowie.
Pomyślawszy więc przez chwilę, rzekła:
— Niech się dzieje wola Boga, mój ojcze, uczynię tak, jak mi zalecasz.
— I Pan cię nagrodzi za to, że ucierpisz dla imienia Jego.
— Kiedy — mam przyprowadzić tu sieroty?
— Za godzinę, ja tymczasem napiszę list do przełożonej klasztoru i zostawię u mojej gospodyni. Ona sama zawiezie dziewczęta do klasztoru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.