Trzej muszkieterowie/Tom I/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Trzej muszkieterowie
Data wydania 1927
Wydawnictwo Biblioteka Rodzinna
Drukarz Wł. Łazarski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Trois Mousquetaires
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV
NIEZNAJOMY Z MEUNG.

Tłum hałaśliwy, na jaki natrafiono, zebrał się nie w oczekiwaniu na powieszenie człowieka, lecz dla przyjrzenia się już powieszonemu.
Powóz, zatrzymany przez chwilę, puścił się w dalszą drogę i, przebijając się przez tłuszczę, przeciął ulicę Ś-go Honoryusza, zawrócił na ulicę Dobrych dzieci i stanął przed niepozorną furtką.
Drzwiczki karety otwarto, dwóch ze straży pochwyciło w objęcia swoje pana Bonacieux, podtrzymywanego przez oficera; wepchnięto go do sieni, później na schody i wprowadzono do przedpokoju.
Wszystko to odbyło się bez jego wiedzy.
Szedł tak, jakby się znajdował we śnie. Przedmioty wszystkie mgła mu przesłaniała, słuch chwytał dźwięki, nie rozumiejąc ich wcale. Dałby się był zaprowadzić na rusztowanie i głowę na pniu położyłby, nie kiwnąwszy nawet palcem dla obrony, i aniby nawet pisnął błaganiem o litość.
Pozostał tak, jak go posadzono na ławeczce, plecami oparty o ścianę, z rękami zwieszonemi i przymkniętemi oczyma.
Gdy ośmielił się otworzyć powieki, nie zobaczył dokoła żadnego przedmiotu groźnego, mogącego wskazywać mu niebezpieczeństwo.
Ławeczka wysłana była wygodnie, ściany pokryte piękną skórą kordubańską, u okien zwieszały się wielkie firanki z czerwonej materji, podtrzymywane złotemi przepaskami.
Zrozumiał, iż przestrach jego był przesadzony, i począł kręcić głową to w prawo, to w lewo, to na dół, to do góry.
Ponieważ nikt nic nie miał przeciw tym poruszeniom, nabrał trochę odwagi i spróbował wysunąć najpierw jedną, a potem drugą nogę; nareszcie, podparłszy się na rękach, podniósł się z ławeczki i stanął.
W tejże chwili oficer pięknej powierzchowności uchylił portjery, kończąc jeszcze rozmowę z osobą, w przyległym pokoju będącą, i zwróciwszy się do więźnia, rzekł:
— To pan nazywasz się Bonacieux?
— Tak, panie oficerze, do usług pańskich — wybełkotał nawpół żywy kramarz.
— Proszę wejść — rzekł oficer.
I usunął się na bok, aby przepuścić kramarza, który usłuchał ślepo i wszedł do pokoju, gdzie go oczekiwano widocznie.
Był to obszerny gabinet o ścianach, przybranych bronią zaczepną i obronną, wysłany dywanami i zaciszny, a w kominku, pomimo końca września zaledwie, płonął suty ogień.
Stół czworokątny, pokryty książkami i papierami, pomiędzy któremi rozłożony był olbrzymi plan miasta Rochelli, zajmował środek pokoju.
Przed kominkiem stał mężczyzna średniego wzrostu, postawy wyniosłej i dumnej, z oczami przenikliwemi, twarzą wychudłą, którą wydłużała jeszcze śpiczasta bródka, a ponad nią wznosiły się cienkie wąsiki.
Jakkolwiek mężczyzna ten miał zaledwie trzydzieści siedem lat, włosy, wąsy i bródka siwieć mu już poczynały. Gdyby nie brak szpady, wygląd miałby rycerski; buty ze skóry bawolej, lekko jeszcze pyłem pokryte, świadczyły, iż w ciągu dnia musiał dosiadać konia.
Był to Armand-Jan-Duplessis, kardynał de Richelieu, ale nie taki, jak go nam przedstawiają, starzec, wiekiem złamany, cierpiący, jak męczennik, z ciałem bezsilnem, zagasłym głosem, pogrążony w fotelu, jak w przedwczesnym grobie, żyjący tylko siłą swego genjuszu i wytrzymujący walkę z Europą przez nieustanny wysiłek myśli.
Był on taki, jak rzeczywiście wyglądał w owej epoce. Zręczny kawaler światowy, słaby ciałem, lecz podtrzymywany władzą ducha, która czyniła z niego jedną z najwybitniejszych postaci w świecie; przygotowujący się teraz po osadzeniu księcia de Nemours w księstwie Mantui, po wzięciu Nimes, Castres i Uzes, do wypędzenia Anglików z wyspy Re i do oblężenia Rochelli.
Na pierwsze wejrzenie nic w nim nie zdradzało kardynała i tym, którzy nie znali go z twarzy, trudno było odgadnąć, kogo mają przed sobą.
Biedny kramarz stał przy drzwiach, kiedy oczy osobistości, przez nas opisanej utkwione w nim były, i, jakby się goniąc, sięgały do głębi jego duszy.
— Więc to ów Bonacieux? — zapytał po chwili milczenia.
— Tak, monsiniorze — odrzekł oficer.
— Dobrze, podaj mi te papiery i zostaw nas samych.
Oficer wziął ze stołu wskazane papiery, podał je żądającemu, skłonił się do ziemi i wyszedł.
W papierach tych poznał Bonacieux protokół swój z Bastylji.
Od czasu do czasu mężczyzna, stojący przed kominkiem, odrywał oczy od pisma i zatapiał je, jak sztylety w serce biednego gospodarza.
Po dziesięciominutowem czytaniu i chwili badania wzrokiem zdanie kardynała zostało ustalone.
— Głowa ta nie spiskowała nigdy, — wyszeptał — lecz mniejsza o to, przekonajmy się sami.
— Obwiniony jesteś o zdradę — rzekł przeciągle kardynał.
— Powiedziano mi to właśnie, monsiniorze — zawołał Bonacieux, używając tytułu, jaki słyszał od oficera, lecz przysięgam, iż nic o tem nie wiem.
Kardynał powstrzymał uśmiech.
— Spiskowałeś z żoną swoją, z panią de Chevreuse i księciem de Buckingham.
— Rzeczywiście, monsiniorze — odparł gospodarz słyszałem, jak wymawiała wszystkie te nazwiska.
— W jakich okolicznościach?
— Mówiła ona, iż kardynał de Richelieu ściągnął do Paryża księcia Buckinghama, aby go razem z królową zgubić.
— Ona to mówiła? — zawołał kardynał gwałtownie.
— Tak, monsiniorze; powiedziałem jej, iż źle robi, plotąc podobne rzeczy, i że jego eminencja nie byłby zdolny...
— Milcz, jesteś głupiec — przerwał mu kardynał.
— Zupełnie to samo powiedziała mi żona, monsiniorze.
— Czy wiesz, kto twoją żonę porwał?
— Nie, monsiniorze.
— Masz jednak jakieś podejrzenia?
— Tak, lecz one nie w smak były panu sędziemu, więc już ich nie mam wcale.
— Żona twoja wydostała się na wolność. Wiedziałeś o tem?
— Nie, monsiniorze, dowiedziałem się w więzieniu dopiero i to z ust pana sędziego, wielce miłego człowieka!
Uśmiech znów się ukazał na ustach kardynała.
— Nie wiesz zatem, co się z żoną twoją stało po ucieczce?
— Nic zgoła nie wiem, monsiniorze, musiała pewnie powrócić do Luwru.
— O pierwszej w nocy nie było jej tam jeszcze.
— A! mój Boże! cóż się więc z nią stało?...
— To się wyda, bądź spokojny; nic się przed kardynałem nie ukryje, kardynał wie o wszystkiem.
— W takim razie, monsiniorze, czy sądzisz, iż kardynał zgodzi się, powiedzieć mi, co się stało z moją żoną?
— Być może, ale najpierw musisz wyznać wszystko, co wiesz o stosunkach żony twojej z panią de Chevreuse?
— Kiedy ja nie wiem o niczem, monsiniorze; nigdy jej nie widziałem.
— Gdy chodziłeś po nią do Luwru, czy wracała prosto do domu?
— Nigdy prawie: miała interesy do sklepów z płótnem, dokąd ją też odprowadzałem.
— A wielu kupców takich było?
— Dwóch, monsiniorze.
— Gdzie mieszkali?
— Jeden, przy ulicy Vaugirard, drugi przy ulicy de la Harpe.
— Czy wchodziłeś z nią do nich?
— Nigdy, monsiniorze; czekałem przede drzwiami.
— A czem się tłómaczyła, że wchodzi sama?
— Nie tłómaczyła się nigdy; kazała mi czekać i czekałem.
— Wygodny z ciebie małżonek, drogi mój panie Bonacieux! — rzekł kardynał.
— On mnie drogim swoim panem nazywa! — rzekł sobie w duchu kramarz. — Nieźle już rzeczy stoją!
— Czy poznałbyś te drzwi?
— Poznałbym.
— A pamiętasz numery domów?
— Pamiętam.
— Jakież więc?
— Nr. 25 przy ulicy Vaugirard; Nr. 75 ulica de la Harpe.
— Dobrze — rzekł kardynał.
To mówiąc, zadzwonił; wszedł oficer.
— Idź po Rocheforta — rzekł doń półgłosem — niech przyjdzie tu natychmiast, jeżeli już powrócił.
— Hrabia jest już tutaj — odrzekł oficer — i pragnie usilnie mówić z waszą eminencją!
— Niech przyjdzie, niech przyjdzie! — rzekł porywczo kardynał.
Oficer wybiegł z pokoju z pośpiechem, właściwym tym wszystkim, którzy kardynałowi służyli.
— Z waszą eminencją! — mruczał Bonacieux, — tocząc błędnym wzrokiem.
W kilka minut zaledwie po wyjściu oficera drzwi się otworzyły i weszła nowa figura.
— To on! — wykrzyknął Bonacieux.
— Co za on? — zapytał kardynał.
— Ten, co żonę mi porwał.
Kardynał znowu zadzwonił. Oficer wszedł.
— Oddaj tego człowieka w ręce stróżów i niechaj czeka, aż go wezwę do siebie.
— Nie, monsiniorze! nie, to nie on! — wołał Bonacieux — nie, ja się pomyliłem: to ktoś inny, wcale do niego niepodobny! Ten pan jest człowiekiem uczciwym.
— Precz z tym durniem! — zawołał kardynał.
Oficer wziął kramarza pod pachę i wyprowadził do przedpokoju, gdzie oczekiwali dwaj jego dozorcy.
Nowoprzybyły powiódł wzrokiem niecierpliwym za wychodzącym Bonacieux, a skoro drzwi zamknęły się za nim, rzekł:
— Widzieli się.
— Kto? — zapytał kardynał.
— On i ona.
— Królowa i książę?
— Tak.
— Gdzie?
— W Luwrze.
— Jesteś tego pewny?
— Najzupełniej.
— Kto ci to mówił?
— Pani de Launay, która jak Waszej eminencji wiadomo, oddana mi jest zupełnie.
— Czemuż wcześniej tego nie powiedziała?
— Bo przypadkowo, a może też przez nieufność, królowa rozkazała pani de Surgis spać w swoim pokoju i cały dzień nie puściła jej od siebie.
— Ha! jesteśmy pobici. Postarajmyż się o odwet.
— Bądź spokojny, monsiniorze, pomogę ci z całej duszy.
— Jakże to było?
— O godzinie wpół do pierwszej w nocy królowa była w otoczeniu dam swoich...
— Gdzie?
— W sypialni swojej.
— Dobrze.
— Gdy wtem wręczono jej chusteczkę, przyniesioną przez dozorczynię bielizny...
— Cóż dalej?
— Nagłe wzruszenie ogarnęło królową i pomimo różu, którym twarz miała pokrytą, zbladła.
— Cóż dalej?.... prędzej!
— Podniosła się jednakże i głosem niepewnym: — moje panie — powiedziała — za dziesięć minut powrócę, poczekajcie na mnie. Otworzyła drzwi alkowy i wyszła.
— Dlaczego pani de Launay nie dała ci o tem znać natychmiast?
— Nic jeszcze nie było pewnego; zresztą królowa powiedziała: — moje panie, poczekajcie na mnie — nie śmiała więc sprzeciwić się rozkazowi królowej.
— Jak długo nie było królowej w jej pokoju?
— Trzy kwadranse.
— Czy żadna z dam nie poszła razem z nią?
— Donna Estefana tylko.
— A potem królowa wróciła?
— Tak, aby zabrać szkatułkę z drzewa różanego z cyfrą swoją, i wyszła znowu.
— A jak wróciła wreszcie, czy przyniosła szkatułkę?
— Nie.
— Czy pani de Launay wiedziała, co zawiera szkatułka?
— Tak, zapinki djamentowe, które król ofiarował królowej.
— Zatem bez szkatułki wróciła?
— Tak.
— Zdaniem pani de Launay, oddała ją Buckinghamowi?
— Jest tego pewną.
— Dlaczego?
— Gdyż pani de Launay, jako dama usługująca królowej przy toalecie, szukała brylantów wszędzie w ciągu dnia, udając zaniepokojenie wielkie, a nie znalazłszy, zapytała królowej, co się z niemi stać mogło.
— A cóż na to królowa?...
— Zaczerwieniła się okropnie i odpowiedziała, iż uszkodziwszy wczoraj jedną z zapinek, posłała ją swemu jubilerowi do naprawy.
— Trzeba udać się do niego i przekonać, czy to prawda, czy nie.
— Byłem już tam.
— I cóż jubiler?...
— Nie słyszał o niczem.
— Dobrze! słuchaj, Rocheforcie, nie wszystko jest stracone, a może... dobrze się nawet stało!...
— O! nie wątpię, że genjusz waszej eminencji...
— ...naprawi głupstwa swego agenta, wszak tak?
— To właśnie miałem powiedzieć, gdyby wasza eminencja była mi dozwoliła dokończyć zdania.
— A teraz, czy wiesz gdzie się ukrywali księżna de Chevreuse i książę de Buckingham?
— Nie, monsiniorze, ludzie moi nie mogli mi nic pewnego powiedzieć.
— A ja, wiem.
— Wy, monsiniorze?
— Tak, a przynajmniej przypuszczam. Obrali sobie siedzibę, jedną przy ulicy Vaugirard Nr. 25, drugą przy ulicy la Harpe Nr. 75.
— Czy wasza eminencja życzy sobie, ażebym ich kazał aresztować?
— Zapóźno, już ich tam nie znajdą.
— Bądź co bądź, przekonać się można.
— Weź z sobą dziesięciu z przybocznych moich i przetrząśnijcie obydwa domy.
— Idę, monsiniorze.
Rochefort wybiegł z pokoju.
Kardynał, pozostawszy sam, wpadł w chwilową zadumę, następnie zadzwonił po raz trzeci.
Oficer wszedł.
— Wpuść tu więźnia — odezwał się kardynał.
Bonacieux znowu został wprowadzony, oficer zaś na znak kardynała wyszedł.
— Oszukałeś mnie!... — surowo rzekł kardynał.
— Ja?... — wykrzyknął Bonacieux — ja miałbym oszukać waszą eminencję?...
— Żona twoja, idąc na ulicę Vaugirard i de la Harpe, wcale nie do kupców płótna wstępowała.
— Boże sprawiedliwy! a gdzież chodzićby mogła?...
— Do księżnej de Chevreuse i księcia de Buckingham.
— Tak — rzekł Bonacieux, przypomniawszy sobie wszystko — tak, wasza eminencja ma słuszność. Nieraz ja jej mówiłem, że to dziwnie, aby kupcy płótna w takich domach mieszkali, gdzie żadnych niema szyldów, a ona wtedy się śmiała. O!.. monsiniorze — wołał Bonacieux, rzucając się do nóg eminencji. — O! prawdziwie wielkim kardynałem jesteś, człowiekiem genjuszu, którego świat cały uwielbia!...
Jakkolwiek drobnym był triumf, odniesiony nad istotą tak pospolitą, jak Bonacieux, ucieszył on jednak kardynała na chwilę. Naraz nowa myśl widocznie zaświeciła w jego umyśle, uśmiech przebiegł mu po ustach, i, podając rękę kramarzowi, wyrzekł:
— Powstań, przyjacielu, dobry z ciebie człowiek.
— Kardynał dotknął mojej ręki! ja dotknąłem ręki wielkiego człowieka! — zawołał Bonacieux — przyjacielem swoim mnie nazwał!
— Tak, przyjacielem, tak! — rzekł kardynał tonem ojcowskim, jaki niekiedy potrafił przybierać, wprowadzając tem jednak w błąd tylko tych, którzy go nie znali, — a ponieważ posądzono cię niesłusznie, słuchaj, należy ci się wynagrodzenie. Patrz, weź tę sakiewkę ze stoma pistolami, i nie gniewaj się na mnie.
— Ja mam się gniewać na pana, monsiniorze! — rzekł Bonacieux, wahając się, czy ma przyjąć sakiewkę, obawiał się bowiem, aby ten dar proponowany nie był tylko żartem. — Wolno ci było, eminencjo, kazać mnie uwięzić, wolno ci teraz brać mię na tortury, powiesić, jesteś panem życia i śmierci, a mnie nie godzi się słówka nawet wypuścić z ust. I ja mam się na pana gniewać? żartujesz chyba, eminencjo?...
— O! drogi mój panie Bonacieux, widzę żeś szlachetny i dziękuję ci za to. Weźmiesz więc sakiewkę i odejdziesz, nie mając do mnie urazy?
— Odchodzę, zachwycony waszą ekscelencją.
— Żegnam cię więc, a raczej mówię do widzenia, bo mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze!...
I pożegnał go ręką, na co Bonacieux odpowiedział niskim ukłonem aż do ziemi; wyszedł, cofając się, a gdy już był w przedpokoju, kardynał usłyszał, jak uniesiony zapałem, wrzeszczał na całe gardło: Niech żyje monsinior! niech żyje jego eminencja! niech żyje wielki kardynał!
Z uśmiechem przysłuchiwał się kardynał tym hałaśliwym objawom uczuć zapalającego się imcipana Bonacieux.
Gdy wreszcie krzyki te rozpłynęły się w oddali, rzekł sam do siebie:
— Znowu jeden, który da się zabić za mnie.
I z największą uwagą przyglądał się już mapie Roszelli, znacząc ołówkiem linję, gdzie miała być przeprowadzona sławna tama, która w osiemnaście miesięcy potem zamykała port oblężonego miasta.
Gdy tak pogrążył się w rozmyślaniach strategicznych, drzwi się uchyliły i stanął w nich Rochefort.
— I cóż? — zapytał kardynał gwałtownie, zrywając się szybko od stołu, co świadczyło, jak go ta sprawa obchodzi.
— Tak — odrzekł tenże — kobieta młoda, około dwudziestu sześciu lat mająca, i mężczyzna trzydziestopięcioletni przebywali rzeczywiście, ona cztery, on pięć dni, w domach, wskazanych przez Waszą eminencję; ale kobieta wyjechała tej nocy, a mężczyzna dziś zrana.
— To oni! — zawołał kardynał, patrząc na zegar — a teraz — mówił — zapóźno już puszczać się za nimi w pogoń. Księżna jest w Tours, a książę w Boulogne.
Dogonić ich należy w Londynie.
— Jakie są rozkazy waszej eminencji?
— Ani słówka o tem, co zaszło. Królowa niech będzie zupełnie spokojna, niech nie przypuszcza, iż znamy jej tajemnicę, niech myśli, że szukamy dopiero jakiegoś spisku. Przyślij mi tu wielkiego kanclerza Seguier.
— A co wasza eminencja zrobiła z tym człowiekiem?
— Z jakim? — zapytał kardynał.
— Z tym Bonacieux.
— Zrobiłem, co się dało. Szpiega własnej jego żony.
Hrabia de Rochefort skłonił się, jakby uznając widocznie wyższość swego mistrza, i wyszedł.
Kardynał, znalazłszy się sam, usiadł przy biurku, napisał list i, zapieczętowawszy osobistą pieczęcią, zadzwonił.
Oficer znowu się stawił.
— Posłać mi po Vitraya — rzekł — i powiedzieć mu, aby przygotował się do podróży.
W chwilę potem człowiek, którego sobie życzył, stał przed nim w butach podróżnych z ostrogami.
— Vitray — rzekł — puścisz się pędem do Londynu. Ani chwili nie zatrzymasz się w drodze. List ten oddasz milady. Oto kwit na dwieście pistolów, udaj się do mojego skarbnika i każ sobie wypłacić. Dostaniesz drugie tyle, jeżeli za sześć dni będziesz z powrotem i spełnisz dobrze zlecenie.
Bez słowa odpowiedzi wysłaniec skłonił się, zabrał list i kwit i wyszedł.
Oto, co list ten zawierał:

„Milady!
„Bądź na pierwszym balu, na którym znajdować się będzie książę de Buckingham. Będzie on miał dwanaście zapinek przy ubraniu swojem, zbliż się do niego i dwie mu z nich obetnij.
„Skoro je będziesz miała, zawiadom mnie niezwłocznie“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Dumas (ojciec).