Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział LIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIII
WYROK

Zrana, kiedy cały Paryż budzi się z uśpienia, kiedy żyć zaczyna na nowo, kiedy brzask dzienny jest ogniwem, łączącem dzień dzisiejszy z poprzednim, wszystko powstaje na nogi.
Hrabina miała jakąś nadzieję, że zaraz od rana ktoś wkroczy do jej celi i zawiadomi ją o szczęśliwym rezultacie procesu. I przedstawiała sobie, jak będzie przyjmowała powinszowania przyjaciół.
Czyż miała przyjaciół?
Niestety! nigdy szczęście i poważanie nie jest pozbawione orszaku przyjaciół, Joanna wszakże po dopięciu swego celu, gdy została bogata i wpływowa, gdy starała się zaskarbić w świecie względy wszystkich, nie natrafiła jednak nigdy nawet na przyjaźń zdawkową. Ale po triumfie, którego się spodziewała, miała nadzieję, że zastęp jej wielbicieli zwiększy się niezawodnie. Napróżno jednak oczekiwała, nikt nie przyszedł oznajmić jej radosnej nowiny.
W tej zupełnej ciszy przewidywała dla siebie klęskę.
Ponieważ wzbroniono jej wychodzić, wysunęła głowę przez lufcik i, wytężywszy słuch, starała się podchwycić rozmowy rozprawiających o procesie.
Wtedy usłyszała taki hałas, taką wrzawę, powstałą z okrzyków, z oklasków, że stanęła zdumiona, nie mogąc przyjść do siebie. Własne sumienie mówiło jej, że wszystkie te manifestacje nie były przeznaczone dla niej.
Te uniesienia radości powtarzały się kilkakrotnie i zamieniły się następnie w innego rodzaju zgiełk i rozmowy.
Zdawało jej się. że słyszy sąd przychylny, wydany przez cały naród. Łudziła się jeszcze, że głosy te jak prędko powstały, tak i zamilkną. Tymczasem zaczęły wkrótce napływać nowe tłumy, tworząc z dawniejszymi jednę zbitą masę.
— Szczęśliwy dzień w życiu kardynała — wyrzekł jakiś aplikant od prokuratora, przebiegając w podskokach chodnik pod oknem.
— Dla kardynała!.. — powtórzyła Joanna.
— A więc doszły już wiadomości o jego uwolnieniu!...
Krople potu zrosiły jej czoło, nie miała na kogo wylać złości, z pośpiechem wbiegła do sali.
— Pani, pani — wykrzyknęła, zwracając się do pani Herbert. — Co słyszę?...
— Więc szczęście sprzyjało kardynałowi?...
— Nie wiem — odpowiedziała dozorczyni.
Joanna spojrzała jej w oczy i wyrzekła:
— Zechciej pani zapytać męża.
Dozorczyni przez grzeczność powstała i spytała męża.
— Nie posiadam żadnych wiadomości — odrzekł.
— Więc co chcieli powiedzieć przychodnie? — pomyślała Joanna, zatrzymując się już zniecierpliwiona w pośrodku pokoju.
— Bezwątpienia mówili o procesie.
— Być może — odpowiedział poczciwy Herbert — być może chcieli przez to wyrazić, iż dzień swego uwolnienia może kardynał uważać za szczęśliwą erę w życiu.
— Więc pan sądzisz, że kardynał może być uwolniony? — spytała Joanna, zaciskając palce.
— To możebne.
— A mnie jakiż los czeka?...
— Panią!... taki sam jak jego.
— Dzikie przypuszczenie — bąknęła pod nosem i przysunęła się do okna.
— Pani postępujesz niesłusznie — zwrócił jej uwagę dozorca, — chcesz zasięgnąć dla siebie wiadomości, które dochodzą z podwórza przeinaczone i niezgodne z prawdą. Lepiejbyś pani uczyniła, wyczekując odczytania wyroku.
— Wyroku... nigdy!...
I w dalszym ciągu nadsłuchiwała.
Pod oknem przechodziło kilka kobiet, w świątecznych strojach, z bukietami w rękach.
Przyjemny zapach dolatywał aż do Joanny.
Przyjaciółki prowadziły następującą rozmowę:
— Podaj mi bukiet, chciałabym go ofiarować temu człowiekowi, a gdybym mogła, chętniebym go nawet uściskała.
— I ja także — odrzekła jej towarzyszka.
— A jabym wolała, aby on mnie pocałował — odrzekła trzecia.
— O kim one mówią? — zapytała Joanna.
— Nicby ci się nie stało, to śliczny mężczyzna — powiedziała ostatnia z przyjaciółek.
— A zatem jeszcze mowa o kardynale, zawsze o nim, widocznie uwolnienie jego należy już do pewników.
I słowa jej wyrzeczone były z takim zniechęceniem i jednocześnie z taką pewnością w głosie, że państwo de Herbert nie chcąc wywołać sceny, podobnej do wczorajszej, poczęli ją mitygować, mówiąc.
— Nie rozumiemy, dlaczegoby pani nie chciała, aby więzień był uwolniony.
Joanna domyśliła się znaczenia tych słów; od pewnego czasu zauważyła zmianę w postępowaniu i, nie chcąc utracić sympatji, jaką ją dawniej otaczano, dodała:
— Niestety!... widzę, że nie zostałam przez was zrozumiana. Jestem w waszem pojęciu istotą, któraby chętnie cieszyła się z nieszczęścia swych towarzyszy niedoli. Przeciwnie, radabym była, aby kardynał został uwolniony, lecz wniknijcie także w to, że los mój nie jest do pozazdroszczenia, że nie jestem pewna ani dnia, ani nawet godziny.
— Cóż my uczynić możemy?... los pani nie jest nam wiadomy.
W tej chwili posłaniec jakiś wywołał Herberta z pokoju.
Dozorczyni, pozostawszy sama z Joanną, usiłowała ją rozerwać; wszystko jednak było napróżno, pani de la Motte pogrążyła się cała w zadumie i wszystkie jej zmysły skierowane były ku temu, aby domyślić się czegoś z opowiadań, prowadzonych pod oknem.
Dozorczyni, nie mogąc jej w tem przeszkodzić, zaniechała swoich usiłowań.
Naraz dał się słyszeć ogłuszający krzyk, zaroiły się tłumy na placu i zbitą masą zwróciły się w kierunku wybrzeża.
Sprawiało to straszne wrażenie.
Pomału zaczęła rozpoznawać wśród tej wezbranej fali ludu powóz, konie i dwoje ludzi, zajmujących miejsca w środku powozu.
Ścisk i natłok tamował komunikację.
Tysiące ludzi, z głośnym okrzykiem radości wyciągały ręce w stronę powozu, a siedzące w nim osoby zasypane zostały deszczem kwiatów.
Joanna poznała w nich dwoje ludzi, którzy i przedtem zdołali rozentuzjazmować tłum.
Jeden z nich blady, jakby przestraszony własnem zwycięstwem i triumfem, siedział nieporuszony.
Kobiety rzucały się pod koła, wyrywały sobie jego ręce, ażeby je ucałować i kłóciły się o koronkę od jego rękawów, za którą hojnie płaciły mu kwieciem.
Tym człowiekiem był kardynał de Rohan.
Jego towarzysz, o świeżej cerze, twarzy radosnej, promieniejącej, był mniej owacyjnie przyjmowany, nie żałowano jednak i jemu uznania.
Kobiety zachwycały się kardynałem, mężczyźni wołali:
— Niech żyje Cagliostro!...
Gdy niesienie tłumu trwało już pół godziny i doszło do punktu najwyższego, Joanna spostrzegła samych triumfatorów. Oczom jej nie uszły najmniejsze szczegóły, radość ta manifestacyjna, wywołana na cześć ofiar królowej (tak ich nazywano), dała jej kilka chwil prawdziwej rozkoszy.
Ale zadowolenie to nie zdołało jej na długo zająć zupełnie i wkrótce przyszło jej do głowy:
— Więc oni są już wolni, dla nich wszelkie formalności są już skończone, a ja dotychczas pozbawiona jestem wszelkiej wiadomości.
Jakieś dziwne uczucie przestrachu ogarnęło ją całą.
Obok niej siedziała dozorczyni, cicha, spokojna i uważna na wszystko, ale słowem nawet jednem nie przerwała milczenia. — Joanna wywołać już miała nieodzowne objaśnienia, gdy wtem nowy hałas zwrócił jej uwagę, a pochodził z ulicy Point-au-Change.
Dorożka, otoczona ludźmi, toczyła się po pochyłości mostu. W niej Joanna poznała siedzącą Oliwję, która radośnie pokazywała zgromadzonym tłumom swoje dziecię odbierając wzamian głośno przesyłane całusy.
Był to ostatni akt uroczystości na cześć kardynała.
Pośrodku mostu oczekiwała karetka pocztowa. Pan Beausire schował się za jednego ze swych przyjaciół, który stanowił wyjątek z pośród całego ich grona i śmiał podnieść oczy ku tej ogólnej uciesze. Dał znak Oliwji, która wysiadła z dorożki, spotkana głośnymi okrzykami otaczających.
Oliwja wsiadła do karetki pocztowej i w uniesieniu radości rzuciła się w objęcia Beausira. Sporo czasu przeszło w ten sposób, aż nareszcie, wylewając łzy radości, dojechali do Saint-Denis, gdzie zmieniono konie, nie napotkawszy przeszkód ze strony policji.
Wszystko to widziała Joanna, nie mogąc sobie zdać sprawy, dlaczego ona tylko pozostawiona jest dotychczas w takiej niepewności.
— Dlaczegóż względem mnie dają taki dowód okrucieństwa i nie oznajmiają mi wyroku.
— Uspokój się pani — rzekł Herbert, wchodząc do pokoju.
— To nieprawdopodobne, ażebyś pan o niczem nie wiedział — odpowiedziała Joanna, pan wiesz! pan wiesz! pan musisz wiedzieć.
— Pani!...
— Jeżeli pan nie jest barbarzyńcą, proszę mi powiedzieć, czyż pan nie widzi, jak ja cierpię.
— Zabronione jest nam, młodszym stopniom służby więziennej, uprzedzać odczytanie wyroku. Czynność ta należy do pisarzy sądu.
— W takim razie muszę pana nazwać tchórzem, jeżeli na ten krok zdobyć się nie możesz — wyrzekła Joanna w uniesieniu wściekłości, która przypomniała panu de Herbert scenę wczorajszą.
— Nie, mylisz się pani — odrzekł — jeżeli mi przyrzeczesz, że będziesz się zachowywała spokojnie i że mnie nie zdradzisz, gotów jestem dla pani to uczynić.
— W takim razie mów pan.
— A przyrzekasz mi pani?
— Ależ przyrzekam, przyrzekam, przysięgam panu... mówżesz pan.
— No to zaczynam...
— Kardynał został uwolniony. Pan de Cagliostro okazał się niewinny... Pannie Oliwji przywrócono swobodę.
— Dalejże, mówże pan, cóż więcej?
— Pan Réteau de Villette został skazany...
Joanna zadrżała.
— Na galery...
— A ja? Kiedyż przyjdzie kolej na mnie wreszcie!
— Pani jesteś skazana na wygnanie — odrzekł słabym głosem dozorca i odwrócił oczy.
Błyskawica radości przemknęła po obliczu Joanny i tak prędko, jak zjawiła się... zniknęła.
Następnie, udając, że mdleje, rzuciła się w objęcia swoich gospodarzy.
— Coby się stało, gdybym jej wyznał całą prawdę — rzekł w duchu Herbert.
— A więc wygnanie — pomyślała Joanna, udając gwałtowny napad nerwów — wszak to swoboda, bogactwo i zemsta, której tak pragnęłam... Wygrałam!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.