Ginewra

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Alfred Tennyson
Tytuł Ginewra
Data wydania 1894
Wydawnictwo T. H. Nasierowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Adam Pajgert
Źródło skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Alfred Tennyson.




GINEWRA


POEMAT.


TŁOMACZYŁ


Adam Pajgert.




WARSZAWA.
Nakładem T. H. Nasierowskiego
Skład główny w księgarni G. Centnerszwera


1894.


GINEWRA.




Flos Regum Arthurus.[1]
Józef z Exeteru.

Uciekła z dworu Ginewra królowa,
W świętym się gmachu Almesburu chowa,
Łzami zroszona biała jej jagoda,
Przy niej dzieweczka z nowicyatu młoda,
Siedzą samotne, między niemi świeca
Pali się blado, mgławo blask księżyca
Świeci ze dworu, chociaż księżyc w pełni,
Bo tak po niebie biała mgła się wełni,
Jakby grobowy całun rozpostarła:
I ziemia była cicha, jak umarła.
Tu się schroniła. Ucieczki królowej
Przyczyną Modred, króla krewny bliski,
Siostrzeniec, który zawsze, jak ryś płowy,
Legał przy tronie, chytrych oczu błyski
Na tron rzucając, do skoku gotowy.
Gdy lud pochwały króla wielbiąc głosi,
On je szyderczem ostudza milczeniem,

On z białokonnym Saksonem się znosi,
Z pogańską dziczą, Hengista plemieniem;
On między stołu krągłego rycerzy
Sieje niezgodę i zatargi szerzy,
Chytre swe cele bodząc jak ostrogą,
Do Lancelota nienawiścią srogą.
Raz się zdarzyło, że w pierwszy dzień maja,
Gdy dwór zielono cały się przystraja,
Z zielonym nawet piórem u kołpaków,
I już z przechadzki wracano zwyczajnej,
Na ogrodowy parkan wlazł czemprędzej
Modred w zieleni, myśląc, czy śród krzaków
Nie wyszpieguje jakiej schadzki tajnej.
Wtedy królowę obaczył pomiędzy
Dobrą Enidą, a chytrą Wiwieną,
Więcej nie widział nic, a drogą ceną
Spłacił ciekawość, bo właśnie przez chłodnik
Lancelot wtedy szedł, i jak ogrodnik
Z kapust zielone zmiata gąsienice,
Tak on za piętę z parkanu go zwleka,
I jak robaka rzucił w proch, na chodnik.
Lecz gdy książęcia w nim poznaje lice,
Czcząc w nim królewską krew, choć nie człowieka,
Przeprasza grzecznie, szczerze, bez szyderstwa,
Bo w Arturowym zakonie rycerstwa

Szyderstwem gardził każdy mąż szlachetny;
Chyba kto garbem lub kalectwem szpetny,
Zdrowych i silnych wyszydzać był w prawie,
Za część kalectwa szyderstwo się bierze,
Nie obrażali się więc tem rycerze,
I odpowiadał mu sam król łaskawie.
Lancelot księciu podnieść się pomaga,
Ten tylko ręką z prochu ze dwa razy
Strzepnął kolana, jakby bez obrazy
Odszedł z uśmiechem, ale mu zniewaga
Utkwiła w duszy, i zemścić się pragnie,
A w sercu odtąd tak nienawiść męci,
Jak wiatr, co falą bez ustanku kręci
O głaz nadbrzeżny, po zielonem bagnie.
To gdy królowej Lancelot opowie,
Śmieszył ją zrazu upadek sromotny
Modreda, potem przeszło po niej mrowie,
Jakby przeczucie tknęło ją złowieszcze
Grożących nieszczęść; zaśmiała się jeszcze,
Ale już słabiej; lęk ją brał istotny,
Że ten wąż chytry za nią pełzać będzie
Póty, aż grzech jej na jaw wydobędzie
I wieczną hańbą imię jej omroczy.
Odtąd jej trwoga śmiało spojrzeć nieda,
Gdziekolwiek ujrzy lisią twarz Modreda

I jego siwe w nią wlepione oczy.
Odtąd i tajne władze, które duszę
Przed wieczną śmiercią ochronić się silą,
Gdy ją złe żądze nad przepaść pochylą,
Jęły w niej wichrzyć, te sumień katusze!
Nieraz w ciemnościach, gdy wśród nocnej ciszy
Król przy niej we śnie oddycha spokojnie,
Groźne postacie obstąpią ją rojnie
I wielki strach ją ogarnia, i słyszy
Jakieś łoskoty, jakby drzwi skrzypanie,
Jakie w zaklętym w północ słychać gmachu,
Gdzie tkwi morderstwa krwawa rdza na ścianie;
I nie śpi, albo sen ma pełen strachu.
I śniło jej się raz: że na dolinie
Stała szerokiej, przy słońca zachodzie,
Od słońca ku niej jakieś widmo płynie,
Goni ją, ściga, swym cieniem ją bodzie,
Stanęła, patrzy... Przebóg! cień jej własny
Coraz potworniej, czarniej się rozrasta,
Chłonie kraj cały, w dali płoną miasta...
Budzi się z krzykiem... Ale i w dzień jasny
Trwoga nie mija, każdą chwilę kazi,
Że nawet króla jasna twarz ją razi,
Przy każdej jego wzdryga się pieszczocie,
A dnie tak gorzko, jak zatrute cieką;

Aże raz rzekła: „O mój Lancelocie!
„Jedź ty ztąd, osiąść w twym zamku, daleko!
„Bo jak zostaniesz, będzie nas sprowadzać
„Ciągła sposobność, i będziem się schadzać,
„Aż los nasz kiedyś straszną błyśnie dobą,
„Co naszą hańbę przed ludźmi rozszczeka
„I król się dowie...” On przyrzekł, lecz zwleka,
Został, i znowu schadzali się z sobą.
Aż znów raz rzekła prośbą nagląc rzewną:
„Jeśli mnie kochasz, jedź ty już ze dworu!”
Więc umówili się już na noc pewną
(Nie miał być w domu król tego wieczoru)
I tak się zeszli, żegnać się na zawsze,
A lica blade i oczy ich łzawsze,
Nizko na brzegu siedli jej posłania,
Oko tkwi w oku, dłoń utkwiła w dłoni,
Czas już ostatnią im godzinę dzwoni
Stłumionych szeptów, szałów pożegnania...
Wtedy pod basztę Modred pokryjomu
Przywiódł swą zgraję na świadka ich sromu,
I na głos ku nim krzyknie gardłem całem:
„Zdrajco! wyjdź teraz! wreszcie cię złapałem!”
Jak lew zbudzony Lancelot nań skoczył,
Pchnął go, on na dół runął, krwią się zbroczył,
Tak go z pod baszty uniósł orszak dworski.

I była cisza wkoło — wtedy ona:
„Przyszedł nam koniec! na wiekim zhańbiona!”
A on: „Grzech mój był, mój i srom niech będzie!
„Lecz ty na zamek mój uchodź zamorski,
„Tam póki żyję nie trwóż się pogoni,
„Świat niech się zbroi! świat cię nie zdobędzie!
„Mój gród cię skryje, lub mój miecz obroni!”
A ona na to: „O! nie tak mój luby!
„Wszakże rozstania zrobiliśmy śluby,
„Obyś przed własnem mógł mnie skryć sumieniem!
„Moją jest hańba! bo ja byłam żoną,
„A tyś bezżenny. — Lecz teraz od zguby
„Ztąd uciekajmy! Mnie klasztor schronieniem —
„Tam będę czekać, co mi przeznaczono.”
Więc przywiódł konia dla niej, dosiadł swego,
I z zamku razem wyjechali sami,
Aż gdzie rozstajne drogi się rozbiegą
Pożegnali się uściskiem i łzami.
Bo on jej wolę wypełniając wiernie,
Do swego grodu zwraca, ku jezioru,
Do Almesbury zaś ona klasztoru,
Jedzie noc całą przez puszcze i ciernie.
I duchów boru słyszy jęk i płacze,
Lub jej się zdało, że słyszy jęk boru,
I jęczy w sobie: „Za późno! za późno!”

A gdy przed zorzą wiatr powionął mroźno
Na niebie plamą zawisł kruk i kracze,
I pomyślała: „Strawę wietrzy świeżą!
„Bo od północnych wód, pogańskie hordy,
„Grzechami dworu znęcone na mordy,
„Lud zarzynają i pożogę szerzą.”
A w Almesburze, gdy w progi klasztorne
Weszła, w te słowa ozwie się pokorne:
„Oto mnie wrogi prześladują możne,
„Przytułek dajcie mi siostry pobożne!
„Ani pytajcie, chociaż mnie nie znacie,
„Nim powiem sama, komu pomoc dacie.”
I tak je dziwnie wdziękiem swym ujęła,
Że nie pytając: kto jest? zkąd się wzięła?
Dały przytułek.
I tak się królowa
Nie jeden tydzień śród zakonnic chowa,
Ani nazwisko swoje im powiada,
Nie bierze hostyi, ani się spowiada,
W samotnym żalu ma za towarzyszkę
Młodziutką tylko z nowicyatu mniszkę,
Której dziecinne, bezmyślne szczebioty
Czasem na chwilę przerwą jej tęsknoty.
Aż dziś ją doszła wieść co się rozlega,
Że na kraj wojny rozwarła się paszcza,

A do niej Modred pogany podżega,
I całe sobie królestwo przywłaszcza,
Podczas gdy o nią krwawe kopie kruszą
Król z Lancelotem; więc pomyśli sobie:
Jak król i naród niecierpieć mnie muszą!
I w dłoń wyklęsłą schyla skroń w żałobie.
Tak z młodą mniszką chwilę milczą obie,
Lecz długo milczeć nie umie dziewczyna...
„Tak późno! — rzecze, — która też godzina?”
Milczy królowa, ta spojrzy ukosem,
„Tak późno!” nuci, „tak późno!” półgłosem.
I póty nutą tej piosenki dzwoni,
Aż się królowa tak odezwie do niej:
„Jeśli doprawdy chcesz śpiewać dziewczyno,
„Śpiewaj! a może nuta piosnki gminnej
„Ulży mi serca, może łzy me spłyną.”
Więc taką piosnką zabrzmiał głos dziecinny:

Tak późno! tak późno! tak chłodno i ciemno!
Lecz może nie będziem kołatać daremno, —
Za późno! nie wolno już wnijść!

Nie mieliśmy światła śród ciemnych czeluści,
Gdy o tem się dowie pan młody nas wpuści, —
Za późno! nie wolno już wnijść!

Bez światła! na dworze tak ciemno i mroźnie!

Do światła nas wpuśćcie, nie mówcie tak groźnie! —
Za późno! nie wolno już wnijść!

Wszak dobry pan młody! w weselne nas progi,
Oh! wpuśćcie! niech kornie całujem mu nogi! —
Za późno! nie wolno już wnijść!

Tak nuci dziewczę, królowa tymczasem
Wspomina: jak ją porwała rozpacznie
Ta myśl, gdy ciemnym tu jechała lasem.
A dziewczę znowu tak szczebiotać zacznie:
„O nie płacz Pani! niech w boleści twojej
Drobnej dzieweczki słowo cię ukoi,
Bo choć jam mała i nic nie rozumiem
Chyba że tylko starszych słuchać umiem,
A gdy nie słucham pokutę odbieram;
Lecz wiem, gdy Pani, w twoją twarz spozieram
Że nie jest z grzechu smutek co cię tłoczy.
Raczej zważ, kładąc twe troski na szalę
Z tem, co król cierpi, jak lekkie twe żale!
On z Lancelotem krwawy bój gdzieś toczy
Pod straszną twierdzą, gdzie królowę schował,
A Modred, który w kraju rząd sprawował
Z jego zlecenia, zdradził go sromotnie.
Więc gdy o siebie, o kraj i królowę,
Takie stroskanie spadło mu na głowę,
Więcej król cierpi, niż kto z nas trzykrotnie.

Co do mnie, Bogu i świętym dziękuję,
Żem nie jest wielką; bo gdy smutek czuję,
W kącie popłaczę łez rzęsistych rosą,
Nikt o tem nie wie, łzy ulgę przyniosą,
I na tem koniec. Lecz choćbyśmy w życiu
I my trosk tyle, co ci wielcy mieli,
To przecież od nas więcej by cierpieli,
I ten-by zawsze ból im został górą,
Że jakbądź cierpieć chcieliby w ukryciu,
Nie mogą nigdy popłakać za chmurą.
Wszak i tu u nas w Almesburze mowa,
Że król tak dobry, a grzeszna królowa;
A gdybym takim jak on była królem,
Z taką królową, tobym się z mym bólem
I z jej występkiem pewnie ukryć chciała,
Lecz będąc królem, czyliż-bym zdołała?”
I pomyślała sobie w sercu skrycie
Z żalem królowa: „Czyli mnie to dziecię
„Chce zabić swojem niewinnem paplaniem?”
Ale otwarcie tak jej odpowiada:
„Niemam-że płakać nad króla stroskaniem?
„Kiedy z królestwa wyzuwa go zdrada,
„Czyliż ból wszystkich i na mnie nie spada?”
„Tak — rzecze dziewczę — to niewiast zgryzotą,
„Że jest niewiastą ta, co swą niecnotą

„Krągłego stołu zakon zniweczyła,
„Który król Artur, śród cudów i znaków,
„Ze swych rycerskich utworzył orszaków,
„Nim do Kamlotu królowa przybyła.”
I pomyślała znowu sobie skrycie
W sercu królowa: „Czyli mnie to dziecię
„Chce zabić swoją głupią gadaniną?”
A głośno rzecze do niej: „O dziewczyno!
„Co ty zamknięta w tych klasztoru wieżach
„Możesz o królach wiedzieć, lub rycerzach?
„O stołokręgach, lub o dziwach innych,
„Niż o zakonu twego cudach gminnych?”
A tak znów ciągnie mniszka gadatliwa:
„Tak, ale wiem, że wielkie były dziwa
„I cuda, zanim przybyła królowa;
„Od mego ojca te słyszałam słowa,
„Który rycerzem sam był stołokręgu,
„I raz na dwór, gdy z Lyonessu jechał,
„A wieczór złotym brzaskiem się uśmiechał,
„Wzdłuż brzegu morza, na zielonym łęgu,
„Dźwięki przedziwnej usłyszał muzyki;
„A gdy się zwrócił, obaczył widziadła,
„Którym na czołach błyszczały płomyki.
„I od ich stóp mu jasność w oczy padła,
„I jak latarnie morskie po nad brzegiem,

„W dal się na zachód ciągnęły szeregiem.
„Przy świetle białe Niksy wypływały,
„Z fal się wodników męzka pierś wynurza,
„Głos się od morza rozległ na kraj cały,
„Wszystkie go echem powtarzały wzgórza,
„Elfy odpowiedź dały mu z rozłogów,
„Jakby dalekich śród boru dźwięk rogów;
„Tak mi mój ojciec mówił. Potem znowu
„Obaczył z rana, jadąc wzdłuż parowu,
„Jako radośne trzy duchy po błoniu
„Pędzą na dużym kwiecie jak na koniu,
„Kwiat drżał pod niemi, jak ostu łodyga,
„Gdy się o ziarno trzy sikorki czubią.
„To znów mu wieczór naprzód konia miga
„Krąg nimf powietrzny, wiążą się i gubią,
„Znowu się łączą, znów pierzchną rozbiciem,
„Tak wszystko wszędzie pełnem grało życiem.
„A gdy na ucztę przybył do Kamlotu,
„Pląs napowietrznych widział taneczników,
„Jak sobie dłonie podając do splotu,
„Koło jarzących snuły się świeczników.
„Ani się ludziom taka uczta śniła,
„Że gdy gość jakiej potrawy zapragnie,
„Dłoń niewidzialna do ust mu ją nagnie;
„Nawet w piwnicach, kręcąc beczek czopy,

„Pyzate Gnomy lały win potopy;
„Duchów i ludzi taka radość była,
„Nim ta występna królowa przybyła.”
Na to królowa jej nieco z goryczą:
„Tak się cieszyli radością zwodniczą?
„Duchy i ludzie złe były proroki!
„Skoro z nich żaden, ni mądry twój ojciec
„Z swemi cudami, nie umieli dociec,
„Jakie na kraj ten spaść miały wyroki?”
A na to znowu mniszka gadatliwa:
„O nie! był jeden na onej biesiadzie
„Bard, co wojenne nieraz pieśni śpiewa
„W obliczu wroga, śród burz na pokładzie,
„Gdy gromy biją i bałwany ryczą;
„A gdy samotny, na omszonych górach,
„Życia i śmierci gra pieśń tajemniczą,
„Gór duchom, co go słuchają na chmurach,
„Wilgotny włos się w tył, jak płomień, wieje.
„Tak mówił ojciec. Ten bard onej nocy
„Opiewał bojów Arturowych dzieje,
„Króla nadludzkich prawie cnót i mocy,
„I szydził z onych, których obłęd łudzi,
„Że on fałszywym Gorloisa synem,
„Bo zkąd on wziął się nikt niewiedział z ludzi,
„Lecz raz po burzy, gdy na morzu sinem

„Fale się w ciszę układły, jak senne,
„I dzień był jasny, i niebo promienne,
„Gdzie się ku morzu Dundaghil nagina,
„Naga na piasku leżała dziecina,
„A to był Artur. Potem, ciągnął dalej,
„Jak znaleziony był i wychowany,
„I jak go cudem za króla obrali;
„I że jak jego ród ludziom nieznany,
„Tak i o grobie mieć nie będą wieści.
„Lecz gdyby równą w wielkości niewieściej,
„Jak on sam w męzkiej, żonę zdołał dostać,
„Tych dwoje świata zmieniliby postać.
„Nagle pieśń urwał, dłoń pada bezwładnie
„Na stróny harfy, oblicze pobladnie,
„Chwiał się, i byłby padł, lecz go wstrzymano,
„Ale już nie chciał kończyć pieśń przerwaną.
„Lecz co zamilczał, ani wątpić o tem,
„Że to Ginewry był grzech z Lancelotem.”
Zatem królowa w sobie myśli gniewnie:
„One ją na mnie nasadziły pewnie,
„Ta chytra ksieni ze swemi mniszkami,
„Aby mnie dręczyć!” — i pochyla głowę
Milcząc, a dziewczę poklaśnie rękami,
I sfrasowane przeprasza królowę:
„Z gadatliwości zbytecznej mnie znają

„I często za to zakonnice łają,
„Że nieraz komu w zamyśleniu smętnem
„Mojem paplaniem dokuczę natrętnem;
„I ty mnie Pani, skarć! gdy choć bez chęci,
„Mojego ojca ubliżę pamięci
„Mem zachowaniem. On w rycerstwie słynął
„Z zalet wytwornych, choć sam mawiał nieraz
„Że go przewyższał Lancelot o wiele.
„A pięć lat temu na turniejach zginął
„I mnie zostawił. A z tych co są teraz,
„Gdy śród nich żyłaś, dwóch stoi na czele,
„Lecz (skarć mnie Pani! gdy błądzę pytaniem)
„Który rycerskiem wyższy zachowaniem —
„Król czy Lancelot?”
A królowa blada,
Spojrzawszy na nią, tak jej odpowiada:
„Lancelot jako rycerzom przystało,
„Dla wszystkich kobiet uprzejmy i grzeczny,
„A na turniejach i w bitwie waleczny,
„Wśród wszystkich niesie swoją wyższość śmiało
„I król swą wyższość w rycerskiej gonitwie
„Niesie zarówno jak w otwartej bitwie;
„A tak ci oba, król wraz z Lancelotem,
„Nad wszystkich wyżsi rycerstwa przymiotem;
„Bo nie rzecz marna, obyczaj przystojny,
„Ale umysłów zacnych owoc hojny.”

Na to dziewczyna jej rzecze: „Jak skoro
„Z cnót się przystojne obyczaje biorą,
„Ma być, jak stokroć większa króla cnota,
„Stokroć w tem wyższy król od Lancelota,
„Który tak przyjaźń znieważył występnie.”
Na to królowa odpowie posępnie:
„O ty! zamknięta w tych murach klasztoru,
„Cóż wiedzieć możesz o zwyczajach dworu?
„Co wiesz o świata światłach, albo cieniach,
„Jego radościach i jego cierpieniach?
„Jeśli Lancelot szlachetny i dzielny
„Ubliżył cnocie swej na chwilę jedną,
„Módl się, by uszedł odchłani piekielnej
„Wiecznego ognia, i płacz nad tą biedną,
„Która go z sobą wciągnęła do zguby.”
„Modlę się — rzecze dziewczę — za oboje,
„Lecz nigdy sobie wiary nie przyswoję,
„Żeby był z królem równych cnót i chluby.
„Jakbym, o Pani! nigdy nie wierzyła,
„Żebyś ty, taką wdzięczną jak dziś była,
„Gdybyś ty była występną królową.”
Tak nieraz drażni nierozważne słowo,
I chcąc uleczyć, właśnie ranę zada;
Gniewu rumieńcem twarz królowej blada
Cała spłonęła i zawoła głośno:

„Nie bądź mi nigdy dziewczę tak nieznośną
„Jak byłaś teraz! One cię przysłały
„Aby mnie dręczyć, o ty szpiegu mały!
„Zdrajczyni brzydka!” — Gdy tak gniewem bucha
Ginewra, dziewczę stanęło i słucha,
Blada z przestrachu, jak jej welon biały,
Drząca, jak piana fal, co brzeg obieli,
A z wiatrem prysnąć i zniknąć gotowa.
A kiedy jeszcze dodała królowa:
„Precz mi ztąd zaraz!” już uciekła z celi.
Zostawszy sama, po uczuć rozruchu
Ginewra zwolna pokrzepia się w duchu,
Myśląc: To dziewczę w prostocie dziecięcia
Pewnie nie miało złego przedsiewzięcia,
To tylko grzech mój, płonny strach wyradza,
I sam jak dziecko z bojaźni się zdradza.
Lecz niechaj niebo wzmaga mą otuchę!
Wszakże ja w sercu szczerą czuję skruchę.
Nie jest–że skruchą myśl od grzechu chronić,
I nigdy nawet pamięcią nie gonić
Chwil, co w tak słodkiem spłynęły użyciu?
Przysięgłam nigdy nie widzieć go w życiu!
Już nigdy w życiu!
A kiedy tak myśli,
Pamięć z dawnego nałogu jej kreśli

Obrazy dni tych błękitu i złota,
Kiedy poznała swego Lancelota;
Jako nad innych w rycerstwie wyniosły
Przyjechał po nią od Artura w posły,
I wziął ją z sobą, i razem jechali
We dwoje, orszak zdala z tyłu jechał,
A oni ciągle z sobą rozmawiali
To o turniejach, o igrzyskach świetnych,
To o miłości, bo maj się uśmiechał,
A grzech nie kaził jeszcze dusz szlachetnych.
I tak jechali przez pachnące gaje,
Co wydawały się jak ziemskie raje;
Łąki im kwieciem tak się rozpostarły,
Jakby nad niemi nieba się otwarły;
Na każdem wzgórzu, z zieleni wychylon,
Czekał jedwabny namiot lub pawilon,
Które król Artur porozstawiać kazał,
By mieli w drodze gdzie spocząć w południe;
Aż w brzaskach zorzy migający cudnie,
Smok Pendragonów złoty się ukazał
Na pawilonie królewskiego grodu,
Przy cichym zdroju z pośród drzew ogrodu.
Tak gdy królowa w marzenia się wnurzy,
Myśl jej bez wiedzy krąg zatacza szerszy
W przeszłość, gdy króla ujrzała raz pierwszy,

Gdy ją wyjechał witać w swej stolicy.
I jak westchnęła że już kres podróży!
Jak hardym wydał się oblubienicy,
Jak beznamiętnym, jak zimnym w swej dumie!
„Oh! nie! nie taki! nie jak mój Lancelot!...”
Gdy tak się w grzesznej pogrąża zadumie,
Zbrojnego jeźdzca u wrót słychać przelot,
Szmer po klasztorze przebiegł, uchem chwyta,
Potem raptowny okrzyk: Król!... Jak wryta
Siedzi i słucha; lecz gdy zbrojna noga
Już po krużgankch[2] zbliża się do proga,
Pada na ziemię, parą białych dłoni
I gęstym włosem oblicze zasłoni,
Tak twarz przed królem całą kryjąc w cienie,
Słyszy jak zbroją szczękające kroki
Stanęły przy niej, a potem milczenie,
Potem głos jakiś bezdźwięczny, głęboki,
Jak ducha, coby głosił sąd niebieski;
Jednak poznała, że to głos królewski:
„Także to ległaś w prochu! córko świetna
Zacnego ojca! Dobrze, że nie dożył
On dni twej hańby! dobrze, żeś bezdzietna!
Twojem potomstwem bój co się rozsrożył
Ogniem i mieczem; bezprawia, pożogi,
Zdrada wassali, i bezbożne wrogi

Hurmem płynące przez morze północne!
Których ja, gdy tkwił przy mnie, jak należy,
Lancelot, moje ramię prawe, mocne,
Najwaleczniejszy z grona mych rycerzy,
W tej chrześciańskiej ziemi, tem żelazem,
W dwunastu bitwach gromiłem z nim razem!
Wiesz-że zkąd teraz powracam? Od niego!
Powracam z boju! z boju z nim gorzkiego!
A on, co w gorszym skrzywdził mnie sposobie,
Tyle rycerskiej czci miał jeszcze w sobie,
Że nie śmiał podnieść ręki swej na króla,
Który rycerskie dał mu pasowanie;
Lecz wielu mężnych śmierci sen otula,
Wielu z nim poszło i przy nim zostanie,
A więcej cześci niepomnych i wiary
Z Modredem buntu rozwija sztandary.
Ja, pozostałych garstkę na bój sprawiam,
Z tej garski jeszcze tobie część zostawiam
Wiernych, dla których żyję, ci wystarczą
Śród złej godziny osłonić cię tarczą,
By włos z tej biednej głowy nie spadł tobie;
Tak, póki żyję, ty będziesz bezpieczna,
Choć, jeśli wróżba nie myli przedwieczna,
Idę naprzeciw mej ostatniej dobie.
Nie było przez cię życie mi tak słodkie

Bym dbał o dni me, czy długie, czy krótkie!
Z celem żywota przez ciebie zepsutym,
Daruj, że dzisiaj przychodzę z wyrzutem
Po raz ostatni, i dla ciebie samej,
Twojego grzechu wyrzucam ci plamy.
Gdy opuścili tę ziemię Rzymianie
Prawa nad nami znikło panowanie,
Chciał stawić opór przemocy zuchwałej;
Lecz jam był pierwszy z królów tych wybrzeży
Co skupił błędnych w gromadę rycerzy,
I wszystkich królestw łącząc moc do sprzęgu
Utworzył wielki zakon stołokręgu,
Ten kwiat ludzkości, to grono dostojne,
By światu cnoty przyświecając wzorem,
Zepsute czasy nowym pchnęli torem.
A gdy w dłoń moją kładli ręce zbrojne,
Jam za przysięgę brał ich przyrzeczenie:
Że będą króla czcili jak sumienie,
A swe sumienie będą mieć za króla,
Walczyć z pogaństwem co po kraju hula,
Naprawiać krzywdy, chronić lud od klęski,
I znak Chystusa[3] roztaczać zwycięzki;
Nie miotać oszczerstw, ni słuchać oszczerstwa,
Strzedz swej czystości, jak dziewica strzeże,
Jedną ukochać stale, wiernie, szczerze,

Czcić ją przez lata czynami rycerstwa,
Aż się ją zyska. Bom ja wiedział dobrze,
Że nic pod słońcem tak nie działa chrobrze
Jak pierwsza, czysta miłość ku dziewicy,
Nie tylko chroniąc od żądz nawałnicy
Ale i myśli rwie do wyższych lotów
I twardą mowę wdzięcznych uczy zwrotów
I w serca słowy tchnie żądzą uczciwą,
I miłość prawdy, i męzkość prawdziwą,
I szło szczęśliwie wszystko w mojem dziele
I wiodło mi się, nimem cię poślubił!
A jam się cieszyć tą nadzieją lubił,
Że mych zamiarów z tobą trud podzielę,
I szczęście moje! Tak wierzyłem! Potem
Zapadł sromotny twój grzech z Lancelotem,
Potem z Izoldą zaszedł grzech Tristama,
I innych hańba okryła ta sama;
Bo z świetnych imion biorąc złe przykłady,
Świat zamienili w jaskinię szkarady,
Na przeciwieństwo temu com wymarzył,
I na com wszystkie życia siły ważył.
Wszystko przez ciebie! Dziś to życie moje,
Dar boży, strzegę od skazy, jak zbroję,
Lecz nie dbam stracić! Ale myślę raczej
Jakby to smutnem było dla Artura,

Gdyby znów zasiadł, gdzie sala ponura
A wzrok swych wszystkich wiernych nie obaczy,
Powieść nie zabrzmi zacnych czynów echem,
Jak w onych złotych dniach przed twoim grzechem!
Bo gdyby który z nas, rzeszy rozbitków,
Mówił o serca czystości i cnocie,
Wzrok ciebie szukałby śród tych przybytków,
Po pustych salach w Usku lub Kamlocie.
Twój cień się będzie ślizgał po komnatach
Draźniąc mnie ciągle, w długich wiewnych szatach,
Jak duch po schodów stąpający głazie
Bo nie myśl, chociaż ty nie kochasz męża,
Żem wszelką miłość zgasił w twej obrazie,
Inaczej we mnie się uczucie stęża!
Jednak tu musisz zostać z twą niesławą.
Najgorzej kazi ten społeczne prawo,
Który dla siebie, albo dzieciom gwoli,
Lub że imienia zakał zbyt go boli,
Niewiernej żonie, choć świadom jej sromu,
Dach swój zostawia, i rząd swego domu.
Z przyczyny jego słabości nikczemnej
Ona przed światem za czystą uchodzi,
I w tłum się wciska, jak zaród tajemny
Nowej choroby, i zarazę rodzi.
Wszeteczne blaski swoich oczu sieje,

I węzły dawnej przyjaźni rozchwieje,
Krew roznamiętnia na bezwstyd i zdrady,
I w młode serca złych żądz leje jady.
Najgorzej, jeśli da zgorszenie jawne
Król; lepsza pustka w domu i ból serca,
Niżbyś ty miała miejsce zająć dawne,
A na niem tobie urągał szyderca!”
Przestał — o cal się bliżej przysunęła
I jego stopy rękami obięła,
Głos trąb przeciągły ozwał się ze dworu,
I rumak zarżał u bramy klasztoru
Jak na głos druha. On tak ciągnął dalej:
„Nie myśl, że grzech twój chcę ci wypominać,
Anim Ginewro, przyszedł cię przeklinać,
Lecz serce wielką litością się żali,
Widząc u stóp mych twoją głowę złotą,
Co była w lepszych latach mą pieszczotą.
Gniew, co rozgorzał we mnie siłą piekła,
I wyrok śmierci na zdradę wydany,
Gdym się dowiedział żeś tutaj uciekła,
Już przeminęły; i ból przepłakany
Com czuł, gdym serce twe porównał z mojem,
Co nie umiało zdrady przeczuć w twojem;
Lecz i tej część już minęła katuszy,
Co już się stało, nie będzie inaczej!

Ja ci przebaczam, niech tak Bóg przebaczy!
Resztę już sama czyń dla twojej duszy.
Lecz jakże z wszystkiem, com kochał, się rozstać?
Złote, com pieścić tak lubił, warkocze,
Nie wiedząc!.. Kształty królewskie, urocze!
Któraż wam równą z niewiast miała postać?
Ażeście zgubę na kraj mój zwaliły!
Nie dotknę ust twych! nie moje ich wdzięki,
Lecz Lancelota! i nigdy nie były
Nigdy mojemi! Nie dotknę twej ręki,
I na niej złożył grzech ciała swe piętno!...
Ciału mojemu, Ginewro, tyś wstrętną!
Jednak, wiedz o tem, ja w mem życiu całem,
Innej prócz ciebie miłości nie znałem!
Z nią tak się cały zrosłem jak najściślej,
Że dotąd jeszcze ja kochać cię muszę.
Niechaj nikt o mnie inaczj[4] nie myśli:
Lecz że cię kocham! I niech tak twą duszę
Oczyści Chrystus najmiłosierniejszy,
By tam, gdzie każdy czysty i bezwinny,
Kiedy w obliczu się spotkamy Boga,
Tyś ku mnie z niebios poskoczyła proga.
Bom ja twym mężem! nie żaden duch mniejszy,
Ani Lancelot, ani żaden inny!
Ty tę ostatnią zostaw mi nadzieję.

Ja muszę odejść już, wśród nocy głuchej
Odgłosem trąby wzywają mnie druhy,
Królewski sztandar na ich czele wieje,
Za mną na zachód pociągną w bój ostry,
Przeciw synowi wiodę ich mej siostry,
Na białokonne Saksończyków hordy,
I sprzysiężone buntownicze lordy.
Lub jego krwawym tam powalę trupem,
Lub sam przeznaczeń tajnych padnę łupem.
Ty tu się dowiesz, jak wypadł bój srogi,
Ja sam już nigdy nie wstąpię w te progi,
Już nie obaczę Cię nigdy!... Bądź zdrowa!”
I zdało jej się, gdy jej zwisła głowa
Bliżej mu do nóg przypełza, że czuje
Jak się ponad nią oddech króla snuje.
I że dostrzegła, wzrok w ciemności pławiąc,
Jak nad nią rękę wznosił, błogosławiąc.
A gdy krok zbrojny przebrzmiał po klasztorze,
Wstała królowa blada i złamana,
Ku oknu chwieje się, myśląc: Ach może
Twarz jego zdołam ujrzeć, niewidziana!
Siedział na koniu, u wrót zakonnice
Stały posępne, każda trzyma świecę,
A on królowę zdawał ich opiece;
A miał, gdy mówił, spuszczoną przyłbicę,

Złoty Brytanii smok tkwił u jej czuba,
Tak, że nie mogła dojrzeć jego twarzy,
Co była wtedy jako twarz Cheruba.
Widziała tylko jak się w blaskach żarzy
Hełm we mgle lśniący Pendragonów smokiem,
Noc chmurną światła zrobiwszy potokiem.
Jeszcze się zwrócił, jeszcze się zatrzyma,
A mgła księżycem srebrna go otula,
Tak, że wydawał się jak cień olbrzyma,
I wciąż się bardziej mgliła postać króla
Szara, ku szarym płynąca obłokom,
Aż we mgle cały znikł przed jej oczyma,
Jak duch idący przeciw swym wyrokom.
Wtedy ku niemu wyciąga ramiona,
„Arturze!” woła, lecz głos w piersiach kona.
Jak ze skał lecąc w powietrzu kaskada
Zawiśnie chwilę, aż łoskotem spada
Spienione fale tocząc po dolinie,
Tak jej namiętnych słów strumień popłynie:
„Poszedł już! mąż mój! poszedł z mojej winy
Zadać i ponieść śmierć z mojej przyczyny!
Przebaczył! czemuż rzec nie mogłam słowa?
Bądź zdrów! nie rzekłam, gdy mówił: bądź zdrowa
Głos mi litością swą w piersiach zasklepił!
Poszedł król, pan mój, mąż mój!... O zuchwała

Jakżebym moim nazywać go śmiała?
Gdy cień innego do mnie się przyczepił,
Kalając. Sam król nazwał mnie skalaną.
Mamże się zabić? I cóż to pomoże?
Zabiję ciało, grzech umrzeć nie może!
Jak dusza duszą, on wieczną jej raną!
Grzechu mojego hańby nie zabiję,
Ani też żyjąc w sobie ją przeżyję.
Dni będą rosły w tygodnie, rość będą
Miesiące, będą rość z miesięcy lata,
Lata po latach w wieki się wyprzędą,
Me imię wieczna niesława okryje!...
Sława — rzecz świecka! A mnie co do świata?!
Cóż więcej skądby jaki świt promienił?
Och! jest nadzieja! On swoją ją mienił...
Chyba że szydził... Nie! On nie szyderca!
Szyderstwem małe tylko dymią serca.
Błogosławionyż król co mi przebaczył!
W znękane serce tchnąć nadzieję raczył,
Że już o przyszłych nie rozpacza losach.
Grzech życiem mogę przeżyć w piersi własnej,
Jego znów żoną mogę być w niebiosach,
W obliczu Boga — Królu, panie jasny!
Szlachetny, wielki w twych rycerzy gronie,
Jakbyś świętego miał sumienie w łonie!

Tobą wzgardziło próżne serce moje,
Zmysłowe biorąc wrażenia pochopnie,
Sądząc, że nigdy duzsy[5] nie dostroję
Do równi z tobą, że serce nie dopnie
Nigdy twych szczytów, i braknie oddechu
Dla słabej piersi w tym zimnym eterze
Surowej cnoty, w czystej światła sferze.
Ciepła i barwy szukałam cieleśnie,
Te w Lancelocie znalazłam i w grzechu!
Teraz znam ciebie! Znam cię, choć niewcześnie!
Tyś i najbardziej ludzki, choć bezwinny...
Ani Lancelot! Ani żaden inny! —
Niemaż nikogo, ażeby powiedział
Królowi że go kocham, choć tak późno!
Teraz — przed wielkiej wojny bitwą groźną?
Nikogo! Sama mu to wyznać muszę!
Dziś, to za śmiało! Zbyt wielki nasz przedział!
Lecz tam gdzie czyste spotkają się dusze! —
Ileż dobrego mogłam zrobić, Boże!
Gdyby w najwyższym twym Cię wielbiąc tworze
Jego me serce było ukochało,
Jemu miłością niosło hołd powinny,
Nie byłoby się stało, co się stało!
O! ileż własny los mój byłby błoższy!
Najwyższy być nam powinien najdroższy! —

Ani Lancelot — ani żaden inny!”
I ręką oczy kryjąc, jak zasłoną,
Ujrzy przy sobie nowicjuszkę młodą
Klęczącą z łzami zroszoną jagodą,
„Wiesz dziewczę — rzecze — że mi przebaczono?”
I gdy do góry wzniosła wzrok i lice,
Wszystkie płaczące widzi zakonnice,
Więc otworzyła się w niej serca tama,
I tak mówiła płacząc z niemi sama:
„Więc mnie już znacie! Znacie tę nędznicę,
Co wielkie króla zniweczyła cele!
Otoczcie murem mnie lube dziewice!
Dajcie w klasztorze jak najcichszą celę,
Gdzie nigdy głosów wrzawa nie przenika,
Co moją hańbę po świecie wykrzyka.
Jam sobą gardzić nie powinna raczej,
Bo on mnie jeszcze kocha! Nikt inaczej
Niechaj nie myśli: lecz że kocha jeszcze!
Więc jeśli wy mnie w pogardzie nie macie,
Jeśli się siostrą zwać mnie nie wzdrygacie,
Pozwólcie niech tu z wami się umieszczę!
Niech, jak wy, w czarny habit owinięta,
Post z wami poszczę, z wami święcę święta;
Niech smutna waszym smutkiem się podzielę,
A obcem wasze będzie mi wesele.

Niech w waszych świętych obrzędach się ćwiczę,
A wy się za mną módlcie siostry drogie!
Niech obowiązki spełniam służebnicze,
Niech leczę chorych i wspieram ubogie,
Co są bogatsze i czystsze o wiele
Przed Zbawicielem odemnie grzesznicy.
Gojąc ich rany, niechaj swoje leczę!
W modłach, jałmużnach, żywot pokutnicy
Niechaj się chmurnym wieczorem dowlecze,
Na odkupienie rozkosznemu dniowi,
Co przyniósł zgubę mojemu królowi!”

Więc ją przyjęły. Wśród klasztornych cieni
Na pół z nadzieją, a na pół z obawą:
Czy nie „za późno” grzech zmazać poprawą?
Żyła, dopóki nie umarła ksieni.
Potem, że żywot jej był czysty, ostry,
Że jej uczynki mogły stać za wzory
Dawnej godności, dzisiejszej pokory,
Za swoją ksienię obrały ją siostry;
Aże z padołu cierpień, we trzy lata,
W kraje lepszego uniosła się świata.






Дозволено Цензурою.
Варшава, 20 АпрѢля 1893 года.



Drukarnia F. Csernák, Krak.-Przedm. Nr. 6.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Flos Regum Arthurus (łac.) — Artur, Kwiat Króla.
  2. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — krużgankach
  3. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — Chrystusa
  4. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — inaczej
  5. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — duszy



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Alfred Tennyson.