Dworzanin/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Dworzanin Polski

Najaśniejszemu Książęciu a najmożniejszemu w Krześciaństwie panu, Panu Zygmuntowi Augustowi z łaski Bożej Krolowi Polskiemu, Wielkiemu Księdzu Litewskiemu, Ruskiemu, Pruskiemu, Mazowieckiemu, Żmudzkiemu, i inszych wiela państw panu, i dziedzicowi Panu mojemu miłościwemu.


Szczęściu to Waszej Krolewskiej Miłości przyczyść sie musi, Najaśniejszy, a Miłościwy Krolu, iż za żadnego Polskiego Krola tak wiele uczonych ludzi w Polszcze nie było, jako za panowania W. K. M. a to zasię nie od szczęścia jest, ale właśnie z ręku twych krolewskich, iż ma Polska tyle ksiąg swoim językiem, ile sie ich pirwej nigdy nie najdowało. Albowiem gdyś to W. K. M. jął pokazować widomie światu, że miłujesz Koronę tę, hnet obrocili sie do tego ci, ktorym dał Bóg więcej umieć, aby Patryej swojej użyteczni byli, i jęli sie rzeczy poważnych pisać językiem polskim, nastała Biblia, nastały ine pisma, ktore pokazują drogę ludziom do dobrze czynienia; bo iż z głupstwa wszytki nieprawości rostą, jeśli pirwej nie wypurguje człowiek oczu umysłu swego, a nie będzie widział tej dobrej drogi, ktorą iść ma, nie jest rzecz można, aby kiedy sam z siebie przystojnie żyć mógł. Przeto wiele powinna Polska W. K. M. za tę jaśnie dobrotliwą chęć ku sobie. Czemu sie przypatrując i ja sługa W. K. M. a rozumiejąc, że to wszytko wieldze jest W. K. M. miło, czo kto dla narodu polskiego dobrym umysłem czyni, podjąłem nieco prącej, abych mu sie też czymkolwiek popisał. I zwyczajem starych onych, jako uczynił Grabią Balcer Castiglion, ktoregom ja Dworzanina po polsku wyrazić chciał, wypisałem rozmowy Dworzan W. K. M. Prądnickie. A iżeś W. K. M. i Księdza Maciejowskiego wysokich cnót, i Dworzan swych, ktore tu wspominam, godności był dobrze świadom, za czym wiara moja u ludzi około osobności ich ważniejsza być może, posyłam W. K. M. mojemu miłościwemu panu na piśmie te rozmowy, a posyłam tak, jako nie Orzechowskiego złotym, ale moim ołowianym piórem, wypisane być mogły. Wszakoż jeśliby sie ony podobały ludziom (czego ja sobie obiecować nie śmiem), nie mnie by za to, ale W. K. M. dziękować byli powinni; abowiem miłość W. K. M. przeciwko Rzeczypospolitej ku tej pracy mnie pobudziła, a dobrodziejstwo W. K. M. do tego mi pomogło, żem jej jakożkolwiek dokonać mógł. A Wasza Kro. M. nie pocztę jako jest mała od poddanego, ale chęć moję, jako jest wielka od sługi wdzięcznie przyjąć będziesz raczył. Przy czym uniżone, a wieczne me służby w miłościwą łaskę W. K. M. zalecam. Pisan w Tykoczynie ośmnastego dnia Lipca. Roku od narodzenia Pańskiego, Tysiącznego pięcisetnego sześćdziesiątego piątego.

W. K. M.

Najniszszy sługa

Lukasz Górnicki


¤ ¤ ¤ ¤

Utwór podzielony na Księgi


Spis treści

Pirwsza Księga Dworzanina

Księga Wtóra Dworzanina

Księga Trzecia Dworzanina

Księga Czwarta Dworzanina


Pirwsza Księga Dworzanina[edytuj]

Była przypowieść u Grekow: tak żyj, jakoby tego nikt nie uczuł, żeś był na świecie. Którą przypowieść Plutarch szkaluje, i gani, a wywodzi, iż nikomu w tej ciemności żyć nic przystoi. Abowiem kto - prawi - cnotliwie, a mądrze żywie, ten w kącie nie siedząc i przykładem i pomocą użyteczny ludziom być może; a kto zasię źle a głupie, ten wżdy nie pokrywając swych niedostatków, swych chorób, na takowego człowieka trefić może, który ono wszytko uleczy i naprawi.

Jakoż jaw tej mierze s Plutarchem dzierżę i powiadam, iż tak mądremu, jako głupiemu uledz miedzy trupy nie przystoi, ale głupiemu (gdyż to jest pirwszy do mądrości stopień, chcieć się dać leczyć) do tego sie mieć trzeba, żeby za pokazaniem prostoty swej ludziom pozbył głupstwa, a mądremu zasię to należy, iżby omyślał dobre pospolite, a odnosząc za poczciwe sprawy sławę i pochwałę, nie szedł milczkiem s świata, jako nieme zwierzęta schodzą. Co gdy mnie często na myśl przychodziło, chociam tego nie widział w sobie, iżby rozum mój mógł być kiedy użyteczny ludziom; jednak, żeby została pamiątka jaka taka na świecie chęci mojej przeciwko narodowi swemu, a mógł sie wywabić ten, ktoryby i prostoty mojej poratował, i narodowi polskiemu uczynił posługę: wziąłem to przed się, abych Polskiego Dworzanina uczynił, wziąwszy go s ksiąg Gropha Balcera Kastigliona, ktore księgi on mądrze, uczenie, i wielką wymową napisał. Ale abych pisania tego mego dał sprawę, iż (podług mego baczenia) inaksze być nie mogło, tak niechaj wie każdy ten, kto na nie wezrzy. Iż Kastiglio pisał językiem włoskim, a pisał Włochom, których obyczaje są od naszych daleko rozne. Otóż ktoby to był chciał tak prawie jako stoi przetłumaczać persony włoskie, tak męszczyzn, jako i białych głow zachowując, mógłby był podobno mądry uczynić temu dosyć, ale ja prostak anim mógł, ani też mogąc, ważyłbym sie był tego: bo widzę, żeby to uszom polskim przyjemne nie było. Przeto nie tylko zaniechałem imion włoskich, a włożyłem polskie, i rozmowę tam tej podobną napisałem, ale też i wiele inych rzeczy włożyć-em nie chciał, jako hnet s przodku około gier (bo prooemium to jego, ktore on wziął z Oratora Ciceronowego służyć mnie nie mogło), jednych nie kładę, a drugie odmieniam: iż jednym grom u nas by nie rozumiano (gdyż o Tarantelli domowej Polak nic nie słychał), a drugie nie zejdą sie do tej rozmowy, gdzie białych głow nie masz. Gdzie tych mnie sie włożyć w dialog polski nie godziło, bo ani nasze Polki są tak uczone jako Włoszki, ani drugich rzeczy, ktore owdzie są, cirpieć by ich uszy mogły. Nuż de effeminatis czo on pisze, iż ten zły zwyczaj do nas nic przyszedł, szkoda go też było i wspominać. Zasię de duello i tego tak sie włożyć nie godziło, bo około bitwy w szrankach wszytko inaczej u nas, niż jest we Włoszech. Wiecem i to opuścił, czo on pisze della imitatione, iż ten mądry discurs nie służy jedno uczonemu Polakowi; bo ow drugi około języka Tuszkańskiego, więc disputatio, która ars jest misterniejsza jeśli pictura, czy statuaria, której u nas nie znają; nuż wspominanie mianowicie kilka osób francuskiego narodu, i wobec wszytkich Francuzów; i drugie drobiozgi tym podobne, których ja wyliczać nie chcę, widzi to każdy, żeby w polszczyznę żadną miarą wniść nie mogły; abo chociażby też i wniść mogły, tedy mądry czytelnik obaczy snadnie przyczynę, czemum ja tego abo owego nie włożył, abo czemum czo odmienił, abo też zasię dla czegom w drugich rzeczach jest od Kastigliona rozny. Wspomnię też tu i to, żem nie naznaczył Dworzaninowi, aby malować umiał, bo mi sie to widzi rzecz mało potrzebna; a też naszym Polakom, którzy delicatum palatum nie dawno mieć poczęli, nie szłoby to w smak, ktemu ważniejszy w tej mierze Cicero u mnie, który perfecto Oratori (któremu de fundo często mówić i pokazać, jako gdzie który grunt leży, a około czego jest roznica, przychodzi) malowania nic naznaczył.

Podźmyż dalej. U nas z okna nie miłują; u nas komedyj takich, jakie mają być, ani tragedyj nie masz, iżby to Polacy wiedzieć mogli (mówię o tych, którzy literas nie mają), co jest Histrio. U nas tego sposobu około maszkar, jaki jest we Włoszech, nie używają. U nas ślachta na skrzypicach, na piszczałkach nie grawa; a jeśli kto gra, tedy barzo rzadko. U nas nie wiedzą, jakie jest wszeteczeństwo francuskie s pany swoimi; a przeto tego w polskim wspominać mnie sie nie zdało. A gdy do facecyj przychodzi, tam sie wiele rzeczy zaniechało, wiele odmieniło; bo matto nato, abo owo, come puo esser egli dotto se non ha letto? żadnym sposobem tak w polszczyznie uśćby nie mogło. Zasię owo czo mówi Commessario Florentino delle pallote medicate, nie może być nikąska śmieszno teraz, kiedy złość ludzka takową wymyśliła przyprawę kulkam, iż nie tylko w ciele człowieczym, ktore ona zapali, ogień sie ugasić nie może, ale ani w drzewie.

Nuż owo, czo on za dziw kładzie a rzecz niepodobną ku wierze, aby na ledzie mógł ogień cić, żaden dziw nie jest, bo sie tego oczy nasze dosyć napatrzywają. Przymówkę też owę jednookiemu odmieniłem, bo mi się tak zdało lepiej, a zwłaszcza że on też s Cicerona wziął to inaczej. Potym na ostatku wtorej księgi tyka Kastiglio kunsztu onego, który uczynił Ricciardo Minutulo Catelli; i drugi wspomina, który Beatrice uczyniła swemu mężowi, ale mnie sie tego włożyć nie widziało, abowiem Bokaciusa chyba ci Polacy znają, którzy we Włoszech bywali. Zgoła niechaj to każdy wie, iżem ja Polakom pisząc, Polakom folgować chciał: przeto opuściłem siła rzeczy, ktore abo nie należały Polszcze, abo rzecz zatrudnić a poczciwe uszy obrazić mogły: zwłaszcza w trzeciej księdze, gdzie owo problema wspomina, czemu białe głowy pospolicie są na te łaskawe, którzy im odejmują florem virginitatis et e contra męszczyzni nie lubią tych białych głów, ktore są początkiem ich lasciwiej. Praeterea gdzie mówi, iż substantia non recipit majus nec minus, tom ja (chyba czo sie owo troszkę o kamieniu a o drewnie włożyło) opuścił, bo nie tylko sie to do polszczyzny nie zejdzie, ale i do włoszczyzny ledwo, chocia mają dialektykę pisaną językiem swym; takież też i owo argumentum, ktore wziął ex Aristotele zaniechało sie, co powieda, że mąż jest jako forma a biała głowa jako materia. Więc i owa disputatio wszytka de calido et frigido in viro et muliere, precz sie puściła, jako ta, którejem ja po polsku powiedzieć nie umiał, a tegom zasię nie chciał, czo on o mniszkach, abo o mnichach mówi, bo teraz mają księża tak wiele prażniku, iż go przysparzać im namniej nie trzeba; a mniszki zasię u nas już sie inaksze stały, niż pirwej były. Czo sie też tycze owej inwektywy na starce, i tej nikąska Polska nie potrzebuje, jako też i inych lasciwij, abo owego wspominania, jako sie Sokrates przeciwko Alcibiadowi zachował, o czym Plato in convivio de amore pisze. A iż ten jest obyczaj we Włoszech, że mężatkom męszczyzni służą, a u nas to nie przystoi, przeto wszytkiego tego musiałem nie włożyć, gdzie powieda del amor vero et falso, i jako który ma białagłowa poznać i co dalej mówi około miłości; abowiem chocia tam na tym miejscu dozwala mężatkom po jakąś przęckę miłować, a wszakoż snadźby owe słowa skazić mogły tę, któraby około poczciwości nie miała prawie ugruntowanego sumienia. Na ostatek czo owo mówi Perche que vivi spirti che escono per gli occhi etc. czo Kastiglio wziął s Platona i s Kommentarza Marsilii Ficini in convivium de amore, ex quarto capite orationis septimae, tegom ja tak nie kładł, jako tam stoi, bo by to dobrze nigdy nie było (mówię tak, jako rozumiem). Alem włożył to na tym miejscu, czo wniść mogło, i dać sie rozumieć. A może mi tego każdy wierzyć, żem w tej mierze chciał być skąpy, a nie tylko mi sie nie zda, abym mało około tej to miłości powiedział, ale mi sie tak widzi, że przyliż wiele, zwłaszcza wspominając owe białychglow chytre obyczaje; wszakoż nie wiem, by nasze Polki nie były w tym tak misterne, chocia nauki w sobie nie mają, jako kiedy Włoszki. A przeto nie one z mojej księgi chytrsze zostaną, ale sie męszczyzni niejako przestrzegą na chytrość wszelaką. Już do tego czo jest w czwartej księdze przychodzę, i powiedam, iż patrząc ja na te miejsca w autorzech, s których czo wziął Kastiglio, tak-em pisał, jako ku wyrozumieniu Polakowi najłatwiej było, gdyż sie sens jednaki w mojej, jako i w Grofowej rzeczy najduje; bo gdzie mówi pan Derśniak, że virtus doceri non potest, a pan Wapowski na to mu odpowieda; tam, to czo wziął Kastiglio ex Platonis Protagora, powiedziało sie troszkę inaczej, a owo zasię, il generar la bellezza nella bellezza, abo i owo drugie, Puo venir anchor ragionevolmente in fin al bascio, nie powiedziało sie dla tego, iż jest przysprosniejszym. I tak folgując ja nie tylko uszom, ale i językowi polskiemu, gdzie Kastiglio powieda, Perche lo influsso di quella bellezza quando e presente, dona mirabil diletto all'amante, et riscaldandogli il cuore, risueglia, et liquefa alcune virtu sopite, et congelate nell' anima, lequali etc. (czo wszytko wziął ex Phaedro Platonis, gdzie Plato mówi de pennis i przywodzi to simile o dziecęcych zębach, jako sie z boleścią wydzierają z dziąsł), wszytkiegom tego zaniechał; a nie telko tego, ale i przed tym, i po tym czo tam stoi, czo Kastiglio abo ex convivio de amore, abo ex Phaedro, abo i z inych miejsc wyciągnął, opuściłem; abowiem polski język tego wyrazić nie może, a nie tylko polski, ale i włoski tym terminom z Philozophiej nie zdoła, jako owemu potentia organica, tenebre materiali, bellezza astratta, więc la convenientia che hanno i fantasmi co'l corpo; bo to wszytko łacina jest, a nie włoszczyzna.

Item si rivolga in se stesso, czo wziął ex Platonis Alcibiade priore. Owa ja nie rozumiem, ktoby tak był sprosny, żeby nie baczył, iż takowe rzeczy przełożyć sie nijako nie mogły. A dla tego nielza było inaczej, jedno wżdy na kształt tego napisać czo takiego, a owe prośbę ominąć, gdzie mówi "Pero degnati signor d'udir i nostri prieghi: Infondi te stesso etc., bo polskie uszy nie mają tego gustum, żeby sie im to podobać miało; a gdyż sie Polacy i prośbą do świętych brzydzą, i chcą wszytko brać cieleśnie, słów, a nie sensu patrząc, pewnie żeby sie i tym barzo brzydzili, a mimo to, nie wiem jakoby to kto wyłożył, Facci scntir quelli odori spirituali, cho vivifican le virtu dell'intelletto etc. Tyło jest tej sprawy, którą ja o sobie daję około napisania po polsku Dworzanina, i przy tym stoję, iż libri del Cortegiano tak sie przełożyć nie mogą, jako Marsilius Ficiuns Platona przełożył. Wszakoż komu sie ten mój Dworzanin podobać nie będzie, oto ma Kortegiana Włoskiego, którego moja polszczyzna namniej nie zepsowała, niechajże go ku smaku swemu przełoży, a ja mu tego iście życzę, żeby mię sześcią set mil i dalej nazad zostawił i pokazał drogę, jako takowe rzeczy w polszczyznę wnosić sie mają.

Czego kiedy dowiedzie (w czym mu i to moje przetarcie drogi nie zawadzi), tedy to acz nic niechaj u niego uproszę, żeby mi odpuścił, iż Polaki, a nie Włochy w tym Dialogu mieć chcę, bo ci Polacy, jak sie dobrze do tej rozmowy godzą, jako kiedy Conte Lodovico da Canossa, abo Messer Federico Fregoso, abo il Magnifico Julian, abo Signor Ottavian Fregoso.

Więc go ani to niechaj nie obraża, iż te osoby, ktore są w Dialog wwiedzione wespołek wszyscy jednego czasu n dworu s sobą nie byli, abowiem nie tylko pan Wapowski na ten czas nie był dworzaninem, ale ani pan Kryski, ani drudzy, okrom pana Myszkowskiego, a pana Bojanowskiego; gdyż pan Kostka bawił sie księdzem Maciejowskim, i wielkim kosztem stał na jego dworze; wszakoż wszyscy ci znali sie s sobą pospołu, a chociażby sie też nie znali, tedy mi to było wolno, wtoczyć je w Dialog exemplo ludzi onych wielkich, którzy także czynili. A co drugiego, wspominam pana Jana Kochanowskiego, którego wirsze pod ten czas, gdy go ja wspominam, jeszcze sie były nie wsławiły, ale to nic, bo jednak rychło po tym pan Kochanowski wirsz pisać począł, a co parum distat, niliil distare yidetur. Taż też wymówka chcę aby mi służyła do tego, iżem kilka kunsztownych posług Jego Miłości pana Kaspra Zebrzydowskiego Kasztellana Rogozińskiego, a pana Krzysztopha Krupskiego Starosty Hrodelskiego na on czas przytoczył, kiedy sie były jeszcze nie stały, w czym wiem, iżem nie barzo zbłądził, bo i to czasów dzisiejszych wielokroć czynią uczeni ludzie. W tym bych był podobno zbłądził, kiedybym był dał Jego M. panu Ocieskiemu Kanclerski tytuł, abo panu Zebrzydowskiemu Kasztellański, bo tego czasu kiedy ja te rozmowy kładę, jeszcze tych oni tytułów nie mieli. Ale pan Kanclerz był Ochmistrzem u Krolowej starej, a pan Zebrzydowski dworzaninem u Krola °go M. dzisiejszego pana naszego. A tak mam za to, iż człowiek baczny wszytko to moje położenie i obmowę w dobre obróci, ani tego ganić będzie, iżem ja i tu i owdzie cożkolwiek swego przyłożył, napełniając te miejsca, którychem przestąpił, nie s Kastiglionem człowiekiem tak wielkim jako jest, na sztych sie kładąc. Ale już nie bawiąc sie dłużej do rozmowy namienionej podźmy, przy której chociam ja nie był, jednak o wszytkim mam wiadomość dostateczną, i powiem gdzie ona była, a s której przyczyny urosła.


Tuż u Krakowa jest rzeczka Prądnik, nad którą Samuel Maciejowski Krakowski Biskup i Kanclerz Koronny włoskim kształtem dom piękny zmurować kazał, jako dla wiela inych dobrych przyczyn, tak też dla tego, aby w tak osobnym kraju, jaki jest około Krakowa, miał miejsce, gdzieby postronne ludzi, a wielkich Królów posły czcić mógł. Abowiem mając on na sobie wielkie sprawy, dla których w jego domu u wszytkich gmachów drzwi zawżdy otworem stały, snadniej mógł na stronie, niż w mieście uczynić temu dosyć. A w tym nie szukał ani roskoszy żadnej, ani swej własnej chluby, którą sie przyrodzenie jego hydziło, ałe pomniąc sie być mało nie pirwszym Senatorem w Polszcze, pomniąc sie być urzędnikiem Koronnym, ustawicznie to omyślał, skądby Krol Jego M. cześć, a naród polski sławę u postronnych miał ludzi, ktore chwalebne jego staranie, izby tym łatwiej szło ku zamierzonemu kresu, natura macochą jemu nie była, ale taką matką, iż czo sobie człowiek jeden od niej żędać może, to wszytko jemu była dała hojną ręką. Miał urodę prawie pańską, twarz wdzięczną, a s której nicześ inego sędzić nie mógł, jedno szczyry umysł, a dobre serce, rozum ostry, nauki wiele, biegłości w rzeczach, dzielności w sprawach dosyć, czym wszytkim dobrze szafować umiał, bo w szczęściu nadętości, a w nieszczęściu upadłej myśli znać nie było. A czo najbarziej w człowieku chwalą, tak dzierzał na wodzy swe żądze, iż ani łakomstwa w nabywaniu, ani pustoty w dostatku, ani okrucieństwa we władzej, ani bezbożności na urzędzie, ani bezeceństwa w życiu, ani żadnej szkaradnej wady w nim znać ani słychać nie było. Więc ludzkość a senatorska powaga mądrze były złożone i usadzone, że rozeznać żaden nie mógł, czo czemu panowało. Owa był prawym panem, nie stąd, iż miał wiele, ale przeto, że sobie mógł i umiał roskazować. Ten tedy taki Biskup, Sokrates drugi, miał zawżdy około siebie zacne, uczone i dzielne ludzi, na czo kosztu ani starania nie litował, garnąc takie ku sobie, i wielkimi jurgielty wzywając, tak, iż dwór jego był jedną osobną szkołą rycerskich ludzi, s któremi żył, nie jako pan s sługami, ale jako ojciec s syny, mając s tego wielką roskosz, iż kto lata swe najlepsze u niego strawić chciał. A iż ustawicznie mieszkał u dworu, cisnął sie do tego czelnicjszy z dworzan każdy, aby był w domu księdza Maciejowskiego nie gościem, gdzie i było zawżdy czego słuchać, i miał plac człowiek pokazać to czo umiał w gromadzie onych osobnych ludzi, jakich tam pełno było, którzy wszyscy na pana swego patrząc i dziwując sie w nim tym tak wielkim Bożym darom: uczciwości, miary, dobroci, wstydu, świętobliwości, wzór z niego jednego, jako brał z onych pięci panien Zeuxis malarz kształt piękności, ustawicznie brali. I ktokolwiek jakiej jego cnoty, choć z daleka naśladować mógł, ten każdy abo wielkim człowiekiem urósł, abo w dziwnej miłości ludzkiej umarł; przeto i on cnotliwy Przerębski (który z domu Maciejowskiego na mniejszą pieczęć, a potym na Biskupstwo Chełmskie, a s tego na Arcybiskupstwo z wielką swą czcią i sławą wstąpił) był tak wdzięcznym u ludzi, iż ku wrodzonej cnocie swej, ku rozumowi, ku czujności, ku sprawie, która w nim wielka była, i ku inym dobrym przymiotom przyłączył był niektóre pana swego obyczaje. I gdzieby był żyw do tych czasów snadź by był mógł miłością tą, którą miał przeciwko Rzeczypospolitej, i podeprzeć nieco tych rzeczy, ktore znacznie, a widomie do ziemie lecą. Ale nie to jest rzecz przedsięwzięcia mego, wyliczać te, którzy s księdza Maciejowskiego szkoły ku wysokim stolicam i dostojeństwu przyszli; to tylko powiem, iż z onego Trojańskiego konia nic wyszło nigdy tak wiele mężnych żołnierzów, jako z domu księdza Maciejowskicgo dobrych cnotliwych i godnych ludzi.

Rychło tedy potym, kiedy Krol Jego M. po śmierci Krola Zygmunta świętej pamięci, ojca swego, na regiment Krolestwa Polskiego wstąpił, i do Krakowa przyjechał, ksiądz Maciejowski, prze nie barzo sposobne zdrowie na Prądnik odjechawszy, siedm albo ośm dni tam mieszkał. A gdy do niego często dworzanie, pan Kryski, pan Wapowski, pan AIexander Myszkowski, pan Derśniak, pan Bojanowski i mi zacni przyjeżdżali, trefiło sie raz, iż ksiądz Biskup po obiedzie u stołu siedząc (gdzie też był i Jego M. pan Stanisław Maciejowski, Kasztellan Lubelski), gdy ktoś karty wspomniał, powiedział: Azaby sie nie mogła naleść jaka ina krotochwila, nie ta ustawiczna, karty. Czemuby też kto nie wniósł owego obyczaju do nas, który jest we Włoszech, iż ślachta zacna polerując rozumy swoje wynajduje na biesiedzie gry rozumne i tych używa, w których sie nierówno więtsza pociecha i pożytek najduje a niżli w karciech; zaprawdę W. M. by to przystało, którzy świeżo z Włoch przyjeżdżacie, nie zaniechywać tych dobrych zwyczajów, ale owszem wieść do tego drugie, żeby sie ich imowali. Panie Kryski, ku W. M. ja mówię, któryś podobno lepiej niż kto iny włoskiej ziemi świadom, pokuś W. M. tego, a tak jakoś był powodem do Akademiej Padewskiej miedzy Polaki (jako ja mam sprawę), tak i tu niechajby sie takowe gry od W. M. poczęły. Masz oto W. M. rowne towarzystwo, pana Wapowskiego, pana Myszkowskiego, pana Derśniaka, którzy tego W. M. radzi pomogą. I Kostka mój, chocia młody, jednak w tej mierze może sie popisać nie grubie. Na to pan Kryski tak odpowiedział: Jako wiele inych obyczajów dobrych jest we Włoszech, Miłościwy księże, tak też ten, który ja barzo chwalę, iż ludzie zacniejszy mają tę zabawę pożyteczną ku obostrzeniu rozumu gry rozmowne, i barzobym ja temu rad, aby sie ich też u nas ludzie nie sprosni jęli. Ale do wynalezienia i podania rzeczy ludziom trzeba człowieka wziętego, iżby to, czo powie, szło w posłuch. Ja M. księże, iżem do tej doskonałości nic przyszedł, bespieczniej mi sie widzi, pomagać tego temu, który to naprzód wywrze, niż samemu być początkiem; abowiem to pewnie wiem, żeby sie takowe gry, gdziebym jaz nimi na harce wyjechał, w śmiech obróciły. A jeden pan Lupa Podlodowski, któremu sie jako Włoszy sami, tak rzeczy od nich wynalezione nie podobają, miałby wielką pogodę strofować to wszytko, cobym ja tu powiedział. A ja przed W. M. panem swym, nie chciałbym sie zle popisać, bo ledajako mówić, zeszłoby sie gdzie indziej, mnie zwłaszcza, który mądrze mówić nie umiem, ale przed W. M. żadną miarą. Pan Kryski M. księże (odpowiedział pan Lupa) ma ten obyczaj, chwalić wszytki rzeczy włoskie, a mnie ma za tego, jakobym wszytko ich ganić miał, aleja żadnemu kwoli chwalić tego nie będę, czo mi sie nie podoba. A do tych czasów jednak mało rzeczy u Włochów widzę, któreby były godne chwały, mówię o tych rzeczach, którychem świadom. Może być tam czo takiego, o czymem ja nie słychał, czo jeśli dobre będzie, rad pochwalę. I te tam wasze gry, panie Kryski, (jako je zowiecie) rozmowne, będali w sobie czo osobnego miały, nie tylko je wysławiać będę, ale sie ich i sam imę, jako ten, kogo gra nie mierzy. Tu powiedział pan Alexander Myszkowski: Znam to do siebie M. księże, że sie ni nacz nie godzę, ale jednak nie wiem czemu, jako nauka sama tak ci ludzie, którzy sie nią parają, są u mnie w wielkiej zci i powadze; ani owych chwalić mogę, którzy chczącz być widzem prawemi dworzany, na gardło księgam odpowiedzieli, tak iż zda sie im, żeby jednym stopniem niżej stąpić, i zaraz stanieć musieli gdzieby mieli dać to znać ludziom, iż sie uczyli kiedy. Czo jako przygany godno, zna to ten każdy, który jakiżkolwiek z nauki wziął pożytek, abowiem nie chcieć sie nauczyć tego, czego nie umiesz, i owszem mieć sie za mądrego, kiedyś głupi, jest to, być dobrze szaleńszvm niż ów, którego w klozie chowają. Czego ja uchodząc M, księże, wyznawani to przed W. M. panem swym, że nic nie umiem. a przy tym i to powiedam, żebym sie zawżdy rad czego nauczył. Wiec iż s takowych gier siła jeden wziąć sobie w głowę może, radbym, aby wola W. M. do tego przystąpiła, iżby sie pan Kryski s poczynania ich wymówić nic mógł, bo kiedy sie pan Wapowski, pan Kostka, pan Derśuiak rozumy swemi do tego przyłożą, wskrzesi sie z nowu ona ich Academia Padewska, ktorąś W. M. teraz wspominać raczył, a ze mnie gotowego jednego ucznia mają. Ku temu ksiądz Biskup powiedział: Jeszcze ja tego nie ganię, iż W. M. jako i pan Kryski nic o sobie nie dzierzysz, pod ten czas zwłaszcza, kiedy o ucznie, niż o mistrze trudniej. Ale to przedsię wiem, iżbyś W. M. tak dobrze, jako i pan Kryski, mógł w to trefić, a więcejbych chwalił tę ochotę, ktorąbyś W. M. w tej mierze pokazał, niż to rozumne nauki pokrywanie. Na ten czas pan Andrzej Kostka tak powiedział: Puściszli to W. M. Miłościwy księże, na one same, nie rychło sie na to zgodzą, kto będzie miał z nich te gry począć, aleby lepiej, żebyś to W. M. jednemu roskazał, bo kiedy to będzie, już sie żaden nie wymówi, a radniej będzie wolał, żeby jego rozumowi przyganiouo, niż aby go kto miał nazwać mało bacznym na łaskę W. Miło. a zwłaszcza, że też oto piąty pan Bojanowski przybył (a pan Bojanowski na ten czas prawie wchodził) i wiem pewnie, iż jeśli on nie będzie początkiem tych gier, tedy przedsię może im dać dobry przysmak trefnością swoją.

Powiedział zasię ksiądz Biskup: Dobrze Kostka, gdyś tego sam podał, trudniej tobie będzie, niż komu inemu s tego sie zedrzeć. Tobie to roskazuję, abyś począł, a swoje grę wynalazł. A pana Kryskicgo, pana Wapowskiego, pana Myszkowskiego, pana Derśniaka, pana Bojanowskiego proszę, aby toż uczynili. Tu hnet ozwał sie pan Wapowski mówiąc: Nie jest tu żaden z nas M. księże, któryby prośby W. M. bez wstydu wielkiego słuchać, a roskazania nie z dziwną chęcią, czekać miał. Przeto prosimy W. M. jako swego miłościwego pana, abyś nam tak, jako i panu Kostce roskazować raczył. Gdyż to W. M. po mnie mieć chcecie (odpowiedział ksiądz Biskup), tedy panie Wapowski, W. M. roskazuję, abyś wnet po Kostce grę swoje powiedział, a po W. M. pan Myszkowski, potym pan Derśniak, więc pan Bojanowski swoje wynajdzie, a pan Kryski zostanie na ostatek. A czyja będzie gra najpełniejsza, tę W. M. przed sie weźmiecie. A ty Kostka nie mnimaj, iżemci przodkować kazał, abych ciebie za najmędrszego rozumiał, ale dla tegom to uczynił, abyś nie musiał na zad zostawszy nic nie powiedzieć, jako sie to więc tym trefią, którzy dostatek rzeczy w głowie swej nie maja. Zatym pan Bojanowski powiedział: Nie wiem, czo ja mam naleść M. księże, nie straciłem nic, i nie rozumiejąc o czym gadka, boję się, aby to jaka chytra samołowka na mię nie była. Na to powiedział pan Lubelski: Nie tuszę, panie Bojanowski, aby kto W. M. tak łatwie oszukać mógł, w dobrejeś ćwiczon szkole. Ale przedsię, abyś wiedział czo to jest. Chciałby J. M. ksiądz Biskup, aby miasto grania kart wynalazł każdy z W. M. grę rozumną, na kształt owych naszych gier, jako bywają, abo o słomie, na czo dobra (jak nieboszczyk ksiądz Tomicki doświadczał dowcipu pacholąt swoich) abo owa druga: "Nie będzie jej ten pił, niechaj ją on pije" i inych takich jest wiele, jednoby wżdy troszkę foremniejszą wymacać. A gdy każdy swą powie, tedy obierze Jego M. ksiądz Biskup ku igrze tę, która sie będzie najlepsza J. M. widziała. Odpowiedział pan Bojanowski: Już ja rozumiem M. panie, o takowe gry mnie nie będzie trudno. Ku temu ksiądz Biskup rzekł: Czegoś ja inego, panie Bojanowski, od W. M. czekam, nie takowych gier prostaczkich. I rozumiem, że sie W. M. s swoją źle nie popiszesz! Ale ty Kostka, nie bawiąc sie zaczni. Zatym pan Kostka rzekł: Nagła to na mię M. księże, nielza, jedno mi sie do cudzej pomocy uciec, bo tak dobrej gry w swojej głowie nie najdę, jąkam raz we Włoszech słyszał. Ledwe tego domówił pan Kostka, kiedy przyszło pacholę dając znać, iż Komornik z listy od Krola J. M. przyjechał, ktore listy, gdy ksiądz Biskup wziął i przeczedł, iż sie wielkie rzeczy (jako to potym tajno nie było) w nich zamykały, zaraz wstać, a dla odprawy ich do komnaty (bo ta rozmowa na sali była) iść musiał, zostawiwszy na miejscu na swym J. M. pana Lubelskiego, i przykazawszy, aby każdy był roskazania jego posłuszen. Po odeściu księdza Biskupa roskazał pan Lubelski, aby pan Kostka, jako począł, mówił, który w te słowa powiedział: Mnie sie tak widzi M. panie, iż każdy z nas, jako w inych rzeczach, tak i około upodobania sobie człowieka, ma swe osobne widzenie, i dla tego częstokroć to bywa, iż czo jednemu jest barzo miło, to drugiego barzo mierzy. Ale w tym sie jeden z drugim każdy zgadza, iż mu to wieldze milo, czo sobie upodobał, przeto zbytnie miłości do serca przypuszczenie oszukiwa częstokroć zdanie nasze, tak barzo, że ten człowiek, którego miłujemy, zda sie nam jeden sam na świecie wszytkimi cnotami ubogacony, a bez wszelakiej wady. Lecz iż natury człowieczej me jest s to, aby skończone doskonałości w sie wziąć mogła, ani sie może naleść człowiek na świecie bez Ale musimy to znać k sobie przyszedszy, że sie omylamy barzo na swoim zdaniu, a iż straci każdy z nas, i rozum, i oczy, gdy w miłość zajdzie. A tak jabym chciał, aby ta nasza gra była, iżby każdy powiedział, którąby osobliwie cnotą chciał mieć ozdobionego tego człowieka, któregoby miłował. A gdyż bez przywary nikt nie jest, jakąby też tę w nim chciał widzieć. A stąd obaczymy, kto będzie umiał wynaleść chwalebniejsze i pożyteczniejsze cnoty, a sztuki godniejsze przezrzenia, i coby mniej szkodziły, i temu, który miłuje, i temu, kogo miłują. Gdy tak powiedział pan Kostka, obrócił sie Jego M. pan Lubelski do pana Wapowskiego i kazał, aby swoje powiedział, który tak począł: Nie śmiem twierdzić M. panie, aby mie, jakom na świecie, miłość nigdy nie dotknęła, ale też zasie ani tego powiedam, iżbym usilnie kiedy miłować miał. A jeśli mie kto pyta, dla czegom sie barzo wdać nie chciał, przeto, iżem widział tych wiele, ktore miłość nędzne, strapione, blade, smętne, wyschłe, a mało do ludzi podobne czyniła, na czo ja ze strachem patrząc i słysząc ich cięszkie wzdychanie, i ustawiczne lamenty ze łzami, jeśli mi kiedy gorętsza miłości iskra w serce weszła, hnetem sie wszytką siłą i rozumem o to starał, abym ją zgasił. Więc jako ci postawą swoją odwodzili mie od tego, abych nie miłował; tak potym zasic znałem drugie, którzy mie ku miłości barzo ciągnęli, a byli od tych strapionych we wszytkim rozni; abowiem chlubiąc sie oni s pięknej postawy, s kilku łagodnych słów swojej panny, nie telko przestawali na tym małym pokazie laski, ale też i niełaskę umieli więc sobie osłodzić, tak, iż wojnę, frasunk, gniew, niechęć, żarnowe, poswarek s panną miewali u siebie za rzecz przyjemną, a barzo wdzięczną, a dla tego szczęśliwszy niż szczęśliwi, takowi mnie sie zdali, abowiem jeśli niełaska tak wiele słodkiego dać im mogła, cóż łaska: Wierzę, iż im musiała dopiro tak niepomierną przynosić roskosz, jakiej nikt snadź wypowiedziećby nie umiał. A tak chciałbym ja, aby to dziś nasza gra była, iżby każdy powiedział, gdyby sie nań panna rozgniewać miała, jakąby chciał mieć przyczynę gniewu: iż jeśli tu kto z W. M. jest, który w takowym gniewie doznał smaku, wiem pewnie, że nie będzie zazrzał tego dobrego drugim, ale pewnie przyczynę jedne s tych, ktore tak przyjemny gniew czynią: a ja ledwe nie przyrzekę zajść troszkę głębiej w miłość s tą nadzieją, abym ja też te słodkość nalazł tam, gdzie drudzy gorzkość najdują. Barzo się ta gra wszytkim podobała okrom Jego M. pana Lubelskiego, który nie bawiąc się, ani tego rozbirając jako drudzy, panu Myszkowskicmu mówić kazał. A ten hnet powiedział tak: U mnie to barzo dziwna panie Wapowski, czoś W. M. o gniewie w miłości powiedział, jakoby drugim ludziom miał bywać miły. Prawda, iż bywa rozmaity, ale mnie jako żyw był barzo przykry, i nie rozumiem, czoby to za cukier miał być, któryby gi mógł osłodzić; lecz podobno wedle przyczyny, s której uroście, raz bywa przykry, drugi raz przykrzejszy, czegom ja obojga doświadszył, bo raz pomnie, iż sie była panna, którejcm służył, przeciwko mnie obruszyła, nie wiem jeśli s czyich plotek, czy sie jej tak samej zdało widzieć we mnie jakąś odmianę, a nie czałą wiarę przeciwko sobie, czo gdym ja poznał, tak-em w ten czas rozumiał, iż żadna boleść z moją boleścią nie miała porównać. A to mi sie zdała rzecz nacięszsza, cirpicć niewinnie, a mieć te serdeczną żałość, nie dla mego przewinienia; ale dla jej niedoskonałej miłości i wiary o mnie. Drugi raz zasię pomnię, żem ją był rozgniewał swoim jakimsi nietrefnym postępkiem, czo rozważając u siebie i znając ten jej gniew być słuszny, bo z mego przewinienia widziała mi sie ona pirwsza boleść jako nic przeciwko tej wtorej, i takem to najdował u siebie, że nie miała być na świecie cięszsza męka, jako ta, żeni widział za swym występkiem rozgniewaną twarz tego człowieka, któremum sie ja samemu na świecie wszelakim obyczajem podobać i zachować pragnął. Stąd tedy chciałbym, aby nastała gra nasza, iżby każdy powiedział, mając sie pogniewać s swą panną, s kogoby wolał, iżby urosła przyczyna gniewu, jeśli s siebie, czy s panny:

to dla tego, iżbyśmy naleść mogli, czo jest cięszszcgo, jeśli obrazić tego, kogo miłujesz, czy być obrażon od niego. Tu każdy patrzał na pana Lubelskiego, jeśliby na tej grze przestać chciał, ale pan Lubelski, nie dając nic znać po sobie, pana Derśniaka, aby mówił, upomniał, który odtąd swą zaczął: Ten świat moim zdaniem jest jako pospolita łaźnia, abowiem jako do łaźnie pospolitej kto wnidzie, ten musi cirpieć wiele niewczasów (gdzie jeden sie maże gorzałką z mydłem, drugi maścią od urazu; więc ten puszcza bańki, a ów zasię siecze sie winnikiem; zasię jeden woła zalej, a drugiby rad, żeby drzwi uchylono), tak tu na świat, kto sie urodzi, iż wchodzi nic na swą własną, ale na pospolitą dziedzinę, nielza mu inaczej, jedno przyjąć za dobre wszytko to, czo w kim przykrego, a przeciwnego sobie widzi. Więc czo w łaźni choroby cielesne przyczyną tego są, iż sie jeden maścią maże, a drugi bańki puszcza, to tu na świecie choroby duszne, jako jest łakomstwo, zbytnia chciwość dostojeństwa, gniew, rospusta, hardość, i ine, których jest silna liczba, przyczyną tego są, iż jeden drugiemu człowiek przykry być musi. Otóż przeciwko temu czo sie dzieje za skażeniem natury naszej od onego jeszcze jabłka, którego Adam niefortunnie skosztował, trudno czo mówić, i trudno temu człowiecza mądrość zabieżeć ma, żeby to w ludziech ustało. Ale gdzieby sie wszyscy ludzie na świecie na to zmówili, rozebrać po jednej między sie choroby duszne wszytki, iżby jedno Krolestwo było ludzi łakomych, a tam żeby sie już żadna ina choroba duszna nie najdowała; drugie Krolestwo samych marnotrawców; trzecie chciwych dostojeństwa; czwarte samych gniewliwych; piąte, niewstydliwych, i tak żeby szło rzędem, aż do wszytkich chorób. Radbych tu każdego z W. M. słyszał zdanie, w którymby kto królestwie s tych mieszkać chciał, i dla których przyczyn z jednemi ludźmi radniej, niż z drugimi przestaćby wolał. A tej gry czo jest za pożytek, powiem hnet, ale nie pirwej, aż sie każdy s powieścią swoją odprawi, bo na tym nieco należy.

Tu gdy przestał pan Derśniak, pan Lubelski panu Bojanowskiemu swoje zacząć kazał, który tak począł: Radbym, aby mi to było wolno M. panie, jako więc owo bywa w radzie, iż jeden na drugiego wotum zzwala, żebym ja też na jednę z tych gier zezwolić mógł, bo zaprawdę każda s tych ma w sobie dosyć krotochwile. Wszakoż abym ja porządku nie psował, tedy tak powiedam, iż ktoby chciał chwalić dwór dzisiejszego pana Krola J. M. (nie wspominając jeszcze samego cnot i osobnych a prawie Krolewskich przymiotów) mógłby to bez pochlebstwa powiedzieć, iż u żadnego Krześciańskiego Krola tak wiele czystych ludzi na kupie nie najdzie, a którzyby mimo rycerskie główne rzemięsło tak ćwiczeni w rozmaitych rzeczach byli, jako na dworze teraz pana naszego. A przeto są tego dobrze godni, aby je dworzany zwano, jako te, którzy umieją rozeznać, czo doskonałemu Dworzaninowi należy. Ale iż u inych dworów im kto najwszeteczniejszy, tym sie ma za najczystszego Dworzanina, aby w tym była widoma rozność, kto prawym jest Dworzaninem, a kto tego zacnego przezwiska nie godzien: Widziałoby mi sie M. panie, abyś W. M. obrał jednego s tych panów, a jemu to roskazał, iżby opisał i wymalował słowy doskonałego Dworzanina, a rospowiedział te wszytki przymioty i oddzielne przypadki, ktore temu służą, kogo prawym Dworzaninem zwać mamy; a w tych rzeczach, ktore sie będą zdały zdrożne a nieprzystałe Dworzaninowi, aby było każdemu wolno przeciw temu mówić. Kończył przedsię swoje rzecz pan Bojanowski, kiedy pan Lubelski przekaziwszy mu tak powiedział:

Mnieby sie ta gra barzo podobała. Ale mi idaie o to, żeście sie W. M. jeszcze nie wszyscy wyprawili; został pan Kryski, który nie powiedział gry swojej. A jeśli ja dobrze znam postawę jego, widzi mi się, że miał nam coś osobnego, a nad to, czo sie tu mówiło, powiedzieć. Wszakże to będzie na to lekarstwo. Czo był winien pan Kryski, to tu w tym zapłaci. Weźmiesz to W. M. na się, panie Kryski, opisać i wymalować słowy doskonałego Dworzanina. Czo tym ochotniej W. M. uczynisz, im to lepiej, niż kto iny rozumiesz, jako wiele na posłuszeństwie należy, gdzie ma być porządek. A komu sie czo inaczej, niż W. M, powiesz, będzie zdało, temu niech będzie wolno przeciwko W. M. mówić, tak, jako pan Bojanowski podał. Pan Kryski na on czas tak odpowiedział: I gry żadnej M. panie trefniejszej w mej głowie nie było i s tego zaprawdę radbym jakokolwiek zniknął, a to dla tego, iż widzę być rzecz zbytnie trudną, ani ja najduję tego baczenia w sobie, żebym wiedział, czo prawemu Dworzaninowi należy; a na to mi świadków nie trzeba, abowiem nie czyniąc ja tego, czo Dworzanin prawy czynić ma, może to każdy rozumieć, iż nie umiem, prze czo też zasłużyłem mniejszą przyganę, bo gorzej (bez wątpienia) jest, nie chcieć dobrze czynić, niż nie umieć. Czo gdy tak jest, nie wiem jaki pożytek tym panom, a W. M. krotochwilą z rosprawy mojej uróść może, chyba, żeby tak, iż nie wiedząc ja czo Dworzaninowi umieć i czynić przystoi, podobno wszytko będę kładł opak, a taką rzeczą poprawdzie może biesiada być, bo przeciwko mej powieści łatwie każdy najdzie czo mówić; gdzie, kiedybyś to był W. M. na tego włożył, któryby był temu zdołał i każdą rzecz dowodnie powiedał, nikłby mu sie był sporu trzymać nie ważył, a takby była gra mało trefności miała. Czemu iżeś snadź W. M. więcej folgował, i dla tego to brzemię raczyłeś na mię włożyć, zrzucić go s siebie ani mogę, ani chcę, abych sie nie sprzeciwił wolej W. M., ani ubliżył zdaniu, a rozsądkowi jego, który wielą stopni, niż mój jest wyszszy. Gdy tego pan Kryski domawiał, powiedział pan Myszkowski: Zda mi się, iżby lepiej jakąkolwiek s tych namienionych gier wziąć przed sie teraz, a tę osobną na jutro zachować dla tego, aby pan Kryski miał więcej czasu do namysłu a przygotowania, bo poprawdzie mówić s prędka, a nierozmyślnie o rzeczy takiej, nie jest to lada czo. Odpowiedział pan Kryski: Nie chce ja być panie, jako on, który rozebrawszy sie do koszule gorzej skoczył, niż póki skakał w kabacie. Wolę to już dziś odprawić, bo iżem na to nie myślił, samo mię to u wszech W. M. wymówi, i da mi tę wolność, że będę mógł, nie bojąc sie niczyjego strofowania mówić to, czo mi naprzód do ust przydzie. A przeto, abych tego brzemienia długo na sobie nie nosił, tak powiedam, iż w każdej rzeczy tak trudno naleść prawdziwą doskonałość, że sie zda, jakoby rzecz niepodobna, aby ją kto upatrzyć mógł, a to dla tego, iż każdy człowiek ma swoje około każdej rzeczy osobliwe zdanie: wiele tych najdzie, którym sie podoba człowiek żwawy, a takiego nazową biesiednym: drudzy ludzie radzi widzą cichego, skromnego niektórzy zasię barzej chwalą człowieka rzezwiego, pracowitego. A u inych wszytko to nic, jedno statek sam, a powaga ma przodek. I w kim to widzą, ten już u nich wielki człowiek: owa każdy i chwali i gani każdą rzecz, wedle swego zdania, a pokrywając zawdy przywarę płaszczem cnoty, a cnotę płaszczem jakiej nietrefnej sztuki, i krzcząc złe dobrem, a dobre złem (jako czo czego jest blisko) przezwiskiem, prosto tak, iż wszeteczny, hnet będzie nazwan bespiecznym: skromny melankolikiem: nikczemny dobrym: bezbożny mądrym, i tak o inych. Czo chocia tak jest, jednak ja to rozumiem, iż każda rzecz ma swoje doskonałość, choć jest skryta, a tę może uznać uciekszy sie do rozumu ten każdy, który w tej rzeczy, w której doskonałości szuka, jest biegły. Więc, iż prawda (jakom powiedział) częściuchno pokryto siedzi, a tego o sobie nie powiadam, żebym ją naleść, a na jaśnią wyciągnąć umiał, przeto nie mogę ja jedno także Dworzany chwalić, jacy mi sie najbarziej podobają, a s tem przestawać, czo mi sie podobniejszego do prawdy widzi wedle mego błahego zdania, przy którym będzie wolno każdemu zostać, komu sie dobrze będzie zdało, a komu też nie, zostać przy swym, kiedy będzie od mego rożne. Ani w tym sporu trzymać będę, żeby rozsądek mój miał być lepszy, niż czyj iny, abowiem nie telko każdemu z W. M. może sie tak zdać, a mnie inaczej, ale też i mnie samemu raz tak, drugi raz inaczej widzieć sie może. A tak przystępując do rzeczy. Ten Dworzanin, którego ja tu formować mam, chcę naprzód, aby sie w ślacheckim zacnym domu urodził, abowiem nie tak sromotna rzecz jest nieślachcicewi nie czynić spraw poczciwych, jako ślachcicewi, który jeśli namniej sstąpi s tej drogi, którą szli przodkowie jego, zostawi zmazę na domu na swym, a nie telko nie przybawi nic, ale straci i to, czo było nabyte, gdyż ślachectwo jest jako rospalona pochodnia, która objaśnia i kładzie przed oczy dobre i złe człowiecze sprawy, i pobudza, zapala ku cnocie tak bojaźnią niesławy, jako też nadzieją czci a chwały. Więc iż ta pochodnia nie rozświeca uczynków podłych ludzi, przeto nie mają oni pobidki do cnoty, ani bojaźni niesławy. I owszem zda sie im, iż nie powinni starać sie o to, aby w czym przodki swe przeszli, a ślachcicewi nie przystojna. rzecz sie widzi, nie przyść acz nic ku temu kresu, ku któremu przyszedł jego przodek. A dla tego bywa to niemal zawdy, iż w bitwie, abo na tych miejscach, gdzie ludzie czci dostawają, ślachcic sobie lepiej poczyna, i znaczniejszy bywa, niż nieślachcic. Abowiem natura w każdą rzecz wsiała ono skryte ziarno, ktore własność a moc tę, którą od przodka swego pirwszego ziarna wzięło, podaje temu ziarnu, ktore wypuszcza s siebie, i takie je czyni, jakie jest samo, czo widzimy nie telko w stadziech końskich, abo i inych zwierząt, ale też patrząc na drzewa, u których gałęzi zawdy są do pniaka a śniatu podobne, a jeśli sie kiedy odrodzą, to tam nie przyrodzenie winno, ale ogrodnik niedbały. Także sie też dzieje i w ludziech, którzy kiedy około wychowania mają dobre gospodarze, niemal zawdy są podobni tym, s których idą, i częstokroć je przechodzą. Ale jeśli ogrodnik dobry nie przystąpi, ćwiczenia nie będzie, tedy jako drzewo ogrodne w leśne sie obraca, a zwirzę rochmanne w dzikie, tak i człowiek prędko zdziczeje, i nigdy sie nie postanowi, wyjmując, na kogo natura, abo niebo dary swe rosypie. lako widujemy drugie ludzi, którzy nie zdadzą się, aby byli porodzeni, ale iż je Bóg swemi własnemi rękoma w formie ulał i ozdobił rozumem, wymową, urodą, kształtem, wdzięcznością, i szczęściem do ludzi, tak, iż czo jedno poczną, wszytko im dziwnie przystoi; abo też zasię, kogo na tym wszytkim fortuna skarała, jako sie rodzą drudzy tak nikczemni, tak niezgrabni, tak niewdzięczni, że nie może człowiek inaczej wierzyć, jedno, że je natura na pośmiech miedzy ludzie puściła. A tym takowym, jako dobre wychowanie, i ustawiczna pilność rzadko kiedy czo pomoże, tak zasię onym, ktore przyrodzenie hojnie nadało, równa praca to dać może, że je nad ludzie wysadzi. Acz i miedzy tym bywa pośrzodek, to jest ludzie ci, którzy pirwszych onych fortunnych nie doszli, a przed tymi zasię nikczemnymi siła mają, bo takowi średni pracą, pilnością, staraniem poprawić swego barzo mogą, i dowieść tego, iż wszystko, czo jedno poczną, będzie im przystało. Ale przedsię Dworzanin moj, mimo zacne urodzenie, chcę, aby był jednym s tych fortunnych, to jest, iżby miał nie tylko rozum wielki, urodę, udatność, kształt w ciele, twarz piękną a męską, ale też i przyjemność jakąś przyrodzoną, któraby go wdzięcznym do ludzi czyniła, tak, iż ktoby go jedno widział, zaraz i sam miłować musiał, i najdował gi być godnym łaski każdego wielkiego pana, bo za taką przyjemnością wszytki sprawy, wszytki postępki jego hnet ozdobniejsze, lhne droszsze, hnet chwalebniejsze będą.

Tu pan Bojanowski tak powiedział: Aby nasza gra szła tym torem, jako Jego Mość pan Lubelski naznaczył, tak to powiedam, iż Dworzaninowi nie zda sie mnie tak rzecz barzo potrzebna to ślachectwo, a kiedybym rozumiał być to rzecz nową w uszu Waszych Mosciow, przywiódł bym wiele ludzi na przykład, którzy urodziwszy sie w pirwszych zacnością domiech, sromotnie żyli, a zasię wiele nieślachciców, którzy cnotą swą uczynili zacne potomstwo swoje. A jeśliby sie to tak miało, jakoś W. M. powiedział, iż w każdej rzeczy jest ona skryta moc, a własność pirwowsianego ziarna, toćbyśmy wszyscy jednacy być musieli, gdyż z jednego przodka idziem, aniby był ślachetniejszy jeden, niż drugi. Ale iż jest ten rozdział miedzy nami, i stopnie miedzy stany, ja mnimam wiele inych przyczyn być do tego, miedzy któremi przyczynami widzi mi się, iż fortuna ma przodek, a ledwo to nie jej samej dzieło, bo widzimy, iż we wszytkich na świecie rzeczach roskazuje; a ma to sobie za igrzysko, podnieść kto sie jej podoba aż pod obłoki, człowieka niegodnego, nikczemnego, a zasię pogrążyć do dna, ledwe nie do piekła te, którzy byli godni wysokiej stolice. Więc co sie tycze szczęścia owych, którzy sie rodzą, hojnie od przyrodzenia nadani, jakoś W. M. powiedział: prawda to jest, i zgadzam sie w tym z W. M.; ale to widzimy tak w zacnych jako i w podłych ludziech, abowiem przyrodzenie nie ma tego tak subtylnego rozdziału, i owszem (jakom powiedział) częstokroć w ludziech niziuchnego stanu widujemy wielkie a przednie dary przyrodzone. A przeto, gdyż to ślachectwo nie przychodzi ani za godnością, ani za najwiętszemi Boskiemi dary, a rychlej jest ku chlubie naszym przodkom, niż nam samym; mnie sie to zda być przeciwko rozumowi, chcieć, aby (jeśli tego Dworzanina rodzice zacni nie będą) wszytki jego dobre przymioty za nic nie stały, a iżby nie dosyć na tym miał ku przyściu do doskonałości, coś w. m. teraz wyczytał, jako na rozumie, na urodzie, udatności i na onej wdzięczności, która mu u wszech ludzi na pirwszym wezrzeniu miłość jednać ma.

Na to pan Kryski tak odpowiedział: Nie powiedam ja, panie Bojanowski, tego, aby w ludziech podłych nie mogły być też wszytki cnoty, ktore i w zacnych. Ale (abych tego nie powtarzał o czym jużem powiedział, i wiele inych dowodów przywieśćbych mógł, chwaląc ślachectwo, ktore zawdy i u każdego człowieka jest we czci, abowiem sam nas tego rozum uczy, iż z dobrych dobrzy sie rodzą) mając ja opisać Dworzanina bez Ale, ozdobionego i naddanego tym wszystkim, czo ludzie chwalą; nąjduję to być barzo rzecz potrzebną, uczynić go ślachcicem, jako dla wielu inych przyczyn, tak też dla tego, aby miał w zysku mnimanie to dobre, ktore każdy ślachcic ma u wszech w obec ludzi, abowiem niechaj będą dwa na dworze, s których żaden nie popisał sie jeszcze ani dobrze, ani źle, hnet skoro sie tego dowiedzą ludzie, iż jeden z nich jest ślachcicem, drugi nie, u każdego nieślachcic on będzie w mniejszej cenie, niż slachcic. A będzieli on nieślachcic chciał mieć dobre mnimanie, będzie musiał wielkim staraniem i za długim czasem dochodzie tego, czego ów drugi zaraz dostał, tylko tym samym, iż sie ślachcicem urodził. A jako wiele na założeniu takiego fundamentu należy, każdy to dobrze obaczyć może. Wszak tu miedzy nami trefowało sie to, iż przyjeżdżali ludzie z roznych ziem, którzy będąc wielkimi prostaki, mieli jednak indziej tę sławę, jakoby mieli być zawołanemi dworzany. Prawda, iż sie potym nikczemność ich odkryła, wszakżeśmy my przedsię przez długi czas ciągnęli kota za onym mnimaniem, ktore o nich do nas sława przyniosła, chociaż sie jednak sprawowali dobrze inaczej, niż ci, za ktore sie mieć chcieli. Bywali też zasię drudzy, którycheśmy sobie s przodku nizacz nie mieli, a potym doznawaliśmy tego, że byli ludźmi osobnemi. Otoż ktoby chciał wiedzieć, czym sie to dzieje, iż taki w tej mierze błąd bywa, a człowiek człowieka nie zaraz poznawa, niewiem by ta przyczyna miedzy inemi ostatnia była, iż wieldzy panowie, chcząc zawdy dziwy płodzić, usadzą sie czasem na to, aby byli łaskawi na ty ludzi, ktore samiż znają być rychlej niełaski, niż łaski godne, a pod czas sie też i sami oszukiwają, jedno, iż za nimi niemal wszytek świat idzie, przeto przy łasce ich sława miłośnikom roście, za którą jakmiarz zawdy człowiek zdanie a rozsądek swój pędzi. A jeśli pod czas najduje takiego, w czym mu sie nie chce zgadzać s pospolitym zdaniem, przedsię, nie ufając sam sobie, idzie za ludźmi, a zostawuje zawdy miejsce czemuś tam skrytemu, czego zda mu sie, że nie dochodzi, bo wżdy podobna mu sie rzecz nie widzi, aby to takie powszechnie mnimanie nie miało być na jakim pewnym gruncie zasadzone. Więc, iż człowiek każdy prędki do tego jest, iż abo miłuje, abo ma w nienawiści, jako to jaśnie widujemy, gdy sie dwa biją, abo gdy gonią, abo gdy szermują, gdzie ci, którzy patrzą, bez żadnej znacznej przyczyny, jedni temu, drudzy owemu dziwnie życzą; a około też uznawania o czyich przymiociech abo godnościach siła do chęci, abo niechęci naszej, dobra abo zła, tam tego sława jemu u nas posłuży. Przeto pospolicie tak bywa, iż z miłości, abo z nienawiści o rzeczach sądzimy. Patrzcież w. m. jako wiele na tym należy, za jakiego cię naprzód ludzie wezmą, a jako sie cisnąć do tego musi, aby miał hnet s przodku dobre mnimanie ten każdy, kto sie na to bierze, aby był prawym Dworzaninem. Ale o tym niechaj będzie dosyć, podźmy już do czego inego. Gdy sie Dworzanin mój zacnie i tak szczęśliwie, jako sie powiedziało, urodzi, zakon a zawołanie jego, abo (jako dziś mówią) professia niechczę, aby była ina, jedno rycerskie rzemięsło, w którym naprzód wiarą przeciwko panu swemu, a potym męstwem, siłą, ochotą i przeważnością, potrzeba, żeby miedzy drugimi słynął, czyniąc temu dosyć po wszelki czas i na każdym miejscu, a najmniejszej rzeczy nie puszczając mimo się, któraby mu niesławę przynieść miała, bo szwank w tej mierze, a ustąpienie na lewo, by o włos wieczną sromotą pachnie, a jako poczciwość białej głowy, która ją raz straci, nigdy sie jej nazad nie wróci, tak sława poczciwego, a rycerskiego zawołania człowieka, jeśli namniej w czym naszczerbiona będzie, już sie nigdy niepoprawi, ale tak zhańbioną a pełną lekkości zostanie. A tak ten moj Dworzanin im ćwiczeńszy będzie w tym rzemięśle rycerskim, tym będzie więtszej czci, a chwały godzien. Wszakoż ja tego na nim nie wyciągam, iżby w tym był tak doskonały, żeby wojska wieść, a hetmanić mogł, bo temu niewiedzieć, gdzieby był koniec. Ale kiedy będzie główniejsze sztuki wiedział, i rozumiał to, czo żołnierzowi rozumieć trzeba, a przy tym będzie to miał w sobie, com pirwej powiedział, to jest wiarę całą panu swemu, a serce niezwyciężone, tedy ja już na tym przestanę, jedno żeby to takie wielkie serce zawdy sie w nim najdowało. Abowiem rychlej czasem na małych rzeczach, niż na wielkich serce poznać, bo w potrzebie wojennej, gdzie wiele ludzi na to patrzy, najdują sie więc drudzy, którzy, chocia już zdechli na poły, jednak przed wstydem idą oślep, a czynią czo dobrym należy, acz toż pod czas wie to Bóg jako. A zasię w mniejszych, a nie tak gwałtownych rzeczach, gdzie obaczą, iż mogą uledz, a niewdać sie w niebespieczeństwo, zwłaszcza, kiedy w takowej nieśmiałości nie ma ich nikt postrzedz; barzo radzi zostaną przy Krześciańskim pokoju. Otoż mój Dworzanin niechcę, aby był takim, ale chociażby dobrze widział, iż ani ma na sie szpiega nieśmiałości, ani może mieć świadka męstwa, a cnych swych posług, przedsię niechaj to czyni, co dobremu cnotliwemu należy, pomniąc na ono, iż najpewniejsze świadectwo jest sumnienie własne, a za cnotliwe sprawy sama cnota hojną zapłatą jest. A kto jedno dla tego poczciwie czyni, aby był widzian, ten sie s cnotą fałszywie obchodzi, okazując jej prawdziwą miłość, gdyż ku czemu inemu, a nie k niej skłonne jest jego serce. Zgoła Dworzanin ten moj sercem męskim, a wspaniałą myślą zawdy sie znacznie popisać ma. Jedno też zasię niechczę, aby zuchwalstwo w nim panowało, iżby pochmurnym wezrzeniem, postawą srogą, odętym wąsem straszyć miał, a nie umiał łagodnie mówić, jedno s fukiem, a wszytko o wojennych rzeczach, a jako zbroja najmiększa jego pierzyna, a s przyłbice najsmaczniejszy trunek: bo kiedyby takowy miał być, prędkoby każdemu człowiekowi omierzył, i zasłużyłby słyszeć ony słowa, ktore poczciwa pani jedna takiemuż zuchwalcewi na biesiedzie powiedziała: bo gdy ten kilkakroć poczczon tym był od niej, żeby się, abo do muzyki przysiadł, abo tańcował, abo wdy rozmową sie jaką s pannami bawił, a każdy raz dobry pan nic inego nie powiedał, jedno, iż to jest lekkich ludzi dzieło, a nie jego ćwiczenia rzemiosło: spytała go nakoniec pani: A to rzemięsło w. m. jakież wdy jest, odpowiedział jej uczyniwszy pirwej postawę srogą) we krwi - prawi - nieprzyjacielskiej brodzić, a swej nie żałować. Rzekła za tym pani: Mnieby sie wierę zdało, ponieważ teraz wojny niemasz, abyś w. m. dal sie czyście tłustem namazać, a wespołek ze zbroją i s tym wszytkim, czego w. m. przeciwko nieprzyjacielowi używasz, dał sie gdzie do szafy schować aż do tego czasu, kiedy wojna będzie, abyś w. m. barziej niż teraz nie zardzewiał.

Rzekł temu pan Lubelski: J. M. nie mogła trefniej powiedzieć chłopu głupiemu, który mnimał, aby ten, kto tańcuje, abo sie miłością para, uderzyć nie umiał, abo żeby żołnierzowi biesiada a krotochwila ująć co godności miała.

Zaś powiedział pan Kryski: A przeto Dworzanin przeciwko nieprzyjacielewi, czasu wojennej potrzeby, niechaj używa sierdzitości swej, a okrucieństwa, starając sie o to, żeby zawdy na czele, zawdy miedzy pirwszymi bywał. Ale miedzy swemi, a co po tym układności, skromności, a stateczności trzeba, tą sie on niechaj zaleci. Lecz to nad wszytko, żeby w nim tego ludzie nie znali, iż pragnie być widzian, bo by tym wszytko popsował, zwłaszcza jeśliby sie jeszcze sam niewstydliwie chwalił.

Powiedział pan Derśniak ku temu: Małom ja widział osobnych ludzi, którzyby sie sami nie chwalili, jakoż moim zdaniem ma sie im to zejdź, abowiem kto sie godnym czuje, kiedy widzi, iż tego w nim prostacy nie znają, musi sie gryść sam w sobie, na koniec nie ścirpi, aby godności swej zatłumionej wyrwać na jaśnią, a ludziom jej jakimkolwiek obyczajem pokazać niemiał, to dla tego, aby nie był złupion z onej prawdziwej zapłaty, to jest, ze czci, a ze sławy, która s poczciwego potu płynie. A przeto starzy oni uczeni ludzie, którykolwiek godność wielką w sobie znał, rzadko sie strzymać mógł od własnej chluby: poprawdzie, tych trudno ścirpieć, którzy sie chlubią, a niemasz w nich nic godnego chwały, ale o Dworzaninie, któryby był bez godności, niemasz tu zmięnki.

Pan Kryski odpowiedział tak na to: Niewiem jeśliś-mie w. m. dobrze pojął, jam o chełpliwych powiedział, którzy bez wstydu i baczenia o sobie powiedają, bo iście zawołanemu mężowi trudno to ma kto mieć za złe, kiedy za przyczyną męstwo swe, abo jaki cny uczynek krótkimi słowy wspomni, i owszem godzi sie przyjąć to, co powie, za jedno świadectwo i za dobrze pewniejsze, niż to któreby o nim s cudzych ust wyszło. A przeto, kto sie tak chwali, iż ani nienawiść stąd, ani ohyzda uróść mu może, takiemu ja chwalić sie dopuszczę, bo nie telko za cnotliwe ony sprawy, o których sobie ku chlubie powieda, godzien jest czci i chwały, ale też i za to, iż tak skromnie o sobie umie powiedać, bo to jest barzo rzecz trudna.

Rzekł zaś pan Dreśniak: Nauczże nas, w. m. jako w to potrefić.

Mym zdaniem, powiedział pan Kryski, na tym jest wszytko, żeby człowiek powiedając, jako sie co sstało, tak rzecz prowadził, iżby nie mógł nikt rozumieć, że na swój młyn wodę wiedzie, ale iż, co o sobie powieda, tak barzo do rzeczy należy, że tego żadną miarą przestąpić niemógł, znikając tedy, a w rzeczy nie pragnąc własnej chluby, niechaj przedsie to wszytko powie, co ku jego czci przysłuży. Ale nie tym kształtem, jako owi zuchwalcy, którzy całą gębą mówią, a wtecz puszczają słowa, jako niedawno jeden, gdy mu w zwadzie ud oszczepem przebiło, powiedział, iż mu sie tak widziało jakoby go komor ukąsił, a drugi powiedał o sobie, iż zwierciadła w mieszkaniu swym niechciał mieć nigdy, to dla tego, aby srogiej a straszliwej twarzy swej, jaką miewał w ten czas, gdy sie rozgniewał, zlęknąć sie, w nie wezrzawszy, nie musiał.

Tu gdy niektórzy śmiać sie poczęli, rzekł pan Myszkowski: Jeszcze sie tu niemasz czemu barzo śmiać, więtszeć ono nie rzekę zuchwalstwo, ale błazeństwo było, kiedy Alexander wielki, słuchając Anaxarcha (który z Demokritowej preceptora swego dumy powiedał być niezliczoną liczbę światów) zapłakał. A gdy go pytano, czerniłby płakał, odpowiedział, a za - prawi - niemam czemu, światów tak wiele jest, a jam jeszcze i jednego nie posiadł.

Rzekł pan Kryski: Też wielka rozność miedzy Alexandrem wielkim, a tym, który powiedał o komorowym ukąszeniu. Jednak w prawdzie wielkim ludziom niemasz czego mieć za złe, kiedy o sobie wiele rozumieją, abowiem kto ma czego osobnego dowieść, musi śmieć i ufać sobie, bo nic nie sprawi, kto serca nie ma; wszakoż w powieści niechaj ten będzie skromny, pokazując to, jakoby mniej rozumiał o sobie, niż rozumie. A to rozumienie niechaj nie wychodzi z miary, aby sie w upór a w zuchwalstwo nie przewirzgnęło.

Iż tu odpoczynął był troszkę pan Kryski, rzekł tak pan Bojanowski: Pomnię, panie Kryski, żeś w. m. powiedział, iż ten dworzanin ma mieć piękną twarz i kształt w ciele, ktemu onę wdzięczność, któraby mu miłość u wszech ludzi jednała. Piękną twarz i wdzięczność mnie sie widzi, że ma pan Kostka, ktemu kształtowne dosyć członki, jedno mi sie troszkę przykrotszym nogi zdadzą. Raczże nam tedy w. m. powiedzieć, czego do wdzięczności panu Kostce nie dostaje, abo jeśli tej gładkości dosyć, którą w panu widzimy. A około inych rzeczy rozdzielnie racz w. m. mówić, jaki wzrost, jaki kształt, jakie członki mają być u tego Dworzanina, którego w. m. wizerunek czynisz, owa sie też i we mnie czo takiego najdzie, w czym sie barziej niż przed tym kochać będę.

A gdy sie temu i ten i ów rozśmiał, jął zaś mówić pan Kryski: Iście wdzięczność ta, która ma być w twarzy (gdzieby był do tego zarost), jest u pana Kostki ani mogę na nikiem lepiej tego pokazać, jako na panie, chcąc objaśnić czo to jest, czo ja wdzięcznością zowę, abowiem czego trzeba do przyjemnej twarzy, wszytko sie tu zeszło. Prawda, że nie wszytko w cerkiel, ani tu jest owa płeć, czo ją papierową zową, ale ma coś męskiego i żywego w sobie, a przedsię jednak wdzięczna; a najduje sie to takie, czo ja chwalę w rożnych twarzach. Taka tedy gładkość niechaj będzie u mego Dworzanina, któraby nic niewieściego w sobie nie miała, bo i owa jedwabna postawa, słowa pieszczone, zemdlona mowa, (jako sie na tę subtylnośc drudzy wydają, aby sie pokazali, iż s panów idą, którym i tego szkoda, że sie męszczyznami porodzili) niewiem komuby na świecie podobać mogła, męszczyzna ma być mcszczyzną i twarzą i postawą i słowy. A tak przychodząc do wzrostu tak najduje u siebie, iż ma być Dworzanin ani nazbyt wielki, ani nazbyt mały, bo więc obojgu temu dziwują sie ludzie, prosto jako, kiedy sie czo przeciwko przyrodzeniu dziwno urodzi, i brzydzą sie takim człowiekiem pospolicie. Wszakoż mając na którąkolwiek stronę wyniść z miary, jeszcze lepiej, żeby był troszkę przymniejszym, niż ma przejść wielkością wszytkich ludzi; abowiem ci obrzymowie mimo to, iż miewają niemal zawdy rozum tępy, bywają też niezgrabni, i cięscy do każdej rzeczy, a Dworzaninowi barzo tego potrzeba, iżby był ku wszytkiemu ochoczy, czerstwy i sposobny. A dla tego chcę, aby miał kształt i dobre postanowienie w ciele, a członki udatne, tak, iżby z jego więzy znać siłę, znać czerstwość, znać hybkość było. Dopiero chcę, aby był dobrze wyćwiczonym w tym wszytkim, czo żołnierzowi umieć należy, jako w tym naprzód, aby umiał dobrze s każdą bronią tak pieszo, jako i na koniu, a ich wszytki znał, i wiedział fortele, a zwłaszcza tych broni, których najbarziej używają u dworu, bo iż z zamowy do bitwy przychodzi, a kto ma męskie począć sobie, musi nie pragnąć nad nieprzyjacielem mieć gory, ale także ubrano jako i on, s takowąż bronią jako i on stawić sie na placu, przeto umieć i być gotów na każdy czas do wszytkiego, a nie potrzebować żadnej wymówki, ani odwłoki, jest to rzecz nieprzepłaczona. Acz powiedają drudzy, że na ten czas zapomnią sie fortele, kiedy o płatne czynić przydzie; ja tak powiedam, kto w czynieniu s kim zapomni sztuki, ten dobrze przed tym straciwszy serce sam siebie zapomniał. Po umiejętności tedy z broniami chcę to mieć, żeby z łuku dobrze strzelał, pięknie stał za nim, dociągał i miał dobrą rozrywkę. Było też u nas pirwej we czci to ćwiczenie za pasy chodzić, a nie darmo, bo do czynienia s kim pieszo wielekroć to pomoc może. A tak moj Dworzanin niechaj i to dobrze umie. Tu położę rycerskie prawo, ktore potrzeba, żeby Dworzanin rozumiał, tak dla siebie, jako dla przyjaciela, i wiedział postępki wszytki i fortele około bitwy w szrankach, iż jeśliby samemu kiedy do tego przyszło, aby go nikt w tym podejdź nie mógł. Wszakoż niechcę, aby do takowej pojedynkiem bitwy był chciwy, chyba, gdzieby mu szło o poczciwość, abowiem mimo to, iż jest wielkie niebespieczeństwo, (bo a czo wiedzieć, komu kostka padnie) kto do tego bez gwałtownej przyczyny skwapliwie bieży, godzien jest, żeby sie jego towarzystwa poczciwi ludzie strzegli. Ale kiedy człowiek tak daleko w tej mierze zabrnie, iż bez swej wielkiej lekkości cofnąć sie na zad nie może, tam już nielza, jedno konać statecznie swoje przedsięwzięcie a we wszytkich rzeczach, tak przed wyjechaniem na plac, Jako też i na placu już będąc nie bardzie, ani zuchwale, ale śmiele a rzeźwie poczynać sobie sercem niezwyciężonym; bo ktoby chciał po daniu ręki szukać dopiro tych dróg, żeby mu sie bić nie przyszło, prawda, żeby uczynił Krześciańskie, ale nie wiem jakoby praw był zawołaniu rycerskiemu, gdyż ślacheckie słowa nigdy odmienne być nie mają, a jako skałą wiatr nie włada, tak poczciwego człowieka usty ani chmiel, ani gniew, ani żal hybać nie ma. Umiejętność tedy rycerskiego prawa wielki w tej mierze pożytek Dworzaninowi przyniesie, i uczyni go hamownym i ostrożnym w mowie. Takież też i umiejętność z rozmaitemi broniami nie telko mu sie do potrzeby przygodzi, ale i do krotochwile, abowiem bywają na dworze turnieje piesze, turnieje konne, bywa szermowanie, bywają gonitwy przed panem i oczyma wszytkich ludzi, gdzie, iżby sie Dworzanin dobrze popisał, musi nad to, czo jest mianowane, siła umieć, musi być dobrym jezdcem, musi koń znać, wieść gi pięknie, i kształtownie na nim siedzieć. A mimo umiejętność doskonałą w tej mierze i rozumienie, jako czo któremu strojewi służy, chcialbych, aby w nim była taka pilność, jakaby go nad ludzie wysadziła i uczyniła znacznym z osobnej dzielności. A czo piszą de Alcibiade, iż miedzy któremikolwiek ludźmi żył, tak sie umiał do wszytkiego przystosować, że każdy naród w tym przechodził, czo było jego właściwe, tak ja też chcę, aby moj Dworzanin wygrał w tym, o czo sie pokusi przed wszytkimi, i każdego żeby z osobna w tym porobił, w czym sobie dank przypisuje. A tak iż Włoszy mają tę sławę, jakoby byli dobrymi jezdcy, czo sie tycze kształtownego toczenia koniem podług miary i czasu, ktemu też jakoby do kwintany, do pierścienia najlepiej biegać mieli. Niechaj moj Dworzanin w tym wszytkim przed Włochy przodkuje. Dawamy też to Niemcom, iż w kolczej nikt lepiej nad nie tak dużym siedzeniem jako i fortylmi, niechajże Dworzanin nieda w tym naprzód żadnemu Niemcowi. Nuż Węgrzy, którym to jest jako rzecz przyrodzona, za tarczą dobrze siedzieć i mężnie gonić, niechaj i w tym moj Dworzanin Węgry przejdzie tak śmiałym potkaniem, jako dobrym ugodzeniem. Ale to jest nad wszytko, aby każdą rzecz, którą pocznie, czynił s takim baczeniem, żeby mu wszytko przystało, bo za tym to pojdzie, iż i radzi nań wszyscy ludzie patrzyć i jemu samemu życzyć będą; a to jako rzecz droga, wie to każdy. Nie przepomnię też tu owego ćwiczenia, ktore u dworu nie do końca jeszcze zagasło, bo przedsię rycerskiemu rzemięsłu niejako należy, jako jest kamieniem ciskanie, wzawod bieganie, skakanie i ine podobne temu, w czym sie ludzie żarkości, sile i czerstwości przypatrują, a za zdarzeniem w tej mierze wnet u nich jeden chęć i miłość pozyszcze. Takież i pływanie zda sie jakoby mało użyteczne było, ano jest barzo rzecz potrzebna człowiekowi rycerskiemu. Podźmyż do myślistwa, ktore ma w sobie coś podobnego wojnie, a krotochwila jest prawie pańska i przystojna człowiekowi dworskiemu, jako i starzy owi wieldzy ludzie, jako mamy w historyach, barzo sie tym parali. Przeto w tych rzeczach wszytkich Dworzanin niechaj na zad nie zostaje. By był ten zwyczaj w Polszcze, który we Włoszech i we Franciej jest, grać piłę, na koń skakać, chciałbym, aby moj Dworzanin i to dobrze umiał, lecz iż tego zwyczaju u nas nie masz, może i on być bez tego. A jako piły nie grawamy, iż nie masz tego obyczaju, tak zasię morzpręgi, latanie, abo chodzenie po powrocie, by dobrze u nas było pospolite, jednak bym ja swemu Dworzaninowi tego nie dopuścił, bo to już coś na mietelnictwo poszło, a ślachcicewi by kąska nie przystoi. W tych tedy rzeczach, ktore mu przystoją, niechaj sie ćwiczy, aby (jakom pirwej powiedział) znacznym był miedzy wszytkimi, a ludziom sie dobrze podobał. Do czego barzo mu i to posłuży, kiedy sie z ludźmi zgadzać będzie, a nie zawdy będzie patrzał tego pracowitego ćwiczenia, (jakoż ani to być może, ani gdzieby też i być mogło, radziłbym mu to czynić, boby tym i sobie i drugim omierzł) ale biesiady, towarzystwa, żartów, krotochwile, tańcu i inych pociech s chęcią pomoże, a uchodząc ohyzdy, to wszytko będzie czynił, czo i drudzy; wszakoż tak, iżby w niczym sobie źle nie począł, ani ustąpił namniej s prawej drogi, a dowcip i baczenie jego, tak w kunście, jako i statku, żeby znać było, i co pocznie, żeby mu wszytko przystało.

Potym pan Kostka powiedział tak: Zaprawdę niemiałaby sie ta tak czysta rzecz pana Kryskiego przerywać, jedno, iż mnie tego barzo potrzeba, przeto pana troszkę zadzierzeć i o nieco spytać muszę. A w. m. M. panie Lubelski proszę, żebyś mi tego przeźrzeć raczył, bo pomnie jakoś nam w. m. wolnego mówienia pozwolił, aby sie telko to mówiło, gdzie kto inaczej niż pan Kryski powie, rozumieć chce; wszak też pan Bojanowski, iż mu sie było zachciało ze mnie szydzić, miasto tego, czo miał przeciwko panu Kryskiemu co wywrzeć, mówił to, czo mu sie zdało, a wżdyś go w. m. za to skarać nie raczył.

Zatym pan Lupa powiedział: Widzisz w. m. M. panie, jako z jednego błędu wiele ich uroście, a przeto, kto w czym wystąpi, a da s siebie zły przykład, jako oto pan Bojanowski, nie telko za swój grzech ma być karan, ale i za grzech drugiego. Rzekł ktemu pan Kostka: To ja M. panie ujdę karania, gdyż za swój i za mój występ, jako pan Lupa powieda, pan Bojanowski ma ucirpieć.

Zatym pan Lubelski tak odpowiedział: I owszem, dwojako mata być oba karana, pan Bojanowski za swój występ, i za to, iż w. m. przywiódł ktemu, abyś zgrzeszył; a w. m. zasię i za swój grzech, za to, iżeś za tym szedł, który błądził.

Pan Kostka zasię powiedział: Jam jeszcze M. panie do tych czasow nie wystąpił, a tak, aby sam telko pan Bojanowski był karan, nie będę ja pytał pana Kryskiego. Zatym umilkł. A pan Lubelski powiedział: Nu panie Kostka, już możesz w. m. spytać o czoś chciał, ja odpuszczam i temu, który już wystąpił, i temu, kto sie jeszcze dopuścić ma, tak małego grzechu, a snadź też i mnie tego będzie kiedy trzeba pana Kryskiego o czo spytać. Potym pan Lupa powiedział: Nie dobrze to M. panie, iż w. m. tak jako i ksiądz Biskup, wolisz miłosierdziem być, niż sprawiedliwością sławny, albowiem kto przepuszcza złemu, czyni dobremu krzywdę. A wszakoż niechcę ja, aby prze tę moje, surowość miało to odyść, o czo pan Kostka spytać chciał. Wtym pan Kostka począł: Jeśli dobrze pomnie, panie Kryski, zda mi sie, żeś w. m. wielokroć to powtarzał, iż dworzanin w każdej swej sprawie, czojedno pocznie, ma sie o to starać, aby mu wszytko przystało, i to mi sie widzi, że w. m. kładziesz za jeden przysmak ku każdej rzeczy bez którego to, czobykolwiek dworzanin dobrego miał w sobie, wszytkoby za nic stać miało. W tej mierze trudno spór trzymać, bo poprawdzie gdzie czo komu nie przystoi, niechaj będzie chocia nader dobrze, jednak ludzkim oczom w smak to nie pojdzie. Ale żeś w. m. powiedział, iż sie s tym ludzie rodzą, a doskonałości prawej ćwiczenie je przywodzi, mnie sie tak widzi, iż który sie s tym szczęściem rodzą, iż im wszytko przystoi, mało w tym potrzebują inego mistrza, abowiem mając to z biegu nieba, chociaby oni niechcieli, już im to tak samo płynie, iż cokolwiek poczną, ludziom nanieś podziwieniem patrzyć miło. A tak ja o tych nie mówię, gdyż to nie jest w naszej mocy przyść ktemu, o tych mowie, którzy telko że są sposobni do tego, iż, (jakoś w. m. powiedział) gdzie praca a staranie przystąpi, wszytko im będzie czo jedno mówić, abo czynić poczną, przystało. I pytam, czo to za praca, czo za staranie, czo za rozum, co za fortyl jest, iżby człowiek mógł przyść ktemu, bo jakoż w. m. snadź każdemu tu wielką tego chwaleniem uczynił skomę, tak jej nam nikt iny nie odejmie, jedno w. m. że sam, kiedy nas nauczysz, jako nabyć mamy tej (iż tak rzekę) przystałości. I powinieneś to w. m. uczynić, przyjąwszy na sie to brzemię z roskazania J. M. pana Lubelskiego. Odpowiedział pan Kryski: Ani tego, ani czego inego nie jestem ja w. m. uczyć powinien, tom telko powinien, wypisać, jaki ma być dworzanin doskonały, anibym sie podjąć mógł, uczyć w. m. tego wszytkiego, czo on umieć ma, abowiem jakom dopiro powiedział, iż Dworzanim ma być dobrym zapaśnikiem, dobrym gońcą i wiele inych dobrych rzeczy umieć ma; jakożbym ja tego uczyć mógł, gdyż tego sam nie umiem. Dosyć na tym, iż jako dobry żołnierz umie kowalewi roskazać, jakim kształtem ten tesak i jako dobry ma być, który robić daje, a nie uczy go tego, jako gi robić, jako mu wiele stali dać, jako gi długo młotem kować; tak też i ja, jeśli w. m. będę umiał powiedzieć doskonałego Dworzanina własność, niechciejciesz w. m. więcej po mnie. Jedno żebym wdy odpowiedział na pytanie w. m. panie Kostka, a ile ja mogę, uczynił w. m. dosyć, tak powiedam, iż kto w tych rzeczach, ktore sobą czynimy, jako jest jazda, gonitwa, szermowanie i ine ćwiczenia, chcę, aby mu przystało; (przełożywszy to naprzód, aby ten był sposobny ktemu, a niemiał żadnej wady) potrzeba, aby wczas uczyć sie każdej rzeczy począł, a nie u ledakogo, ale prawie s początku u czo najlepszych mistrzów. Na czym jako wiele należy, widział to Filip, krol Macedoński, który niechciał, aby kto iny, jedno Aristoteles, tak sławny filozof, a podobno nie był na świecie taki drugi, jego syna Alexandra Wielkiego hnet s przodku od A. B. C. począwszy, uczył. I niewierze inaczej, jedno, że też pan Tarło nasz podczaszy Krakowski miał we wszytkim tym, czo umie, dobre mistrze, bo czo jedno pocznie, to mu wszytko tak przystoi, jakoby sie s tym urodzić miał. Acz mu też wiele do tego pomaga uroda, kształtowne ciało, dużość, męska cirpliwość, i ine dobre przymioty. A przeto, kto ma czo dobrze umieć i z wdzięcznością to czynić, musi nie telko tego patrząc, aby to, czego sie uczy, dobrze czynił, ale też aby sposobem czynienia był podobien mistrzowi, a mogłoliby to być, aby sie prawie weń oblekł, a gdy już to poczuje w sobie, iż sie poduczył, wiele tym sobie pomoże, kiedy uźrzy rozmaite ludzie tejże professyej, bo widząc w jednym to, w drugim owo, i sprawując sie baczeniem dobrem, ktore do wszytkiego ma być jego wodzem, może sobie wziąć siła w głowę, a jako pszczoła latając to tam to sam z rozmaitych kwiatków miód zbiera, tak też i mój Dworzanin od czo najlepszych mistrzów przystałość tę (iż do tej rzeczy już tego przezwiska używę) wybór, a czo najchwalebniejsze sztuki niechaj kradnie. A mówię czo najlepsze, aby nie był takim prostakiem, jako jeden tu u dworu, czo panu Grabi z Gorki Kasztellanowi Poznańskiemu chce koniecznie być podobien, więc go nie naśladuje w cnotach, w godności, w sprawie, w czujności, w dozorze, ale telko w mówieniu przez nos. I siła takich jest, którzy zdadzą sie sobie, iż wiele wygrali, kiedy umieją czo tak uczynić, jako wielki pan czyni, tak, że chcąc być jednych z nim obyczajów, pospolicie zawdy napadną na to, czo w onym panie telko samo ludzie ganią. Niechajże, jakom powiedział, Dworzanin nie chyta sie chyba za to, czo ludzie w kim przednie chwalą, a tego naśladując i kształt czynienia niechaj contrefetuje, chcieli aby mu wszytko przystało. Wszakoż jeszcze mimo to najduję ja jednę drogę, która mi sie widzi być do tej przystałości prawym a lutym gościńcem, a to ta jest, aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Stądci ja rozumiem, że przystałość, a ta wdzięczność w człowieczych sprawach roście, bo wiedząc każdy z jaką trudnością to przychodzi, czo ma być nadzwyczaj dobrze uczyniono, kiedy widzi, iż to komu łatwie przychodzi, musi sie zdziwić; a na drugą stronę zasię, kiedy sie kto s czym łamie, a jakoby gwałtem to czyni, przykro na to każdemu patrzyć, a w mowie słuchać, i wnet ta rzecz tańsza będzie, by też wierć najdroszsza była. A przeto ten jest prawy mistrz, kto misterstwo pokryć umie, a o żadną sie rzecz barziej dworzanin nie ma starać, jako o to, aby je mógł dobrze pokryć, bo gdzie je pokaże, tam mu zaraz credit zginie, i wnet nie tak wziętym u ludzi będzie. Czytałem to, iż dawni niektórzy wieldzy wymowce miedzy inym swym misterstwem dawali to znać chytrze ludziom, jakby sie uczyć nigdy nie mieli, a tak pokrywając naukę ukazowali oracye swe ludziom prościuchno pisane, jakoby około czynienia ich, jedno rozum przyrodzony, a prawda mistrzowała, nie ćwiczenie ani nauka; która nauka by sie była namniej odkryła, barzoby byli na tym chramali, bo ją ludzie mają w podeźrzeniu, a jakoby sie boją, by ich nią nie oszukano. Obaczciesz w. m. jako wnet straci swą gracyą każda rzecz, którą człowiek zdobywając sie, a pokazując misterstwo swe gwałtem czyni. A kto sie nie musi śmiać, kiedy owo kto dziwniej niż ludzie, ziemie nie dostępując z wielką pilnością, aby nie zmylił, wyciągnąwszy szyję, nie zginając sie nigdzie, jakoby kij połknął tańcuje; każdy z nas widzi, iż tańcowanie takowe pochodzi z wydwarzania, za którym gracya ginie. Na drugą stronę zasię, jako to przystoi męszczyznie i białejgłowie, kiedy owo niedbaliwie tańcuje, a mówiąc czo s kim, abo żartując wrzeczy nic o tańcu nie myśli, prosto jakoby zmylić ani umiała ani mogła.

Tu pan Bojanowski powiedział: Znam ja jednego, którego sie taniec w. m. barzo podobać będzie, bo tak niedbale tańcuje, iż s niego czasem i suknia spadnie, a on sie po nie nie schyli, ale brnie wciąż przedsię by z listy.

Pan Kryski powiedział na to: Wiem na kogo w. m. przymawiasz, ale to w. m. racz wiedzieć, że owo jego niedbanie jest wydwarzanie szczyre, bo chce pokazać, iż wrzkomo nie myśli o tym, ano znać, iż nader myśli, czym wszytko psuje. I ktokolwiek tej niedbałości abo nizaczmienia nie po przęckę używa, hnet na drugą a przeciwną stronę przeładuje. A przeto niemniej to ganię, kiedy kto tak niedba, iż dopuści spaść s siebie szacie, abo w nogawicy plugawej a trzewiku od kilku dni ubłoconym idzie, jako też zasię, kiedy kto tak zbytnie ochędożnym chcze być, iż bieda temu chłopcu, któryby gębki abo szczotki doma zapomnieć, a pana czo dziesięć kroków stąpi ocierać, a czosać nie miał. Abowiem chocia oboje to i ochędożnym być i nie wydwarzać sie z rzeczami jest dobre w sobie, jednak, kiedy kres swój a miarę przejdzie, już sie w sprosność obrócić musi i ona szczyrość we wszytkich rzeczach, którą sobie tak barzo upodobały oczy ludzkie i onej zawdy czekają, ginie za tym i gaśnie nie bez ohyzdy temu, kto ją tłumi. Wracając sie tedy do wydwarzania, to powiadam, co i pirwej, iż sprawy nasze wszytki dziwnie szpaci. Przypatrz sie temu każdy z w. m. jako owo brzydka rzecz, kiedy kto na koniu siedzi wyciągnąwszy ku piersiom końskim nogi, a sam sie dziwnie rozprościwszy, jakoby stawu w nim nie było; a zasię jako miło patrzyć na owego, który ani wyciągnie zbytnie nogi, ani jej nad miarę skurczy, ale ją nic wrzeczy o jeździe swej nie myśląc statecznie trzyma, sam sobą z lekka, jako koń stąpi, chyba, a siedzi bespiecznie nie inaczej, jedno jakoby też był pieszo. Abo zasię jakie owo piękna rzecz, kiedy czysty pachołek skromnie poczyna sobie, rzadko, a nie zuchwale mówi, abo nic, abo mało powieda o sobie; na drugą stronę zasię, jako owo przemierzły chłop, który nie umie jedno sie chwalić, s piętra mówić, grozić, dziwniej niż Indzie stąpać; wszytko to nic inego nic jest, jedno chciwość zbytnia, aby sie pokazał być mężem. Toż bywa i w inych na świecie rzeczach, kiedy ma kto tę chorobę, iż tak w mowie, jako i w sprawie swej każdej widzian być chce.

W tym pan Bojanowski tak powiedział: Nie wiem by też nie dla tego, panie Kryski, ganili naszy owe uczty wymyślone, gdzie każda potrawa s cukrem, bo słodkość prędko omierznie.

Barziej chwalą ów obiad pospolicie, gdzie bywa to pierno, to kwaśno, to s chrzanem, to s cebulą, a rzadko słodko, bo na onym wymyślonym obiedzie, iż sie ze wszytkim wydwarzają, potrawy przewybornych smaków czynią, więc tego prędko syt człowiek. A owdzie indziej, iż mieszają raz kwaśno, drugi raz gorzko, wiec też czasem i słodko, aby jedno przy drugim lepsze sie zdało, przeto każdy je z dobrym smakiem, i one kwaśność rzecz tanią przy drogich lubi.

Pan Kryski rzekł zasię: Widzisz w. m. że i w tym nie dobre wydwarzanie. Powiedają też, iż u niektórych przewybornych malarzów starych była przepowieść ta: zbytnia pilność szkodzi. I snadź Apelles ganił stąd Protogena, powiedając, iż, kiedy - prawi - czo maluje, nie umie, ani wie, kiedy przestać. Chciał pokazać Apelles, jako malarz pirwszy na świecie, iż Protogencs niewiedział tego, póki było dosyć, a w tym nic inego nie było, jedno wydwarzanie, ktore sie Apellesowi nie podobało. A tak to niedbale wrzeczy czynienie, ktore prawie przeciwne jest wydwarzaniu okrom tego, iż wdzięczność wszytka s niego płynie; zdobi też barzo to, czokolwiek czynimy, a za tym i umiejętność sie odkrywa i czasem więtsza sio widzi, niż w prawdzie będzie; abowiem kto na to patrzy, kiedy kto sobie w czym dobrze poczyna, tak sobie myśli, kiedyć temu tak to łatwie przychodzi, musić to dobrze lepiej umieć, niż pokazuje, a gdzieby sie w tym jeszcze więcej ćwiczył, a ktoby z nim porównać mógł. To tak pospolicie ludzie sądzą, gdy widzą, ze kto co od ręki, a przedsię dobrze czyni, i z maluczkiej rzeczy tym kształtem uczynionej, siła jednemu mnimania przybędzie. Owo usarz, gdy z drzewem a s tarczą na koniu siedzi, chocia nic nie pocznie, jednak z jednego trzymania drzewa znać to, iż dobrze z nim umie; takież i szermierz, jako rychło broń w rękę weźmie, a w kroku stanie, tak wnet poznać, jeśli co umie. W tańcu zasię jedno stąpienie pokaże umiejętność. Muzyk też by telko dwie nocie wyśpiewał, macając wdzięczności, niedbale wrzkomo, a jeśli czo uczyni garłem, jakoby to tak samo mu przyszło, zaraz znać, iż to dobrze lepiej niż czyni, czynić może. Także i w inych wszytkich rzeczach, ktore czynimy, bo jako łatwie co komu przychodzi, tak o jego umiejętności ludzie rozumieją. A tak ten mój Dworzanin będzie u wszytkich ludzi s podziwieniem osobny, i będzie miał we wszytkim gracyą, a zwłaszcza w mowie, jeśli sie strzedz będzie wydwarzania, której wady pełno wszędzie, a podobno u nas w Polszcze więcej, niż gdzie indziej, abowiem nasz Polak, by jedno kęs z domu wyjechał, wnet nie chce inaczej mówić, jedno tym językiem, gdzie troszkę zmieszkał, jeśli był we Włoszech, to za każdym słowem, Signor, jeśli w Francyej, to, Par ma foie: jeśli w Hiszpaniej, to, Nos otro cavaglieros; a czasem drugi, chocia nie będzie w Czechach, jedno iż granicę Śląską przejedzie, to już inaczej nie będzie chciał mowić, jedno po czesku, a czeszczyzna wie to Bóg jaka będzie. A jeśli mu rzeczesz, żeby swym językiem mówił, to powieda, iż zapomniał, abo że mu sie przyrodzony język prawdziwie gruby widzi, czego dowodząc, wyrwie jakie staropolskie z Bogarodzice słowo, a s czeskim jakim gładkim słówkiem na sztych je wysadzi, aby swego języka grubość, a obcego piękność pokazał. Nakoniec i s tym na plac wyjedzie, że niemal każdy w polskim języku wymowca czeskich słów miasto polskich używa, jakoby to było naschwał dobrze.

Tu p. Alesander Myszkowski powiedział: Tedy sie to w. m. nie podoba, kiedy Polak bierze w polszczyznę czeskie słowa.

Odpowiedział pan Kryski: Niema sie co podobać, kiedy kto mając swe włosne polskie słowo, zarzuciwszy ono, pożycza na jego miejsce s cudzego języka, a miasto stanow Koronnych, mówi stawy Koronne, bo to jest nie inaczej, jedno, jako kiedyby kto Polaki wyganiał z ziemie, a Czechy do niej przyjmował, w czym jakiby był rozum, widzi to każdy. Prawda jest, gdzieby słowa polskiego nie było na tę rzecz, którąby Polak okrzcić miał, abo w przetłumaczaniu z jednego języka na drugi potrzebowałby cudzego słowa, nie telko tego nie ganię, kiedy s tak podobnego naszej mowie języka, jaki jest czeski, weźmie słowo, ale też i z łacińskiego, zwłaszcza, jeśliby łatwie ku wyrozumieniu, abo już nieco utarte słowo było, wziąć mu dozwalam. Takżeć podobno naszy wymowce polscy sławni czynili, czego nie rozumiejąc dzisiejszy, z onegoż wydwarzania, ktore tak barzo człowiekowi nic przystoi, przyszło im to, że jęli niewstydliwie w swoj język kłaść dziwne słowa cudzoziemskie, a miasto słów wybornych polskich, stawiać czeskie dobrze niż nasze podlejsze; zatym to idzie, iż tych nowych Ciceronow mało rozumiemy, a tego prosto nic, czo nam kiedy na piśmie podadzą. I mnimają oni, by to był uajwiętszy rozum tak mówić, abo tak pisać, jakoby abo mało ludzi, abo żaden nie rozumiał, w czym jako błądzą, znacie to w. m. dobrze sami.

Na ten czas p. Myszkowski tak powiedział: Dzierżę o tym, iż ktoby tak mówił, iżby go trudno wyrozumieć, byłaby to silna wada, ale pismu widzi mi sie, że to przynosi powagę jakąś, kiedy kto węzłowacie, a nie tak zbytnie łatwie pisze.

Powiedział zaś pan Kryski: Niewiem czemuby inaksze pisanie być miało, niż mowa, gdyż pisanie nic inego nie jest, jedno jakiś kształt, a wyobrażenie mowy, ktore zostaje, chociaż już człowiek wypowiedział, jakoby wizerunkiem tego, czo sie rzekło; a prosto jest pisanie ta rzecz, która daje żywot słowom. Otoż ona trudność, która s słów cudzoziemskich roście, rychlej by sie jeszcze zeszła w mowie, niż w pisaniu, bo gdy mówimy, ci którzy nas słuchają, mogą spytać, jako sie co rozumieć ma, ale kiedy ja cudze pisanie czytam, tam gdyż niemasz tego, kto pisał, trudno mam wiedzieć, co to jest, czego wyrozumieć nie mogę. A przeto, jeśli mowa nie ma być trudna ku wyrozumieniu, pogotowiu pisanie, zwłaszcza, iż uczeni ludzie tak powiedają, że to najcudniejsza mowa, która jest podobna pięknemu pisaniu, czo jeśli tak jest (jakoż podobno w. m. w tym nie wętpisz) to pewnie pismu sie to nie zydzie, aby trudne być miało, mali być mowa każdemu ku wyrozumieniu łatwia. Odpowiedział pan Myszkowski: Pozwalam ja tego w. m. panie Kryski, iż pisanie jest na kształt mowy, ale przytym stoję, com powiedział, że mowa ma być łatwia, bo gdzie kto trudnie, a uwikłano mówi, iż to nie może wniść zaraz w głowę, a w wyrozumienie ludzkie, tak to jest próżna mowa, jako by też jeden nic nie mówił, co w piśmie inaczej sie ma, abowiem, kiedy w piśmie jest kształt mowy, nie mówię trudny, ale jakiś wyszszego rozumu, a nie tak zwyczajny, jako ten, którym pospolicie wszyscy mówią: wnet to pisanie ma więtszą powagę, a czyni, iż ten, kto czyta, z lepszym rozmysłem postępuje, obacza lepiej każdą rzecz, i dziwując sie dowcipowi a nauce tego, który pisał, kocha sie też sam w sobie, kiedy ono trefne rzeczenie, nad którym sie był troszkę zabawić musiał, przez sie sam wyrozumie. A jeśli więc ten, który czyta, jest tak grubego dowcipu, iż nie może onego pojąć, tam już nie pismo winno, ale ten, kto maluczkiej trudności zdołać nie mógł.

Pan Lubelski J. M. powiedział tak zatym: Jest czego słuchać takiej rozmowy, jakie pisanie mamy barziej chwalić, owoli prawie łatwie, czyli to, ktore jest troszkę zębate. A wszakoż zachowaćby to na iny czas, a teraz to nam w. m. panie Kryski powiedz, gdyż język nasz polski jest nie prawie doskonały, (i pomnie ja, kiedy u dworu takiego mówcę chwalono, który w swą rzecz najwięczej czeszczyzny mieszał,) jakim językiem dworzanin nadstawiać swego ma, jeśli czeskim, czy ruskim, czyli chorwackim, abo słowańskim, abo jeśli mu też wolno starodawne, a prawie już umarłe polskie słowa wskrzeszać, gdzieby sie ktore zejść mogło: nad to, iż łacińska mowa jest n nas barzo pospolita, wolnoli też dworzaninowi czasem, miasto polskiego słowa łacińskie włożyć. Ktemu też, i tobym rad wiedział, który język s tych wszytkich, ktore z naszym mają powinowactwo, jest najcudniejszy. Odpowiedział pan Kryski: Zda mi się, żem ja już niemal wszytko powiedział, com rozumiał. A wszakże, aby sie roskazaniu w. m. dosyć stało, powiem, co mi sie widzi i o tych drugich językach. Ale muszę troszkę wyszej począć. Naprzód tedy, abyście w. m. wiedzieć raczyli, nasz język nie Jest sam w sobie stary, chocia nim dawno Polacy mówią, ale urodził sie niedawno barzo z słowańskiego. Abowiem wszytki te języki: polski, czeski, ruski, charwacki, bosneński, serbski, racki, bułgarski i ine, był pirwej jeden język, jako i narod jeden słowański: acz są drudzy, ktorzy powiedają, że i narod i język ruski miałby być najstarszy, a od Rusi dopiero Słowacy, od sławy, iż prze nie mężnie sobie poczynali, mieliby wziąć początek swoj: ale to prze dawność nie może przyść do naszej pewnej wiadomości, ani mi sie widzi rzecz potrzebna, teraz to rozbierać.

Dosyć na tym, że sie więcej kronikarzów na to zgadza, iż słowański narod miedzy tymi, ktorem wymienił, jest najpirwszy. S tego tedy narodu, kiedy jedni tam, drudzy sam siedliska swe przenieśli, przyszło i to, iż z jednego języka wiele sie ich urodziło rożnych, gdzie na ten czas, iż ani pisma, ani nauk nie znali, wielka grubość jako w samych ludziech, tak i w językach była. Aż wdy, kiedy Bulgarowie pożyczywszy buxtabów od Greków, i przyczyniwszy ich nieco, a drugie przedziaławszy, poczęli pisać jako tako; jednak przedsię pilnością swoją przyszli ktemu za czasem, iż wiele pisma Bożego z łacińskiego i z greckiego na swój język przełożyli. Tu już ten język dobrze obfitszy, niż nasz być musi, a to stąd, iż dawniej w nim pismo, niż w naszym. Od Bułgarow potym Racowie, Serbowie, Ruś i ini pismo wzięli. Nastało zasię pismo czeskie z łacińskich liter, już czoś polerowańszego, stad podobno, iż Czechowie są w sąsiedztwie z narody niesprosnemi. Ci hnet kształtowniej, ochędożniej, ozdobniej, zachowując jakieś przewłaczanie w słowiech podobne łacińskiemu akcentowi, mówić poczęli. I stąd urosła im ta sława od nas że samych, iż ich język miałby być, dobrze niż nasz cudniejszy. Jakoż podobno obfitszy niż nasz być może, a to stąd, iż pirwej do nich i pismo i nauki przyszły, ale o piękność jeszcze to niechaj wisi na wyroku. A tak przystępując do rzeczy, kiedy Dworzaninowi polskich słów nie stanic. dobrze uczyni, iż pożyczy s czeskiego języka rychlej, niż z drugich a to dla tego, że już ten już ten sam jest wzięty i policzony za najcudniejszy; abowiem to pospolite mnimanie ku któremu wdy człowiek stosować sie musi, przyda nieczo powagi polskiej rzeczy. Ale gdzieby sie słowo jakie trefiło w czeskim, któreby było przytrudniejszym, a na to miejsce byłoby abo niskie, abo charwackie, abo serbskie, łatwie Polakowi ku wyrozumieniu, tam w tej mierze będzie lepiej dworzaninowi wedle swego zdania obrać s tych drugich łatwiejsze i pozorniejsze słowo, a zaniechać czeskiego; wszakoż to wszytko należy na jego własnym rozsądku, aby uważył, ktore słowo barziej służy uszom polskim, ktore znaczniejsze, ktore źrzetelniejsze, ktore włośniej rzecz opisuje. A co sie tycze polskich słow starych, jeśli je odżywiać mamy, tak powiedam, iż ktoby tymi słowy, których teraz używamy, zamietać, a staradawnych na to miejsce chytać sie chciał, nie inaczejby czynił, jedno jako ów, ktoby chciał, wzgardziwszy chlebem, żołądź jeść, jako starego wieku ludzie jadali. Słow używać mamy jako mince, bo której ludzie nie znają, tej nie biorą; także i słów nie rozumieją inych, jedno te, ktore są w zwyczaju pospolitym. Lecz gdzieby dzisiejszego słowa nie było na tę rzecz, ktorąby dworzanin opisać chciał, nie telko mie nie obrazi starożytne słowo, ale je wolę, niż cudzoziemskie. Nakoniec i pruskiem kaszubskiem słowem, s ktorych sie więc śmiejemy, chcę, aby sie Dworzanin nie hydził, abowiem najdzie tam drugie, iż tak włośnie rzecz opisuje, że włośniej być nie może. I to mi sie też nie źle podoba, kiedy stworzy sobie nowe słowo, ale na polskim gruncie, abo ze dwu polskich jedno uczyni. A coś w. m. M. panie mowę łacińską wspomniał, widzę być ten obyczaj, iż niektórzy naszy, chcąc pokazać, iż wiele umieją, co trzecie słowo, to po łacinie mówią, a może je przyrównać do owej kuffy, w ktorej troszkę wina, abo do pęcherza, w którym jedno kilka ziarn grochu, abowiem, gdy zakołacesz w prożną kuffę, wielki dźwięk daje, a pełna nic, jako i pęcherz pełen grochu, także i ci, iż kilka telko słów umieją, więc z nimi coraz na plac, a w tym i ono głupie swoje wydwarzanie pokazują i drudzy ich nie rozumieją. A przeto, gdzie jest dobre polskie słowo, tam źle czyni, kto łacińskie miasto niego kładzie; chyba kiedy sie trefi słowo już tak zwyczajne, tak utarte, że je niemal wszyscy rozumieją. Abo też iż włośnie z łacińskiego na polskie przełożone być nie może, bo wtenczas wolę łacińskie, niż polskie, jako to wolę, iż kto rzecze philozoph niż mędrzec, bo to już każdy rozumie, a ktemu nie włośnie to z greckiego Philozophia, mędrość. I łacinnicy to słowo philozophia uczynili je swoim, a nie chcieli go z greckiego przetłumaczać. Patria jest łacińskie słowo, mojim zdaniem lepiej uczyni, kto mówiąc o Polszcze, rzecze, patria moja, niźli ojczyzna moja, bo ojczyzna częściej sie rozumie to, co gruntu komu ojciec jego zostawił; także materya, fundament i ine słowa łacińskie, których jako swych używamy.

Owa, jako wiele słów niemieckich mamy w języku naszym, których już nie mamy za niemieckie, ale za polskie, tak też i łacińskie niektóre miejmy za swe własne. Ręczniki szerokie iż do nas ze Włoch przyniesiono, zaraz też i przezwisko ich s nimi przyszło, bo je towagliami zowiemy: Towaglia włoskie słowo, już u nas za polskie ujdzie. Takież gracya, kiedy mówimy, nie cud naprawi ale ma gracya. Wszytko to zwyczaj uczyni, który jest mistrzem każdej mowy. Na ostatku M. panie raczysz mie w. m. pytać, ktoryby mi sie s tych językow, ktore s słowieńskiego poszły, najcudniejszy widział, nie wiem jako na to w. m. odpowiedzieć, bo w tej mierze nie czynię dosyć sam sobie; czeski język jest piękny, ale jakoby troszkę pieszczący, a męszczyznie mało przystojny. Ruski zasię surowy, racki, serbski, charwacki, bułgarski już mają coś pogańskiego, bo sie od Turków spadlali: nasz też polski zda sie trudny, a jakoby człowiek całą gębą a gwałtem mówił. Owa ja w tym nie wiem, czo powiedzieć. I owszem wolałbym sam spytać kogo, który język na świecie najcudniejszy.

Zatym powiedział pan Kostka: Nie wiem czemuby w tym wętpić, grecki jest najcudniejszy, a po nim łaciński. Odpowiedział pan Kryski: czym to w. m. pokazać chcesz. Powiedział pan Kostka: Uszy to same sądzą, nie potrzeba lepszych świadków, bo w tych dwu mowach kszykania niemasz, abo barzo mało, a jest coś okrągłego, iż język bez trudności wyrzyna każde słowo.

Smak ten, powiedział zaś pan Kryski, który uszy czują, jest z zwyczaju, bo kiedyby nie z zwyczaju rósł, ale s prawdziwego rozsądku, wszytki narody zgadzałyby sie na jedno, iż te dwie mowie są najcudniejsze; ale iż tego Turek, Arab, Ormianin nie pozwala, stąd znać, iż to zawisło na upodobaniu ludzkim, który z zwyczaju roście, a zwyczaj dziwne zdania ludzkie czyni.

Nie rozumiem, rzekł pan Kostka, czemu W. m. w rzeczy tak jasnej spór trzymasz; te dwie mowie są i piękne i obfite, i dawne, a pisano niemi takie rzeczy, których kto nie wie, nędznie, a mizernie żywie na świecie; w tych jest philozophia, w tych prawo podług rozumu a przyrodzenia pisane, w tych ine nauki, ktore błogosławiony czynią żywot nasz.

Pan Kryski na to tak powiedział: Iż tych dwu językow piękność na mnimaniu stoi, zda mi sie, że to jest rzecz barzo jasna, a około dawności pozwalam w. m. Ale to jest iny spor, czo w. m. powiedasz iż tam temi języki są nauki pisane, boję sie, panie Kostka, że ten dank nie językom ma być, ale ludziom; abowiem cisz ludzie gdzieby sie byli urodzili w inym narodzie, tożby byli uczynili, a prze to obfitość tę ludzie czynią, nie język. Ktemu rzymski język dla tego jest wzięty, iż ci, którzy nim mówili, władali wszytkim światem. Patrz w. m. iż za krolow rzymskich nie była w takiej wadze rzymska mowa, ani tak obfita; czemu? iż i ubogie było jeszcze państwo i nic uczynili go byli jeszcze Rzymianie pisaniem poważnych rzeczy obfitym. Aż potym, gdy męstwo a sprawiedliwość rzymska świat posiadła, a oni uczeni Rzymianie poczęli to, czego sie u Grekow nauczyli, łacińskim językiem pisać, toż sie dopiero ten język podniósł i przyszedł ku tej doskonałości, którą teraz widzimy. I nasz język polski rychłoby urosł, gdybyśmy sie go rozmiłowali, ale niewiem, czemu tak podle rozumiemy o swym języku, jakoby łacińskich nauk w sie wziąć nic mogł, czo sie mnie wielkie głupstwo widzi.

Tu pan Derśniak powiedział: Dalekoś sie panie Kryski zagnał, lepiejby, abyś nam W. M. powiedział, jeśli trzeba Dworzaninowi mądrze mówić i mądrze pisać, jako ma przyść ku temu.

Nie wiem, by czego więcej (odpowiedział pan Kryski) Dworzaninowi trzeba, jako wymowy i przyrodzonej i nabytej; przyrodzonej tej od Boga żądać trzeba, a nabytej uczyć sie musi s ksiąg i zwyczaju. A tak ja mego Dworzanina do rhetoryki odsyłam. Acz i tam nic wszytkiego wziąć może, musi wiele umieć za czym przyjdzie wymowa, bo kto niema pirwej w umyśle swym gotowych i nie ledajakich rzeczy, temu słowa nie popłyną Toż też rozumiem o pisaniu, bo jednakiej nauki do obojga trzeba; w tym jedno rozność jest, iż wymowa potrzebuje głosu ani wrzaskliwego, jako u białejgłowy ani grubego, jako u kmiecia, ale głośnego, znacznego, wdzięcznego, spaniałego, i dobrze usadzonego; ktemu w ciele nie ma być gnuśność, aby sie nie zdało, iż pień mówi, ale ma być jakaś żywość we wszytkich członkach, nie bystra, nic szalona, ale stateczna, a poważna, iżby to znać jaśnie było, że człowiek to, czo mówi, mówi s chęci. Lecz mówiąc o obojgu zaraz, i o mowie i o pisanin, wszytko to, czo sie do tych czasow powiedziało, nic nic jest, jeśli w każdym zwiąsku słów (czo lacinnicy sentencyami zową) nie będzie znać bystrego rozumu, trefnego wynalasku, powagi wedle potrzeby, i wszytkiego na wybór.

Tu pan Bojanowski tak powiedział: Pewnie będzieli tak ten Dworzanin na wybór wszytko a s tą powagą mówił, rzadki kto go rozumieć będzie.

I owszem (odpowiedział pan Kryski), każdy go zrozumie, bo piękne słów usadzenie łatwie pojąć. Ani ja też chczę, aby zawżdy poważnie mówił, ale o rzeczach żartownych s kunsztem, a wszakże, aby sie przedsię miał na pieczy, żeby czego dziecinnego po nim znać nie było. A gdy trefi na czo trudnego, aby słowy ktemu sposobnemi rzecz owe tak wywiódł, żeby ją każdy pojąć a wyrozumieć mógł. Zasię, gdy o rzeczach wielkich mówić przydzie, aby poważnie, rzeźwie i potężnie mówił, obierając słowa własne, jasne, łatwie, dobrze złożone, a te, którychby pospolicie używano, abowiem też pospolite słowa uczynią rzecz ozdobną i poważną, jeśli je Dworzanin przerobić a usadzić dobrze będzie umiał.

Tu sie niechaj stara, aby rzecz jego każdego ruszyła, aby mógł przywieść ku żalu, ku gniewu, ku miłosierdziu, i umiał zapalić, podwieźć, zmiększyć, zwycięży ć, przełamać wedle potrzeby swej serca ludzkie; abowiem to jest cel, do którego wszyscy wymówce strzelają. Czasem też, aby umiał podać ludziom słodkiego, s prosta, a nie dwornie mówiąc, i tak latwie, iżby każdy, kto słucha, zdał sie sobie módz w to trefić, a gdyby skosztował, aby dopiero poznał, iż daleko jest od onego, czo mnimał by było łatwie.

Na ten czas pan Wapowski tak powiedział: Dosyć sie już, a podobno i nazbyt około tej mowy i wymowy mówiło, dobrzeby pan Kryski, abyś w. m. przystąpił do czego inego.

Odpowiedział pan Kryski: To, czo sie tu około mowy i wymowy mówiło, acz tego potrzeba Dworzaninowi, jednak, iżem sie tak długo tym bawił, urosło to stąd, żem W. milościam chciał pokazać, jako przemierzła rzecz jest wydwarzanie, a na drugą stronę, jako szczyrość, a niedbałe jakieś czynienie rzeczy ma gracyą.

Ku temuż jeszcze kilka słów powiem. Dziwnie sie o to wszytki białegłowy starają, aby były, a gdy być nie mogą, aby sie acz nic zdały cudne, a przeto, kiedy im natura czego nie dała, tedy ony rozumem chczą tego nadstawić; stądże urosło owo, iż sie malują, iż sobie dla wielkiego czoła włosy, a dla ozdobienia oka brwi targają, i czo inego czynią z wielką boleścią, czego mnimają, iż męszczyzni na nie nie wiedzą.

Jam to dawno przed sie wziął, rzekł pan Kostka, dobrze dzierżeć o białychgłowach, i bronić ich wedle możności. A przeto lepiej byś w, m. uczynił, panie Kryski, kiedybyś w. m. swoję prowadził, a nie odkrywał ich niedostatków bez potrzeby.

I owszem, to barzo potrzebnie czynię, odpowiedział pan Kryski, bo w. m. kochając sie w białychgłowach tak barzo, jako sie kochasz, przcstrzeżesz ich s tego, czo złe, bo im to pochodzi stąd, iż gwałtem chczą być piękne, a to nic inego nie jest, jedno wydwarzanie. Zasz owo nie piękna rzecz, kiedy sie białagłowa ubierze i uchędoży tak s prosta, a bez wymysłów, iż, kto ją widzi, nie może rozeznać, jeśli sie chędożyła abo nie. A owo zasię jako sprosna rzecz, kiedy dobra pani czegoś tak wiele na twarz nakładzie, iż sie zda jakoby była w maszkarze, ani sie śmie roześmiać, aby sie jej na twarzy nie złupała, ani sie obeźrzy, chyba wszytką sobą, jako wilk, ani sie zapłonie, zawdy jednaka, oprócz rana, przed ubieraniem może sie co odmienić, to potym, gdy sie ubierze, już jako drewno stoi, a czeka łojowego słońca, jako Moskwa czasu na przedanie soboli. Wielka tu rozność jest jednej od drugiej, i niewiem, komuby sie tej fałsz podobać, a onej pirwszej pomierne ochędostwo a szczyrość nie podobać mogła. A dopiro więcz na owe białągłowę (mowię nie żadną) nader miło patrzyć, czo ją człowiek zastanie doma niesplecioną, nieszczesaną, i owszem napoły roztarchaną, ano u niej płeć przyrodzona, chocia nie biała, biała, ani rumiona, ale owszem przybledszym, a z zapłonienia pod czas przystojnej i przyjemnej barwiczki; postępki szczyre, tak jako jej przyrodzenie dało, skąd znać, iż sie nikąska o to nie stara, aby sie cudną zdała: chod, mowa niewydwarzana, i wszytko po prostu; widział to kiedy kto z w. m. iżby mu sie tknąć sercza barzo nie miało. Toć to jest ono niedbanie, ona szczyrość tak przyjemna człowiekowi, ktory gdy czo widzi od wymysłów, hnet sie obawia podmiotu. Przypomnię też i owo, jako białągłowę barzo zdobią piękne zęby, bo iż nie są tak na widoku, jako twarz, ale więcej czasu skryto siedzą, rzadko inaczej kto rozumie, jedno że białagłowa mniej sie o nie stara, żeby białe były, niż o twarz. A wdy, kiedyby sie bez przyczyny ustawicznie śmiała, a telko dla tego, żeby widziano jej białe zęby, poznałby każdy, że to naschwał czyni, za czym nie telko by ona piękność zębów zgasła, ale i sama zdałaby sie wielką sprosniczą.

Takież i rękę, ktora białagłowa ma piękną, a nie popisuje sie z nią, ale owszem daje to znać, że nie dba o nie, ani zna tej jej cudności, dziwnie na nie miło patrzyć. Takowąż gracyą ma, a bodaj nie więtszą, biała noga w ochędożnym trzewiku, kiedy sie trefi, iż ją s przygody ukaże białagłowa, nie s chęci; abowiem tak rozumie każdy z nas, iż to ochędostwo będącz na tym miejscu, którego, abo nigdy, abo barzo rzadko widzieć sie trefi, jest przyrodzone onej białejgłowie, nie żeby sie na to dla chłuby wydawać miała. Poty kres niechaj będzie mowy około wydwarzania, bo to każdy z w. m. na oko widzi, jako szpeci wszelakie postępki człowiecze, tak te, ktore ciału należą, jako też te, ktore na umyśle zawisły, o ktorym umyśle i rzeczach, czo na nim jako na fundamencie stoją, że sie mało mówiło, powiem teraz nieco szerzej, jakoż tego barzo potrzeba, abowiem, iż umysł od dusze pochodząc, daleko jest wyszszego dostojeństwa, niż ciało, przeto też przystoi, starać sie barziej o jego ćwiczenie i ozdobę, niż o to, co ciało ślachcić ma. Pisało wiele philozophow o cnocie, dzieląc ją na części, i subtylnie o dostojeństwie każdej części dysputując, nad to dali jakieś upominki swoje, ktoremi miałby sobie wiele pomocz człowiek do życia błogosławionego. W to ja mego Dworzanina tak głęboko wdawać nie chczę, dosyć na tym, iż będzie dobrym, cnotliwym człowiekiem, bo tu w tym jest mądrość, sprawiedliwość, mężność, powścięgliwość, i wizytko ine, czo ku przystojności należy, abowiem tego ja samego mam za prawego philozopha, ktory chce być cnotliwym człowiekiem, i w kim jest ta chęć, temu mało czego więcej trzeba. Dla tego Sokrates powiedał, że mu sie widziała jego lekcya siła już sprawić, kiedy ktożkolwiek s słuchania jej przyszedł na tę drogę, iż chciał poznać i nauczyć sie cnoty. Jakoż kto już do tego kresu przydzie, iż niczego więczej nie pragnie, jedno tego, by był dobrym, łatwiuchno sie nauczy jako przyść ktemu. Ale o tym niechaj będzie dosyć. Gdy już moj Dworzanin ozdobi umysł swoj cnotą, po cnocie nie zda mi sie, aby go w czo piękniej przybrać mógł, jako w naukę, chociać niektóre narody, i naszych niemal więtsza część Polakow, mają sobie nauki dobre za nic, a prawie je oddzielają od ślachectwa, powiedając, iż ślachectwo telko z męstwa roście: stądże i owo poszło, iż tak brzytkie rozumieją być to słowo: żak, ale żadna rzecz własniejsza, żadna przywoitsza człowiekowi nie jest, jako umienie, ktore umienie, kto powieda, iż nie jest zawdy dobre przez sie samo, barzo poszedł na szalonego. A gdzieby mi przyszło s takiemi o tym mowić, starałbym sie o to, jakobych pokazał, iż nauki dobre, ktore Bog za skarb najkosztowniejszy ludziom na świat posiał, są pożyteczne i potrzebne ku życiu i ozdobie naszej. Przywiodłbych i ktemu siła przykładow, jako oni wieldzy hetmani starzy mało mieli na tym, iż umieli rycerskie rzemięsło doskonale, ale chcieli być ktemu i uczonemi, jako Alexander wielki, Homerowe Iliadem, gdzie pisał o męstwie Achillowym, zawdy w głowach pod poduszką u siebie (jako to w. m. wiecie) miewał; a nie telko sie kochał i ćwiczył w historyej, ale też i te subtelniejsze nauki, w których są przyczyny przyrodzone, czemu sie czo na świecie dzieje, chciał umieć, i wielką w tym pilność czynił, mając Aristotelem mistrza. Nuż Alcibiades to czo miał dobrego w sobie, nigdy by było ku tej wysokości a chwale nie przyszło, by nie nauka a ćwiczenie, ktore wziął od Sokrata. Caesar, jako sie pilnie uczył, i jako wiele umiał, znać to z jego osobnego pisma, ktore zostawił. Powiedają, iż Scipio Africanus nigdy z ręki nie wypuścił Xenophontowych książek, gdzie Xenophont pod osobą Cyrusa krola, wypisuje, jaki by miał być krol prawy. Więc Lucullus, Silla, Pompejus, Brutus i ini rzymscy i greccy hetmanie, wszytcy uczeni byli. A nakoniec Hannibal, tak sławny hetman, ale s przyrodzenia okrutnik wielki, a którego nauka trudno zmiękczyć miała, abowiem Bogn i ludziom był nieprzyjacielem, a wdy i ten przedsię chciał być uczonym, a jeśli dobrze pomnię, widzi mi sie, żem gdzieś czytał o nim, iż księgę greckim językiem napisał i zostawił po sobie. Ale sie ja w tym podobno niepotrzebnie szerzę, gdyż to każdy z w. m. zna, jako ci błądzą, którzy powiedają, iż nauka wadzi do rycerskiego rzemięsła. Wiecie też to w. m. iż gdzie sie kto ma czego wielkiego, a niebespiecznego na wojnie poważyć, sława sama, nie czo inego, musi go na to podwieść, bo kto dla pożytku, abo dla jakiej inej przyczyny na to sie uda, ten naprzód, iż nigdy nic dobrego nie sprawi, a potym nie godzien jest, aby go ślachcicem zwano, ale jednym najnędzniejszym przekupniem. Tu ani tego trzeba wywodzić, jako prawdziwa sława na piśmie zawisła i u niego jest w bespiecznym zachowaniu, bo to każdy jaśnie widzi, chyba ci ludzie nie widzą, ktore pan Bog na tym skarał, iż pisma nie umieją. Kto jest tak nędznej myśli, tak małego a strapionego serca, iżby czytając Alexandrowe, Caesarowe, Scipionowe, Hannibalowe i inych sławnych hetmanów dzieje, zapalić sie ku takowejże dzielności nie musiał, a nie wzgardził hnet tym nędznym żywotem, ktory jedno do trzech dni trwa, aby dostał takiego żywota, nad ktorym śmierć nie ma mocy; abowiem to jest dopiero prawe ożycie, kiedy kto Sławnie umrze, bo, co śmierć wszytko s ciałem poźrzeć chciała, to w ten czas (jej na złość) wszytki tego człowieka poczciwe sprawy ożywa i znaczniejsze, więtsze, i chwalebniejsze będą, niż za żywota. Ale, kogo nie ucieszyło nigdy pismo, ani zna tego smaku, ktory historye, abo i ine rzeczy w księgach dają, ten sławy w jej majestacie nigdy widzieć nie może. I tak rozumie, iż ona nie trwa dalej, jedno do jednego, abo do dwu człowieczych żywotów, iż pamięć ludzka mało dalszy kres wynieść może, za którym rozumieniem tej tak krótkiej sławy nie tak sobie waży, jakoby był ważył one jakmiarz wieczną, by mu jej było nieszczęście poznać nie zabroniło. A nie ważąc jej tak barzo, wielkie podobieństwo, iż sie też nic poważy tak wiele dla dostania Jej, jako ten, kto ją zna doskonale.

Wiedzi mi się, panie Kryski (rzekł tu pan Lupa), iż póki naszy Polaczy czytać nie umieli, poty w Polszcze było więcej cnoty, teraz za tą nauką wszytko złe przyszło; namnożyło sie obłudnosci, wykrętów, porządku nie znać, każdy podług swej głowy Rzeczpospolitą stanowić chce, jakoby to samym tylko tym należało, którzy pismo umieją; więc ci uczeni, gdy osobno mówią, widzą sie być barzo mądrymi, a skoro do kupy przydą, to on rozum niewiem, gdzie zginie, bo z ich rady nic dobrego nie wychodzi. Z nauki tej przyszły długie i wydwarzane mowy, ktore i zatrudniają rzeczy wszytki, i czynią długie sejmy, gdzie ojcowie naszy nie umiejąc pisma, więcej dobrego postanawiali za cztery pięć dni, niż dziś za niedziel siedmnaścic, ośmnaście.

Odpowiedział pan Kryski: Nie zda mi sie, panie Lupa, aby w tym nauka czo winna była, abowiem ta na złe nie radzi; ludzie to podobno w tym krzywi, którzy sobie naukę przypisują, ano jej niemasz; a tym mnimaniem uganiają to sobie, czego im potrzeba. I tak przyczyna złego naszego ina nie jest, jedno zbytnia chciwość nabywania, za którą idzie to, iż żaden zawołaniu swemu dosyć nie czyni, ale umiłowawszy każdy z osobna pożytek włosny, a pospolity pożytek i dobro na stronę odrzuciwszy to przed sie bierze, czymby dom swój ubogacił, ani na to patrzy przystoili to jego zawołaniu, abo nie, czego sie jął, by on jedno miał wsi dosyć, ma za to, że potomka jego pytać nie będą, jako tego ojciec dostał. Otóż ta chciwość zaślepiła ludzie, iż tego nie widzą, jeśli pospolita rzecz zginie, iż nikt swego nie odzierży. Ale o tym, iż sie bez żalu mówić nie może, lepiej milczeć, do Dworzanina sie ja swego wrócę, który chczę, aby był przez poły uczony, acz nic in literis, ktore humaniores zową, a nie telko łaciński i grecki język chczę, aby umiał, dla tych rzeczy osobnych, ktore nimi pisano, ale też i ine języki, jako niemiecki, włoski, francuski, hiszpański niechaj rozumie. Zasię poety wszytki, oratory, historyki s pilnością wielką, trzeba żeby przeczcił i zwartował, aby mógł wiedzieć, czo sie w którym dzieje, i świadom był każdego miejsca. Niechaj umie z głowy pisać list cudny, rzecz poważną, więc i wiersz, bo mu sie to u dworu zawdy do czego krotochwilnego przydać może i sam s tego doma pociechę weźmie. A jeśliby rozumiał (jakoż doma osądzić sie każdemu trzeba, iż jego pisanie nie doszło tej doskonałości, żeby je ludzie radzi czytać i chwalić mieli, niechajże go światu nic ukazuje, aby s siebie nie uczynił śmiechu, ale telko wiernemu przyjacielowi, abowiem, by mu to ćwiczenie inego pożytku nic przyniosło, tedy ten sam, za wiele mu stanie, iż on będzie mógł lepiej sądzić o pisaniu drugiego, niż ten, kto sie w pisaniu nie ćwiczył; jakoż, niechaj będzie jako chce uczony człowiek, a sam nigdy nie pisywał, rzadko sie to ma trefić, aby mógł doskonale poznać umysł, pracą, rozum tego, kto pisał, abo żeby miał uczuć on smak, który ma osobny swoj, każdy kształt pisania, i obaczyć te kunszty, ktore w starych autorzech często bywają pokryte. Nad to za takowym ćwiczeniem będzie mu hnet słów dostawało, i gruntowniej może mówić. Ale nad wszytko niechaj to memu Dworzaninowi tkwi zawdy w głowie, aby w tym i w każdej inej rzeczy ostrożnie poczynał sobie, a radniej był bojaźliwym niż śmiałym. Tego, czego nie umie, niechaj nie rozumie o sobie, aby umiał, abowiem s przyrodzenia każdy z nas barziej, niż przystoi, pragnie chwały; i żadnej muzyki tak rade nie słuchają nasze uszy, jako kiedy kto ku chlubie naszej co powieda. To psuje wielkie pany, iż rzadki który przydzie do tej doskonałości, do której go dobre przyrodzenie jego wiedzie, a przeto, kto na to uszu sobie dobrze nie zatka, jako on Ulisses, aby głosu syren nie słyszał, ułowi sie sam i zabije. Czemu zabiegając oni uczeni starzy pisali o tym, jako prawdziwego przyjaciela rozeznać od pochlebce. Ale coż to pomoże, gdyż takich wiele jest, a snadź im i liczby nie masz, ktorzy znają to jaśnie, iż im pochlebują, a wdy na pochlebce są łaskawi, a na owe patrzyć nie mogą, którzy im prawdę mówią, a częstokroć zda sie im, iż ten, kto chwali i pochlebuje, nie do końca jakoby doraża, ani wszytkiego wypowieda, więc oni sami dokładają i plotą tak wiele o sobie, iż pochlebca by najniewstydliwszy sromać sie musi. Ale kiedy tak chcą, niechajźe zostaną w swym rosole, dosyć mnie na tym, kiedy moj dworzanin nie da tego w sie wmowić, aby miał mieć białe za czarne, a iż nie będzie rozumieć o sobie jedno tyle, ile znać będzie prawdziwie, czego być w sobie, i owszem dla pewniku, chociaż by to znał być w sobie, co mu kto przypisuje, jednak niechaj tak z goła nie pozwala, bez sporu trzymania, ale radniej niechaj skromnie zaprzy, iż tego w nim niemasz, odwoływając sie zawżdy nie zuchwale do swego rycerskiego rzemięsła, za ktore statecznie trzymać sie, a wszytki ine godności i przymioty dla jego ozdoby mieć ma, zwłaszcza gdy będzie miedzy żołnierzmi.

Nie tak, jako drudzy, którzy miedzy uczonemi chcą być żołnierzmi, a miedzy żołnierzmi chcą uść za uczone. Tym tedy kształtem mój Dworzanin ustrzeże sie wydwarzania, a cokolwiek pocznie, chocia czasem będzie tak wczas dobrze, jednak ludzie za na wybór chwalne ono rozumieć będą.

Niewiem panie Kryski (rzekł tak pan Wapowski), czemu tak w. m. chcesz mieć, iżby dworzanin i naukę, i ine przymioty wszelkie tak miał u siebie, jako za jedne okrasę rycerskiemu rzemięsłu, a nie radniej rycerskie rzemięsło i ine przypadki nauce ku ozdobie, która okrom wszelakiego towarzystwa ma tak wiele przed rycerskim rzemięsłem, jako wiele ma dusza nad ciało, iż nauka włośnie należy duszy, abo tak rzekę, umysłowi, a rycerskie rzemięsło ciału.

I owszem (odpowiedział pan Kryski) kto sie rycerskim rzemięsłem pęta, potrzeba, aby tak wiele rozumem robił, jako i ciałem. Ale nie chcę, panie Wapowski, abyś w. m. w tej rzeczy był sędzią, bo byś w. m. drugiej stronie był barzo podeźrzany, a też ponieważ nie teraz, ale dawno, przednie mądrzy ludzie siła słów trzymając jedni za tą, drudzy za ową stroną, około tego wypuścili i wszytko to było na placu, cokolwiek z obudwu stron dowodnie kto powiedzieć może, nie potrzeba nam wyznawiać tego, zgoła ja przyjmuję za dekret ten dowód który za sobą. żołnierze mają, i tak rozumiem, że nie nauka, ale rycerskie rzemięsło ma przodek, i chczę, aby mój Dworzanin, ponieważ go podług mego zdania formuję, także rozumiał. A kto sie w tym semną nie zgadza, ten niechaj czeka takiej dysputacyej, gdzie żołnierzom będzie wolno używać swego naczynia, a uczonym przeciwko nim takież, uźrzy to na oko, iż żelazo wygra, a księgi przegrają.

Powiedział zaś pan Wapowski: Cięszko mi na w. m. panie Kryski. Dopieruczkoś w. m. ganił niektóre narody i nasze drugie Polaki, iż nauki za nic sobie nie mają, i mówiłeś W. M. wiele za nią, jako przez pismo poznawalny, co to jest sława, i jako nas czyni nauka nieśmiertelnemi, a teraz zasię mówisz w. m. jakoby coś inego. A za w. m. niepomnisz, jako Alexander wielki ad Achillis statuam una cum sociis circumcurrens powiedział: O fortunate adolescens, qui tuae virtutis Homerum praeconem inveneris. Jeślić Alexander zaźrzał Achilliowi nie tego, by miał być więtszym niż on hetmanem, ale tego szczęścia, iż Homerus tak wzięty a sławny poeta pisał dzieje a sprawy jego, możemy stąd znać, iż Alexander wyszej kładł naukę Homerowe, niż sprawy Achilliowe. A tak kto w tej rzeczy lepszym sędzią, abo czyj dekret sprawiedliwszy być może, jako tego, który był hetmanem pirwszym na świecie.

Odpowiedział pan Kryski: Ja ganię nasze niektore Polki, i ktokolwiek taki jest, kto powieda, żeby nauka rycerskiemu rzemięsłu wadzić co miała, a to twirdzę, iż nikomu barziej uczonym być nie przystoi, jako żołnierzowi, dla tegoż chcę, aby te obiedwie rzeczy pospołu spięte, nauka z rycerskim rzemięsłem (jakoż barzo im dobrze s sobą) najdowały sie w mym dworzaninie. Ani ja prze to czo inego teraz mówię, niż pirwej, ale (jakom powiedział) dysputować o dostojeństwie ich niechcę. Wiemy to jednak, iż uczeni ludzie nigdy snadź przed sie nie biorą chwalić jedno, osoby wielkiego zawołania, i uczynki ich sławne, ktore uczynki s siebie same godne są czci i chwały dla cnoty, s ktorej pochodzą. A jako złoto zdobi tę rzecz każdą, która jest uczyniona z niego, tak też i uczynki sławne zdobią pisanie, i są wielką tego przyczyną, że ono trwa wiek po wieku, abowiem czyta każdy rad tę księgę, i wieldze ją sobie waży, w ktorej rzeczy poważnych, przykładów pięknych, cnych skutków siła widzi; a owa księga pod ławą lega, która sie słowy, a nie rzeczą nadstawia. A jeśli Alexander zaźrzał Achilliowi tego, iż tak wielki człowiek o nim pisał, przedsic ja tu w tym nic widzę, aby wyszej naukę kładł, niż rycerskie rzemiosło, i owszem by sie był rozumiał tak być daleko od Achilla w sprawie wojennej, jako rozumiał, że mieli być wszytcy od Homera, którzy o nim pisać mieli, pewnie, iżby sie był wolał o sie starać, aby w dzielności nie był Achilla niszszy, niż o drugiego, iżby o nim mógł pisać uczenie. A przeto mnie sie widzi, iż sie tu niejako Alexander chlubi, pragnąc tego, czego widział, iż mu nie dostawało, to jest, nader czyjego osobnego piora; nie tego, czego rozumiał, że już dostał, to jest, męstwa a dzielności w sprawie wojennej, bo w tym nic rozumiał sie być kęs jeden Achillia podlejszym, i dla tego zwał go szczęśliwym, ukazując na ono; to czusz, jeślić - prawi - sława moja nie będzie tak głośna, a znaczna światu, jako Achilliowa, którą tak wielki poeta rozgłosił, niechajże tego nie przypisuje żaden godności Achilliowej, iżby większa niż moja być miała, ale niechaj przypisuje jego szczęściu; jakoż jednak szczęście nie co inego sprawiło to, że Achilles miał takiego (w którym natura wyprawiła sztukę) człowieka, iżby był jako trąbą głośną spraw jego. Może też to być, iż Alexander dla tego to tak rzekł, aby napomknął kogo z mądrą głową ku pisaniu o sobie, pokazującz tym, iż jako miał we czci ten tak wielki skarb, uczone pisanie, że tylekroć miało mu być ono miło, czoby kto ku jego chlubie napisał. Ale już niechaj o tym dosyć będzie.

Powiedział pan Lupa: Podobno to i nazbyt panie Kryski, bo niewierzę, aby tak wielkie naczynie mógł na świecie naleść, w ktoreby to wszytko weszło, czo w. m. chcesz, aby było w tym Dworzaninie.

Zaś powiedział pan Kryski: Jeszczeć tego więcej ma być panie Lupa, potrzeba ku temu, aby był muzykiem, iżby, abo śpiewać, abo na lutni, abo na jakim instrumencie grać umiał, abowiem nie rozumiem, aby ucieszniejsza zabawa mogła być ku wybiciu sobie z głowy wiele frasunkow poczciwemu człowiekowi jako ta, zwłaszcza na dworze, gdzie tego każdy rad słucha.

Zda mi się, panie Kryski, rzekł zasię pan Lupa, iż i muzyka i ine fraszki, ktoreś w. m. przypisał Dworzaninowi, rychlejby sie białejgłowie zeszły, abo temu męszczyznie, ktoryby obyczajmi chciał być białągłową, niż prawemu, a statecznemu mężowi, ktory temi roskoszkami niema sie psować, niema zniewieścieć, aby sie za tym nie musiał bać śmierci. Odpowiedział pan Kryski: Nie wchodź w. m. ze mną w tę gadkę, boć w. m. daleko zawiodę, abowiem szerokie pole mam chwalić muzykę, mogę to pokazać, iż u starych onych w takiej powadze była, że ją mieli za rzecz świętą. I dzierżeli tak niektorzy wieldzy philozophowie, że świat przez muzykę stanął, a niebieskie biegi obracając sie podług przyrodzenia, piękny dźwiek i wdzięczną harmonią dają. Nakoniecz dusza nasza przez takowąż harmonią miałaby być stworzona, i dlatego, kiedy muzykę słyszy, to jako ze snu oczkniewa sie i bierze żywość i posiłek od niej ku potwirdzeniu mocy swojej. Przetoż ono Alcxander wielki, jako mamy w historyach, zapaliwszy sie muzyką, wstać więc nad swoje wolą od biesiady musiał, a bieżeć do zbroje, do konia; a potym, gdy muzyk inakszym kształtem zagrał, to zasię przychadzał k sobie i wracał sie do biesiady.

Socrates on, ktorego nicz uwieść nigdy nie mogło, starzuchnym będąc, na lutni sie uczył. I zda mi sie, żem czytał, czo Plato i Aristoteles piszą, iż ktory człowiek ma być dobrze wychowany, temu trzeba, żeby i muzykę umiał. Dziwnemi dowody pokazując to, jako muzyka okrutną moc ma, uczynić z nas, czo chcze, i dla wiele przyczyn, ktorych teraz wyliczać nie potrzeba, rozkazują, iżbyśmy sie jej jeszcze z dzieciństwa uczyli, nie tak dalece dla tego, iż ją lubią uszy nasze, jako dla tego, iż ma tę moc odmienić nas w czo lepszego, a dać nowy zwyczaj, który sie ku cnocie garnie, który zwyczaj czyni duszę sposobniejszą ku dostąpieniu błogosławieństwa, jako praca czyni ciało i duższe i czerstwiejsze. I nie telko, że nam nie wadzi tak czasu pokoja, jako też czasu wojny, ale i owszem jest zawdy na wielkiej pomocy. Lycurgus też w swoim. surowym statucie muzykę pochwalił. Lacedemonianie dziwnie waleczni ludzie ku potkaniu kazywali więc grać na cytarach i na inych instrumenciech nie barzo męskich. Ini wieldzy hetmanie starzy, jako Epaminondas, byli w muzyce ćwiczeni, a kto jej nie umiał, jako Themistocles, podlej hnet o nim rozumiano. Mam za to, iżeście w. m. czytali, iż Chiron on starzec, piaston Achillow, niechciał, aby dziecię Achilles, wychowanie jego, co inego pirwej umiało, niż muzykę. Chciał mądry preceptor, aby te ręce, ktore tak wiele krwie trojańskiej rozlać miały, zabawiały sie często grą na lutni. Któryż tedy żołnierz będzie taki, iż sie będzie sromał naśladować w tym Achillesa, nie wspominającz inych wiele sławnych hetmanów, ktorebym tu na przykład przywieść mogł. A tak, panie Lupa, nie odejmuj w. m. muzyki Dworzaninowi, ktora nie telko serca ludzkie miękczy, ale i źwirzęta dzikie czyni rochmanne, a kto sie nią hydzi, abo nie czuje jej smaku, temu (rzecz pewna) źle w głowie ułożono. Zasz ono nie wielka rzecz była, kiedy ryba dała na sobie jeździć po morzu Arionowi dla muzyki. Tejże też używają w kościele dla chwały Bożej, i wielkie podobieństwo, iż jest panu Bogu wdzięczna, a iż ją on nam dał dla ochłody i niejakiej uciechy w pracy a frasunkach naszych ; stądże owo jest, iż kmieć w gorącze dni śpiewając sobie o lipce, mało pracej a potu czuje. Takież i owa we gzle kmiotowna, która zimie do dnia prząść abo tkać wstaje, nie zdrzemie sie śpiewając, a robotę swoje uczyni sobie miłą. Żeglarze na morzu, którym wiatr, deszcz i iny niewczas dokuczy, niemają sie do czego inego uciec, aby zapomnieli wszytkiego, jedno do muzyki. Tą sie cieszy podróżny człowiek, tą więzień w cieszkich okowach. Nakoniec przyrodzenie samo (aby to każdy znał, iż muzyka jaka taka niewczasy ludzkie odpędza) nauczyło mamki śpiewać, aby śpiewaniem dziecinny płacz tuliły, bo wnet dziecię uspokoi sie, uśnie i zapomni sobie przywoitego płaczu, który płacz na ten czas dało nam przyrodzenie za znak, iż nędzny a mizerny żywot nasz ma być na świecie.

Gdy tu troszkę umilkł pan Kryski, rzekł pan Bojanowski: Ja w tej mierze nic dzierżę s panem Lupą, i owszem, tak rozumiem dla tych przyczyn, któreś w. m. namienił i dla inych wiele, iż muzyka nie telko zdobi dworzanina, ale iż mu jest barzo potrzebna. Ale to bych rad widział, żebyś nam w. m. pokazał, jako dworzanin tego wszytkiego, czoś mu w. m. przypisał, na ktory czas, i ktorym obyczajem używać ma, abowiem wiele jest rzeczy, ktore chocia są przez sie dobre, jednak kiedy je kto nic na czas czyni, zanic nic stoją, a zasię te, ktore sie zdadzą być małej ceny, gdy ich kto dobrze używa, hnet ujdą za przednie chwalne.

Niż na to odpowiedział pan Kryski, ksiądz Biskup, odprawiwszy do Krola Jego M. Komornika, i bywszy czas niemały na pokoju, wyszedł na salę. A gdy za tym przyściem powstał każdy z miejsca swego i chwilkę milczenie było, rzekł Jego M.: Nuż przedsię kto teraz mówił, niech nic przestawa, aby przyście moje przyczyną milczenia nie było.

Odpowiedział pan Kryski: Milczeć musi M. księże, komu rzeczy nic dostaje. Aniś w. m. w tym milczeniu kęs jeden winien, ale winna nieumiejętność moja, za którą, jako to wszytko, com do tych czasow mówił, brzydkie ku słuchaniu tym panom było, tak zasię milczenie moje mnimam, iż będzie ich miłościam barzo przyjemne. A to, czego jeszcze ku przymiotom dworzaninowym nie dostaje (jako W. M. raczysz wiedzieć, o czym tu rzecz była teraz), dobrze w. m. uczynić będziesz raczył (ponieważ władza J. M. pana Lubelskiego przy bytności w. m. ustaje, kiedy komu inemu wyprawie to roskażesz, abowiem każdy w to lepiej niż ja potrefi, i tak, gdy za równo ciągnąć bedziem, jednemu za wszytki horować nie przydzie.

Tu powiedział pan Bojanowski: Nie chciałbych M. księże, aby sie pan Kryski miał zedrzeć s tego, a nie nauczyć nas, jako tego wszytkiego dworzanin używać ma, co on jemu umieć naznaczył, gdyż podobno na tym wszytko należy. Odpowiedział ksiądz Biskup: Jużem ja panu Lubelskiemu i przy sobie, i bez siebie rząd poruczył, a tak u niego sie w. m. wszytkiego domawiajcie.

Zatym rzekł pan Lubelski: Nu, panie Kryski, tę część, ktorą w. a. pracza zowiesz, włożę ja na kogo inego; zatym obrociwszy sie do pana Myszkowskiego tak powiedział: Wiem, że tym W. M. Panie Myszkowski nie wzgardzisz, a jakoś na początku sam jeden tę grę osobną nazwał, tak mnimam, że sie o to starać będziesz, jakobyśmy i my wszyscy tę osobność w niej poznali, a dworzanin był tak dobrze wystawiony, iżby w sobie niemiał Ale.

A przeto uczynisz w. m. dosyć żądości p. Bojanowskiego, to jest, pokażesz, jakim kształtem, kiedy, i na którym miejscu dworzanin godności tych swych, ktore pan Kryski wyliczył, używać będzie miał.

Miłościwy panie (powiedział pan Myszkowski) chcesz w. m. to dzielić, co dzielone być nie może, bo godność dworzaninowa nie będzie żadna dobra, jeśli na czas i dobrym kształtem użyta nie będzie; otoż, iż pan Kryski tak wiele i dobrze o godnościach powiedział, a tknął poniekąd i tego, co na mię w. m. kłaść raczysz, a podobno ostatek w głowie swej ukował, zda mi się, żeby lepiej, aby on sam wszytkiego dokonał.

Powiedział pan Lubelski: Bądźże w. m. teraz panem Kryskim, a powiedz to, czo rozumiesz, iż on powiedzieć miał.

Zatym rzekł pan Lupa: M. księże, wieczerza już gotowa, niewiem, by był czas teraz pana Myszkowskiego słuchać; podobno by lepiej do jutra to odłożyć.

Odpowiedział ksiądz Biskup: Już rozumiem, że na to godzicie, abych ja waszej rozmowy nie słuchał. Ba, dobrze, więc ja wam i jutro nie przekażę. Tu koniec był tej rozmowy.

KONIEC PIRWSZEJ KSIĘGI


Księga Wtóra Dworzanina[edytuj]

Wielokroć z niemałym podziwieniem rozbierałem to u siebie, i macałem przyczyny, skądby to rosło, iż ludzie starzy niemal wszyscy skarzą sie na dzisiejsze czasy, a ony pirwsze zbytnie chwalą; ganiąc teraźniejsze sprawy nasze, obyczaje, i to, czegokolwiek oni w młodości swej nie czynili, a twirdząc, iż wszytko idzie co dalej, to gorzej, tak w dobrym a w porządnym życiu, jako też i w inych wszytkich cnotach. Jako powiedam myśliłem na to częstokroć, i było na co, bo wdy to jest rzecz, mimo wszytek rozum, dziwna, iż szedziwe lata, które za długim rzeczy doświadszeniem baczenie i rozsądek człowieczy doskonalszy czynią, w tej mierze tak błądzą, nie bacząc, iż kiedyby tak szło, co dalej to gorzej, to jest, iżby zawdy ojciec był niż syn lepszy, jużbyśmy byli nie teraz, ale dawno do onego ostatniego kresu złości przyszli, gdzieby sie pogorszyć nie mogło. A wdy widzimy, iż nie telko za tego naszego wieku, ale i za dawnego, zawdy starzy byli w tym swym jakoby przyrodzonym błędzie, co sie s ksiąg pokazać może, zwłaszcza s komedyj, w których jako w zwierciedle żywot ludzki widzieć. Przyczyny tedy obłędu tego ja inej w swej głowie nie najduję, jedno tę, iż lata precz bieżąc, biorą s sobą wiele człowieczego dobrego i odejmują siłę, a z nienagła gubią żywość i ciepło przyrodzone z wilgotnością, za którym ginieniem człowiek sie mieni, żyły, muszkuły, członki słabieją, przez które duch nasz rospostrza swoje władzą. A przeto jako w jesieni pada list z drzewa, tak w ten czas odchodzi od naszego serca ono wszytko, co nam było w młodości roiło, a na miejsce dobrej a wesołej myśli wchodzi w nas zła a smętna, a jeszcze nie sama, ale przywiedzie s sobą wszytki niedostatki, wszytki niewczasy, tak, iż ten czas już nie jedno ciało, ale i duch w człowiecze choruje; a to co człowiek dobrego miał, abo widział na świecie, wszytko zginie, chyba pamięć tylko zostanie, a jakoby obraz onego lubego wieku, gdy człowiek był młody, bo ten czas jest jako wiosna, wszytko sie około nas śmieje, wszytko sie zda równo, niebo sie kotłem widzi, a ziemia wszytka nasza. Na myśl nie przydzie bolesny smętek, ale radosne wesele z dziwną uciechą; owa raj sie widzi przeciwko inemu czasu. Za czym bodaj by nie lepiej, kiedy przyspieje włos siwy, a człowiek na dół idzie, upuszczając to, w czym sie kochał, a wstępując w starość jako w ziemię, (prosto tak, jako gdy słońce ku ziemie sie skłania, a ziemię zdzierając z niej kwiecie, list i trawę, czyni obrzydłą a kwaśną), aby brał zaraz s sobą i pamięć tych wszytkich roskoszy swoich, i mógł to na sobie przewieść, nic z nich nic pomnieć, co Themistocles w rzeczach podobno przykrych radby był umiał. Abowiem tak są sfałszowane smysły nasze, iż też wielekroć podchodzą i wywracają rozsądek i baczenie. A dla tego zda mi sie, iż staremu człowiekowi tak sie to widzi, jako owemu, który w okręcie na morze, abo w czółnie na rzekę z brzegu sie puści, bo patrzając na brzeg, zda mu sio, iż brzeg bieży, a okręt abo czołn stoi, a to w istej prawdzie inaczej sie ma, abowiem tak brzeg, jako czas, i wszelakie krotochwile w jednej mierze stoją, a my w tej łodzi, w tym okręcie, gdzie śmierć sztyruje, płyniem, jeden za drugim, po tym niebespiecznym morzu, które wszytko zaleje i pożrze, ani wolno do brzegu nazad sie wrócić, ale musi człowiek wciąż pędzić, a naskakawszy sie po okrutnych wełnach, i nakarmiwszy sie srogiego strachu, nakoniec utonąć, gdy sie okręt o jaką rozbije skałę. A tak, iż stary człowiek barzo niesposobny jest do wiela rzeczy, do wiela zabaw, do wiela roskoszy, więc sie go też nic nie chyci, ani roskoszy uczuć może; ale jako kto ma gorączkę, iż mu ona gorącość i skażone wapory język i podniebienie zepsowały, każda rzecz, którą je abo pije, by najlepsza, zła, a niesmaczna mu sie widzi, tak też i starym, przez one niesposobność (chociaż chciwość w nich przedsie nie zgasła) wszytki zabawy, wszytki krotochwile zdadzą sie im niesmaczne, nikczemne, a barzo od onych rozne, których oni zażyli, chociaż krotochwile tyż są, co i pirwej. A przeto, czując iż roskoszy od nich odeszły, skarzą sie i ganią czasy dzisiejsze, jakoby złe być miały, nie bacząc nic, iż odmiana ta s nich pochodzi, a nie s czasu. A zasię przywodząc sobie na pamięć przeszłe roskoszy, przywodzą też i czas, ktorego to było, a zatvm gi chwalą jako barzo dobry, abowiem tak sie widzi, jakoby przychodząc on na myśl, przynosił s sobą wonią onego, co człowiek tegdy czuł smacznego. Jakoż wprawdzie serce nasze brzydzi sie i nienawidzi tych rzeczy wszytkich, które były snami w nieszczęściu naszym, a w tych sie kocha, które były przy nas czasu fortunnego. Owo dom, w którym człowiek miłował kiedy, barzo gi rad widzi, chociaż tam już i tego pana nie będzie, po kim znał łaskę. Takież i pierścionek, abo jakążkolwiek iną rzecz, któraby mu sie zdała być świadkiem przeszłych jego roskoszy. A zasię na drugą stronę barze nierad człowiek patrzy na zamek, chocia dobrze budowany, w którym bvł kiedy więźniem, abo na szatę, w której był ranion. A znalem jednego, co z rostruchanika (iż raz s niego wypił syrop) żadną miarą pić nie mogł, abowiem, jako on dom, abo pierścionek przywodzi na myśl to, co tak barzo miło wspominać, a nie inaczej sie człowiekowi widzi, jedno jakoby takowe rzeczy były na on czas jedną częścią jego roskoszy; tak zasię zamek, abo szata kładzie przed oczy on nieszczęsny czas, więzienia, abo rany, za czym człowiek wezdrgnąć sie musi, jakoby tedyż zaś przyść nań to miało. Taż przyczyna ja wierzę przywodzi nasze starce ktemu, iż przeszłe czasy chwalą, a teraźniejsze ganią; więc jako o inych rzeczach, tak i o dworzech starych mówią, powiedając tamte, które oni pomnią, nierówno czystsze mnóstwem osobnych ludzi być, niż te dzisiejsze: wnet s królem Aleksandrem, abo s królem Ludwikiem Węgierskim na plac, za tych powiedają był świat, była miłość, była zgoda, rzadko słyszeć było, by kto kogo zabił, by kto kogo podszedł, by kto kogo zdradził, ale panowała wiara, statek, uprzejmość, bespieczen był jeden od drugiego, były dobre obyczaje, powaga, uczciwość na dworze, jako w twardym jakim klasztorze. Boże uchowaj, by był miał jeden drugiemu w on czas co przykrego powiedzieć, abo jako najmniej nieuczciwie zachować sie przeciwko białejgłowie. A teraz wszytko opak, bo nie telko miedzy dworzany - prawi - braterska miłość zgasła, i ono porządne, z dobremi obyczajmi życie, ale iż nigdziej więcej zazdrości, złości, rospusty, wszeteczności, zdrady, obłudności i wszelakiej wymyślonej niecnoty nie najdzie, jako na dworzech.

Ganią też zasię i ubior nasz dzisiejszy, powiedając, by krótki nieuczciwy, a długi zuchwały. Owa niemasz nic, coby chwalili. Jakoż wprawdzie wiele jest rzeczy zganienia godnych, abowiem nic może tego żaden inaczej rzec, jedno iż miedzy nami siła jest złych a niecnotliwych ludzi, i teraźniejszy wiek daleko obfitszy jest niecnoty wszelakiej, niż on, który chwalą starcy; ale nie bacząc oni, czym sie to dzieje, wielkimi są w tej mierze prostakami, bo chcą, aby samo telko dobre bez niczego złego było na świecie, co być nijaksz niemoże. Abowiem, iż złe przeciwne jest dobremu, a dobre złemu poniewoli, a z musu, jedno drugie dla tej przeciwności przyrodzonej wspierać, a krzepczyć musi, a ilko ubywa, abo przybywa jednego, tylko wnet musi ubyć, abo przybyć drugiego, bo przeciwne sobie rzeczy, jedna bez drugiej stać nie może. Pewnie, kiedyby nie były krzywdy, niebyłoby na świecie sprawiedliwości, ani by było mężnych, by nie byli nieśmieli; ani powściągliwości, by nie była rospusta; ani zdrowia, by nie było choroby; ani prawdy, by kłamu nie było; ani szczęścia, by nie było nieszczęście. A przeto dobrze on mówi Socrates in Platonis Phaedone około roskoszy a boleści, iż one pospołu człowiekowi nigdy nie przychodzą, ale gdy człowiek jedno s tycli przyjmie, tedy i drugie poniewoli wziąć musi. I powiodą tam dalej Socrates, iż Ezop, by był miał na to oko, jako wiele inych baśni złożył, tak by też był tę jednę napisał około boleści, a roskoszy, iż, kiedy Bog tych dwu miedzy sobą nieprzyjaciół zjednać, a zjednoczyć nie mogł, że je spiął wirzchy do siebie tym sposobem, iżby tam, gdzie jest koniec jednego, był na tymże miejscu drugiego początek. Abowiem widzi to każdy, iż żadna lubość wdzięczna nie jest, jeśli jej nielubość nic uprzedzi. Komu może być miłe odpoczynienie, jeśli pirwej nie uczuł niewczasu z pracej. Komu smakować może jedzenie, picie, spanie, jeśli pirwej nie łaknął, nie pragnął, a sen go nie morzył. A przeto ja tak dzierżę, iż nie to było główne przed sie wzięcie natury, żeby ludzi, chorobam, niewczasom, i dolegliwościam poddała, (bo sie to s tym nie rymuje, aby ona, która jest matką wszytkiego dobra, miała sie na to radą i silą swą nasadzić, abyśmy my tak wiele złego mieli) ale co; w ten czas, kiedy natura szykowała nam zdrowie, pociechy i ine dobra, a posyłała to na świat, tegdy niewczasy, choroby i doległości werwały sie zaraz za nimi, jako i oto to, kiedy ona człowieka tworzyła, potrzeba tego było, żeby ten domek, głowa nasza, w której subtylna rzecz, rozum człowieczy chować sie miał, cienkimi a drobnemi kostkami okryła była; patrzmyż, jaki wnet niepożytek za tym pożytkiem przyszedł. Żadna rzecz tak źle obwarowana nie jest przeciwko razowi a uderzeniu, jako głowa. Tymże też sposobem, gdy cnoty weszły na świat za łaską a dobrocią natury, zaraz też złości dla onej przeciwności spiętej musiały im pomocz towarzystwa, a s nimi pospołu nastać, tak iż zawdy, gdy przybędzie, abo ubędzie jednego, nic może to inaczej być, jedno, iż takież musi przybyć abo ubyć drugiego. Otoż naszy starcy, kiedy chwalą dwory stare, powiedając, iż ludzie na nich nie byli tak występni, jako na tych teraźniejszych, nie baczą tego, iż też wiele osobnych cnot, wiele godności na ten czas nie było, które w ludziech są teraz, czego wszytkiego nie jest dziw, abowiem z najlepszego, z najsłodszego wina, gdyjp na ocet obrócisz, najkwaśniejszy, najmocniejszy ocet będzie. A przeto, iż teraz rodzą sie ludzie z więtszym nierówno dowcipem, niż sie na on czas rodzili, więc kto sie do cnot obróci, zostawi daleko na zad one, które starcy chwalą; a kto sie też uda do niecnoty, będzie w niej nierówno znaczniejszy, niż który z dawnych łotrów. Niechaj że tedy ci starcy tamtych swoich nie chwalą stad iż nieumiejąc źle czynić, nie czynili, bo chociaż mało złego broili jednak jako najgorzej mogli, a umieli, tak czynili. A iż onego czasu ludzie byli daleko niniejszego dowcipu, niż teraz, to łatwie każdy poznać może s tych rzeczy, które nam zostawili, jako s pisma ich, z budowania, i z inych wszytkich rzeczy. Ganią jeszcze ci starcy w nas wiele rzeczy, ktore nie są ani złe, ani dobre, jedno, iż ich oni w młodości nie czynili, jako ubierać sie ciepło młodemu; jeździe na wozie, nosić łóżko s sobą,cowszytkonic nie wadzi, zwłaszcza, kiedy jest pokój. Bo okrom pożytku i wczasu, który jest s tego, już to tak w obyczaj weszło, iż tego nikt nie gani, jako nie ganiono za starych, kiedy kto chodził bez ubrania, włosy utrafione rospuściwszy, a s krogulcem cały dzień, więcej dla stroju, niż dla potrzeby, co w on czas było barzo dobrze, a teraz barzoby sie s tego śmiano. A przeto niechaj nam też będzie wolno zażyć obyczajów naszego wieku, a starzy niechaj nam dadzą pokój, którzy częstokroć chcąc sie chwalić, powiedają tak: Mnie już było dwadzieścia lat, a jeszczem od matki ani od sióstr nie był odłączon, a potym do wielu lat niewiedziałem, co jest femina; a teraz chłopięta, dziecka, ledwe s powicia wyszły, a już wiedzą więcej łotrostwa, niż na on czas ludzie stali wiedzieli. I nie baczą sie w tym, iż mówiąc tak, pokazują na oko więtszy być domysł u naszych dzieci, niż był u ich starych. A tak niechaj nie szemrzą przeciwko naszym czasom, iż w nich jest pełno łotrostwa, co gdzieby to chciał kto wykorzenić, musiałby też wyniszczyć zaraz i cnoty, a niechaj na to pomnią, iż za onych dawnych, dawnych osobnych ludzi, kiedy ono świat tak sie był wyniosł rozumy nad ludzki rozum bystremi, iż też wyszej być nie mogło, byli też nader niecnotliwi ludzie, którzy, by byli do tego czasu żywi, takby byli złością nasze złe ludzi przeszli, jako cnotą, dzielnością cnotliwe a godne przechodzą, czego pełne są historye. Ale mam za to, że sie już tym starym dosyć odpowiedziało, chociaż troszkę szyrokiemi słowy, a wszakoż nie barzo od rzeczy.

A gdyż sie to pokazało, iż one dawne dwory nie telko nie mają mc nad te teraźniejsze, ale są daleko podlejsze zwłaszcza sztychując je z dworem pana naszego, zacznie sie znowu rozmowa około Dworzanina.

Gdy było nazajutrz po obiedzie, ksiądz Biskup dla spraw krola J. M. musiał na pokój odyść; ale niż odszedł, zasadził miejsce swe tak, Jako przed tym panem Lubelskim, którego wszytkim jako siebie słuchać roskazał. Zeszło sie było ku tej rozmowie cos więcej niż przedtym dworzan i inych zacnych ludzi, s których każdy chciał wiedzieć to, co wczora pan Kryski mówił; co gdy im powiedano tak. Jako kto pomniał, jedni chwalili jedno, drudzy drugie, a trzeci słysząc tak wiele rzeczy, które pan Kryski dworzaninowi umieć każe, i jakim chce, aby sie urodził, powiedali tak, iż nie jest rzecz można, aby kto na świecie tak doskonały naleść sie mógł. A przeto uczyć tego, czego człowiek umieć nie może, jest to - prawi - robota daremna. Byli zasię niektórzy tak baczni, którzy dawając na przykład Platona, Xenophonta, Cicerona, iż jeden doskonałą Rzeczpospolitą wypisał, drugi doskonałego krola, trzeci doskonałego wymowcę, omawiali pana Kryskiego, jako tego, który też doskonałego Dworzanina wymalować chciał, choć rozumiał, iż taki żaden być nie mógł, ale ktoby tego był najbliższy, ten aby był mian za najlepszego; jako gdy strzelcy z rusznic do tarczej strzelają, kiedy żaden w prawy pośrzodek, gdzie gwoźdź jest, nie trefi, kto najbliżej gwoździa ugodzi, ten najlepszy klenot bierze. I u zawodu kto nie może być pirwszym, wiele ma przed trzeciem, gdy wtorym przybieży. Po tym tedy krótkim poswarku, gdy pan Lubelski milczenie kazał, powiedział pan Lupa w te słowa: Panie Myszkowski, wielka to jest rzecz, którą na w. m. włożono: to ktemu, iż każdy kto tu w tym kole nadziewa sie usłyszeć co osobnego, w czym aby sie nie zawiódł, jest o czym starać sie w. m.

Tu nie czekając, aby pan Myszkowski odpowiedział, rzekł tak pan Bojanowski: Mnie sie to rzecz wielka nie zda, abowiem kto co umie, już na to sposobny jest, i wie kiedy i jako czo czynić przystoi.

Na to pan Myszkowski tak odpowiedział: I tak panie Bojanowski zda sie to w m. małe brzemię, które jest na mię włożone; to jest pokazać gdzie, kiedy i jakim kształtem dworzanin godności swej użyć ma.

Powiedział pan Bojanowski: Iście, że sie mnie rzecz to wielka nic widzi; owa na to wszytko dosyć tak powiedzieć, aby Dworzanin rozsądku, a baczenia był dobrego, jako wczora pan Kryski powiedział, co, kiedy będzie, jak tak dzierżę, iż bez inych rcgułek użyć będzie mógł godności swych Dworzanin, i na czas i dobrze, bo chcieć to wszytko zebrać, jako na nić, a subtylnie namniejszej rzeczy zmacać, zda mi się, że to jest rzecz i trudna i podobno niepotrzebna; abowiem nierozumiem, aby kto mógł być takim mózgowcem, żeby chciał na ten czas, gdy drudzy śpiewają, szermować, abo po ulicy chodząc tańcować po włosku, chociażby też to barzo dobrze umiał, abo mając cieszyć smętną matkę, której by syn umarł, popisowałby sie na ten czas żarty a trefnością: iście, że żaden baczny człowiek tego sie błazeństwa nie dopuści.

Powiedział pan Myszkowski: Z grubym a ze znacznym błazeństwem wyjechałeś tu w. m. na plac, jakoby nie mógł jeden głupie począć sobie, mimo tę taką widomą prostotę: a za w. m. niewiesz, iź obłędy nie są wszytki jednakie, może to być, iż sie strzyma człowiek tego szaleństwa jasnego, jako to, o którym w. m. powiedasz, iż nie będzie tańcował po ulicy, a tego sie nie strzyma, aby sam siebie nie chwalił bezpotrzebnie a od rzeczy, abo iżby sobie w czym wszetecznie nie począł, abo iżby czasem nie powiedział jakiego słówka, rzkomo barzo trefnie, ano iż nic na czas, żaden sie onemu nie rozśmieje. Jakoż te głupie postępki częstokroć bywają czymsi pokryte, iż ich ten sam nie obaczy, kogo uwiodą, jeśli sie im z wielką, pilnością nie przypatrzy. A co rozum człowieczy, a rozsądek dla wiela przyczyn nie dobrze dojrzy, to dopiero, kiedy wstąpi w nas chciwość zbytnia czestki prawic nic nie widzi, bo każdy rad sie s tym popisuje, co rozumie o sobie, iżby umiał, mało sie o tym pytając, takli jest, czyli nie, jako o sobie rozumie. A tak mając sie w tym Dworzanin dobrze sprawować, potrzeba mu najwięcej jakiejś rostropności i baczenia, czo przed czym obrać, przy czym przestać, czego zaniechać; co jest mniejszego, co więtszcgo w rzeczach tych, których przybyć, abo ubyć może, iżby znał, czo jest na czas, a co nie. Otoż chocia Dworzanin będzie tak dobrego baczenia, iż pozna jaka miedzy czym jest rozność, jednak nie może to być, aby mu nie łatwiej przyszło dojść tego, czego pragnie, kiedy mu sie jaką regułką oczy otworzą, a droga sie pokaże, i miejsca, na których szańcować sie będzie miał, niż, gdyby sie wszytko tak nie dzieląc na rozsądek a baczenie jego puściło. Rzecz tedy pana Kryskiego wczorajsza, mądra, szyroka, i dostateczna około tego, co ma mieć i umieć Dworzanin, uczyniła we mnie wielką bojaźń i wątpienie, abym temu, co na mię J. M. pan Lubelski włożyć raczył, tak zdołać mógł, jako wczora pan Kryski swemu zdołał, to jest, aby sie uszom w. ni. uczonym dosyć sstało; ale wdy abym jako mogąc uczcsnikiem był chwały pana Kryskiego, ktemu chcąc być pewien, iż w tym acz nic źle sobie nie pocznę, kiedy sie w niczym jemu nie sprzeciwię; tedy tak około ślachectwa, jako dowcipu, urody, wdzięczności i inych przymiotów, które Dworzaninowi pan Kryski naznaczył, na wszytko zezwalam, a tego dokładam, iż ku nabyciu prawdziwej chwały i dobrego mniemania u każdego, a łaski u tego pana na czyim dworze będzie, potrzeba tego Dworzaninowi, aby siebie sam, obyczaje swe, i żywot umiarkować, i w pewną rezę wstawić umiał, a użyć mógł na dworze tych darów, które mieć będzie bez zawiści: co jako jest rzecz trudna, stąd to znać możemy, iż rzadki kto ku tej doskonałości przyszedł kiedy, bo poprawdzie s przyrodzenia to ma każdy człowiek, iż radniej pogani, gdy co źle, niż pochwali, gdy co dobrze; a jest w drugich jakaś złość przyrodzona, iż chocia znają jawnie, że to jest dobre, czo widzą, jednak sadzą sie gwałtem na to, aby w tym tak kąkol naleźli, abo co podobnego do kąkolu. A przeto Dworzanin niechaj będzie w tym, czo pocznie, ostrożny, w mowie i w uczynku rostropny, niechaj sie nie telko o to stara, aby jego godność i przymioty były osobne, ale też, aby sposób życia jego zgadzał sie z godnością, aby zawdy był jednaki, a we wszytkich rzeczach nie był nigdy od siebie rozny.

Lecz s tych wszytkich swych godności i przymiotów niechaj uczyni jedne massę, tak, iżby każda sprawa jego pachnęła wszytkimi cnotami, jako Stoikowie powiedają, iż mądremu to należy. Aczkolwiek w każdym uczynku jest jedna główna cnota, wszakoż tak sie s sobą wszytki cnoty poplotły, że ich rozerwać trudno, i tak splecione ku jednemu końcu bieżą, a do każdej gruntownej sprawy wszytki sie zgodzić mogą. A tak trzeba, aby ich Dworzanin umiał użyć, bo iż cnoty zdadzą sie czasem jakoby miedzy sobą były przeciwne, kiedy je pospołu, jako na sztychu postawi, jedna drugą zdobić będzie; jako dobry malarz cieniem wysadzi rzecz i uczyni ją oblą, a jasnością poda na dalą, na głębią, zniży, skróci podług potrzeby; owa kładzieniem roznych farb Jednej rzeczy drugą wspiera. I umiejąc, a wiedząc, gdzie co przeciwko czemu położyć, to, co chce, oczom ludzkim ukaże. Stądże owo jest, iż sie nam s podziwieniem podoba mąż zawołany, kiedy układnie a skromnie we wszytkim poczyna sobie; więc ilko ono męstwo zda sie więtsze, kiedy skromność jest przy nim; tylko też zasię skromność przy onej sierdzitości, sile, a męstwie, dobrze sie więtsza widzi, niżby tak sama była. A przeto, kto mało mówi, a wiele czyni, nie chwaląc sie sam z uczynku chwalebnego, i owszem składając s siebie, a czemu inemu przypisując, rzecz pewna, iż ta i druga cnota jaśniejsza sie w nim pokaże, zwłaszcza kto w tym będzie bacznie postępował. Toż też rozumiem i o inych wszytkich przymiociech a godnościach człowieczych, iż jedna drugą wieldze ozdobić może.

Chcę tedy, aby Dworzanin nasz, gdy cośkolwiek czynić, abo mówić będzie, miał zawdy w pamięci niektóre regułki, które i na każdą rzecz sie zgodzą, i zamykają na krotce w sobie, to wszytko, co mnie powiedzieć należy.

A pirwsza jest i najpotrzebniejsza, aby sie strzegł nad wszytko (jako pan Kryski wczora często przypominał) wydwarzania. Potym, aby obaczył i uważył dobrze u siebie, co to jest za rzecz, którą czynić, abo o której mowić ma. Zasię na którym miejscu, więc przed kim, którego czasu, przyczynę, dla której ją czyni, lata swe, zawołanie, koniec, ku któremu zmierza, i te rzeczy, przez które ma przyść ku niemu. Otoż s takową przestrogą niechaj sie stosuje bacznie ku temu wszytkiemu, czo mowić abo czynić umyślił. Powiedziawszy to pan Myszkowski zamilkł troszkę.

W tym pan Kostka tak powiedział: Te regułki w. m. zda mi sie, iż nie wiele komu pomogą, a ja jeden tak wiele teraz wiem, jako i pirwej, niżem je słyszał.

Odpowiedział pan Myszkowski: Jeśli w. m. dobrze pomnisz, pan Kryski wczora powiedział, iż główne zawołanie Dworzaninowe być ma rycerskie rzemięsło, i szyroce dosyć o tym mówił, jako mu sie w tym sprawować trzeba: tego już powtarzać nie będę, a wszakoż ta, ktorąm ja naukę abo regułkę dał, zydzie sie też, widzi mi sie, tu do tego, a to tak: Gdy Dworzaninowi przydzie być w potrzebie, abo w jakiej utarzsce, ma sie o to bacznie starać, aby sie jakokolwiek wyłęczył od zgraje, iżby w co najmniejszym poczcie ludzi męstwo a przeważność swą pokazał, a na oczach co najzacniejszych ludzi, a możeli być samego tego krola, abo pana, któremu służyć będzie; bo po prawdzie przystoi to człowiekowi umieć użyć godności swej. l tak rozumiem, iż jako to sprosna rzecz jest, chcieć mieć daremną, a prozną, gdy jej kto nie zasłużył, sławę, tak też zasię nie przystoi odyjmować ją sobie, będąc jej godzien, abo nie starać sie o nie tyle, ile ze wstydem człowiek starać sie może, gdyż ta jest sama prawdziwą zapłatą spraw poczciwych. Otoż mieć w tym baczenie, a wiedzieć gdzie, i o co wdać sie w niebespieczeństwo, wiele na tym należy. Bo drugi, czując sie być mężem, będzie takim prostakiem, iż garło swe zawiesi na nitce tak w ten czas, kiedy jedzie w picowanie, abo gdy nieprzyjacielowi kilka koni odgromić chce, jako też, kiedyby sie przed wszytkim ufcm potykać miał. Czego Dworzanin baczny nic uczyni, jeśli będzie pomniał przyczynę, dla której w pole wyciągnął, a przyczyna niema być ina jeno sama telko sława. Gdy mu sie też trefi w gończej, abo w kolczej, abo w turnieju być, pomniąc na którym miejscu jest, i przed kim sie popisuje, winien sie starać, aby nietelko był strojne, ale też i warowno, a gdzieby mu czego niedostawało, aby radniej zaniechał wszytkiego, niźli by miał w czym źle począć sobie, bo wymówki niemasz dworzaninowi, gdyż to jest jego zawołanie. A przeto koń aby był piękny i dobry, rząd źrzetelny, świetny, barwy te, które pospołu na ubiór złoży, aby sie s sobą dobrze zgadzały; wechterowie aby trefnie ubrani byli; na helmie swym iżby co miał osobnego. Owa, aby tak przyjechał na plac, jakoby w podziwieniu był u wszytkich, i ciągnął tak ludzkie oczy ku sobie, jako ciągnie magnes kamień żelazo. Ku temu też i to przyłożę, aby ostatnim na plac nie przyjeżdżał, bo pospolicie ludzie pilniej patrzą na pirwsze, ktorzy wyjadą niż na ostatnie, iż człowiek będąc s przodku chciwy, aby wiedział co osobnego, baczy i bierze sobie w głowę rzecz najmniejszą; potym, gdy tego tak wiele widzi, nietelko hnet tego syt, ale sie też prosto by jaką robotą spracuje.

Zasię gdy Dworzaninowi do rozmowy przydzie, iżby pomniał s kim czo mówić ma, aby z uczonym o księgach, a z żołnierzem o wojnie rzecz prowadził, a jeśli mu siebie samego w czym spomnieć przydzie, tedy s taką przestrogą, jakoby sie nie zdało, iż sie chlubić chce, ale iż tak s trefunku w powieści to przyszło, jako wczora o tym dobrze pan Kryski powiedział. Nie tak jako on dobry pan, panie Kostka, o którymem niedawno w. m, powiedał iż nalazł sobie rozmowę z jedną zacna białągłową, której pirwej jako żyw nieznał, i począł powiedać, jako wiele głów zabił, jako jest mężny i sierdziły, jako s każdą bronią dobrze umie, nakoniec nie odszedł od niej, aż ją począł sztuk uczyć, puginała dobywszy; niebożątko białagłowa była ten czas wszytek jako na skrzypcu, bojąc sie, aby jej też tak nie zabił, jako którego z onych, o których jej powiedał. A prawda, panie Kostka, iż wdy te regułki moje nauczyć czego mogą. Pewnie ten dobry pan, by był pomniał, s kim mowi, nie dopuścił by sie był tego błazeństwa. A tak, jakom powiedział, Dworzanin na najmniejszą rzecz patrzyć ma. To też ktemu, aby pomniał przed kim sie s czym popisuje, i z jakim towarzystwem, bo bym ja niechciał, aby miedzy chłopstwem siadał, a tam to pokazował, co umie, abo sie s nimi kosztował o płatną.

Tu rzekł tak pan Bojanowski: Musielibyśmy my Polacy szermować nigdy nic umieć, byśmy w Witemberku s kusznierzmi szermować nie mieli; zda mi się, iż tę rzecz w. m. subtylnie wyciągasz, bo tam więc w szermierstwie nie idzie o ślachectwo, ale kto duższy, kto czerstwiejszy a więcej umie; a siła, moc, czerstwość, a umiejętność może być tak wielka w chłopie, jako we mnie; więc, kiedy mię ubije szermując, abo pochodzi w zapasy, nie już ja ślachectwo stracę, a on go dostanie, ale, abo mu więtszą moc ludzie niż mnie przypiszą, abo umiejętność, a w tym jednak pokaże sie we mnie nie hrde serce, iż z nierównym sobie skosztować-em sie nie sromał, co ludzie s podziwieniem za dobre mają.

Nie owszejki ja też tego, panie Bojanowski, zakazuję (odpowiedział pan Myszkowski), ale tak bych chciał, iżby ślachcic poczcił tym nieślachcica, nie, iżby prawie już o płatną, kto ma wziąć wieniec, pójść to miało. A ktemu chcę, aby ślachcic był napoły wyoranej pewien, bo jeśli inaczej, nie radzę, aby sie kusił, bo to jakoś nie przystoi zawołaniu ślacheckiemu aby chłop miał w czym nad nim mieć górę. A tak mnie by sie zdało, aby zgrai acz nic zaniechał tego ślachcic, bo w tej mierze z wygrania cześć mała, a s przegrania siłna sromota. Są też i ine zabawy dworskie, ale tyeh wszytkich dworzanin (okrom które do rycerskiego rzemięsła należą) używać będzie jako nie swego dzieła, pokazując sie być nikąska niechciwym, aby go s tych fraszek, iż je dobrze czyni, chwalono; a wszakoż, gdy kczemu przydzie, niechaj znać będzie, iż dobrze umie, ale iż w tym nic abo barzo mało ćwiczyć sie może. Nie jako jeden mój dobry przyjaciel, który, iż sie zbytnie w muzyce kocha, kiedy s kim mówi, a iż w mowie trefi sie jakie pomilczenie, to hnet pocichu imuje sie śpiewać; a drugiego znam, który, iż kęs po włosku tańcować umie, i tedy i owedy, idąc po ulicy nieznacznie poskakuje; tenże też bo sie i szermować uczył, na potkaniu s towarzyszem, chocia tam ten niewie, czo sztuka, hnet stanąwszy w kroku, pokazuje, jakoby miał odbić, i potym ciąć na nieprzyjaciela.

Tu pan Bojanowski powiedział: Trefniej jeszcze czyni jeden pan, co go wszyscy w. m. znacie, który, iż łuk duży ciągnie i nieźle strzela, każdego, kto jedno w dom do niego przyjedzie, chocia czasem zdechlina drugi będzie, pyta jeśliby z nim z łuku strzelać chciał; nakoniec, gdy troszkę dobrej myśli, tak długo prosi, tak długo usiłuje, iż, by kto jako żyw łuku w ręku niemiał, musi jemu kwoli strzelać.

Powiedział zasię pan Myszkowski: Siła u nas takich, co nic lepiej nie umieją, jako simulare cupressum, i jął prowadzić dalej rzecz swoję. Do tychże też dworskich zabaw należy i taniec, a na to Dworzanin ma też mieć pilne oko, aby, gdy mu przed panem swym przy zgrai zacnych ludzi tańcować przydzie, umiał zachować statek, powagę przystojną i miarę, to jest, iżby ani szalenie nazbyt, a ze zbytnią chęcią, ani też z wymyśloną powagą czasu tamtemu nieprzystojną tańcował. Cudzoziemskich tańców, zwłaszcza w których czerstwości potrzeba, zda mi sie aby ich przed panem swym zaniechał, chyba abo z roskazania jego, a ktemu w towarzystwie, abo w maszkarach; tam w ten czas zejdzie sie wszytko, a może pokazać dworzanin i czerstwość swą i umiejętność. Gdzie by mu też przyszło być w małym towarzystwie, a w równym, nie miedzy chasą, tam i okrom maszkary tańcować rozmaicie, i troszkę bespieczniej poczynać sobie nic nie zawadzi. A nie telko tańcować, ale i śpiewać, grać na lutni nie sromota, zwłaszcza będąc o to proszony, a wszakże tak, aby sie nie zdało, iż sie w tym zbytnie ćwiczy, ale iż to ma sobie jako za jedno igrzysko, o które nic, abo dba mało, acz tak we wszytkich inych rzeczach pokazować ma. Więc gdy będzie dobrze to czynił, stokroć jeszcze więcej ludzie ważyć ono sobie będą. A jako temu przystoi lutnię wziąć w rękę, gdy o to jest proszony, tak zaś owemu barzo nie przystoi, który przyszedszy gdzie miedzy ludzie, zwłaszcza jeśli jeszcze nieznajome, nie dadząc sie barzo raczyć, hnet wszytko pokaże, co umie, a czasem i to, czego nie umie. Za czym pomyśli drugi sobie, iż nic była ina przyczyna jego tam przyścia, jedno ta, żeby sie s tym popisał. A przeto w tym i w każdej inej rzeczy trzeba, aby Dworzanin był ostrożny i baczny, bo trudno tu wypisać wszytko to, co mu sie trefić może. Ale gdy będzie dobrym uznawcą, to czasu, to miejsca, to ludzi tych, s ktoremi będzie, a nad wszytko sam siebie, jakiego jest zawołania, jakich lat, trudno kiedy ma, w czym zbłędzić. Abowiem leciwemu człowiekowi, któremu szedziwy włos, drżące ręce, zmarski na twarzy, siedzieć spokojem, a paciorki piać każą, grać na lutni, abo śpiewać barzo nie przystoi, zwłaszcza iż więc w piosnkach więcej niż czego zawadza sie miłości, a miłość staremu jako przywoita, zna to każdy. Acz to bezecne dziecię czasem kusi sie i o starego, a ciało ozięble, ledwe nie skrzepłe, zagrzać i ożywić chce na złość latom.

Nie odejmuj w. m. muzyki starym, rzekł pan Bojanowski, bo ja znam kilku starych, którzy pięknie śpiewają i nie dadzą w tym żadnemu młodemu naprzód.

Nie biorę ja tego starym, rzekł pan Myszkowski, ale niechcę, aby sie s nich ludzie śmiali; w gmachu swym, gdzie nikt nie słyszy, tam starzec, aby frasunki swe a nędzę tego świata wybił z głowy, a słodkości onej niebieskiej zażył, którą w muzyce Pytagoras i Socrates być rozumieli, śpiewać abo grać może. A chociaż by też już tego nie czynił, tedy dla onego zwyczaju, który wziąl w muzyce, nierówno jej z więtszym smakiem słuchać może, niż ten, który muzyki nie świadom, abowiem jako kowal, chocia w czym inym słaby, tedy rękę dla onego zwyczaju, iż robi młotem, duższą i czerstwiejszą nierówno ma, niż drugi człowiek, syc mocny, jedno iż pracować ręki swej nie zwyczaił; tak też te uszy, które przywykły melodyej, lepiej ją znają, z więtszą roskoszą przyjmują i subtylniej rozeznać ją mogą, niż drugiego, ktory sie w muzyce nie ćwiczył, u którego dźwięk, tak jako przydzie, tak odejdzie bez smaku. Aczkolwiek i źwirzęta czują roskosz z muzyki. Takowa tedy roskosz s samego słuchania muzyki przystojna jest starym ludziom. Toż rozumiem i o tańcu, aby mu stary dał pokój, owa wszytkich roskoszy człowiek potahły pirwej zaniechać ma, niźli go one prze starość zaniechać a opuścić mają.

Tu powiedział pan Lupa: Toćby nalepiej wyrugowsć od wszytkiego stare, a powiedzieć, iż dworzaninem być nie zejdzie sie, jedno młodemu.

Odpowiedział pan Myszkowski: A widzisz w. m. panie Lupa, iż ci starzy, którzy sie w takowych zabawach kochają, chcą to pokazać, iż nie są starzy i dla tego więc owo farbują sobie brodę, abo w czapecce chodzą, aby siwiznę zakryli, ano ta szedziwość wola na nic, aby zabawam tym, które młodem ludziom należą, dali pokój, bo są ine zabawy przystojne człowiekowi staremu.

Rzekł pan Lupa: A cóż to za zabawy, to podobno, aby stary młodym bajał.

Odpowiedział pan Myszkowski: Ba i to sie zejdzie. Ale każdy wiek człowieczy kładąc w nasze głowę ine a ine myśli, przynosi s sobą i to co chwalić, i to co ganić może. Jako starzy, iż pospolicie są mędrszy niż młodzi, powściągliwszy, dalej patrzą rozumem: więc też zasię leda co czasem mówią, by sie jedno mówiło; są skąpi, trudni, nieużyci, bojaźliwi, skrzętni, dziwacy na syny, frasunk zawdy w domu, a łajanie, bo wszytko chczą, aby po ich woli szło. A młody człowiek zasię śmielszy, hojniejszy, szczyrszy. Ale hnet sie zwadzi, uieustawiczny, prędko sie jednego rozmiłuje i zasię zaraz go opuści; na biesiadę, na roskosz chciwy; nieprzyjaciel wnet temu, kto go s czego upomina. Owa wiek stały, a stateczny, to jest najlepszy, iż człowiek już one dymy młode z głowy sobie wyraził, i to, co jest złego w młodości zagubił, a starość też surowa ze swemi złemi przymioty nie przystępiła. Ale ci, którzy me są w tym pośrodku, mają sie o to starać, aby niedostatki przyrodzone, które lata przynoszą, ku dobremu nakierowali. Jako starzy ci niechaj sie strzegą zbytniej chluby a powiedania o sobie i inych przywar, którem ich własne wyliczył, ale niechaj umieją użyć mądrości swej, biegłości, wiadomości wiela rzeczy, której za laty i doświadszeniem dostali, aby sie do nich, jako do bogów jakich o radę ubiegano, ktemu, aby to, co wiedzą, ze smakiem powiedać umieli a k rzeczy, słodząc onę powagę swą, ktorą im szedziwość daje, stateczną trefnością, jako to widzimy wszytcy być w panu Janie grabi s Tarnowa Kasztellanie Krakowskim, ktory do wysokich cnót swych, do doskonałej mądrości, do wielkiej sprawy, do gruntownej dzielności w rzeczach wojennych, jakowa w żadnym Polaku za ludzkiej pamięci nie była, do powagi przystojnej osobie swej przyłączył i to, iż go s słodkiej powieści jego każdemu miło słuchać. Toć to zabawy są ludzi szedziwych, temu oni okrom tańcu, okrom muzyki dobrze stać mogą. Młodzi ludzie takież niechaj tegoż baczenia będą; nie mówię, aby sie tymże kształtem jako i starzy sprawowali, bo co sie jednemu żydzie, to drugiemu barzo nie przystoi, i jest owo przypowieść, kto z młodu nie wyszaleje, musi na starość. Ale iżby tłumili w sobie zbytki, młodemu przyrodzone. Jakoż mnie sie barzo podoba pachołek młody, zwłaszcza ten, co sie para rycerskim rzemięsłem, ktory owo ma w sobie coś troszkę powagi, a gdy do czynienia przydzie, iż nie wiele mówi, abowiem zda sie, iż takowy ma coś przed drugimi młodemi. Nad to jeszcze, iż sie wnet na takiego oglądają, i pomyśli drugi sobie, źle s tym kuńsztować, nic masz tu płochej a bystrej zapalczywości, ale stateczna sierdzitość, którą rozum a baczenie wzbudza i rządzi. I takoważ też sierdzitość (bo zawdy z wielkiego serca roście) najduje sie w źwirzętach ślachetniejszycb, jako we lwie, w orle. Ani to jest bez przyczyny, bo takowe rozgniewanie, które bez wiela słów jakoby niespodziewane, zaraz tak wszytką siłą, jako kula z działa wypada, nierówno gwałtowniejsze jest, niźli to, które sie z nienagła zapala. Przeto owi, co sie miecą, łają, wyzywają, grożą przed bitwą, pospolicie hnet złożą i oslabieją, gdy ku rzeczy przydzie, nic inaczej, jedno jako ów pies, którego z łańcucha spuszcza, bo sie wymoże, wysili w onym miotaniu, w onym targaniu, iż nic ognia w nim nie zostanie. A jeszcze bych przyrównał takowe ludzi do owych pacholąt, które w nocy po ulicy idąc śpiewają, bo im owo nic z wesela przychodzi, ale iż sie boją, więc czynią tym sobie dobre serce. A tak, jako w młodym pachołku chwalą ludzie stateczność a postanowienie, bo sie zda, iż już one dymy młode, ona płochość w nim ustała; tak zasię każdemu sie podoba ów starzec żywy, który sie krzepczy więcej sam sobą, a sercem dobrym, niżli, aby mu ciało mdłe co mocy przydawać miało. A tą rzeczą zda sie być w onym pośrzednim wieku, który zgrzybiałości (iż tak mam rzec) nie doszedł, a młodość nazad zostawił, jaki czas powiedają ludzie być najlepszy. Ktemu może o takim człowiecze to rozumieć, iż młode lata swe nic rospustnie strawił, abowiem kto w młodości powścięgliwie żywie, ten miewa starość nie zemdlałą. Ałc jeszcze nie dosyć na tym wszytkim, czom wyliczył dworzaninowi ku nabyciu łaski tego pana, któremu służyć będzie, i zjednaniu sobie miłości u wszytkich, jeśli w spolnym życiu a w towarzystwie nie będzie miał tych przysmaków, tej przyjemności, iżby do niego jeden przed drugim ubiegał. A w tym trudno podać naukę, którą dla rożnych rzeczy, roznych trafunkow, ktore w życiu przypadają, ktemu, iż każdy człowiek inakszy jest, bo pary ludzi jednakich głów, którzy by we wszytkim byli sobie podobni, nie najdzie ich na świecie. A przeto, kto chce ujść dobrze miedzy tak wielem ludzi, i udać sie za jednego z nich, potrzeba mu swego własnego a dobrego baczenia i rozsądku; a znając co w kim jest, czym ten od tego rozny, aby sie też i on odmieniał na czas, według przyrodzenia tych, miedzy któremi żyć będzie. Toć ja więcej dać na rozum nie umiem, ani inych regułek wiem, okrom tych, którem już wyliczył.

Rzekł tu J. M. pan Lubelski: Mym zdaniem zdzierasz sie W. M. panie Myszkowski s pracej, nie iżbyś w. m. niemiał co powiedać. Ale, iż ja tu s poruczenia J. M. księdza Biskupa mam zwirzchność, roskazuję to w. m. abyś w. m. tak długo mówił o tejże rzeczy, aż do tego czasu, jako pan Kryski wczora.

Ja dalej nic mam co mówić, odpowiedział pan Myszkowski.

Rzekł zasię pan Lubelski: Niewiem, byś to w. m. drugi raz, rozmyśliwszy sie powiedzieć mógł. Więc w. m. tak słabo o swym rozumie dzierżysz, iżbyś niemiał móc godzinę i kilka o którejkolwiek chocia błahej rzeczy mówić; a byli ludzie, jako w. m. wiesz, którzy leda co wziąwszy przed się, dobrze o tym mówić i pisać umieli; był jeden, który chwaląc muchę, księgę napisał, drugi chwalił quartanę febrę, trzeci łysinę; więc i morowego powietrza chwała jest na piśmie, jest węgorzowa, jest mozdzyrzowa i inych chwastów. Owa ci o ledaczym mówić dobrze i szyroko mogli, a w. m. o rzeczy, w której jest placu dosyć, mówić nie będziesz umiał?

Odpowiedział pan Myszkowski: Nie kładę sie ja s tymi tam równo, wielkie to głowy były, ale gdyż nie może inaczej być, będę ja już poty mowił, póki mi w. m. każesz, tego wierę niewiem, będzieli dobrze. Towarzystwo miedzy Dworzaninem a panem zda sie jakoby żadną miarą być nie mogło; to dla tego, iż sobie są nierówni. Ale jednak tak sie to porówna, kiedy dworzanin będzie zawdy na to pomniał, iż on jest sługa, a pan panem, ktemu, iż pana swego prawdziwie miłować i we czci jako ziemskiego boga mieć, będzie, wszytek sie stosując ktemu obyczajmi, sposobem życia, chęcią szczyrą, aby mu sie co najwięcej podobał, abowiem po tych godnościach naznaczonych, które dworzanin w sobie być pokaże, to Jest rzecz najczelniejsza.

Tu pan Lupa powiedział: Takowych dworzan dziś, panie Myszkowski, barzo wiele, boś tu w. m. na krotce, a właśnie pochlebcę chytrego wymalował.

Odpowiedział pan Myszkowski: I owszem, daleko taki będzie od pochlebce, bo pochlebca ani pana swego, ani przyjaciela nie miłuje. A Dworzanin, jakom powiedział, to ma mieć nad wszytko, aby miłując pana swego, wolej jego i roskazaniu dosyć czynił, co może czyście być bez pochlebstwa. Bo ja rozumiem w rzeczach przystojnych a poczciwych, abo które nie są, ani złe w sobie, ani dobre, jako jest gra, abo obieranie sie w jednej rzeczy, barziej niż w drugiej, w czym chcę, aby sie stosował dworzanin (chocia by go też s przyrodzenia ta tam rzecz mierziała) ku pańskiej wolej, iżby widząc go pan, zawdy tak mnimał, że mu coś wdzięcznego powiedzieć chce. A ku temu tak przydzie, kiedy będzie miał w sobie to baczenie, ten dowcip, że pozna, co sie panu podoba i czym wniść w łaskę jego może; a sam na sobie to przemoże, iż sie będzie kochał panu kwoli w tej rzeczy, ktora by go snadź s przyrodzenia mierziala. Już tu przydzie zostawić złą myśl doma, a przed panem z wesołą twarzą stawać, nie pochmurno, ani niemo, jako więc owo drudzy, s których twarzy to znać, że sie na pana gniewają, co jest rzecz barzo sprosna. Ktemu niechaj nie będzie dworzanin obmowcą złościwym, zwłaszcza o panie o swym, jakoż to na dworze pospolita, iż ci, którym pan najwięcej uczynił dobrego, które s ciemności na światło, z błota na susze wyrwał i uczynił pany, najbarziej sie więc na pana skarzą i najgorzej o nim mówią, a to jest rzecz barzo nieprzystojna nietelko tym, którzy dobrodziejstwo od pana wzięli, ale i tym, którychby kiedy co nietrefnego od pana potkało. Nad to mój Dworzanin niechaj nie będzie wszeteczny, niechaj nowinek nic nosi, niechaj ostrożnie mowi, aby miasto zatrefnowania nie obraził, abo chcąc k smaku co powiedzieć, aby nie trefił w bolące miejsce. Zasie niech nie będzie ociętny, sporny, swarliwy, jako niektórzy, co sobie żadnej rzeczy barziej nie upodobali, jako sie ludziom przykrzyć, prosto by muchy lecie, a niechaj kto jako chce jasną prawdę powie, tedy oni każdemu spór trzymają, a przeciwko prawdzie mówią; ktemu niechaj dworzanin leda czego nic mówi, niechaj sobie proznej sławy nic czyni, niech sie nie chwali, prawda w uściech niechaj zawdy będzie, nie kłam, ani pochlebstwo. Niechaj w nim znaczna będzie skromność, statek, a powaga nic brzydka, pana zawdy mając w takowej uczciwości, jako przystoi. Nie tak, jako więc owo drugi, co sobie poczyna s panem jako z bratem; abo ów, który na potkaniu z jakim wielkim wojewodą, by z nim jedno raz jako żyw mówił, hnet k niemu bieży wszetecznie, z dziwnemi śmieszki i wda sie w rzecz, jako s tym, s kim by żył za jednego. Abo nigdy, abo barzo rzadko sam za sobą pana ni ocz niechaj nie prosi, aby pan, niechcąc jego tym obrazić, kiedyby dla niego nie uczynił, nic musiał czasem z niechęcią tego pozwolić, o co by go on prosił. A kiedy też przez kogo inego pana prosić umyśli, tedy będzie miał oko na czas, którego ma prosić, więc o rzeczy słuszne i przystojne prosić będzie, odjąwszy od prośby od swej to, coby pana obrazić mogło, ktemu ułatwiwszy wszytko, aby pan bez trudności żadnej mógł ono uczynić; co kiedy będzie, nigdy sie pan nie wymówi, a jeśli sie wymówi kiedy, tedy jednak nie będzie rozumiał, żeby sługa tym sie obrazić miał. Abowiem panowie wielekroć, gdy czego dla kogo na wielką, a z usiłowaniem prośbę nie uczynią, rozumiejąc, iż tamten tak barzo tego pragnąc, a nie mogąc ktemu przyść, musiał sie obrazić poczynają więc od niego stronić, aż ku temu przydzie, iż im takowy człowiek na wieki obrzydnie. Nad to jeszcze dworzanin niechaj sie na pokój pański, nie wezwanym będąc, nigdy nie ciśnie, chociażby też był dobrze wziętym u pana; bo panowie na pokoju chcą też mieć tę wolność mówić i czynić, co sie im podoba, czego niechcą, aby ten słyszał, abo widział, kto to rozbierać u siebie, a one posądzać może. A przeto złe to każdy czyni, kto gani stąd pany, iż pospolicie biorą do komory ludzie, którzy nic inego nie umieją, jedno dobrze służyć; bo niewiem, czemu panom nie ma to być wolno, co nam chudym, to jest, aby w komorze mówili i to i owo dla krotochwile. A tak Dworzanin, gdy mu przydzie być na pokoju s panem, jeśli inego czasu i na inym miejscu sprawował rzeczy poważne a potrzebne, tedy sie już tam nie zyda, ale je ma odłożyć na iny czas i miejsce, a w ten czas niechaj tym bawi pana, czym by sie ucieszyć pan mógł, aby mu nie przekaził onej ochłody, dla której odszedł na pokój. Ale i w tym, jako i w każdej inej rzeczy, najwięcej sie o to ma starać, aby panu nie obrzydł. Łaskawej twarzy pańskiej i wszelakiego inego pokazu łaski, niechaj zbytnie a jawnie nic łapa, jako drudzy są tego tak chciwi, iż, gdzieby tego nie znali, zda sie im, jakoby wnet mieli umrzeć. Więc kiedy kąszczek w czym niełaskę baczą, abo iż kogo inego przed sobą widzą być w łasce, to; sie tak barzo gryzą, iż żadną miarą onej zadrości pokryć nie mogą. Skąd to więc bywa, iż sie z nich ludzie śmieją, i panowie czasem na złość im leda komu laskę pokazują. A jeśli zasię są w wielkiej lasce, to sie nią tak barzo upiją, iż nie wiedzą, co czynią przed radością; chcieliby zezwać wszytkiego świata, aby sie im podziwował i poradował, iż ku temu przyszli, co im jest wielką nowiną. Takowym niechaj nie będzie nasz Dworzanin; acz łaskę pańską i wszelaki jej pokaz, chcę, aby sobie ważył, ale nic tak barzo, iżby sie tez bez tego obejść nie mógł. Więc, kiedy będzie łaskę znał, niechaj nie pokazuje, iż mu to w dziw a wielka nowina; ani tey. laską niech nie gardzi, jako niektórzy, co z głupstwa puszczając wszytko mimo sie dają tak znać ludziom, że onego, czym ich panowie czczą, znają sie być niegodnemi.

Ale kiedy go pan czym poczci, niechaj sie jakoby troszkę zbrania, pokazując, iż to za wielką rzecz u siebie poczyta, czym go pan nadarzyć a ozdobić chce, aby pan tym usilniej i z więtszą chęcią konał ono. Abowiem im sie tego człowiek więcej zbrania, tym barziej pokazuje, jako to zna, iż go sobiepan wieldze waży; i ktemu też łaska ona tym sie więtsza widzi, im ją sobie człowiek barziej droży, i ku więtszej czci swojej być ją rozumie. Toć taka gruntowna łaska wziętym jednego hnet uczyni, bo iż jej człowiek nic zbytnie biega, każdy rozumie, iż roście za cnotą, zwłaszcza kiedy kto ku temu jeszcze jest skromnym. Kto sie z w. m. temu przypatrzył kiedy owo kto wszetecznie wda sie w rzecz s swym panem, jako pan, abo mu nic mu na jego słowa odpowie, abo jeśli odpowie, tedy s kwaśną postawą, a barzo nierad. A przeto, kto chce znać łaskę pańską niemasz lepszej i bliższej drogi, jako ją zasłużyć i być jej godzien; bo to ostatnia, kiedy kto widząc towarzysza swego dla jakiej rzeczy być w łasce, chce tymże strychem jako on iść, i przyść ku takiemuż miejscu. Omyli to barzo prętko, bo nic wszytkim jedno przystoi ; będzie drugi człowiek tak trefny s przyrodzenia, iż co jedno rzecze, to sie wnet jest śmiać czemu, prosto by sie miał na to telko samo urodzić. Drugi zasię, komu to nie przystoi, a iż ma coś poważnego w sobie, niechaj będzie jako chce mądry, żadną miarą tak w to nie trefi; i owszem chcąc zatrefnować, barzo rychło tym sie ohydzi, a prosto tak mu to będzie przystało, jako onemu osłowi, który s panem tak chciał igrać, jako piesek.

Przeto potrzeba, aby siebie sam człowiek dobrze znal i swoje siłę, a ku temu dopiero, żeby sie stosował, obaczając, czemu sprostać, a czemu nie sprostać może.

Niż w. m. panie Myszkowski dalej zajedzie, powiedział pan Lupa, chce mi sie tu w. m. troszkę zabawić.

Jeślim ja dobrze wyrozumiał, powiedziałeś tak w. m., kto chce mieć łaskę pańską, trzeba, żeby ją zasłużył i był jej godzien, a iżby czekał tego radniej, kiedy mu ją pan ,s swej chęci pokaże, niż jej ma sam wszetecznie łapać. Mnie sie nauka ta w. m. nie podoba, bo wszytko widzę u dworu inaczej, wszeteczcństwo płuży, a skromność za głupstwo mają. Nakoniec doznałeś tego w. m. sam, iż niektórzy u naszych panów będąc pirwej w małej cenie, wszetecznością potym ku wielkiej łasce przyszli. Skromnego a statecznego nigdym ja w łasce nie widział; jeśli w. m. którego pomnisz, proszę namień mi go w. m.

Odpowiedział pan Myszkowski: Nie wszytkoć też to wszeteczność która sie w. m. wszetecznością widzi, ma drugi w sobie bespieczeństwo jakieś szczyre a otworzyste, nie patrząc barzo na ceremonie i powiedają tak ci, którzy bywali we Francyej, iżeśmy mv Polacy Francuzom w tym, abo oni nam, barzo podobni, bo też oni s pany swemi obchodzą sie wielką swobodą. A też u nas, jeśli kto wychodzi w tym bcspieczeństwie z miary, prawda iż panowie radzi sie wiec s takiemi w rzecz wdają; ale przedsię skromny a godny człowiek ma wszędy przodek. Ktemu nic jednych obyczajów są wszytcy panowie, i nie możemy im tego słusznie przypisać, iżeby sie we wszetecznikach wszytcy kochać mieli. Znam ja te pany, którzy na wszetecznego i patrzyć nie mogą, a skromnego, miernego barzo miłują. A to przy tym, że ja tu samej gołej skromności nie kładę ale z godnością pospołu złączoną, bo to oboje czyni człowieka wzietego i wdzięcznego u ludzi. Niepotrzeba skromnego, aby o sobie wiele wolał, godność a sprawy jego poczciwe te zań będą mówić, te same będą go chwalić, i nierówno pokażą sie więtsze i chwalebniejsze, kiedy wszeteczność przy nich nie będzie. Ale jednak i w tym, jako w każdej inej rzeczy miary potrzeba, bo kiedy też kto nazbyt stateczny a skromny, hnet go abo za hardego, abo za głupiego mieć będą. Dworzanin nasz, kiedy mu z rzeczy przydzie, a czas jest po temu, niechaj ucieszyć mową, zwłaszcza w rzeczach mniejszych, i o wszytkim gładce i dobrze mówić umie; a kiedy też zasię w poważnych rzeczach, niechaj mądrze a rostropnie rzecz prowadzi, stosując sie zawdy ku obyczajom tych ludzi, miedzy ktoremi żyć będzie. Ale nad wszytko potrzeba, aby był dobrym, cnotliwym człowiekiem, a swe sprawy wszytki aby kierował ku dobremu; niechaj nie będzie zawisny; niech ni o kim źle nie mówi; niechaj sobie łotrostwem a niecnotą łaski pańskiej nie jedna.

Pan Lupa tak zasię powiedział: Pewnie tak Dworzanin ten nie wskura, bo dziś rychlej jeden niecnotą, niż cnotą uroście.

Odpowiedział pan Myszkowski: Nie mów tego w. m., abowiem tym sposobem musieliby tego wieku wszytcy panowie źli być, co ich Jest na świecie, czego uchowaj Boże. Wiele jest dobrych, świętych panów, którzy cnotę miłują. Ale gdzieby Dworzanin za swym nieszczęściem na złego a niepobożnego pana trefił, hnet, skoro to pozna, ma odstać od niego, to dla tego, aby sie nie zdał być pochwalcą złych rzeczy, a ktemu chceli ujść tej napaści, tej męki, którą cnotliwi ludzie cirpią, służąc złym panom.

Powiedział pan Lupa: Trzeba pana Boga o to prosić, aby nam dobre cnotliwe pany dawał, bo kiedy go więc dostanie człowiek, już takiego, jaki jest, cirpieć musi. Ślachcic poczciwy, kiedy sie już zawiedzie, a przystanie, wiele rzeczy jest, które go na onym miejscu zatrzymywać będą. Owa dworzanin jest w tej mierze jako ów ptaszek, który sie w głodnym kraju wylągnie, bo chociaby sie indziej zaleciawszy mógł mieć lepiej, jednak miejsca nie odmienia, a trwa tam, gdzie sie urodził.

Mnie sie tak widzi, odpowiedział pan Myszkowski, iż człowiek więcej sie ma oglądać na swoje powinność, niż na wszytki tamte przyczyny, któreby go zatrzymać mogły. Zgoła by jedno nie na wojnie, abo nie czasu inej gwałtownej potrzeby, abo nieszczęścia pana swego, pod który czas dworzanin bez obrazy sławy swej odjechać nie może; tedy zawdy inedy nie telko wolno, ale powinien zaniechać sługa złego pana, to dla tego, aby miedzy dobremi ujść mógł bez uszczypku; bo nie darmo mówią: Jaki pan, taki kram. A zwłaszcza jeszcze, kiedy to pokaże, iż ina przyczyna nic była jego odstania, jedno niepobożność pańska.

A o tym, co w. m. rozumiesz, panie Myszkowski (rzekł pan Bojanowski): Przystoili ślachcicowi tego pana, któremu służy, we wszytkim słuchać, zleli, dobrzeli, poczciwieli, abo nie poczciwie; owa ufając mnie pan i rozumiejąc, że dla niego wszytko uczynię, roskaże mi, abych zabił kogo jemu kwoli, mamli ja to uczynić, czy nie.

Odpowiedział pan Myszkowski: Masz w. m. panie Bojanowski i każdy poczciwy człowiek pana swego w tych rzeczach słuchać, które jemu są poczciwe i pożyteczne, nie w tych, które są niecześciwe i szkodliwe. Roskazałby mnie pan mój, abym zdradził, nie telko nie powinien tego uczynić, alem powinien nie uczynić i sam dla siebie, i prze to, abym nie był przyczyną, lekkości pana swego.

Acz poprawdzie wiele jest rzeczy, które tak na pirwszym poźrzeniu zdadzą sie dobre, a są złe; drugie zasię zdadzą sie złe, a są dobre. A przeto bywają te czasy, kiedy dla pana swego nie telko jednę osobę, ale wiele tysięcy zabić przystoi; takież i ine rzeczy czynić, które mogłyby sie jednemu s przykra na nie wejźrzawszy zdać złe, a wdy złe nie będą.

Powiedział pan Bojanowski zasię: Tegoż bym ja rad słuchał, abyś mnie w. m. nauczył, jako rozeznać rzecz, która jest prawdziwie dobra w sobie, od tej, która sie telko tak widzi.

Odpowiedział pan Myszkowski: Odpuść mi w. m. niechcę zabrnąć tak głęboko, długiego czasu trzeba na taką rozmowę; na baczenie w. m. to puszczam.

Rzekł pan Bojanowski: Więc mi to acz nic w. m. powiedz. Gdyby mnie pan mój poruczył jaką sprawę, i powiedział wszytek sposób i kształt, jakobych w tym postępić miał, a ja będąc w tym punkcie, widziałbych, iż mogę panu lepiej posłużyć, gdziebym nieco od jego roskazania odstąpił, mamli ja przedsię tak czynić, jako pan roskazał, nie odstrzelając sie nic od jego nauki, czyli uczynić tak, jako mi sie lepiej widzi.

Odpowiedział pan Myszkowski: Jest w tej mierze dekret Manlia Torquata, który dla utwirdzenia hetmańskiej władzej i regimentu, a iżby pohamował w ludziech swą wolą, zwyciężył w tym sam siebie i przyrodzenie, a roskazał o nieposłuszeństwo syna własnego zabić. Jakoż wprawdzie rzecz jest barzo niebespieczna, wykroczyć z roskazania pańskiego, bo w tym człowiek pokazuje, iż więcej ufa swej głowie, niż onego rozumowi, kogo słusznie słuchać miał. Więc, kiedy sie człowiek w tej mierze na swym mnimaniu omyli, a iż mu sie tak nie zdarzy, jako sie nadziewał, ale opak, to już pirwsza wina, iż niebył posłuszny pańskiego roskazania, druga wina, iż skaził a wywrócił ono, co miał uczynić bez żadnej wymówki, za co karanie nieodpuszczone zasłużył. Jeśli też zasię dobrze sie zdarzy, tedy szczęściu za to dziękować przydzie. Ale przed sie niemasz co chwalić, bo to w obyczaj wchodzi lekce sobie ważyć roskazanie przełożonych swoich, a iż sie jednemu poszczęści, który podobno dobrze wszytko uważywszy, rostropnie począł sobie i szczęście mu też ktemu pomogło, więc drugi, trzeci, dwudziesty prostak będzie sie też chciał tego w rzeczach wielkich poważyć, aby jedno okazał rozum swój a władza, i uczyni wszytko podług swej myśli, s czego potym wiele sie złego urodzi. A tak to moja rada, aby człowiek pirwej dobrze to uważył u siebie, co więtszego jest, jeśli pożytek z rzeczy tej (zdarzyli się), którą, inaczej, niż pan kazał, uczynić ma, czy szkoda, gdy sie nie poszczęści; bo jeśliby sie wielki pożytek pokazował za zdarzeniem, a szkoda maluczka za niezdarzeniem, tam sie może ważyć jeden występić nieco z naznaczonego od pana kresu, naśladując w tym swego chytrego gracza, który kopę na sto złotych waży. Ale jeśliby widział, iż z jego nieposłuszeństwa a wykroczenia s kresu szkoda, wielka za niezdarzeniem, a pożytek barzo mały za poszczęścieniem przyść by miał, tam nie radzę namniej odstępować od pańskiego roskazania, bo jako to nie prostak, kto kopą chce wygrać sto złotych, tak to zasię wielki głupiec, kto sto złotych na kopę waży. Lecz i w tym to jest nad wszytko, aby znał przyrodzenie tego pana, któremu służy, i podług sie tego sprawował, abowiem jeśliby pan był surowy a swej myśli, nigdy inaczej nie radzę, jedno słuchać do namniejszego punktu jego roskazania, aby mu sie tak mc stało, jak owemu architektonowi atenieńskiemu, któremu P. Crassus Mutianus będąc hetmanem w Azyej, a mając dobywać miasta Leucas, roskazał, aby mu posłał jeden ze dwu masztów, co więtszy, który widział, będąc w Atenach, iżby mógł z niego uczynić taran do tłuczenia muru. Architecton, będąc w tym barzo biegły, widział, iż ten maszt więtszy nie mógł sie tak dobrze na tę rzecz zgodzić, na którą Crassus chciał, jako mniejszy, ktemu też, iż mniejszy łatwi był ku przesłaniu, posłał nad wolę i roskazanie Crassowe mniejszy. Co gdy obaczył Crassus, kazał do siebie przyjechać onemu budownikowi i pytał go, czemuby w tym posłuszny być niechciał; on nieborak, jako umiał, wymawiał sie, okazując, iż ten mniejszy maszt był sposobniejszy na takową potrzebę, niż więtszy. Ale mu ta wymówka ani dowody nie szły; roskazał gi Crassus merskać u pręgi, aż do śmierci, dokładając tego, iż po bacznym - prawi - roskazaniu nic, kiedy ci, którzy słucliać mają, miasto posłuszeństwa radzić chcą. Przeto ludzi takowych roskazanie trzeba sobie wieldze ważyć.

Ale gdyż sie to już odprawiło, co spólnego ma sługa s panem, jako sie w tym sługa sprawować ma, o towarzystwie miedzy rownemi, abo mało co nierównemi mówić przydzie, bo tego wszyscy społem używamy, a s panem nie tak często wdać sie jeden może; aczci poprawdzie najdzie drugiego, tak mądrego, co sie nie będzie chciał z nikim wdawać, jedno wszytko s pany; gdzie go zaźrzy, na zamku, w kościele, abo gdzie najwiętsza zgraja, to wnet do niego popędzi; to s nim jako z rodzonym w gadki; a choć nie będzie miał żadnej sprawki, przedsię sobie najdzie leda o czym rzecz długą, a postawą, twarzą, rozkładaniem rąk będzie pokazował, jako wielkie rzeczy na jego głowie zawisły. A gdy mu sie pana dostać nie będzie mogło, to do tego pobieży, kto będzie w lepszej sukni, zaniechawszy by najwiętszego swego przyjaciela. A jeśli jeszcze kto drugi ubrańszy przydzie, to mu wnet od onego być u tego drugiego, aby to jedno dał znać, iż nie może, jedno s panięty. Ale kiedy Jego M. niechce tej powagi złożyć s siebie, aby sie też s chudemi wdawał, a zdamy mu sie niegodni jego towarzystwa, przydzie nam też zaniechać Jego miłości, a o tak sprosnych jego obyczajach nie mówić.

Gdyżeś w. m. spomniał, rzekł tu pan Kostka, te, którzy za suknią a kosztowniejszym ubiorem chodzą, zwyczajem onego lewka p. Pępowskicgo, proszę, powiedz nam W. m. jako sie dworzanin ubierać ma, a który ubiór jemu jest najprzystojniejszy; owa około wszelakiego ochędostwa daj nam w. m. swoje naukę, bo dziś u nas tak wiele jest strojów, iż im liczby niemasz. To po włosku, to po iszpańsku, po brunszwisku, po usarsku, dwojako, staro i nowo, po kozacku, po tatarsku, po turecku drudzy: i drugie stroje są, których ja nieznam zaprawdę. Więc jedni golą brody a z wąsy chodzą, drudzy strzygą brody po czesku, trzeci przystrzygają po iszpańsku. I około wąsa zaś jest rozność, bo go drudzy na dół głaszczą, a drudzy wzgórę jeżą. Jeśli zaś kto nic brody nie ustrzyga, i do tego najdują winę, we zbroi powiedają barzo s nią źle. Radbym ja wdy wiedział, co tu najlepszego.

Odpowiedział pan Myszkowski: Zaprawdę trudno około tego dać pewną naukę; podobnoby nie źle, aby dworzanin z więcej ludźmi przestawał; ale iż tych strojów, jako to sami widzimy, jest tak wiele, że nie wiedzieć jakiego stroju więcej, zwłaszcza żeśmy my Polacy do cudzoziemskich ubiorów zbytnie chciwi, ja mniemam, że każdemu wolno nosić sie, jako raczy, gdyż tego prawo pospolite pohamować nie chce. Lecz ja nic wiem ku dobremuli to, czy ku złemu, iż my Polacy nie mamy swego własnego ubioru; acz podobno musiał być pirwej, ale nam omierzł, jakeśmy sie nowinek chycili. Otóż, chocia sie ochopnie nam teraz sprosne widzą, jednak pachną ona przystojną, a świętą polską swobodą, która była ze zdrowiem Rzeczypospolitej, jako dzisiejsze nowe stroje są świetne, zuchwalstwem rospustnym które jest ze złym, a uchowaj Boże, aby nic s przyszłą niewolą polską. Mamy w historyach, kiedy Darius rok przed tym, niż potkę miał z wielkim Alexandrem, krolem macedońskim, szablę swoje persiańską dał oprawić po macedońsku. Księża jego, pogańscy wieszczkowie, tak to wykładali, iż na jakiego narodu kształt a strój dał przerobić swoje szablę, ten naród miał Persom roskazować. Takież i Węgrzy, gdy sie tureckich strojów jęli, zginęli. I w Polszcze u nas ta rozliczność strojów, wie to Bóg, jeśli co dobrego przyniesie. A mieliby wszyscy ci Polskę szarpać, których strojów używamy, niewiem jakoby jej co zostało. Przeto Pana Boga trzeba prosić, aby, jako rożne stroje, tak też i dziwne dumy w ludziech naszych ustały. Wracając sie tedy zasię do rzeczy, tak powiedam około stroju, aby dworzanin nic sie wdy od zwyczaju nie odstrzelał, ani inaczej chodził, niż jest jego zawołanie. Jeśli usarzem będzie, aby owych przywiętszych, tak kolnierzów jako ostrog (chocia tam w tym niewiem jakiś pożytek najdują) zaniechał, bo może być kształtowny usarz, bez Nazbyt. Takież też, kto sie we wloszczyznie kocha, niechaj zbytnie krotką sukienkę, sajan przed sobą nie zawarty zarzuci, a imie sie co najuczciwiej i najstateczniej chodzić, jakoż to tak usarzowi, jako i Włochowi przystoi. Świetno bywało pirwej, teraz niewiem czemu czerń sie zagęściła, dobrzeby, aby i ta czerń żałobna maść znak płaczu zginęła, zwłaszcza ku potrzebie tam wesoła a świetna barwa tak na zbroi, jako pod tarczą barziej przystoi. Takież też w turnieju, w gonitwie, w maszkarach świetne a dobrze łączone barwy mają w sobie gracyą i przynoszą przed oczy ludzkie coś żywego a wesołego. Ale okrom tego czasu nie zda mi się, aby dworzanin miał sie pstrzyć zbytnie, bo jakom pirwej powiedział, przystoi mu barziej statek, i ludzie więc pospolicie, s tych zwirzchnich rzeczy sądzą o tym, co jest wnątrz, i na toć owo u nas rzeczone: Jako cię widzą, tako cie piszą. Abo jako też owo mówią: Szalony strój, szalona głowa.

Powiedział na to pan Wapowski: Mnie sie to widzi mało potrzebna, mieć na to oko, bo kiedy dworzanin w czym inym będzie osobny, ubiór mu nic nie przyda, ani ujmie.

Odpowiedział pan Myszkowski: Prawdę w. m. mówisz, ale wdy, kiedy by kto sobie ze czterech abo s pięci barw pospołu dał suknię uczynić, a jeśli jeszcze ktemu i czapkę, i przyszedł by tu miedzy nas, prawda, żeby każdy z nas sobie pomyślił, co to za gąska. A tak trzeba tak na to, jako na każdą iną rzecz mieć bystre oko, aby człowiek uważył pirwej n siebie, będzieli sie to podobało ludziom, albo nie, co począć ma. Ale to najpotrzebniejsza w ubierze, aby dworzanin był ochędożny, a snażny; wszakoż, aby nie było białejgłowy ochędostwo, ale męszczyźńskie, a ktemu, aby nie w jednej rzeczy był telko ocbędożny, a w drugiej nie, ale we wszytkim jednako; bo najdzie drugiego, który wygoliwszy a wysmuknąwszy sobie czuprynę, już zaniedba i zapomni wszytkiego inego. Drugi zasię, kiedy sobie uczesze brodę, zda sie sobie barzo strojny, a drugi, mając botki gładko na nodze, nie dba ni ocz więcej. Są, też ci, którzy sie jedno o głowę starają, aby bieretek był s ferety, s piękną zaponą i s pióry barw rozmaitych; więc to, w czym są takowi ochędożni, zda sie nie ich, ale pożyczane, a ono wszytko ine, co ledajako na nich leży, to dopiero widzi sie być ich własne. Otóż sie tego głupstwa dworzanin nasz niedopuści, ale za jakiego sie będzie chciał udać, takiego stroju trzymać sie będzie, aby i ci, którzy go nieznają, z ubioru jego wnet na pirwszym weźrzeniu mieli go za takiego, za jakiego sie mieć sam chce, chociażby jeszcze nic ani skutkiem, ani mową nic począł sobie.

Zda mi sie, że nie przystoi (rzekł zasię pan Wapowski) i nie czyni tego żaden, kto ma baczenie, aży z ubioro miał sędzić, a nie s praw, abo z mowy, co sie w człowieka wlewa, bo by sie każdy na tym barzo omylił, i nie darmo jest ona przepowieść: Nie każdy pan, co w bławacie.

Nie powiedam ja, odpowiedział pan Myszkowski, abyśmy s tej jednej rzeczy telko człowieka szacować mieli, abo iżby nie pewniej jeden sędzić o drugim mógł, co sie weń wlewa, patrząc na sprawy, słysząc rozmowę, niż patrząc na szaty, abo na ubiór jego, ale to mówię, iż i ubiór daje niepomału znać, co w kim wre, acz to czasem omyla. A nie telko ubiór, ale postępki, obyczaje (odłożywszy mowę i uczynki na stronę) odkrywają człowieka, jaki jest w sobie.

Niewiem ja, co to w. m. najdujesz (powiedział pan Wapowski) mimo uczynki a słowa, s czegoby jeden drugiego człowiek osędzić mógł; a zaprawdę, radbym ja wiedział, co to jest takiego.

Odpowiedział pan Myszkowski: Nazbyt to w. m. subtylnie chcesz rzeczy rozbierać. Tak ja to rozumiem, iż są dwojakie sprawy a uczynki człowiecze, jedne są, w których jest skutek, jako w budowaniu, w pisaniu i w inych temu podobnych; a drugie są, w których sie nic nie zawięzuje, a o tych ja teraz mówię, i tych skutecznymi uczynki nic zowę,jako jest chodzenie, śmiech, pochutnywanie sobą, abo co takiego; s tych tedy rzeczy wielekroć człowiek pozna, co sie wnątrz święci. Baczyłeś w. m. owego, któregom dziś trzeci dzień w. m. ukazował na wielkiej sieni, co owo pochutnywając sobie chodził, oględając sie to na te, to na owe stronę, a jakimsi jałowym śmiechem, powabiając, aby kto przed nim zjął czapkę; niewierzę temu, abyś go w. m, z owej postawy nie osądził, iż wielki prostak, lekki człowiek i sprosnie chłubliwy. Także też, kiedy owo, kto wytrzeszczywszy oczy patrza, jakoby sie zapomniał, abo sie tak z niczego śmieje, jako owi chłopi z wołami w górach do Włoch jadąc; chocia taki nic nie przemówi, jednak znać s postawy łeb barzo głupi. Widziszże w. m., iż te postępki i obyczaje, które ja nie mam za uczynki skuteczne, pokażą wnet człowieka, jaki jest w sobie. Ale to już niech ma swą drogę. Jest coś inego, co człowiekowi wiele przydać i ująć może dobrego mniemania i wziętości, a to jest zachowanie a spólna przyjaźń, s kim ją kto wiedzie, bo to rozum pokazuje, iż, jakowego kto sobie przyjaciela obrał, s kim za jednego żywie, takowy i sam być musi. Jeśli złego a nikczemnego; to i sam bez chyby jest taki; jeśli też zasię dobrego, bacznego, mądrego, rzecz pewna, że toż w nim musi sie najdować. Zawdy to tak ludzie s towarzystwa, jakiego sie kto trzyma, sądzili i sądzą, a jakowego jednego widzą, tak o drugim rozumieją. Bo każda rzecz do podobnej sobie rzeczy s przyrodzenia jakoby rada sie garnie. A przeto trzeba na to mieć pilne oko, s kim przyjaźń zacząć.

Rzekł tu pan Derśniak: I owszem, trzeba sie dobrze rozmyślić, s kim w tak gruntowną przyjaźń wstąpić, i w tym pęcie chodzie, nie telko dla tego, iż w tym należy człowiecze dobre, abo złe mniemanie, ale też, iż tego wieku barzo rzadki przyjaciel prawdziwy; bo jakoż pomarli Pylades, Orestes; Theseus, Pirithons; Scipio, Laelius; tak po tych trzech parach żadnej na świecie im równej pary nie słychać; i owszem niewielu za jakim nieszczęściem pospolicie sie trefia, że dwa, żywąc barzo długi czas w serdecznej, a w nierozdzielnej miłości s sobą, nakoniec jeden drugiego za leda przyczynę przez nogę przerzuci. Więc potym jeden na drugiego winę zgania, a podobno obadwa w tejże rzeczy nic prawi. A tak, iżem sie ja nie raz już na przyjacielu, któregom zbytnie miłował, i o kim tożem bez wątpienia rozumiał, omylił; przychodzi mi to często na myśl, iżby lepiej nie ufać nikomu na świecie, aby człowiek, otworzywszy przyjacielowi chocia barzo miłemu serce, umysł i tajemnice swe wszytki, nie był od niego tak przyrwan, jako owo od myśliwca żórawie siecią, gdyż w sercu człowieczym tak wiele chytrości skrytych jest, iż rozum żaden niemoźe być taki, któryby je wszytki obaczyć mógł. Dzierżę o tym, iż nieźle jest zachować sie i miłować jednego barziej niż drugiego, za godnością, abo uczynnością jego, ale iżby już prawie tak ufać tej przyjaźni, niechcę tego nikomu radzić, aby potym tak sie przyjaźnią nie ułowił, jako pokarmem ryba na wędzie.

Pan Myszkowski odpowiedział: Iście żeby na tym więtsza nierówno strata była, niż zysk, gdzieby doskonała przyjaźń miedzy ludźmi zginąć miała; abowiem (podług mego rozsądku) ta nam sama żywot ten nędzny nasz słodzi, za tą mamy, cokolwiek jest dobrego na świecie. A przeto ja sie w tym żadną miarą z w. miłością nie zgadzam, i owszem śmiałbych tak powiedzieć, i pokazać to na oko slusznemi dowody, iż, gdzieby doskonała przyjaźń miedzy ludźmi nic była, żebyśmy daleko mizerniejszymi byli, niż nieme zwierzęta; a jeśli kto psuje a burzy ten dar Boży, przyjaźń, złym używaniem, przedsię jednak nie mamy jej od siebie wydziedziczać, ani dla złych ludzi tego tak wielkiego błogosławieństwa dobrym odejmować. Nakoniec jestem ja tej wiary, że i tu miedzy nami jest para i druga przyjaciół, których przyjaźń bez żadnej zdrady, w jednakiej woli i w nierozdzielnej miłości trwać będzie aż do śmierci, tak dobrze jako onych starych, któreś tu w m. mianował, trwała. I podobno każdy tego dowiedzie, kto sobie równego w obyczajoch za przyjaciela weźmie, zwłaszcza jeśli jeszcze ktemu będą mieć co s przyrodzenia, abo z biegu nieba s sobą spólnego. A nad wszytko, gdy będą dobrzy, cnotliwi obadwa, bo miedzy ziemi ludźmi przyjaźń być nie może. Ale w tej sworce trudno ich więcej ma chodzić, jedno dwa dla zamotania i potym rozerwania; i ktemu rychlej sie dwa zgodzą, niż trzej, jako łatwiej na kobzie dwie strunie nastroić, niż trzy, żeby sie s sobą zgadzały. Przeto niechaj nasz Dworzanin ma jednego zwłasnego a serdecznego przyjaciela, takiego (możeli to być) jakom powiedział. A potym drugie wszytki aby czcił, ważył, miłował, podług każdego stanu, godności i zawołania; a iżby sie s tymi radniej wdawał, którzy są zacni, wzięci i dobrego mniemania u ludzi, niż z drugimi, którzyby tego wszytkiego nic mieli.

Ktemu będzieli chciał, aby go czczono i miłowano, potrzeba, aby też sam czcił i miłował; trzeba, aby był układnym, hojnym, ludzkim, przychylnym każdemu, wdzięcznym w rozmowie, uczynnym, pilnym w posłudze przyjacielskiej, omyślając cześć i pożytek przyjacielski tak, kiedy przyjaciel przy tym jest, jako też w niebytności jego. Jeśli też jaki przyrodzony a nieszkodliwy niedostatek w przyjacielu obaczy, aby gi cirpial radniej, niźliby leda o co miał sie z nim gryść. A sam też, kiedy go s czego upomioną, aby to w sobie pohamował. Niechaj sie nad nikogo nie przekłada; niechaj sie nie ubiega do wyższego miejsca; niech nie będzie skrzętny, niechaj mu nie leda co wadzi, jako są niektórzy tak przemierzli, co niechcą, jedno wszytko po swemu; nowy by jakiś światek stworzyć im trzeba, gdyż sie im wszytko to nie podoba, czego oni nie czynią, a zawdy przyczynę najdą, o co sie skarżyć na przyjaciela. Co jako obrzydła rzecz jest, każdy to baczy.

Iż tu był troszkę był odpoczynął pan Myszkowski, rzekł pan Kostka: Chciałbym, abyś w. m. nie tak zdaleka, a ogółem o tym towarzystwie, jakie z kim dworzanin wieść ma, mówił, ale z bliska i o każdej części osobno a dołożliwiej.

Odpowiedział pan Myszkowski: Niewiem jakoby dostateczniej to powiedzieć miał, bo to chyba, iżem nie powiedział, co s.kim dworzanin ma mówić, ale wszytko jest ine.

Rzekł zasię pan Kostka: Prawda, iżeś w. m. dosyć powiedział, a wszakoż chciałbych ja jeszcze słyszeć coś zwłasniejszego około zabaw dworskich, co i jako naleść, czym kogo zabawić, tak mężczyzny, jako i białogłowy, bo mi sie zda, kiedy by człowiek wszytko jednoż a jednoż prowadził, prędkoby sie to sprzykrzyło; a gdyż wszytek czas u dworu na zabawie sie trawi, zda mi sie to rzecz barzo potrzebna wiedzieć dworzaninowi, jako i czym kogo zabawić ma.

Mam ja za to, odpowiedział pan Myszkowski, iż gdy to wszytko dworzanin umieć będzie, co mu sie naznaczyło, łatwie odmieni i przystosuje sie do każdego przyrodzenia, zwłaszcza gdzie będzie miał dobre baczenie, którym sprawując sie podług czasu, a raz ku rzeczam statecznym, drugi raz ku biesiednym, ku krotochwili, ku grze myśl i chęć swą przykładając, dowiedzie tego, iż sie każdy ucieszy jego towarzystwem.

Powiedział na to pan Kostka: Cóż to za gry być mają, bo podobno niechcesz W. M., aby dworzanin grał karty abo kostki.

I owszem (powiedział pan Myszkowski) ja tego Dworzaninowi nie bronię, ale niechcę, aby tak w tym wszytek leżał, żeby ine sprawy potrzebniejsze dla kart mimo sio puszczał, abo iżby tcłko grał dla wygrania, używając fortylów nieprzystojnych. Podczas dla towarzystwa niechaj gra o małe i o wielkie pieniądze, a przegrywając niechaj sie nie miece, nie gniewa, nie łaje, nie drapie kart, kostek nie zarzuca, bo stąd ludzie skąpego a mizernego takiego być rozumieją. Jeśli też wygrywa, niechaj zaniecha żartów, śmiechów, zbytniego wesela, bo kiedy takim będzie, tedy, każdy patrząc na to, będzie o nim tak rozumiał, iż sobie lekce pieniądze waży.

Tu pan Kryski ścirpieć nie mógł, ale tak powiedział: Widzę, panie Myszkowski, iż tu w. m. moje frasowliwą grę strofujesz, i chcesz, aby ten frasunek ze skępstwa pochodził. Ja tak w. m. powiadam, iż, kto skąpy, ten grać nie pomyśla, a jeśli go kto kiedy,na to wyciągnie, tedy hnet, maluczką rzecz przegrawszy, przestanie, ale kto gra pieniądzom nie folgując, tam skępstwo żadną miarą, być nie może, co podobno w. m. w mojej grze baczysz. Lecz iż sie ja przegrawając frasuję, pochodzi to stąd, iż mniemam, aby sie to działo moją nieumiejętnością, nic nieszczęściem, gdyż szczęście we grze mało więcej, niż umiejętność włada. I nierad tego widzę, gdy w ten czas kto zamną stojąc w karty mi patrzy, nie dla wróżki, ale mnimam, iż z dawania karty ma sadzić o mym rozumie. Bo za tym więc owo idzie: By był tak dał, by był owak dał, tedyby był wygrał, czego ja nie telko s frasunkiem, ale i ze wstydem słucham. Abowiem jako w. m. wiesz, trudno to człowiekowi przewieść na sobie, aby drugiemu w rozumie miał puścić przodek.

Rzekł pan Myszkowski: Iście żeć-em teraz mówiąc o grze o w. m. nie myślił. Ale iż mi sie to podoba, kto nadobnie a bez frasunku gra, a ku swej myśli dworzanina, jakiegoś w. m. stworzył, ubrać mnie kazano; czynię temu dosyć, ile mogę.

Iż tu byl troszkę przestał pan Myszkowski, rzekł pan Kostka: A o szachach co w. m. rozumiesz?

Odpowiedział pan Myszkowski: Iście że jest czysta a rozumu bystrego zabawa, ale to mi sie do szachów niepodoba, iż nader wielka umiejętność w nie być może. Do czego kto chce przyść, musi siła pilności przyłożyć, barzo wiele czasu strawić, prosto jakoby sie też w zacnej jakiej nauce ćwiczył; a nakoniec, gdy sie najwięcej jeden nauczy, cóż umie? grę, i to jeszcze nie doskonale. A przeto ja tak rozumiem, iż szachy lepiej po przeckę umieć, niż być w nich wielkim mistrzem. Acz we wszytkich inych naukach i rzemięślech lepiej prześć miarę, a być miedzy osobnymi.

Powiedział tu pan Kostka: Moskwa snadż barzo sie w tym mało ćwiczy, a wżdy szachy nader dobrze umie, snadź i na pamięć je grawa w drodze jadąc.

Wierz mi, w. m., odpowiedział pan Myszkowski, że i Moskwie łatwie ta umiejętność nie przychodzi, chocia to oni pokrywają; bo kto chce w czym być osobny, musi sie długo i nader pilnie ćwiczyć. A co sie tycze owych drugich gier, mimo szachy, jakom ja więc tych ludzi widał wiele, co sie leda kuglarstwa uczyli dla tego telko, aby sie im dziwowano, nie rozumiem, aby takowe fraszki inej zapłaty były godne, jedno onej, jaką był dał Alexander wielki onemu chłopu, który granowitym grochem, co gi po łacinie cicer zową, z daleka dosyć ciskając na koniec igły utykał. Lecz na ten czas o tej grze dosyć, Podżmy do czego inego. Jako fortuna we wszytkich rzeczach na świecie włada, tak i w tym, iż jednemu dobre mnimanie umie uczynić, drugiemu złe. Trefia sie to u panów, iż przystanie czysty pachołek z wielkiemi godnościami, z osobnymi przymioty i wdzięcznością, a zaraz pan do niego ni s tego, ni z owego chęci nic będzie miał, więc chocia będzie trefnym, skorym na odpowiedź, bacznym, rostropnym, tak w mowie jako i we wszytkich inych sprawach i postępkach, jednak to będzie znać, iż u pana w lekkiej jest cenie; nakoniec jeszcze czyni mu pan jaki kus a znak niełaski. Co bacząc drudzy, zwłaszcza, iż u wszytkich będzie nieznajomy, hnet każdy patrząc na pana, a stosując sie ku jego wolej, lekce go sobie pocznie ważyć; nie rośmieje sie żaden, gdy on zatrefnuje; nie pójdą w posłuch jego słowa, i owszem będą wszyscy s niego dworować, szydzić, ani mu nieborakowi pomoże to, iż sie będzie trefnie odgryzał, ani to, iż w kunszt wszytko będzie obracał, jako poczną, tak go będą sobie podawać, nosić, piastować, aż do pacholąt przydzie. Owa by był najgodniejszym na świecie człowiekiem, tedy mu sie zmylą szyki. A zasię kiedy pan patrzy zdrowym okiem na kogo, niechaj będzie, jako nikczemny chce, tedy, co jedno pocznie, każdy chwali, każdy wynosi aż do nieba. Już takiego wszytek dwór czcić i ważyć będzie, a chocia leda co powie chłopską a gruba, trefnością, jako kijem w błoto, przedsię mu sie wszyscy śmieją. Tak wiele może to mnimanie, które dwór o kim za początkiem a znakiem łaski abo niełaski pańskiej weźmie. A przeto tak by mi sie zdało, aby w tym dworzanin mimo godność, która w nim być ma, posłużył sobie ile może rozumem, a to tak, iż gdy będzie miał przyjechać na czyj dwór, tam gdzieby go nikt nie znal, aby sie starał pilnie, żeby jego przyjazd, dobra o nim sława i mniemanie uprzedziło; niechajby to tam pirwej ku wiadomości przyszło, iż on, gdzie sie kolwiek chował, wszędzie był człowiekiem wziętym i w wielkiej powadze; abowiem tej takiej sławie, która ma wiele świadków, hnet ludzie wierzą, mając za to, iż nie z niczego roście, ale z godności onego, o kim jest. I potym, gdy przyjedzie na dwór człowiek takowy, równą rzeczą, maluczkim postępkiem ono mnimanie dobre o sobie, które już było ludzie kn przychylności sposobiło, zadzierży i dalej je poprze. A to ktemu jeszcze w zysku będzie miał, iż go nie będą pytać, ktoś w. m., jako w. m. mam zwać, co więc bywa barzo przykro.

Rzekł tu pan Bojanowski: Niewiem jako to pomoc dworzaninowi może; jam tego na sobie doznał, a podobno i kto tu z w. m. iż gdy mi więc kto baczny powiedał o jakiej rzeczy, którejemja nigdy przed tym nie widział, one rzecz, tak-em ją sobie w głowie uprządł a uformował, iż potym, gdym ją uźrzał, daleko mi sie podlejsza zdała, niżem ja mnimał; a to niskąd inąd nie urosło, jedno iżem sławie był nazbyt dał wiarę, za którą takem był wszytko na wybór w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej niewidomej rzeczy, którąm ja był sobie zmyślił, nic nie była. Takżeby sie też podobno i z dworzaninem sstać mogło. A przeto nie wiem, by to dobrze puścić mu przed sobą te sławę, gdy ludzie umieją więc sobie takie rzeczy w głowie a na umyśle swym zbudować, że onemu mnimaniu ich nie jest rzecz można czynić dosyć, a tak więcej w tym człowiek zgubi, niźli najdzie.

Odpowiedział pan Myszkowski: Rzeczy, które sie w. m. abo komu inemu podlejsze zdadzą, niż sława o nich była, są to pospolicie te, na które oko weźrzawszy zarazem je osądzi. Jako, kto Wenecyej nigdy nie widział, słysząc o niej tak wiele mówiąc, może sobie tak piękną w głowie zbudować, jaka potym, gdy ją uźrzy, nigdy nie będzie. Ale około godności a przymiotów ludzkich insza rzecz jest bo tego pospolicie wnątrz więcej jest, niż sie z wirzchu pokazuje. A przeto, gdy w. m. pirwszy dzień usłyszysz człowieka wziętego mowiąc, a nie poznasz w. m. zaraz onej godności w nim, którąś był w głowie swej wymierzył, nie hnet w. m. dasz nim o ziemie jakobyś w owych rzeczach podobno uczynił, które oczy sądzą, ale zadzierzysz sie w. m. a będziesz czekał dzień w dzień, aż sie co w nim skrytego a osobnego otworzy, nie wątpiąc przedsię w onym swym postanowionym mnimaniu, które w. m. o nim s powieści tak wiela ludzi urosło. A gdy ten taki w godności a w przymioty (jakom przełożył, że mają być w dworzaninie) dobrze sie opatrzy, przywiedzie w. m. ktemu skutkiem spraw swoich, iż utwirdzisz i umocnisz co dalej to lepiej w sobie onę wiarę i mnimanie, któreś miał o nim. A snadź będziesz w. m. coś jeszcze więcej rozumiał, niż to, co uźrzysz. Wielka to rzecz jest, kogo sobie za co hnet s przodku ludzie wezmą, i ma sie o to człowiek z pilnością starać. A iżbyście w. m. dobrze pojęli, co na tym należy, podeprę tego tym, co powiem. Znałem jednego, który acz był czystym pachołkiem, udatnym, gładkim, obyczajnym, mężnym, jednak w żadnym s tych przymiotów nie był tak osobnym, iżby sie ich było siła nie nalazła jemu równych, i drugich, coby go byli daleko sztychowali, a wszakoż przyszło tak za jego szczęściem, iż sie go jedna pani zbytnie rozmiłowała. Ta miłość, gdy co dzień to barziej siłę brać (za tym, iż z drugiej strony równą sie miarką oddawało) poczęła, a iż ktemu przyść nie mogło, aby byli mówili s sobą, białagłowa rospalona, niemogąc dłużej skrytego ognia nosić, zwierzyła sie tego towarzysce swej, s tą nadzieją, iż jej w tym co pomoc miała. Ta zasię, będąc i gładkością i zacnością nic drugiej niepodlejsza, słuchając tak często słodkich słów o dobrym panie, którego ona nigdy była nie widziała, a widząc gwałtowną miłość tej białejgłowy, o której rozumie, baczeniu, rozsądku wiele ona dzierzała, Jęła go sobie na trzy zbyty cukrować, tak, iż niemiało już być na świecie nic baczniejszego, nic cudniejszego, nic dobrotliwszego, nic godniejszego miłości nad tego młodzieńca. I tak niewidząc go jako żywa, przypuściła tak barzo do serca, iż już nie towarzysce, ale sobie kwoli jęła sie o jego chęć pilnie starać, co jej przyszło barzo łatwie, bo poprawdzic godniejsza tego była, aby sie o nie starano, niż ona o kogo. Słuchajcież w. m. co sie zasię stało. Rychło potym trefi się, iż ta wtóra białagłowa pisała list do tego dobrego pana, który list przyszedł w ręce białejgłowie drugiej dobrze zacnej i barzo pięknej, a iż białogłowy pospolicie chciwe są słyszeć nowinki i wiedzieć tajemnice, zwłaszcza drugich białychgłow, otworzyła ten list, s którego wyrozumiała nader wielką miłość tej tam niebogi, a rozważając sobie z onego listu lube a pełne ognia słowa, naprzód zjął ją żal, widząc, iż ta niebożątko tak barzo zamiłowała, bo wiedziała dobrze, od kogo ten list był, i komu służył; potym miały tak wielką moc one w liście słowa (kiedy je powtarzała, a myśliła sobie, że to nie leda kto być musi, kto takową zbłaźnił białągłowę), iż też i ona trzecia w też sieć wpadła; owa ten list więcej dobrego sprawił, niż gdyby był podobno imieniem swym do tej białejgłowy on młodzieniec pisał. A jako trucizna, kiedy ją na szczurka nagotują, kto ją pirwej zje, myszli, kotkali, ta musi zdechnąć; tak też ta niebożątko, będąc troszkę przyłakomszym, połknęła on ogień, który był na kogo inego nagotowany. Krótko powiedając rozsławiło sie to, i wiele białychgłów, okrom tych on powłok przykrył, bo jedne chcąc uczynić złość drugim, drugie też aby uczyniły dosyć swej wolej, przez długi czas łapały przed sobą onego pana, jako dzieci orzechy w czaczu. Co wszytko urosło s pirwszego mnimania, które była wzięła o nim ona pani, widząc, iż go druga tak barzo miłuje.

Począł sie tu śmiać pan Bojanowski, i zatym tak powiedział: Czyścieś w. m. podparł swego widzenia dając nam na wywód sprawy białychgłów, gdyż one mało nie wszytki rządzą sie czym inym, niż baczeniem. A wierzę, byś w. m. chciał wszytko powiedzieć, a nic nie ochylać, przyznałbyś to w. m., iż ten, kogo to tak barzo miłowały białegłowy, był chłopem nikczemnym, bo to ich obyczaj przylgnąć do gorszego, a jako owce to czynić, co pirwsza uczyniła, nie patrząc nic zleli, dobrzeli; nad to są tak białegłowy miedzy sobą zazdrościwe, iż, by tez był dobrze ten tam pan pół psa, pół kozy, tedy jednak jedna przed drugą miećby go była chciała.

Pan Kostka tak ku temu powiedział: By ta powieść, panie Bojanowski, nie więcej w. m. lżyła, niż białymgłowam szkodziła, odpowiedziałbym za nie w. m. jako ten, który ich sławy rad bronię, ale wolę tak, iż w. m. w swym błędzie zostaniesz, to dla tego, abyś za swój występ bierał godną zapłatę, która zapłata taka będzie, iż, ilekroć kto w. m. źle o białychgłowach mówiąc usłyszy, tylekroć nie dobrze o samym w. m. rozumieć musi. Bo gdziebych ja w. m. spór dzierżał, a okazał wszytko inaczej, słusznemi (których pełno jest) dowody, tedybyś sie W. M. cofnąć mógł nazad, a obaczyć sie w swym błędzie, czemu bych ja barzo nierad.

Powiedział zatym pan Myszkowski: Nie mów tego, w. m. panie Bojanowski, aby to już białogłowy były bezrozumne, iż sie czasem zmiłują na cudzy smak, wierząc więcej komu inemu, niźli sobie. Bo sie też to częstokroć przydawa wiele ludziom mądrym, a mali sie prawda znać i w. m. samemu, i co nas tu jest, trefowało sie to siła kroć iżeśmy więcej wierzyli cudzemu zdaniu, niźli swemu; pomnię ja niedawno, kiedy tu na Prądnik przyniesiono było dwoje wiersze, jakoby miały być jedne pana Rejowe, a drugie pana Jana Kochanowskiego; wszyscyśmy je s podziwieniem wielkim chwalili jako trefne, jako smaczne, jako uczone, potym, gdy sie to odkryło, iż były czyjeś insze hnet straciły tę cenę, i zdały sie barzo daleko od dobrych. Też tu drugi niedawno kazał sobie u stołu J. M. księdza Biskupa drugiego wina nalać, iż mu to, co przed nim stało, nie smakowało; przyniesiono mu tegoż zaś, (jako u J. M. księdza Biskupa zawdy jedno wino, i dobre) i powiedziało mu pacholę, iż ine jest, a to, co J. M. pije; począł ono wino dziwnie chwalić, przysięgając, iż jako żyw nie pił lepszego; a chocia mu potym powiedziano, iż tojednoż wino, żadną miarą tegoż sobie powiedać nie dał, twirdząc, iż nie to s przodku przed nim stało, ale ine; tak było dobrze usiadło ono fałszywe mnimanie za pacholęcą powieścią. A przeto dworzanin o to sie ma usilnie starać, aby na początku hnet dobrze sie postawił, a mnimanie o sobie dobre uczynił, uważając u siebie jako to szkodzi potknąć sie na czym, a wpaść zaraz w ohyzdę, której to ohyzdy bywają więc bliscy owi wszytcy, którzy sie wydają za trefne, ano im nie przystoi, i za tym przed sie wzięciem clicą, aby im wszytko wolno było i czynić i mówić, co sie zabaży. Więc czasem zajdą w takie rzeczy, s których sie wypleść nie mogą, aż śmiechem, ale i ten będzie przemierzły, jako i one wszytki trefności. A gdy takim s poczciwemi białemigłowami siedzieć przydzie, używają słów niewstydliwych, mnimając by to było najforemniej, co jest najsprosniej, tak, iż im sie barziej białegłowy zapałają, tym sie oni sobie zdadzą być czystszymi pachołki, a wszytko sie sobie śmieją, s podziwieniem sie kochając w tak osobnym (jaki sie im ten widzi) swym przymiocie. Ale to wszytko ni skąd inąd nie pochodzi, jedno, iż mają sobie owo za wielką rzecz, kiedy o kim jest ta sława, iż czysty towarzysz; otóż, aby dostali tej sławy, czynią, im najgrubiej mogą, i nietelko jeden drugiemu od matki nałaje, słów szkaradnych ni s tego, ni z owego nasadzi, a miasto dobry dzień, owo karczemne powie, ale też jeden drugiego strąci s scheda, wepchnie w błoto, oczy mu zaleje, grochem Popluska, mlekiem zmyje, a potym chychu na trzy zbyty; a kto w tym najwiętszy mistrz, ten sie sobie zda być prawym dworzaninem. A jeśli jaki uczciwy człowiek za ich powabem pomoc im tego nie chce, to wnet przymówka: "Dajcie panu pokój, wszytko tu z rejestru." A tak dworzanin nasz, starając sie o dobre mnimanie, tych wszytkich sprosności zaniecha, bo mu na tym mało, iż u takich mozgowców nie będzie wziętym. Inych drobnych rzeczy nie wspominam, bo są jasne, jako to, aby sie dworzanin nie wydawał za wielkiego żarłoka, za wielkiego pijanicę, za doskonałego mistrza w bezeceństwie; w obyczajoch, w życiu, w jedzeniu, niechaj w nim nie będzie znać nic chłopskiego, bo najdują sie drudzy tacy, które pług a kozica z daleka wabi do siebie, a ci nie telko odrzec sie mogą dworzany być, ale niewiem, jakiby im iny urząd naznaczyć, chyba ten z wirzchu mianowany, abo paść bydło. Naostatek tym zamykam, aby dworzanin to, co mu sie tu naznaczyło, umiał doskonale, iżby każda rzecz podobna była mu łatwia ku uczynieniu, i jemu żeby sie dziwował każdy, a on nikomu; ale mu to z hardości, a z wielkiego rozumienia o sobie niechaj nie przychodzi, jako drugim, którzy sie nikomu dziwować nie chcą, dając znać, że to oni dobrze lepiej czynić umieją, a jeśli kto o tym mówi, to oni milczą, chcąc pokazać, że ta rzecz niegodna, by o niej mówiono; ale iż oni sami tak głębokich rzeczy są pełni, że ich nietelko nikt nie dojdzie, ale ani subtylności ich zrozumieć może. A przeto takowego obyczaju, iż nie przynosi nigdy miłości ludzkiej, strzedz sie Dworzaninowi trzeba; i owszem, gdy kto sobie w czym dobrze pocznie, chwalić to ma sprzyjaźliwie, a chociażby i w tym i w inych wszytkich rzeczach czuł sie mieć górę i daleki przodek, jednak tego pokazować niema, aby o sobie to rozumiał. Ale iż natury człowieczej nie jest s to, aby zawdy w tym, w czym sie ćwiczy, ku skończonej doskonałości przyszła; niechaj to człowiekowi złej myśli ani rospaczy nie czyni, kiedy widzi, iż nie może czego na wybór doskonale, tak jakoby chciał, umieć. Bo jako ów, który góry kopa, chocia z ognia nie prawy mu brant wychodzi, jednak nic zasypuje onej góry, ale kopa przedsię, ciesząc sie tym, iż wdy srebro najduje, a bywa w inych gorach podlejsze, tak też dworzanin, starając sie wszytką siłą o rzeczy doskonałe, niechaj na tym przestaje, czego doszedł, gdyż w nauce każdej jest okrom pirwszego miejsca, wtóre, trzecie, czwarte, i każde dosyć uczciwe, a kto sie wszytką mocą zapędzi, aby na wirzch góry przyszedł, rzadko sie trefi, aby jednak przez połowicę przejść niemiał. A tak Dworzanin nasz mimo główne swoje zawołanie a professyą rycerskiego rzemięsła, jeśli sie w czym czuć godnym będzie, niechajże tego umie użyć, aby miał zawdy, ktoby na to patrzał, abo ktoby tego słuchał, co sobie tak chytrze sposobić musi, iżby sie nie zdało, że tego biega, a chce być widzian, ale iż to tak s trefunku przyszło, abo czyja prośba; jakoż takbych zawdy wolał, niźliby miał czynić s swej chęci. Nad to niechaj ma ten fortyl, aby z gotową rzeczą do wszvtkiego (możeli to być) przyszedł, mali co mówić, aby sie doma na to nagotował; mali też co czynić, tedy wtąż, ale niechaj tego znać nic będzie. A to ktemu, iżby w tej rzeczy, których nie barzo świadom, a w których nie do końca jest ćwiczony, głęboko nie wchodził, ale tak z wirzchu, żeby tykał i tego i owego, s czego mógł by się drugi dorozumieć, że tego tam w głowie więcej, jako niektórzy poetowie w wirszach swych tykają po kąsku głębokich a subtylnych rzeczy w Philozophiej, abo i w inych naukach, a w głowie ich barzo tam tego było niewiele. Lecz tego, czegoby nie umiał, zgoła niechaj zaniecha, ani w tym sławy szuka, i owszem, gdzieby k czemu przyszło, aby jaśnie powiedział, że w tym jest prostak. Wszakoż też zasię niechaj z nieumiejętnością swoją bez potrzeby na plac nie wyjeżdża, bo by to była sprośna rzecz, niepotrzebnie, gdy cie o to nikt nie pyta, hydzić sam siebie. Jako jednego znam, a barzo mu sie zawdy śmiać muszę, który, (chociaż on w tym nic sam nie winien, jednak tam to pachnie wdy nie wiem czym) skoro jedno kto o potrzebie której zacznie mówić, to on s swoją Sokalską na plac, jako w ten czas na rączym uciekał. A gdy zasię do wspominania gonitwy jakiej przydzie, hnet sie s tym wyrwie, jako raz goniąc na ostre przed królem Lodwikiem, aż go za koń było wysadzono. Owa sie zda, iż ni o czym lepiej mówić nie umie, jako o tym, co mu sie gdzie sromotnie przydało; nakoniec szuka pod czas pogody, aby mu z rzeczy przyszło powiedzieć, jako niektórego czasu w Poznaniu wziął okrutnie kijem od cudzej żony. Tego ja nieobce, aby nasz dworzanin na sie wywoływał, a był w tym takim sprosnikiem, ale gdzieby go do czego powabiono, a onby tam w tym nic nie rozumiał, radzę, aby co najbarziej s tego schodził, a gdzieby sie już wywikłać a zedrzeć nie mógł, aby radniej (pomniąc na onego szacha, który chciał legawym być) wyznał nieumiejętność swoje, niżby sie miał kusić, a podjąć czego nie umie, a przyść o gańbę i lekkość. Ale niewiem, co to dziś za wiek nastał, iż ludzie opuszczają to, co umieją, a chytają sie tego, czego im przyrodzenie broni. Znacie w. m. wszyscy jednego czystego żołnierza i męża doświadczonego, który sie tak barzo jął świętego pisma, iż nic naprzód żadnemu Doktorowi dać nie chce, i już tam snadź poczyna stanowić jakąś swoje nową wiarkę, w której powiedają ludzie, że jest tak wiele sztuk a wymysłów mozgowczych, iż mu je trudniej szykować będzie, niż dwieście jezdy. Wiem też jednego, ale to mędrszy, który umie dwie nauce, jedne nader dobrze, a nie czyni jej swą professyą, a drugą umie też nieźle, ale wdy nie tak jako pirwszą, a tej czyni professyą. Otóż, gdy mu sie popisać przydzie w tej tam, którą prawie dobrze umie tedy sie naschwał dobrze w niej pokaże, tak, iż ci, którzy ono widzą i rozumieją; myślą sobie, kiedyć w tym tak jest osobny, co nie jest jego zawołania, cóż w tym tam, w czym czyni professyą. Ja zaprawdę i tego pana nie ganię, i każdego, ktoby w to mógł baczenie trefić.

Rzekł tu pan Bojanowski: Niewiem co to za mądrość, jabym rzekł, iż to jest oszukanie, a podchodzić tym sposobem ludzie nie przystoi człowiekowi poczciwemu.

I owszem, odpowiedział pan Myszkowski, to jest ozdoba onej nauki, a jeśli jest oszukanie, toć też i owo jest oszukanie, kiedy dwa szermując jeden drugiego ubije, ale tego w. m. nie rzeczesz, bo widzisz dobrze, że sie to umiejętnością dzieje, którą jeden przed drugim ma przodek, takież i owego oszukaniem w. m. nie nazowiesz, kiedy dobry złotnik, wziąwszy w rubin, który syć był piękny, osadą foremną, folgą, przystrychnieniem, smelcem, uczyni gi dobrze cudniejszy; i owszem pochwalisz w. m. jego rękę i baczenie, które umiało tak dobrze pomoc kamieniowi. A przeto trudno to kto ma zwać zdradą abo omamieniem, ale dowcipem a umiejętnością. A jakom wyszszej powiedział, będzie to wielki rozum dworzaninow, kiedy to, w czym sie dobrze czuje, a s czego rozumie, że ma być pochwalon, pokaże ludziom nieznacznie, a pokryje, jeśli co zna nie barzo trefnego w sobie. Jako jeden z naszych (a musiał czytać Paediam Cyri) rad barzo po usarsku, a długo chodzi, a to dla tego, aby pokrył nieforemność niejaką nóg swoich, a tego do niego rzadki kto baczy. Wiem też jednę panią, która, iż ma piękną rękę, barzo sie jej to często trefia, że ją ukazuje, a umie to tak snadnie, iż sie niezda, żeby sie z nią popisowala.

Rzekł pan Derśniak: Znam ja dobrze tę panią, bo też to rada czyni, iż sstępując s kolebki ukaże czasem troszkę nogi, a przysiągłby drugi, że to s trefunku, a nie z umysłu.

Zaś pan Myszkowski jął mówić: zda mi sie, żem też czytał, iż Iulius Caesar, będąc łysym, rad barzo chadzał w swoim zwyciężnym wieńcu, aby pokrył one łysinę. Ale w tym, jakom wyszszej powiedział trzeba sobie barzo mądrze postępować, bo częstokroć człowiek chcąc ominąć jeden dół, wpadnie w drugi, a miasto pochwały przyganę odniesie. Owa jako w tym nie trzeba wylewać z brzegów, tak w każdej inej rzeczy, która do spólnego życia należy. Przeto musi człowiek miarę jakąś przystojną chować, chceli obronną ręką ujść zazdrości ludzkiej, jakoż tej jako najbarziej może uchodzić mu potrzeba. Powiedziało sie też pirwej, aby dworzanin nie dał sie nigdy znać w żadnej nieprawdzie, tego powtarzać nie trzeba, telko to przypomnię, iż sie to trefią i prawdziwemu, że go za kłamcę ludzie rozumieją, a to stąd, gdy rad dziwy, a rzeczy trudne ku wierze chociaż prawdziwe powieda, a przeto nasz Dworzanin niechaj zaniecha tych prawdziwych powieści, które podobne są do nieprawdy. Już to tam niechaj komu inemu zleci, zwłaszcza kto chce tak być u ludzi wziętym, iżby mu co jedno powie, wszytkiego wierzono, jako on pan, panie Bojanowski, któremuś w. m. poczekać kazał s wtóra prawdą, aż byś był w. m. pirwszej uwierzył. W tymże cechu są i owi, którzy poznawszy sie dziś s tobą, a chcąc sie tym co najbarziej zalecić, będą przysięgać jako na świecie nikogo barziej nie miłują, a jako zdrowia, garła, majętności, nic sobie dla ciebie nie ważą, i będzie tam tych fraszek przeciwko rozumowi tak wiele, żeby ich na wołowej skórze nie spisał. Nakoniec, gdy do rozjechania przydzie, to w płacz taki uderzą, że ten płacz ani mówić, ani pożegnać sie dopuści. I tym błażeństwem, chcąc sie przedać za zbytnie sprzyjaźliwe, a dobrotliwego serca kupujemy je więc za wielkie matacze a głupie pochlebce. Ale ktoby wyliczył ty wszytki sprosności, które sie w życiu spólnym trefują. Dosyć jest ku temu, co sie powiedziało, tego telko dołożyć, aby dworzanin umiał sie z każdym zgodzić, każdemu przystosować, s każdym wiedzieć o czym mówić, a iżby mu zawdy dostawało rzeczy, a takiej, którejby człowiek każdy mógł rad słuchać i nią sie ucieszyć, jako chłodnym wiatrem w dzień gorący. Lecz do tego musi mieć i tę podporę, aby był trefnym w powieści, a umiał rozśmieszyć, pod czas te, s któremi będzie, aby nietelko nie omierzło jego towarzystwo, ale też, aby sie ani przyjadło nigdy.

Mam za to, że mi już J. M. pan Lubelski milczeć dopuści, czego, jeśli J. M. nie uczyni, tedy moimże własnym wyrokiem każdy z W. M. mnie pokona i osądzi, iżem ja nie jest tym dobrym Dworzaninem, o którymem teraz mówił; bo nietelko takiej rzeczy, któraby słyszenia godna, na którąm sie ja jako żyw zebrać nie mógł, ale i tej teraźniejszej nikczemnej już mi nie staje.

Powiedział tu pan Kostka: Nie życzę tego, ani w. m., ani żadnemu tu, żeby miał zostać w tym fałszywym mnimaniu o w. m., żebyś w m. niemiał być czystym dworzaninem, bo to, iż w. m. niechciałbyś dalej mówić, więcej stąd pochodzi, iż sie w. m. zdzierasz z pracej, niż aby rzeczy dostawać w. m. nie miało. A przeto, aby przy tak czystych ludziech, i w rozmowie tak osobnej nic nazad nie zostało, uczyń tak w. m. naucz nas, jako trefności używać mamy, o którejeś w. m. teraz uczynił zmienkę, a pokaż w. m. drogę, którą do tego przyść, aby człowiek, kiedyby jedno chciał, mógł rozśmieszyć i ucieszyć trefną powieścią drugie, bo mi sie widzi, iż na tym wiele należy, a prawie to rzecz jedna jest przystojna dworzaninowi.

W każdej inej rzeczy (odpowiedział pan Myszkowski) nauka i mistrz naleść sie może, ale co sie tyczę trefności, w tej jako nauki, tak i mistrza niemasz, ani było, bo sie s tym człowiek urodzić musi; po prawdzie jeden wdy narod przed drugim miewa w tej mierze siła, jako Moskwa, ta sie z gotową i trefną odpowiedzią rodzi; a wszakoż pod czas też i Moskwicin jako i Polak, abo którego inego narodu człowiek, kiedy chce być najtrefniejszym, a najwięcej mówić, tedy sie więc we wszytkim głupstwie a sprosności popisze, to dla tego, iż taki zapomniawszy powagi i wstydu, nie uważy miejsca, na którym, osoby, przed kim, czasu, jakiego co mówić przystoi.

Rzekł zasię pan Kostka: I to mnie dziwna, powiedasz w. m., iż ani nauki, ani mistrza, któryby trefnować uczył, niemasz na świecie, a przed sie dajesz to w. m. znać, kiedy ganisz te, którzy na czas, na miejsce, na osoby baczenia niemają, iż i w tym nauka jakaś być może.

Powiedział pan Myszkowski: Com ja powiedział o czasie, o miejscu, i dalej, to sie do każdej inej rzeczy zgodzić może, ale ja to chcę rzec, iż około trefnej powieści nauki żadnej niemasz, bo ta moim zdaniem telko dwojaka sie najduje, jedna jest, kiedy kto długą rzecz jaką prowadzi, którym to barzo przystoi, iż umieją to, co widzieli, abo słyszeli, abo im sie samym przydało, kiedy tak foremnie to przełożyć, że z ich słów zda sie tym, co słuchają, jakoby sami teraz na to patrzali; druga trefność zasię, kiedy kto krótko, zwięzliwie, trefnie, a s prętka co rzecze, chocia też troszkę uszczknie, bo bez tego tak sie zda jakoby rzeczenie niemiało smaku. Otoż jako w onej długiej a foremnej powieści próżno nauki abo fortylu szukać (abowiem przyrodzenie samo tworzy takie ludzi, którzy umieją ucieszyć mową i daje im do tego twarz, i postawę, i głos, i słowa, któremi to, co chcą, contrefetować mogą) tak też zasię w tej krótkiej, a co regułka pomoc może, gdyż trefne rzeczenie z ust wypadwszy, pirwej tam utknąć ma, gdzie strzelono, niżby mógł ten, kto rzekł, na to pomyślić, bo inaczej niemialoby kęs jeden wdzięczności. A przeto ni na czym to inym nie należy, jedno na bystrym rozumie a przyrodzeniu.

Hnet tu pan Derśniak za to sie wziął mówiąc: Panie Myszkowski pan Kostka, jako ja baczę, nie dzierży w tym w. m. sporu, aby przyrodzenie nie miało mieć w tej mierze przodku, zwłaszcza około tego, co w głowę przypaść ma, ale iż człowiek, niechaj będzie jako chce bystrego rozumu, przedsię, gdy mu kilka rzeczy zaraz przypadnie w głowę, miedzy któremi jedna będzie trefna, druga nic abo zasię ta trefna, a ta jeszcze trefniejsza, tam już musi sie uciec do rozsądku, a regułki, którą kiedy o tym trefni ludzie podali, iżby obrał, co ma rzec, a czego zamilczeć. A tak opuściwszy to, co ku bystrości rozumu należy, powiedz nam W. M., w czym kunszt, a fortyl pomoc do trefności może, iżby Dworzanin wiedział, które trefnowanie jemu jest przystojne, a które nie; a jakim kształtem i którego czasu używać go ma. Bo widzi mi sie, iż pan Kostka tego chce po w. m.

Odpowiedział pan Myszkowski: Jeśli około trefności jest nauka jaka (co u mnie jest rzecz nic można), tedy w. m. panie Derśniaku z nauki, a pan Bojanowski s przyrodzenia dziwnie dobrze rozśmieszyć umiecie, a przeto przystojniej któremu z w. m. tę pracę wziąć na się, niż mnie, który zgoła nic tego nie umiem, chyba żeby kto głupie rzeczenie, któremu sie więc ludzie rychlej niż foremnej powieści śmieją, za trefność poczytać chciał.

Ku temu pan Derśniak rzekł; Widzi mi sie, panie Myszkowski, iż w. m. już to poczynasz, czego powiedasz w. m., że nic nie umiesz, to jest, iż w. m. chcesz rozśmieszyć te pany ze mnie i s pana Bojanowskicgo dworując, bo tu każdy z ich miłości wie, ix, w czym nas w. m. chwalisz, w tym w. m. przed nami masz wielki przodek. A tak jeśli sie w. m. mówić nadprzykrzyło, lepiej abyś w. m. J. M. pana Lubelskiego prosił, iżby tę wszytkę rzecz odłożył do jutra, niż w. m. masz taką chytrością uchodzić pracej.

Chciał też tu był i pan Bojanowski coś na słowa pana Myszkowskiego odpowiedzieć, ale J. M. pan Lubelski nie dopuścił mówiąc: Dobrze mówi pan Myszkowski, panie Derśniaku, przeto gdyż mnie tu Jest zwirzchność zlecona, roskazuję to w. m. abyś około trefności mówił. I mam za to, że ci panowie znając jakoś w. m. w tym Jest osobny, memu wyrokowi nie przygarną. A pan Myszkowski w tym czesie odpoczynie, aby zasię, gdy w. m. rzecz około trefności odprawisz, do końca swoję prowadzić mógł.

Powiedział pan Myszkowski: Niewiem M. panie będęli już miał co prowadzić. Ale, jako ów pielgrzym, który lecie, kiedy go praca gorąco namdli, o południu przesypia sie w cieniu przy jakiej strudze, tak Ja też odpocznę sobie przy tym wdzięcznym szumie żywej wody słów pana Derśniakowych, a snadź wytchnąwszy zdobędę sie jeszcze na co takiego.

Zatym pan Derśniak powiedział: Owam ja wywołał wilka z lasa, ale nie długo będzie tej roskoszy, panie Myszkowski, bo jedno sie w. m. położysz, tak hnet zasię wstać, a w swą drogę iść, gdy mnie rzeczy nie stanie, będziesz musiał. Gdyż tedy wola to jest w. m. M. panie wymawiać sie niechcę, aczkolwiek jako sie więc dziwuję owej śmiałości, gdy kto przy Węgrzynku lutnię w rękę bierze, takbych też i sam przy tych paniech rozbierać tego nie miał, w czym oni daleko, niż ja, są bieglejszy; wszakoż, abym s siebie złego przykładu ku posłuszeństwu niedał, powiem jako najkrócej będę mógł o tych rzeczach, które w ludziech śmiech pobudzają, który to śmiech jest nam tak własny, iż też człowieka inaczej uczeni ludzie na prędce nie wykładają, jedno tak. Jest - prawi - człowiek źwirzę jedno, które sie śmieje, bo żadne ine żwirzę, chyba człowiek, śmiać sie nie może, a jest ten śmiech niemal zawdy świadkiem tego, iżeśmy dobrej myśli. Jakoż człowiek ma to s przyrodzenia, iż pragnie uciechy i ochłody, i dla tego wynalezione są od ludzi tańce, biesiady, gonitwy i ine ku napasieniu oczu zabawy. A iż więc miłujemy te ludzie, którzy bywają przyczyną, naszej pociechy, przeto oni królowie pogańscy starzy, oni Rzymianie sławni, oni Grekowie mądrzy, jednając sobie u pospólstwa miłość, budowali wielkie theatra i ine silnym kosztem miejsca, na których gry rozmaite, komedye, tragedye, tańce, zawody końskie, wyścigania na woziech, chodzenie zapasy, turnieje, gonitwy, bitwy pojedynkiem, źwirzęta rozmaite a niesłychane, wszem wobec ludziom ku takowej pociesze i napasieniu oczu pokazowali, na co i oni surowego żywota Philozophowie patrzywali, a nie telko ta jedna była uciecha umysłom ich spracowanym subtylną, a prawie niebieską dumą, ale też i biesiad wielokroć szukali dla uweselenia siebie. Owa co jest ludzi na świecie, tedy żadnego dobra myśl nie mierzy, począwszy od tych, którzy ciężko pracują, aż do owych, którzy są na ustawicznej modlitwie, albo którzy w więzieniu srogim siedzą, gdzie co dzień śmierci sie nadziewając przedsię każdy szuka tej drogi, tego lekarstwa, jakoby czym swe strapione serce pocieszyć mógł. Każda tedy rzecz, która ku śmiechu pobudza, uwesela nas i daje sercu ochłodę, a ktemu nie dopuszcza, aby człowiek na ten czas pomniał na owe frasunki a doległości teskliwe, któremi opływa nasz żywot. A przeto każdemu jest śmiech luby, i ten pochwały godzien, kto go na czas i dobrym kształtem wskrzesić umie. Ale co to jest śmiech, gdzie sie chowa jako sie s prędka wyrwie, iż człowiek by najbarziej chciał strzymać go nic może; więc skąd to pochodzi, iż wnidzie w twarz, w oczy, w usta, w żyły, w boki, jakoby tedyż człowiek spukać sie miał, niechaj o tym Democritus dysputuje, bo to nie należy ku teraźniejszej rzeczy, a kiedyby też dobrze należało, jednakby mnie nie było srom wyznać, iż tego niewiem, gdyż i ten każdy, ktoby to wywieść obiecał, nie uczyniłby temu dosyć. Tej tedy trefności, której sie ludzie śmieją, żadna ina rzecz początkiem nic jest, jedno szkaradość jakaś a nieprzystojeństwo przystojne, abowiem temu sie jedno samemu śmiejemy, co ma w sobie coś nieskładnego, iż sie zda, jakoby źle było, ano nie jest. Otóż jakiego kształtu dworzanin w trefnowaniu, i po który kres używać go ma, tyle, ile mi pokaże moje błahe baczenie, postaram sie, abych tu na tym miejscu w. miłościam powiedział, bo ustawicznie trefnować nie przystoi dworzaninowi, ani też tym kształtem, jako szaleni, abo pijanice, abo błaznowie, abowiem chocia takie ludzie zda sie tak, iżby dwór barzo rad widział, przed sie nie są tego godni, aby je dworzany zwano, ale tymi przezwiski, jakie któremu z nich właśnie służy. Też około z uszczknieniem trefnowania trzeba być barzo ostrożnym, aby człowiek wiedział, kogo dojechać ma, bo z nędznego a upadłego człowieka, abo tez ze zbrodnia, a bezecnego, kiedy kto szydzi, nikt sie temu nie rośmieje, iż źli ludzie więtszego karania są godni, niż tego, które sie śmiechem kończy; a nędzni zasię ludzie mają tę korzyść swej nędze, iż sie s nich śmiać nie przystoi, chyba żeby ktory w swym nieszczęściu był chłubliwy, hardy a wszeteczny. Więc i tych, którzy miłość a zachowanie mają, tykać nie trzeba, zwłaszcza możnych, bo igrzysko z nimi jest niebespieczne. Owa s takimi telko kunsztować i icb niedostatki strofować mamy, którzy ani są tak nędzni, żeby ku ulitowaniu serce poruszali, ani tak barzo niecnotliwi, żeby powroza byli godni, ani tak wieldzy, iżby najmniejszy ich gniew mógł nam uczynić wielgą szkodę. To też w. m. macic wiedzieć, iż skądkolwiek to człowiek weźmie, czym zatrefnuje, s tejże rzeczy ważne słowa ku chłubie, abo ku gańbie czyjej wziąć sie mogą, a czasem i też własne, jako kiedy więc kto hojnego człowieka chwali mówiąc: To, co ma wszytko, nie jego; toż też może ku gańbie owemu powiedzieć, który s kradzieży, abo s fałszu dostał wszytkiego. Mówią też więc owo o białychgłowach smętnych a strapionych, i ta go - prawi - nieboga sucho nie zje. Toż też drugi mógł by rzec, chcąc dać znać, iż jest wielką pijanicą. Ale więcej sie tego trefia, iż jednaż rzecz wyłożyć sie roznie może, niż aby też słowa zgodzić sie miały. Jako sie nie dawno trefiło chodząc w jarmark lubelski miedzy kramy trzej czyści pachołcy, prząstąpi sie żebrak do jednej zacnej wdowy, której jeden z onych trzech służył, prosząc lamentliwym głosem, aby mu co przebóg dała; powtórzy raz, drugi i trzeci onej swej prośby takiemi słowy, które słowa kamienne serce poruszyćby snadź były mogły, przedsię dobra pani nic onej chudzynce nie dała, ani mu też odmówiła owemi (do Boga odsyłając) zwykłemi słowy, ale ten czas wszytek, kiedy ubogi prosił, stała u kramu, pilno na tkanice złote patrząc, których targowała, jakoby nic nie wiedząc o onym żebraku. Gdy to oni trzej widzieli, rzekł ten, który miłował, patrzcie panowie, czego sie ja od swej wdowy dobrego nadziewać mogę, która tak jest wielką okrutnicą, iż nietelko niechce sie ulitować nad tym nagim niebożątkicm, który zdychając głodem pieniądza u niej krwawemi łzami prosi, ale też ani mu rzecze: idź z Bogiem, tak sie baczę w tym kocha, kiedy widzi przed sobą strapionego człowieka, a on nadaremno łaski prosi. Odpowiedział z onych dwu jeden: Niemasz tu żadnego okrucieństwa, ale nauka w. m. jest, abyś usilnie żadnej rzeczy nie prosił, bo snadź to jest jej obyczaj (który chce tą rzeczą w. m. oznajmić) nie czynić nic na prośbę napartą. Rzekł zasię ten trzeci, i owszem - prawi - jest to jedno obwieszczenie, aby pan wiedział, iż chociaż ona tego nie uczyni, o co ją proszą, jednak jej niczyja prośba nie mierzy. Patrzcież W. M. jako s tej jednej rzeczy, iż wdowa żebraka nie odprawiła, trzy powieści urosły, jedna ze stateczną przyganą, druga s pomierną chwałą, trzecia z żartem uszczypliwym. Wracając sie tedy ku rzeczy około trefnowania, tak powiedam, iż podług mego zdania trojaki sposób jest trefnowania, chocia pan Myszkowski dwojaki telko być powieda, to jest, jeden, który w długim a dworskim, jako sie co stało, powiedaniu zależy, drugi, który w jednym a węzłowatym rzeczeniu zawisł. Ale ja trzeci sposób przyłożę, w którym bywają i trefne a prędkie rzeczenia, i długie a foremne powieści, i ktemu żart abo posługa jaka, w której rychlej sie kunszt a śmiech, niż wielka szkoda towarzyszowi najdzie. A przeto ile ku pirwszemu sposobu, gdzie kto długą rzecz prowadzić ma, tym torem pójdzie, jakoby baśń jaką powiedał, jako oto dam na przykład. W Rzymie jeden zacny ślachcic mantuański chodząc po sali na pałacu papieskim s towarzystwem swym na ten czas kiedy Alexander Papież szósty umarł, a Pius trzeci Papieżem został, i rozmawiając to o śmierci a panowaniu przeszłego Papieża, to o tym nowym coby za pasterz być miał, tak powiedział: Panowie, czasu Catullusa poety drzwi nie mając języków mawiały, i słuchywały, me mając uszu, a zatym wynarzało sie i to i owo na ludzie. To prawda iż teraz tak osobnych głów niemasz, jakie były za Catullusa, ale co wiedzieć, jeśli drzwi przedsię tejże własności nie mają, co i pirwej, bo jednak wiele tu jest w Rzymie podwojów z marmuru starego. A jabych rzekł, iż te dwoje drzwi umiałyby nam powiedzieć to, w czym my wątpimy. A gdy każdy s tych, którzy słuchali nachylał ucha i czekał, ku czerniłby one słowa swe przystosować chciał, a przedsię od ściany do ściany chodzenie nie ustało:

jednym razem, on zastanowiwszy sie troszkę podniósł s prędka oczy ku jednym ze dwojga drzwi na sali, i ukazał palcem napis nad nimi, który opowiedał imię Alexandra Papieża, a na końcu stało V a I, co sie rozumie (jako każdy wie) szósty, i rzekł: oto macie, te drzwi powiedają, Alexander Papa VI to jest, nie drogą przystojną, ale mocą a gwałtem przyszedł był ku Papiestwu. Ale podźmy do drugich, owa co będziem moc wyrozumieć o nowym Papieżu, i obróciwszy sie ku drugim drzwiam, jakoby nic nie wiedział, co tam ma być, ukazał drugi napis, gdzie stało jedno N, dwoje PP, a V, co znaczyło: Nicolaus Papa quintus, i hnet z zaniesieniem powiedział: źleć panowie, te drzwi mówią: Nihil papa valet. Patrzcież w. m. jako to foremny sposób zatrefnowania, a prawie przystojny dworskiemu człowiekowi; prawdziwali to rzecz, abo zmyślona, która sie powieda, nic na tym, bo w tej mierze i zmyślić co takowego nic wadzi i do rzeczy prawdziwej nieco swego przyczynić, a troszkę skłamać wolno.

Słyszał kto kiedy z w. m. pana Jana Ocieskiego, Podkomorzego Krakowskiego, a Ochmistrza Krolowej Jej M. starej, powiedając o panu Tęczyńskim, Podkomorzym Sędomirskim, jako we Wenecyej wmówili byli weń, iż zjadł kotek kociec, których pan Tęczyński nie telko widzieć, ale i wrzasku ich słuchać żadną miarą niemógł; możeli tę rzecz kto (acz podobno nie dziw, bo człowiek jest dziwnie wymowny i mądry) trefniej powicdać jako on. Gdy pana Tęczyńskiego gniew pokazuje, słowa zbiera, lamenty wyczyta. Nakoniec tego dokłada, jako gospodarz po obiedzie przyszedł z rejestrem (bo tego dnia pan Tęczyński z Wenecyej wyjeżdżał) a w tym rejestrze nie było wyliczanie rzeczy, które sie jadły, abo piły, ale telko tak stało: obiad w niedzielę kosztuje tak wiele, wieczerza w poniedziałek tak wiele, owa ile który obiad abo wieczerza kosztowała, tyle zrachowanego summą przy każdym dniu stało, a przed numerum było to słowo włoskie Costa, więc, iż był po włosku pisany rejestr, wziąwszy go sam w rękę, kazał, aby mu kto s Polaków, co tam byli, na polskie przetłumaczał. I uźrzawszy s prędka Costa, pytał zaraz, a to ki djabeł; powiedział mu ten, kto go najbliżej siedział: To - prawi - za białego kota, to za burego kota, to za czarnego kota. Skoro to usłyszał pan Tęczyński, uderzył rejestrem o ziemię, a do korda sie na gospodarza targnął. Ale jądro tej trefności a wdzięczność wszytka w tym jest, aby człowiek powiedając, jako sie rzecz w sobie miała, umiał wyrazie twarz, słowa, obyczaje i sprawę wszytkę tego, o kim mówi, iżby ci, którzy słuchać będą, zapomniawszy się, mnimali, że to przed oczyma ich teraz sie dzieje. I kto w to może dobrze potrefić, z niebarzo trefnej rzeczy barzo trefną uczyni. Jako to naschwał dobrze umie Jego M. pan grabia s Tarnowa Kasztellan Krakowski, acz drudzy powiedają, że dank tych foremnych powieści stąd mu idzie, że on będąc w Koronie cnemi posługami Rzeczypospolitej wziętym, będąc Senatorem dawnym, Hetmanem sławnym, ktemu wielkim panem, cokolwiek rzecze, każdą rzecz Indzie chwalą. Ale nie tym sie dzieje zaprawdę, jedno, iż natura dawszy mu pirwej ine wielkie cnoty, chciała mu też ten przysmak przydać ku nabyciu jeszcze więtszej chęci, a miłości ludzkiej. Tego tedy pana słyszałem raz powiedając, jako gdy dwiema zacnym ludziom w Morawie przyszło do tego, że sie w szrankach bić mieli; jeden z nich będąc barzo starym miał dać na swe miejsce zastępcę syna, i mianował go w ten czas, kiedy mu szranki w bernieńskim ziemskim sądzie skazano. Ale syn, który sercem daleko był od ojca rozny, żadną miarą na to zezwolić niechciał, powiedając, panie ojcze, pytać mnie było pirwej o to, jeśliś miał w nadzieję moje duellum przyjąć, bo ja, to wiedz pewnie, bić sie nic będę. Przyjaciele, krewni widząc one niestworę i rozumiejąc, jeśli sam stary w szranki wnidzie, że pewnie przegra; ktemu bacząc, co za niesława domowi ich s tak nikczemnego syna urość miała, poczęli go namawiać, poczęli prosić aby w tej mierze miał baczenie na poczciwość i powinność swoję, a użalił sie szedziwości ojcowskiej, wspomniawszy na dobrodziejstwo, które wziął od niego, za które nie raz, ale dziesięć umrzeć by powinien. Owa tam było i słów dosyć i namów wymyślonych, próśb żałobliwych siła, ale żadna rzecz zajęczego serca ruszyć nie mogła; zgoła powiedał, ja sie bić nie będę, a te słowa raz za razem ustawicznie powtarzał. Gdy to widzieli przyjaciele, weszli w radę, coby s tym czynić, nakoniec po długiej rozmowie tak naleźli i uczynili; obiecali mu pod przysięga takcie o to starać, iż do bitwy nie przydzie, ale telko o to prosili, źeby męskie serce pokazował, a opowiedział sie i przyjął duellum za ojca. Ba toć - prawi - uczynię, ale żeby sie bić, o tym wy ani myślcie. Zatym pospołu s przyjacioły szedł i wziął na sie ojcowską krzywdę; czas hnet i miejsce szrankom naznaczono. Kiedy do tego przyszło, stanowili sie obadwa na czas w Bernie. Począł hnet pytać on mężny syn: nuż rychłoliż miedzy nami rozejmiecie. Odpowiedzieli mu przyjaciele, w ten czas - prawi, - kiedy na swym koniu zbrojno na placu staniesz. Tu dopiero z nim było turnieju dosyć, kiedy zbroje na sie kłaść, kiedy na koń wsieść żadnym obyczajem niechciał. Musieli mu znowu przysięgać, znowu siebie przeklinać, iż sie z nieprzyjacielem bić niemiał. Owa go wtedy ledwo nakoniec namówili, że wsiadł zbrojno na koń, a gdy już na placu stanął, rzekł do przyjaciół: Juscz gie czas pani. A ci mu odpowiedzieli: skoro - prawi - po trzecim zatrąbieniu, tedy miedzy was wskoczą wieldzy ludzie i rozejmą. Zatrąbi pirwszy raz trębacz, pyta, jeśli to wtóry; zatrąbi wtory kroć, pyta, jeśli to już trzeci; a po trzecim zatrąbieniu, kiedy on jął wielkim głosem wołać, prze pana Boha, juscz gie czas, poczeli przyjaciele konia pod nim bość nieznacznie, a mówić mu, otoś zabit niebożę, broń sie: Pachołek śmiały zapomniawszy sie i wodzę koniewi i swe drzewo puścił, a dobywszy miecza, pirwej nieprzyjaciela w biegu pożył, a potym, gdy koń s nim przeskoczył szranki, kto mu sie nawinął w onej zgrai, siekł, rąbał, kłół, iż nabitych rannych barzo wiele było, a konia s nim ledwe ułapiono, i to aż w ten czas, kiedy mu jedno jedlca w ręku zostały. Rzecz ta wprawdzie ma wdy nieco trefności w sobie, bo i głupstwo i nieśmiałe serce tego pachołka kto sobie rozważy, śmiać sie musi. Ale pan Krakowski, kiedy ją powieda, tysiąc kroć jeszcze zda sie smaczniejsza. Jako też i ona druga o pannie, która jeżdzała s panią sąsiadą swą poczciwość jej wyrządzając. Wszytki takowe powieści należą pirwszemu sposobu dworowania. Do tegoż też przyłącza sie baczne contrefetowanie a pokazowanie czyich obyczajów abo przyrodzonych niedostatków, jako pan Gabriel nasz Grabowiecki w tym jest osobny, bo kiedy Niemca Polakiem czyni, trudno ma być co trefniejszego, zwłaszcza, iż on w tym zachowuje uczciwość przystojną ślachcicewi a jeśli co tak troszkę przyswobodniejszym powie, tedy w to pięknie ugodzi, iż sie niczyje uszy nie obrażą, gdzie wielki rozum jego (acz w inych poważnych rzeczach) ale i w tym znać barzo dobrze. Abowiem ktoby chciał tak contrefetować ludzie, jako Guzmann z rozdzieraniem gęby, z wyszczynianiem języka, nie uszedłby też za inego, jedno za Guzmana, a bodaj nie gorzej, bo wdy Guzmanowi iż to jest jego rzemięsło, takowy sposób trefnowania przystoi, ale dworzanin barzoby sie tym oszpecił, bo jemu te rzeczy od Guzmanow foremnie kraść przydzie, a ludziom je tak podawać, iżby ten, kto sie onemu przypatruje, jeszcze więcej rozumiał, niż słyszy abo widzi, a we wszytkim aby zachowan był wstyd i ślacheckie przystojeństwo. Tego też dołożę, iż w tym przydrzeźnianiu abo pokazowaniu czyjej postawy, mądrze sie sprawować trzeba, aby z żartu nic wyszło, a w nieprzyjaźń sie nie obróciło; ktemu ma to obaczyć dworzanin, którego czasu, na którym miejscu i przed kim kogo s czego sztrofuje, by zasię tego nie kontrefetował w towarzyszu, co w panie jest, dobrze lepiej godniejsze śmiechu.

Jeszcze i to niepomału śmiech w nas pobudza (a wszytko to przedsię ku pirwszemu sposobu trefnowania należy), kiedy kto foremnie powieda czyj prawie głupi postępek abo rzeczenie; takież też czyje nad miarę wydwarzanie, co białogłowy zową przequinty, abo więc gruby kłam, ale rymownie złożony. Jako mnie niedawno powiedał potworne głupstwo tatarskie Kmita Marszałek w Księstwie Litewskim. Przyjechał - prawi - tatarski poseł na Wołyń, do Janusza Biskupa na on czas Wilnieńskiego, onego prawego Pana, gdzie Biskup nie mając na ten czas przy sobie dworu swego, s którym świetnie okazać by sie był mógł, uczynił tak: izbę, w której go przyjmować miał, kazał obwieszać sieciami, wrzeczy to nie w domu Biskup, ale w łowiech. I tam kazał posła przyprowadzić, który oddawszy dary, dwie strzałce od Cara, a chustkę modrą od Carowej niemiał nic inego w swej legacyej, jedno zalecanki. Janusz wysłuchawszy poselstwa, kazał wielki kousz starego miodu przynieść, który posłowi za zdrowie jego pana wypić roskazał, a ten, kiedy kilka sporych trunkow uczynił, począł sie pilnie przypatrować twarzy i ubiorowi biskupiemu, jako na ten czas Biskup ubrał sie był ohromnie w szatę szeroką a bohatą, bieret wielki rogaty, staroświecki, sam też obwysz jakoby na majestacie siedział. Nakoniec, gdy Tatarzyna on miód rozszedł, a bez przestanku oczy wytrzeszczywszy na Biskupa patrzał, spytał go łagodnemi słowy Biskup, dla czegoby mu sie tak pilno przypatrował. Tatarzyn upity odpowiedział: Ten słuch - prawi - u nas jest w hordzie o tobie, jakobyś dwie głowie nosił na swych ramionach, a dla tego mój pan s tym leda jakim poselstwem mnie tu posłał, abym sie przypatrzył temu: Ja pak wiżu u ciebie nie dzwie hołowie, ale odnu da dobru.

Trzeciego dnia Biskup posła odprawił, a za strzałki carowi kulę żelazna od piszczka, a carowej łokieć koleńskiego płótna na chustki posłał. Nie uszło tego i oto to drugie. Doktor Patricius, którego wszyscy w. m. z uczonego pisania znacie, posłał Zabrzeskiego sługę swego do pewnej osoby w niektórej potrzebie pilnej; sługa wróciwszy sie, iż pan w komorze był na tajemnej z gościem rozmowie, nie wszedł tam, ale czekając u drzwi, na ławie zasnął. Potym gdy sie on gość s powieścią odprawił, Patricius wyprowadziwszy go, spytał Zabrzeskiego, coby sprawił. A on ze snu, panie - prawi - kazał w. m. na obiad prosić. A Doktor zasię: Ale powiedz mi, co mi wskazał na moje pytanie, pocom ja ciebie słał. Odpowiedział Zabrzeski: Hę panie. Ma sie z w. m. sam uźrzeć. Zatym Doktor frasując sie na takowe głupstwo, że mu tego zarazem nie powiedział, takież i o obiad, żeby sie był w czas wymówić mógł, iżby go za hardego nie rozumiano, wszedł do komory i począł pisać. Zabrzeski po małej chwili jął kołatać, pan spyta, kto jest. A on; Ja, panie, Zabrzeski. Nie racz sie w. m. frasować, śniłoć mi sie owo wszytko, com w. m. powiedał. A Patricius co sie miał gniewać, to sie musiał okrutnie śmiać.

Snadź jakiś ksiądz we Włoszech widząc kiedy zbrodnia kat wyświecając z miasta, okrutnie siekł miotłami, użalił sie go, bo ten zbrodzień nieborak, chocia miał grzbiet barzo zraniony, wszakoż przedsię pomaluczku szedł, nie inaczej, jedno jako kiedy owo kto przechadza sie z roskoszy, i rzekł k niemu: Niebożę stradny, dźwigaj spieszno te nogi, a co naprędzej zbądź tej boleści i sromoty. Obróciwszy sie on zbrodzień patrzał pirwej chwilę jakoby s podziwieniem na księdza, nic nie mówiąc, a potym tak rzekł: kiedy ciebie księże będą chwostać, pójdziesz ty, jako będziesz chciał, a teraz daj mnie pokój, iż ja idę, jako mi sie podoba.

A drugi, tez ksiądz, a jeszcze ktemu opat, będąc przy tym, kiedy Książę urbinskie radziło sie, coby s tą ziemią czynić miał, którą było wykopano zakładając fundament pod pałac urbinski, barzo to łatwia powiedział, gdzie ją podzieć. Roskaż oto w. m. wykopać wielki dół, a tam bez wielkiego łamania głowy wysypać sie ziemia ta może. Rozsunąwszy sie książę odpowiedział mu: a tę ziemię, gdzie podzieć będzie, którą czyniąc dół, wykopają? Każ, powieda, w. m. tak wielki dół wykopać, iżby tam oboja ziemia wsypać sie mogła. Owa chocia książę rozwodziło mu to, iż, im więtszy by sie dół kopał, tym by więcej ziemie na górę wychodziło; żadną miarą inaczej rozum jego niemógł pojąć, ani tego dal sobie powiedać, aby niemógł tak wielkiego dołu wykopać, w któryby i stara i świeża ziemia weszła. A wszytko powiedał, kiedy go dojeżdżano, każ przeto w. m. więtszy dół wykopać. Powiedają to o Wenetach, iż drugi i umrze tak a jako żyw na koniu nie siedział.

Także też jeden mając na daleką drogę jechać, prosił drugiego, który przy pośle do Niemiec jeżdzał, aby mu wszytko spisał, czegoby na drogę trzeba. Ten nie patrząc, co za czym idzie, zgoła tak pisał, jako mu co na mysi przyszło, i począł rejestr: Item ostrogi, Item bóty, Item tłomok i dalej co tam stało. Co gdy on, który sie na drogę gotował, wszytko skupił, wyjechał do Mistrza, miasteczka na brzegu, skąd już w drogę wsiadać miał a na zajutrz wziął rejestr w rękę i czyta: Item ostrogi, i każe słudze, żeby mu ostrogi przypiął; sługa powie, panie, źleć, bóty pirwej musi obuć. Powiedział pan: już ty mnie nie ćwicz, dalej ten bywał, niż ty, kto mi to pisał; sługa nie przeciwiąc sie panu, ostrogi przypnie, i poszli zasię do rejestru, gdzie stało we wtórym rzędzie: Item bóty. Dajże sam teraz dopiero bóty, rzekł pan. Gdy do obuwania przyszło, co czynić, żadną miarą z ostrogami tam nogi nie wnidą. Daj sam noża, Wenet powiedział, i hnet bóty rozerznął, a potym włożywszy tam i z ostrogami nogi, rzekł do sługi: otoż widzisz, że tu dobrze pisano, bo ten bot zakryje ostrogę, iż sie nie ubłoci.

A drugi zasię takież Wenet wsiadszy na koń, a trzymając go barzo na wodzy, bodł gi, żeby szedł, a koń s nim wspak, aż ku domowi jednemu przyszło, a ten dopiero zaparwszy nogą o węgieł a niechcąc jakoś wodzę puściwszy pchnął konia sobą, iż z miejsca postępić musiał, i rzekł: to ten djabeł by barka, z miejsca nie pojdzie, aż popchniesz.

Rzekł tu pan Wapowski: czemu w. m. nie powiesz onej o FIorentynie. Odpowiedział pan Derśniak: Niepomnię, która to. Ale powiedz ją w. m. sam. Zatym pan Wapowski: Florentynowie walcząc przeciwko Pizie miastu, wydali byli pieniądze wszytki s pospolitego skarbu tak iż niebyło się już dalej do czego sięgnąć, a wojna stateczna dopiro sie w ten czas poczynała. Owa nielza jedno wdy o tym radzić, gdzie a jako pieniędzy dostać. I hnet zezwawszy radę, kazano każdemu powiedzieć swoje zdanie o nabyciu pieniędzy. Gdy ten to, ów owo powiedział, przyszło na jednego starca, który z wesołą twarzą tak rzeki: Nalazłem ja w swej głowie dwie łatwie drodze, iż w krotkim czasie barzo wielkie pieniądze zebrać możem. A to tak. Nasza intrata - prawi - najpewniejsza jest ze cła bram florenckich. Otóż co teraz jest jedennaście bram w mieście, to ich kazać druga jedennaście uczynić, i przybędzie nam tyle intraty, ile jej pirwei było. Druga jest droga. Roskazać hnet, aby we trzech abo we czterych naszych miasteczkach mińcę bito, nie inaczej, jedno jako w samej Florencyej, a iżby ustawicznie i we dnie i w nocy robiono, a nic inego, jedno wszytko czerwone złote; to hnet i bez wielkiego nakładu pieniądze będą.

Gdy sie tu każdy mądremu temu wynalaskowi rośmiać musiał, powiedział pan Bojanowski: I toć była nie najgorsza, którą ja sam w drodze s Krakowa do Wielkiej Polski jadąc słyszał. Chłop jeden (bywszy w Krakowie na ten czas, gdy posłowie Książąt pomorskich Królowi imieniem panów swych w pół rynku hołd podług zwyczaju czynili) przed drugiemi w karczmie powiedał, jako tam na wiele czystych rzeczy patrzał, jako król w dziwnym ubierze wysoko siedział, a panowie niżej około niego, jako siła barzo ludzi pięknie ubranych, na koniech, pieszo, we srebrze, we złocie widział, i dziwnego sie grania nasłuchał, tak, iż mnimał, by był w raju. W tym spytał go chłop drugi, coby wdy tam najosobniejszego widział. Odpowiedział: było sie tam na wszytki strony czemu dziwować, ale miedzy inemi rzeczami to mi sie najdziwniejsza zdała. Człowiek jakiś przy drugich, którzy grali na surmach, na potwornej grał trąbie, tak, iż co raz to jej sobie niemal pół łokcia w gardło puszczał, i zaś wyjmował, i zaś znowu wpychał. Niewiem, aby co dziwniejszego na świecie być mogło. Owa kmieć głupi mnimał, aby owa część puzana, która sie i tam i sam pomyka, w garło wchodziła.

Zatym pan Derśniak jął swoje prowadzić, mówiąc: Co sie zasię wydwarzania tycze, kiedy jest mierne, tedy człowieka, który onego ducha, mierzy, ale gdy wydwarzanie wynidzie z miary, uśmiać sie mu człowiek musi. Jako gdy więc owo kto około wspaniałej swej myśli powiodą, około dostatku, bo ja pomnie jednego, który po trzydzieści czerwonych złotych na szańc w warcaby grac niechciał, powiedając, a co to jest, wszak po tak małe grać, jakoby wszy bil; więc zasię, kiedy kto powiodą około swego męstwa, około zacności domu, abo białegłowy kiedy powiedają około cudności, około swych obyczajów, czego niemogą jeść, na co niemogą patrzyć, czego niemogą słuchać, o czym niemogą myślić, zawdy takowe zbytnie wydwarzanie, abo jako sameż białegłowy zową, przequinty śmiech za sobą ciągną. Jako niedawno jedna pani powiedziała, gdy jej pytano na jednej biesiedzie, o czymby sie zamyśliła i przecz by była złej myśli. Atoli - prawi - myślę sobie, kiedy na sąd Boży przydzie, iż tam wszyscy ludzie nago stanąć mają, wielki frasunek s tego mam, iż też ciało moje, jako i inych ludzi, nagie ma być widziano. A ile kroć na to wspomnię, zawdy złej myśli być muszę. Zasię gruby kłam, rymownie złożony, ten też, jeśli co, człowieka rozśmieszy.

Dziś trzeci dzień, powiedał jeden z naszych, iż chłopi, idąc ze wsi na jarmark, który był w kilku milach, opóźnili sie, że w boru zostać przez noc musieli. Więc, iż było w gromnicach, kiedy wilcy stadem chodzą, radzili miedzy sobą jakoby noc tę przespać, a wilcy żeby którego z nich nie zjedli. Jeden powiedział: Niećmy ogień, a nie śpijmy. Odpowiedziano mu, iż tak źle, bo rychlej wilcy do ognia przydą. Wyrwał swoję drugi, powiedając: Składźmy sie - prawi - kołom, iżby jeden drugiego głową dotykał, a tak, jeśliby którego z nas wilk za nogę popadł, uczuje podle niego drugi; zganili drudzy i tę radę, mówiąc: Kiedy sie - prawi -roześpim, wnet głowy daleko od siebie będą, w tym mogą wilcy przypaść, i wyjąść z koła dwu i trzech, że drudzy nie uczują. Owa po długim rokowaniu naostatek poradził tak jakiś starzec, wieść na które wysokie drzewo, a tam nieśpiąc dnia czekać. I uczynili tak, porąbili hnet dwie sosni, a uczyniwszy na nich karby, jakoby stopnie, na jedne wysoką sosnicą po nich wleźli, i tam przez noc byli, obaliwszy sośnie na ziemię. Nazajutrz, gdy nie wszytcy mogli być tak czerstwemi (zwłaszcza iż było miedzy nimi nieco starych mężów), żeby na dół bez pomocy zeszli, obrali miedzy sobą kilku co czerstwiejszych, a duższych, aby najpirwszy, mocnej sie gałęzi ujął i trzymał, a drugi jego nóg, a zasie trzeci wtórego nóg, aż tak do ziemie, a po tych dopiero owi leniwi, jako po drabinie, aby na dół schodzili. A gdy przyszło do tego, że drudzy po onych spiętych już z góry leźli, począł ten najwyższy wołać: spieszcie się, daj was zabito, bo mi tak barzo ciężko, iż ledwe sie już gałęzi trzymam. A jeden s tych, którzy leźli, rzekł: Bracie, nie łaj, wszak jeślić ciężko, a słabo trzymasz, popluj rąk sobie; a ten, gdy chciał usłuchnąć rady ze wszytkimi zaraz gruchnął o ziemię, kto szyję, kto rękę, kto nogę złamał, ledwo podobno jeden abo dwa wrócili sie do domu. Drugą taką, też niebarzo podobną ku prawdzie, powiedział raz jeden Włoch za prawdziwą, jako widzial w Portugaliej małpe daleko rozną od tych, które widamy, s tych nowo nalezionych wyspów przywiezioną, która barzo dobrze szachy grała. Owa jednego czasu grał s nią przed królem portugalskim ten ślachcic, który ją stamtąd przywiózł. Małpa uczyniwszy kilka scia, barzo misternego, za którym musiał on wniść do ciasnego kąta, naostatck dała mu met. A dobry pan rozgniewawszy sie, jako więc bywa, kto met weźmie, wziął swego króla w rękę, który był dobrze spory, jakie szachy u Portugalczyków bywają, i uderzył nim w łeb ubogą małpę. Małpa skoczywszy na stronę jęła wrzeszczeć, jakoby miała upominać sie sprawiedliwości u króla o niesłuszne uderzenie. Po wtóre ją zasię wyzwie on ślachcic, a ta zbraniawszy sie długo przez znaki, nakoniec wdy namówić sie dała, i jęła je grać znowu, tak dobrze, że go jako i pirwej do złej toni przywiodła; nakoniec widząc, że mu już met jednym stąpieniem dać miała, chytrze obwarowała sobie, aby ją po wtóre nie bolało, pomaluczku prawą swą rękę, jakoby co inego czyniąc włożyła pod łokieć lewej ręki onego dobrego pana, którą rękę on, jako dclikat, położył był na poduszecce tafcianej, i prędko wyrwała mu ją s podręcza, a zaraz i lewą ręka dała mu pieszkiem met, i prawą włożyła sobie onę poduszkę na głowę, aby ta była jako tarczą na on szachowy raz, a potym uczyniła skok przed królem na znak zwycięstwa.

Ale kto sie takowemi powieściami chce ucieszyć do wolej i nauczyć sie czego, słuchaj onego nie ubogiego ziemianina, co na karasiu jeżdżą, a w szczuce nalazł jastrząba, a on kuropatwę skubie; i miał kiedyś lecowcgo, który w wozie ciągnąc kuropatw zawietrzył, a on nie będąc takim, wysiadł, i pięćdziesiąt ich kobiercem przykrył.

Wyrozumieliście już podobno w. m. co to są za trefne powieści, które na dostatecznym wypowiedzeniu rzeczy, która sie kiedy sstała należą. A teraz podźmy do tej trefności, która na jednym telko, krótkim, zwięźliwym, a s prędka rzeczeniu zawisła. A jako w pirwszej długiej a foremnej powieści, abo też i w contrefetowaniu kogo mamy sie tego strzedz, abyśmy w niczym nie byli podobni błaznom, tak też zasię w tym krótkim rzeczeniu ma sie Dworzanin wiarować, aby za jadowitego, a tego, który nie umie zatrefnować aż z uszczypkiem a despektem czyim niemiano, bo takowy złośliwy język godzien bywa przykrszego niż słowy karania.

S tych tedy trefności, które w krótkim rzeczeniu zależą, ta jest najsubtelniejsza, która s słowa abo rzeczy dwuwykładnej roście, iż ją człowiek na inaksze, niż rzeczono, wyrozumienie ułapi. Jako mając raz dworzanie jeść u pana Mikołaja Tarła, Chorążego sędomirskiego, pytał jeden drugiego przed królem stojąc: panie, a wszak u Tarła? Jaki taki odpowiedział u Tarła; aż do pana Reja przyszło, który, gdy go też spytano: panie a wszak u Tarła? on zaraz by z bicia ze dwu jedno uczynił słowo, i rzekł: wie ją djabeł, jać-em jej tam w ogon nie patrzał. Ale nie zawdy takowe rzeczenie trefne być może, więcej sie mu pospolicie ludzie dziwują, jako temu, które z bystrego rozumu pochodzi, niż aby mu sio barzo śmiać miano. A czasem ani kęs jeden ma śmiechu w sobie, owszem statek a powagę. Jako Scipionowi Africano na biesiedzie, kiedy mu sie kilka kroć wieniec na głowie przerwał, Licinius Varus powiedział: nie dziwuj sie - prawi - żeć nie w czas ten wieniec, głowa to bowiem wielka. Ku czci to było Scipionowi. Ale Czechowi jednemu nie barzo, o którym gdy była pirwej ta sława, jakoby miał zamek (który on był prze głód nieznośny, a niedostatek wody nieprzyjacielowi podał) przedać, a raz grając pisaną kilka kroć jakoś rychło jeden po drugim kartę przedał i zawdy sam najlepszą zrzucając, jeszcze musiał dawać niemałą pieniężną winę, jeden podle niego siedząc z żalu mu powiedział: Ba, to dziwna rzecz, iż sie to nikomu tu nie trefiło, jedno w. m. przedać.

Owa jakom pirwej powiedział, takowe zatrefnowanie z rzeczy abo słowa dwuwykładnego podoba sie skoro najbarziej ludziom, bo to nie leda rozum, który może rzecz, którą wszytcy jednako w ten czas rozumieją, ku inakszemu wykładu przyciągnąć; przeto też takie rzeczenie barziej dziwne jest, niż śmieszne, oprócz jeśli kniemu druga trefność przystąpi. Ale najpospolitsza trefność ta jest, kiedy człowiek na swe słowa daleko rozną powieść słyszy, niż ta, której czekał, a jeśli jeszcze przyłączy sie do tego dwuwykładne słowo, daleko rzeczenie będzie trefniejsze. Jako gdy jednego czasu Królowi J. M. przywiedziono było z Niemiec niemało pięknych frezów wronych, Król J. M. patrząc na nic z okna, radził sie s panem Koniuszym a s panem Oboźnym, coby za rząd dać na nie miał. Stanisław Białobocki niedaleko stojąc, a słysząc ono powiedział, ukazawszy na kilku trędowatych, którzy przed królem rzędem podle siebie stali: A to już jest - prawi - rząd czerwony gotowy i nie może być nad ten cudnieszy, jedno im kaźcie co rychlej twarzy połupić. By był Białobocki zgoła rzekł, iż s tych czerwonych twarzy każ wasza K. M. poczynić rzędy, było by było dosyć trefnie, bo by był król to usłyszał, czego sie słyszeć nie nadziewał: a sama ta rzecz, iż ze skór człowieczych rzędy być miały, ma śmiech w sobie, ale iż on, wziąwszy to słowo rząd, przystosował je ku inemu, i ukazawszy rząd, którym oni trędowaci stali, odmienił własność słowa, przeto dla tej wtorej trefności z dwuwykładnego słowa rzeczenie było daleko trefniejsze. Jako i to drugie. Pan Kozieł, ziemianin sędomirskiej ziemie, będąc w Wiznie na rocech przy przyjacielu, s którym ani do gospody ssiadając wszytek dzień strawił, gdy sie już było zmierzkło, szedł sam, sług nie czekając do gospody swej, której nie wiedział. Owa pytając sie to tego, to owego trefi na jakiegoś pachołka i mówi mu: Towarzyszu, nicwiesz, gdzie tu moja gospoda? A on rzekł: a ktoś ty? Odpowiedział: jam jest Kozioł. A pachołek zaraz: kiedyś kozieł, tedy w chlewie twa gospoda. To tu i usłyszał taką odpowiedź, jakiej nie czekał, i to słowo dwuwykładne Kozieł śmiechu przysporzyło. Ale tę rzecz pan Jan Kochanowski w swoich fraszkach barzo tremie wierszem powiedział.

Więc iż takowego dwuwykładnego rzeczenia siła jest sposobów, dla tego dworzaninowi bacznie w tym postępować przydzie, aby uważył, co może być trefnie, a co, jakoby drwa gryzł, i co łatwie ku rzeczy przypadnie, a co sie nieda pociągnąć ani nachylić; a pilnie przysłuchywając sie każdego powieści, umiał ułowić sobie takie rzeczenie bez obrazy, jakom i pirwej powiedział, osoby której. Nie tak, jako jeden uczynił, co do przyjaciela swego, który był ślep na jedne oko, prawie w ten czas przyszedszy, kiedy każdy gość u niego s tych, których był na obiad naprosił, miejsce swe zasiadł, chyba stołek przed stołem na kraju stal dla gospodarza, gdy gospodarz, jako przystało, prosił, aby został na obiad, bez odmachu powiedział, barzo rad - prawi - bo jednak widzę tu prożne miejsce jednemu, i ukazał palcem, nie na on stołek przed stołem, ale na ono miejsce, skąd oko wyciekło. To było przyostrszym, a bez przyczyny uszczknienie, a każdemu jednookiemu toż by sie powiedzieć mogło. Wiec, iż na takowe rzeczenie rozumie człowiek, że dawno przed tym myślono, mało abo nic śmiać mu sie może. Takowejże też jest kuźniej i owo drugie, kiedy człowiekowi, który niema nosa, mowi kto: na coż ty bracie kładziesz okulary, abo, czym lecie woniasz różej. Ale miedzy inym trefnym rzeczeniem to ma swą osobną wdzięczność, kiedy kto te słowa, któremi go dotkniono, przyjąwszy, obróci rzecz na tego, kto go dojechał, i jegoż go własną tnie bronią.

Jako Doktor Roizius Iszpan, człowiek i barzo uczony, i na odpowiedź dziwnie skory, Jakubellusewi Medykowi powiedział, gdy go szkalował z mdłego wzroku, mówiąc: Domine Doctor, tu parum vides. Odpowiedział Iszpan: verum est, nam te video, qui es parum. A drugi u sądu, stojąc przy przyjacielu, i wiele za nim mówiąc, gdy mu przeciwnej strony prokurator rzekł: co ty oto szczekasz? Odpowiedział: Muszę - prawi - bo widzę złodzieja.

Jechał takież przez niepomnię które miasto człowiek otyły, i jakiś mędrek, uźrzawszy on jego wielki brzuch, powiedział: drudzy ludzie za sobą sumki noszą, ale je ten ma przed sobą; hnet ten tłusty odpowiedział: tak trzeba, bracie, w tym mieście, gdzie pełno złodziei.

Jednego czasu tez towarzysz nasz, jeden (o którym ta sława jest, jakoby pacholęciem będąc, miał kiedyś miasto chłosty być w koszu) Stanisławowi Białobockicmu na biesiedzie rzekł: Miły panie, dobra to wdy była woda, przez ktorąś w. m. kota ciągnął. A Białobocki odpowiedział: wierę niewiem zlali, dobrali była, bo na ten czas urwał sie był w nie chłop jakiś szalony s koszem i zamącił wszytkę, iżem jej w gębę niemógł wpuścić. A drugi takowyż rycerz koszowy powiedział temu, który ciągnął kota: Miły panie u dyabła wdy tak prędko tych powrozów dostano, których wam było da kota ciągnienia potrzeba. Odpowiedział ten: A za w. m. niewiesz, iż szanownemu o wszytko latwie, bo ja, panie, skoro sie kot odprawi, to powrozy hnet rozwieszać, wysuszyć i schować na drugi raz każę, ale wy wszytko popsujecie, porzeżccie, pokazicie, iż ani wam, ani drugiemu wasza robotka niepłatna.

Jest też i drugie zatrefnowanie, kiedy kto przyda, albo ujmie, abo odmieni w słowie literę, abo sylabę jaką. Jako ktoś mając zwać przezwiskiem Doktora Retikusa zwał go heretykiem. A pan Bogusz, Starosta krasnostawski, siedząc niedawno miedzy Kanoniki krakowskiemi, a mówiąc to o tym, to o owym, z rzeczy mu jakoś przyszło, że miał pomienić Presti-monium, i rzekł miasto tego prostibulum. Prawda, iż on po łacinie nie umie, ale przedsię (jako jest we wszytkim baczny) barzo dobrze wiedział, co znaczyło to słowo, i naschwał go tak w ten czas użył. Więc i to bywa trefnie, kiedy kto przystosuje do swej rzeczy wirszyk jaki, wynicowawszy gi, abo chocia zostawiwszy go przy swym wykładzie, jedno słowo jakie w nim odmieniwszy.

Takież też, gdy kto umie wyrwać s ksiąg co takiego, co u ludzi często bywa w uściech, a na swój młyn obrócić. Jako jeden mając i złą i przemierzłą i barzo żadną żonę, kiedy go pytano, jakoby sie miał, odpowiedział: Co rozumiesz - prawi - jako sie mam, gdyż Furiarum maxima juxta me cubat. Trefnie toż kiedyś powiedział jeden dworski człowiek Biskupowi padewskiemu, co oto tak było. Biskup do pewnego klasztoru mniszek w Padwi dał mnicha, o którego i nauce i przykładnym życiu wszytcy ludzie dobrze rozumieli, aby tam kazał i ine obrzędy kościelne sprawował. Także brat, słuchając często sióstr spowiedzi, zapowietrzył ich pięć. A mało ich też co więcej w onym klasztorze było. Kiedy ono zapowietrzenie po wzdętej bolącce poznano, poimano mnicha, który sie hnet przyznał, powiedając, iż go na to djabeł zawiódł. Owa Biskup inaczej nie jedno garłem skarać go chciał. Miał ten mnich uczonym będąc wiele przyjaciół zachowałych, którzy wszyscy pospołu i z onym dworskim człowiekiem do Biskupa przyszli prosząc, aby miał litość nad onego nieboraka krewkością. Biskup żadnym obyczajem odpuścić mu niechciał. A gdy oni przedsię na Biskupie słowa nie patrząc przez przestanku prosili, omawiając go, jako złym położeniem dobrego człowieka skazi, więc iż człowieczeństwo prędkie jest ku grzechowi, a djabeł nigdy nie śpi. Nakoniec Biskup powiedział: Kiedybychja to - prawi - jemu odpuścił, cobym ja Panu Bogu odpowiedział na on czas, kiedy na sądzie ostatnim mi rzecze: Redde rationem villicationis tuae? W tym hnet rzekł on dworski człowiek: A cobyś w. m. miał inego odpowiedzieć, jedno toż, co W Ewanieliej stoi: Domine, quinque talenta tradidisti mihi, ecce alia quinque superlucratus sum. Owa Biskup uśmiawszy sie onej odpowiedzi, skarał przedsię mnicha, ale już nie tak srogim karaniem, jako był umyślił.

Na kształt tego też drugi Biskup s Krakowa do Biskupstwa poście jadąc, rzekł do jednego swego plebana niebarzo bogatego, przez którego plebanią jechać miał: Księże plebanie, przydzie mi u was manducare pascha. A pleban odpowiedział: Dobrze miłościwy księże, jedno sine discipulis.

Bywa i w tym trefność, kiedy kto w rozmowie przyczynę jakiej rzeczy iną zmyśli, niźli jest; abo kiedy kto wykłada po swemu imię czyje, abo rzeczenie.

Jako raz miał ksiądz Biskup Kujawski Zebrzydowski Kapellana, zjadłego księdza, któremu był wrzód nieco nadkaził gęby, iż była oparzysta, i trefiło się, że ksiądz Biskup w rozmowie (jako on jest barzo ludzki) pytał Kapellana: księże Wysocki, cóż wam to było w usta? Pan Lakiński, który tuż stał, za księdza Wysockiego odpowiedział: Bańki mu to stawiano na niej m. księże, złe słowa wyciągając.

Pytał też ktoś w Rzymie trefnego Włocha, czemuby Kościół w wielki piątek, modląc sie za wszytki stany, za Króle, za Książęta, za Biskupy, za Prełaty, za wszytko Krześciaństwo, nakoniec i za pogany, i za żydy, nie modlił sie za Kardynały, ani o nich zmienki żadnej czynił. Ten odpowiedział, iż się - prawi - pod owym tytułem zamykają, gdzie jest prośba pro hereticis et scismaticis.

W radzie takież raz, gdy posłowie ziemscy przywodząc pany koronne ku miłości Rzeczypospolitej, spomnieli Scipiona, jakim był miłośnikiem dobra pospolitego, pan Gołogorski, Kasztellan halicki powiedział, jeśli taki był Scipio, jakiego ja mam w sąsiectwie, tedy sie djabłu godził, bo mnie moj barzo szczypie. I wierzę, że i tam tego rzymskiego od szczypania Scipionem było nazwano.

Powiedał też niedawno jeden ksiądz przed dwiema, a jam trzeci nadsłuchywał, jako sie ktoś (osoby nie mianował) przed nim w te słowa spowiedał: Ja - prawi - znam to, żem jest grzeszny, ale poszczę rad, i rad prze Bóg daję, i w kościele często bywam, i kazania rad słucham, i ine rzeczy czynię, czego nie każdy czyni krześcianin. Słysząc to jeden z onych dwu, rzekł: Ba to - prawi - śmieszna spowiedź była, co miał na sie skarżyć, to sie chwalił; a drugi zasię na to powiedział: i owszem - prawi - spowiedał sie tych rzeczy jako złych, rozumiejąc, iż barzo grzeszył, kiedy je czynił. Przyszło mi toż tu na myśl, jako w on czas, kiedy sie jeden s naszych frasował na rostrucharza, że zbytnie drogo żołnierzewi zacenił konia, powiedając, iż szkapa nierzkąc - prawi - za tak wielkie pieniądze, ale za kopę nie stoi, bo to ma w sobie, że sie z dobytą bronią nieda naźrzeć; - powiedziałeś w. m. panie Bojanowski: jeślić koń ma tę cnotę w sobie, dziwuję się, że go za tysiąc złotych nie ceni.

Do tegoż też oto to należy. Hetman kiedyż objeżdżając wojsko przyjechał nad bród nad podobieństwo głęboki, i niechcąc sie zgoła ważyć przejechać gi, rzekł do trębacza: przejedź. A trębacz zjąwszy czapkę, z wielką, uczciwością powiedział: racz w. m. przejechać, miłościwy panie. Owa w rzeczy tak rozumiał, że go pan Hetman czcił onym przejechaniem.

Mało nie podobne do tego jest i takie zatrefnowanie, kiedy owo kto słowa telko szczyre rozumieć chce, a nie rzecz, którą ony słowa znaczą. Jako Niemiec jeden w Rzymie potkawszy preceptora swego późno w wieczór na imię Philippa Beroalda, rzekł mu: Domine Magister Deus det vobis bonum sero. A Beroaldus zaraz odpowiedział: Tibi malum cito.

Na biesiedzie też jednej byli pospołu z drugiemi czystemi ludźmi dwa panowie Tarłowie, Stanisław i Mikołaj Chorąży, przemyski, jeden dobry żołnierz, jedno z jakiemiś domowemi niedostatki, prze które żony mu sie pojąc nie godziło, a drugi uczony i wymowny. Owa przy dobrej myśli, kiedy sobie pan Mikołaj podpił, a ktoś do niego niemałą pełną wypić chciał, rzekł onemu: zaprawdę, mój panie, niemogę więcej pić, bo już nie mam hławy, jako on tak zwykł mawiać, gdy troszkę przebierze. Pani Kochanowska, Sędzina sędomirska, stateczna pani i barzo trefna, tam bodąc powiedziała: Jakom żywa, od jednej matki rozniejszych synów nie widziała; jeden głowy nie ma, a drugi wszak wiecie czego.

Do tego i oto to przynależy: W Łęczycy na rokach miał Starosta jeden, którego mianować nic chcę, dwu sług swych, którzy tego pilnowali tuż przy Woźnym stojąc, aby pana ich u sądu nie zdano. Także gdy przyszła tego do Starosty akcya, zawołał Woźny: Slachetny panie (i mianował go), stawaj do prawa; a sługa jeden z onych dwu chcąc pana wyżej podnieść, rzekł do Woźnego: Nie ślachetny masz mówić, ale urodzony. A woźny znowu: Nie ślachetny ale urodzony panie, stawaj. Drugi sługa zasię oburzył sie na Woźnego i rzekł: Nie urodzony, bodaj cię zabito, ale wielmożny. Dopiero woźny poprawił: Nic ślachetny, ani urodzony, ale wielmożny panie Starosta, bywaj do prawa.

Takowym tedy trefnościam ludzie sie radzi barzo śmieją, iż tu już człowiek iną rzecz słyszy, a nie tę, której czekał, jakoż s przyrodzenia każdemu z nas omyłka własna jest luba, i niemoże być nieśmieszno, kiedy widzimy, że nas oszukało nasze mnimanie.

Przypatrz sie temu każdy, jeśli owo nie trefnie, kiedy trefi kosa na kamień. Jako jednemu utratnemu rzekł silny lichwiarz: A kiedy ty wdy utrącać przestaniesz? A ten odpowiedział: W ten czas - prawi - kiedy ty nieprzystojnie nabywać.

A iż (jako się pirwej powiedziało) skądkolwiek wyniknie uszczknienie, stądże też ważne słowa ku chlubie wyniść mogą, przeto i dla uszczknienia i dla pochwalenia foremny to sposób jest zatrefnowania, kiedy człowiek przyznawszy ono i potwirdziwszy, co kto powiedział, inaczej wyłoży, niż on rozumiał, kto rzekł. Jako jeden chwaląc białągłowę z obyczajów, z dobroci, s cnoty, nakoniec i s cudności, kiedy ona tej ostatniej chwały nie przyjmując, rzekła: Prze Pana Boga, około cudności nie racz w. m. mówić, boć-em ja już stara. Odpowiedział: Jeszcześ mi sie w. m. tym nie zganiła, bo to, żeś w. m. stara, przywiedzie mie ktemu, że w. m. Aniołom równą czynić będę, które Bóg najdawniej stworzył, a przedsię są najcudniejszemi.

Ma i metaphora dobrze wzięta niemałą gracyą, tak w poważnym rzeczeniu ku chlubie czyjej, jako też i w uszczknieniu trefnym, zwłaszcza na dawaniu odpowiedzi, jeśli ten, kto odpowiedź czyni, prowadzi też metaphorę do końca, którą go potkano.

Jako Ślachcic jeden florencki s familiej Strozzi wywołanym s Florencyej będąc wskazał do Kozmusa Książęcia florenckiego przez posłańca swego, którego na ten czas po inej swej potrzebie słał do Florencyej, jakoby grożąc temi słowy: Powiedz - prawi - Książęciu odemnie, iż kokosz siedzi na jajcach. Co gdy on posłaniec powiedzieć musiał, Książę zaraz odpowiedziało: A ty odemnie powiedz twemu panu, iż nędznie ta kokosz siedzi, którą wyrzucą z gniazda.

Tymże też kształtem jeden uczony człowiek sławnemu rycerzowi odpowiedział, który rycerz dowiedziawszy się, iż on uczony spominając w niektórym piśmie swym wielkie a sławne ludzi, spomniał też jego, i dał mu silny dank w sprawie, w męstwie i w dzielności wojennej, powiedział tak (podziękowawszy mu pirwej za takową chęć): Toś - powieda - w. m. uczynił ze mną przyjacielem swym, co kupcy czynią s swojemi pieniędzmi, bo oni, kiedy mają zły jaki czerwony złoty, kładą gi pospolicie miedzy wiele dobrych, i tak go przy nich udadzą. Takżeś też w. m. uczynił, włożyłeś mie między wielkiego zawołania ludzie, abych za jednego z nich uszedł. A ten zaś uczony powiedział: Ci - prawi - którzy fałszują czerwone złote, pospolicie im dają taką farbę, iż na poźrzeniu jeszcze sie lepsze zdadzą, niż dobre. Więc, gdzieby sie najdowali tacy Alchimistowie ludzi, jako sie najdują czerwonych złotych, mógłby to kto rozumieć, żeś w. m. fałszywy, gdyżeś jest dobrze z lepszego i z jaśniejszego złota, niż który iny.

To tu z jednego miejsca urosło i poganienie niejakie i wysoka chwała. A to sie wielokroć trefić może, zwłaszcza, gdzie do statecznych powieści przydzie. Jako Hetman jakiś po wygranej bitwie siadł do stołu i s nim wielka liczba Rotmistrzow także jedząc, obaczył dwu czystych mężow przed sobą stojąc, którzy czasu potrzeby dosyć czynili swemu. Hnet i sam wstał i drugim wstać, a owym, co stali, uczynić miejsce kazał, mówiąc: by nie ci - prawi - my byśmy byli teraz wszytcy co jeść nie mieli. Tenże też gdy go Iszpan, czysty mąż jeden, upominał, aby nie stał na jakimsi miejscu, gdzie często przychodziły kule, powiedział: Gdyż to tobie Bóg dał, że sie nie boisz, nie pragnij tego, abych sie ja bał.

Ludwikowi takież królowi francuskiemu, gdy s księstwa urlieńskiego wstąpił na królestwo, rzekł ktoś z jego miłośników: To - prawi - teraz czas jest, że sie wasza K. M. pomścić możesz tych krzywd, które waszej K. M. czyniono na ten czas, gdyś był Książęciem urlieńskim. Król odpowiedział: Nie króla francuskiego to rzecz, mścić sie książęcia urlieńskiego krzywdy.

Takowe tedy powieści Królów, Książąt, Hetmanów, Przełożonych i inych zacnych ludzi coś w sobie pożyteczniejszego niż śmiech zawierają, a zową je greckim słowem Apophthegmata.

Przyłożę tu do tego owe trefne uszczknienie, kiedy kto nie łapając śmiechu, powie co statkiem. Jako będąc w Rzymie Więźniem brat Soleimana Cesarza tureckiego, Gein Ottoman, i widząc te turnieje konne, jakich we Włoszech używają, powiedział: Na igrzysko to - prawi - przywiętszym, a na opłatne mało. Tenże też. gdy mu powiedano, jako król neapolski Ferdinand jest duży, czerstwy, rączy, hybki do skoków, do zapasu, do biegania i do inych krotochwil, powiedział: iż w jego ziemi niewolnicy w tym sie ćwiczą, ale panowie tego sie z młodu uczą, aby umieli rozdawać, i tym sie najwięcej chlubią.

Niemal na ten kształt i oto to jest, ale wdy ma nieco śmiechu w sobie, co jeden zacny człowiek powiedział: Ludzie - prawi - niemają jedno te trzy rzeczy: majętność, ciało a duszę, otóż o majętność Prokuratorowie sie swarzą, o ciało Doktorowie, a o duszę Teologowie.

Rzekł tu pan Bojanowski: Przeto ono, co dawno powiedziano, mało sie nie iści, iż rzadko to jest, aby sie biegły w prawie prawował, Medyk, aby miał brać lekarstwo, a Teolog, żeby był dobrym Krześcianinem.

Powiedział zasię pan Derśniak: Ba i onoć sie tu mało nie żydzie, cos w. m. panie Bojanowski o rozumie powiedział, kiedybyś go na drodze nalazł, schylićbyś sie poń niechciał, mówiąc, iż, kto ma rozum, temu sie do wolej nic dadzą ludzie wyspać. Ten o radę kołace, ów aby cie w poselstwie użył; więc jednać, więc raić, więc stanowić, wszytkiego tego u mądrej głowy szukają. Jednak ja wiem, na kogoś to był w. m. w ten czas przyciął. Jako też i ono na Litwę. Ale to w. m. wszyscy wiecie. Rzekł tu pan Kostka: Ja jeden nie wiem, co to było, i proszę powiedz ją w. m. Za tym pan Derśniak: Pana Bojanowskicgo gdy szedł z zamku w Wilnie tego dnia, gdy Król J. M. wyjeżdżał do Polski, żebrak na moście siedząc prosił: Miły panie, zmiłuj się, abyć sie tu pan Bóg dał we szczęściu, we zdrowiu wrócić, daj mi pieniądz. Pan oto, że mu było coś nie k myśli, rzekł do ubogiego: Dajże mi teraz pokój, nie dam ci nic. A ubogi też rozgniewawszy się, gdy go już minął pan, jął mówić: Bodajżeś sie ty tu do śmierci nie wrócił. Gdy to usłyszał pan Bojanowski, hnet sie wrócił, i poznawszy ubogiego, który sie bał razów za takową klątwę, rzekł mu: nie pieniądz, bracie, aleć oto na dwa grosza, a proś Pana Boga, jakoś począł, abych sie tu do śmierci nie wrócił.

Chwalę też i owo, kiedy kto podobieństwo jakie, abo przyrównanie wyrwie i foremnie je przystosuje, jako raz u sądu była na jednego skarga, że mu wielkich pieniędzy pożyczono, a prokurator jego prząc długu tym wychodził: A gdzież by je - prawi - miał podzieć; wszytkim to ludziom wiadomo, jako około niego wielki jest niedostatek. Hnet na to przeciwnej strony prokurator rzekł: Nie powiedamci ja, żeby on te pieniądze zachował, ale tak mówię, iż, jako ów, co nago rwie trześnie, tak ten pan w brzuch wszytko włożył.

A pan Rej powieda: Białogłowy - prawi - nasze są podobne czaplam, bo jako czapla bez przestanku je, a gdziekolwiek leci, to z niej pierzcha, tak białegłowy ustawicznie jedzą i ustawicznie też chodzą dla chłodu na komorkę.

Jeden też dobry towarzysz panu Rylskiemu dworzaninowi jako owo trochę ma gębę skrzywioną, powiedział, gdy go pan Rylski to tym, to owym dojeżdżał, nakoniec mu rzekł; a chcesz, powiem na cię, jakoś s Siedleckim a s Korzbokiem grał żorawka. Jedno - prawi - zgryź ten orzech, który masz w gębie, a potym powiedaj na mię, co raczysz.

Nie nagorzej i to padnie, kiedy kto ku przyczynieniu, abo ujęciu komu to powie, co nikąska ku prawdzie niepodobne. Jako pan Maik o jednym powiedał. Tak sie - prawi - zda sobie być wielkim, iż, kiedy w kościół świętego Stanisława na zamku wchodzi, schyla sie zawżdy, aby głową o zasklepienie nad wroty nie uderzył. Tenże też powieda o jednym małym, iż widział raz, kiedy go kania porwała miasto kurczęcia i nie prędzej go puściła, aż na nie długo wołać musiano.

A Zębocki nieboszczyk snadź powiedał o jednym skępcze, który nie chcąc na ten czas zboża przedać, kiedy było drogie, nadziewając sie jeszcze większej drogości, gdy obaczył, że co dalej to barziej na dół sstępuje, z desperacyej obiesił się, gdzie na ten czas sługa jego nie daleko będąc, a słysząc niezwykły kołat w komorze, werwał sie tam i pana już wiszącego odciął. Nierychło potym on nędznik, kiedy przyszedł k sobie, chciał koniecznie, żeby mu sługa powróz zapłacił, powiedając, iż jeśliś ty mnie chciał od śmierci wrócić, mogłeś to uczynić powroza nie psując. Foremna i to, kiedy owo kto wrzeczy niechcąc, tknie kogo nie barzo znacznym słowem w sadno. Jako Stanisław Białobocki mając zachowanie wielkie s pany Karwickiemi (którzy wszyscy do inego porządku, który sie ich iście dzierży, to niemal s przyrodzenia mają, iż sobie każdy umie rozkazać dobrze uczynić jeść) powiedział chwaląc je: Dziwna rzecz - prawi - wszyscyć są Kuchmistrzowie, chyba oto pan Jakub, jeden miedzy nimi Podczaszy, - iż pana Jakuba, najmłodszego z braciej, ludzie za tego wzięli, jakoby go trunek nie miał mierzieć. Takoweż i ono rzeczenie służebnej panny było. Wojewoda jeden, którego mianować sie nie godzi, miał ten obyczaj niemal każdą rzecz abo do kilka dni, abo przynamniej do jutra odłożyć. I trefiło sie raz, że w drodze dla koni stanąć kazał, także, kiedy rydwan, w którym panny siedziały, stanąć za kolebką musiał, spytała ta panna sługi, czemuby stano. Odpowiedział jej: dla koni - prawi - J. M. stanąć kazał. A ona: Dziwna rzecz, iż tego J. M. do jutra nie odłożył.

Jeden tez chwalił wielkiego łupiescę, który fałesznie miał tę sławę. jakoby był barzo hojnym. Toć to - prawi - szczyra swoboda, nie telko swoje rozdaje, ale i cudze.

Wspomnię też ta dworskie jedno zatrefnowanie, kiedy owo człowiek iną powieda, a iną rozumie, nie aby prawie przeciwna rzecz mówić sie miała, jako, kiedy kto murzyna białym zowie, abo wielkiego chłopa karłem, abo barzo żadnego Parysem (acz i to czasem ma swą gracyą), ale kiedy owo kto statkiem mówi, a ona wszytką powieścią dworuje, inaczej to rozumiejąc, niż jako powieda.

Jako kiedy jeden tu u nas wziąwszy za głowę brata swego, a siedzenie odpuściwszy, niemałą sumę pieniędzy chciał sie s Polski do Śląska wynieść, rzekł mu niesprosny człowiek jeden: Ja sie dziwuję - prawi - gdzieś ty rozum podział, a za nie widzisz, że teraz w Polszcze tak sie wiele złych ludzi namnożyło, iż ty miedzy nimi mieszkając, ku wielkim pieniądzom prędko przyść możesz. Takież też jeden drugiemu niedawno coś jaśnie nieprawdziwego powiedał, a ten słysząc począł go prosić: Niech to - prawi - będzie za łaską w. m. abych temu mógł niewierzyć. A gdy on zasię, co onę baśń powiedał, począł sie kląć, że inaczej nie jest, chcąc koniecznie, żeby mu wierzono, dopiero ten powiedział: Gdyż to inaczej być nie może, a w. m. chcesz to mieć po mnie, abych wierzył, tedy ja, już to dla w. m. uczynię, bo bym sie jednak i s czego więtszego w. m. nie wymówił. Takową trefność zową z greckiego Ironią, a jest barzo przystojna wielkiemu panu, tak w kunsztownych, jako i w statecznych rzeczach. Przeto cni starzy zacni a sławni ludzie jako Kato, Scipio Aemilianus, używali jej. Ale snadź Sokrates w tym był najosobniejszy, a tego wieku król Zygmunt sławnej pamięci ociec pana naszego. Któremu trefiło sie to, iż raz, mając sie umywać, zjął s palców kilka kosztownych pierścieni, aby ich nie zmaczał, i dał je trzymać jednemu, który blisko stał, w rzeczy nie patrząc komu. Po umyciu, gdy sie król o pierścieniach nie pytał, on dobry pan rozumiejąc, że król mając czym więtszym zabawioną głowę, nietelko niemiał pomnieć, komu je dał, ale ani tego, aby je miał kiedy na palcach, zadzierzał je u siebie. Wyjdzie dzień, i drugi, i trzeci, wyjdzie tydzień, i drugi, miesiąc, kilka, aż rok, więc, iż o pierścieniach nigdy zmienka nie była, a u króla na palcach już drugie widział, miał za to pewnie, że i pożytek doma, i sława spelna. Także po roku, gdy sie takież król umywać chciał, i pierścienie już począł zdejmować s palców, ściągnął on dobry sługa rękę po nie. A król mu, schyliwszy sie do ucha, poszeptał: miej dosyć na pirwszych, bo te przygodzą sie komu drugiemu. I trefne, i mądre, i prawie pańskie to było rzeczenie, acz drudzy powiedają, żeby to nie król stary, ale Alfons, król Aragoński, dziad naszego pana, powiedzieć miał.

Jest i oto to Ironiej coś w rodzie, kiedy kto postępek szkarady czyj cudnym przezwiskiem nazowie. Jako Scipio Africanus, któregom niedawno spominał, będąc Censorem w Rzymie (to jest urzędnikiem tym, który sprawy, obyczaje, postępki, służby i zasługi przeciwko Rzeczyposp. wszech Rzymian uznawać, i one abo czcią i pożytkiem zdobić, albo bezeceństwem piątnować był powinien), jednego Rotmistrza na poczciwości drasnął o to, iż nie był w bitwie, która była pod hetmaństwem Pawła Aemilia. A kiedy ten Rotmistrz pytał, przeczby mu tę zelżywość czynił, gdyżem ja - prawi - nie uciekł z bitwy, alem był został dla straży obozu, odpowiedział Africanus: Mierzą mie tacy Rotmistrze, co to są zbytnie pilni.

Też i oto to niejako do Ironiej należy, kiedy kto rzecz, jako jest w sobie wiedząc, inaczej, a jakoby opak pyta, aby tego, kogo pyta, na to, żeby sie wyznał, wyciągnął. Jako Białobocki, gdy mu kiedyś niewiasta jego zbytnie potrawę osolila, pytał jej : Miła siostro, aboś tego nie soliła? A ona odpowiedziała: Miałoćby panie być słono, boćem dwa kroć soliła. Dopiero Białobocki: znać, bezecna małpo, powiodą, bo przed solą i jeść nie mogę.

Nieco też temu podobne ono pana Kaspra Maciejowskicgo, Stryja w. m. M. panie Lubelski, pytanie, który służąc jednej w fraucymerze pannie, a dowiedziawszy sie tego, iż go panna w pierścionku panu Przecławowi Lanskoruńskiemu pobrać dała, na potkaniu tak zająkając się, jako on mówił, rzekł ku pana Przecławowi: Bracie kuku (bo tak słyszę zwał pana Lanskoruńskiego) zginął mojej pannie pierścionek, a ty ponuro chodząc (jakoż snadź tak chadzał Lanskoruński) zawsze patrzysz w ziemie, powiedz mi, jeśliś go ty nie nalazł ?

Dobrze mi sie też to podoba, kiedy owo kto nad mnimanie tych, którzy słuchają, na hak kogo przywiedzie, jako Wacławek, mieszczanin krakowski, uczynił. Miał akcyą wielką z Rajcy krakowskiemi, gdzie mu szło o garło, a gdy Rajce conjecturami dowodzili nań tych tam rzeczy, powiedając, że kiedyś żebraka miał był kazać s pieniędzy zabić, na co tamże świadki (ale niewiem jako pewne) mieli, kazał sąd stanąć świadkom, i spytano pirwszego, jakąby tego wiadomość miał. Świadek powiedział, że o tym słyszał z ust pewnej osoby. Rzekł kniemu Wacławek: Może to być, iż ten, od kogo powiedasz w. m. żeś słyszał, z gniewni a nienawiści na mię to mówił. Dał miejsce świadek tym słowom, ramiona skurczywszy. A może też to być (rzekł zasię Wacławek), iż ten tam o kim inym to powiedał, a mnie tak wspomniał, iżeś go w. m. dobrze wyrozumieć niemógł. Pozwolił i tego świadek, jako ten, który wdy Wacławkowi upadku nie życzył. Tu Wacławek: A może też to być - prawi - iż tego, co powiedasz w. m. żeś słyszał, jako żyweś ni od kogo nie słyszał. Hnet to ostatnie rzeczenie, iż nad nadzieję wyszło, wielki śmiech pobudziło w ludziech.

Najduje sie i oto w tym trefność, kiedy kto co inego odpowieda, niżby ten chciał, kto do niego mówi. Jako król Alfons Aragoński, któregom pirwej spominał, iż był raz wszytko to dał dworzaninowi swemu, co powiedał, że mu sie (a on od króla bierze) śniło, więc drugi raz rychło potym począł też zasię przed królem powiedać, jako widział przez sen, ano mu król niemałą sumę czerwonych złotych daje. Powiedział mu król: od tych czasów - prawi - we sny nie wierzcie, bo sie wam nie wyjawią.

Powiedają też, że kiedyś do króla starego, gdy pieczęć wakowała, jeden zacny sekretarz przyszedszy powiedał, chcąc wyrozumieć wolą królewską: Miło. Królu - prawi - wszytek dwór tam o mnie powieda, że mam być pieczętarzem. A król do niego: Dajcie wy sobie pokój, wszak ludzie znacie, a czego oni nie splotą.

Jednemu takież słudze, kiedy pan precz kazał, przyjaciele za nim do pana przyszli, ciążąc sobie o takową krewnego ich zelżywość, nakoniec powiedzieli: a co on - prawi - nieborak do domu przyjechawszy ojcu swemu powie, dla czego mu precz kazano, gdyż jest cnotliwy, trzeźwy, czujny, pilny, sprawny, jako jeden być może. Odpowiedział pan: To niechaj powie, iż ja żadnej rzeczy s tych nie wierzę.

Snadź i to kiedyś było, Rotmistrz jeden, ciągnąc z rotą swą na granicę, miał nocleg w biskupiej wsi, gdzie drabi jego głodni hojnie zażyć kapłańskiego chleba chcieli. Owa, kiedy poczęli roscięgać swe proporce, przyszło kilka chłopów skarżyć do Rotmistrza: Panie - prawi - twoja czeladka młóci w gumnie nasz owies. A Rotmistrz rzekł: Bodajże ich zabito, to już koniom, - i więcej nie odpowiedział. Przyszli drudzy: Panie, twoi słudzy pobrali nam żyto i już je młócą. A ten zasie: Ba wej tych zdrajcy, to już na chleb. W tym przyszedł starzec jakiś: Panie, mnie wzięli kożuch. A Rotmistrz zakołysawszy głową: To złodziej chytry, jakoć sie zbiera wczas na zimę. I okrom tych słów nie dał im inej odprawy.

Ku temuż też i to niejako należy, kiedy z rzeczy tej, którą do ciebie kto czyni, to bierzesz co twojej, nie jego, sławie, abo pożytkowi służy. Jako Fabius Masimus, gdy wziął Tarentum miasto, a Livius Salinator, który je był kilka lat przed tym utracił, ale zamek był odzierzał, i s niego wielkie posługi czynił, prosił go, aby miał baczenie na to, że wżdy jego sprawą miasta Tarentum dostał. Odpowiedział Maximus: Jako - prawi - niemam pomnieć? nigdy bym go ja był nie wziął, byś go ty był nic stracił.

Jeszcze i to nie sprosne rzeczenie, kiedy ten, kogo za niegłupiego mają, powie co takiego, co sie zda, żeby s prostoty pochodziło. Jako pan Łaszcz o jednym powiedzial: I to prostak - prawi - zbudowawszy sobie czysty dom i umarł.

W rodzie temu jest i ono J. M. pana Ocieskiego, Ochmistrza królowej Jej M. rzeczenie. Pokwapił sie - prawi - ten, ksiądz umrzeć, a dwie mi był jeszcze spełnić powinien.

Takowemu rzeczeniu podobne też i to jest, kiedy ten, kogo (jakom powiedział) nic za prostaka mają, czyni tak, jakoby nie rozumiał tego, co barzo dobrze rozumie; jako jednego pytano, za jakiegoby człowieka tego miał, kogo na cudzołostwie zastaną, odpowiedział: Za leniwego.

Tejże kuźni jest i ono, co Scipio Nasica Poecie Ennio powiedział, co oto tak było. Nasica przyszedł do Enniusa i zawołał u drzwi stojąc: Jest pan doma? Dziewka mu powiedziała; Niemasz. A Scipio słyszał, iż Ennius tak powiedzieć kazał. Owa gdy tak odszedł, rychło potym przyszedł też Ennius do Scipiona, a gdy takież nie wchodząc w dom pytał na pana, Nasica sam silnym głosem zawołał: Niemasz go doma. Zatym Ennius: cóż mie błaźnisz, azaż ja nieznam twego głosu? Tu Scipio powiedział: wielkiś niediscret, jam ongi twej dziewce wierzył, kiedy powiedała, iż ciebie doma nie było, a ty mnie samemu teraz wierzyć niechcesz?

Bywa też i to trefnie, kiedy kogo uszczkną w tymże, w czym on pirwej dał sznupkę. Jako kiedyś na króla iszpańskiego dworze trefiło sie, iż jednego zacnego młokosa król o równe przewinienie w wiezienie wziąć kazał, w którym, kiedy był przez noc, a nazajutrz wyniść mu kazano, przyszedł na pałac, gdzie dworzan, pań, panien pełno było; także gdy to ten, to ów szydził z onej jego przygody rzekła jedna zacna wdowa do niego: Zaprawdę żałowałam ja burzo tej niefurtuny w. m., a zwłaszcza, iż tu drudzy za to pewnie mieli, żeby Król J. M. miał kazać w. m. obiesić. A młokos on zaraz tak powiedział; I jam sie poprawdzie niepomalu bał tego, alem wdy miał nadzieję, żeś mie w. m. za męża uprosić sobie miała. Iż to w Iszpaniej i w inych królestwach jest ten obyczaj, i u nas też to snadź pirwej było, że kiedy złodzieja tracić wiodą, jeśli wszetecznica jawna prosi go sobie za męża, garłem takiego darują.

Tym sposobem tez onym dwiema Kardynałom w Rzymie Raphael sławny malaz powiedział, którzy przyszedszy do niego w dom, gdy go to tym, to owym drażnili, chcąc, aby mówił, i każdej rzeczy dał przyczynę; nakoniec poczęli strofować jedne tablicę, gdzie święty Piotr s świętym Pawłem namalowani byli, powiedając, że je barzo rumiano poczynił; - rzekł do nich Raphael: Niedziwujcie sie w. m. miłościwa księża, jam to tak naschwał uczynił, bo wielkie podobieństwo, ze tacy są oni w niebie, jako je tu w. m. widzicie, to jest czerwieni ze wstydu, przeto, iż tacy ludzie, jacyście w. m., kościół ich rządzą.

Jest i to trefne rzeczenie, które ma w sobie pokryty śmiech, jako ddy jeden przyjaciel przed drugim skarżył sie s płaczem na swe nieszczęście, iż mu sie w sadu na drzewie obiesiła żona, a ten, co go miał cieszyć, to tak rzekł kniemu: Mój miły bracie, prze Bóg cie proszę o kilka rózg s tego drzewa, abym je wszczepił w mym sadu.

Więc i temu, co kto rzecze z gniewu, śmieją sie pod czas ludzie. Jako, gdy jednego w wielkich przezyskach skazano, począł płakać, a syn do niego rzekł: Czemu w. m. płaczesz? Odpowiedział ociec: abo mam śpiewać po takim dekrecie?

Przeciwne temu jest, gdy kto skurczywszy ramiona, a cirpcu przyłożywszy, gładce co rzecze. Jako, gdy chłop skrzynie na sobie niosąc potrącił Katona i rzekł wara. Kato spytał: abo jeszcze co drugiego okrom tej skrzynie niesiesz?

Też i w tym jest trcfność, kiedy kto nieznacznie czyje nikczemność a głupstwo szkaluje, jako u sądu ziemianin jeden prosił o prokuratora, powiedając, iż za pieniądze dostać go niemógł, a rzecz iż była wielka, niechciał jej sam sprawować, owa sąd dał mu jakiegoś prokuratora, którego nikczemności iż on ziemianin był dobrze świadom, rzekł do tych, co na sądzie siedzieli: Proszę, moi łaskawi panowie, dajcie w. m. tego prokuratora mojej przeciwnej stronie, a mnie abo inego dajcie, abo już tak wolę bez niego.

Skoro takowa i ona była co Sobieski uczynił, aby niebaczność gości swych poganił, abowiem, gdy u niego kilka dni nadzwyczaj z wielą szkap i z wielą pachołków mieszkali, on przed nimi począł sie ubierać w bóty, a gdy go pytali, czemuby to czynił, gdyż wy - prawi - odemnie niechcecie, muszę ja od was jechać.

Ale jeszcze to foremniejsza, co Król stary księdzu Narapienskiemu powiedział, który, gdy nigdy żadnego za stół s Królem siedzenia nie omieszkał, raz, kiedy sie umył, rzekł król J. M. kniemu: Księże, umyłeś sie? On odpowiedział: umył Miłościwy królu; zatym król: idźże do domu jeść.

Rozśmieszy też to niepomału, kiedy kto źle sobie w czym począwszy, a chcąc ono, w czym sie obłądził, naprawić, rzecze, chcąc co takiego, co sie barzo nie k rzeczy widzi, a przedsię to ku onemu sie będzie ściągało, na co on założył, i tak onym sobie pomoże.

Jako sie raz trefiło. Pan jeden wielki, mając brzemienną żonę: powiedział sługom swym: kto mi - prawi - nowinę przyniesie, iż żona moja syna powiła, dam mu to wszytko, w czym na ten czas będę, i koń, na którym mię zastanie. Rychło potym pani porodziła, a sługa jeden, nie pytając sie, co miała, szedł i powiedział panu, iż pani miała syna. I zaraz pan uiściwszy mu sie w niektórych rzeczach, przybieżał z radością do paniej, gdzie nalazł dziewkę miasto syna, a wziąwszy ją na ręce kazał zawołać onego sługi i pytał go: A gdzież tu jest, dajcie zabito, ono, co u mężczyzny? Odpowiedział sługa (jako był przyłotr): I panie będzieę tu to wszytko, niechaj jedno uroście. Owa onym zatrefnowaniem wyszedł ze wszytkiego.

O barwierzu też wielkim szybale powiedają, do którego gdy chłop z wybitym okiem przyszedł, choć rozumiał, że mu niemógł nic pomoc, wszakoż, aby od niego co grzywien wyłudził, powiedział mu: jedno pieniędzy nie żałuj na lekarstwa, będziesz pewnie zdrów; kmiotek uradowawszy sie czeka tydzień, czeka drugi, trzeci, nic przedsię nie baczy polepszenia, aż chudzina po kilku niedziel, widząc, że ta rzecz w długą idzie, a poprawy kęs jeden nie znać, pocznie sie uskarżać i mówić barwierzowi: panie, podobno ty mnie zawiedziesz, iż ja i oko i pieniądze stracę, bo namniej do tych czasów na nie nie widzę, prosto jakobych go też w głowie niemiał. Barwierz widząc, iż też już nie było co skuść, rzekł kniemu: Niebożę stradny, musisz panu Bogu za wszytko dziękować, a już na jednym oku przestać, jeślić je jeszcze pan Bóg zachować będzie raczył, bo w tym tam chorym już niemasz żadnej nadzieje. To usłyszawszy chłopek pocznie płakać, pocznie lamentować mówiąc: zdradziłeś mię, barwirzu, pieniążkiś moje pokradł, nielza mnie, jedno cie prawem szukać, a o to sie starać, abyś tej twojej niecnoty wziął zapłatę. A barwierz do niego: ha chłopie, a więc byś też ty chciał dwie oczy mieć w głowie, jako ma ślachta i ini dobrzy ludzie; idź do zabitej śmierci. Owa tak one słowa z wielkim fukiem powiedział, iż niebożątko chłopek zlększy sie umilkł i poszedł precz, mając pewnie za to, iż jeszcze balwirzowi został na liczbie.

Nie sprosna więc i to bywa, kiedy kto chcąc to zgadnąć, około czego drudzy wątpią, rzecze co inego, ale foremnie. Jako to. Przyszli raz panięta w maszkarach przed króla, także czyniąc swój taniec parami; obaczy ktoś śrzednią parę, w której był pan Wolski Miecznik z drugim nic pomnie kim barzo małym, i rzecze: by wiedzieć - prawi - co to za para, tak barzo nie rymowna? a drugi stojąc podle niego rzekł: zgadnę ja, którzy są; a gdy ten z zasię jął prosić, aby mu powiedział: Atoli - prawi - to jest Roch, a to Pieszek.

Ujdzie czasem i to za trefność, kiedy kto jedno z drugim nie barzo trefnie spoi, na ten kształt, jako owo mówią: By - prawi - cnota tu była a sobola czapka.

Tu też położę owo upominanie na kształt porady. Jako Chalecki w Litwie, Starosta cyrkaski (stojąc przy królu starym w Wilnie na pałacu na ten czas, kiedy niedźwiedzia psy trawiono, a psi jakoż nie ochotnie z niedźwiedziem sie wiązali, i Król J. m. jął mówić, wierę te psy okarmić musiano, iż niedźwiedzia brać niechcą, powiedział: przeto, królu, każ tu pisarze swe spuścić, tym nic nie wadzi, by sie niewiem jako objedli, przedsię oni zawdy dobrze biorą.

Białobocki taikież jednemu dworzaninowi niebarzo urodziwemu (któremu był na ten czas król J. M. dał Starostwo) tak powiedział: Ty - prawi - kiedy na starostwo przyjedziesz, zawdy siedząc sprawy odprawuj, a jeśliby mogło być, jeszcze bych wolał, żeby z okna, bo i twarz i brodę masz po temu, iż z góry za obrzyma ujdziesz.

A drugi czasu powietrza Doktorowi (który nic nie umiejąc wiele już był ludzi pobił) radził, aby s Krakowa nie wyjeżdżał, powiedając mu: Wielką - prawi - summę pieniędzy zebrać ty tu możesz, a jeśli o powietrze idzie, bierz prezerwatywy, tedyć sie bać nie trzeba. A gdy Doktor powiedział, iż na gwałtowne powietrze nie mi - prawi - prezerwatywy nie pomogą, rzekł dopiero ów: Więc jeśli tobie nie pomogą, tedy tym pomogą, których twoja ręka nie pobije.

Trefnie i to bywa, gdy komu to powiedzą, co mu jest przyzwoite, jako jednemu księdzu, co barzo łapał exequutorstwa, a czasem chocia go i nie obrano, powiedział ktoś na ten czas, kiedy owo Bakałarz s skarbu miał umrzeć: A prze Bóg - prawi - abo w. m. niewiesz, iż bakałarz s skarbu barzo niemoże, niezła tam będzie exequutorowi grzanka.

Zaś i to druga, gdy komu to przypiszą, od czego on jest barzo daleko, jako raz, kiedy Doktor Kleparz barzo ochrapiawczy kazał, rzekł jeden: Ten ksiądz całą noc pił, podobniej sie mu było dobrze wyspać, niż źle kazać. A Kleparz nierzkąc sie upić, ale niewiem, by jako żyw, był na biesiedzie. Też i to foremna, dać to nieprzyjacielowi samemu, co on tobie ujmuje, jako gdy jeden z niepoczciwych sie rodziców urodziwszy, przymawiał poczciwemu człowiekowi mówiąc: Barzożeś sie ty - prawi - od onych sławnych twoich przodków odrodził. A ten jemu odpowiedział: Ale ty od swych ni kąska.

Do tego sie i oto to zejdzie. Wielkiemu jednemu i otyłemu pachołku rzekł ktoś: I tu na trumnę niemało drzewa wynidzie; a ten odpowiedział: Tobie niewiele, bo trzy drewna to odprawią.

Ciągnie za sobą śmiech i oto to, gdy kto odpowieda na to, czego mu nie mówiono, jako jeden uczciwy człowiek przyszedszy do zacnego Kasztelana, który, że nie był tak baczny, żeby sam siedząc, onemu też siedzieć kazał, postawszy trochę, rzekł: gdyż to jest wola a roskazanie w. m. abych siedział, tedy ja siędę, i siadł. Więc też i to podczas ma wdzięczność, kiedy kto wypowieda to na się,. czego nigdy nie winien. Jako jeden ksiądz po Śmierci drugiego, prosił o beneficium Biskupa, a gdy Biskup dać mu go niechciał, i owszem już był namienił drugiego, który je otrzymać miał, rzekł z gniewu ku Biskupowi: Miłościwy księże, jakoż to ma być, jam temu księdzu na on świat pomógł, a beneficium po nim ma wziąć kto inszy?

Musi sie człowiek i temu rośmiać, kiedy kto pożąda tego, co być nie może. Jako jeden leżąc na trawie, gdy przy nim drudzy szyrmowali, skakali, chodzili zapasy, powiedział: gdzież też to było jedno rycerskie ćwiczenie, tak leżeć, jako ja teraz. Na ten kształt też Doktor Iszpan; panu Radziwiłowi Wojewodzie Trockiemu powiedział, ale na końcu jako człowiek mądry przydał to, czym rzecz dobrze trefniejszą uczynił. Prosił Doktor u pana Mikołaja Radziwiła Wojewody Trockiego psa dobrego na zając. Pytał pan Wojewoda, jakiegoby chciał, jeśli wyżła, czy ogarza. Iszpan tego nie rozumiejąc pytał, coby sie wyżeł rozumiał, takież i ogarz; powiedział pan Wojewoda: Tegoli - prawi - w. m. chcesz, który najduje, czy tego, który goni? Odpowiedział Iszpan: Takiego ja chcę, który i najdzie, i ugoni, bo by to był mój wielki nierozum dwu psów dla zająca jednej bestyej chować.

Siła jeszcze tych miejsc, s których trefne rzeczenie płynie, drudzy najdują, bo i przygrożka foremna, i zamilczenie na czas, i zdumienie sie na co, i przeklinanie rozumne, kto tego wszytkiego umie użyć, powiedają, że też i tym jako czym rośmieszyć może. Ale zda mi sie, że tego dosyć, com ja powiedział, abowiem i węzłowatego rzeczenia mało sie nie wszytki reguły pokazały, i ta trefność, która w wypowiedaniu foremnym, jako sie co sstało, zawisła niewiem, aby dalej s tych opłotków, w które jest wegnana, wyniść mogła. A we wszytkiej trefności żadna rzecz trefniejsza nic jest, jako wyrwać co nad pomysł człowieczy, iżby ten, kto onego studia, ina rzecz usłyszał, niż ta, której z myślą swą czekał. Dopiero te drugie za tym idą, jako niewyrozumienie rzkomo czego, wykładanie inaczej rzeczy, czynienie przyrównania, wynalezienie podobieństwa, mówienie jakoby nie k rzeczy, upominanie kogo z jego głupstwa, i ine wszytki już mianowane trefności, które w ludziech śmiech pobudzają. Więc chocia wszelakie trefności mają w sobie tę własność rośmieszyć, wszakoż przedsię rozne skutki w człowieku czynią, bo jedne uszczkną pod pokrywką, drugie jaśnie; zasię te mają przystojną wdzięczność, a owe troszkę jakoby bez wstydu. Inym zaraz człowiek skoro je usłyszy, rośmiać sie musi, a inym, im dalej o nich myśli, tym sie barziej śmieje. Nakoniec i w tym śmiechu, czasem przydzie zapłonienie, a czasem osa na nos siędzie. Przeto Dworzanin musi sie pilnie przypatrować, jakiej ci będą myśli, przy których trefnować ma; bo ludziom strapionym wszelaka trefność jeszcze więcej boleści przymnaża; a są drugie choroby, które im barziej leczysz, tym biorą więtszą siłę, więc musi mieć baczenie na czas, na miejsce, na swoje przystojność i zawołanie; musi we wszytkim mieć miarę i z rzadka trefnować; ktemu musi nie być złośliwym, jadowitym, drażniąc ludzie bez przyczyny, a z jasnej nienawiści, zwłaszcza jeśli może, to jest wielka niebaczność; jeśli mizerne a upadłe, to jest okrucieństwo, jeśli niecnotliwe, to jest prózna zabawa; jeśli też te, którychby obrazić niechciał, to jest silne głupstwo. Abowiem najdują sie tacy drudzy, którzy mnimają, aby to była powinna rzecz, zawdy uszczknąć, kiedykolwiek mogą, zleli to, dobrzeli, już oni nie patrzą; a nakoniec wolą niektórzy przyjaciela stracić, niż trefne rzeczenie. Gdzie takowa chciwość wielkiej przymówki godna. Ale mimo to wszytko potrzeba temu, kto ma być trefny, aby miał przyrodzenie i obyczaje po temu, a na każdą trefność był sposobny, i postawą i twarzą, bo ta im poważniejsza a surowsza jest, tym sie więc rzeczenie zda daleko trefniejsze.

Ale niechaj już tu będzie koniec. A w. m. panie Myszkowski przy tym giełku słów nikczemnych moich źle sie wyleżawszy, i czas prozno straciwszy, pospieszaj sie w drogę, abyś na lepszy wieczór trefił, niż tu przypołudnie było.

Hnet pan Myszkowski odpowiedział: Tak mi sie ten giełk dobrze podobał, iż przy nim dłużej zostanę, niżem miał wolą, bo jeszcze nie koniec rzeczy w. m. I dobrze ja odpoczynąć mogę, niż sie w. m. s tej części, którąś nam około żartów a kunsztownych posług namienił, i o niejeś mówić obiecał, wyprawisz. Raczże tedy w. m. w to zaprządz a nas nauczyć, jakoby foremnie jeden drugiemu mógł takową wyrządzić posługę, bo w tej trefności słownej dosyćes w. m. uczynił swemu, i każdy z nas nietelko nauczył sie wiele, ale i śmielszym już do tego został przykładem tak wielkich ludzi, jakieś tu w. m. spominał.

Zatym pan Dersniak rzekł: Gdyżeście w. m. i tego zapomnieć niechcieli, tedy nielza jedno sie uiścić. I powiedam, iż żart abo kunsztowna posługa nic inego nie jest, jedno jakieś oszukanie przyjacielskie, w rzeczy ani szkodliwej, ani obrażliwej, a jeśli co, tedy nie barzo. Otóż jako w trefnych powieściach, gdy kto co nad pomvsł a mnimanie ludzkie wyrzecze, tak tu, gdy sie co komu nad nadzieję sstanie, hnet sie temu ludzie śmieją. Ale te żarty najbarziej chiwalą, w których jest najmniej sprosności i obrazy a najwięcej misterstwa, i tychże dworzanin używać ma, bo ze szkodliwych żartów nieprzyjaźni i wielkie zaścia bywają.

Żart tedy, abo kunsztowna posługa dwojaka jest (acz z osobna każda na wiele jeszcze części rozdzielić by mógł). Jedna jest, kiedy kto pięknym kształtem, a misternie podejdzie kogo i zbłaźni. Druga jest, kiedy kto nagotowawszy sidło ponętą, przywiedzie kniemu, iż sie sam człowiek ułowi. A oboje to s tychże miejsc wziąć sie może, skąd i trefne powieści. Pirwszej posługi ten przykład niechaj będzie. Pan Giżycki stary, mając mieć jednego wielkiego pana, a snadź nieboszczyka pana krakowskiego Szydłowskiego (s którym pospołu s Prus po dokończeniu wojny jechał) u siebie w domu, powiedział mu miedzy inemi rzeczami, o które go w drodze jadąc pytał, jako ma żonę, która barzo nie słyszy, tak, iż muszę - prawi - okrutnie na nie wołać, niż które słowo zrozumie. A przeto nierad bych, abyś ją w. m. widział, a miał ten niewczas wołać na nie, by na wilka. Pan krakowski onego żałując, a rospytywując, s tymli sie urodziła, czyjej to niedawno kiedy przyszło, żadną miarą inaczej niechciał, jedno ją widzieć; owa dla tej przyczyny samej powiedając Giżycki, iż jeśli ja sam naprzód nie pojadę, tedy w. m. żony mej widzieć nie będziesz mógł; dozwolił mu pan krakowski z ostatniego noclegu trzema godzinoma przed sobą wyjechać. Co gdy sie stało, przyjechawszy do domu Giżycki, powiedział takież żenić, iż pan krakowski barzo mało co słyszy, a dla tego musisz - prawi - dobrze wołać, chceszli, aby cię zrozumiał. Przyjechał zatym pan krakowski i przywitał silnym głosem panią, a pani też rozumiejąc, iż pan krakowski nie słyszy, dobrze mu głośno podziękowała, i szyrokiemi słowy opowiedziała radość swoje. Gdy potym do siedzenia za stół przyszło, pan krakowski, aby ludzkość swą pokazał, ktemu, że pan Giżycki u stołu nie siedział, ale to tam, to sam goście częstując chodził, ustawicznie s panią Giżycką chciał mówić, a pani będąc wielkiemu panu w domu swym rada, ochotnie mu odpowiedała, iż we wszytkiej izbie nikogo barziej nie było słyszeć, jako ich dwoje. Owa tego cały obiad było. Po obiedzie pachołcy pana Giżyckiego, chocia mieli srogie zakazanie od pana, a wszakoż gdy sobie to ten, to ów podraził, jęli pytać sług pana krakowskiego, dawnoli to J. M. przyszło, iż nie słyszy? Odpowiedzieli służebnicy pana krakowskiego: Pan nasz dobrze słyszy, ale wy głuszkę panią macie. A gdy ci śmiać sie poczęli, obaczyli hnet służebnicy pana krakowskiego, iż pan Giżycki s pana dworuje i hnet pana ostrzegli. Także pan krakowski s przodku sie gniewał, ale potym barzo sie śmiać musiał, widząc, iż pan Giżycki w tym dobrze Gunellę contrefetować umiał.

Takoważ też niedawno posługa była pana Kaspra Zebrzydowskiego s panem Krysztophem Krupskim, którzy na dworze pana naszego znacznie stojąc, to to, to owo nieszkodliwego, jako są obadwa nie prostacy, a pan Zebrzydowski i uczony ktemu, wyrządzają towarzystwu. Ci tedy jednego czasu w Wilnie, gdy był owies nie pomału drogi, a na koniec ani go dostać możono, ubrali dwu pachołków nieznajomych i wyuczywszy ich wszytkiego, posyłali imieniem J. M. pana Wierszyła, Kasztellana wileńskiego, od jednego do drugiego dworzanina, darując im ceduły, temu na 50, temu na 30, temu na 10, wedle każdego kondycyej, beczek owsa, a każdy miał słać poń do dworu pańskiego tuż nad Wilnem, który Rajem zową. Co gdy pan Zebrzydowski s panem Krupskim sprawił, a każdy z dworzan on ej cedule jako w skąpy rok był barzo rad, sszedszy sie na zamek poczęli sie pytać: tobie wiele beczek, a tobie wiele. Już drugiemu pocznie być niemiło, że mniej niż towarzysz wziąć miał. Także kto woźników na ten czas niemiał, ten najął furmana, abo u którego s panów Rad na odwóz wyprosił koni, i posłał do Raju po owies. A tam już też byli dobrze przed tym zasłali, kto miał te wozy pociągnąć dalej. Przyjechał pirwszy do Raju, pyta: gdzie owies rozdają. Odpowiedział mu pachołek on zasłany, z litewska, iż ta wołość, która gi wiezie, niemogła tu - prawi - dzisia dociągnąć, w Suderwi została, a tak jedźcie tam, wedle ceduły wam oddadzą; także każdemu powiedział, kto jedno do Raju przyjechał. Owa pirwszy ten pachołek, który do Suderwie (która od Raju jest w dobrej mili) po owies zajechał, pytawszy sie na zamku, pod zamkiem i wszędy indziej, a nie mogąc sie o owsie dowiedzieć, do domu woźnicy nawrócić i poganiać kazał, wóz pięknie przykrywszy, aby nie sam telko ciągnął kota. Mało co ten od Suderwie odjechał, ali drudzy bieżą, wyścigając sie i pytając: A owies jest? On odpowiedział, że jest. Jedno - prawi - na zamek prosto, tam go wam odmierzą. Przyjadą i ci, obaczą, że błazeństwo, jadą takież nazad, a kogo potkają, każdemu o owsie dobrą otuchę czynią; owa sie wszyscy obeszli, a prozne wory wieźli do domu. Nazajutrz jedni sie gniewali, i łajali: Bodaj mi to zabit czynił, a drudzy sie śmiali, zwłaszcza kiedy na zamek to przyszło, bo król J. M. o wszytkim wiedzieć musiał, i miał niemałą biesiadę, dworując s tych, którzy sie o ten żart gniewali.

Ale i ono tychże dwu panów zaproszenie na obiad do pana Chwalczewskiego, o którym też w. m. dobrze wiecie, niemniej trefne było, bo i głodu sie drugi namarł, i pieszo sie na zad (konia i sługi przed miejscem od siebie odesławszy) kłusać musiał.

Takowych tedy żartów abo kunsztownych posług (acz nie zawdy tak trefnych) u dworu siła bywa, ale to są najforemniejsze, które człowieka s przodku nakarmią strachu, a potym wszytko sie w śmiech a krotochwilę obróci, jako wzajem Skotnicki Lula s Pukarzewskim, zacni dworzanie króla starego, uczynili sobie, co oto tak było. Pukarzewski prosił na wieczerzą Skotnickiego i był mu. tak rad, że go i od rozumu odpoił, także kiedy już na nogach stać niemógł, sługi jego jedne do gospody odprawił, drugie pozamykał, a pana tak śpiącego kazał sługom swym nieść do jednego sklepu, już na to nagotowanego, i tam kazał go wsadzić w łańcuch i w pęta, i zamknąć kilkiem kłotek, straż u drzwi przystawiwszy. Skotnicki, iż był okrutnie pijan, jeszcze ktemu na wiatr wyniesiony, kęs jeden onego nie czuł. Owa przespawszy kilka godzin jako umarły, ocknie sie nadedniem, i woła: Coż sie dzieje, ki mię djabeł tak wsadził; przebóg gdzie żem? A jest tu kto, ozwi sie proszę. Gdy na pirwsze wołanie nic mu nic odpowiedziano, pocznie znowu wielkim głosem wołać: Jest tu kto, przebóg cie proszę, ozwi mi sie. Dopiro sie straż nauczona odezwała mówiąc: Awom ja sam i z drugimi, a czego chcesz? Rzecze zasię Skotnicki: A ty ktoś, miły bracie. Odpowie mu: Straż nad tobą, abyś sie nie wyłamał. Zaś Skotnicki powie: A prze cie Pana Boga proszę, ktoż mie to, i prze którą przyczynę w te żelaza wsadził? Odpowie straż: A wierę niewiesz, dowiesz się, gdy cię we dnie na plac wywiodą. Tu Skotnicki: Czas panny Maryej, i pomilczawszy trochę, rzecze zaś: Ale moj najmilszy bracie, prze cie Boskie miłosierdzie proszę, wdy mi powiedz, com uczynił, bo Ja na Bóg ci to żywy przysięgam, niewiem, ani pomnie, abym co namniej przeciwko komu wystąpił. Straż zasię tak powiedziała: A za niepomnisz, żeś poczciwą dzieweczkę zgwałcił, i ojcaś jej, gdyć jej wziąć bronił, zabił? Skotnicki dopiero krzyknie: A niestetyź narodziwszy sie mnie na ten świat, a bezecne pijaństwo, do czegożeś ty to mnie przywiodło, iż oto marnie, a sromotnie garło dać muszę. Czemużeś ty mnie radniej, miły Panie, w onych potrzebach, gdziem bywał, zginąć nie dał, iżbych był nigdy na katowskie ręce nie przychodził. Ha Pukarzewski przyjacielu, przesiedzieć mi twego wina, a by cie było pirwej w sztuki ssiekano, niżem ja do twej gospody iść pomyślił. Ach nędzni moi przyjaciele, to teraz ze mnie weźmiecie cześć, dla tegoście mie jednak byli do dworu wyprawili, abych was tą zmazą i wieczną sromotą pocieszył. Owa tego lamentu było s pół godziny, nakoniec jął pytać straży: A moi mili braciszkowie, wiele was tu mnie strzeże? Odpowiedział mu iny już z onej straży, a nie ten co pirwej: Sześć nas tu - prawi. - A Skotnicki zaś: Kiedyby jeden z was chciał uczynić to miłosierdzie nademną, a iść po którego mego sługę. Odpowiedziano mu: A co mnimasz, aby ci wolni byli, w takowym-żeć więzieniu są jako i ty. A Skotnicki znowu: A nieszczęsny ja człowiek, czegożem ja to doczekał. Także po długim siebie przeklinaniu uprosił wdy jednego s nich, iż szedł, gdy dnieć poczęło, po pana Kaspra Macicjowskiego, który o wszytkim wiedział, i był pogotowiu; a ten dopiero, kiedy przyszedł, z drugimi towarzyszami poprawił tak dobrze, iż nieborak Skotnicki ledwe nie umarł od strachu. Aż wdy nakoniec zlitowali sie nad nim, a wrzeczy to do tego, to do owego pana śląc o przyczynę, przywiedli rzecz ktemu, iż na ślubie z więzienia wyszedł, a przejednywać miał stronę na oczy królewskie, aż przejednawszy nie przychodząc, a jeśliby sie strona jednać niechciała, tedy do takowegoż zaś więzienia wrócić sie miał. W tym, gdy za łaskawe staranie panu Maciejowskiemu dziękować począł, strzymać dalej śmiechu drudzy nie mogli, rzecz sie wszytka odkryła, Skotnicki mimo strach, którym go dobrze było nakarmiono, jeszcze sie długo wstydzić musiał, gdy to ten, to ów łańcuch, a pęta wspominał. Więc, iż go tym często drażniono, często też i on o tym myślił, jakoby ten żart Pukarzowskiemu oddał.

Owa raz, w rok podobno po tym, obaczył Pukarzewskiego podpitego i uprosił go do swej gospody, a tam dognawszy go do upaści, iż i ręką i nogą władać nic mógł, i pacholę jego, (bo telko to na ten czas Pukarzewski miał przy sobie) po sługi do gospody posławszy, barwierza hnet, któremu ufał, przyzwał, i roskazał mu, aby Pukarzowskiemu śpiącemu pół gęby zalawty zaprawił. Barwierz posłuszny wnet to sprawił, zalawty wargi spoił, plastr przyłożył, chustami obwinął głowę i przeniósł go na iną lepszą pościel, którą tamże w izbie Skotnicki posłać był roskazał. Przyda potym słudzy s pacholęciem nie rychło (bo daleko gospoda była), widzą, iż pan z zawitą głową leży, a barwierz instrumenta zbiera, a maści chowa, pytają, coby się to działo; powiedzą im drudzy (bo sam Skotnicki żałując wrzeczy przygody onej, płakał w głowach u Pukarzewskiego siedząc) iż ten a ten (który tamże był, niż chłopię po sługi odeszło) pana im przez twarz ranił. Słudzy, acz sie mścić onego chcieli, ale, iż nie było wiedzieć, gdzieby sie winowajca schował, sam tez Skotnicki powiedział, aby dali pokój, ponieważ pana ich jest s to, że sie sam wyzdrowiawszy, pomścić może, zaniechali wszytkiego. I tak jedni zostali przy panie, drudzy odeszli do gospody. Potym w nocy ocuci sie Pukarzewski, obaczy łeb zawity i rzecze półgębkiem, ki djabeł, cóż mi sie sstalo? Chłopiec, jesteś tu, rozświeć. Hnet sie chłopiec porwie, idzie do pana. i pyta: co w. m. raczysz, abo w. m. źle leżeć. Odpowie Pukarzewski: ba dobrzeć mi leżeć, ale mi to ki djabeł w gębę. Chłopiec odpowie, a za w. m. nie pomnisz, iż w. m. wczora ten a ten ranił? Zaś pan: Ja tego kęs jeden nie pomnie, ani czuję, aby mie bolało. W tym rzecze chłopiec: prze pana Boga, nie racz w. m. wiele mówić, bo nam barwierz roskazał, abyśmy s tego w. m. upominali. Także, gdy przydzie dzień, pyta, jako sie co stało, powiedzą mu rzecz wszytkę zmyśloną, a chłopiec jego włosny onegoż potwirdza, bojąc sie, aby go pan nie bił, gdzieby powiedział, że na ten czas odszedł był od niego. Przydzie barwierz do oprawowania, odwinie mu głowę, a Pukarzewski rzecze, miły barwierzu, namniej mie ta rana nie boli, co sie to dzieje? Odpowiedział barwierz: Tak to, widzi w. m. zmartwiało ciało od razu, ale po trzecim, abo czwartym dniu poczujesz w. m. Zaś powiedział Pukarzowski: A bodajże go zabito, mógłci wżdy gdzie indziej trefiać, niż przez gębę, a toć ja mężatek nie miłuję, a wdy mie Pan Bóg takową raną nawiedził. Barwierz poszypławszy trochę, wpuścił knot miedzy zalawty, przyłożył znowu plastr, zawinął i rzekł, aby mu dał od wczorajszej pirwszej oprawy. A Pukarzowski hnet parę czyrwonych złotych dać mu roskazał, i prosił, aby go rychło wygoił. Odpowiedział barwierz: Dali Bóg, w. m. rychło zdrów będziesz, jednoby panie mówić nietrzeba i s tym odszedł. Przydzie czas obiadu, mięsa jeść nie śmie, aby zwaniem nie poruszył hawtów, także sie trochę kontuzu napije i położy. Po obiedzie przydą towarzysze nawiedzać, którym już był Skotnicki o wszytkim powiedział, pytają go na zdrowie, przemówi półgębkiem prosząc, aby za złe nie mieli, iż mówić nie śmie, bo mi prawi - zakazał barwierz. Wyrwie ten to, ów owo pytać, a on jedno przyzwala głową, a milczy. Owa tego tak długo było, iż sie żadną miarą strzymać drudzy nie mogli, poczną sie śmiać, a Pukarzowski domyśliwszy się, iż to już Skotnickiego sprawa, zawój on uderzył o ziemię, a zalawty rosparzywszy dragant odjąć sobie kazał. Śmiechu było dosyć, a temu zwłaszcza, że on więcej barwirzowi wierzył, niż sobie, czując to, że go kęs jeden nic bolało. Powiedają drudzy, iżby tam nie było zalawtu żadnego, ale skóra telko była lina w rosole uwarzonego, którą nie telko pół gęby, ale i obie oczy kazał mu był Skotnicki zalepić.

Do tegoż też należy ona posługa pana Łukasza Lęnckiego, który gdy na Straży krol J. M. miał nocleg w nocy otoczywszy wszytke izbę, gdzie fraucymer miał złożenie, pochodniami rospalonemi, a zawoławszy gore, uczynił taki strach, iż drugie panny, zapomniawszy się, niewiedziały, co czyniły.

Ale to foremna, jaką powiedają, kiedyś dwa Włoszy trzeciemu wyrządzili, co sie snadż tak sstalo. Trzej towarzysze w drogę jadąc, i będąc pospołu na noc w jednej gospodzie, po wieczerzy (jako to więc bywa, zwłaszcza na długiej nocy) jeli sie grać. I niedługo grając hnet jeden spadł s stołu, iż mu i pieniądz w mieszku nic został. I pocznie łajać, pocznie ojca i matkę przeklinać, na koniec świętym i pannie Maryej nie przepuścił. Owa wymyślając niezwyczajne klątwy i złorzeczenia, jako na to są Włoszy mistrzowie, położył sie tak spać. A ci dwa niedługo też s sobą grając, gdy obaczyli, iż ten już był dobrze zasnął, wzięli przed sie uczynić mu ten żart: pogasili świece, zagrzebli w kominie ogień, okna utkali, i jęli w rzeczy jakoby przed sie grając, wielkim głosem mówić s sobą, aż sie i wadzić, przyczytając jeden drugiemu, otoś podemknął, a ten zasię, a tyś zakazał na flus, zgoła taki trzask uczynili, iż sie ów ocknąć musiał, i słysząc, że ci dwa przed sie grają i mówią s sobą, jakoby barzo dobrze karty widzieli, otworzy troszkę oczu, a gdy żadnego światła nie ujrzy, rzecze: A kiegoż djabla jeszcze czynicie; owa całą noc to wołanie nie ustanie. A to wyrzekszy zasię sie dla spania uspokoił. Ci dwa na takie słowa niedali mu żadnej odpowiedzi, ale sie przedsię swarzyli o karty jako w naczystszej prawdzie, także, gdy to chwilkę trwało, ocuci sie jeszcze lepiej on dobry towarzysz, a widząc, że niemają ani świece, ani światła żadnego, a przedsię gra a swar idzie swą drogą, pocznie sie dziwować i mówi: A jakoż wy u djabla omacmie karty widzieć możecie? Odpowiedział jeden s nich: azaś ślep, dwu świec przed nami. Wieręś ty podobno s pieniądzmi zaraz i wzrok stracił. A on to podniesie sie na bałuczku i patrzy oczy wytrzeszczywszy, a gdy nic uźrzeć nie może, pocznie mu być niemiło i rzecze: Albom ci ja pijan, albo ślep, abo wy łżecie. A ci dwa zatym wstali od stołu mówiąc, i szydzić to z nas, ten dobry pan. A cóż, kiedyby był wygrał, dopieroćby nas był nosił. Więc gdy on zasię powtórzył swych słów mówiąc: Ja, to co mowie prawda jest, iż obudwu was, kęs jeden nie widzę. Zatym ci poczną sie w rzeczy dziwować, i rzecze z nich jeden: I daj go djabłu, wieręć podobno nie żartuje, podaj sam tej świece, a snadź mu sie nieborakowi co w oczy stało. Dopiero on mając za to pewnie, że olsnął, imie płakać, imie narzekać mówiąc: niestetyź mnie, jużciem olsnął, o najświętsza panno, zmiłuj sie nademną, a odpuść, iźemci złorzeczył. A ci dwa ułoża u niego stojąc, poczną go w rzeczy cieszyć, mówiąc: I niemożeć to być, abyś wdy nie miał co widzieć; tak ci sie to podobno zamieszało w głowic, i mnimasz, abyś nie widział. A biedaż mię, odpowiedział im na to, niemaszci tu żadnego zamieszania, aleja zgoła kęs najmniejszy nie widzę, nie inaczej, jedno jakobych też oczu w głowie niemiał. A ci zasię poczną mówić: ale miły Boże, wzrok masz jasny, bo patrz (rzecze jeden ku drugiemu) miły bracie, jako ma piękne oko, i jako je dobrze otwiera, a ktoby rzekł, aby na nie widzieć niemiał. A on chudzina im dalej tym barziej płakał, a wzywał miłosierdzia Boskiego. Owa naostatek jęli mu tę radę dawać, aby sie obiecał do panny Maryej do Loreta iść boso, a o cudzej strawie, a snadź cie -prawi - pan Bóg wysłucha. A my przedsię i lekarza tobie dobrego zjednamy i o ine potrzeby nietrzebać sie będzie starać, póki u nas co jest w mieszku. Także poklęknie hnet na łożu, a z wielkim nabożenstwym i żałością za grzech, iż pannie Maryej po przegraniu pieniędzy złorzeczył, płaczliwemi słowy obiecał drogę do Loretu pieszo, boso, i o cudzej strawie, a tam zostawić oczy srebrne, jeśliby mu pirwszy wzrok u pana Boga uprosiła, i nadto obiecał mięsa we środy a z masłem w piątki (bo we Włoszech nic nie rozny piątek od soboty) nie jadać, i sobotę każdą w chlebie samym a w wodzie pannie Maryej ku czci a chwale do śmierci suszyć. Gdy to uczynił, wyszedszy ci dwa do drugiej komory i zapaliwszy świecę przyszli zasię do niego śmiejąc sie na umor, a mówiąc, powinieneś - prawi - to wszytko wypełnić; gdyżeś otrzymał wysłuchanie na prośbę twoję. A ow prostaczek z wielkiego strachu nietelko śmiać sie nie mógł, ale ani mówić, jedno zdumiawszy sie siedział, ledwe to nie za prawdę rozumiejąc, co oni byli dla kunsztu zmyślili.

Co sie zasię wtórego żartu, abo kunsztownej posługi dotycze, gdzie człowiek sam ułowić sie ma, niewiem, jaki może być lepszy przykład, jako kiedy owo chciwy strzelec na łupieźa zmierza, albo wielki gamrat zaleca sie pacholęciu w tkance, abo co takiego kto na kogo nastawi. Jako jeden dworzanin króla starego znając w towarzyszu swym ten defekt rozumu, iż miał wielką chęć ku czarnksięstwu, i siła o nim dzierżał, zmówił sie z babą, która pod zamkiem Krakowskim, niedaleko lodownice, garce Iłżeckie przedawała, i zapłacił jej wszytki, aby je do jednego kij wziąwszy potłukła w ten czas, kiedyby on na zamku w oknie stojąc znak pewny uczynił. I ukazał jej okno, w którym stać chciał, a znak ten miał być chustka rospostrzona i wisająca z ręki. Gdy to tedy sprawił, szedł na zamek i chodził sobie po wielkiej sieni, czyhając już na tego swego towarzysza, który rychło potym przyszedł; także skoro po daniu dobrego dnia jeden drugiemu począł pytać ten co później przyszedł, czemuby on tak chodził, a do izby wniść niechciał; - a ten mu odpowiedział: Niemasz - prawi - po co, bo król J. M. jeszcze w komnacie, ani tak prędko z niej wynidzie. Ale oto chodźmy tu sobie radniej, abo podźmy do okna, i zaraz szedł w ono naznaczone okno, a towarzysz też widząc, iż niemiał co w izbie sam czynić, szedł s nim pospołu. Także mówiąc to to, to owo, przyszli w rozmowie do czarnoksięstwa, i jął ów, komu to czarnoksięstwo tak barzo smakowało, wychwalać tę naukę, powiedając, iż na świecie nie masz nad nie, a żałując tego, że sie na ten czas nie urodził, kiedy jej w Krakowskich szkołach jawnie uczono. A ten słuchając powiedział: Cobyś dał, kiedyby sie kto obrał, a chciał cię jej nauczyć. A ów zasię rzekł: dałbych - prawi - sto i drugie złotych, ba i dalejby mię wyciągnął. Odpowiedział ten: Kiedybyś to ziścić chciał, a był tajemnym, powiedział bych ja tobie o jednym, który sie u Twardowskiego uczył, i tak wiele, jako on umiał, umie; i jest go s to, że cię nauczyć może. Hnet ów na Bog żywy przysiągł i dał rękę obiecując poczciwym słowem, nikomu na świecie o tym nie powiedzieć ani takiego człowieka wydać. A to ja - prawi - uczeń Twardowskiego, więcej, niż mnimasz, nauczyć cie mogę, jedno mi zdzierż słowo, jakoś obiecał. A umiesz ty (odpowiedział zatym ow) zabitą śmierć, nie takbyś sie ty miał, gdybyś co rozumiał w tej nauce. Rzecze ten zasię: Nie trzeba wiele, hnet sie to pokaże, jeśli co umiem. Atoli roskaż mi co dziwnego uczynić, uźrzysz prawdęli mówię, abo kłamam. A chceszli, uczynię to. Widzisz onę niewiastę, co garce przedaje (i ukazał ją z góry); ta, gdy ja kilka conjuracyi zmówię, potłucze hnet te wszytki garki kijem. Począł ów dopiero tym więcej bić na to i spór dzierżeć, powiedając, żeby tego nigdy dowieść niemiał. Owa sie założyli i sadzili po 30 czerwonych złotych. Zatym ten, obróciwszy sie kilka kroć w koło, pocznie mruczeć wrzeczy conjuracye, a i tedy i owedy słowo jakie niezwykłe głośniej wyrzecze, aby ów mnimał, że djabłów wzywa. Aż dobył kartki jakiejś pergaminowej, na której kilka liter potwornie wymalowanych było, a raz w tę, jako w tęczę, drugi raz w ziemię pilniuchno patrząc, rzekł tak: Patrzże teraz, l spuścił z ręki one chustkę nieznacznie, aby wisiała. A baba widząc znak, zaraz kij porwała, i poczęła tłuc ony garce, tak iż je do jednego potłukła. Zdumiał sie ów, co na to patrzał, a nic nie żałując przegranych pieniędzy uczniem jego być i dać co namienił obiecał. Tegoż dnia królowi ten co wygrał, wszytkę rzecz powiedział. Nazajutrz król uczynił sobie rzecz o czarnoksięstwie z onym dworzaninem, który zakładu przegrał, i dał mu to znać, iżby rad miał takiego człowieka, któryby sie s tym rozumiał. Wnet dobry pan zapomniawszy przysięgi swej, rozumiejąc, że sie miał tym królowi barzo przysłużyć, na onego dworzanina, towarzysza swego, jako jest osobny w tej nauce, i one wszytkę o garcach historyą wypowiedział. Król hnet onego do siebie kazał zawołać i rzekł mu, w oknie stojąc, a na one babę patrząc, która sie znowu na garki była zdobyła: Słysz. A kiedyby znowu co takiego trefnego s czarnoksięskiej nauki uczynić, a chociaż to, aby ta baba zasię garki potłukła. A ten odpowiedział: Miłościwy królu, musiałbych sie znowu z nią zmówić. Słysząc to ów, który przegrał i rozumiejąc po śmiechu, iż król wie o wszytkim, barzo sie sromać musiał, a od tych czasów czarnoksięstwu dał pokój, bojąc sie, aby co gorszego nań nie przyszło.

Więc też i to foremny żart, kiedy kto dla tego, aby go hamowano, chce wrzeczy co uczynić, do czego nigdy wolej nie ma. Jako uczynił pan Stanisław Lipnicki s Włostowa, dworzanin króla J. M. pana naszego, komorniczą u króla starego służąc. Ten będąc winien p. Jaroszowi Poświątnemu kilka dziesiąt złotych, a niemogąc mu ich na ten czas oddać, na ktory obiecał, czyhał na to dzień, albo kilka przed onym czasem, który był ku zapłacie namieniony, aby Jarosza upatrzył, kiedy by mimo jego komorę szedł. Owa sie tak trefiło, iż umyślnie szedł ten do niego. Co gdy Lipnicki postrzegł, włożywszy sobie powróz na szyję, zakładał go nabalkę, rzkomo sie chcąc obiesić. W tym przyszedł Poświątny do niego, i uchyci go mówiąc: co czynisz nieboże stradny. A Lipnicki jął mu mówić: daj mi pokój, przebóg cię proszę, boć-em ja już tak uczynić umyślił. A ów zasię: Ale coć tego za niewola, czemu to czynisz? Odpowiedział mu Lipnicki: Czas przychodzi, ja pieniędzy niemam, a przeto umrzeć wolę, niż zostać w nieprawdzie. Dopiero ów stał sie miłosiernym mówiąc: A miły bracie, i rok, i dwa poczekam ci ich, jedno tego nie czyń. Owa tak mówiąc odwiązał mu powróz s szyje, a pieniędzy do dalszego czasu czekać obiecał.

Takowyż też i owo żart bywa, kiedy jeden drugiego szalonym, abo jaką dziwną chorobą niemocnym przed ludźmi czyni, aby szalony o związanie, a chory o ohyzdę na chwilę przyszedł.

Siła inych kunsztownych posług wyliczyć by sie mogło, i ludzi, którym to barzo snadnie przychodzi, bo sie tego człowiek niemal każdy dzień napatrzy, a dworzanin wiele tego sobie wymyślić może, biorąc żarty s tych miejsc, s których i trefne powieści; ale na tych, którem wyliczył, niechaj na ten czas dosyć będzie, bo owe samołowki, abo nakarmienie kogo fortki, kruka, wilka i inych smrodliwych a sprosnych rzeczy nic trefnego w sobie nie mają. Takież też i owe żarty, które na kradzież poszły, nic mi sie zgoła nie podobają.

Jako ono żak jeden w Padwici chłopu uczynił. S targował u niego parę kapłunów i kazał mu je za sobą nieść do domu, obiecując nad zapłatę, kazać mu jeszcze dać co śniadać. Chłop onemu uwierzywszy niósł za nim kapłuny. Owa dobry pan zawiódł go do jednej wieże, która oddzielnie od kościoła stała, iż około niej mógł czyście wkoło obyść, a przeciwko tej wieży, s tamtej drugiej strony była fortka, z ktorej w ciasną uliczkę było wchodzenie; i umyśliwszy już, co miał uczynić, rzecze do chłopa: bracie, założyłem sie ja o te kapłuny s towarzyszem mym, który powieda, iż tej wieże jest w około stóp czterdzieści, a ja powiedam, że niemasz. I prawie w ten czas, kiedym sie miał spotkać s tobą, kupiłem oto sznur dla zmierzenia, abych wiedział pirwej, niż do domu przydę, kto z nas wygrał; przeto niechajci nie będzie ciężko poczekać, aż ją zmierzę. A to mówiąc, wyjmie z rękawa sznur, i da mu koniec jeden trzymać mówiąc: daj sam to. Jakże weźmie kapłuny od niego z ręki, a każe mu przycisnąć obiema rękoma sznur do muru, s tej strony wieże zaszedszy, skąd fortki onej widać nie było, a sam jako idzie, tak idzie sznur ciągnąć w koło, a kiedy przyszedł na one stronę, gdzie przeciwko forta była, wbił gwóźdź w mur, i około niego sznur okręcił, a sam s kapłuny chyłem burą w one sie ciasną uliczkę wemknął i zginął. Chłop chudzina dosyć długo na onym miejscu stał, czekając przedsię, ażeby wieże zmierzył; nakoniec, gdy kilka razów zawołał: panie, rychłoż wdy zmierzycie, a nigdy mu sie nie odezwano, chciał wiedzieć, co sie to dzieje, i szedszy około wieże nalazł miasto pana gwoźdź w mur wbity, który mu sam tako został za zapłatę kapłunów.

Podatne temu łotrostwo wyrządził drab jeden dobremu naszemu panu Jakubowi Borowskiemu, dworzaninowi, gdy mu przedał korzeń grzybieniowy, miasto pokrzyku. Wprawdzie jako pan Borowski był na ten czas żaczkiem, łatwie go było oszukać. Teraz niewiem, jeśliby sie kto chciał tego podjąć.

Lecz takowych żartów siła ksiądz Buczyński spachał, miedzy któremi są drugie, co szubienicą bardzo pachną. Przeto dworzaninow żart, abo kunsztowna posługa nic nie ma podobna być księdza Buczyńskiego sztuce, ale ma mieć w sobie przystojeństwo, foremność a bez zbytniej szkody i obrazy towarzyskiej, wymysł i nastósowanie.

Tylko tego jest, com ja wypowiedzieć miał około trefności; a tak już więc teraz, panie Myszkowski, wstawaj a pospieszaj sie w drogę.

Gdy tego domówił pan Dersniak, rzekł tak pan Kryski: Widzi mi się, panie Dersniaku, żeś tu w. m. potrzebnej rzeczy nie dołożył. Spytał pan Dersniak: A czego? Odpowiedział pan Kryski: tego, aby Dworzanin około poczciwości białychgłów nigdy nie trefnował, ani ich tam tykał, bo ja i onego Hispana odpowiedzi nie chwalę, który wdowę około niepoczciwego życia tak uszczknął, kiedy powiedział, że w odwołaniu jej miał nadzieję.

Powiedział zaś pan Dersniak: Powiedziałem ja, aby trefnowanie i żarty nie były z obrazą, a w tym tak zamykam mężczyzny, jako białegłowy. Ale kiedy białagłowa z uszczypkiem co rzecze, a mężczyzna jej ze sznupką odpowie, żaden mu tego za złe mieć nie może, bo tak jednemu, jako drugiemu poczciwość miła. Przeto jeśli było wdowie wolno tknąć młokosa około dobrej sławy, wierę niewiem, czemu też jemu niemiało być wolno, takowąż jej dać odpowiedź.

A ja zaś tak powiedam, rzekł tu pan Kryski, iż tego czynić niemiał, bo białejgłowie niejako to może być wolniej mężczyznę uszczknąć w niepoczciwym życiu, niźli mężczyźnie białągłowę, to dla tego, iżeśmy my mężczyźni uczynili to prawo sami sobie, że nam niemasz sromoty ani niesławy żadnej żyć rozpustnie, a białejgłowie tak to jest wielka i haniebna lekkość, iż o której raz ta sława rospusty a bezwstydu głośno wynidzie, bądź to prawda, abo nieprawda, już ta nieboga zawdy w tym rosole zostać musi. A przeto, gdyż około poczciwości ich kunszt jest niebezpieczny, czym iuym Dworzanin, chociaż i w odpowiedzi niechaj uszczknie białągłowę nie tym co wieczną sromotą jej pachnie; nakoniec sam to w. m, powiedasz, iż trefnowanie niema być ze szkodliwą obrazą, co jeśli ma być zachowano, musi Dworzanin nigdy około poczciwości białychgłów nie szermować, bo to, jako oko, najmniejszego proszku nie cirpi.

Tu gdy pan Dersniak odpowiedzieć chciał, wstąpił w rzecz pan Bojanowski mówiąc: I to prawo, które w. m. spominasz, żeśmy je sami sobie mężczyźni stworzyli, nie bez przyczyny uchwalone, a snadź więcej sie w nim zamyka rozumu, niż w. m. mnimasz; albowiem gdyż białagłowa najniejdoskonalsze jest żwirze miedzy źwirzęty, a za tym dostojności, abo małej, abo nijakiej przeciwko dostojności mężczyńskiej, potrzeba tego była, ponieważ sama s siebie niemiała czynić nic dobrego, ochełzać ją wstydem a bojaźnią osławy, żeby przezdzięki na tym munsztuku chodząc, cokolwiek dobrego czynie musiała. Otóż, iż ta cnota powściągliwość potrzebniejsza była, tej płci, niż która ina, dla pewności każdy swego potomstwa, nielza było inaczej mężczyznam jedno szukać takowych dróg, ruszyć wszytkich rozumów, zmacać wszelakich fortylow, jakoby białegłowy powściągliwie żyły; a przeźrzeć im tego i niejako dozwolić, żeby sie już do wszytkich inych rzeczy mało, abo nic godziły, i zawdy czyniły opak, niźli przystoi. A tak, iż im to wolno wykroczyć i w tym, i w owym, a nie niesie im to sromoty żadnej, jeśli je będzie chciał Dworzanin s tych niedostatków sztrofować i uszczknąć, które (jakom powiedział) są im dozwolone, a iż dozwolone, przeto nie są im nieprzystojne, pewnie nigdy nie rośmieszy, bo p. Dersniak powiedział, iż sie jedno temu ludzie śmieją, co ma w sobie nieprzystojeństwo.

Zatym pan Lubelski powiedział: Co sie więc owo w. m. panie; Bojanowski na białegłowy skarżysz, że w. m. nie miłują, nic sie ja temu już nie dziwuję. I owszem więcej mi to dziwno, że kiedy w. m. głównego swego nieprzyjaciela, zmówiwszy sie, nie rozdrapają, jako one Maenades Orpheusa.

Odpowiedział pan Bojanowski: A niewiem, czemum też to czynił, żem sie na nie skarżył, snadź było lepiej dziękować im za to, iż one, niemiłością swoją uczyniły mię wolnym od miłowania siebie. A o rostarganie sie też nieboję, bo nasze Polki nie są bestliwe. Przeto nieboszczyk pan Hieronim Łaski, Wojewoda Siradzki (iż tak wielkiego a sławnego człowieka ku tej drobnej rzeczy spomnię) przy biesiedzie raz żądał czegoś od Boga dla więtszego ciepła Polkąm. A co w. m. raczysz powiedać, żebym ja białymgłowam miał być nieprzyjacielem głównym, zaprawdę, żem nie jest, ale mało mi w. m. osobnych ludzi pokażesz, którzyby białegłowy barzo sobie ważyli, chocia podczas drugi dla jakiej skrytej przyczyny ulata i mostem sie kładzie.

Rzekł tu temu p. Kryski. Panie Bojanowski, nie telko w tej mierze białegłowy od w. m. krzywdę cirpią, ale i mężczyźni, którzy one we czci mają. Owa jako ja baczę, trzeba by tu kogo, któryby krzywdę białychgłów na sie wziąwszy (bo mężczyzna sam za sie każdy odpowiedzieć może) mógł ich przeciwko w. m. tak wielkiemu najeznikowi mężnie bronić, jakoż gdzieby J. M. pan Lubelski raczył, nalazłby wdy w tym kole kogo, ktoby temu sprostał.

Powiedział tu hnet pan Lubelski: Dobrze w. m. mówisz, panie Kryski. Jednak też ta jest jeden, który ma tę sławę, jakoby miał zawdy poczciwości białychgłów bronić, otoż, aby tej czci darmo nie odnosił, zlecę jemu tę posługę. A to wyrzekszy, obrócił sie do pana Kostki mówiąc: O w. m. ja mówię, panie Kostka. Tu będzie plac pokazać, jako kto jest tej płci chętliw. A przeto im sie w. m. statecznie za rzecz tak sprawiedliwą, a pana Bojanowskiego, srogiego białychgłów nieprzyjaciela, zetrzy na głowę. Co kiedy uczynisz, nie tylko białegłowy za to wielce powinne w. m. zostaną, ale i ci wszytcy, którzy im zwycięstwa życzą.

Odpowiedział pan Kostka zatym: Prawda jest, miło. panie, iż pan Bojanowski uniósł sie w tym, powiedając, jakoby białegłowy miały być najniedoskonalsze źwirzęta, i małej, abo żadnej dostojności przeciwko dostojności mężczyńskiej. Więc też i w tym, żeby ludzie mądrzy niemieli ich nic ważyć sobie, co wszytko inaczej sie najduje, bo miedzy niewielkiej godności ludźmi mało tych jest, którzyby nie miłowali, abo niemieli mieć w wielkiej uczciwości białychgłów, których cnota, takież i dostojność nic niższa nie jest dostojności mężczyńskiej. Jedno gdzieby około tego do sporu a o płatne mówienia przyszło, barzo by teraz na wątłej nici rzecz białychgłów wisiała, ani wiem, jakoby sie jej podjąć; abowiem ci panowie s tak osobnemi przymioty stworzyli Dworzanina, i wynieśli go ledwe nie do nieba, iż kto ono wszytko sobie w głowę weźmie, a rozważy, zaraz osądzi, iż białogłowy nigdy ku temu kresu przyść niemogą. A przeto porównaćby pirwej rzeczy trzeba, toż dopiro o tym mówić, mali kto co nad kogo, a porównanie nie rozumiem, jakie by inaksze być miało, jedno naleść też kogo tak mądrego i wymownego, jako pan Kryski, abo pan Myszkowski, i temu rozkazać, żeby wymalował słowy dworną panią, we wszytkiej żeńskiej doskonałości, tak, jak oni formowali dworzanina we wszytkiej doskonałości męskiej. A tam już na ten czas komużkolwiek w. m. rozkażesz białychgłów bronić, chociaż nie będzie barzo wymowny, by jedno zbytnie sprosnym nie był, mam za to, iż ten, mając za sobą prawdę, będzie to mógł pokazać na oko, iż białegłowy we wszytkich cnotach nic naprzód mężczyznam nie dadzą.

Powiedział zaś pan Lubelski: I to nie od rzeczy. Ale iż teraz widzi mi sie pozno, nielza jedno tę wszytkę rzecz do jutra odłożyć. A ja przedsię na to inego szukać niechcę, jedno w. m. panie Kostka. Już w. m. tę dworną panią wystaw, jako najlepiej umiesz, bo to ani pana Kryskiego, ani pana Myszkowskiego (jako ja rozumiem) nie obrazi, jeśli ją w. m. w doskonałości równą uczynisz dworzaninowi.

Rzekł tu pan Myszkowski: Nietelko mnie to nie obrazi, ale im więtszą pan Kostka doskonałość dwornej paniej najdzie, tym mu ja za to powinniejszym zostanę; a o panu Kryskim też nie inaczej dzierżę s przeszłych słów jego.

Powiedział pan Kostka: Wierę niewiem Miło. panie, jakoś to w. m. białymgłowam życzliwy, gdyżeś w. m. dostojność ich i ozdobę wszytkę na szrot puścił, bom ja pewnie nie pan Kryski, ani pan Myszkowski, którzy wymową swoją takowego Dworzanina stworzyli, jaki, jako żyw, nie był, ani snadź być może. Wszakoż, kiedy sie to już tak w. m. widziało, abych to brzemię niósł na sobie, niechajże je acz nic s tym prawem niosę, jako i ci panowie, to jest, aby było jednemu każdemu wolno spór trzymać i przeciwko mnie mówić w tym wszytkim, w czym mu sie inaczej niż mnie będzie widziało, bo to ja sobie za jedne pomoc poczytać będę, nierzkąc, aby mię to obrażać miało. A snadź w takowym sporze, a poprawowaniu mojej rzeczy najdzie sie ta doskonałość dwornej paniej, która jest w istotnej prawdzie.

Mam ja tę nadzieję, rzekł ku temu pan Lubelski, iż rzecz w. m. będzie taka, że przeciwko niej mało co kto będzie mógł mówić. Jedno w. m. w to zaprząż, a wymaluj taką dworną panią, iżby ci panowie białychgłów nieprzyjaciele pan Bojanowski s panem Dersniakiem nieśmieli tego rzec, aby nie była równa we wszytkim dworzaninowi. Pan też Myszkowski mógłby już przestać na tej ozdobie, którą dał dworzaninowi, bo widzi mi sie, że tego dosyć, jeśli nie nazbyt.

Odpowiedział tak pan Myszkowski: Też mnie Miło. panie barzo mało, abo nic do dokładu nie dostaje, bo to, com był sobie w głowę zebrał, wszytko wypadło w ten czas, kiedy pan Dersniak trefnował.

Rzekł pan Lubelski: Ba chociaż byś też w. m. i wiele tego miał (czemu ja nie tuszę) przedsię jutro dosyć czasu będzie, że sie oboja ta rzecz odprawi.

A to powiedziawszy wstał i onej rozmowie uczynił koniec.


Księga Trzecia Dworzanina[edytuj]

Mamy to w księgach, iż Pithagoras subtylnym dowcipem tego doszedł, jako Herkules (który był siła lat przed nim umarł) był na wysz wielki, a to tym sposobem wymacał. Gdy Herkules dawno kiedyś zwyciężył był Augiasa, któła Eliskiego i wyczyścił one stajnia, zatym hnet na cześć i chwałę Jowiszowi bogu tamże w tym kraju gry, abo ćwiczenia Olimpijskie postanowił, aby ich co pięć lat młódź ze wszytkiej Grecyej używała, i wymierzył na to placu sześć set dwadzieścia i pięć stop swoich własnych, jako też potym w Grecyej wiele placów ku rozmaitemu ćwiczeniu na sześć set dwadzieścia i pięć stop było wymierzono. Ale iż te potomne place już były nieco mniejsze niż on plac, który Herkules wymierzył, Pithagoras stąd patrząc na proporcyą obaczył łatwie, czym mogła być więtsza stopa Herkulesowa niż drugich ludzi, a gdy wynalazł prawą a istotną długość stopy, s tej dopiero stosując, jako sie który członek; s którym rymować mógł, doszedł miary wszytkiego ciała, iż tak był wyszszy Herkules, niż ini ludzie podług proporcyej do ludzi, jako on plac jego wymierzenia był więtszy podług proporcyej do placów.

Tym też kształtem każdy mądry obaczyć s tej trochy słów może, co to był za człowiek Macicjowski, którym sie tak wielcy ludzie bawili, bo jeśli ci bez rozmyślił, a jako za dar w rozmowie krotochwilnej tak mówić mogli, cóż kiedy do rozmyślił a statecznych rzeczy przyszło. Wiem pewnie, że mi ich godność i osobne przymioty wielka część Polski przyzna, I tego mi też żaden za złe mieć nie będzie, iż tym, którym śmierć słusznie przepuścić miała, nieśmiertelnej sławy pragnę, a ile mogę, światu a przyszłemu potomstwu one oznajmuję, aby tak w pamięci ludzkiej zawdy żyli. A snadż sie potym ci najdą, którzy naszemu wieku dank dając, zaźrzeć nam takowych ludzi będą, bo tak pospolicie potomni ludzie czynią, iż więcej coś o przeszłego wieku ludziach rozumieją i formują je sobie w wyszszych cnotach i dostojeństwie, niż w księgach o nich stoi. I teraz każdy z nas czytając historye stare niechaj uczynki one spodziwne, naschwał dobrze wypisane będą, jednak za oną dumą niewierzy temu człowiek, aby nie było coś jeszcze w tych tam ludziach więtszego, czego ten, kto pisał, wyrazić niemógł. Ale niechaj to zapewne wie ten każdy, kto te książki (będąli tej łaski godne, aby je poczciwi ludzie w ręce brali) czytać będzie, iż ksiądz Maciejowski, i ci, które tu spominam, daleko osobniejszy byli, niżem ja tu z gruba wymalować one mógł; a kiedy bym ja tak wiele wymowy miał, jako oni godności w sobie, niepotrzeba by mi inych świadków, gołym moim słowom musiał by ten każdy wierzyć, kto onych nie znał.

Kiedy do trzeciej namienionej rozmowy przyszło, ksiądz Biskup po obiedzie, chcąc sie troszkę przespać, odszedł na pokój, poruczywszy władzą swą tako jak przed tym, J. M. panu Lubelskiemu, a roskazawszy, aby rozmowy zaczęte dokonane były.

Po odeściu Księdza Biskupiem czekał każdy, komuby mówić kazano, jeśli panu Myszkowskiemu, aby rzecz o dworzaninie konał, czy panu Kostce, aby dworną panią formował.

W tym powiedział pan Lubelski: Nuże panie Kostka, radby tu każdy widział tę panią w. m. dobrze ubraną, a jeśli jej w. m. tak nie pokażesz, aby wszytki jej cudności i czym sie ozdobić może, znaczne a widome były, będzie tak każdy z nas rozumiał, że jej nam w. m. zaźrzysz, a onej nie wierzysz.

Rzekł tak pan Kostka: Bym ja, miłościwy panie, miał ją u siebie za piękną, ukazał bym ją tu bez wszelakiego ubioru, tak jako Paris chciał widzieć one trzy boginie, ale jeśli mi jej jakie poczciwe białegłowy, których tu teraz nie widzę, ubrać nic pomogą, wiem pewnie, że sie tu nikomu podobać nie będzie. A przeto, poki wdy jest o niej to mnimanie, iżby miała być cudną, lepiej jej podobno nie ukazować, a dosłuchać tego, co pan Myszkowski o Dworzaninie powiedzieć jeszcze ma, bom tego pewien, że tam będzie coś osobniejszego, niż to, cobym ja powiedzieć mógł.

Pan Myszkowski tak na to powiedział: To czegom ja dołożyć jeszcze miał, nie jest to tak potrzebne, żeby bez tego dworzanin być nie mógł. I owszem jest jakoby coś od rzeczy tej, o której sie mówi; abowiem tom chciał powiedzieć, co to było pirwej w Polszcze Rycerz pasowany, dla czego był postanowion, a jako to była zacna rzecz, i za co pasowano, i czemu temu samemu złota na palec, na szyję, a pirwej jeszcze, poki złoto nie było tak tanie, mosiądzu do rzędu na koń, do ostrog, do strzemion używać dopuszczano. Chciałem też był spomnieć pogańskie dwory, jako Cesarza Tureckiego, Zofiego, co tam za ćwiczenie, co za zwyczaje na dworzech; jeśli też nam w czym są podobni, abo w czymeśmy my od nich są różni. Ale mi sie widzi, iż niejest tego czas teraz, będzie tu każdy wolał słuchać pana Kostki, niż mojej mało potrzebnej rosprawy.

Rzekł zatym pan Bojanowski: I owszem, panie Myszkowski, oto to, coś w m. powiedzieć chciał, i co inego, daleko potrzebniejsze jest, niźli ta dworna pani, zwłaszcza, gdy toż wszytko, co sie dworzaninowi naznaczyło, onej sie też dobrze zgodzi, bo takież ma mieć oko na czas, na miejsce, takież ma w każdej rzeczy zachować miarę i przystojeństwo, jako i dworzanin. A przeto lepiej, abyś nam w. m. co zwłasnego około służby pańskiej powiedział, to jest, którym kształtem, a jako dworzanin panu swemu, gdyby mu co około osoby swej zlecił, usłużyć ma, niż, aby sie miała mieszać jedna rzecz z drugą, a nie dokonawszy dworzanina, żeby sie o dwornej paniej gadka zacząć miała.

Tu powiedział J. M. pan Lubelski: Widzi mi sie, iż każdy pan wypuści s potocznej służby tak osobnego dworzanina. A coś w. m. powiedział, iż nie mieszać jednej rzeczy z drugą, tak ja powiedam, iż jako dwór żaden, choć najwiętszego pana, nie może być prawym dworem, to jest, świetnym, ozdobnym, ubranym, ochędożnym, wesołym, gdzie białychgłów nie masz, tak też rozmowa o dworzaninie niemoże być doskonałą, jeśli sie o białychgłowach rzecz nie wtoczy, a jedno sie z drugim nie pomiesza. Abowiem ta płeć godność dworzaninową ozdobniejszą i więtszą czyni, ta budzi serca w ludziach, iż każdy, kto zamiłował, ochotszy jest ku wszytkiemu, śmielszy, żywszy niż ten, kogo miłość nie dotknęła.

Rzekł tu pan Wapowski: Ktoby chciał troszkę tego napoju, od którego ludzie szaleją, oto gi ma.

Zasię pan Lubelski rzekł: Panie Kostka, nie daj sie w. m. trzeci kroć upominać, ale pocznij w. m. zaraz rzecz swoje.

Zatym pan Kostka: Wiem pewnie, Miłościwy panie, że temu trudno sprostać mam, snadź by mi łatwiej przyszło uczynić wizerunek wielkiej księżny, któraby wszytkiemu światu godna była rozkazować, niż stanowić, jaka ma być ze wszytkim dworna pani, gdyż dwornej paniej, co by sie wszytkim wobec bez Ale podobała, a s którejby kształt sie brać mógł wszytkich cnót i obyczajów s pięknością złączonych niemasz, ani było nigdy na świecie. A wielkich pań Książęcego i Królewskiego stanu, i było dosyć i jest jeszcze nieco tego wieku, s których wziąć by sie wzraz mógł, ku wymalowaniu w tej mierze doskonałości. A wszakoż, kiedy inaczej być nie może, powiem, jaka ta dworna pani podług mojego pomysłu być by miała, a kiedy już taką stanie, jaka sie mnie podoba, jeśli osobniejszej naleść w swej głowie nie będę mógł, niechajże ta zostanie przy mnie, jako sie została przy Pygmalionie ona jego s kości słoniowej.

Naprzód tedy, co tu pan Bojanowski powiedział, jakoby toż wszytko, co sie dworzaninowi naznaczyło, białejgłowie też zyść sie miało, jam jest w tym roznego mnimania; abowiem niektóre są rzeczy jednako potrzebne obiema, niektóre zasię barziej przystoją białejgłowie, niż mężczyźnie, a są też drugie, które mężczyźnie przystoją, a biała głowa owszeki sie ich wystrzegać musi. Ale nad wszytko w postawie, w słowiech, w postępkach prawie ma być białagłowa od mężczyzny rozna; bo jako mężczyzna ma to w każdej sprawie swej pokazować, iż jest jako dąb, tak zasię w białejgłowie ma być coś pieszczonego w miarę, przystojnego żeńskiej niedużości, aby w staniu, w chodzie, w mowie, i cokolwiek pocznie nie było znać w niej nic mężczyńskiego. Co kiedy dworna pani zachowa, dopiro te rzeczy dworzaninowi naznaczone (wszakoż nie wszytki) służyć jej mogą, jako to: ślachcianką sie urodzić, strzedz sie wydwarzania, mieć wdzięczność w tym wszytkim, co pocznie, mieć dobre obyczaje, umieć niemało rzeczy, mieć dowcip wielki, dobre baczenie, nie być hardą, zawisną, plotką, butliwą, swarliwą, kłamliwą, sprośną, ni o kim źle nie mówić, umieć sobie pozyskać łaskę, nie jedno tej księźny abo królowej, na której dworze z małżonkiem swym będzie, ale też i wszytkich inych tamecznych ludzi. Owa wiele przymiotów inych, które dworzaninowi należą, zgodzą sie też i dwornej paniej. Ale zasię piękności, kształtownych członków barziej białejgłowie potrzeba, niż mężczyźnie, abowiem wiele tej niedostaje, która sie niegładką urodzi. Ktemu też ma być ostrożniejszą, doglądając tego bystrym okiem, aby o niej źle nic mówiono, zgoła tak ma postępować, aby nie telko w czym nieprzystojnym nie była doznana, ale też, iżby w podeźrzeniu najmniejszym być nie mogła. Abowiem białejgłowy nie jest s to tak, jako mężczyzny, aby sie odgryzła a ludzkie pohamowała fałszywe języki.

Są też jeszcze ine cnoty, które tak w dworzaninie, jako i w dwornej paniej najdować sie mają, jako jest mądrość, wspaniałe serce, strzymawałość i niektóre drugie. Nad to ma też wiele rzeczy spolnych dworna pani z inemi poczciwemi białemigłowami, bo wszytkim wobec poczciwym, trzeba cnoty małżeńskiej, trzeba wstydu, dobroci, baczenia, porządku, umiejętności, jako dom swój rzędzić, jako dziateczki, jeśli je Pan Bóg da, wieść ku dobremu, jako zebranie małżonka swego zachować, i okrom tego wiele jeszcze jest, czego wszytkiego wyliczyć trudno. Ale dworna pani nad to wszytko ma mieć coś swego własnego, a jako pan Kryski dworzaninowi profesyą naznaczył rycerskie rzemięsło, tak ja dwornej paniej to naprzód zlecam, aby była ludzką a przyjemną w rozmowie, a iżby tym umiała uczciwie, a z wdzięcznością podług czasu i miejsca zabawić każdego tego, kto sie s nią w rzecz wda kiedy, uważając osobę każdego, i wiedząc co s kim mówić. Lecz do tego trzeba pięknych zwyczajów, skromności przystojeństwa (od którego sie w żadnym postępku odstrzelać nie ma) i rozumu ostrego, aby to każdy znał, iż tak wiele jest krotochwilną, trefną i ludzką, jako też mądrą, wstydliwą i stateczną. A przeto musi ani s tej, ani z owej strony nie przeładować, ale ugadzać w jakiś pośrzodek miedy dwiema rzeczami przeciwnemi, namniej pewnego kresu nie przestępując. Owa, kiedy sie jej trefi być przy jakiej rozmowie nie barzo statecznej, nie hnet sie porwać, a wstać od niej ma, chcąc sie nader stateczną, a surowego żywota białogłową pokazać, abowiem mógł by sobie drugi pomyślić, iż to dla tego czyni, aby pokryła co takowego, co snadź mnima, iż na nie ludzie czują; ktemu takowe obyczaje dzikie niemogą sie nikomu podobać. Takież też chcąc sie popisać bespieczną, a kunsztowną, niechaj sprośnie a niewstydliwie nie mówi, bo s takiego bezmiernego bezpieczeństwa, a które wędzidła niema, radzi sie wiec ludzie źle domyślają, chocia czasem białagłowa winną nie będzie. Ale kiedyby kto przy jej bytności takowe rozmowy zaczął, niechaj ich słucha ze wstydem i z zapłonieniem.

Jest też ten obyczaj u drugich pań, iż barzo rady i samy mówią i słuchają s chęcią, kiedy kto źle przed nimi mówi o inych białychgłowach, więc nakoniec i same podwodzą mężczyzny ku mowie, wywiadując sie miłostki cudzej, a gdy na co takowego napadną, a dowiedzą sie czego troszkę, to będą szyrzyć one rzecz, będą wołać, aby wszytek świat wiedział; będą wypowiadać z osobna każdą rzecz z dziwną radością i śmiechem: będą podarki, jeśli tam ta które wzięła, drożyć, iż sie tak widzi, jakoby onego zaźrzały, a zatym mężczyzna baczny, chocia pokazuje, jakoby tego rad słuchał, pocznie o takowych źle rozumieć i lekce je ważyć sobie. I słusznie, bo więc za takową rozmową przychodzą do pewnego kresu te panie, iż nielza jedno o nich mieć złe mnimanie; a widzi sie drugiemu, że go tym napomykają, aby sie wdał w co dalej, za czym wielka im ohyzda i zelżywość roście.

A przeto dworna pani niechaj nie będzie tego obyczaju, ale kiedy co takiego o drugiej białejgłowie usłyszy, niechaj sie radniej zasmęci niż rośmieje, niewierząc onej powieści, abowiem ile takich białychgłów jest, które to sobie mają za jedno cudo, żeby białagowa która na świecie rospustnie żyć miała, o każdej człowiek dobrze rozumieć musi, bo sobie każdy z nas tak myśli, kiedyć ta ma ten występ za rzecz tak srogą a niesłychaną, rzecz pewna, iż nigdy zgrzeszyć nie pomyśli. Za tym to idzie, iż białagłowa taka w wielkiej czci n wszech ludzi być musi, abowiem ona jej mądra powaga z dobrocią złączona jest jako mocną tarczą przeciwko niewstydliwym wszetecznikom, i więcej sobie każdy człowiek jedno słówko skłonne, jeden najmniejszy znak ludzkości takowej białejgłowy waży, niż najwiętsze zalecanki, naznaczniejszy pokaz łaski drugiej, która tego z małym używa wstydem.

A chocia ta będzie cnotliwą, jednak rospustnym śmiechem zbytnie bespieczną a świegotliwą mową przyprawi sie o nietrefną sławę. Ale iż każdemu temu człowiekowi, który chce, żeby mu słów dostawało, iżby ledaczego nie drwił, trzeba tego, aby miał pirwej niemało rzeczy w swojej głowie, przeto też dworna pani mimo swoje przyrodzone baczenie, którym sie we wszytkim sprawować ma, musi wiela dobrych rzeczy wiadomość mieć, iżby, chcąc uczciwie zabawić, umiała obrać co s którą osobą (jakom wyszej powiedział) mówić przystoi, a iżby niechcąc nie wypuściła jakiego słowa, któreby onego obrazić mogło. Ktemu niechaj sie strzeże, aby sie w czym niebacznie niepochwaliła, abo iżby tak długo rzeczy swej nieprowadziła, aż do uprzykrzenia. Wielkich rzeczy a poważnych niechaj w krotochwilną rozmowę nie wtacza, ani w poważną rozmowę żartów. Ćwiczenia też białejgłowie przystojnego niechaj nie zaniechywa, a jeśli czego nie będze umieć, niechaj niepokazuje, aby umiała, ale skromnie niechaj tego ze czcią swą używa, w czym swoje godność baczy, nie wydwarzając sie (tak jako sie dawno powiedziało) z żadną wiedzą, A kiedy taką będzie, tedy ludzie przypatrzywając sie uczciwym jej obyczajom, rozmowie z ucieszeniem mądrej, przystojności, wdzięczności w tym co pocznie, muszą s podziwieniem chwalić wszystko ine, a snadź ją drugi równą uczyni temu tam wielkiemu dworzaninowi, którego ci panowie model nam pokazali.

Kiedy to powiedział pan Kostka, zamilkł, tak, jakoby już dokonawszy więcej mówić niemiał. W tym rzekł tak pan Bojanowski:

Na powietrzu, panie Kostka, pokazałeś nam w. m. coś, czego nic widzi jedno samego w. m. oko, a podobno i to nie do końca, ale tak mnima, iżby widziało, aboś też w. m. niechciał, abyśmy do końca rozumieli, bo ja jeden nie pojąłem w. m. Każesz w. m. tej paniej wielu rzeczy wiadomość mieć; tu ja nie wiem co to mają być za rzeczy, trzebaby je okrzcić; ktemu wspomniałeś w. m. jakieś ćwiczenie białejgłowie przystojne, i tego ja nie znam. Nad to powiedziałeś w. m., iż potrzeba, aby te cnoty w niej były: mądrość, wspaniałe serce, powściągliwość; tu nierozumiem, do czego tych cnót ta pani używać ma, jeśli do porządku swego domowego, do wychowania dziatek swych, do zachowania w dobrej mierze nabycia a majętności małżonka swego, czyli do tej profesyi, którąś jej w. m. własną naznaczył, to jest, aby ludzką, a przyjemną rozmową umiała każdego zabawić. A przeto, przypatrz sie w. m. dobrze, wielkieć to są cnoty: mądrość, wspaniałe serce, powściągliwość; strzeżże tego w. m., abyś ich do ledajakiej przysługi nie obrócił, iżby sie potym wstydzić nie musiały.

Owa w. m panie Bojanowski (rzekł zasię pan Kostka) niemożesz jedno polem wszytko z białemi głowami. Mnie sie tak widzi, żem dosyć już powiedział, zwłaszcza w. m. mądrym uszom, bo to tu każdy baczy, iż białejgłowie nie przydzie w turnieju być, ani przystoi koniem toczyć, szermować, zapasy chodzić, bo to są mężczyńskie ćwiczenia.

Powiedział tu pan Derśniak: U Greków za dawnych czasów był ten obyczaj, iż białegłowy nago z mężczyznami chodziły zapasy, ale ten dobry zwyczaj pospołu z drugiemi już zginął. Wszakoż znalem ja białegłowy i są jeszcze żywe drugie, które z mieczem, z oszczepem tak dobrze umieją, jako mężczyna który; ktemu na koń ochotnie wsieść, dobrze nim toczyć, nic naprzód żadnemu jeźdźcowi nie dadzą. Myśliwych nie spominam, bo tych w Polszcze pełno.

Odpowiedział pan Kostka: Wszak ja tę panią ubieram sobie kwoli, a dla tego nietelko niechcę, aby sie w to mężczyńskie ćwiczenie, które potrzebuje siły, wdawała, ale też i w taniec kiedy pójdzie (które jest jedno przystojne białejgłowie ćwiczenie) nic zda mi sie, aby ochotę zbytnią, żarkiem skokiem, pochutnywaniem sobą pokazować miała, ale niechaj tak tańcuje, iżby znać było niedużość jej i jakąś przyrodzoną pieszczotę, tej płci barzo przystojną. Ktemu też tego chcę, aby każdy postępek jej był s pokorą, a ze wstydem złączony, bo te dwie cnocie białągłowę zbytnie zdobią. A do tego niechaj będzie przystojny ubiór, aby pierzchliwości żadnej w nim znać nie było. A iż tego białymgłowam dopuszczono, aby sie starały o cudność, i o to, jako jej przystojnie pomoc, potzeba dwornej paniej, aby siebie sama dobrze znała, czym sie zdobić, czy oszpacić może, bo jeśli wesołej twarzy, cudności żywej będzie, musi już stosować sie ktemu, i wesołej, świetnej maści używać. Jako druga, która poważna jest s przyrodzenia, wiele przysporzy sobie onej powagi ubiorem i obyczaj mi do tego sposobnemi. Takież też będzieli abo przytłustszym troszkę, abo przychudszym, zasię białą, bladą, abo śmiadą, iżby na to nalazła oblik, nie farbą, nie wódkami, ale ubiorem, ochędostwem aby sobie pomogła, lecz tak skrycie, tak nieznacznie, iżby sie tak zdało, że niedba namniej o ochędostwo. A iż pan Bojanowski pyta, co to są za rzeczy, których dworna pani wiadomość ma mieć, ktemu też chce wiedzieć jeśli onych cnot: mądrości, wspaniałego serca, wstrzymawałości i inych, do zabaw dwornych, czy ku porządkowi domowemu używać ma, tak ja na to odpowiedam, iż dwornej paniej ku przyrodzonemu baczeniu nabytcgo s ksiąg rozumu potrzeba. A przeto ma czytać, ma jaką muzykę przystojną jej płci umieć dla uczciwej zabawy, nakoniec radbych to widział, żeby sie niemal na tym wszytkim rozumiała, co ci panowie dworzaninowi umieć naznaczyli, nie prze to, aby tego używała (acz i zatrefnować czasem uczciwie barzo jej będzie przystało), ale iżby rozeznać mogła miedzy wielem osób, kto w czym godniejszy, i pochwalić, poganić wedle potrzeby umiała. A chociaż te wysokie cnoty: mądrość, wspaniałe serce, powściągliwość i ine widzą sie być mało użyteczne ku dwornej a krotochwilnej zabawie, jednak ja chcę, iżby sie dworna pani jemi ozdobiła, nie tak dalece dla zabawy, (acz i do tego zyść sie niejako mogą) jako dla zupełnej jej doskonałości, iżby mając wszytki osobne cnoty w sobie, doszła onego błogo sławieństwa, które na samym poczciwym życiu przestaje.

Dziwno mi (rzekł tu pan Bojanowski ze śmiechem), iż W. M. białymgłowam nie każesz na sjem być posełkinami, więc sądzić, hetmanić, a mężczyznam prząść kądziel, ponieważ tak wielkie a główne cnoty w nich sie najdować, tak wiele czytać i rozumieć sie na rzeczach mają.

Odpowiedział pan Kostka: A czemu? i toćby podobno nie było barzo źle. Plato wielki Philozoph, a s pisma jego znać, że niebarzo był łaskaw na białegłowy, a wdy im samem zleca obronę a straż miasta, a mężczyznam ine wszytki sprawy wojenne. I mninaasz w. m. żeby sie też miedzy niemi takie nie nalazły, któreby hetmanić mogły? Alem ja tego im nie poruczył, bo dworną panią teraz formuję, nie królową. Lecz to podobno w, m. załawiasz na zwadę, aby sie wczorajsze wspomniało, w czym sie białymgłowam okrutna krzywda dzieje; abowiem powiedziałeś w. m. wczora, iż białagłowa jest najnicdoskonalszc żwirze miedzy źwirzęty, dostojności abo małej, abo żadnej przeciwko dostojności mężczyńskiej, ktemu, jakoby ich nie miało s to być, żeby s siebie samy dobrze czyniły. A za prawdę, kto tak rozumie, jest w wielkim błędzie.

Odpowiedział pan Bojanowski: Ja tego powtarzać nie chcę, co sie wczora mówiło, acz wiem, żeś mie już w. m. do niektórych pań przeniósł, wszakoż mam tę nadzieję o ich stateczności, iż będą woleć przy prawdzie przestać, chociaż im nieco w brew bije, niż to przyjmować, co im w. m. (chcąc sie przylubić) chytrze dajesz. Boć to wdy niemoże być inaczej, jedno żeś sie w. m. uniósł w tej mierze. Dosyć było powiedzieć, iż dworna pani ma być piękną, uczciwą, stateczną, baczną, skłonną, ludzką; ma umieć zabawić, a nie wniść do nikogo we złe mnimanie, i co ktemu jeszcze takowego. Ale w. m. takeś ją wysadził, takoweś jej cnoty i nauki przypisał, iż i Socrates i Cato i ini wszytcy Philozophowie za nic stoją u w. m. Nakoniec, gdyś w. m. tak wiele wyliczał, co w mężczyznach i onego pirwszego wieku rzadko sie kiedy najdowało, ledwe tego człowiek słuchać mógł, nierzkąc, żeby tego w. m. pozwolić miał. Ja jako powiedam spominać tego niechcę, co sie wczora mówiło, lecz to powiedam, com od uczonych ludzi słychał, iż Natura, któraby zawdy rada rzeczy doskonałe tworzyła, by mogła, puszczałaby zawdy mężczyzny na świat, i kiedy sie białagłowa urodzi, tedy sie to omyłką, abo prze jaki niedostatek, a nad wolą przyrodzenia dzieje, jako sie więc owo drugi ślepo, chromo, garbato urodzi, i drzewo wypuści czasem s siebie taki owoc, który nigdy nie uźrzeje, także też możemy powiedzieć o białychgłowach, iż sie rodzą na świat przygodnie a s trefunku. A iżby to była prawda, patrz w. m. na sprawy niewieście a na męskie, s tych poznasz, kto ma co nad kogo. A wszakoż, gdyż białegłowy nic w tej swej niedoskonałości niewinny, nie mamy sie hydzić niemi, albo nieczynić im tej poczciwości, która im należy. Ale też zasię sadzać je wyszszej, niż one wniść mogą, zda mi sie to wielkie błazeństwo.

Czekał pan Kostka, iżby dalej mówił pan Bojanowski, a gdy widział, iż już milczał, tak powiedział: Niewiem, panie Bojanowski, w czym w. m. tę niedoskonałość białychgłów baczysz, bo jeśli w tym, iż nie są tej siły, tej czerstwości, której mężczyźni, nic już są tym niedoskonałe, bo kiedyby siła a dużość sama płaciła, byłby zawdy żołnierz, który sie bije, w więtszej wadze, niż hetman, który ludzie przywodzi. Co inaczej być widzimy. Jeśli też w. m. do rozumu pójdziesz, ja tak powiedam, iż białagłowa wszytko to umieć może, co mężczyzna, ani jest jej dowcip kęs jeden naszego podlejszy, i owszem tak nas uczy Philozophia, iż kto ciała subtylniejszego, ten i rozumu bystrszego być musi. A to, gdyż sie w białychgłowach najduje, nielza jedno tak rozumieć o nich, iż one są sposobniejsze ku pojęciu nauk subtylnych, niźli mężczyźni. Ale pódźmy dalej. Kazałeś mi w. m. przypatrzyć sie sprawam niewieścim, a męskim, a s tych miałem uznawać, kto ma co nad kogo. Ja też zasię tegożbym chciał po w. m., abyś pilnym okiem weźrzał na sprawy Natury, matki nas wszytkich, ku któremu końcu ona co czyni, a kiedy sie dobrze przypatrzysz, inaczej nie najdziesz, jedno, iż potrzebnie, a naschwał nie przygodnie, ani s trefunku takowe, jakie są, białegłowy, ona na świat daje. Abowiem to, co jest w nich inakszego, niźli w mężczyźnie, wszytko sie to ku dobremu naszemu ściąga. Dała białymgłowam Natura, iż niemają tej siły, tej surowości w sobie, którą mężczyźni, więc czując to do siebie, muszą być bojaźliwsze, ostrożniejsze, dozorniejsze, niż my. A dla. tego one dziatki małe chowają, a podrosło ojcowie ćwiczą. A to, co mężczyzna silą, a dzielnością swoją majętności przybawi, to białagłowa gospodarstem, a pilnością w dobrej mierze zachowa, za co nie mniejszej pochwały godna, niż ten, kto tego umie dobrze nabyć. Nad to, gdy w. m. weźrzysz w historye dawnego i niedawnego wieku (chociaż mężczyźni sławne uczynki białychgłów skąpie zawdy chwalili) doczciesz sie w. m. tego, iż do poczciwych spraw były po wszelki czas białegłowy tak chętne, jako mężczyźni. Bywały te, które podnaszały wojny i otrzymywały wielkie zwycięstwa, rządziły królestwa, i czyniły to wszytko, co mężczyźni kiedy, i pod ich mądrym regimentem nikt na swej sprawiedliwości nie chramał, ani od nieprzyjaciela był złnpiou, ani od sąsiada uciśnion. Jeśli sie też w. m. do nauk obrócisz, tedy i o tym kronikarze piszą, i wyliczają ich wiele, które Philozophią umiały, drugie, które wirsz dziwnie dobrze pisały, nakoniec spominają i te, które instygowały u prawa abo sie zyjmowały za czyje niewinność i ze złej toniej ludzie wielką wymową swą wywadzały. Gdyż tedy mężczyzna w istności swej nie jest doskonalszy niż białagłowa, (bo jako kamień może byó więtszy, gładszy abo chropawszy jeden niż drugi, ale przedsię nie będzie barziej kamieniem, ani drewno barziej drewno jedno niż drugie, tak też mężczyzna niejest barziej człowiekiem, niż białagłowa) co sie też przymiotów dotycze, i wtym białagłowa nic jemu naprzód nie da, jako sie to już pokazało, niewiem, czemu go w. m. tak barzo raczysz, a nad białagłową przekładasz. A to, co w. m. powiedasz, iż Natura, która zawdy ku doskonałości mierzy, by mogła, puszczałaby zawdy mężczyzny na świat, i kiedy sie białagłowa urodzi, omyłką sie to, abo prze jaki niedostatek, a nad wolą przyrodzenia dzieje; nie pozwalam ja tego w. m., bo niewiem, czemu niema chcieć Natura tworzyć białychgłów, gdyż bez nich naród ludzki zginąć by musiał, a Natura ni o czym więtszej pieczy nie ma, jako iżby każdą rzecz w istności swej zachowała. I dla tego ona przez to dwoje złączenie mężczyzny z białągłową wypuszcza dziatki na świat, które oddają dobrodziejstwa wzięte w dzieciństwie rodzicom swoim starym, bo im służą i niedostatku cirpieć im nie dopuszczą, i potym jakoby odnawiają, wzbudzając ich nasienie i puszczając też dziatki swe na świat, od których w starości onegoż sie wzajem nadziewają, co sami rodzicom swym czynili. I tak Natura a tym sposobem to koło tocząc, daje i użycza nam śmiertelnym nieśmiertelności. A ku temu iż jest tak potrzebna białagłowa jako mężczyzna, nie mogę ja naleść tej przyczyny, czerniłby jedno s tych naschwał, a drugie przygodnie rodzić sie miało. Prawda jest, iż Natura zawdy ku doskonałości zmierza i dla tego człowieka tworzy, ale nie chciwiej mężczyznę niż białągłowę, i owszem, kiedyby sie wszytko mężczyźni rodzili, już by sie nie ku doskonałości Natura miała, abowiem jako ze dwojga tych rzeczy, s ciała a z dusze, wynika jedno ślachetniejsze niż co s tego dwojga to jest człowiek, tak też s tego złączenia dwojga osób, mężczyzny z białagłową rodzi sie to, co niedopuszcza zniszczeć narodowi ludzkiemu. Bo, gdzie by było inaczej, zginąćby pewnie musiał. A dla tego s przyrodzenia parami to chodzi, ani może jedno być bez drugiego. Nakoniec ani to prawy mężczyzna, który samice nie ma, ani to prawa białagłowa, która bez męża żywie. Co widząc teologowie pogańscy starzy, że jedna sama płeć doskonałości w sobie mieć nie może, przywłaszczają oboje płeć bogu; przeto Orpheus powiedział, Jovem być masculum et feminam. I w piśmie świętym czytamy, gdzie mówi Mojżesz, a jeszcze był Bóg Jewy nie stworzył: Ad imaginem Dei creavit illum, masculum et feminam creavit eos. I Poetowie mówiąc o bogach, wielekroć jednę płeć miasto drugiej kładą, i mieszają wszytko pospołu.

Na to pan Bojanowski tak powiedział: Niechcę ja z w. m. w głębokie gadki zachodzić, a też, bym dobrze chciał, tedy nie umiem, Lecz to mi sie widzi być istotny znak męskiej doskonałości, iż białagłowa s przyrodzenia każda rada by była mężczyzną, a tego by iście nie pragnęła, by nie widziała we wszytkim być lepszego mężczyznę niż siebie.

Odpowiedział pan Kostka: Nic w nas, panie Bojanowski, białegłowy lepszego nie baczą, ale niebożątka radyby mężczyznami były dla swobody, chcąc ujść surowej naszej zwierzchności, którąśmy sobie sami nad nimi przywłaszczyli, i tą zniewoliliśmy niebogi nad przystojeństwo.

Zaś pan Bojanowski powiedział: Wdyć tego niemoże inaczej, jedno nikczemnością nazwać, iż sie one pospolicie leda czego boja, a w mężczyźnie tej tak sprośnej bojaźni niemasz.

To co w. m. nikczemnością zowiesz (odpowiedział pan Kostka), rodzi sie z rzeczy dobrej, to jest, s prędkiego a bystrego rozumu, abowiem rychlej pospolicie białagłowa obaczy niebespieczeństwo, niż mężczyzna. Siła tych mężczyzn najdzie, którzy sie nie boją ani mąk żadnych, ani śmierci, a przedsię niemamy ich za mężne, za przeważne, bo to czynią oślep, a bez rozumu, nieznając ani bacząc prze gnuśnośc swą niebespieczeństwa. Wtąż też i szalonego człowieka, żaden go niema za śmiałego, t»o to, co czyni, zapamiętale czyni. Ale prawdziwe męstwo pochodzi s statecznego namyśla, gdy człowiek więcej sobie poczciwość waży, niż wszytki niebespieczeństwa na świecie, a chociaż śmierć przed sobą widzi, jednak tak stale a mocnie trwa sercem i umysłem ugruntowanym w swym przedsięwzięciu, iż mu ono niebespieczeństwo do tego, aby niemiał czynić co jemu należy, nigdy w niczym nie przekazi. Takowych ludzi na świecie, jako historye świadczą, była niemała liczba, miedzy ktoremi nie mniejszy poczet białychgłów był, które w męstwie i w dziejach inych sławnych nic naprzód mężczyznam nie dały. Nakoniec i tego naszego wieku mogłoby sie ich niemało wyliczyć.

Tu powiedział pan Bojanowski: Toć sie te sławne dzieje w ten czas poczęły, kiedy pirwsza białagłowa sama zgrzeszywszy przywiodła na to ojca naszego Adama, iż też zgrzeszyć musiał, a za tym przyszła jako dziedzicznym prawem na nas śmierć, boleść, nędze, prace, mizerye i wszytki niewczasy tego świata.

Kiedyż się w. m. chce do zakrystyej - rzekł pan Kostka - i tamci ja z w. m. pójdę. A zaź w. m. niewiesz, iż ten szwank a obłąd białagłowa zasię naprawiła, i nierówno nam więcej ta dobrego sprawiła, niż Jewa złego, tak ich święty to był grzech, który tak zacnemi zasługami jest oczyścion. Ale ja teraz niechcę tego spominać, jako panna Marya przed wszytkimi ludźmi na świecie świętą jest i błogosławioną, bo to święte imię w te ledacyjakie gadki mieszać nie przystoi; ani tych chcę wyliczać, które dla imienia Krystusowego umęczyć sie dały. I tych zaniecham, które mądrością swoją przegadały bałwochwalców wiele, acz wiem, że mi w. m. na to powiesz, iż to w nich Duch święty sprawował; prawda jest, ale ja zaś tak powiedam, iż to najwiętsza i najchwalebniejsza cnota, o której pan Bóg duchem swym świadectwo daje, bo we złe serce duch Boży nie wchodzi. Inych też było wiele świętych białychgłów, które nie są tak barzo wsławione. Wspomina święty Hieronim s podziwieniem niektóre swego wieku i daje im taki dank w świętobliwości, iż najświętszego mężczyzny barziej by chwalić nie mógł. Nuż zasię co tych było, o których abo pismo zginęło, abo niebył ten, kto by był osobne ich cnoty pisać umiał, a drudzy prze zazdrość, jakom pirwej powiedział, pisać a chwalić niechcieli. Ale to niechaj ma swe osobne miejsce, tegom ja pewien, iż mi w. m., panie Bojanowski, nie ukażesz mężczyzny jednego z osobnemi przymioty, abym ja hnet w. m. żony, dziewki, siostry, abo powinowatej jakiej jego, jemu równej, abo jeszcze osobniejszej niż on nie ukazał; nad to wiele było białychgłów przyczyna dobrego, nie jedno mężom swym, ale wszem wobec swego narodu ludziom, niekiedy i obłędy ich naprawić, a ku dobremu nakierować umiały. A przeto, gdyż białegłowy mogą tym wszytkim cnotam zdołać, którym mężczyźni, jako sie to dało wielekroć wiedzieć, niewiem, czemu to w. m. obchodzić ma, iżem ja dwornej paniej tak wiele przypisał i umieć kazał, abowiem ile mężczyzn mogło być na świecie, abo i teraz jest podobnych temu dworzaninowi, którego ci panowie formowali, tyle zawdy było i jest białychgłów od tej dwornej paniej, którąmja wymalował, mało roznych.

Pan Bojanowski powiedział na to; Kiedybym ja teraz w. m. panie Kostka, spytał, co to były za tak sławne białegłowy, które, będąc krwią wielkim ludziom powinne, i cnotami miały by być im równe, abo które to były przyczyną dobrego i obłąd mężczyński naprawić umiały, pewnieby je w. m. wyliczać nie było sporo.

Prawdę w. m. mówisz, iżby mi nie było sporo (odpowiedział pan Kostka), bo kiedybym wszytki wyliczać miał, trzeba by mi na to długiego czasu, a imbych głębiej w historye wchodził, tym by sie tego więcej mnożyło. Pięknie historya mówi o żenie Markantoniego, a siostrze Augustowej Oktawiej, więc o Porcyej dziewce Katonowej a żenie Brutego, nuż o Cajej Cecyliej, żenie Tarquiniusewej, zasię o Kornelie) dziewce Scipionowej, a takich liczba była niezliczona w Rzymie. Podźmyż do inych narodów. Alexandra, żona Alexandrowa króla żydowskiego co uczyniła; ta po śmierci męża swego widząc wyruszenie pospolite mądrością swoją w to trefiła, iż ludzie oni, którzy mszcząc sie okrucieństwa AIexandrowego, dzieci jego pobić a zamordować chcieli, zaniechali sprawiedliwego gniewu, a ubłagacie dopuścili. Owa, ile Alexander przez długi czas przeciwko sobie i potomkom swym rozlicznemi krzywdami ludzi pojątrzył, tyle ich ona za jedne godzinę synom swym przejednała.

Rzekł tu pan Lubelski: Powiedz w. m. jako to było.

Powiedział pan Kostka: Tak prosto. Gdy widziała Alexandra być w tak wielkim niebespieczeństwie dzieci swoje, kazała porzucić w pół rynku ciało Alexandra króla, potym zezwawszy do siebie mieszczan tak powiedziała: Wiem ja - prawi - iż macie słuszna przyczynę gniewu, na męża mego, bo to zadziałał okrutnemi a nieznośnemi krzywdami, któremi was trapił. A przeto, abyście to znali, żem mu ja nigdy powodem do tego nie była, i owszem, ila mogła odwodziłam go od takowego okrucieństwa, kazałam go wyrzucić na rynek, aby umarły był skaran, ponieważ żywego ani ja ani wy karać-eście mogli, a tak co chcecie to s nim czyńcie, chcecieli go dać psom zjeść, chcecieli też okrucieństwa inego nad nim użyć, jako on nad wami umiał, to wam niechaj wszytko wolno będzie, tylko o niewinne dziatki proszę, abyście nad nimi litość mieli, te nie telko w niczym niewinne, ale ani wiedzieć mogły łotrostwa ojcowskiego. Tak wielką moc miały te królowej słowa, iż ona sierdzitość w ludziach zapalonych wszytka ugasła, tak, iż nietelko one dzieci zgodnie obrali sobie za pany, ale i ciału Alexandrowemu uczynili zacny pogrzeb. Wielkie baczenie było tej białejgłowy, iż tak wszytkiemu zabieżeć umiała. A co sie śmiałości a wielkiego serca dotycze, i w tym drugie białegłowy nie są mężczyzn podlejsze; mamy w księgach o żenie i o siostrach Mitrydatowych, które mniej sie śmierci bały, niż sam król Mitrydates. Takież też żona Azdrubałowa mniej sie bała, niż Azdrubal sam. Nuż Harmonia, dziewka Hierona, która nie chciała żywa zostać, kiedy sprzysięgli buntownicy przeciwko ojcu jej i wszytkiemu domowi, Syrakuzy miasto posiadszy, okrucieństwa swego nad nim używali.

Zatym to powiedział pan Dersniak: Bywać też to więc czasem z uporu, jako ona dobra pani, która, tonąc ukazowała ręką, jako strzygą, iż przed wodą "strzyżono" wymówić nie mogła.

Upór taki - rzekł pan Kostka - który sie ku rzeczy dobrej ściąga, mamy zwać stałością, jaki był upór Epicharis, prostego stanu białejgłowy; abowiem ta była tak stałą, iż wiedząc o wielkim buncie na śmierć Neronowę, chociaż ją wymyślonemi a okrutnemi mękami nad miarę dręczono, jednak na nikogo nie powiedziała; a drudzy zacni ludzie z bojaźni powiedali na bracią, na powinowate i na najwiętsze swe przyjacioły na świecie. A co sie w. m. widzi, nie była też ono stała, której Atenianie (iż ją Leoną zwano) lwicę bez języka ulać z mosiądzu dawszy na wieczną pamiątkę postawili; a dla tego bez języka, aby to każdy wiedział, iż tajemnicę chować umiała. Abowiem, wiedząc też ona te, którzy sie sprzysięgli byli wybić tyrany w Atenach, nic sie nie ulękła, gdy dwu wielkich a zacnych ludzi jej przyjaciół stracono; a chocia spodziwnemi mękami była trapiona, jednak nic na nikogo nie wyznała.

Rzekł tu pan Lubelski: Niewadziłoby, panie Kostka, nie tak wskok te sławne historye odprawować. Radci to podobno widzi pan Bojanowski s panem Dersniakiem, ale w. m. więtszą dziękę od białychgłów odzierżysz, kiedy radniej co przydasz, niż ujmiesz tym tak zacnym cnotam wymową swoją. A jeśli nic przydać nie trzeba, tedy acz nic w. m. dostatecznie każdą rzecz wypowiedz.

Odpowiedział pan Kostka: Tak uczynię, kiedy w. ni. każesz, powiem o jednej białejgłowie, a musi mi to pan Bojanowski przyznać, iż to, co ona uczyniła, rzadki mężczyzna na sobie przewiedzie.

W mieście Massyliej był ten obyczaj (który był podobno od Greków przyszedł), iż chowano na ratuszu truciznę dla tego, aby ją mógł każdy ten wziąć, ktoby pokazał to urzędowi i wywiódł, że ma przyczynę słuszną zyść s tego świata, to jest, mając na sie abo zbytnie wielkie nieszczęście, w którymby na świecie trwać niechciał, abo też zasię będąc w wielkim szczęściu, pókiby nieszczęście me przyszło, aby w tym szczęściu umrzeć mu było wolno. Trefiło sie to, gdy w tym mieście był Sextus Pompejus.

Tu przerwał pan Bojanowski mówiąc: A bajkę to w. m. poczynasz, panie Kostka, wierzę, że będzie długa.

Zatym pan Kostka rzekł do pana Lubelskiego: Widzi w. m. miłościwy panie, iż mi pan Bojanowski niechce dopuścić mówić. Chciałem był powiedzieć, jako jedna białagłowa, przy czym był Sextus Pompejus, pokazawszy to urzędowi, iż słuszną przyczynę umrzeć miała, wzięła truciznę s takim sercem, s tak wesołą twa rżą, iż i Pompejus i ini wszyscy, którzy na to patrzali, widząc w białejgłowie przy ostatnim punkcie straszliwej śmierci one myśl stałą, bespieczną, a nie strapioną, słysząc też mądre napominanie, które do swych uczyniła, zdumieć sie musieli, a co ona nie płakała, to oni za nie płakali.

Rzekł tu pan Dersniak: Pomnię i ja, żem czytał jedne oracyą, gdzie ubogi mąż prosi urzędu, aby mu dopuścił umrzeć i pokazuje w tej oracyej swej przyczyny słuszne, jako miał żonę tak złą, tak przemierzłych obyczajów, iż wolał tę truciznę wziąć (o której w. m. powiedasz, iż ją chowano na pałacu), niż przykrych jej słów ustawicznie słuchać.

Rzekł pan Kostka: Cóż tych białychgłów jest, które chudzinki miały by wielką przyczynę prosić, aby im umrzeć dopuszczono, już nie dla przykrych słów mężowych (bo by to była łatwiejsza ścirpieć je), ale dla nieznośnych doległości, jako ja ich kilka znam, które mają piekło na tym świecie.

Rzekł tu pan Bojanowski: A mnima w. m. aby niebyło tak wiele mężów, co pragną ustawicznie śmierci, nie mogąc wycirpieć tego, co im czynią żony?

Powiedział pan Kostka: A co tak złego białegłowy uczynić mężom swym mogą, aby na to wnet lekarstwo niebyło; by tak łatwie pogodzić sobie żony mogły, jako mężowie mogą, dobrze by sie s niemi działo; ale one niebogi niemogą sobie ni czym pomoc, już jeśli nie z miłości, tedy z bojaźni muszą powolne być, muszą ulatać małżonkom swoim.

Odpowiedział pan Bojanowski: Ba, to prawda, iż jeśli białegłowy kęs co dobrego czynią, że im to nie z dobroci, ale z bojażni pochodzi. Bo rzadko taką naleść, któraby w sercu niemiała jakiego skrytego zakału przeciwko swemu mężowi.

I owszem, rzekł pan Kostka, ile czytamy historyej, mało nie zawdy tak bywało, iż żony barziej męże miłowały, niż mężowie żony swe. Co kiedy takowego pokazał małżonek przeciwko żenie swej, jako Kamma pokazała miłości przeciwko swemu mężowi?

Rzekł pan Bojanowski: Jam o tej Kammie nie słychał, i co za miłość pokazała, niewiem.

Powiedział pan Kostka: Słuchaj w. m. Była ta Kamma żoną Sinata, człowieka zacnego w Galacie, a była nie jedno naschwał piękna, ale i ine przymioty i obyczaje osobne miała w sobie, a ktemu nader barzo miłowała męża. Trefiło sie tak, iż sie jej rozmiłował Sinorix niejaki, człowiek w tam tym mieście wielkiego zawołania i władzej, a gdy żadną miarą przyść ktemu nie mógł, aby w miłości znał ją przeciwko sobie skłonną, rozumiejąc tak, iż niebyła ina przyczyna jej srogości, jedno ta, iż męża miłowała prawdziwie, kazał tego Sinata zabić; co kiedy sie sstało, dopiero tym więcej usiłować począł, nielitując pracej, starania, kosztu, aby ją sobie uczynił przychylną, a gdy mu ani to nie szło, przypędziła go miłość do tego, iż ją nakoniec umyślił (acz stanem równa mu nie była) wziąć za żonę. I posłał do jej przyjaciół, opowiedając im tę chęć swoje. Przyjaciele widząc wielkiego pana, a rozumiejąc, iż im to dosyć dobrego przynieść miało, jęli namawiać Kammę, aby w tym ciężka, a uporną nie była, opowiedając to nakoniec, jako ich nie było s to, aby przeciwko mocy i gwałtowi Sinorixowemu onej bronić mogli. Białagłowa chowając nieznośny żal w sercu swym po mężu, a ni o czym więcej nie myśląc, jedno, jakoby sie śmierci niewinnej jego sławnie pomścić mogła, dawszy sie pirwej długo prosić, nakoniec przyzwoliła. I kazała to Sinorixowi powiedzieć, który z wielką radością począł sie hnet starać, aby ta rzecz rychły skutek swój wzięła. Owa krótko powiedając przyszedł czas ślubu, szli pospołu do kościoła bogini Diany, a tam Kamma wziąwszy czarkę z napojem, który przed tym przyprawiła, wypiła połowicę, a drugą Sinorixowi (jako ten obyczaj był przy ślubie) podała, który ochotnie wszytko wypił.

Kamma to widząc i radując sie, iż dowiodła, nacz sie była nasadziła (bo ten napój s trucizną pomieszan był) przed obrazem Diany klęcząc, tak jęła mówić: Święta bogini, która widzisz serce i myśli moje, ciebie same biorę na świadectwo, iż prze żadną przyczynę iną nie zostałam na tym nędznym świecie po mężu po swym tak długo, jedno, iżbym sie krwie niewinnej jego pomściła; ta nadzieja sama utrzymała moję ręke, iż dawno nad tym nikczemnym ciałem okrucieństwa nie użyła. Ale gdyżem już doczekała tego pożądanego dnia, którego zły a bezecny człowiek wziął swą zapłatę, z wielką radością idę s tego świata, abym nalazła one świętą duszę małżonka mego, którego ja miłując więcej niż sama siebie, żywego i umarłego nigdy miłować nie przestanę. A ty nieślachetniku, coś sie nadziewał być małżonkiem moim, miasto małżeńskiego łoża mary, a miasto wesela pogrzeb roskaż, abyć przyjaciele twoi gotowali. Sinorix, gdy to usłyszał, a już też i trucizna morzyć go poczęła, wpadszy na wóz, kazał rospuścić, nadziewając sie, iżby za onym trzęsieniem trucizna s niego wyniść miała; ale ani to, ani ine lekarstwa pomogły. Miała Kamma to szczęście, iż Sinorix dać garło jeszcze pierwej niż ona musiał. Co kiedy jej powiedziano, z wesołą myślą położywszy sie na łożu, rzekła te ostatnie słowa: Sinacie, Sinacie, mój najmilszy mężu, gdyżem już niejedno opłakała twoje śmierć, alem sie i pomściła nad spólnym nieprzyjacielem, niewiem, czegoby jeszcze inego prze cię uczynić nie dostawało, chyba tego, abym sie pospieszyła na on świat za tobą; a przeto żegnam ten bezecny świat, i ten żywot, który mnie jako barzo s tobą był słodki, tak zasię bez ciebie był gorzski a przykry. Już tedy, panie moj, przyjmi do siebie tę duszę z radością, jako ona do ciebie pędem a s chęcią bieży. To mówiąc z rospostrzonemi rękoma, jakoby tedyż męża obłapić miała, umarła. Co sie zda w. m. panie Bojanowski, godnali ta białagłowa dobrego wspominania?

Odpowiedział pan Bojanowski: Widzi mi sie, iżeś tu w. m. chciał kogo rozkwilić, ale niemasz tu żadnej białejgłowy, ani mężczyzny, niewieście podobnego. A chociaby sie też to tak sstało, jako w. m. powiedasz, tedy już takowych białychgłów na świecie teraz nie masz.

Powiedział pan Kostka: Pokażę ja to w. m., iż i tych czasów najdują sie takie.

Niedawno temu, kiedym ja był we Włoszech, był ślachcic jeden w Pizie, niepomnię zaprawdę której familiej, ale Tomazo imię jego było. Ten jadąc jednego czasu do Sycyliej wyspu, w maluczkiej bacie pojman był od Murzynow, którzy tak prędko przypadli, iż owi na bacie ani uciec, ani ratunku żadnego dać sobie mogli, bo chociaż sie bronili mężnie (w której bitwie ten Tomazo zabił brata rodzonego jednemu z onych murzyńskich rotmistrzów), wszakoż iż gwałt a wielkość ludzi była, a tych było na bacie barzo mało, przegrać musieli.

Owa kto zabity, kto ranny, kto zdrowy, wszytcy i z batą przyszli w nieprzyjacielskie ręce. Miedzy któremi Tomazo przysądzon był za więźnia onemu rotmistrzowi, czyjego brata zabił. A ten, Jako człowiek za żalem swym rozgniewany pastwił sie jako najbarziej mógł nad nieborakiem przez wszytkę drogę, a przypłynąwszy do Barbaryej umyślił go trzymać w srogim, a okrutnym więzieniu aż do śmierci. Gdy ta wieść przyszła do Pizy, każdy sie tak długo starał o przyjaciela, o powinowatego, o brata swego, iż o z więzienia wyprawił. Sam telko Tomazo był tak niefortunny, iż ani na okup, ani na odmianę żadną puścić go nie chciano. A ktokolwiek s tej niewolej do domu sie swego wracał, nie umiał sie o ciężkim jego więzieniu a nędzy wypowiedzieć, a to najwiętsza ciężkość była, iż nadzieje nie było, aby kiedy miał być wolen. Na koniec gdy też już i sam ani sie o sie starać więcej, ani żenie swej, której Argentina imię było, trudności zadawać umyślił, wzbudził pan Bóg jednego syna jego, i dał mu ten umysł, iż sie ważył do Barbaryej jechać s tym sercem, abo tam zginąć, abo ojca wyswobodzić. Tenże pan Bóg, który mu dał to serce, dał i dowcip, i szczęście takie, iż ojca swego pirwej przyprowadził do Libornu, od Pizy niedaleko, niż w Barbaryej obaczono, iż uciekł więzień. Tam stąd potym Tomazo pisał do żony, jako mu pan Bóg dał wyniść z niewolej, a iż nazajutrz miał sie z nią widzieć. Białagłowa cnotliwa z wielkiej a niespodziewanej radości, iż tak prędko za cnotą a dzielnością synowską miała małżonka widzieć, którego nader barzo miłując już była opłakała; przeczedszy list jedno weźrzała w niebo a zawołała imieniem męża, padła tuż i umarła. Bezecne nieszczęście, które sie do każdego szczęścia musi przymieszać. I mógł by sie człowiek tą świętą białągłową karać, a miarkując chęci swoje nigdy zbytniego wesela nie pragnąć.

Rzekł tu pan Wapowski śmiejąc sie: A co wiedzieć, jeśli też ta nie umarła z wielkiego frasunku, widząc, iż mąż, który jej był omierzł, do domu wrócić sie miał.

Odpowiedział pan Kostka: Pewnie nie s frasunku, bo poczciwe jej życie i miłość przeciwko małżonkowi wszytkim ludziom była wiadoma, ale ta rychlej przyczyna jest jej śmierci, iż sie jej długi czas zdał czekać do jutra, a przeto niemogąc wycirpieć tej odwłoki, gdzie ciałem nie mogła, tam duszą dojść chciała, aby co najprędzej serce jej palić sie przestało.

Rzekł pan Bojanowski: Ba i temu ja wierzę, iż jej to ze zbytniej miłości przyszło, bo to jest białychgłów obyczaj, a inaczej nie umieją, jedno, abo nader miłować, abo nader mieć w nienawiści, ano ten "nader" nie jest dobry. I widzisz w. m. na co jej to wyszło, sama sobie źle uczyniła, mężowi i dzieciom, bo ona ich radość, którą z wyswobodzenia mieli, w smętek a w żółć sie wszytka obróciła. A też tą białągłową nie podeprzesz w. m. tego, coś pirwej powiedział, to jest, aby białegłowy miały bywać przyczyną ludzkiego wiela dobrego.

Powiedział pan Kostka: Jam tę białągłowę na przykład przywiódł, abyś to w. m. widział na oko, że są na świecie te białegłowy które męże swe miłują. A co sie tych dotyczę, które na świat wiele dobrego przyniosły, będęli je chciał liczyć, liczby mi nie stanie, zwłaszcza pocznęli dawniejszego wieku prowadzić historye, które sie zdadzą teraz jakoby baśni. Nuż pójdę li do tych, które za wynalezieniem nauk i rzemięsł dziwnych przyszły w tę cenę do ludzi, iż je za boginie mieli, jako Pallas, Ceres; zasię Sybille, przez których usta pan Bóg ludziom wiele przyszłych rzeczy objawił. Były i te, ktore uczyły wielkie w nauce ludzi, jako Aspazya i Dyotima, a ta ofiarami swemi odwlokła czas powietrza w Atenach aż do dziesiąci lat. Pindara wielkiego poetę, uczyła białągłową; Nicostrata wieszczka, matka Ewandrowa Łacinnikom litery pokazała; Corynna, Sapho jako nader dobrze wirsz pisały, nikomu to tajno nie jest. Ale nie wspominając tych tak dalekich rzeczy, rzymska Rzeczpospolita, iż była tak wielka, niemniej sie do tego białegłowy przyczyniły, niż mężczyźni. Powiedział tu pan Bojanowski: Ba, tobym rad słyszał, jakoby to być miało.

Słuchaj w. m. - odpowiedział pan Kostka. Po zburzeniu Trojej Trojanie jedni tam, drudzy sam roznie sie jako w takim nieszczęściu rosproszyłi, miedzy którą zgrają jedna część ludzi żeglując długo po morzu, a wielkich niewczasów i niebespieczeństwa używszy przyszła na to miejsce, gdzie Tybr rzeka w morze wpada, i wysiadszy na brzeg włoskiej ziemie, poczęli sie zdobywać na żywność. W tym czesie ich białegłowy, które były w okręciech zostały, weszły w radę, wdy kiedy uczynić koniec żeglowaniu temu, a iżby Trojanie obrali pewny kąt ku mieszkaniu, ponieważ własną ich ziemię posiadł nieprzyjaciel : owa po krótkiej namowie na to sie zgodziły, iż miały spalić wszytki okręty, rozumiejąc, iż to miało być tak onem samem, jako i małżonkom ich ku dobremu. I hnet, skoro miedzy niemi jedna, której imię było Rhoma, zapaliła, drugie wszytki toż uczyniły. Trojanie widząc z daleka ogień, każdy, jako najprędzej mógł, ku ratunku bieżał, a białegłowy też bojąc sie ich gniewu wyszły przeciwko nim, a jedne męże swe, drugie ojce, bracia, powinowate obłapiając, całując ujęły ich gniew, i popędliwość one ubłagały. I stąd to urosło, iż w Rzymie za starodawnego wieku był ten obyczaj, że białegłowy na podkaniu całowały swoje powinowate. Także Trojanie, częścią s potrzeby, częścią też widząc chęć przeciwko sobie Łacinników, którzy w onym kraju zdawna mieszkali, przyjęli ono wdzięcznie, co białegłowy zrobiły, i pobratawszy sie z nimi, mieszkali społem na tym miejscu, gdzie potym Rzym zbudowano. Patrzże w. m. jako te Trojanki powodem były do tego, iż sie Rzym zaczął. Pójdźmyż dalej, kiedy sie jął krzewić a szyrzyć, jako sabińskie białegłowy wiele mu pomogły. Romulus król, iż był na sie wzburzył wszytki w okolicy sąsiady za pobraniem gwałtem białychgłów sabińskich, miał co czynić s sobą oganiając a odgryzając sie zewsząd nieprzyjacielem, a wszakoż, iż był i mężnym i dzielnym, odjął sie barzo prędko i otrzymał zwycięstwo nad wszytkimi, telko nad Sabiny nic, a s tymi była najwiętsza walka, abowiem król ich T. Tatius, który był dobrym hetmanem i wielkim mężem, przywiódł rzecz ktemu, iż było z obu stron wiele krwie rozlania, nakoniec, kiedy sie jeszcze znowu sroga bitwa zacząć miała, gdzie już każdy z dobytym mieczem był gotów na nieprzyjaciela, wpadły one białegłowy sabińskie w pośrzodek miedzy ojce swe a męże, s płaczem prosząc, aby mieli litość nad własną krwią swoją, aby sie użalił zięć ojca swego, a ojciec zięcia, dokładając tego, iż, jeśliżby takim spowinowaceniem gardzili, a umysłu swego za popędliwośaią odmienić niechcieli, aby radniej nad nimi stępili miecze swoje, bo tak - prawi - lepiej, niżbyśmy wdowami, abo bez ojców, bez braciej, bez powinowatych na świecie żywiąc, miały wspominać sobie, iż dzieci nasze s tych sie porodziły, którzy pobili nasze ojce; abo to, iżechmy sie my nieszczęsne porodziły s tych ojców, którzy pomordowali nasze męźe, nakouicc niektóre s nich trzymając dziatki na ręku ukazowały ojcom swym mówiąc: jeśli sie wam tak barzo chce swej własnej krwie, oto ją macie, nasyćcie sie jej, pobiwszy te niewinne dusze. Za takim płaczem, za takim narzekaniem obaczyli sie wdy ludzie, a białegłowy mądrością swoją tego dowiodły, iż nietelko oni dwa królowie, Romulus s Tatiusem s sobą sie wieczną przyjaźnią złączyli i sprzysięgli, ale (co więtszego) Sabinowie do Ezymu sie przenieśli, i tak ze dwu narodów jeden uczynili. Za którą zgodą siła możności a władzej Rzymowi przybyło, i za to Romulus na pamiątkę tego sławnego tych białychgłów uczynku, kiedy Rzymiany na trzydzieści rot dzielił, przezwał te roty imiony białychgłów sabińskich.

Nuże, panie Bojanowski, nie zda sie to w. m. aby białegłowy w tej mierze były mężczyznam przyczyną dobrego? abo nie widzi sie to w. m., żeby one pomogły do tego, iż państwa rzymskie ku onej sławie, mocy a wielkości przyszło?

Odpowiedział pan Bojanowski: Poprawdzie jest co chwalić postępek białychgłów tych, ale kiedybyś w. m. tak rad obłędy a przestępki ich powiedał, jako w. m. rad wyliczasz uczynki sławne, pewnie byś był w. m. tego nic ominął, jako w tenże czas białagłowa zdradziła, ukazawszy nieprzyjacielom drogę ku wzięciu zamku rzymskiego, tak iż o maluczki włos Rzymianie wszytcy nie zginęli.

Rzekł pan Kostka: To mi w. m. jedno jedne białągłowę złą wspominasz, a ja niezliczoną liczbę dobrych w. m. ukazuję; a mimo te, którem przypomniał, tysiącmi te białegłowy liczyć mogę, przez które Rzym wiele wziął dobrego, bo i one kościoły boginiam w Rzymie nie prze co inego wielkim kosztem zbudowane były, jedno prze uczynki białychgłów sławne; takież i ono święto, które niewolnice w Rzymie święciły, pamiątką tego było, iż niewolnice wyrwały były Rzym z wielkiego (które ze zdrady nieprzyjacielskiej przyść miało) niebespieczeństwa. Ale to wszytko opuszczając, za ono niebyła rzecz wielka, którą białagłowa sprawiła, iż bunt a sprzysiężenie Katiliny, s czego sie tak często Cicero chłubi, wydała a nakoniec mogłoby sie to onej samej przypisać, co sobie pan Cicero wspominając posługi swoje przeciwko Rzeczypospolitej wszytko przywłaszcza. Com też pirwej powiedział, iż białegłowy siła kroć obłędy mężczyznskie naprawowały, i rzeczy zawiedzione złej toniej wyciągały, i to pokazaćby nie trudno, ale tak mnimam iż sie moja długa mowa w. miłościam nadprzykrzyła, a panu Bojanowskiemu podobno s panem Dersniakiem najbarziej. Ktemu gdyżem ja już roskazaniu w. m., Miłościwy panie Lubelski, uczynił (ilem mógł) dosyć, przystoi mi to, abym ustąpił temu, kto rzeczy osobniejsze niż ja powiedzieć będzie umiał.

W tym powiedział pan Lubelski: Możeć pan Bojanowski s panem Dersniakiem, ba i pan Wapowski podobno słuchać w. m. nierad, ale nas tu więcej jest, ktorzy w. m. słuchamy s chęcią. A tak nie ustawaj w. m. w pół drogi, abowiem kiedy w. m. nie zaźrząc sławy nikomu, ani ujmując tego, co jest czyje własne, a w czym pochwały godzien, powiesz i wysłowisz białychgłów uczynki a sprawy sławne, wiele sie ich tym poprawi.

Rzekł na to pan Kostka: Kiedyż inaczej być niemoże, powiem o niektórych króciuchno, a dla tego sie s tym (chociabych mógł) szyrzyć nie będę, abym sobie pana Bojanowskiego barziej nie zwaśnił.

Mieszczanie chijscy jednego czasu z żonami i z dziećmi prze pewny występ, a za roskazaniem bożków swoich wyniść z miasta, a patryą swoje pożegnać musieli; potym tułając sie po świecie, iż teh był poczet niemały, Leukonią miasto wzięli i posiedli, które ichże pirwej było, ale je na ten czas Koronianie za pomocą Erytrejanów trzymali. Także niedługo potym, wziąwszy za sie Koronianie niemałe wojsko ludzi na ratunk od Erytrejanów tak długo przeciwko Chijom walczyli, aż nakoniec nielza było inaczej Chijom, jedno za pewną ugodą miasto Leukonią podać, i podali tym sposobem, aby im telko w jednej sukience, a w żupicy, żadnej rzeczy z sobą nie biorąc, z miasta wyciągnąć było wolno. Czego gdy sie białegłowy dowiedziały, poczęły narzekać na męże na swe, iż tak ganiebną a sromotną ugodę uczynili, powiedając, jako dobrej krwie mężom to nieprzystoi, żeby miedzy zbrojne nieprzyjaciele bez broniej, jako owce miedzy wilki przyść mieli, a gdy sie oni przysięgą wymawiali, której już odmienić sie niegodziło, pokazały one tę drogę, iż i zdrowie swe opatrzyć i przysięgi tym złamać oni niemieli. A to tak. Powiedzcie - prawi - nieprzyjacielom, iż u ludzi mężnych oszczep jest miasto żupice, a paweza miasto sukniej. Hnet mężowie pochwaliwszy onę białychgłów swych radę, kiedy czas przyszedł wyścia z miasta, zbrojno sie pokazali, a nieprzyjaciele widząc ich tę śmiałość, iż i sprawą dobrą i opatrzeniem ciał swych na wszytko gotowi byli, nie upominali sie słowa, ale cicho każdy Boga prosił, aby już jako tako jedno rychło z miasta wyszli. I tak mężczyzna za radą i upomnieniem białychgłów śmiałość wziąwszy, zdrowie swe wcale, a sławę w nie najgorszym punkcie zachowali. Tychże Chijów żony jednego czasu też wielkiej rzeczy dowiodły.

Philip król, syn Demetriusow, gdy obiegł był ich miasto, chcąc, aby mniej ludzi ku obronie w nim było, kazał wywołać, którybykolwiek niewolnik z miasta do niego uciekł, iż i wolen być miał, i mieć za żonę tę panią, którąby sobie po wzięciu miasta obrał, mając, za to pewnie, iż każdy niewolnik chciwie miał pragnąć żony pana swego. Co kiedy usłyszały białegłowy, s tak zelżywego edyktu gniewem zapalone przybiegły wszytki pospołu s sługami i z niewolniki (bo i ci tym obruszeni byli) do muru, a s taką ochotą pomagały obrony mężom swym, iż nieprzyjaciel ze sromotą i ze szkodą przegrawszy niemało szturmów odciągnąć musiał, a tego mężczyzna sami przez długi czas dowieść niemogli. I to sie też trefiło raz, gdy Cyrus, król perski przeciwko Medom walcząc bitwy stracił, a Persowie wielkim pędem do miasta uciekali, białegłowy przeciwko nim z miasta wyszły, i poczęły tak z gniewem do nich mówić: A gdzie bieżycie, nikczemni ludzie! Cóż ? abo sie w nas zasię skryć chcecie, s którycheście raz wyszli. Persowie słysząc te słowa, a wstydząc sie za swój uczynek, obrócili sie ku nieprzyjacielowi znowu, a mężnie sie potkawszy zwycięstwo otrzymali.

Kiedy do tąd pan Kostka dopowiedział, rzekł ku J. M. panu Lubelskiemu: Wszak mnie już, Miłościwy panie, przestać będzie wolno.

Powiedział pan Bojanowski: Musisz w. m. przestać, chociabyś też niechciał, bo więcej rzeczy w. m. nie staje.

Odpowiedział pan Kostka: Jedno mię w. m. drażnisz, a chcesz wywołać wilka z lasa, bo jako sie imę, musisz W. M. cały ten dzień chwał białychgłów słuchać, przypomnię tu wnet, jako Spartanki kochały sie w tym, kiedy synowie ich sławnie ginęli, a w którym kiedy zajęcze serce matka widziała, abo sie nie znała kniemu, abo go ręką swą własną zabiła. Nie zaniechałbym też i tego powiedzieć, jako sie w Saguncie przeciwko mocy Annibałowej białegłowy popisały. Nuż one Niemkinie, których był męże Marius poraził, gdy nie mogły tego odzierżeć, iżby na swobodzie pannom zakonu Vestae służyły, samy sie i z dziatkami małemi pozabijały. Jest tego w historyach tak wiele, ile na mej głowie włosów.

Rzekł tu pan Bojanowski: A wie to Bóg, panie Kostka, takli też to było, jako w historyach stoi, bo tam ten wiek tak jest daleki od naszego, iż nam oni mogą bajać to, co chcą, a niemasz tego człowieka któryby kronikarza w nieprawdzie wytknął, a inaczej niż on pisze, rzecz pokazał.

Powiedział pan Kostka: Którykolwiek czas w. m. przed sie weźmiesz, a będziesz chciał białychgłów zacnych sprawy z męskiemi sztychować, inaczej nie najdziesz, jedno, iż one w cnotach ani były nigdy, ani są mężczyzn podlejsze. A gdziebym miał s to czasu wyliczyć wszytki te, które były i są dziś jeszcze w Polszcze, wielkich cnót i silnej sprawy, osobnego baczenia, i dowcipu panie, nie wspominając onych dawnych, od Wandy sławnej Polki począwszy, pokazał bych to, co powiedam w. m., na oko. Ale jako powiedam, czasu niemasz po temu, bo ledwe bym ich kilka wymienił, aż bych za skróceniem czasu, ku krzywdzie drugim, przestać musiał. Wszakoż puszczę to na w. m. samego, abyś sobie te osobne białegłowy, które znasz, na pamięć przywiódł, co kiedy uczynisz, wiem pewnie, że nietelko te najdziesz, które ojcom swym, abo braciej, abo mężom w cnotach a w godności są równe, ale też i te, za których sprawą siła dobrego mężczyznam przyszło. A jeśli sie tych czasów nie rodzą one wielkie królowe, któreby piramidy sławne, miasta główne nieznośnym budowały kosztem, a królestwa dalekie, narody dziwne podbijały pod moc swą, jako była Tomiris, carowa tatarska, Artemisia, Zenobia, Semiramis i Cleopatra; tedy też zasię ani słychać teraz onych Cesarow, Alexandrow, Scipionow, Lucullow i inych sławnych Hetmanow.

Rzekł tu pan Dersniak: Tego w. m. nie powiedaj, abowiem, jeśli kiedy, tedy teraz najdują sie białegłowy takie równie, jaka Semiramis abo Cleopatra była, bo chocia państw, królestw, bohactw, a możności tyle, ile ony miały, te niemają, jednak chęci do swej wolej jest w nich tak wiele.

Możcć to być - odpowiedział pan Kostka - iż sie też wdy która Cleopatrze podobną trefi, ale Sardanapalów teraz liczba jest niezliczona, co daleko gorzej.

Powiedział pan Bojanowski: Tego ja w. m. nie pozwolę, aby rospustniejszy być mieli mężczyzna niż białegłowy, a gdzieby też dobrze i tak było, jednak nie było by (jako w. m. powiedasz) światu gorzej, abowiem z rospustności białychgłów siła sie złego rodzi, gdzie mężczyznska niepowścięgliwość nigdy tak światu szkodzić nie może. A przeto, jako sie wczora powiedziało, mądrze to uczynili ludzie, iż dozwolili białymgłowam nie umieć, nie wiedzieć, nie dowieść, nie doźrzeć, zabaczyć, i inej wszelakiej nikczemności, a to dla tego, aby te) telko jednej rzeczy, poczciwości pilnując, wstyd a srom w cale zachować mogły, bo inaczej nie był by nikt pewien swoich dzieci, i on węzeł, który wszytek świat ściąga, to jest krew, powinowactwo, a miłość wrodzona, którą ma każdy człowiek ku dziecięciu własnemu, rozwięzaćby sie musiał. A tak białejgłowie rospustnie żyć barzo nieprzystoi, a mężczyźnie już nie tak, bo ten dziwięć miesięcy brzemienia nie nosi.

Odpowiedział na to pan Kostka: Ba to czysta, mężczyznam niechaj będzie wszytko czynić wolno, a wy białegłowy święcicami bądźcie. Sprawiedliwe prawo zaprawdę, dziw, że go w bibliej nie napisano. Ale miły panie, powiedz mi to w. m., czemuż też tak tego postanowić nie miano, iżby w mężczyźnie tak była szkarada wszeteczeństwo jako i w białejgłowie, a zwłaszcza, jeśli mężczyzna (jako w. m. powiedasz) sposobniejszy są ku cnocie, niż białegłowy. Abowiem, kiedy by tak było, tedy by oni łatwiej sie od wszytkiego powściągnęli, a za tym każdy ojciec takby był pewien potomstwa, że jest jego własne, jako kiedy za powścięgliwością białychgłów, bo już białegłowy, chociażby grzech spłodzić chciały, niemogły by, gdzieby mężczyzna nie zezwalali na ich pustotę. Patrzże w. m. iż w tej mierze zły jest dowód w. m. Ale ja w. m. powiem, co to w tym jest; wzięliśmy sobie owa swowolnie my mężczyzna jako zwierzchność nad białemigłowami, tak też i tę bezmierną swobodę, iż chcemy, aby jedneż grzechy nam były powszednie, i czasem ku chłubie, a kiedy też grzechy białegłowy popełnią, mamy je za tak śmiertelne, jakoby doskonałej zapłaty za nie na świecie nie było. I tak nieboźątko białagłowa abo śmiercią haniebną zapłacić to musi, abo wieczną sromotą. A prze to, gdyż już tego zwyczaju trudno wykorzenić, chciałbych ja, aby był srodze karan ten każdy, kto nieprawdziwą powieścią swą poczciwej białejgłowy sławę maże; na koniec, ponieważ każdy rycerski człowiek winien o prawdę ręką czynić, ma sie zawdy wziąć za rzecz taką, a nie dopuścić, aby cna białagłowa niewinnie pohańbioną została.

Rzekł na to pan Bojanowski: A ja zasię nie telko to rozumiem być powinność ślachecką, co w. m. powiedasz, ale jeszcze tego dokładam, iż każdy człowiek ten, kto przestępek białejgłowy, (któregoby sie ona za nieszczęściem swym, abo zbytnią miłością dopuściła kiedy) pokrywa, godzien jest nietelko pochwały od ludzi, ale i wielkiej odpłaty od Boga. A stąd w. m. możesz znać, iż ja barziej trzymam białychgłów stronę, gdzie nie jest co przeciw rozumowi, niż w. m. Więc ani ja tego prze, aby mężczyzna nie mieli sobie coś troszkę wziąć wolności, ale to dla tego jest, że wiedzą, iż to rospustne ich życie, za zezwoleniem wszech ludzi na jedno, nie niesie im tak osławy, jako białymgłowam, które prze krewkość płci swej daleko są łakomsze na uczynienie dosyć chciwości swej, niż kiedy mężczyzna. A jeśli sie kiedy strzyma białagłowa od tego, czego sie jej chce, pewnie to z namysłu nie przydzie, ale ze wstydu bo ich wola zawdy do roskoszy gotowa. A dlatego mężczyźni widząc tę ich gorącą chciwość, położyli to za najwietsza im hańbę, żyć rospustme; i tą bojaźnią osławy jako dużym munsztukiem trzymać je gwałtem w poczciwym życiu muszą. Jakoż poprawdzie bez tego mc było by je przecz ważyć sobie, gdyż świat niema z nich inego pożytku, jedno ten, iż dzieci rodzą, a męźczyzni wdy zgodzą sie na co inego, bo rządzą narody, hetmanią, obmyślają pożytki ludzkie, i ine potrzebne rzeczy sprawują, czego wszytkiego białegłowy (bo niechęć teraz o tym dysputowac, jakoby temu one podług powieści w. m. zdołały) nie czynią. Co sie też tycze strzymawałości, ilekroć mężczyznam pokazać sie w niej przyszło, zawdy jako w inych cnotach, tak i w tym przed białemigłowami miewali przodek, nie będę ja w. m. tak wiele historyi ani baśni wyliczał, jako w. m. mnie; dwu telko przypomnię mężczyzn, obu młodych, obu wielkich panów, a ktemu czasu zwycięstwa, kiedy człowiek pospolicie i najpodlejszy w pychę a w swowoleństwo sie podniesie.

Alexander wielki wiesz w. m. jako w cale zachował poczciwość białychgłów Dariusowych, nieprzyjaciela swego, jeszcze porażonego natenczas; a co najwiętsza, iż nader piękne były; to jeden. A Scipio drugi, młodzieniec we dwudziestu leciech i we czterzech, przed którego, kiedy po wzięciu przez moc jednego miasta w Hiszpaniej przywiedziona była piękna, młoda i zacna białagłowa, skoro sie dowiedział, iż była ślubną w tamtejże ziemi jednemu panu, nietelko sie strzymał od wszelakiej nieuczciwości, ale ją cało i z wielkiemi dary a upominki własnemu mężowi wrócił. Mógł bych jeszcze i co ku temu więcej powiedzieć, ale gdyżem telko dwu spomnieć obiecał, rozumiem, że mi w. m. dalej mówić nie dopuścisz.

Rzekł na to pan Kostka: Nie jestem ja tak zawisny, panie Bojanowski, mężczyznam, jako w. m. białymgłowam; tyle, ile o tym mówić chcesz, wolno w. m. niechaj będzie.

Powiedział pan Bojanowski: Powścięgliwość Xenokratowa iza nie była wielka? Phryne, białagłowa piękna, położyła sie podle niego, używając dziwnych przysmaków (jako w tym była dobra misterkini), aby sie mógł ku miłości zapalić, a wżdy żadna miara dowieść tego nie mogła, aby jaki najmniejszy znak Xenokrates pokazał nieuczciwości, chocia Phryne całą jedne noc na tym strawiła.

Nuż Pericles, który i słuchać tego niemógł, kiedy Sophocles, towarzysz jego na urzędzie, chwalił z wielka nader chęcią przed nim piękność dzieweczki jednej, ale go hnet sfukał mówiąc: Temu - prawi - kto jest na urzędzie, nie telko ręce od brania podarków, ale i oczy od weźrzenia bestwliwego, trzeba mieć powściegliwe. luych było na świecie barzo wiele, którzy z umysłu, a z dobrej wolej chciwość w sobie tłumili, nie z musu, ani przed sromem, jako białegłowy, bo co jest tych hamownych białychgłów na świecie, mało nie wszytkie bojaźń abo wstyd na wodzy trzyma, a, wszakoż i za to są godne wielkiej pochwały i ktokolwiek fałesznie targa sie na ich poczciwość, opakując onych powściągliwe życic, godzien (jakoś w. m. powiedział) wielkiego karania.

Na ten czas pan Myszkowski tak rzekł: Patrzcie w. m. jako to okrutnym nieprzyjacielem jest pan Bojanowski białymgłowam, gdyż i to w nich gani, co jest chwały wielkiej godno. Ale by mnie chciał pan Kostka pozwolić tego, żebych kilka słów przeciwko tej rzeczy pana Bojanowskiego odpowiedział, uczyniłby dobrze i mnie i sobie, abowiem odpoczynął by sam nieco tym czasem, iżby zasię ochotniej konać mógł rzecz swą około dwornej paniej, a ja miał bych to sobie za wielką rzecz, gdy by mi było wolno za tą pogodą ślacheckiej powinności dosyć czynić, to jest przy prawdzie stać, a białychgłów sławy bronić.

I owszem (rzekł pan Kostka) barzo o to w. m. proszę, bo sie mnie tak widzi, iżem już tyle, iłem mógł, roskazanie J. M. pana Lubelskiego wypełnił, i to, co teraz było na placu, odstrzeliło sie od rzeczy mojej.

W tym począł pan Myszkowski: Niechcę o tym mówić, jako wielki z białychgłów pożytek nad ten, iż rodzą, świat ma, abowiem dosyć sie to już pokazało, iż nietelko one potrzebne są ku naszej na świat bytności, ale też i ku dobremu, a zbożnemu życiu, lecz to powiedam, panie Bojanowski, iż, jeśli białegłowy są pochopniejsze i skłonniejsze ku grzechowi (jako W. M. mówisz) niż mężczyźni, a przedsię mimo to wszytko więcej sie strzymywają od złego (czegoś w. m. sam pozwolił) niż mężczyźni, tedy też bez wątpienia godniejsze są onych upominków, które za cnotą płyną, niż mężczyźni, i tym więtszy dank tego mieć mają, im jest słabsze ich przyrodzenie ku sprzeciwieniu sie cielesnym namiętnościam, jako ten rycerz więtszą sławę odnosi, który sztukę tylko korda w ręku mając, ranny i namdlony przez wojsko sie przebije, niżli ów, który dobrze opatrzywszy ciało swe zbroją, i broniami, zdrowy a świeży, kilka ich na harcu s konia zbodzie. A to, co w. m. powiedasz, iż wstyd a srom trzyma białegłowy na wodzy, to miasto jednej cnoty dwie im w. m. dajesz, bo je czynisz i wstydliwe i niewystępne. Abowiem jeśli niemi więcej srom włada, niż chciwość, i dla wstydu strzymywają sie od złego (a wstyd nic inego nie jest, jedno, jako stoikowie wykładają, bojaźń złej sławy; widzę ja, iż ten srom jest oną przednią cnotą, która jest wszytkich cnót strożem, a której sie miedzy mężczyznami niewiele zawadza. Mógłbych tu siła męskich niewstydliwości wyliczyć, ale niechcę obrazić uczciwych uszu. Dosyć mam na tym, czego w. m. pozwalasz, to jest, iż białegłowy powściągliwiej żywą, niż mężczyźni; ale pewna rzecz jest, że ich ine wędzidło nie trzyma, jedno to, które same sobie włożyły, a izby to była prawda, przypatrz sie temu każdy, jako tam, gdzie najściślej białegłowy chowają, gdzie matka dziewce, mąż żenie niewierzy, a surowie aż do bicia s nią sie obchodzi, najwięcej sie i tego, i owego zawadza. A tam już nie tak, gdzie jest jaka swoboda. Owa miłość cnoty, toć ta jest najtwardszy munsztuk białymgłowam. Siła takich jest, które wolałyby garło dać, niż namniej uaszczyrbić poczciwości. Czego doświadczyli wielokroć mężczyźni. I tu miedzy nami nalazłoby sie ich kilka, którzy mając młodość, urodę, gładkość, obyczaje, męstwo, dzielność, zacność, dostatek i nieopuszczając nic na stronę s tych rzeczy, których do miłości trzeba, jako pilności, starania, darów, prośb, płaczu, a wdy siła czasu ku niczemu nie pr/yszedszy próżno strawili. A kiedybych tego nie baczył, iż niemasz nic we mnie godnego miłości, wspomniałbych i siebie w tej mierze, bo dla jednej białejgłowy i jej nie odmiennej a nader surowej stateczności byłem raz bliziuchno śmierci.

Powiedział tu pan Bojanowski: Niedziwuj sie w. m. temu, bo to jest białycbgłów przyrodzenie, nie czynić kiedy ich kto o co prosi, a zasię, kto zaniedba, a nic prosi, to one wnet same napomkną, a czasem i proszą.

Powiedział pan Myszkowski; Nieznałem ja nikogo takiego, kogoby białegłowy kiedy prosić miały. Takich wieni wiele, którzy strawiwszy głupie czas, a nie mogąc tego dowieść, nacz sie byli nasadzili, mszczą sie złym językiem, i chłubią sie z mięsa, ano i połówki nie widzieli. Nakoniec ma to sobie drugi za wielkie dworstwo, zmyślić co takiego podobnego ku prawdzie, czymby poczciwą białągłowę we złe mniemanie przywiódł. Ale ktokolwiek sie s tego buci, prawdziwieli abo nieprawdziwie, zwłaszcza, jeśli jeszcze z zacnej białcjgłowy srogie karanie zasłużył, i bywać to więc pod czas, ze takowi nie uchodzą z tych razów, ale cóż po tym, nie może być nigdy tak wielkie karanie, jakiego by za ten ganiebny występ potrzeba, wszakoż jednak ten, czyja to ręka sprawi, godzien za to wszelakiego na świecie poszczęścienia. Abowiem, jeśli to nieprawda, s czego sie drugi chlubi, a co może być ganiebniejszego, jako kłamliwą gębą złupić poczciwą białągłowę z dobrej sławy, a wziąć jej to, co sobie ona mało mniej niż zbawienie duszne waży, jeszcze za jaką przyczyną, za tą, która by jej tym więtszą jeszcze cześć a pochwałę od ludzi przynieść miała, to jest, iż sie cnotliwe jej serce na złą drogę nawieść nie dało. Jeśli też zasię drugi nie fałsz, ale prawdę powieda, jaka może być wymyślona męka, której takowy za swą niecnotę nie godzien, bo jeśliż to tak ma być, jako powiedają ludzie, iż i nieprzyjaciela swego zdradzać nie przystoi, cóż, kiedy kto zdradzi tego, który go nad wszytko na świecie umiłował; wierzę, że takowe serce jadowitsze jest, niż która na świecie trucizna, abowiem ten zapomniawszy swej wiary, łotrostwem a niewdzięcznością dobrotliwą chęć i miłość płaci onej chudzinki, która dawszy sie zwyciężyć fałesznemu łasieniu, łzom nieprawdziwym ustawicznej prośbie, lamentom, chytrości, zdradzie, przysięgam, i przypuściwszy gorącą miłość do serca, została nieobacznie więźniem gorszego człowieka, niż który s tych jest, co w piekle mieszkają. A to, coś w. m. o tej tam niesłychanej powścięgliwości Alexandra wielkiego i Scipiona powiedział: prawda jest, iż w tej mierze jest je przecz chwalić, a wszakoż najdę ja nad to coś jeszcze więtszego, a nie będę spominał dziejów starych, bo te w. m. baśniami zowiesz, ale powiem rzecz świeżą o jednej jeszcze niskiego stanu białejgłowie, którąm dobrze znał; nakoniec mianował bych ją, ale siła takich jest prostaków, którzy, skoro to słyszą, iż kiedy jaka białagłowa miłowała, hnet o niej źle rozumieją. Tak to było: Miłował tę białągłowę, jako i piękną nader i młodą niesprosny młodzieniec jeden czas niemały, za którą miłością i ona nakoniec serce swe i myśl wszytkę kniemu obróciła, czego nietelko ja byłem świadom, przed którym sie uboga dziewka jako przed najwierniejszą rodzoną ni z czym nie kryła, ale i każdy łatwie to znać mógł, kto je kiedy na biesiedzie pospołu widział. Także będąc w takowej, jaka na świecie być może, płomienistej miłości, całe dwie lecie strzymała sie jednak od tego, iż żadnym znakiem chęci onej wielkiej dobremu panu nie pokazała, chyba jeśli co takiego było, czego pokryć niemogła, ale ani rozmowy s nim żadnej mieć chciała, ani od niego przyjmować listów ani darów, chocia nie był ten dzień jeden, kiedy by tego w dom do niej nie noszono; nakoniec jako tego pragnęła, to ja wiem dobrze, bo czasem, kiedy której jego rzeczy skrycie dostać mogła, nie umiała sie jej namiłować do woli. Owa młodzieniec niemógł jej dalej wyciągnąć, chyba jeśli mu sie czasem z okna widzieć dała, abo iż na weselu szła s nim, jako i s kim drugim, w taniec. A iż mało, abo nic miał jeden przed drugim w stanie, oboje tego pragnęło, aby takowa miłość szczęśliwy koniec wzięła, to jest, aby s sobą w małżeństwo przyszli; tegoż im też wszytcy w onym mieście ludzie życzyli, okrom jej ojca, który dziewkę swą komuś bogatszemu (za złym a przeklętym zwyczajem, który z łakomstwa urósł) dać wolał. W czym uboga dziewka okrutnemu ojcu sprzeciwić sie nie śmiała, ale z ustawicznego a s ciężkiego płaczu mógł znać jej niechęć do tego. Krótko powiedając doszło to tam nieszczęsne małżeństwo, s którego wszytcy ludzie wobec żałosni byli, i ona zamiłowana para o swym błogosławieństwie zwątpiła. Ale miłość, której sie sprzeciwić trudno, tak sie była dobrze w sercach ich rozkrzewiła, iż ten wielki a gwałtowny stos od nieszczęścia wywrócić a wykorzenić jej żadną miarą nie mógł. Trwała przedsię trzy lata jeszcze po ślubie onym, chocia białagłowa mądrze to pokrywając, niechciała dać znać nic po sobie, i tym umysłem ugruntowanym, aby nigdy przeciwko poczciwości nie wykroczyła, starała sie wszelakim sposobem o to, aby odcięła tę chciwość, której wypełnić nie było już żadnej nadzieje. I zaraz widząc, iż tego, kogo nad zdroswe miłowała, poczciwie mieć nie mogła, umyśliła dać wszytkim o ziemię, a jako i pirwej nie przyjmować ani listów, ani darów, ani żadnego poselstwa słuchać, ani w tę stronę, gdzie on był, patrzać. Także w tym przedsięwzięciu, a ślachetnym uporze będąc, gdy przez ustawiczne trapienie siła i zdrowie ginąć musiało, na końcu trzeciego roku za mąż szedszy umarła.

Wolała ona białagłowa wzgardzić tym wszytkim, czego tak barzo sama pragnęła; wolała nakoniec gardło dać, niźli namniej poruszyć poczciwości, mając do tego siła dróg, jako bez osławy żadnej tajemnie na chęci na swej cieszyć sie mogła, jeszcze za wielkim usiłowaniem onego człowieka, którego najwięcej na świecie sobie ważąc, we wszytkim by mu sie była zachować chciała. Tu już nie bojaźń, nie przestroga, nie która ina przyczyna czyniła ją tak powścięgliwą, ale to telko samo, iż cnotę miłowała.

Cóż kiedybych jeszcze w. m. jedne spomniał, która pół roka cale na każdy niemal wieczór s swym miłym pospołu na osobne), a tajemnej rozmowie bywając (gdzie z jednej strony przyrodzona a wielka chciwość, z drugiej prośba, łzy tego, kogo Jako duszę swą miłowała) strzymała sie jednak nieskosztowac w pięknym a obfitym sadu nader pożądanego owocu, a będąc związaną mocnym łańcuchem, to jest temi rękama, nad które nic milszego u niej niebyłe, nie poddała sie przedsię, ale poczciwość swą zachowała w cale. Co sie w. m. widzi, nie więtsza to powściągliwość była, niż Alexandrowa? abowiem Alexander wielki, zapaliwszy sie nie miłością białychgłów Dariusewych, ale wielką myślą a oną sławą, która go podwędziła ku wycirpieniu wszytkich niewczasów i niebespieczeństwa, s czego miał przyść ku nieśmiertelności, nierzkąc czego inego, ale własnego żywota nic sobie nie ważył, o tym telko myślił, jakoby we wszytkich swych postępkach miał nad wszytki ludzie. Więc sie my dziwujemy, iż s tą dumą strzymał sie od takiej rzeczy, której nie barzo pragnął, bo niewidząc jako żyw pirwej onych białychgłów Dariusewych, nie jest to rzecz podobna, żeby sie ich za pirwszym weźrzeniem rozmiłować miał; i owszem rychlej sie snadź hydził nimi dla Dariusa, nieprzyjaciela swego, a też jeśliby był co takiego w tej mierze począł, niebyła by to była miłość, ale krzywda; a przeto niemasz sie czemu dziwować, iż Alasander, który niemniej wspaniałą myślą, niż mężnym wojskiem świat zwyciężył, strzymał się, iż nie uczynił białymgłowam krzywdy. Takież też i strzymawałość Scipionowa godna jest wielkiej chwały, ale jednak, kto sie dobrze przypatrzy, niema co czynić s powścięgliwością tych dwu białychgłów; bo też i Scipio strzymał sie od tej rzeczy, której niepożądał; ktemu będąc w nieprzyjacielskiej ziemi nowym hetmanem na początku swego szczęścia, gdzie Rzymianom o wszytko szło, a do skończenia wojny i zupełnego zwycięstwa wiele jeszcze nie dostawało; nad to oglądał sie tak na mniemanie i nadzieję, która w Rzymie o nim wielka była, jako też i na to, iż miał ze wszytkich spraw swych liczbę czynić onym surowym sędziom, którzy najmniejsze przestępki srodze karali, a wiedział, iż miedzy nimi miał nieprzyjacioły; więc gdzieby też był inaczej uczynił, będąc ta białągłową zacną i wielkiemu panu poślubioną, widział jako w źwierciedle takowe przeciwko sobie nieprzyjacielskie wzruszenie, iż nietelko zatrudnić sobie tym rzeczy, ale stracić wszytki swe mógł ludzie. A przeto dla tak wiele, a głównych przyczyn chciał w tej lekkiej rzeczy sprzeciwić sie swej chciwości, a niepokusić tego igrzyska, które mu miało barzo szkodzić, pokazując swą powścięgliwość, hojne serce i czyste sumienie, czym hnet wszytki one ludzi jako drugim wojskiem zwyciężył i zhołdował. Owa, czego by snadź był mocą a gwałtem nigdy nie sprawił, tego jedną ona rzeczą (jako piszą) dowiódł i dokonał. A tak ten uczynek Scipionow przystojniejby nazwać fortylem chytrego hetmana, niż szczyrą powścięgliwością. Jeszcze co ktemu nie zgadzają sie w tej rzeczy historykowie, bo drudzy powiedają, a nie leda ludzie, iż Scipio zażył był nieco tej białejgłowy. Ale w tym, com ja w. m. powiedział, wątpienia żadnego niemasz.

Powiedział tu pan Dersniak: Alboś to w. m. w Bibliej czytał?

Odpowiedział pan Myszkowski: Samem to widział, a przeto dobrzem tego pewniejszy, niż w. m. onego, co pisze Plato in convivio de amore o powścięgliwości Socratowej. Xenocrates też, panie Bojanowski, mógł teraz być czyście na stronie, abowiem jego przykład mało strzymawałości męskiej podeprze. Co to za dziw, iż człowiek uczony, ksiąg a nauki patrząc, regułą swą, to jest, Philozophią, która nie na słowiech, ale na przystojnym życiu zawisła, zhołdowany, stary, zeszły, strzymał sie nie dotknąć wielkiej wszetecznice, a snadź tym samym mogła mu omierznąć. Jeszcze bym był więcej trzymał o jego powścięgliwości, by był jaki znak pokazał chcenia, a potym, żeby był zaniechał wszytkiego, abo, iżby sie był strzymał od wina, którego starzy barziej pragną, niż łożnej pustoty. Ale to jeszcze jakoby ku więtszej chłubie jego piszą, że na ten czas; gdy była Pliryne przy nim, był pijany, gdzie stary człowiek, który jest taki, daleko odpadł od strzymawałości. A jeśli to cześć jest, powściągnąć sie od miłostki szedziwemu a oziębłemu ciału, cóż krwi młodej a wrzącej, jaka w tych dwu białychgłowach była, którem tu wspomniał; abowiem jedna s tych trzymając pod srogą zwirzchnością wszytki swe namiętności, nietelko oczom broniła pożądanej światłości, to jest, niedopuszczała im patrząc na to, nacz im było patrząc miło, ale i myśli swe o miłym zatracić chciała, aby serce, które przez długi czas tym sie żywiło, nie miało inej odelgi jedno sie spadać od żalu. Druga zasię w okrutnej miłości będąc i pokładając tylekroć białą swą szyję na miłej ręce, a walcząc sama s sobą i przeciw temu, kogo więcej niż duszę swą miłowała, jednak sie obroniła onemu ogniewi, który wiele mądrych ludzi popalił. Sromać by sie miał za swe pióro, kto Xenocrata w tej mierze spomina jako hamownego, bo ja śmiałbym sie założyć do tego, ktoby to mógł pewnie wiedzieć, że w ten czas, kiedy to Xenoeratcs spał nie sam, był tak barzo pijany, iż nietelko na ono białejgłowy lektanie nie ocknął by był, ale by go był snadź i palił świecami. Tak dobrze wino uśpić umie, kto je sporą czaszą pije. A coś w. m. Pericla spomniał, i w tym tam było coś inego, niż szczyra powścięgliwość, jako i w onym drugim (a dziwuje się, iźeś go tu w. m. na przykład nie przywiódł), który, gdy mu dobra jakaś pani barzo drogo poduszkę swe zaceniła, tak powiedział: niechce - prawi - tak wielką summą tego kupić, abych żałował. Odpuść mi w. m., panie Bojanowski, prawda musi mieć swe miejsce; teć to są zawołane powścięgliwosci, o których mężczyźni ku swej chlubie piszą, wołając na wielką rospustę białychgłów, a tego nie baczą, iż co w nich samych s tysiąca razów raz sie trefi, jeszcze wie to Bóg jako, to białychgłowach ustawicznie sie najduje, abowiem, kto w to dobrze weźrzeć chce, niemasz tak mocnego na świecie zamku, który, gdzie by jedną cząstką małą tych fortylow, jakich tysiącmi ku przełamaniu wstydu poczciwej białejgłowy mężczyźni używają, dobywano, podać sie zaraz niemusiał. Przypatrz sie temu w. m. jeśli tak statecznie bronią mężczyźni zamków, miast cnocie ich zwierzonych, jako wiele białychgłów swej poczciwości. Ale kto zdradził? mężczyzna; kto zabił s pieniędzy? mężczyzna; kto szpoci statut, wykręca prawo? mężczyzna; kto kłamliwie świadczy? mężczyzna; kto krzywo przysięga? mężczyzna; kto fałszuje zapisy? mężczyzna! Nad to, czy mało tych jest, którzy bojąc sie śmierci, czynią to, co uieprzystoi. Pełno tego miedzy nami, gdzie białagłowa częstokroć, którą młodość i krewkość unieść by miała, zastawi sie i obroni tym wszytkim rzeczam, które jako możni nieprzyjaciele ustawicznie przeciwko cnocie walczą. Nakoniec siła takich było, jakom to i pirwej powiedział, które wolały umrzeć, niż poczciwość naruszyć.

Rzekł tu pan Bojanowski: Widzi mi sie, panie Myszkowski, iż takowych mi białychgłów teraz w. m. nie ukażesz.

Odpowiedział pan Myszkowski: I teraz o takie nie trudno. Powiem m. m., co sie nie dawnych barzo czasów we Włoszech stało, a słyszałem to od tego, który był przy tym. Gdy Capuą miasto Francuzowie wzięli i wyplundrowali, miedzy inym plonem dostała sie zacna i piękna ślachcianka jednemu rotmistrzowi. Ta tedy będąc w nieprzyjacielskim ręku, rozumiejąc, iż poczciwość jej w cale zachowana być nie mogła, kiedy przyszła do rzeki, która przez Capuą bieży, zamyśliła sobie potrzebę trzewika poprawić, wtym gdy jej pofolgował ten, kto ją wiódł, zaraz wskoczyła w rzekę. Druga zasię wiejska dzieweczka w Księstwie Mantuańskim zbierając pospołu s siostrą swą po polu zioła, gdy sie jej zbytnie pić zachciało, weszła do domku chłopskiego, aby sie wody napiła. Gospodarz, który był młody, widząc dziewkę i cudną i same, począł pirwej pięknemi słowy prosić, a potym fukiem i groźbą, aby mu posłuszną była; ona, choć była już w ręku, jednak żadną miarą zezwolić na jego łotrostwo niechciała, ale iż miał zły człowiek s to siły, mocą a biciem wszytkiego dowiódł, tak że rostarchana i s płaczem wielkim wróciła sie uboga dziewka do siostry na pole, niechcąc tego żadnym obyczajem powiedzieć, na pilną prośbę i usiłowanie siestrzyne, co sie jej w onym domu sstało. Zatym hnet poczęła sie do domu spieszyć, a kiedy w drodze było, czyniąc tę postawę, jakoby on żal a smętek już ją ominąć miał, poruczyła nieco siestrze około rzeczy swoich, potym przyszedszy do rzeki Oglio, która pod same wieś bieży, odszedszy troche od siostry, gdyż ta nic się takowego nie nadziewała, w rzekę wskoczyła Siostra obaczywszy ono, żalem wielkim zjęta, bieżała jako nadalej mogła, na dół po brzegu, wołając, a miecąc jej powróz, który dla związania ziół s sobą była wzięła, aby sie jęła zań. Widziała to ona nieboga wynarzając sie, i nie raz przyszedł jej był powróz w ręce, ale sie zań statecznego przedsięwzięcia dziewka jąć niechciała i owszem odgarniała gi od siebie co najdalej, tak że wszelaką pomocą i ratunkiem gardząc dać garło prędziuchno musiała. Obaczże w, m. jeśli tę ruszyć miała abo zacność domu, abo bojaźń jakiei okrutniejszej śmierci, abo osława, abo co takiego, zgoła nic; bo urodziwszy sie w kmiecym domu łatwie sie to pokryć, a zataić mogło. Ale co! Tak jej było dziewictwo miłe, iż bez niego na świecie żyć niechciała. To sie we Włoszech w jednej ziemi a niedawno sstało patrzmyż, co tego może być po wszytkim świecie, a wdy o tym nie telko kronika nie mówi, ale i tu nie każdy by był wiedział, by mnie to było teraz na pamięć nie przyszło. Snadź Książę Mantuanskie na tym miejscu, gdzie w rzekę wskoczyła, grób kosztowny uczynić i kamień postawić tej tak szlachetnej duszy kazał, która tym jest więtszej sławy po śmierci godna, im tu w podlejszym ciele było jej mieszkanie.

Gdy tu troszkę pan Myszkowski odpoczynął, powiedział pan Kryski: Na ten czas, gdym ja był w Rzymie, przytrefiło sie też coś podobnego temu, a to tak było. Służył jeden pięknej i zacnej Rzymiance czas długi, pokazując wielką a gwałtowną przeciw niej miłość, ale ona tej jego przychylności nie przyjmując, i patrzyć nań niechciała, tak iż on szaleniec, niewiedząc, co dalej czynić, przenajął jej służbistą, która nadziewając sie tym jeszcze więtszego podarza, gdzieby była co sprawiła, namówiła panią, żeby pewnego dnia, nie w święto, szła do świętego Sebestyana na odpust. Na co gdy pani przyzwoliła, a on i o wszytkim wiedział, i co czynić miał, był nauczon, przywiodła zła sługa panią swą do jednej pieczary ciemnej (jako ich jest u świętego Sebestyana dosyć, i każdy jakoby s powinności tam wchodzi), gdzie dobry pan przedtym tam wszedszy, zataił sie był. A tam będąc s nią pospołu, jako ten, który miłował, począł używać wszytkich próśb, wszytkich namów, wszytkich chytrości, aby ją przeciwko sobie uczynił skłonną; to gdy mu nie szło, jął grozić, potym i bić, nakoniec usadziwszy sie na to, aby myśli swej uczynił dosyć, by też i gwałtem, czego mu ona zła sługa s chęcią dopomagała; ile mocy miał, tyle jej nad niebożątkiem użył, ale przedsię żadną miarą przewieść nic niemógł. Za tym i z gniewu widząc być prożne swe staranie, i z bojaźni, by jako przyjaciele onej dowiedziawszy sie tego mu nie oddali, s pomocą onej małpy cną białąglowę udawił, i tamże ją zostawił, a sam tak sie schował, aby sie o nim dowiedzieć niemożono. Ona służbista zaślepiona grzechem nieumiala, ani mogła uciec, w krótkim czesie po niektórych rzeczach poznano ją winną i pojmano; przyznała sie hnet do wszytkiego i wzięła swą zapłatę. A ciało świętej onej białejgłowy z jaskinie wyjęto i z wielką uczciwością do Rzymu ku pochowaniu prowadzono. A co ludzi wszelakiego stanu, płci, lat i zawołania na pogrzebie było, to nie był tu jeden, któryby s suchemi oczyma odszedł do domu; a wobec zaś miedzy wszemi ludźmi kto nic płakał, ten umiał tę tak wielką cnotę chwalić i wysławiać.

Tu gdy zamilkł pan Kryski, rzekł pan Bojanowski: Rzadkie to są trefunki na świecie. Odpowiedział pan Myszkowski: Prawda, iż rzadkie, ale tych białychgłów siła, których ani chęć przyrodzona, ani miłość zwyciężyć może. A jeśli sie kiedy która da uwieść, przystoi, abyśmy jej barzo żałowali, abowiem tyle jest mężczyznskiej chytrości, tyle fortylów, tyle sidł, tyle sieci, tyle dołów, iż to jest wielki dziw, kiedy uboga dusza w nie nie wpadnie. A za to nie są gwałtowne rzeczy? niemasz tego jednego dnia, tej jednej godziny, kiedyby mężczyzna zamiłowawszy nie był pilen jako jeden pies drzwi tych, które polubił; dostanieli mu sie mówić, umie uprząść tak smętną postawę, umie tak wzdychać, umie tak płakać, iż onym zwyciężyłby najokrutniejsze serce. Nuż kiedy do darów, do upominków przydzie, któremi siła miast i zamków na świecie dobyto, tam już niemasz żadnej miary, by jedno brać chciała, tak, jako więc o to bywa ustawicznie proszona wszytki pieniądze miłosne serce radoby na to wydało; jakoż przedsię najdują sie takie do tego drogi, takie fortyle, iż, aby nie wzięła, obronić sie żadną miarą niemoże. Ine rzeczy, jako stroje, gonitwy, maszkary, woźby, które wszytki kosztu potrzebują, są jako smolne drwa ku rozżarzeniu ognia, abowiem rozumie tak ubóstwo, że sie to dla niej wszytko dzieje; a niemoże sie nigdy ocucić w nocy, aby nie słyszała wymyślonej muzyki, lamentliwych piosnek z roskazania onego, który wzdychając tak gwałtowną boleść serdeczną pokazuje. Co więtszego takowa białagłowa, na którą już to nieszczęście Bóg dopuści, niema nikogo wiernego; jeśli co do sługi swej przerzecze, ta wnet przedarowana, uczyniwszy naprzód obmowę, poda listek, poda upominek od miłego, i dołoży litownemi słowy, jako nieborak nader barzo miłuje, jako majętności, zdrowia, dusze nic sobie nie waży, jako żadnej nieuczciwej rzeczy nie pragnie, telko tego, iżby kiedy osobno mógł sie namówić. A tam na wszytko najdzie, sie łatwi oblig, słowy sie rzecz wymaluje, jako przez trudności wszelakiej przyść sie do tego może.

Przywiedzie sie na przykład i ta i owa sąsiada jako daleko gorzej czyni a wdy jest prażna złej sławy, owa każda rzecz tak sie ułacwi. iż onej ubogiej białejgłowie najtrudniej rzec przyzwalam. A jeśli sie chudzinka pół roku, rok krzepczy, opiera, tedy podżeganie ustawiczne, chytrość a zdrada mężczyznska tak wiele może, iż on wielki pień, który zawadzał na drodze, to jest miłość poczciwości, nie zwalić, ale spadać sie musi. Co drugiego jeszcze najdują sie tacy łotrowie drudzy, iż, czego dobrocią dojść nie mogą, złością dowieść chcą. Hnet sie grożą chcieć o nich mówić chcieć sławić, nakoniec małżonki do mężów we złe mniemanie przywieść. Słychałem też i o takich ojcach, którzy dziewki własne, i o mężach, którzy żony swe nad ich wolą dla darów, dla zbogacenia sie, dawali w pohańbienie. Na ostatek przez czary, przez czarnoksięstwo, kuszą sie niektórzy zniewolić poczciwe serca, a odjąć one swobodę, którą ma każdy człowiek od Boga, nie iść, gdy niechce, w ogień. Niewiem jako kto, ale ja miłując nierówno bym wolał widzieć to na oko, iż ta, której służę, s serca mię miłuje i umysł mi swój bez inej pociechy dała, niż abych miał hojnie mieć wszytko to, co bych jedno chciał, a nad jej wolą, bo by mi sie tak zdało, żem jest panem martwego ciała. Ale kto może wszytki sztuki, wszytki haki, któremi chłopi na białegłowy idą, wyliczyć? Tak tego jest wiele, i ustawicznie za przemysłem ludzkim przybywa, iż ani pamięć jednego zniesie, ani język tej prace zdoła. A mimo to, co kto s swej głowy chytrze wynajdzie, są ktemu jeszcze i księgi, które uczą, jako białągłowę w tej mierze podyść i zbłaźnić. Tak dawno mężczyźni na poczciwość ubogich białychgłów ważą. A mówię na poczciwość, bo ja tak dzierżę, żeby drugi nigdy tak wielkiej prace i niespania nie podejmował, tak wiele łez nic wylewał, tak okrutnego sie niebespieczeństwa nie poważał dla samego telko ciała, ale to więc dla tego czyni, aby zamku tego, gdzie poczciwość mieszka, dobył, te tak twarde dyamenty skruszył, a zagrzał ów zimny lód, którym cnotliwe białegłowy obłożone serca mają. Toć sobie pospolicie ludzie za koniec w miłości kładą.

Obaczże to w. m., panie Bojanowski, jako te owieczki głupie, wabione tak dobrą paszą, od chytrych wilków bespieczne być mogą. A przeto co za wielka rzecz jest, iż białagłowa, widząc człowieka zacnego, urodziwego, gładkiego, obyczajnego, a on kilka lat służy, a on nie myśli ni o czym inym, jedno żeby sie we wszytkim podobał, pilnuje, zabiega, ulata z naszczyrbieniem zdrowia i z niebespieczeństwem żywota; widząc niepomierną miłość onę, że też nakoniec serce swe kniemu przychyli? Wszak kropla wody kapając ustawicznie, nierzkąc te tak gwałtowne młoty, najtwardszy kamień zdziurawi, a my sie dziwujemy, kiedy białagłowa zniewolona temi rzeczami, ulituje sie i uczyni to, czego (jeśli tak jest, jako w. m., panie Bojanowski, powiedasz) s krewkości żeńskiej barziej niż mężczyzna pragnie. Iście to zbrodnia nie jest tak wielka, aby ona niebożątko chytrością chłopią zwiedziona, niebyła godna jeśli nie inej łaski, tedy acz nic tego miłosierdzia, które wielekroć głównicy, złodzieje, złoczyńcy, zbójce, zdrajce otrzymywają. Ale w. m. tak to za nader ganiebny występ i srogi grzech kładziesz, że też dla jednej abo dwu białychgłów, którym sie kiedy weń wpaść trefi, chcesz wszytki wobec zhańbić i za niepowścięgliwe udać. A tego w. m. nie baczysz, że ich siła jest kamiennego serca, które za statecznością spodziwną, gwałtowniej się miłości przeciwią, niż która w morzu skała nawałnym wełnam.

Gdy tu przestał pan Myszkowski, chciał pan Bojanowski na to odpowiedzieć, ale sie pan Wapowski przed nim wyrwał mówiąc tak ze śmiechem: Prze pana Boga, daj im w. m. za wygrane, bo widzę, iż mało sprawisz swą odpowiedzią. A to ktemu, iż w. m. wszytki białegłowy (gdy sie tego dowiedzą) na sie zwaśnisz. A niewiem by i nie mężczyzn wielką część ktemu.

Odpowiedział pan Bojanowski: I owszem, miałyby mi białegłowy za to dziękować, bo kiedybym ja był sporu nie trzymał, nie powiedziałoby sie było tak wiele rzeczy im ku chwale.

Zaś powiedział pan Myszkowski: Jawne to są rzeczy każdemu, któremi sie one białegłowy wsławiły, i jeszcze tego dobrze więcej jest, niż pan Kostka wyliczył. A kto tego nie baczy, iż bez białychgłów na świecie nie używie człowiek nic dobrego? A snadź źwirzęta leśne lepszy żywot wiodą, niż ten, kto bez białychgłów żywie. Abowiem kto lepiej frasunki z głowy wybić mężczyźnie, kto ulżyć ciężkość, wzbudzić dobrą myśl, uspokoić serce, osłodzić gorzkość tego świata może, nad samicę? Nadto, a za one wielekroć przyczyną nie są, iż sie rozum człowieczy ostrzy, i śmiałości w bitwie dostaje? Pewna rzecz jest, iż w które serce raz iskierka miłości wpadnie, już tam sprosna myśl, bojaźń, nikczemność, nie może popasać, abowiem kto miłuje, stara sie uprzejmie, aby go było przecz miłować, i strzeże tego pilnie, żeby za czym nietrefnym nie przyszedł we złe mnimanie tam, gdzie o dobre najwięcej stoi, za nic u niego niebespieczeństwo wszelakie, chromota, śmierć, owa niemasz tak srogiej rzeczy, której by sie nie rad na każdą godzinę poważył, aby to jedno dał znać, iż godzien jest onej, o którą sie stara, miłości.

A przeto gdzieby który król mógł sobie wojsko s takich ludzi sposobić, którzy miłując przy bytności białychgłów swych bić by sie mieli, chyby niemasz, aby niemiał wszytkiego świata nim zwalczyć, wyjmując, żeby s takiemiż też bić sie temu wojsku przyszło. I to, iż Troja dziesięć lat sie opierała wszytkiej Grecyej, niskąd inąd nie pochodziło, jedno stąd, iż tam było nieco młodych pachołków, miłością zjętych. Więc kiedykolwiek wycieczka być miała, zawżdy białegłowy bywały przy ubieraniu ich we zbroje, i czasem same ubierały, a na pożegnaniu usłyszał drugi takie słówko, którym zapaliwszy sie wsiadł na koń swoj z więtszym sercem, niż w śmiertelnym ciele być kiedy mogło. A w bitwie dopiro nie żałował głowy nastawić, wiedząc to pewnie, iż patrzała nań panna, abo pani z muru, która przeważne męstwo, chwalebny skutek pochwalić miała. Gdzie to sobie każdy więcej ważył, niż którą najwiętszą na świecie poczciwych spraw nagrodę.

Słyszałem też to będąc we Włoszech, iż białegłowy w Iszpaniej siła do tego pomogły, że królestwo Granatskie wyjęte jest z murzyńskich ręku, abowiem kiedykolwiek przeciwko nieprzyjacielewi iszpańskie wojsko ciągnęło, jeżdżała królowa Izabella ze wszytkim fraucymerem aż blisko miejsca potkania. To przez ten czas, ktokolwiek z rycerstwa miłował, był pilen panny, bawił sie rozmową w drodze tak długo, aż do uźrzenia na oko nieprzyjaciela przyszło, a tam pożegnawszy każda swego pana, przed nim tuż potkał sie z oną niepodobną śmiałością, której mu miłość dodawała, z oną spodziwną chęcią, aby sie popisał nie ledajakim sługą, iż więc wielkie uffy murzyńskie rwać sie, i tłumy ladzi zostać na placu musiały. Tak wiele dobrego za przyczyną białychgłów rosło. A przeto nie wiem, panie Bojanowski, co to był za rozum, który w. m. k temu przywiódł, żeś o nich źle mówił, gdyż one wszelakiego pożytku na świecie są początkiem.

A i te miłe a krotochwilne zabawy zginąć by musiały, by nie białegłowy. Abowiem ktoby sie muzyki, ktoby sie tańcu uczył, by nie dla upodobania białymgłowam? kto by wirsz, abo rym pisał, by nie dla tego, iżby aftekt swój, który za laską, abo niełaską białejgiowy uroście, nim wyraził? Siła poet greckich i łacińskich niemieli byśmy byli, by byli poetowie wysoce sobie białychgłów nie ważyli. I teraz, ile sie tego na każdy dzień z mądrych głów rodzi, tyleśmy za to cnocie, piękności obyczajom białychgłów powinni; bo na tym poeta pospolicie jako na gruncie wirsz swój sadzi.

A co więtszego, Salomon, s którego mądrością niczyja na świecie mądrość nie dorówna, chcąc pod zasłoną pisać głębokie rzeczy o Bogu, uczynił w księgach swych rozmowę pary ludzi w wielkiej miłości s sobą, abowiem, iż nie widział tu miedzy nami na świecie nic podobniejszego do rzeczy niebieskich nad miłość, rozumiał temu, iż za rozczytaniem jej mieliśmy niejako dochodzić i smakować onych rzeczy niewidomych, które jemu przez rozum a łaskę Bażą widome i jasne były. A tak mało tego było w. m. potrzeba, panie Bojanowski, mówić o tym tak spornie, a mieszkać panu Kostce, iż wiele rzeczy pięknych a potrzebnych ku doskonałości dwornej paniej nie powiedział.

Odpowiedział pan Bojanowski: Ja mnimam, iż pan Kostka nic już więcej nad to powiedzieć niemógł. Ale jeśli sie w. m. zda, że jeszcze ta pani zupełna swych przypraw niema, nie on w tym winien, ale pan Bóg, iż więcej cnót na świat nie dał; bo te wszytki, które są na świecie, pan Kostka jej dwornej paniej naznaczył.

Rzekł tu ktemu J. M. pan Lubelski: Owa co jeszcze pan Kostka najdzie.

Na to pan Kostka temi słowy powiedział: Mnie sie widzi, Miłościwy panie, żem dosyć powiedział, a ku memu upodobaniu niechcia bych, aby co więcej nad to pani ta przymiotów miała.

Ale jeśli sie ona Ich Miłościam nie podoba, łatwia to, niechaj ją mnie przyrzucą, obiecuję o to sie nie rozgniewać.

Na te słowa, gdy nikt nic nie mówił, rzekł tak pan Dersniak:Odłożywszy tę niechęć na stronę, którą mnimasz w. m., panie Kostka, abym ja miał przeciwko białymgłowam, spytam w. m. o nieco. Powiedz mi to w. m. gdyż dworna pani krotochwilną rozmową ma umieć zabawić, kiedy do miłości przydzie, bo o tym najczęściej i najradniej mężczyzna z białągłową mówi, zwłaszcza, jeśliby sie kto w swej rzeczy z bliska przymawiał, jako sie w tej mierze zachować ma.

Temu, ktoby sie wszetecznie (odpowiedział pan Kostka) do czego przypytywał, nielza białejgiowie, jedno sie otrząsnąć co najprędzej, a dać znać, iż poczciwe jej uszy słuchać tego nie przywykły. Ale gdzieby kto s nią dwornie, bacznie, a więcej dla krotochwile, niż dla złego pomysłu o tym mówił, tam niepotrzeba surowej twarzy ale radniej ma abo nierozumieć, abo one słowa na iną rzecz odwracać a zatym znikać nieznacznie onej o miłości rozmowy.

Tu pan Wapowski powiedział: Jeśli w. m. tej swojej dwornej paniej bronisz takiej rozmowy, pogotowiu i tego niechcesz, aby minowała, czego ja nie chwalę; bo za tym, kiedy ona nikogo uczciwą chęcią swą nie zwycięży, nie będzie też nikogo miała, ktoby jej s serca życzył i służył, a tak siła rzeczy, któremi by sie ozdobić mogła, odydzie jej tym na stronę.

Odpowiedział pan Kostka: Czym inym niż miłością dworna pani zalecić sie może, jako obyczajmi dobremi, ludzkością, skromnością, pokorą, wstydem; a miłość, jako ją każdy s prosta rozumie, żadną miarą tej nie przystoi, która ma męża, abowiem, by w najlepszy obyczaj ta miłość była, jednak za sobą, osławę ciągnie; gdzie małżonka stateczna, nietelko sie ma starać, aby poczciwie żyła, ale też, aby nikt o niej źle rozumieć nie mógł. Pannie, wdowie dozwalam miłości, i to tak, iżby nadzieja małżeństwa była.

Na to pan Dersniak tak rzekł: Wierę bych ja tego tak barzo dwornej paniej za złe niemiał, kiedyby sie ona, widząc niemiłość mężowę bez żadnej przyczyny przeciwko sobie, widząc niepowścięgliwość jego i wzgardę małżeńskiego łoża, kogo inego rozmiłowała.

Powiedział pan Kostka: Ani to, ani żadna najwiętsza krzywda niema jej od poczciwości odwodzić. Abowiem jeśli sie to trefią miedzy inemi białemigłowami, że poniewoli drugie za stare, za chore, za ułomne małżonki szedszy, cnotę swą w cale zachowują, daleko to więcej dwornej paniej, która wszytkimi cnotami przodkować ma, przystoi, iżby małżonka swego obłędy pokrywając jemi sie nie hydziła, ani gorszyła, a pomniała na to, iż cokolwiek na nie w tej mierze z nieszczęścia przydzie, skromnie to cirpiąc wszytko sie jej w dobre obróci. A ktoby był wiedział, by Penelope tak cnotliwą była, by był tak wiele lat po morzu Ulises mąż jej nie błądził? Cnota w nieszczęściu znaczna. A przeto poczciwa białagłowa więcej tym nabędzie niż straci, kiedy przeględąjąc występki mężowe, w gruntownej sie ustawiczności a cnocie zachowa.

Zatym powiedział pan Lubelski: Już ta pani dworna jest tak robrze ozdobiona, iż jej jedwabiu, pereł, kamieni drogich, kęs jeden nie trzeba. A tak nie źle by sie do naszego dworzanina wrócić, bo mi sie zda, że mu jeszcze i tego i owego nie dostaje, a miedzy inemi rzeczami nie wspomniał tego ani pan Kryski, ani pan Myszkowski, jako sie on w miłości zachować ma, aby sobie tej panny, abo wdowy, której służyć będzie, łaskę pozyskał, bo nie miłować Dworzaninowi (jako to każdy z w. m. zna) żadną miara nie przystoi.

Na te słowa ozwał sie pan Myszkowski mówiąc; Łatwia to barzo, abowiem kto chce, aby go miłowano, trzeba, żeby sam miłował, i był godzien obyczajmi i postępki swemi miłości, to nad te dwie rzeczy więcej nie trzeba. Ku temu pan Dersniak powiedział: Ja nie wiem, jakom miłości godziem, lecz to pewnie wiem, iż z dusze jedne wdowę miłuję, a wdy żadnej łaski po niej nie baczę. Nakoniec, co owo powiedają drudzy, iż dary, które kto miłej swej daje, nie tak lubą miłość czynią, bo - prawi - człowiek może tak rozumieć, że go dla nich samych fałszywą miłością miłują; już bych ja i kosztownych upominków nie żałował, bym jedno to sobie zjednać mógł, żeby mię jaką taką miłością miłowano.

Powiedział pan Myszkowski: Dobrze tę rzecz rozumie, kto tak powieda, że dary odejmują gracyą miłości, i przeto owo wiekich pali miłość wieldze sobie ludzie ważą, iż ta niepochodzi z inąd, jedno z uprzejmego serca, bo wielkiej paniej a co by po tym było, okazować miłość nie swojej równi, kiedyby go z dusze miłować niemiała. A przeto ja jeden nie chwaliłbym tego w. m., kiedybyś sobie dary miłość kupować miał. A to, com powiedział, iż miłość miłością wymiłować trzeba, to nikogo nie omyli. Jedno, panie Dersniaku, masz w. m. tę sławę, jakobyś na wielu miejscach zaraz miłować miał. A przeto jako wielka rzeka, im sie na więcej części dzieli, tym mniejsza jest każda jej odnoga, tak też miłość w. m. jeśli sie roztroiła, żadną miarą na jednym miejscu wielką być nie może, wyjmując, żeby ta sława o w. m. fałszywie była puszczona, co jeśli tak jest, tedy przedsię nie tę ja przyczynę rozumiem, abyś w. m. miłości nie był godzien, ale tę, iż podobno w. m. po swej wdowie chcesz czegoś, czego ona uczynić nie może. A ono miłość pod tym prawem zasiadła, aby jednoż chcenie, jednaż wola była tego, kto miłuje, s tym, kogo miłuje.

Iście, odpowiedział pan Dersniak, żeć mi sie wielka krzywda od tych dzieje, którzy mie tą nieustawicznością sławią. A w tym w. m. upewniam, że tegoż chcę, czego i moja wdowa, po czym znać, iż ja barzo miłuję, ale mie serce boli, że ona tego niechęć, czego ja pragnę, skąd sie znaczy, iż mnie ona nie miłuje podług tegoż statutu, któryś w. m. allegował.

Powiedział pan Myszkowski: Ten, kto poczyna miłość, ma i to począć, przestawać na woli tego, kogo miłuje, abowiem jeśliż białągłowę panem zowiemy, przystoi, aby każdy z nas myśli swe wszytki i chciwości poddał pod moc jej, iżby jedna jej dusza swemu i naszemu, jako już zniewolonemu ciału rozkazowała, bo tak ma być w miłości prawdziwej.

Na to pan Dersniak powiedział: To bych ja miał sobie za najwietsze na świecie szczęście, kiedy by jedna dusza, jeden umysł mnie i one sprawował.

Rzekł zaś pan Myszkowski: Zawdy tego w. m. dowieść możesz.

Zatym powiedział tak pan Wapowski: Jest tak poprawdzie, iż kto prawie miłuje, wszytkę swą myśl, wszytkę siłę i staranie na to obraca, aby sie tej, którą miłuje, podobał.

Ale iż najdzie czasem abo tak surową, abo tak chytrą białągłowę, która tej chęci, tej miłości, tych służb ustawicznych żadną miarą znać nie będzie chciała; przeto naucz w. m., panie Myszkowski, Dworzanina, jakoby on miłość swa znacznie a widomie pokazać i dobrze ją udać mógł.

Powiedział na to pan Dersniak: Ba, to nie trudna, bo jeśli sie pan Dworzanin będzie sromał jaśnie o miłości swej powiedzieć, więc niechaj dostatecznie wypisze.

Odpowiedział pan Myszkowski: I owszem, będzieli baczny, nic sie w tej mierze nie skwapi, ażby był pewien, że jej tym nie obrazi. Zaś pan Bojanowski rzekł: Daj w. m. pokój, panie Myszkowski, każda białagłowa rada to widzi, kiedy ją proszą, choć też i uczynić nie ma wolej.

Niedobrze to w. m. wiesz, panie Bojanowski, powiedział pan Myszkowski. Ja Dworzaninowi nic radzę, aby do tego kiedy przychodził, aż by pewnie wiedział, iż mu odmówić nie mają.

Rzekł zasię pan Bojanowski: A cóż wdy nakoniec ma czynić?

Pan Myszkowski odpowiedział: Jeśli będzie chciał co mówić około miłości, abo pisać, tedy niechaj to tak skromnie, tak bacznie, tak ostrożnie czyni, iżby telko kusił, a macał jej wolej a chęci, słowy obojętnemi, zostawując w rzeczy swej taką dziurę, którąby wyniść białagłowa, a wrzkomo na ine, niż na miłość rozumieć one słowa mogła; a mówię, żeby słowy obojętnemi macał jej wolej, to dla tego, iż gdzieby to niewdzięcznie przyjęła, mógł ono wywrócić, a pokazać, że ku inej, a nie ktej rzeczy mówił, abo pisał, abowiem poczciwa białagłowa, kto jej w tym ruszy, słusznie to więc sobie ku krzywdzie weźmie, i zaniecha s tobą onego bespieczeństwa, którego do tych czasów używała, niżeś się z miłością odkrył. I tak cos za czasem ukrócić mogł, to zaraz wszytko upłoszysz. A przeto chceli Dworzanin pokazać widomie białejgłowie miłość swą i uczynić onę sobie skłonną, rychlej czym inym, niż listy (mym zdaniem) może przyść do tego; bo pod czas w jednym westchnieniu, w jednym zapłonieniu i niejakiej bojaźni więcej znać będzie miłości, niż w tysiącu słów gorących. A co więcej, oczy same, jako pewni od serca posłowie, siła sprawić mogą, bo nietelko odkrywają myśli nasze, ale też częstokroć gwaltownemi promieńmi swemi przenikając przez drugie oczy, jako jasność przez szkło, do upodobanego serca, zagrzewają je i czynią je sposobne ku przyjęciu i rozżarzeniu miłości. Stąd przepowieść urosła: Oko w miłości wodzem. A tak jest bez chyby, abowiem oczy człowiecze siedząc zakrycie, jako na podsadzce żołnierze, a ostrym weźrzeniem strzelając rychlej uczarować mogą, niż która baba zioły, abo przymową, zwłaszcza, kiedy sie więc wzrok z wzrokiem często styka, bo w ten czas jeden drugiego miłością zaraża, tak, jako niezdrowe oko, uprzejmie we zdrowe patrząc, zaraża je chorobą. Tym tedy kształtem Dworzanin i miłość swą pokaże, i wiele sobie łaski zjedna. Jedno iż, kto oczu swych rzędzić nie umie, częstokroć sie przed tym wyda, przed kim to najbarziej zakryć chciał, bo ludzie, wiedząc one przypowieść: gdzie miło, tam oczy pilnie sie przypatrują, i prędzej czasem takową rzecz postrzegą, niż ten, ku komu sie wzrok ściągał. Przeto, kto będzie chciał samej telko osobie tej, którą ulubił, chęć swą pokazać, musi patrzać na czas i na miejsce, aby ani płocho, ani rozchełznano, choć w najwiętszej miłości nie począł robić, bo niemoże być nic cięższego temu, kto tajemnym być chce, jako miłość rozgłoszona.

Tu powiedział pan Dersniak: I to czasem nie wadzi, nie kryć sie z miłością, bo ludzie wiedząc takowe bespieczeństwo, jasną twarz i postępki szczyre, niemogąc rozumieć nic złego, a zatym wnet wolno siadać pospołu, mawiać, żartować, krom żadnego podeźrzenia, gdzie temu, kto miłość swą tajemną mieć chce, skąd znać, iż na coś niesłusznego zmierza, nigdy sie to tak nie żydzie. Nakoniec i tegom świadom, jako jedna białagłowa, niemając przed tym żadnej chęci, do mego jednego powinowatego, stąd sie go telko dziwnie rozmiłowała, iż ludzie o tym mówili, jakoby s nim miała mieć porozumienie. Ja tak mnimam, iż ona mowa pospolita, która jakoby przyznawała godność jego, jej go zdrożyła, za którą, jako za pewnym świadectwem (gdyż ludzie nic nikomu niepodobnego, ani bez przyczyny nie przypisują) rozumiała go być godnym swojej chęci i miłości; owa prosto sama ona przed wiergiem sława nosiła od niego do niej poselstwo, dobrze gruntowniejsze i godniejsze wiary, niżby on był sam kiedy listy, słowy abo przez posły to sprawować miał. A przeto ten głos pospolity nie telko czasem nie zaszkodzi, ale owszem pomoże.

Powiedział pan Kostka ktemu: Ta miłość, która na jaśnia wynidzie, przynosi to s sobą, iż jednego ludzie palcem sobie pokazują, więc jeszcze ktemu ten, ktoby chciał iść tym strychem, musiałby mniej pokazować ognia, niż go ma w sercu, a przestawać na równej rzeczy, rzkomo o to nie dbając, czego nader pragnie, musiałby siła zmyślać, wiele nie baczyć, tak wdzięcznego, jako i przykrego w miłości, i częstokroć sie usty śmiać, kiedyby serce płakało, a to Jest rzecz tak trudna, iż ledwo bych nie rzekł nie można ku uczynieniu. Dla tego ja Dworzaninowi radzę, aby miłość tę, ktoraby mu osławę przynieść miała, co najbarziej pokrywał.

Powiedział pan Dersniak: Naucz że go w. m. tego, abowiem mimo znaki które w miłości tak nieznaczne bywają, iż s samej telko twarzy jeden drugiego rozumie. Byłem raz przy tym we Włoszech, gdzie dwoje ludzi s sobą długo i wolnie około miłości mówiło, a żaden przedsie s tych, którzy przy tym byli, nie mógł zrozumieć, ku czemu co szło, abo o czym rzecz była, abowiem nie pokazując ona para tego po sobie, aby im przykre było czyje przysłuchywanie, te telko słowa, na których należało, pocichu mówili, a wszytki ine, które i na to, i na owo obrócić mógł, głosem, a bez przestrogi.

Powiedział ktemu pan Bojanowski: Nie wnoś w. m., panie Dersniaku, tego obyczaju do nas, bo takowe znaki, abo i skryta mowa czymsi niedobrym pachnie. Już tak po naszemu nie źle s prosta powiedzieć, czego kto po kim chce, chyba, żeby jeden w miłości wielkiej wymówić tego nie umiał, bo to bywa pospolicie, iż kto barzo miłuje, mało, abo nic mówi. A też nie rozumiem, jakoby kto uczyć tego mógł, co podług czasu, miejsca, osoby, raz tak, drugi raz inaczej przypada. Ale pan Kostka chceli Dworzaninowi i około miłości radzić, niechajże go radniej tego nauczy, jako by sie w zaczętej miłości sprawować, a nabytą łaskę sobie zachować mógł.

Ja mnimam - powiedział pan Kostka - że temiż rzeczami człowiek zachować sobie łaskę może, któremi kniej przyszedł, a to wszytko na tym zawisło, aby sie białejgłowie wszelaką rzeczą zachował a przylubił, nic obrażając jej w jednej najmniejszej rzeczy, gdzie na to trudno dać pewną regułę, abowiem siła kroć człowiek, który nie jest baczny prawie, pocznie sobie nietrefnie a nie zda mu sie, aby co na tej, abo na owej rzeczy należało, ano białagłowa nie pomału sie każdą obrazi. A to sie nikomu więcej nie trefia, jako owemu, który przypuściwszy zbytnie do serca miłość, umiarkować sie, a ciężkości wnętrznej zataić w sobie nie umie; więc skoro mu sie dostanie s tym człowiekiem, kogo miłuje, mówić, zawdy ją od lamentów, od narzekania, od uskarżania pocznie, i będzie wyciągał białągłowę na tak niepodobne rzeczy, iż prze on jego niesłuszny, ani naczęsny upór w ohyzdę do niej przydzie; drugi zasię nie będzie umiał nic inego,. jedno o towarzyszu swym źle mówić, zwłaszcza, jeśli baczy białejgłowy chęć jaką kniemu, który onemu zaźrząc, wstrzymać sie nie może, aby go bez wszelakiej przyczyny szkalować niemiał, a przy tym szkalowaniu dostanie sie też jaka sznupka i onej, także też bez winy, aż i do tego przydzie, że będzie chciał mieć po niej, iżby z nikim nie mówiła, ani w te stronę patrzyła, gdzie ten stać będzie, kogo on ma towarzyszem w miłości, gdzie za temi ziemi postępki nie telko taki zjątrzy przeciwko sobie białegłowe, ale ją i w to wprawi, iż tam tego, kogo wolej niemiała, miłować pocznie, abowiem ona bojaźń (którą ma jeden każdy, kto miłuje, aby białagłowa dla nowego sługi jego nie porzuciła) wydaje człowieka, iż sie sam zna być nie tak godnym miłości jako ten, kogo ma w podeźrzeniu. I stąd hnet białagłowa onego sie rozmiłuje, a rozumiejąc, iż cokolwiek o nim złego słyszy, wszytko ten o nim jako nieprzyjaciel główny, z waśni sieje, chociaż będzie i prawda, przedsię onemu wiary nie da, ale co dalej to barziej miłować go będzie.

Ku temu powiedział pan Dersniak: Ja sie wyznawani być takim prostakiem, iż niewiem jako inaczej w miłości sobie pomoc, jedno tą drogą, abych o towarzyszu swym źle mówił, chyba żebyś mię w. m. czego lepszego nań nauczył.

Odpowiedział pan Kostka: Pomnisz podobno w. m. one przepowieść włoską: Kiedy nieprzyjaciel twój po pas w wodę wpadnie, podaj mu rękę, a wyrwi go z niebespieczeństwa; ale, kiedy tak wpadnie, iż mu sie w gębę lać pocznie, nastąp na łeb, a pogrąż go do ostatka. Tymżeć też więc strychem drugi idzie na swego towarzysza, iż póki nie widzi pewnej dziury, którąby go na szyję zepchnąć mógł, poty nic nie pokazuje nicprzyjaźni, i owszem rychlej chęć a życzliwość; ale kiedy czas i pogodę upatrzy, iż go mową swą prawdziwą abo nieprawdziwą pewnie skazić może, tu już bez wszelakiej miary ze wszytkim złym nań wyjedzie. Jedno żebych ja tego nigdy nie chciał, aby Dworzanin obłudnością a zdrada narabiać miał; przeto fortylu przystojniejszego nie masz na to, aby on towarzysza poraził na głowę, jako ten, iżby barziej miłował, niż towarzysz, chciwiej służył, niż on, godniejszym, dzielniejszym, hojniejszym, skromniejszym, baczniejszym był niż on, i pilniej przestrzegał tego, aby prze jego przyczynę białagłowa we złe mniemanie nie przyszła.

Toć są te rzeczy, któremi prędko Dworzanin w miłość wskura, a towarzysza na zad zostawi, który wyfukać, a nie wymiłować miłość chciał. Ale nie jedno ci, którzy fukają, abo narzekają, wielkimi są w miłości prostaki, siła jeszcze mimo te głupich sie zawadza, boć sie i ów rozumem barzo nic przesadził, co mi owo do panny przyszedszy z rejestru słówko stawia, iż białagłowa dla onej jego potwornej retoryki, aby sie przed nim prostaczką nie popisała, mało abo nic mówi, jednoby rada chudzinka co najprędzej zbyła go s szyje, bo sie jej ona godzina rokiem widzi. Więc i o takiego nic trudno, który ustawicznie Boże niewidy o sobie powieda; albo i o owego, który to powieda, co jemuż samemu szkodzić ma, jako ja często słycham, i śmiać sie barzo muszę jednemu, (a nigdy ten bez panny), kiedy mówi przed białemigłowami: Dziwna rzecz - prawi - miły Boże: jam nic trefił jeszcze na białogłowę, która by mie miłowała. Więc sie prostak w tym nie baczy, iż; one co tego słuchają, biorą sobie w głowę i mówią: Wiere to musi być nic dobrego, a snadź nietelko miłości nie godzien, ale ani chleba, którym sie karmi, a czemuż ja mam być podlejszą, niż te wszytki, które go miłować nie chciały. Owa sie tym tak barzo psuje, iż go białegłowy wszytki za pomiotło mają, aniby go miłowały, by im dał wszytko złoto, co go na świecie. Jeszcze i takiego potrefi, który towarzysza, co z nim na jednym mieścił miłuje, chcąc kazić przed białemigłowami, o nim tak mówi: Miły Boże, to tu ani urody, ani gładkości, ani rozumu, ani obyczajów, ani godności, niemasz nic nad ludzie, a przedsię djabelskie szczęście ma, iż go wszytki białegłowy miłują. I tak oną swoją zazdrością, chociaż wprawdzie nie będzie tam ten isty barzo miłości godzien, co i one same znać będą, uczyni mu dobre mniemanie, iż nie telko ona, której rad służył, ale i drugie (rozumiejąc w nim być jaką skrytą cnotę, dla której go tak wiele białychgłów miłuje) miłować go poczną.

Pośmiał sie na to pan Kryski i powiedział: Iście że dworzanin baczny tymi sztukami nie pójdzie.

Dołożył pan Dersniak: Ani tak sprosnie sobie pocznie, jako niedawno wojewody jednego sługa, ale tego niepowiem, aby pan Kostka, który stronę białychgłów mocnie trzyma, niemiał przyczyny mężczyzn strofować.

Powiedział na to J. M. pan Lubelski: Prawda ma zawdy miejsce, przeto panie Dersniaku, nietelko komu inemu dla niej, ale i sobie byś w. m. niemiał przepuszczać; wszakoż dozwalam tego w. m., abyś osoby nic mianował, ale nam w. m. rzecz powiedz, jako była.

Zatym pan Dersniak: Niedawno (jakom powiedział) tego dobrego pana miłowała jedna bohata i piękna białagłowa, na ten czas, kiedy przy panie swym mieszkał w Krakowie. Potym, gdy pan s Krakowa odjechał, i on s nim pospołu, pani, będąc z odjechania Jego barzo teskliwą, napisała do niego list, prosząc lamentliwemi słowy, aby na kilka dni do niej sie wrócił. Przyjechał, s panią miał rozmowę, i tyle dni, jako prosiła, zmieszkał. Kiedy do żegnania przyszło, miedzy inym zalecaniem, które obfite ze wzdychaniem i łzami było, prosił jej, aby pomniąc na to, iż ją z dusze miłuje, nigdy chęci swe) przeciwko jemu nie odmieniała, i dołożył, a iżby w gospodzie, co s końmi i s czeladzią strawił, zań rozkazała zapłacić. Zdała sie dobremu panu rzecz słuszna, ponieważ na prośbę jej na zad sie wrócił, aby na tym nic nie szkodował.

Tu u gdy wszytcy śmiać sie poczęli, i drudzy za takową sprosność (za którą sie jemu samemu było podobniej, jeśli miał jaką iskierkę rozumu) wstydzić.

Rzekł tu pan Bojanowski: Jeszcze ja nie baczę, panie Dersniaku, abyś sie w. m. tą powieścią panu Kostce zachował, bo tu może każdy znać, co za baczenia była ta dobra pani, która tak wielkiego osła miłowała, a snadź to była obrała miedzy inemi sługami swemi za baczniejszego, wzgardziwszy chęcią drugich, którym on był na ręce podać wody nie godzien.

Powiedział pan Kryski: A co wiedzieć, jeśli ten w czym inym nie był baczny, jedno to kęs ustąpił w tym wykupieniu z gospody, bo człowiek, kiedy zbytnie miłuje, siła mu sie kroć trefi, barzo głupie począć sobie. A chceszli w. m., panie Dersniaku, prawdę powiedzieć, snadź sie i w. m. samemu i to i owo nie raz przydało w miłości.

Rzekł pan Dersniak: Prze pana Boga, pokryć to lepiej, niż wynorzyć, co sie kiedy komu trefiło.

Ba lepiej owa wynorzyć, powiedział pan Wapowski, aby człowiek drugi raz w to wpaść niemógł, abo jeśli wpadnie, aby sie umiał poratować. Ale panie Kostka, gdyżeś w. m. pokazał drogę Dworzaninowi, jako pozyskać i zachować sobie łaskę ma tej, której kiedy będzie służył, i odstrychnąć od niej towarzysza, powinieneś go w. m. i tego nauczyć, jeśliby mu kiedy do miłości tajemnej przyszło, jako w to ma potrefić, iżby sie w niej nigdy nie wydał.

Odpowiedział pan Kostka: Ja com wiedział, tom powiedział, a komu sie mało widzi, czytaj sobie Ovidiusa.

Na to pan Dersniak powiedział: Nie baczę ja, aby i Ovidius był w tym wielkim mistrzem, ponieważ jednemu przed białągłową pijanym sie czynić każe. Nadobny fortyl ku pozyskaniu łaski. A jeszcze to foremniejszy, który też on za wielki kunszt kładzie. Kiedyć sie - prawi - trefi być na biesiedzie, a będziesz tam chciał to dać znać upodobanej tobie białejgłowie, że ją miłujesz, omoczże w winie palec, i napisz to na stole.

Odpowiedział pan Kostka: Na on czas nie miano tego za sprosność.

A przeto, powiedział pan Dersniak, jeśliż sie tą sprosnością na on czas ludzie nic brzydzili, wielkie podobieństwo, że i w miłości nie było tak pięknego sposobu, tak uczciwych obyczajów u nich, jako są u nas teraz. A tak w. m. nie ukazując nam do Ovidiusa, poczni około tego mówić, jako Dworzanin ma postępować, aby go w tajemnej miłości nie poślakowano.

Zatym pan Kostka powiedział: Mnie sie tak widzi, iż kto chce miłość swą tajemną mieć, trzeba sie tych rzeczy strzedz, które ją rozgłaszają, gdzie tego jest barzo wiele, ale miedzy inemi rzeczami niewiem, aby co prędzej człowieka wydało, jako kiedy nader tajemnym być chce, nikomu a nikomu nie ufając, abowiem, iż każdy, kto miłuje, stara sie o to, aby chęć swa i serdeczną miłość co najbarziej miłej swej pokazał, kiedy niema przyjaciela takiego, któryby i poselstwo donosił, i o chęci takowej umiał powiedzieć, sam przez sie to sprawując, ludzkie oczy na sie obróci, gdzie hnet (iż to jest przyrodzona rzecz człowiekowi, chcieć wszytko wiedzieć) skoro ono kto zoczy, a pocznie mieć w podeźrzeniu, tak długo będzie podstrzegał, tak pilnie będzie upatrował, aż sie wszytkiej prawdy dowie, a dowiedziawszy sie, już to będzie jego wielka roskosz, na wszytek świat ono rozwołać. Ale przyjaciel w tej mierze wielka a wielka jest podpora, abowiem mimo to, iż i zalecić i poradzić może, siła kroć to naprawi, coś ty był oślepiony miłością skaził; ani temu zabieżeć ty możesz, czemu przyjaciel (myśląc o tym, żeby wszytko tajemnie było) łatwie zabieży. Jeszcze co więcej, wielka odelga jest, kiedy ty miłością strapiony masz przed kim ciężkość swą wynorzyć, jako też zasię przybędzie roskoszy, gdy masz przed kim radość swą powiedzieć.

W tym powiedział pan Bojanowski: Jeszcze nie tak barzo to, jako co inego miłość rozgłasza.

Rzekł pan Kostka: A cóż to takiego?

Odpowiedział pan Bojanowski: Hardość białychgłów, a chcenie przodkowania, ktemu głupstwo zmieszane z okrucieńswem; bo one starają sie zawdy, aby co najwięcej sług miały, a iżby wszytcy (gdzieby to mogło być) w wielkiej miłości umierając, w proch sie obracali, a s tego prochu żeby zasię człowiek sie uczynił dla tego, aby go powtóre tenże płomień miłości mógł spalić. Więc chociaż też i one pod czas miłują, a wszakoż kochają sie w takowej miłych swych męce, bo tak rozumieją, iż im więcej sług ich jest zbolałych na sercu, strapionych na umyśle, którym świat omierzł, iż śmierci pragną, tym więtsza ich sława jest, że światem rządzą, i mogą swoją pięknością znędzić abo ubłogosławić; dać zdrowie abo chorobę; śmierć abo żywot, temu, komu raczą. To jest ich pokarm najsmaczniejszy, i tego tak barzo są chciwe, iż, aby go im zawsze dostało, trzymają na słowie sługi swe, że ani łaski znacznej, ani niełaski widomej pokazać im chcą, ale iżby chciwość w nich nie zgasła, frasunk był, a nadzieja trwała, raz sie surowie, drugi raz łagodnie stawią, a swój najmniejszy pokaz łaski, postawą abo wzrokiem chcą, iżby za nader drogi skarb oni przyjmowali. I tak, aby sie za cnotliwe udały, starają sie pilnie, żeby takowa ich surowość i nieludzkie postępki znali ludzie, a mogli tak sobie myślić: Wierę kiedy sie ta tak srodze obchodzi s tymi, którzy są jej chęci dobrze godni, pewnie ci, którzy nic są godni, w popiele u niej leżeć muszą.

Owa pod tym płaszczem miewają wiec biesiadki nietrefne leda s kim, a sługa poczciwy będzie na stronie, któremu, jeśliby było co takowej łaski pokazano, mimo pociechę, któraby białejgłowie mogła być w tej mierze, nie był by snadź był grzech tak wielki. Ale i tą roskoszą wolą one dać o ziemię, a nie zachować sie temu, kogo podczas s serca miłują, niźliby sie do wolej lamentem ustawicznym jego nacieszyć nie miały. Za czym on nieboraczek zniewolony miłością musi tak wiele czynić, tak znacznie popisować sie s swoją chęcią, iż ono, co zbytnie pokryte być miało, na jaśnią wynidzie.

Są jeszcze drugie białegłowy potworniejsze, które dowiodszy tego chytrością swoją, iż każdy z ich sług ma za to, że on sam w miłości płuży, sieją dopiero miedzy nimi zazdrość, jednemu przy drugim więtszą łaskę pokazując, a kiedy ten zasie mnima, by był na koniu, to słowy obojętnemi zawieszą albo nań kluczkę jaką najdą, aby sie s nim pogniewać, za którym pogniewaniem już pozna, że odpadł od łaski, a iny na jego miejsce wstąpił. Skąd więc miedzy takowemi ludźmi zaścia, poswarki i wiele złego roście, bo człowiek w tej mierze, gdzie miłość dodaje ognia, trudno sie ma umiarkować.

Ale i to jeszcze u drugich białychgłów mała pociecha przeciwko tej, do której teraz idę.

Gdy mężczyzna ubogi, miłością niepomierną strapiony, wszytko to uczyni, czym rozumiał, że miał pozyskać laskę, a zwyciężyć serce swej miłej, i ona cnotliwie to przyjąwszy, wzajemną niejako miłość mu pokazała; tu jednym razem ona, kiedy sie miły najmniej nadziewał, bez żadnej przyczyny, pocznie mu stronić, dając to znać, iż obaczyła w nim wrzeczy odmianę, a daleko rozną miłość od pirwszej miłości, gdzie za takową odmianą bliski kres a koniec swojej przeciwko jemu chęci, postawą opowie, która to jej postawa tak barzo zgryzie człowieka, iż, aby onego, co mnimał, że miał w garści, nie utracił, znowu służyć, znowu zabiegać, znowu ulatać, jakoby dopieruczko teraz przystał, znowu s chęcią swą wszelakim sposobem popisować się, znowu ciężko wzdychać, znowu rzewno płakać, znowu srodze siebie przeklinać, znowu niezwyczajnie przysięgać, i ine rzeczy dziwne czynić musi, na co wszytko oślepionego miłością człowieka ten okrutny zwirz białagłowa przywiedzie, która jest chciwsza krwie, niż tygrys źwirzę.

Teć to dolegliwe a bolesne rzeczy człowieka odkryją, bo ludzie daleko to prędzej obaczą, niźli ta, która temu wszytkiemu dała przyczynę. I hnet za kilka dni tak sie ona miłość rozgłosi, iż nie będzie mógł ani on, ani ona stąpić, albo jakiego najmniejszego znaku pokazać, aby tysiąca ludzi oczy tego nie postrzegały.

Więc pirwej niż ku czemu przyda, wszytek świat je posądzi, i za pewne uwierzy, iż w głęboką miłość s sobą, zaszli. Aż do tego przydzie, kiedy już białagłowa szalona na oko to uźrzy, że on jej miły niemogąc dłużej okrucieństwa wytrwać, chce wszytko dać we djabły; dopiero ona miłość zbytnią pokazować, dopiero wolą wszytkę wypełnić, i to, co roskaże, uczynić będzie chciała, aby ono żniwo, na które miłość robiła (gdy już człowiek poniekąd oziębnie) tym mniej wdzięczne było, i człowiek jej nie tak wiele był za to powinien. Owa wszytko czynią na opak, jako ich jest przyrodzenie, także iż sie już była ona miłość rozgłosiła, skutek tej tajemny być nic może, za czym i białagłowa sie o złą sławę przyprawi, i ów tego dozna, że czas i wielką pracę swoje wniwecz obrócił, i skrócił sobie żywota onemi nieznośnemi frasunki bez żadnej pociechy i dostania wielkiej korzyści, bo to, co po tym zażyje trochę roskoszy, nic w ten czas przydzie, gdy tego człowiek nader pragnął i miałby to był sobie za wielkie szczęście, ale w ten czas, kiedy mało abo nic dbał o to, iż serce już zakamiałe, a ciało ustawicznym bólem zmartwione, jako wielkiej boleści, tak i roskoszy uczuć nie może.

Zatym powiedział pan Wapowski: Jam mnimał, panie Bojanowski, żeś w. m. z białemigłowami chciał wstąpić w jednanie, iż to chwilkę nic było słycliać od w. m. barzo uszczypliwego słowa przeciwko im; lecz takeś ich w. m. teraz dotknął, iż to znać, żeś sie był w. m. dla wzięcia posiłku cofnął, jako owo taran nazad odwodzą, aby tym mocniej uderzył; ale zaprawdę, już by też czas iną zacząć, a tej poprzestać.

Powiedział ku temu pan Kostka: Ba iścieby lepiej, żebyście się w. m. s sobą gryźli, niż tak dotkliwie o białychgłowach mówić macie.

Odpowiedział pan Wapowski: Mnie tego w. m. nie przyczytaj, bo ja uszczypliwie przeciwko im nic nic mówię. Prawda jest, żem tej spory abo poswarku nierad widział, nie przeto, abych tego zwycięstwa białymgłowam nie życzył, któreś im w. m. otrzymał, ale przeto, iż i pan Bojanowski więcej przeciwko im z waśni mówił, niż aby sie tak wszytko naleść miało, i w. m. pospołu s panem Myszkowskim barziejeś one chwalił, niż przystało, a co więtszego, temi długiemi rozmowami straciliśmy to wszytko, co sie jeszcze około Dworzaninowych przymiotów mogło powiedzieć.

Powiedział pan Kostka: Oto i s tego znać, żeś w. m. białymgłowam nic życzliwy, ponieważ tego żałujesz, że ta Dworna pani z gruba przez mię wymalowana tak jako tako stanęła, bo ja to wiem pewnie, iż ci panowie, co jedno wiedzieli być Dworzaninowi ku ozdobie potrzebnego, wszytko wypowiedzieli, tak, iż ani w. m. ani żaden (mym zdaniem) nie najdzie, co by do tego miał przyłożyć; ale to wszytko, co teraz m. m. mówisz, rychlej z zazdrości pochodzi, aby Dworzaninowi czego jeszcze dostawać niemiało.

Powiedział pan Wapowski: To jest rzecz pewna, iż mimo te rzeczy, które sie Dworzaninowi naznaczyły, siłabych ja jeszcze chciał przyczynku do tego, ale jeśli ich miłość przestawają na tym, aby on więcej nic mógł, ani miał w sobie, jedno już został takim, tedy i ja rad przestawam: a miał li bych pragnąć, aby sie w której rzeczy Dworzanin odmienił, tedy w niczym inym, chyba w tym, iżby był troszkę białymgłowam przychylniejszym, niż pan Bojanowski, ale też zasię nie tak barzo srprzyjaźliwym, jako abo pan Kostka, abo pan Myszkowski.

Ku temu pan Lubelski powiedział: Doświadszy tu hnet tego każdy, panie Wapowski, jeśli w. m. tyle masz rozumu w sobie, iż możesz Dworzanina ku więtszej doskonałości przywieść, niźli go ci panowie przywiedli, a przeto racz w. m. to wszytko powiedzieć, co masz w tej mierze na swym umyśle, bo jeśli tego w. m. nie uczynisz, tedy będziem wszytcy tak rozumieć, jako i pan Kostka, to jest, iż ku temu, co sie powiedziało około Dworzanina, nic sie przyłożyć więcej niemoże, ale żeś to w. m. mową tą chciał ubliżyć sławie Dwornej paniej, rozumiejąc, że już ona jest we wszem równa Dworzaninowi, otóż, aby równą nie była, chcesz nas w. m. w tej wierze zostawić, i prawie to w nas wmówić, iż Dworzanin może być dobrze więtszym jeszcze niż jako jest od tych panów stworzony.

Odpowiedział pan Wapowski: Te, które tu były ku czci i ku hańbie białychgłów nad miarę słowa, tak napełniły uszy każdego, iż tam nic już więcej wniść by nie mogło, a też nie widzi mi sie, aby czas znieść mógł czyjego teraz z rzeczą rospostrzenia.

Do jutra tedy odłóżmy (rzekł pan Lubelski), bo i więcej czasu będzie, i to wszytko dzisiejsze wynidzie z głowy, iż uszy nasze to, co w. m. powiesz, przyjąć w sie będą mogły. Tego domówiwszy, pan Lubelski powstał, a s nim wszyscy pospołu.


Księga Czwarta Dworzanina[edytuj]

Snadź lepiej jest, gdy kogo szkaradzie ganią, niż kiedy mają szczupłe chwalić, bo ten, kto lży a gani, im to z więtszą furyą czyni, tym go ludzie za złośliwszego, a onemu, o kim źle mówi, więtszego nieprzyjaciela rozumieją, i przeto pospolicie takowej powieści nikt nic wierzy, ale kto skąpie chwali, widzi sie tak ludziom, jakoby niemiał co powiedzieć, bo to rozumieją, że onemu, o kim mówi, jest przyjacielem, i radby go wyniósł aż do nieba, ale co? niemoże - prawi - nic nalcśó w nim osobnego, czymby go ozdobie i wystawić mógł. To mnie przychodzi na myśl pisząc tę czwartą księgę, i obawiam sie, aby ci zmarli, które tu wspominam, memu ubogiemu pióru, które doskonale onych chwalić nie umie, za złe niemieli. Ale jako ich moje pismo rozgniewa, tak je to niechaj błaga, iż u wszech ludzi w pamięci są świeżej, i każde cnotliwe serce śmierci płacze, a nieszczęście złorzeczy, które, mając władzą nad ludźmi, najradniej sie na cnotliwe a godne targa; i w tym zawodzie, gdzie wieldzy ludzie ku dostojeństwu a wysokiej stolicy bieżą, jedne w pół kresu, drugie prawic w ten czas, kiedy dobiegają, trzecie hnet z miesca, iż ani pożądanego kresu zaźrzeć mogli, obala, a nadzieje wszytki nasze i pilne starania w niwecz obraca. Abowiem rychło po tych rozmowach ksiądz Maciejowski posłał przed sobą na on świat trzech godnych wielkiej chwały ludzi, między któremi pirwszy był pan Aleksander Myszkowski, i nauką i urodą i przymioty osobny człowiek, ktorego w ten czas, kiedy (za wtargnienicm Tatarow w ziemie podolskie) Krol J. M. dworowi swemu ruszyć sie kazał, a on dworzaninem będąc, gotował sie na to, aby panu swemu uczynił posługę, śmierć nie ubłagana pożyła. Po nim pan Andrzej Kostka znacznej nauki i osobnych obyczajów młodzieniec sszedł s świata. A pan Lupa Podlodowski, iż był starszym nad dworem księdza Maciejowskiego, tuż przed panem swym i blisko krwią powinnym, jako na ziemi chadzał, tak i do nieba iść musiał, człowiek bystrego rozumu, a do spraw, do prawa, do biegłości w rycerskim rzemieśle, do wiadomości rzeczy Koronie Polskiej należytych tak gotowy, iż w tym mógł nie dać nikomu przodku.

Nic wspominam na tym miescu księdza Maciejowskiego, bo wiem, iż Chronika Polska dobrze o nim i długo mówić musi, jako o tym, który czasu swego siła na sobie trzymał, i te rzeczy, do których teraz przyszło, jako pan wielkiego rozumu, daleko przed czasem widząc, zabiegał im tyle, ile wolność polska znieść, a władza jego przy łasce pańskiej dosiąc mogła. Umarł potym pan Bojanowski, polski philozoph, który przyrodzonym rozumem swym (bo chyba w bistoryej, nie był on w naukach biegły) głębokich rzeczy dosięgał, a powieści prawdziwych trefnych, i ku życiu człowieczemu pożytecznych tak wiele w Polszcze nasiał, iż tego nie mała księga być by mogła. Rychło za panem Bojanowskim pan Dersniak położył głowę, godny w Polszcze człowiek i poeta osobny; przyjaciel przyjacielowi, do statecznych rzeczy stateczny, do biesiadnych trefny, do czynienia sprawny, do rady wzięty, owa taki był, jakiego nam bezecna śmierć zaźrzała.

Na pana Kryskiego potym a pana Wapowskiego kolej przyszła, dwu tak osobnych ludzi, jakich natura rzadko a rzadko na świat puszcza, a iż rzadko, przystało było, iżby ich nam była tak prędko nie brała, ale dopuściła podziwować sie w nich Boskiej sprawie, abowiem mimo urodę, kształt, i twarz przyjemną obudwu, były w nich obyczaje polskie chwalebne, były cnoty przedniejsze wszytki, był ostry dowcip, było ćwiczenie, była wiadomość rzeczy, i swych i postronnych, była biegłość, sprawa, bywałość, była nauka wielka. Używała ich Rzeczpospolita do legacyj, w których na sejmach wolności polskiej, a u Papieżów, u Cesarzów, i Królów majestatu i dostojeństwa Korony tej strzedz umieli; używał ich sąsiad, używał przyjaciel, używał krewny, gdzie teraz i krewny i przyjaciel i sąsiad i wobec wszytka Korona śmierci ich nie wspomni bez żalu. I tak rozumie, że Pan Bóg na Polskę gniew swój ostrzy, kiedy jej godne ludzi bierze. A trochę przed śmiercią pana Wapowskiego wziął Pan Bóg onego świętego pana Stanisława Maciejowskiego, kiedy już był został Kasztellanem Sendomirskim, w którym panie acz nauka dosyć wielka była, co i wirsz jego pokazuje, ale tą nie tak barzo słynął, jako cnotą, ludzkością, dobrocią, a mądrą sentcncyą w radzie; nikomu on źle nie myślił, nikogo nie krzywdził, w nim nie była żadna chciwość nabywania tak majętności, jako i dostojeństwa, w nim nie była zazdrość, w nim nie były obrzydłe obyczaje, ale to było, czego sie człowiek namiłować niemógł do woli. I widzi mi sie, by tacy wszytcy byli w wyższym kole, mniej by sie kołysała ta łódź Rzeczypospolitej, niźli sie kołysze. Lecz o tym niechaj będzie dosyć na ten czas, a do rozmowy sie prądnickiej wróćmy.

Na zajutrz tedy po trzeciej rozmowie (jako ja mam sprawę) pan Wapowski nie przyjechał ku obiadu na Prądnik, s czego tak niektórzy sądzili, że nad księgami zasiadł, bo jednak po przeszłej wieczerzy rychło sie był s Prądnika pokwapił. W godzinie po tym, abo trochę później, po obiedzie, (kiedy już był ksiądz Biskup na pokój odszedł) przyjechał; którego gdy pan Lubelski uźrzał, powiedział: Już tu byli drudzy, panie Wapowski, o w. m. zwątpili, alem ja przyjechania w. m. był pewien, i dla tego nie kazałem sie panom roschodzić, abyś w. m. dziś z rzeczą swoją odprawić sie mógł.

Rzekł zatym pan Wapowski: Niewiem jako słusznie Miłościwy panie to brzemię włożyćeś w. m. na mię raczył, bo iżem ja powiedział, że Dworzaninowi wiele jeszcze przydać było trzeba, nie już przeto miałem ja być wypełniaczem tych rzeczy. Ale kiedyż sie tak w m. zdało, przeciwić sie roskazaniu w. m. nic przystoi.

To jedno sobie obwarować u Ich miłości muszę, aby nie czekali odemnie wszytkiego tego, co by zupełną doskonałość dworzaninowę zamykało, ale to telko ja powiem, czym bych siebie z grzechu zazdrości oczyścił, jako mi to wczora zadano, żebych ja, dla ubliżenia sławy Dwornej paniej, najdował czegoś wrzeczy niespełna w Dworzaninie, a tym fortylem, iżbych go wyższym niż one uczynić chciał, nie iżby tak w istej prawdzie być miało. A tak, niechcąc ja ani mogąc być długim w swej mowie, a prowadząc ku końcu rzecz zaczętą i dobrze rozebraną od tych panów, i wszytkiego tego potwierdzając, co oni powiedzieli, tak powiedam: Iż s tych rzeczy, które zowiemy dobremi, są jedne, które same przez sie, a zgoła zawdy są dobre, jako to: mierność, mężność, zdrowie i wszytki ine cnoty, które spokojny a ugruntowany umysł czyniła, drugie zasię są, które nie przez sie same są dobre, ale dla końca, ku któremu sie ściągają, jako to: pisane prawo, szczodrobliwość, bohactwo i co dalej jest temu podobnego. A przeto Ja tak rozumiem, iż Dworzanin ten doskonały, jakiego wypisał pan kryski s panem Myszkowskim, jest rzecz dobra i godna wielkiej chwały, ale nie przez sie sama, jedno dla końca, ku któremu przywiedziona być może. Abowiem by sie s tego nie miało co więcej zawiązać, iż Dworzanin ślachcicem sie urodzi, iż będzie dobrych obyczajów, wdzięcznej postawy, mądry, trefny, ćwiczony, jedno to, żeby telko był takim sam dla siebie, nie było by przecz zaprawdę szyje łamać, a tak wiele starania i pracej (jakoż ta musi być, kto chce w tym wszytkim być doskonały) podejmować. I owszem, rzekł bych ja, że drugie zabawy, któremi sie Dworzanin podług naznaczenia tych panow parać ma, jako jest gra, taniec, muzyka, są rzeczy lekkie, prozne, a hnet człowieka, który osobę jaką więtszą na sobie nosi, rychlej zelżyć, niż ozdobić mogą, bo owe stroje osobniejsze, koszty, maszkary, i inne rzeczy, które sie dla miłości, a zabawy z białemigłowami dzieją, niechaj mowi co kto chce, ale rzadko by co lepszego zbudować miały, jedno to, że człowiek zniewieścieje, a młody zwłaszcza na dziwną sie rospustę udawszy, wszytkiego siebie skazi, stądże to jest, iż dzisiejszych czasów mało tych ludzi, którzyby śmieli, nierzkąc umrzeć dla rzeczy poczciwej, ale wniść telko w niebespieczeństwo. A też siłą rzeczy jest zaprawdę na świecie, które, gdzie sie człowiek za nie statecznie imię, daleko więcej pożytku tak czasu pokoja, jako też czasu wojny przynieść mogą, niż to takie wymyślone (iż tak rzekę) dworzaństwo przez sie samo. Ale jeśli te rzeczy dworzaninowi przypisane, mają sie ścięgać ku temu dobremu końcu, o którym ja rozumiem, tedy nietelko nie są szkodliwe, ani próżne, ale barzo pożyteczne i godne wysokiej chwały.

Koniec tedy a cel, o którym sie tu jeszcze nie mowiło, ku któremu Dworzanin zmierzać ma, ja rozumiem, iż ten jest, aby przez te wszytki przymioty, które sie jemu naznaczyły, pozyskiwał tak barzo sobie łaskę tego pana, przy którym będzie, iżby mu zawdy mógł prawdę powiedzieć w tym wszytkim, co by panu wiedzieć należało, a przedsię był pewien nie stracić tym łaski jego sobie. Zasię bacząc myśl pańską skłonną ku czemu nieprzystojnemu, iżby śmiał przeciwko temu mówić, a umiał użyć onej nabytej łaski na to, aby pana od rzeczy niesłusznych odwiódł, a przywiódł go na drogę cnoty i przeciwności. Jakoż, gdy Dworzanin będzie sam cnotliwy, jako ci panowie chcą mieć, ktemu mądrym, uczonym, przyjemnym, trefnym i dalej, łatwie mu to przydzie, iż leda za pogodą, wszelakiego czasu będzie mógł rostropnie, gładce panu to pokazać, jako wiele poczciwego i pożytecznego urość może jemu i poddanym jego, ze sprawiedliwości, ze szczodrobliwości, z wielkiego serca, z dobroci, i z inych cnót, które należą bogobojnemu panu; a na drugą stronę jako wiele zelżywości i szkody z niecierpliwości, z łakomstwa, z nikczemności, z nadętości, i z inycli szkaradych przywar przychodzi. Otóż ja tak rozumiem, iż, co muzyka, biesiada, taniec, gra i ine zabawy krotochwilne są jakoby kwiatem, to zasię to nawodzenie pana ku dobremu, a odwodzenie od złego jest prawdziwym owocem tego to dworzaństwa. A iż dank a chwała, która z dobrze czynienia roście, na dwu rzeczach skoro zawisła, s których jedna jest, aby człowiek sobie obrał pewny koniec, ku któremu prowadzić myśli swe i sprawy ma, a ten żeby był prawdziwie dobry; druga rzecz jest, umieć nalesc takie drogi, jakiem; byś mógł łatwie przyść ku temu naznaczonemu końcu iście że umysł tego człowieka, który stara sie o to, aby jego pan nie był ni od kogo oszukali, iżby pochlebców, złych językow, mataczow nie słuchał, iżby znał, co jest dobre, a co złe, a jedno miłował drugie miał w nienawiści, iście, jako powiedam, umysł tego człowieka prowadzi rzecz ku dobremu końcu. Więc ku przyściu do niego są to, jako proste a bite gościńce, godności, a przymioty te, które chanowie Dworzaninowi naznaczyli. I może nimi Dworzanin poratować pana swego, a nie dopuścić, aby go szczęście skazić mogło. Abowiem z wiela błędów, które dzisiejszych czasów widzimy w paniech, te są najwiętsze: nieumiejętność, a mnimanie wielkie o sobie, a korzeń tego dwojga złego iny nie jest, jedno kłam tych ludzi, którzy pany w to mnimanie o sobie wprawują, którą sprośną przywarą słusznie sie i Bóg i ludzie brzydzą, ale nikomu więcej nie szkodzi, jako panom, bo u nich a czego najskępiej ? tego, czego było najhojniej być miało, to jest ludzi tych, którzyby prawdę mówili, a dobrze rzeczy przypominali, bo z nieprzyjaciół nic pobudzi żadnego ktemu miłość, aby sie tej pracej podjął, i owszem, rad temu każdy, kiedy pan ganiebnie żywie, niemając sie nigdy poprawić wolej, a też, jeśliby który z nieprzyjaciół miał chęć do tego, jawnie co wyrwać na pana, a ganić złe postępki jego, pohamuje się, bacząc, iż prędko skaran być może; a s przyjaciół zasię, rzadki, któryby miał przystęp, a ci, co przystęp mają, których więc nic bywa wiele, obawia sie każdy wolnie mówić, a karać tak s przestępków pana, jakoby swoje równią karał; i owszem, chcąc pozyskać łaskę, woli pospolicie to mówić, co miło, chocia źle a nieprzystojnie, niż to, co było mówić przystało. Owa s przyjaciela odmieni sie hnet taki w pochlebcę; a chcąc mieć pożytek z onego wielkiego s panem towarzystwa, i czyni i mówi to, czymby sie panu przylubił, a pospolicie mówi nieprawdę, która nieprawda to w panie zbuduje, iż nietełko rzeczy zwirzchnich, ale sam siebie wiedzieć, ani znać nie będzie, a to jest szkodliwsze i okrutniejsze matactwo, niż które na świecie, bo głupi człowiek oszukiwa sam siebie, a sam sobie jest kłamcą. Stądże to pochodzi, iż panowie mimo to, że nie wiedza prawdy w żadnej rzeczy, upiwszy sie ona swowolną swobodą, która im stąd roście, iż sie pany czują; zawróciwszy sobie mózg dostatkiem, pływając i ledwe nie topiąc sie w roskoszacb, tak sie barzo zdradzają sami, tak sie barzo wnątrz na umyśle każą, widząc iż, im wszytcy ulatają, iż sie im kłaniają, iż ich ledwe nie za bogi chwalą, a iż, żaden nietelko nie napomni, ale ani sie najmniejszym słówkiem sprzeciwi, tak srodze, jakom rzekł, tym sie psują, iż s tego głupstwa wchodzą w dziwną dumę, a w dzierżenie o sobie, za czym ani rady, ani zadania niczyjego na świecie już nie przypuszczają. A co ktemu drugiego, iż tak za to mają, jakoby to barzo łatwia rzecz była, umieć królować, a iż ku temu nie potrzeba inej nauki, abo ćwiczenia, chyba samej władzej a mocy, więc wszytkę swą myśl i staranie na to obracają, aby onę możność w cale zachowali, mnimając, by to było samo prawdziwe na świecie błogosławieństwo, móc czynić, co sie jedno podoba. A przeto niektórzy nie radzi widzą prawa, ani sprawiedliwości, bo sie im tak widzi, żeby sprawiedliwość, gdyby jej strzedz oni mieli, miała być, jako jednym munsztukiem, który by je pohamować, a poniekąd zniewolić miał, i umniejszyć onego bytu, który s panowania aż do nasycenia mają, ani by sie drugi rozumiał mieć całej władzej a doskonałej z opanowaniem możności, jeśliby miał powinien być posłuszeństwo cnocie, poczciwości i przystojeństwu, biorąc to przed się, iż ten, kto podlega czemu, już nie jest zupełnym panem. Przeto ugruntowawszy oni to już w swej głowie, a dając sie uwodzić temu o sobie wielkiemu mnimaniu, podnoszą sie w pychę spodziwną, i oną swą nadętą twarzą, srogością, pompą, szaty, złotem, dyamenty, ktemu chowając sie niemal wszytek czas na pokoju, mnimają, żeby mieli tym przyść w taką powagę i we wziętość do ludzi, żeby je ledwe nie za bogi u siebie mieli. Ale moim zdaniem ci potentaci są w tej mierze prosto jako owe groby w murze zawieszone, bo zwirzchu owdzie nic piękniejszego, marmor osobny, abo miedź, kształt, robota, członki wszytki człowiecze ledwe nie lepiej wyrażone, niż kiedy były żywe, a ktoby tam zasie wnątrz weźrzał, tam niemasz jedno smród, ziemia, proch a kość zbutwiała. Jeszcze tak rzekę, że w gorszej toni są ci panowie, niż takowe groby, bo wdy groby są tak dobrze w mur na fundamencie wprawione, a wnątrz żelazy ujęte, że wypaść a gruchnąć nie mogą, ale panowie, iż nie mają ani pod sobą gruntu, ani wnątrz ujęcia, za oną wagą a ciężarem, który na sobie niosą, muszą sie obalić i klesnąć, a z jednego błędu w niezliczone błędy wniść. Abowicm ich nieumiejętność a głupstwo, stowarzyszywszy sie z onym fałszywym mnimaniem, które wzięli o sobie, jako by nigdy zbłędzić nie mogli, i jakoby ona władza, którą mają, rosła im z rozumu a z umiejętności, przywodzi ich ktcmu, że sie chytają za cudze rzeczy, więc, których jest s to, posiadają państwa, a którzy tyle możności nie mają, swoim poddanym nie patrzając na to, jeśli słusznie, abo nie słusznie, ich własne majętności biorą a wydzierają. Ale by sie który s nich na to dobrze rozmyślił i u siebie tak postanowił i zawarł, że trzeba umieć i czynić dosyć swej powinności a zawołaniu, jestem tego pewien, żeby sie tak barzo zaparł o to, aby nigdy nic panował, jako sie więc wieldze o to stara, aby panował. Bo by mu to wdy musiało przyść na myśl, jako szkarada a szkodliwa rzecz jest, kiedy mają być owce mędrsze, które paść trzeba, niż pasterz, który je paść ma. A nie trzeba, przypatrz sie temu każdy, iż nie umieć śpiewać, nie umieć tańcować, nic to nikomu nie wadzi, a przedsię wstyd by każdego, kto nie umie, kiedy by przed tym, kto umie, śpiewać abo tańcować miał. A z nieumiejętności sprawowania a rządzenia ludzi, jako wiele złego roście, pobicie, zburzenie miast, więzienie, pożoga, spustoszenie ziemie, iż to może nazwać najwiętszą na świecie i najsroższą śmiertelnych ludzi skazą, a wdy niektórzy panowie, niewiedząc nic, co to jest rzędzić ludzie, nie wstydzą się, nie rzekę, przed czworem abo pięciorem osób, ale przed oczyma wszytkiego świata styrować tego okrętu, do którego wielkiego mistrza potrzeba, ani mają na to baczenia, że na tak wysokim miescu zasiedli, iż ludzie wszytcy, nierzkąc wielkie, ale najmniejsze ich obłędy widzą.

Mamy w księgach, iż Cimonowi to przyczytano, jako by go niemiał kufel mierzieć, a Scipiona wielkie spanie; Lucullus zasię, jako by na uczty silny koszt czynić miał.

Ale dałby to pan Bóg, żeby dzisiejszy naszy panowie do takowych grzechów, tak wielkie zasię cnoty przyłączali, jakie ci starego wieku ludzie w sobie mieli, którzy, jeśli sie więc w czym obłądzili, tedy wdy słuchali napominania tych łudzi, o których rozumieli, że ich karać i na dobrą drogę nawieść mogli, a nie telko, iż ich słuchali, ale starali sie s pilnością, aby je przy sobie dla prostowania życia swego i obyczajów mieli. Jako Epaminondas miał Lysiam Pytagorika, którego słuchał; Agesilaus Xenophonta; Scipio Panetiusa, i drugich takich wiele było. Ale by dziś do którego z naszych panów przyszedł s pochmurną postawą Philozoph, abo kto iny, ktoby im s przykra cnotę (tak jaka jest prawdziwie sama w sobie, nie barzo łagodnej twarzy) pokazać i nauczyć ich dobrych obyczajów chciał, i tego, jaki żywot być ma prawego pana, wiem to pewnie, żeby sie hnet zaraz tak nim brzydzono, jako jednym jadowitym wężem, albo by przeszedł w pośmiech, jako nikczemny błazen. Otoż ja ktemu idę, iż, ponieważ dzisiejszych czasów panowie tak są skażeni złym zwyczajem, nieumiejętnością i fałszywym dzierżeniem o sobie; a iż tak barzo trudna rzecz jest, oznajmić im prawdę, a przywieść je ku cnocie, ktemu, iż ludzie nieprawda, pochlebstwem i dziwnemi a nieprzystojnemi rogami starają sie o to, aby do nich w łaskę przyszli; dla tego tedy Dworzanin onemi osobnemi przymioty, które pan Kryski s panem Myszkowskim jemu przypisali, dowiedzie tego łatwie, i powinien będzie w tym czynić wszelakie staranie, że sie wkradnie w łaskę pańską, za którą będzie mógł wolnie, bespiecznie mówić s nim o wszytkim, a nigdy sie nie uprzykrzyć; a będzieli takim, jako sie tu powiedziało, za małą pracą przydzie ktemu, a w rzeczach wszelakich panu oczy otworzy i prawdę snadnie a bez obrazy powie. Nad to jeszcze będzie mógł znienagła, a po trosze wprawować pana w dobrotliwość, uczyć go powścięgliwości, mężności, sprawiedliwości, mierności, pokazując mn na oko, jako wiele słodkości przykryła ta mała gorzkość, której człowiek musi troszkę uczuć, kiedy sie namiętnościam przeciwi, które to namiętności są zawdy szkodliwe, przemierzłe, a za niemi osława, lekkość i hańba w te tropy chodzi, jako za cnotami sława, pociecha i pożytek. Więc, iżby pochopniejszy pan był ku cnotam, spomnieć mu będzie mógł one znaczne na świecie ludzie, one sławne Hetmany, których contrefet to z marmoru, to z miedzi, a czasem i ze złota oni Grekowie, abo Rzymianie starzy uczynić, abo ulać dawszy, na miescach a schodziech pospolitych stawiali; tak wiele dla nieśmiertelnej sławy onych ludzi, jako też dla pobidki a podżogi drugim, iżby sie poczciwą zazdrością ku takiejże sławie pięli.

Tym tedy kształtem powiedzie Dworzanin pana ku cnocie, do której cnoty, iż jest troszkę teskliwa droga, potrząsnie one zieloną trawą, zioły, kwieciem, aby sie nie tak przykra widziała, to jest, raz muzyką, drugi raz koniem, zbroją, zaś trefnością, abo rozmową około miłości i inemi rzeczami, które ci panowie wyliczyli, zabawi umysł pański poczciwie, a przedsię i tu i owdzie wtrąci zawdy w te miłe rzeczy co poważnego, a podydzie pana zdrowym fortylem, jako czynią mądre matki, które chcąc dać dziecięciu wypić dla zdrowia co gorzkiego, kraj tego kubka, s którego pieszczone dziecię pić ma, mażą pospolicie miodem, abo czym słodkim. Otoż, gdy Dworzanin używać w ten sposób będzie tych rzeczy lubych każdego czasu i na każdym miescu, dojdzie onego kresu, onego końca, ku któremu był myśl swą obrócił, a zatym będzie godzien dobrze więtszej chwały i odpłaty, niżby którą iną rzecz znacznie dobrą czynił na świecie, bo żadnej rzeczy niemasz pod słońcem, któraby wszem ludziom wobec tak była dobra i użyteczna, jako jest pan cnotliwy, a zasię żadnej rzeczy niemasz tak złej, a która by barziej wszem wobec ludziom szkodziła, jako pan niesprawiedliwy. Na co patrząc ludzie jeszcze nie naleźli tak srogiej a okrutnej męki, która by sie im widziała być zupełną zapłatą za grzech ten, a niecnotę, kiedy owo sługa, który (bo tego zacnego tytułu Dworzanin taki człowiek nie jest godzien) przymiotów swych dobrych ku temu końcu używa, aby pana swego kaził, odwodząc go od cnoty, a łotrostwem w łaskę do niego przychodząc, abowiem taki człowiek nie w kubek, s którego telko jedna osoba pić by miała, truciznę kładzie; ale studnię, s ktorej wszytcy ludzie czerpają, zaraża śmiertelnym jadem.

Powiedziawszy to pan Wapowski, umilkł.

Zatym rzekł pan Derśniak: Mnie sie to nie zda, panie Wapowski, aby dobroci, powścięgliwości i inych cnót, które chcesz w. m. aby Dworzanin wlał w swego pana, nauczyć sie kto mógł, bo te rzeczy s przyrodzenia a od Boga przychodzą; a iżby to tak było, patrz w. m. na oto to, niemasz tak niepowścięgliwego, złego i a niecnotliwego na świecie człowieka, któryby sie, gdzieby go o to spytano, chciał do tego przyznać, iż jest takim; i owszem każdy, by też był najgorszy, tedy sie za dobrego, za sprawiedliwego, za powścięgliwego chce udać, i ma s tego roskosz, gdy tak o nim ludzie rozumieją, gdzie tym fałszem niktby nie narabiał, kiedyby w cnotach, tak, jako i w inych rzemięsłach wyuczenie było, abowiem niemasz sromoty żadnej, iż kto tego nie umie, czego sie nie uczył, ale sie sromota widzi, kiedy kto tego nie ma, czym s przyrodzenia ozdobion być miał, A dla tego każdy sie o to stara, aby pokrył niedostatek, jeśli jaki ma na ciele, abo na umyśle; co jaśnie widzi w ślepych, w chromych, w ułomnych, iż, chociaż by sie takowa ułomność przyrodzeniu przyczyść mogła, a wszakoż każdego to boli, gdy co takiego widzi w sobie, bo mu sie tak zda, jakoby samoż przyrodzenie takowym ułomkiem, jako jednym piątnym jego złość naznaczyło. Potwirdza też to moje zdanie baśń ona o Epimeteusie, który dary przyrodzone wszytki źwirzętom niemym rozdawszy, ludziom potym co dać niemiał; a dla tego Prometeus, chcąc poratować ludzi, ukradł Minerwie i Wulkanowi on pospołu i z ogniem dowcip, którym ludzie nabywają sobie żywności. Ale mądrości gruntownej, za którą by sie byli ludzie do kupy zgromadzić, a w mieściech zgodnie mieszkać mogli, ukraść nie mógł, bo tę chowano w Zamku Jowiszowym, gdzie Prometeus przed zbytnie czujną strażą przystępić nie mógł. Aż wdy nakoniec Jowisz, użaliwszy sie ubogich ludzi, których sie lwowie, niedźwiedzie, wilcy, przeto, iż roznie mieszkali, ustawicznie najadali, posłał na świat z nieba Merkuryusza, aby niósł ludziom wstyd i sprawiedliwość, żeby te dwie cnocie miasta ozdobiły, i ludzie w zgodę, a w społeczność życia przywiodły, a roskazał tenże Jowisz, iżby Merkuryus nie tak ludziom to rozdawał, jako im rozdane są ine rzemięsła, abo nauki, w których jeden umiejętny wiele nieumiejętnym uczynić dosyć może, jako to lekarz, abo kaznodzieja, ale iżby w każdego człowieka te obiedwie cnocie wszczepił. Nad to rozkazał Merkuryuszowi, żeby uczynił taki statut, iż ktoż by kolwiek niemiał wstydu w sobie a sprawiedliwości, aby ten jako jedna zaraza świata był s pośrzodka ludzi wyjęty i zamordowany.

Otóż w. m. masz, panie Wapowski, iż te cnoty są dane od Boga, ani sie ich nikt nauczyć może.

Na to pan Wapowski powiedział: Owa w. m. panie Dersniaku, tak rozumiesz, iżby ludzie tak byli niefortunni, a skażonego rozsądku, że mogąc zmiękczyć serca okrutnych źwirząt, mogąc to przewieść przemysłem swym, iż ich lwi i niedźwiedzie są posłuszni, mogąc to uczynić, iż ptak leci tam, gdzie mu każą, a bywając wiele kroć na swobodzie, przedsię sie zasię z lasa, z własnego domu, do pięści, do dłuszce, do niewolej wróci, niemieliby moc, abo chcieć sobie pomoc, a ze złego w dobre sie pilnością a staraniem przemienić? Prosto by to tak moim zdaniem było, jako kiedy by Doktorowie wielką pilnością telko sie tego samego uczyli, aby mogli piegi s twarzy, abo słodki strup dziecięciu zegnać, a tego, żeby sie nie uczyli, jako uleczyć febrę, pleurę, i ine ciężkie choroby, co jako by było przeciwko rozumowi, każdy to snadnie obaczyć może. Przeto ja tak rozumiem, iż tych cnót, które ku poczciwemu życiu należą, niemamy ich zupełnie od przyrodzenia, abowiem żadna rzecz niemoże sie przyzwyczaić do tego, co jest przeciwko jej przyrodzeniu; mieć ty kamień sto tysięcy razów wzgórę, przedsię on nigdy sie nie zwyczai sam przez sie wzgórę lecieć; więc gdzieby nam cnoty tak były wrodzone, jako jest wrodzona kamieniowi ciężkość, nigdybyśmy sie źle czynić nie zwyczaili. A zaś też ani grzechy są nam wrodzone takimże sposobem, bo byśmy też nigdy cnotliwemi być nie mogli, i wielka by to bezbożność była, a głupstwo, karać, męczyć, zabijać ludzie o to, co s przyrodzenia a bez człowieczej winy pochodzi. I w tej mierze prawo pospolite najbarziej by sie obłądziło, które złoczyńce nie prze grzech przeszły karze (bo to już prozno, ponieważ co sie sstało, odstać sie nie może), ale dla przyszłego czasu prawo to czyni, aby ten, który zgrzeszył, na potym zgrzeszyć nie mógł, albo iżby swym złym przykładem drugiego nie skaził. Otoż ci, którzy stanowili prawo, tak wdy rozumieli, że cnot ludzie nauczyć sie mogą, a to jest istotna prawda, abowiem sie rodzimy sposobni s przyrodzenia ktemu, iż cnotę w sie przyjąć możem, takież też i niecnotę. Przeto tak w jednym, jako w drugim przychodzimy w nałog ze zwyczaju, tak, iż pirwej czynimy cnotliwie, abo niecnotliwie, toż potym stawamy sie abo cnotliwemi, abo niecnotliwemi. Ale w rzeczach, które s przyrodzenia mamy, inaczej sie to ma, bo pirwej człowiek jest tym, na co go przyrodzenie obrało, toż tego istotnie dopiero używa, jako około smysłów tak włosnie natura sprawiła, bo pirwej to mamy w swej władzej, że możemy widzieć, słyszeć, dotknąć się, toż dopiro widzimy, słyszymy, dotykamy sie, aczkolwiek niektorym rzeczam s tych ćwiczenie siła ozdoby przyniesie. Dla tego dobrzy bakałarze nietelko czytać dzieci małych uczą, ale i inych obyczajków uczciwych, aby w jedzeniu, w piciu, w mowie, w staniu, w chodzeniu przystojnie sobie poczynali. Owa jako w inych rzemięsłach, kto sie chce uczyć, tak w cnotach, kto je ma statecznie pojąć, mistrza mu potrzeba, któryby zdrową nauką i dobrym napominaniem wskrzesił i ożywił w nas one cnoty, których nasienie zamknione w sobie, a utajone mamy, iżby ten mistrz, jako dobry gospodarz onemu nasieniu pomógł, a otworzył mu drogę, wykopawszy około niego zielsko, cirnie, oset, to jest żądze a cielesności nasze, prze które wielekroć człowiek kwitnąć w dobroci nie może, ani dać s siebie onego szczęśliwego owocu, którego samego na świecie wszytcy byśmy sprawiedliwie pragnąć mieli. Tym tedy sposobem w każdym z nas są przyrodzone cnoty, wstyd a sprawiedliwość, o których w. m. powiedasz, że je Jowisz ludziom wszem na świat posłał. Ale jako to nie może być, aby to dziecię miało mówić, ktoreby ludzi nigdy mówiąc nie słychało, chociaż by mu dobrze nic nie schodziło na żadnym smyśle; tak też i te cnoty, które w nas są s przyrodzenia, żadną miarą skutku swego pokazać nie mogą, jeśli im ćwiczenie nie da pomocy. Abowiem kiedy człowiek ma przyść w doskonały nałóg, a cnot używanie, mało mu na samym przyrodzeniu, ale mu trzeba wodza, trzeba zwyczaju, trzeba cudzego rozumu, któryby wypolerował jego rozum, a zjął z umysłu tak jako z oczu bielmo, zasłonę głupstwa a nieumiejętności, s których dwu rzeczy niemal wszytki obłędy a grzechy ludzkie pochodzą, bo gdzieby człowiek, co dobre, a co złe gruntownie znał, każdy by wolał obrać to, co dobrze, niż to, co źle. Przeto cnotę ktoby chciał wyłożyć, co jest w sobie, mógł by ją nazwać mądrością, iż ona wie, rozumie i umie obrać to, co jest dobre, a niecnotę zasię mógł by nazwać głupstwem a nieumiejętnością, która oszukiwa człowieka, a złe za dobre pokazuje, bo nigdy ludzie nie obierają złego tą myślą, aby złe było, ale sie podobieństwem dobrego omylają, mając to za dobre, co sie niczemu nie godzi.

Za tym pan Dersniak powiedział: Przedsię ja wiele ludzi widzę, którzy znają to jaśnie, iż źle czynią, a wdy sie hamować niechcą, to dla tego, iż więcej sobie ważą roskosz terazniejszą, którą czują, niźli karanie, o którym jeszcze wątpią, aby na nie przyść kiedy miało, jako są złodzieje, zbójce i ini złoczyńce.

Odpowiedział pan Wapowski: Prawdziwa roskosz jest zawdy dobra, a prawdziwy boi jest zawdy zły, a przeto ci takowi omylają sie, biorąc fałszywą roskosz za prawdziwą, a prawdziwą boleść biorąc za fałszywą; stądże wiele kroć fałszywą roskoszą przychodzą do prawdziwego bolu. Otóż wdy tego rzemięsła a fortylu, który tę prawdę od fałszu rozeznywa, nauczyć sie jeden może, a cnota, którą obieramy to, co jest dobre, nie to, co sie tak widzi, nic inego nie będzie, jedno sama prawdziwa umiejętność a nauka, która człowieczemu życiu jest pożyteczniejsza, niż która ina na świecie, bo ta ma to w sobie, iż odejmuje głupstwo a niewiadomość, za czym (jako sie powiedziało) wszytko złe roście.

Ku temu powiedział pan Kostka:

Niewiem, panie Wapowski, czemuby tego pan Dersniak pozwolić w. m. miał, aby z głupstwa a z niewiadomości wszytki grzechy rość miały, a iżby niemiało być tych ludzi dosyć, którzy grzesząc wiedzą pewnie, iż grzeszą, ani sie na prawdziwej roskoszy, abo ua prawdziwym bólu kęs jeden mylą. Abowiem to jest rzecz ista, iż ci, którzy sie od grzechu strzymać nie mogą, i zawiemy je niestrzymawałemi, widzą jaśnie, że to, na co je myśl a żądza przeciwko przystojeństwu wiedzie, jest złe a niepoczciwe, a przeto przeciwią sie i zakładają sie rozumem jako jedną tarczą przeciwko chciwości cielesnej, a stąd roście jakoby walka roskoszy a boleści przeciwko rozumnemu rozsądkowi, ale nakoniec rozum zwyciężony od chciwości cielesnej, nieprzyjaciela nader możnego, zapomienie sie, a odpadnie od mocy, nie inaczej, jedno jako ów okręt, który czas niemały przeciwi sie wiatrom na morzu, nakoniec nie mogąc sie gwałtownej nawałności oprzeć, gdy sie powrozy porwą, maszt sie złamie, abo obali, żagle rozerwane spadną, puści sie na fortunę, nie używając już ani styru, ani kompasu, ani żadnej inej rady, aby z niebespieczeństwa onego wyszedł. Wnet tedy takowi Indzie, których rozum przeciwko chciwości walcząc stracił pole, dopuszczają sie grzechów z jakimeś sumnieniem a wahaniem sie, jakoby za niewolą, a na despekt sobie. W czym by iście sumnienia nie mieli, kiedyby nie wiedzieli, iż to, co czynią, jest grzech, ale by tak prosto bez żadnego gryzienia szli za majętnościami, a w ten czas już by nie byli niestrzymawałemi, ale by byli rospustnemi, a rozchełznanemi, co jest daleko gorzej, bo wdy ów, który sie póki poty strzymywa, daleko mniejszego karania godzien, niż ów, który nie oglądając sie na żadną rzecz, żywię, jako jedno bydlę, chciwości swe wszytki na szrot puściwszy. Więc jako niestrzymawałość jest defekt a wada okęszona, bo ma w sobie nieco rozumu, tak zasię powścięgłiwość jest nie prawie doskonała cnota, bo też ma w sobie i to i owo żądzej. Przeto zda mi się, że tego nie może żaden przyczyść niepowścięgliwym, aby z niewiadomości grzeszyli.

Powiedział na to pan Wapowski: Argument a wywód w. m. panie Kostka, nie jest zły, ale zda mi sie, iż więcej w nim postawy, niż wątku. Abowiem, chocia niepowścięgliwi grzeszą wahając sie, a w ich ciele rozum s chciwością walczy, i chocia sie im złe złem, a dobre dobrem widzi, przedsię jednak niemają oni o tym gruntownej a doskonałej wiadomości, ani tego tak znają, jakoby znać mieli. Ale mnimanie to jakieś w nich jest wątłe, za którym pozwalają tego chciwości, aby na rozumie przewiodła. Lecz gdzieby mieli pewną wiadomość, bez wątpienia nigdyby nie zgrzeszyli; bo to, czym wygrawa chciwość na rozumie, nic inego nie jest, jedno głupstwo a niewiadomość, bo wiadomości pewnej affekt nigdy nie zwalczy, który to affekt s ciała, a nie z dusze pochodząc, jeśli jest posłuszny rozumowi, stawa sie cnotą, a zasię, jeśli pod sprawą jego być niechce, stawa sie cnocie nieprzyjacielem. Ale rozum ma tyle mocy, iż smysły człowiecze zawżdy go słuchać muszą, a dziwnym sposobem przejdzie i przeniknie wszędzie, by go jedno głupstwo do tego miesca nie uprzedziło, na którym on sam siedzieć ma. Owa jako powiadam rozum człowieczy ma tyle mocy, iż, chocia on w kościach, żyłach, w członkach nie siedzi, przedsię, kiedy sie ocknie, jako ów jeździec, który dobremu koniowi wodzą potrząsnie, wszytko ciało człowiecze wzrusza ć sie i w sprawie swej stanąć musi; hnet oczy chcą upatrzyć, nogi bieżeć, ręce porwać to, coby jedno umysł kazał. Gdzie tę jego wielką władzą i w tym obaczyć możem; trefuje sie to, iż człowiek pod czas zje co brzydkiego niewiedząc, co mu na on czas, gdy jadł, dla dobrej przyprawy, barzo smakowało, potym dowiedziawszy sie, co zjadł, nietelko sie frasuje, a sam w sobie gryzie, ale i ciało jego zgodzi sie więc z umysłem, iż zarazem by w kilka i dalej dni po onym obiedzie wracać abo krztusić sie musi, jakoby to dopiero teraz zjeść miał.

Prowadził dalej rzecz swoje pan Wapowski, kiedy mu pan Myszkowski przerwał tymi słowy: Jeślim ja dobrze baczył, panie Wapowski, zda mi sie, iżeś w. m. potwierdził tego panu Kostce, iż powścięgliwość nie jest prawie doskonała cnota, a to tym, że ma w sobie nieco żądzej, o czym, iż wolę z w. m. niż s panem Kostką mówić, tak powiedam, że ta cnota, która (ponieważ w naszym ciele jest ta niezgoda miedzy rozumem a chciwością) walczy, a podaje zwycięstwo rozumowi, jest daleko doskonalsza, niż ta, która s chciwością a z afektem o płatne nie czyniąc wygrawa, abowiem mierny człowiek nie dużością, nie mocą strzymawa sie od złego, ale iż wolej, ani chęci niemiał ku źle czynieniu.

Na to pan Wapowski tak powiedział: Który Hetman, panie Myszkowski w. m. sie lepszy widzi, ów li, który stawi bitwę, a będąc w niebespieczeństwie jednak wygra, czy ów, który odjąwszy siłę nieprzyjacielowi przywiedzie go rozumem a fortylmi ktemu, iż. sie bez bitwy podać musi.

Pewna rzecz - odpowiedział pan Myszkowski - iż ten Hetman lepszy jest, który pewnikiem idzie, a bez bitwy wygrawa, by jedno to takie pewne zwycięstwo nie pochodziło z zajęczego serca przeciwnej strony.

Rzekł zasię pan Wapowski: Dobrześ to w. m. osądził. Otoż ja powiedam, iż powścięgliwość jest tak prosto, jako Hetman, który bitwę stawi i mężnie poczynając sobie, choć gwałtowne na sie będzie miał nieprzyjacioły, jednak je zwycięży, acz nie bez wielkiej trudności i niebespieczeństwa. Ale mierność, w której zaburzenia żadnego niemasz, tak jest, jako ten drugi hetman, który bez rozlania krwie wygrawa, i zostaje wszytkiego panem. I tak, gdzie miara jest, nietelko, iż ogień ten żądzy człowieczych utłumi, ale jako ów mądry pan, który w zaburzonym państwie swym rzeczy bacznie uspakaja, buntowniki karze, a rozumowi zwierzchność a władzą dawa, tak ta cnota, nie czyniąc gwałtu żadnego człowieczej woli, pięknym kształtem przywiedzie ją do statecznej dumy, która to duma ku poczciwemu ją skłoni, uspokoi i w dobrej mierze zachowa, tak, iż niemogąc już wola nasza w niczym sobie przeciwną być, ani zaburzenia żadnego uczuć, we wszytkim rozumowi posłuszną sie stanie, kniemu sie wszytka obróci, za nim już dobrowolnie wszędy pójdzie, jako baranek za owcą. Ta tedy cnota jest prawie doskonała, a najbarziej przystoi wielkiemu panu, abowiem wiele inych cnót s siebie wypuszcza.

Zatym pan Lupa tak powiedział: Niewiem, coby to za cnoty przystojne wielkiemu panu s tej mierności wyniknąć miały, gdyż ta, jako w. m. powiedasz, affekty umysłowi odejmuje. Mnichowi abo pustelnikowi rychlej bych rzekł, żeby sie ta cnota zeszła, ale panu wspaniałej myśli, hojnemu, biegłemu w sprawach rycerskich nic po tym; i owszem pan chceli, aby go ci, którym on wskazuje, za co mieli, musi raz dobrocią, drugi raz złością narabiać, musi krzywdy mimo sie nie puszczać, musi to dawać znać, jako go boli, kiedy sie co źle dzieje, a zasię jako mu miło, gdy co dobrze.

Odpowiedział pan Wapowski: Jam tego nie powiedział, aby miara affekty nasze z umysłu wygubić, a do końca wykorzenić miała, ani by to było dobrze, bo i w affekciech to najdzie, co sie przygodzi, ale tak powiedam, iż ta cnota mierność ma ten urząd, przywodzić rozumowi pod posłuszeństwo to, co sie w affekciech poczciwości przeciwi. Otóż, kto by odcinając to affekty niszczył, a do końca w niwecz obracał, barzo by sie w tym obłądził, a było by to prosto tak, jako kiedy by król chcąc pijaństwo pohamować, dał wywołać na sejmie, iżby żaden wina pić nie śmiał, ani inych napojów, które idą w głowę, abo iż czasem człowiek bieżąc padnie, żeby ludziom pod srogim karaniem pomału chodzić kazał. Ale patrzcie na to w. m. iż ci, którzy objeżdżają konie i ku gotowości je ćwiczą, nie odejmują im biegu, ani skakania, lecz chcą, żeby koń w ten czas to czynił, kiedy mu jeździec każe, i tym strychem jako gi on wiedzie. A tak affekty te, które mierność utemporowała, nie są kęs jeden cnocie przeciwne, i owszem ją forytują i podpierają, jako gniew pomaga barzo ku męstwu, nienawiść zasię a niechęć do złych ludzi, sprawiedliwości osłabieć niedopuszcza, takież też i ine cnoty niemałą pomoc mają od affektów, które affekty, kiedyby do końca w człowiecze zgasły, rozum nasz musiał by barzo zemdleć, tak iż ledwe by co sprawić mógł dobrego, jako ów żeglarz na morzu, który okrętowi biegu dać nie może, kiedy niskąd wiatry nie wieją.

Nie dziwuj że sie w. m., panie Lupa, temu, com ja powiedział, iż z mierności wiele inych dobrych cnot płynie, abowiem kiedy już człowiek do tej doskonałości przydzie, iż myśli swe uspokoi, hnet za pomocą rozumu wstąpi weń mężność prawa, za którą wszytki niebespieczeństwa pod nogi sobie włoży sercem nad serce człowiecze. Za tą zasię przydzie sprawiedliwość, przyjaciółka skromności i ludzkiego dobra, panna ona z nieba, wszytkich inych cnot królowa, abowiem uczy nas tego czynić, co przystoi, a od tego nas odwodzi, co przeciwko przystojeństwu. A przeto jest najdoskonalszą i za jej pomocą inych cnot skutki pełnimy, a kto ją ma w sobie, i jemu samemu i drugim siła dobrego przynosi; nakoniec, Jowisz sam, jako powiedają, królestwa swego bez niej nie mógł by dobrze sprawować a rzędzie. Za temi tedy, którem wyliczył cnotami, wspaniała myśl idzie i nieco im przydaje ozdoby, ale ona sama przez sie nie żywię, o kto nie ma inych cnót w sobie, hardym być może, ale człowiekiem wspaniałej myśli nigdy nic będzie. Dopiero on wódz tych przerzeczonych cnot przystąpi, to jest mądrość, która na tym jest, aby to, co jest dobre, obrała. Więc do tego szczęśliwego towarzystwa przyłącza sie tez hojność, czci pragnienie, ludzkość, powaga, skromność, dobrotliwość i wiele cnot inych, których ja teraz wszytkich wyliczyć nie mogę. Ale będzieli sie nasz Dworzanin tak sprawował, jako mu naznaczono, wszytki te najdzie w swym panie, i co dzień o wiecej tego będzie przybywało, s czego Dworzanin wielką roskosz i uciechę poczuje, wspomniawszy na to sobie, iż panu swemu dał nie to, co prostacy dają, to jest jedwab, srebro, złoto, perły, kamienie, (o co bywa pospolicie barzo trudno temu, kto to daje, a temu zaś barzo łatwie, kto to bierze), ale tę cnotę, która snadź miedzy ludzkim na świecie dobrym jest najwiętsza i najtrudniej o nie, to jest, sposób panowania a sprawowania ludzi, jako przystoi, co samo może przywieść ludzie ku błogosławieństwu, a wrócić nazad on złoty wiek, o którym powiedają, że na ten czas był, kiedy Saturnus królował.

Tu gdy troszkę umilkł pan Wapowski, chcąc podobno sobie odpoczynąć, rzekł tak pan Myszkowski: Którzy sie, panie Wapowski, ludzie w. m. zdadzą być szczęśliwszy, a bliższy tego, żeby sie im wrócił nazad ten wiek złoty, któryś w. m. teraz wspomniał, cili, którym jeden pan a dobry, cnotliwy król roskazuje, czy ci, którzy pod zwirzchnością niektórych s pospólstwa wybranych, poczciwych, a pobożnych ludzi żywą.

Odpowiedział pan Wapowski: Ja tak dzierżę, iż to państwo szczęśliwsze jest, gdzie król cnotliwy roskazuje, bo to jest coś podług przyrodzenia; a jeśli sie godzi te ziemskie rzeczy do niebieskich a wiecznych przyrównać, tedy królestwo ziemskie podobne jest królestwu Bożemu, bo pan Bóg sam jeden wszytko, co widzimy, i to, czego nie widzimy, rządzi i sprawuje. Ale puściwszy to na stronę patrz na to każdy, iż porządek w wojsku, porządek około budowania, porządek około okrętu, wszytek zawisł na jednym człowiecze, który roskazuje; także i w naszym ciele, członki wszytki sprawują sie tak, jako im serce każe. Nadto zda mi się, iż to przystoi, aby ludzie tak jednego pana a wodza mieli, jako mają ine źwirzęta, których samo przyrodzenie uczy posłuszeństwa, jako rzeczy nader zdrowej i pożytecznej. Oto jelenie, żórawie, i ini ptacy, kiedy do ciepłych krain w jesieni lecą, zawdy jednego wodza sobie obiorą, za którym idą i są go posłuszni. Pszczoły zasię, prosto jakoby rozum ludzki miały, w takiej czci swego króla mają, jako którzy na świecie pod grozą ludzie. A tak wszytki te rzeczy mnie tego poświadczają, że władza jednego człowieka barziej jest podług przyrodzenia, niż władza abo pospólstwa, abo s pospólstwa wybranych.

Tu pan Kostka, któremu sie zawdy Weneckiej Rzeczypospolitej porządek podobał, tak powiedział: A mnie sie zasię tak widzi, ponieważ pan Bóg swobodę dał człowiekowi za najwiętszy dar na świecie, że nic jest rzecz słuszna, aby one kto jemu odejmować miał, ani to przystoi, iżby jeden człowiek więcej niż drugi używał wolności, co tam musi być, gdzie królowie roskazują, bo oni sami telko są na swobodzie, a poddani pospolicie wszytcy w niewolej. Ale w tym państwie, gdzie nic pod jednego zwierzchnością, ale pod wiele ludzi porządną sprawą ladzie żywą, wdy spólna a pospolita swoboda być musi. A mimo to na sądziech, na sessyach, przy rozbieraniu rzeczy wielkich prędzej sie zawdy jeden człowiek na zdaniu na swym omyli, niż wielka gromada ludzi. Abowiem gniew nienawiść, przyjaźń, przychylność, chciwość, łakomstwo, jednę osobę łatwie zawiedzie i ułowi. Ale gdzie osób jest wiele, tam te rzeczy miesca nie mają, i owszem jako wielka woda abo nigdy abo rzadko sie zatchnie (gdzie przeciw temu mała woda leda za przyczyną hnet sie skazi), tak równie wielkość ludzi zgodnych, chyba za skaraniem Bożym, począć sobie źle nie może.

Cóż też w. m. o źwirzętach powiedział, to na pomoc w. m. nie pójdzie, abowiem ani jelenie, ani żórawie obierają tak sobie jednego króla, żeby tegoż zawdy posłuszni być mieli, i owszem odmieniają oni często te pany, iż raz ten, drugi raz ów naprzód idzie, a tym sposobem rychlej to jest wizerunek Rzeczypospolitej, niż państwa pod jednym królem, bo prawdziwa a umiarkowana wolność taka jest, kiedy ten, co mnie dziś sądził, jutro przedemną pozwany stanie. Więc ani ów przykład o pszczołach tu ma miejsca, bo pszczoły mają króla inego rodzaju, tak, iż g ojaśnie znać miedzy drugiemi. Przeto, ktoby chciał ludziom dać takiego pana, jaki by był godzien sam jeden rozkazować, trzeba by go naleść doskonalszej natury, niż jest człowiecza; jako trzoda ma pasterza, nie s pośrzodku siebie nieme żwirze, ale człowieka, którego rodzaj daleko wyższy jest, niż tych, które on pasie. I w on czas, kiedy Saturnus królował, nie kto iny, jedno onźe sam bogiem będąc, był pasterzem tak ludzi, jako są dziś ludzie pasterzmi bydła. Dla tych. tedy rzeczy ja tak rozumiem, panie Wapowski, iż barziej pragnąć mamy, aby nam Rzeczpospolita roskazowała, niż Książę, abo Król, jedna telko osoba.

Słuchaj w. m. panie Kostka (rzekł zasię pan Wapowski), czym to w. m. wywieść chce, iż tak jest, jako ja powiedam. Państwo każde, jako waszmość wiesz, bywa rządzone abo od jednego człowieka, abo od pewnej liczby osób, s pośrodka ludzi wybranych, Jako je Łacinnicy Optimates zwali, abo od wszytkiego wobec pospólstwa. S którego trojga regimentu każdy jest dobry, póki s kresu swego nic wystąpi, ale kiedy wystąpi, iż s króla stanie sie okrutnik a tyran, abo władza, którą mieli panowie cnotliwi, przydzie w ręce ludzi niecnotliwych, abo kiedy chasa, pospolitą władzą zagubiwszy, stany, urzędy, dygnitarstwa pomieszawszy i zepsowawszy, sama regiment weźmie; tedy miedzy tym wszytkim nigdziej gorzej ludziom, jako pod tyraństwem jednego, czemu sie każdy dobrze przypatrzyć może, widząc Turki, Wołochy, Moskwe, w jako srogiej żywą niewoli. A tak jeśli pod jednego pana zwirzchnością kiedy przystojeństwa swego zapomni, a tyranem zostanie, poddanym najgorzej, pewna rzecz jest, iż pod cnotliwym, a bogobojnym panem poddanym jest najlepiej, bo przeciwnych przyczyn skutki, one też są miedzy sobą przeciwne. A na to, coś w. m. około wolności powiedział, tak powiedam, że tego wolnością nie mamy zwać, iż kto podług swej wolej żywie, ale to jest prawdziwa wolność a swoboda, żyć podług prawa. I niemniej to potrzebna, pożyteczna i wedle przyrodzenia rzecz jest posłuszeństwo, jako i roskazowanie; nakoniec rodzą sie drugie rzeczy ktemu, a natura sama na to je obiera i odłącza, aby roskazowały, jako też i drugie na to wypuszcza, aby były posłuszne. Lecz panowanie dwojakie jest, jedno ostre a gwałtowne, jako jest pańskie przeciwko niewolnikowi, i takowąż też zwierzchność ma dusza nad ciałem; drugie panowanie jest łagodne, gładkie, a znośne, jako kiedy dobrzy królowie poddanym swym podług prawa roskazują, i tymże też kształtem roskazuje rozum chciwości. Więc obadwa te sposoby roskazowania są pożyteczne, abowiem ciało na to sie rodzi, żeby dusze było posłuszne, a chciwość takież, aby była posłuszna rozumu. Ale ci ludzie, którzy sie ni czym inym nie pętają, ni o czym inym nie myślą, jedno żeby ciału swemu wczas wszytek uczynili, tak są rozni od cnotliwych, jako jest rożna dusza od ciała; wszakoż, że są w liczbie rozumnych źwirząt, musimy je przedsię mieć za ludzie, chocia tyle sie ich telko rozum trzyma, abo oni rozumu, co go troszkę zwirzchu znają, bo żeby go używać, abo nim władać mieli, to nigdy nie jest. Ci tedy takowi ludzie s przyrodzenia są niewolniki, i pożyteczniej to im jest w jarzmie chodzić, niż samym roskazować.

Wtym tak rzekł pan Lupa: Nuże, panie Wapowski, a baczni ludzie a cnotliwi, pod jaką zwierzchnością być mają?

Odpowiedział pan Wapowski: Pod taką, w której gwałtu, ani surowości żadnej niemasz, ale wszytko gładce a łagodnie idzie, jako to jest pod królem, więc takowym ludziom godna jest rzecz, aby dawano urzędy, którymby zdołać mogli, aby też i oni roskazować i rzędzić podlejsze w rozumie, niż są sami, mogli, ale tak, iżby główny porządek wszytek i zwirzchnia władza na panu samym zawisła. A iżeś w. m., panie Kostka, powiedział, że łatwiej jedna osoba uwieść sie i skazić może, niż osób wiele, ja ku temu tak mówię, iż też daleko łatwiej jednego cnotliwego i mądrego naleść, a niźli wielu, a cnotliwego i mądrego tego ja chcę rozumieć, który by godzien był być królem, to jest starożytnego domu pana, skłonnego ku cnocie s przyrodzenia i ze sławnej pamięci przodków swoich, wyprawionego i wyćwiczonego w dobrych a pobożnych naukach i obyczajach. Otóż chocia ten nie będzie wyższego rodzaju, niż jest rodzaj człowieczy, jakoś w. m. o królu pszczół powiedział, jednak mając on do przyrodzenia dobrego swego te pomoc, dobre wychowanie, a ktemu rozmawiając często s takim Dworzaninem, jakiego ci panowie formowali, i rozumem jego będąc nieco podparty, stanie sie sprawiedliwym, powścięgliwym miernym, mężnym, mądrym, hojnym, poważnym, nabożnym i dobrotliwym, prze które wysokie cnoty wielkiej sławy i miłości dostanie u ludzi, a u Boga znacznej łaski, za którą łaską naturę człowieczą swą w niebieską naturę przemieni, iż go ludzie rychlej będą mogli zwać ziemskim bogiem, niźli człowiekiem śmiertelnym, abowiem dzierży pan Bóg rękę swą i kocha sie w paniech, lecz nie w takowych, którzy pokazując wielką możność, a władzą swoje, i każąc ledwe nie padać przed sobą, Bogu tym podobni być chcą, ale w takich, którzy mimo tę władzą, za którą mogą to, co chcą, sadzą sie na to, aby też naśladowali pana Boga w dobroci i w mądrości, dzieląc miedzy ludzie, jako dobrzy szafarze te dary, które sami od niego biorą. A tak jako na niebie słońce, miesiąc i ino gwiazdy pokazują światu jako w zwierciedle jakieś podobieństwo a wyobrażenie Boże, tak tu na ziemi dobrze podobniejszy contrafet jest wszechmocnego Boga owi cnotliwi Książęta abo Królowie, którzy sie go boją i miłują, a którzy oną jego pochodnią sprawiedliwości ludziom świecą, przy której jest cień jakiś niebieskiej mądrości. S takiemi królmi Bóg miewa na poły uczciwości, przystojeństwa, świętobliwości i inych błogosławionych dóbr, których ja wyliczyć nie umiem, które to dobra więtsze świadectwo dają mądrości a wszechmocności Bożej, niż słoneczna światłość, abo ten ustawiczny bieg niebieskiej machiny.

Są tedy ludzie poruczeni od Boga panom i podani ich straży, jako owce pastyrzom, a panowie winni mieć pieczą o ich dobre i poczciwe; i cokolwiek na poddane złego, abo dobrego przydzie, rozumieć to mają za swą rzecz własną, a to ma pochodzić z miłości i stąd też, aby Bogu umieli liczbę dać pasterstwa swego. Przeto pan nietelko sam ma być dobry, ale i poddane ma przedziałać ze złych na dobre, jako ów sznur z wagą, co go murarze używają, który nie jedno prosty jest w sobie, ale i tę ścianę prostą uczyni, do której go przystosują. Toż jest wielki znak dobroci pańskiej, kiedy poddani cnotliwie żywą, abowiem poczciwe życie pańskie to samo jest, które kieruje, i na dobre nawodzi poddane, jako jedno najsroższe pisane prawo, i nie może to być inaczej, jedno iż z obyczajów jego wszytcy poddani swe obyczaje formują; ani to podobna rzecz Jest, żeby ten miał dobrze uczyć, kto sam nie umie, abo żeby ten miał porządek czynić, kto sam nie rządny, albo w błocie kto leży, żeby miał drugiego wydźwignąć s niego. A tak jeśli Książę, abo Król temu wszytkiemu będzie chciał uczynić dosyć, musi sie o to pilnie starać, aby mógł i umiał, a potym, aby sam sie w sobie umiarkowawszy, zachował przeciwko każdemu tak w prawnych, jako też i nie w prawnych rzeczach słuszność (iż tak mam rzec), a z baczeniem przystojeństwo, czego trudno, aby sie wszytkiego s ksiąg, abo s pisanego prawa nauczyć miał, ale musi to mieć w sercu swym, musi w nocy i we dnie o tym myślić, jakoby poddani jego kwitnęli, a żaden s nich przezprawia nie uczuł. Owa przyrodzony i nabyty rozum, ktemu cnota muszą go do wszytkiego wieść, i w nim ustawicznie mieszkać, oddalając od niego ów zawrót, a niestworność w głowie, jaką czują ladzie niepowścięgliwi, którzy, iż ich z jednej strony przyciska i dławi głupstwo a nieumiejętność, z drugiej zasię strony frasunek a trapienie s tego, iż chcą woli a żądzy swej bezecnej czynić we wszytkim dosyć, więc muszą mieć pomieszane a nadzwyczaj dziwne i przykre myśli w swym ciele, jako kiedy owo kto śpi a straszliwe sny nań przychodzą. Otóż gdy do złej wolej więtsza jeszcze możność przystąpi, tam dopiero więcej przybędzie frasunków; a to ktemu jeszcze iż kiedy pan wszytko to może, co chce, tedy na ten czas trzeba sie obawiać, aby tego nie zachciał, co nie przystoi. Przeto Bias dobrze mówił, iż urząd pokaże człowieka, bo jako beczka, póki w niej nic nie masz, poty nie znać, by gdzie ciec miała, a skoro ją naleją, ali sie hnet s kilka stron sączy, tak źli a skażeni ludzie rzadko sie czym nieprzystojnym popiszą, aż dopiero, kiedy na urząd wnidą, a objedzą sie władzej, bo w ten czas już nie mają s to siły, aby tak wielki ciężar wielmożności znieść na sobie mogli; przeto zapomniawszy sie odejdą od rozumu, i wnet poczną używać hardości, gniewu, łakomstwa, zuchwalstwa, i wszytkich inych obyczajów i niecnot tyrańskich. A za tym staną sie nieprzyjacielmi cnotliwym ludziom, a łotry będą wywyższać; ani tego ścirpią, aby miedzy poddanymi była przyjaźń, spółka, abo towarzystwo, ale będą woleć widzieć miedzy nimi niesnaski, niechęci i nienawiści. Tu hnet najdą takie wyżły, którzyby wszędy wyłowili, którzyby podsłuchiwali, którzyby nosili nowinki, którzyby siać nieprzyjaźń miedzy ludźmi, spotwarzać, nakoniec i zabić, gdzieby tego potrzeba, umieli, a to dla tego panowie czynią, aby poddani stracili serce i za swoim rozerwaniem a niestworą nie byli panom potężni. Skąd potym wielkie szkody i upadki przychodzą na mizerne ludzie i wielekroć srogie mordy, abo zasię ustawiczny strach na oneż same tyrany. Abowiem cnotliwi królowie nie o sie sie sami boją, ale o te, którzy są pod ich mocą; a tyranowie tychże sie samych boją, którym roskazują. A przeto, im więcej ludzi pod nimi, im więcej państw, im sie wyższej podniosła ich możność tym więtsza liczbę wnętrznych nieprzyjaciół mają, i barziej sie dać o sie muszą. Co rozumiecie w. m. w jakim mógł bywać strachu on Clearch tyran, każdy ten raz, kiedy wyszedł na rynek, abo na ucztę do kogo, abo na jakie miesce miedzy wielką zgraję ludzi, gdyż (jako o nim piszą) aż w zamknionej skrzyni jako wąż w jamie legał? Abo i on drugi Aristodemus na imię, który z własnego łoża uczynił był sobie turmę, bo w pałacu swoim dał był na powietrzu zawiesić komoreczkę małą tak wysoko, gdzie aż po drabinie musiał chodzić, a tam spólne z białągłową swoją miewał łoże, której matka w wieczór odejmowała drabinę, a rano ją przystawiała. Nędzne to było takie panowanie, a jakiego bogobojnemu panu namniej nie potrzeba, gdyż tego zdrowie za cnotliwemi jego sprawami milsze i droższe zawdy u poddanych będzie, niż własne zdrowie ich samych.

A przeto dobry król straży ludzi zbrojnych, zamykania niezwyczajnego i inej pieczy około ciała swego zaniecha, a wolny, swobodny, bespieczny żywot powiedzie, a ktemu tak postanowiony, jakoby częścią był w rozmyślaniu rozumnym, co Łacinnicy contemplatią zową, częścią w sprawach a dzielności; i tyle obojga s tych patrzał, ile tego ku dobremu a poczciwemu poddanych swych będzie potrzeba.

Tu rzekł pan Lupa: Cożeś to zaś w. m., panie Wapowski, za contemplatią na króla wyrwał?

Odpowiedział pan Wapowski: Są, panie Lupa, jedni ludzie na świecie, którzy telko sie około bystrości rozumu i subtylnie obaczania rzeczy pętają; drudzy zasię są, którzy telko około spraw a dzielności; otóż obadwa te żywoty Łacinnicy na activam a contemplativam vitam rozdzielili.

Zatym pan Dersniak spytał: Któryż tedy s tych dwu żywotów, panie Wapowski, wielkiemu panu barziej przystoi ?

Powiedział tak na to, rośmiawszy się, pan Wapowski: Wierę w. m. podobno mnimacie, abych sie ja za tego to osobnego Dworzanina wydawał, który tak wiele rzeczy ma być pełen, i onych ma ku temu dobremu końcu, jakom powiedział, użyć. Ale pomnicie sie w. m iż pan Kryski s panem Myszkowskim s takiemi przymioty Dworzanina wymalowali, jakowych we mnie pewnie niemasz.

A tak starajmy sie, abyśmy takiego Dworzanina pirwej naleźli, co kiedy będzie, ja sie nań, i w tym i w inych wszytkich rzeczach, które zwierzchniemu panu należą, zdawam.

Zaś powiedział pan Dersniak: Jeśli czego s tych rzeczy, które Dworzaninowi są przypisane w. m. nie dostawa, tedy podobno tego, na czym niewiele należy, jako to taniec, muzyka, abo co takiego, ale więtsze rzeczy, to jest te, które ku wyćwiczeniu i postanowieniu pana na gruncie cnoty należą, mym zdaniem są w w. m. wszytki.

Powiedział ktemu pan Wapowski: I tych rzeczy lekko pokładać nie trzeba, któremi Dworzanin może przyść do łaski pańskiej, której laski (jakom powiedział) trzeba, aby był Dworzanin pewien pirwej, niż sie tego ma ważyć, aby pana uczył cnoty, bo mi sie tak widzi, żem to gruntownie w. miłościam wywiódł, iż onej nauczyć sie jeden może. A jako ta wiele pomaga, tak głupstwo, s którego niecnota roście, i to, iż człowiek siła a obłędliwie rozumie, osobie, wiele szkodzi. A przeto, niechaj tu już będzie mej mowy koniec, bo mi sie zda, żem więcej powiedział, niżem był obiecał.

Zatym pan Lubelski rzekł w te słowa: Tym więcej my wszytcy w. m. zostaniem powinni, im więtsza będzie uczynność w. m. niż obietnica. Przeto, niechaj w. m. ciężko nie będzie, odpowiedzieć panu Dersniakowi na jego pytanie, a przy tym i to niechaj będzie, abyś nam w. m. powiedział, czegobyś w. m. pana tego, do którego byś teraz przystał, jeśliby uczyciela potrzebował, uczył. A już to tak w. m. połóż, jakobyś też doskonale przyszedł ku łasce jego, to jest, żebyś mu bez żadnej przestrogi mógł we wszytkim zdanie swe powiedzieć.

Ku temu pan Wapowski powiedział: Bych którego s tych panów, które wiem, łaskę znał, a chciał mu wolnie to, co mi sie widzi, powiedzieć, wiem pewnie, iżbych prędko s tej łaski wypadł, a mimo to niewiem, jakim bych ja był jego nauczycielem, który przed tym nic sam nie umiem. Wszakoż, gdy mi to w. m. każesz, abych panu Dersniakowi odpowiedział, tak to podług mego widzenia powiem. Iż zwierzchni panowie, Królowie, Książęta mają oboj ten żywot mieć przed sobą, ale barziej ten, który sie około subtylnie obaczania rzeczy bawi, abowiem ten na dwie części rozdzielon w nich jest, s których jedna na tym zawisła, aby umieli dobrze poznać, uważyć i rozebrać każdą rzecz u siebie, a druga część na tym jest, aby nie przeko roskazowali, ale tym kształtem, jako przystoi, miejsce i czas obaczając, ktemu, iżby roskazowali rzeczy słuszne, przystojne, i te, których zwierzchność i władzą mają, a iżby ten, komu wskażą, słusznie ono wypełnić musiał. O tymżeć mówił Król J. M. stary, kiedy powiedał, iż kto umie roskazować, tego zawdy słuchają, a roskazowanie jest zawdy główną powinnością królewską. Wszakoż przedsię Król i tedy i owędy okiem swym doźrzeć, a być przy tym, kiedy sie roskazaniu jego exequutia dzieje, powinien, i podług czasu a potrzeby sam sie też za niektóre rzeczy jąć ma. A w tym królewskim dozorze i poniekąd pracy najdzie sie on drugi żywot, który activam vitam zową; ale koniec jego vita contemplativa będzie, jako jest koniec wojny pokój, a koniec pracej odpoczywanie. Więc i to też jest powinność dobrego króla, żeby taki porządek uczynił w swej ziemi, żeby tak prawem wszytko obwarował, jako-by poddani czasu pokoju poczciwie nabytego żyli we wszelakim bespieczenstwie, używając ze czcią tego końca prac swoich, który jest dobra myśl a odpoczywanie. Abowiem dosyć takich panów na świecie było, którzy czasu wojny pospołu s poddanymi swymi znacznie kwitnęli, a potym, gdy przyszedł pokój, wszytko sie w niwecz obróciło, i poddani znikczemnieli, i pan stracił wziętość, powagę i świetność swoje, jako żelazo, gdy nim nie robią.

A to ni przecz inego nie przyszło, jedno że nie był taki porządek czasu pokoja, jakiego było potrzeba, ani umieli ludzie użyć onego lostu ku swemu dobremu, który im był za pokojem przyszedł; a panu nie starać sie o to, aby wdy kiedy był wojny koniec, nie barzo mu to przystoi, i chocia by też przystało, niewiem, jako by jego nakład starczył. Acz drudzy królowie mają za to, jakoby pirwsza a główniejsza ich powinność ta była, starać sie o zhołdowanie graniczników swoich, przeto zaprawują ludzie w mordy, w łupiestwo i w ine okrucieństwa, słodząc im rzeczy takowe, nietelko upominki, ale poczciwością, bo tego nazywają cnotliwym człowiekiem, poczciwym sługą, kto sie najlepiej obłowi. Stądże był on zwyczaj u starodawnych Tatarów, iż s tej czasze, której jeden drugiemu na biesiedzie kolejką pijąc podawał, nie był godzien ten człowiek pić, który nieprzyjaciela ręką swą nie zabił; a u drugich narodów tak sie zachowywało, że około grobu tyle wysokich filarów stawiano, ile on pogrzebiony głów zamordował. Wszytki te rzeczy, i tym podobne dla tego wymyślano, żeby ludzie waleczni byli, za czymby opanowanie drugich ludzi przyść mogło, a to była rzecz jakoby niepodobna, gdyż by temu nie pirwej kto dosyć uczynił, ażby musiał wszytek świat zwalczyć. Więc ani to jest podług zakonu przyrodzonego, aby człowiek miał tego w drugim pragnąć, czego w sobie nie rad by widział.

A tak pomazaniec Boży, abo zwierzchni pan każdy starać sie będzie, iżby jego poddam byli waleczni, nie dla tego, aby szeroko roskazował, ale dla tego, iżby i siebie i poddane swe obronić mógł od tych nieprzyjaciół, którzy by je hołdować, abo krzywdzić chcieli. Abo też, żeby mógł złe Króle, Tyrany, Książęta wycisnąć i wygnać, a te ludzie podług przystojeństwa rzędzić, którzy pod nimi w nędzy a niewolej byli. Albo też, iżby owe ludzie zniewolić mógł, którzy złym przyrodzeniem swym niewolej są godni. A wszakoż tą myślą, żeby przedsię pod dobrą sprawą zażywali pokoju, odpoczynku i pociechy. Jako i prawa wszytki ku temu stosować i wieść mamy, aby urząd złe łudzi karał, nie z nienawiści, jedno żeby złemi nie byli, a dobrym pokój pospolity burząc nie byli ku przekazie. Bo zaprawdę nie było by co chwalić, kiedy by ludzie telko czasu wojny (która przez sie złą jest) sprawą, czujnością, męstwem czynili swemu dosyć; a zasię czasu pokoja (który jest przez sie dobry), żeby prze głupstwo a nikczemność niemieli umieć zażyć dobrej chwile. A przeto, jako pod czasem wojny ludzie zaprządz mają we cnoty pożyteczne i potrzebne, aby przyszli ku pokojewi, który jest końcem wojny, tak zasię czasu pokoju, iżby przyszli ku spokojnej myśli, która jest końcem pokoja, mają wziąć przed sie uczciwe cnoty, gdyż pożytek dla poczciwości, jako dla samego tego końca na świat sie rodzi. A tym sposobem poddani będą dobrzy, i pan daleko najdzie więcej, co w nich chwalić i nagradzać, niż ganić abo karać. Toż to będzie państwo szczęśliwe, bo już pan dobrym będąc, s poddanemi cnotliwemi, nie surowie jako z niewolniki, ale gładce a łaskawie, jako dobry ojciec z dobremi syny obchodzić sie musi.

Tu zaś pan Dersniak to powiedział: Radbych ja wiedział, panie Wapowski, które to są cnoty pożyteczne i potrzebne czasu wojny, a które uczciwe czasu pokoja.

Odpowiedział pan Wapowski: Wszytki są dobre i użyteczne, abowiem ku dobremu sie końcu ściągają. Wszakoż czasu wojny siła należy na onej rozumnej śmiałości, która śmiałość z wielkiego serca pochodząc, a wykorzeniając s człowieka przyrodzone doległości i myśli strestane tak go umocnić może, iż nie telko sie nie lękać niebespieczeństwa, ale go ani sobie kęs jeden ważyć będzie. Do tej mężności stałość przysłuży, także też pożyteczna czasu wojny cnota, abo i ona cirpliwość, której to jest przyrodzenie wytrwać nie z zamarszczoną twarzą wszytki stosy przeciwnej fortuny. Przystoi też człowiekowi, aby czasu wojny, abo i zawdy miał wszytki cnoty, które sie ku uczciwości ściągają, jako jest sprawiedliwość, powścięgliwość i mierność, ale daleko więcej czasu pokoja, źli abowiem ludzie w dobrym bycie, kiedy im szczęście ze wsząd pędzi, ze wsząd nagania, pospolicie sie odmieniają i stawają sie niesprawiedliwemi, niepowścięgliwemi i ustawicznemi w dziwnych a nieprzystojnych roskoszach. Przeto tym, którzy są w szczęściu, najwięcej tych cnot potrzeba, bo pokój a próżnowanie wieldzy to są skaźce człowieczy. Stądże były często w uściech u starych ludzi słowa one: Chcesz - prawi - abyć sie niewolnik abo sługa nie skaził, niechaj zawdy ma co czynić. I one piramidy w Egipcie dla tego budowano, aby ludzie byli w ustawicznej robocie, abowiem wiele dobrego s tego każdemu roście, kto sie pracować zwyczai. Nalazło by sie jeszcze i inych siła cnot, człowieczemu dobremu należytych, ale poty już niechaj kres tego wyliczania będzie, bo gdzie by mnie s to było, żebym panu swemu wychowanie dać, a jego tak dobremi drogami, jakie sie tu zdaleka pokazały ku cnotam świętym wieść miał, chociaż bych już do tego więcej nie przyłożył, zdało by mi sie przedsię, żem ku onemu końcu przyszedł, który ma przed sobą mieć cnotliwy Dworzanin.

Hnet k temu pan Dersniak tak powiedział: Iźeś tu w. m. wychowanie często spominał i chwalił, i dałeś to nam w. m. tak rozumieć, jakoby to miała być gwałtowna przyczyna, iż sie człowiek cnotliwym stawa, przeto radbych ja wiedział, jeśli to (iż tak rzekę) ochmistrzowanie dworzaninowe ma sie stąd począć, iżby pana takich obyczajów zwyczaił, które by go same, gdzie by sie on nie obaczył, cnotliwie żyć zliczyły, czyli ma Dworzanin hnet s przodku mądrze to wywieść i pokazać panu, co jest złe, a co dobre, i tak mu gruntownie jedno schwalić, a drugie zganić, że by sie zaraz dobrego jął, a złe opuścił. Owa zgoła, jeśli za namową a rozumnemi wywody zacząć sie i postanowić w panie cnoty mają, czy za zwyczajem.

Odpowiedział pan Wapowski: W długą mnie to W. M. zawieść chcesz; wszakoż, aby sie w. m. nie zdało, iż dla tego ustaję, że mi sie odpowiedać nie chce, tak to powiem. Ciało a dusza są dwie rzeczy, a dusza zasię dzieli sie na dwie części; jedna część jest, która ma w sobie rozum, a druga, która ma w sobie chcenie; otóż, jako kiedy sie człowiek w żywocie zacznie, pirwej zawdy natura podlejszą część, to Jest ciało sformuje, toż dopiro dusza tam wnidzie; tak też zasię pirwej ta część dusze podlejsza, w której sie chcenie zamyka, w nas nastawa, toż dopiero ta część, która ma w sobie rozum, na jaśnią w nas wynidzie; co znacznie widzimy w dzieciach, które hnet urodziwszy sie, i zachcieć tego, co im lubo, i gniewać sie, gdy im co przykro, umieją, a rozum potym nie rychło tam przystąpi. Przeto potrzeba pirwej mieć pieczą o ciele, toż dopiero o duszy, i pirwe, o żądzy, potym o rozumie. Ale to staranie o ciele nie dla ciała jedno dla dusze, takież też piecza o źądzej, iście nie dla żądzej, ale dla rozumu ma być czyniona. Bo jako przyrodzony rozum za nauką doskonalszy bywa, tak zasię wrodzona dobroć za zwyczajem doskonalsza sie sstawa. A tak Dworzanin zwyczajem naprzód ma włudzić w pana cnoty, który to zwyczaj będzie mógł żądze a chciwości, póki gruntowny rozum nie przyspieje, rzędzić i ku dobremu nakierować. A to kiedy Dworzanin sprawi, tedy dopiero wszytko ono ugruntują mądre słowa jego a pańskie pojęcie i wyrozumienie, które wyrozumienie prawda, iż więc nierychło rozświeci w głowie, ale zasię tak wiele przynosi s sobą dobrego, iż człowiek, który sie pirwej dobrze wprawił w one obyczaje (na których moim zdaniem wszytko należy), doskonalej potym cnot ożywię.

Powiedział tu zaś pan Dersniak: Niż dalej w. m. zajdziesz, powiedz nam w. m. co za piecza ma być około ciała, ponieważ pirwej o nim, niż o duszy myślić w. m. każesz.

Odpowiedział śmiejąc sie pan Wapowski: Pytaj tych w. m., którzy za roskosznym chowaniem dobrze utyli, bo moje ciało, jako w. m. widzisz, nie zbytnie tłuste. Wszakoż i o tym mogłoby sie szyroce mówić, jako i o żenie, którego czasu człowiek pojąć ją ma, aby synowie, ani nazbyt daleko byli od lat ojcowskich, ani też przyliż blisko. Zasię około ćwiczenia i chowania ich hnet od dziecinnych lat aż do męskich, aby wzrost był kształtowny, i zdrowie i siła.

Rzekł pan Dersniak: Widzi mi się, iż dla piękności, a urody męźczyznskiej barzo by sie podobała białymgłowam ona pospolitość a pomieszanie krwie, jako Plato w swych księgach stanowi, i onymże kształtem.

Powiedział na to pan Kostka: Tak sie było postanowiło, iż ku krzywdzie białymgłowam nikt już więcej mówić nie miał.

Odpowiedział pan Dersniak: Nic tu niemasz białymgłowam ku krzywdzie, i owszem jest im to ku czci, co ja powiedam, żeby sie im to łatwie podobało, co Plato, człowiek tak wielki, wynalazł.

W tym rzekł pan Myszkowski: Ba, mówmy trochę o tym, dobrzeli by też to było, gdyby król który taki podług Platonowego widzenia | porządek uczyniwszy, utwirdził gi srogim statutem. Ale podobno pana Wapowskiego rzeczy jeszcze nie koniec.

Odpowiedział pan Wapowski: To, com ja tu krótko powiedział, snadź by już pana tak jako którego dzisiejszych czasów uczynić dobrego mogło, wszakże, ktoby chciał w każdą rzecz subtylnym okiem weźrzeć, było by jeszcze siła co mówić.

Zatym rzekł J. M. pan Maciejowski: Niebądź w. m. z tym drog, co w, m. nic nie kosztuje, a wypowiedz nam w. m. wszytko to, czegobyś uczył tego to wyższej dostojności pana.

Odpowiedział pan Wapowski: Bym ja jedno tak wiele umiał, jakobych pana uczyć chciał, a miedzy inemi rzeczami chciałbych, aby sobie pan obrał z pośrodka zacniejszej ślachty pewną liczbę mądrych ludzi, s któremi by o wszytkich rzeczach radzić mógł, jedno żeby ci niechaj nie byli malowanemi pany, a telko dla ozdoby Majestatu, jako Moskiewski kniaś ma wielką radę, a żadnego s tego wielkiego koła rady nigdy nie słucha, ale niechajby tych panów słowa szły w posłuch, a dawszy im pan tę swobodę, żeby o wszytkim wolnie s nim mówili, niechajże by to znać było, iż we wszytkich rzeczach prawdę chce wiedzieć, i one same miłuje, a temu jest nieprzyjacielem, kto, ine rozumiejąc a ine ku smaku mówiąc, prawdę tłumi. Jeszczeby mi sie też i to widziało, żeby pan obrał drugą mniejszą radę, która by sie nie w wielkich, a głównych, ale w domowych a potocznych rzeczach s starszym kołem porozumiewała, na kształt tego, jako u nas są posłowie, bo posłowie coś inego są, niż ta rada, o której ja teraz mówię. Otóż s pana jako z głowy, a s ślachty i s pospólstwa jako s członków stanęłoby cale jedno ciało, nad którym ciałem pirwszą zwirzchność niechajby miał Król, a wtóra i ostatnią drudzy, jako są które ślachetniejsze, abo podlejsze członki. I hnet w takim postanowieniu nalazłaby sie ona trojaka, a ku dobremu spojona zwierzchność nad ludźmi, o której sie pirwej mówiło, to jest królewska, pańska i pospolitego człowieka. Przy tym też i to bych panu pokazał, jako miedzy wszytkim staraniem, które on powinien czynić o dobre poddanych swych, żadne nie jest pilniejsze, jako to, aby w ziemi jego była sprawiedliwość, dla czego trzeba obierać na sądy ludzie mądre, dobre i których by cnota jasna u ludzi była, bo to jest prawdziwa mądrość, która sie od cnoty nie odstrzelą, a inaczej tedy nie jest mądrość, ale chytrość przewrotna. Otóż, gdzie tej rozumem cnoty na sądzie niemasz, tam rosciągają szeroko źli prokuratorowie swoje proporce i wykręcają dekreta, statut szpecą, prawo niszczą i w niwecz obracają; a w tym wszytkim nikt iny nie winien, jedno ten, kto niegodne ludzi na stolice sądowe wsadza.

I tego bym też powiedzieć nie zaniechał, co sie w sprawiedliwości zamyka, jako jest bojaźń Boża i gorące kniemu serce, które acz każdy człowiek mieć powinien, ale Królowie, Książęta daleko barziej, bo na tych sprawy pilniej Bóg patrzy, a oni swoje postępki ku niemu, jako ku najpewniejszemu celowi obracać wszytki mają. A chocia pana Boga na każdy czas czcić i miłować im przystoi, ale w szczęściu dobrze więcej, niż kiedy inedy, to dlatego, aby go mogli w przeciwnym szczęściu słuszniej i z lepszym ufaniem o łaskę a o miłosierdzie prosić. Abowiem nie jest to podobna rzecz, aby kto mógł dobrze rzędzić, abo siebie abo kogo drugiego, bez Bożej pomocy. Który to pan Bóg niekiedy posyła fortunę cnotliwym, aby je z niebespieczeństwa wyrwała, a drugdy też posyła nieszczęście, aby w dobrym bycie człowiek nie zasnął, zapomniawszy pana swego, i onej od niego danej mądrości, bo ta wielokroć szczęścia nakieruje, jako dobry gracz, gdy mu kostka na warcabnicy źle stanie, dobrym daniem sobie pomoże. Ku temu jeszcze i to bych panu swemu przypomniał, aby był statecznie nabożnym, bez owego bożkowania, a lizania obrazków; przy tym też, aby sie nie wdawał w czarnoksięstwa, w czary i w ine wieszczby, a wróżki próżne, abowiem gdzieby ku statecznej mądrości, miłość serdeczną pana Boga a nabożeństwo przyłączył, musiałby mieć i szczęście i Boga obrońcą siebie, któryby mu przymnażał wszytkich fortun tak czasu wojny, jako też czasu pokoja.

Nadto chciałbym, aby ten zwirzchni pan miłował Patryą i poddane swoje, a nie chował ich w niewoli, to dla tego, iżby sie przeciwko niemu nie zjątrzyli, s czego więc bunty, sprzysięgania i ine złe rzeczy rostą; ani też zasię w zbytniej swobodzie, aby w lekką cenę do nich nie przyszedł, za czym idzie swowoleństwo, zaniedbanie Boga, podeptanie prawa, rospusta, łupiestwo, złodziejstwo, i częstokroć upadek wszytkiego Królestwa.

Przyszło mi też to na myśl. Królowie, Książęta, prawda, iż powinowatych między poddanemi nie mają, a wszakoż, gdzieby sie i to kiedyś trefiło, pokazałbym to panu, jako by je miłować miał, zachowując miedzy wszytkiemi w niektórych rzeczach, jako w sprawiedliwości, w swobodzie, piękne porównanie, a w niektórych też rzeczach słuszne jednego nad drugiego wywyższenie, jako to w hojności, w płaceniu posług, w rozdawaniu dygnitarstw podług godności i nierównych zasług, które to zasługi tak zawdy mają być szczodrze płacone, iżby hojność a nagroda za nie rychlej wybijała s kloby, niźliby co niedoważać miała.

A gdyby sie tak pan sprawował, nietelko by miał miłość u poddanych, ale ledwe by go za Boga nie chwalili. Więc już takiemu panu gwardyej s cudzoziemców, jaką pospolicie włoskie książęta miewają, namniejby nie trzeba, bo właśni poddani, sami dla swego dobrego strzegli by zdrowia jego, i prze nie siła kroć byli by umrzeć gotowi.

Prawa też pospolitego strzegł by każdy, gdyby widział, iż pan sam nic z niego nie występuje, i owszem go strzeże, broni i w pełnej mierze ono zachowuje. Za czym poddani wzięliby o nim to pewne mnimanie, iż chociaby sie pod czas co troszkę przeciw prawu wykroczyło, każdy by przedsię rozumiał, że to pan ku dobremu końcowi czyni, i nie w mniejszej by uczciwości było rozkazanie a wola jego, niż zdawna uchwalony statut, a tym dopiero wszytko by sie w ziemi umiarkowało, iż dobrzy ludzie bespiecznie źywąc nie wspinaliby sie nad potrzebę ku bohactwu, a źli zasię tedyby niemogli, abowiem siłakroć poddanych bogactwa niepomierne, państwa, księstwa, królestwa i monarchie gubią. A co inego Węgierską Ziemię ze wna wywróciło, jedno nie zbytnie bogactwa, a zły porządek? a przeto mnie by sie widziało tak lepiej, kiedyby miedzy poddanemi więtsza ich część była ani nader bogatych, ani barzo ubogich, abowiem bogactwo pospolicie rospycha człowieka, i uczyni go hardym i upornym, a ubóstwo zasię lekkim i ku zdradzie skłonnym. Ale w miernym dostatku ludzie, niemając sobie czego zaźrzeć, żywą bespiecznie, a jeden pod drugim dołu nie kopa; a gdy tych będzie więtsza liczba, będą też bez chyby silniejszy tak iż ani bogatym, ani ubogim rozwieść sie nie dopuszczą, iżby, abo przeciwko panu, abo przeciwko urzędom buntować sie a rozruch w ziemi czynić mogli.

Już tedy i to, i co drugiego ktemu niechajby miał pan za jedno lekarstwo przeciwko temu, żeby poddani nowych rzeczy w państwie zaczynać, abo nowego pana pragnąć nie mogli, co więc pospolicie czyniąc abo dla poprawienia swych fortun, abo dla powyższenia stanu, abo też chcąc ujść jakiej szkody, upadku, lekkości za taką odmianą. A ta zła wola niekiedy roście, częścią z nienawiści a gniewu prze jakie nieznośne od pana krzywdy abo zelżenie, prze łakomstwo, łupiestwo, pychę, okrucieństwo i rospustne życie jego, częścią też pod czas kiedy sie pan niedbałością swoją a puszczeniem wszytkiego na szrot u nich zelży, iż go sobie za nic mieć poczną. Ale ktemu nigdy nie przydzie, kiedy pan pozyszcze sobie u poddanych miłość i wziętość; a pozyszcze to oboje tym sposobem sobie, kiedy będzie dobre wywyższał i pomierne bogacił, a zasię, gdy będzie mądrze zabiegał temu, a nakoniec by też i surowości nieco przyłożyć, jakoby źli i burzliwi ludzie nigdy w ziemi jego możni nie byli, wiedząc to, iż łatwiej jest takowym burzliwym ludziom nie dopuścić uróść, niż, kiedy już wielkimi urostą, chcieć im dopiro rogów ucierać. Więc bych jeszcze ktemu tego dotknął, iż chciał li by pan, aby poddani i w to i w co inego nieprzystojnego siebie nie zawiedli, niechajżeby je w dobre zwyczaje zaprawił, a od złych odwiódł, zwłaszcza od tych, które sie znienagła w ludzie wkradają, bo te są jako jad pokryty, abe powietrze morowe, gdyż tak niewidomie zabijają ludzie, że nierzkąc lekarstwy zabieżeć złemu, ale ani go człowiek poznać, aż przy ostatnim punkcie śmierci, gdzie już syrop niepłatny, może. I śmiem to twirdzić, iż prędzej obyczaje złe w ludziech państwo i królestwo każde skażą i w niwecz obrócą, niż nieprzyjaciel gwałtowny, któryby sie z wielkim wojskiem na nie obórzył.

Na ostatek i to bych panu przypomniał, aby sie starał o spokojny a bespieczny żywot poddanych swoich, a ktemu żeby żadnemu na dobrach umysłu, ciała i fortun nie schodziło; ale jako umysł człowieczy daleko zacniejszy jest niż ciało abo fortuna, tak też dobra fortuny i ciała dla tego mają być pożądane, żeby umysł jako pan wszytkiego mógł rospostrzeć swe proporce. Którego to umysłu dobra im są więtsze, im są obfitsze, tym są lepsze i pożyteczniejsze, gdzie w dobrach fortuny i ciała już to wszytko jest inaczej. A tak gdzieby poddani byli dobrzy, dzielni, godni, i dobrze nakierowani ku człowieczemu na świecie błogosławieństwu, tedy ten pan, który im roskazował, mógłby sie zwać wyższym nad wszytkimi królmi królem. Abowiem ten jest najwiętszy na świecie regiment, pod którym są poddani cnotliwi, ktemu w dobrym porządku i w dobrym roskazowaniu.

Moim zdaniem - powiedział tu pan Lupa - niewielki by to pan był, któryby wszytki poddane miał cnotliwe, bo tych na świecie siłna troszka.

Odpowiedział pan Wapowski: Kiedy by jaka Circe wszytki poddane Cesarza tureckiego (acz niewiem, jako te tam poddanemi zwać mamy, którzy są w srogiej niewoli) przemieniła w źwirzęta nieme, pytam ja w. m. miał li byś w. m. tego tam pana za wielkiego Cesarza, chociażby siła milionom bydląt roskazował? Wiem to pewnie, iżbyś go w. m. nigdy nie miał za Cesarza, ale za pastyrza. A tego pastyrza nad Prądnikiem miałbyś w. m. za wielkiego króla, kiedyby sie trzoda wszytka jego w ludzie, a mówię w ludzie takie, jacy być mają, odmieniła i jego była posłuszną. Patrzże w. m. iż nie to jest wielkim panem być, niezliczonej liczbie nikczemników rozkazować, ale to jest panem być, ludzie, którzy tego są imienia godni, co ich, to ich mieć pod swą mocą.

Kiedy tu pan Wapowski przestał, jakoby, rzeczy swej dokończywszy, dalej mówić niemiał, powiedział pan Bojanowski: Inaczej tego żaden tu rzec nie może, panie Wapowski miły, jedno iżeś w. m. w powieści swej każdej rzeczy dotknął, i ta nauka, którąś w. m. dał, jest dobra i pożyteczna; ale jeślibyś w. m. na taki kształt pana swego formować chciał, moim widzeniem rychlejby w. m. ludzie dobrym bakałarzem nazwali, niż dobrym Dworzaninem; a pana zasię rychlej dobrym sprawcą, niż wielkim królem. Acz ja tego nie powiedam, aby królowie nie byli winni o to sie starać, jakoby poddani w porządku, w sprawiedliwości i w dobrych zwyczajach żyli, ale mi sie widzi, że to dosyć na nie, kiedy oni na takie rzeczy ludzie dobre a godne wysadzą, bo własna ich powinność a urząd jest już daleko wyższy. A przeto bym sie ja czuł być tym tak osobnym Dworzaninem, jakiego ci panowie wymalowali, a ktemu, żebych znał łaskę tego pana, przy którym bych był; to jest rzecz pewna, iżbym go nigdy nie wiódł na rzeczy złe a szkodliwe, ale chcąc ja przyść ku onemu dobremu końcu, który powiedasz w. m. i ja tego potwirdzam, iż sam jeden ten ma być pożytkiem pracej dworzaninowej, starałbym sie naprzód o to, aby pan mój był królewskiego serca i myśli, a zachowywał we wszytkim wspaniałość, nic małego a podłego przed sie nie biorąc, ani kosztu żałując ku ozdobie majestatu i dworu swego. Potym żeby był rozrywki na rzeczy wszelakie bystrej, ktemu sprawnym, dzielnym, biegłym w rzeczach wojennych, i tak dobrze biegłym, żeby w tej mierze nikt s nim nie porównał, a tymi rzeczami najwięcej niechajby sie objaśnił światu i dostał miłości, sławy i tego, żeby każdy człowiek, i najwyższy i najniższy, miał go w wielkiej czci i powadze. Więc bych zaś tego chciał, żeby ta wspaniałość me była przykra, jedno pomieszana z wdzięczną ludzkością, przystojną królewskiemu stanowi, iżby i obcy człowiek, i swój podług godności znał każdy łaskawą twarz, a miłościwe oko pańskie w to niechaj by tak trefiał, iżby go ani zelżyła zbytnia skłonność, ani zasię przywiodła w nienawiść górna powaga. Rzekł bych tez jeszcze, żeby był hojnym w życiu, szczodrym w rozdawaniu każdemu, a nie szczypty, ale całą garścią, abowiem pan Bóg u hojnych panów (jako powiedają) podskarbim jest. Niechajże by były częste i kosztowne uczty, tańce, gonitwy. Stajnia niechby była pełna osobnych koni, tak dla potrzeby czasu wojny, jako też dla pociechy czasu pokoja; niechby było myślistwo wszelakie i każda krotochwila wielkiemu panu należyta. Wiódł bym go też i na to, aby budował, a nie ledajako, ale spodziwnym budowaniem i wielkością pałace i zamki, jako dla czci swej za żywota, tak dla wiecznej pamiątki po śmierci. Jako czynili starzy Rzymianie, czego i teraz ostatki znaczne są, nietelko we Włoszech, jako w Rzymie, w Neapolim i indziej, ale też i w pogańskich ziemiach, na które ostatki kto jedno poźrzy, musi to rzec, iż ono byli ludzie s plemienia nieśmiertelnego. Toż też czynił wielki Aleksander, który mało mając na tej sławie, ku której za podbiciem pod swą moc wszytkiego świata godnie przyszedł, zbudował w Egipcie Aleksandryą miasto, a w Indyej Bucephalę; potym i ine miasta w rożnych ziemiach. Nakoniec począł był i o tym myślić, jakoby mógł górę Athos na kształt człowieka wyrazić, który to człowiek uczyniony z góry miał w lewej ręce trzymać miasto wielkie, a w prawej okrutny kubek, do którego wszytki rzeki, które z onej góry płyną, zbiegać sie miały, a stamtąd dopiero w morze sie walić. Pomysł to był wielki, a prawie przystojny mocy Aleksandra wielkiego. Toć ja te rzeczy, panie Wapowski, rozumiem być przywoite prawemu królowi, a one go mają uczynić czasu pokoja i czasu wojny sławnym a wziętym, nie to, żeby nie tak wiele drobiezgu, ostrze patrzał, a nie walczył, chyba na te, którzy opanowania, abo zniewolenia godni, abo, aż dla pożytku poddanych swych, abo też gdzieby miał odjąć pogranicznemu panu sceptrum, którego by on źle a nieprzystojnie używał. Abowiem, kiedyby sie byli Rzymianie, Aleksander wielki, Hannibal, i ini sławni królowie a hetmani na te rzeczy wszytki oględać mieli, nigdyby byli ku onej wielkiej sławie i wywyższeniu nie przyszli.

Na ten czas tak odpowiedział pan Wapowski: Ktokolwiek był takim, co nie uważał tych rzeczy u siebie, niedobrze to czynił, aczkolwiek jeśli sie w. m. dobrze przypatrzysz, najdziesz w. m., iż ich było wiele, którzy uważali, zwłaszcza oni dawni, dawni jako Theseus, Hercules, ani w. m. rozumiej inaczej, jedno że Procrustes, Sciron, Cacus, Diomedes, Antheus, Geryon byli okrutnicy nieczęściwi, przeciwko którym ci sławni bohatyrowie ustawicznie, aż do wykorzenienia ich walczyli, a za to dobrodziejstwo świat niemal wszytek czując sie być wyrwany s paszczęki tego i drugiego straszliwego Smoka, Herkulesowi kościoły stawiał, i takie jemu jak Bogu modły dawał i ofiary czynił. Abowiem tak wiele dobrodziejstwa ludziom działa ten każdy, kto okrutniki gubi a wykorzenia, iż też czegoś więtszego godzien jest, niż tego, co ludziom śmiertelnym ludzie za nagrodę dają. A i między tymi, któreś w. m. wspomniał, zaś to niejasna rzecz, iż Aleksander siła uczynił dobrego tym ludziom, które pod moc swą podbił; naprzód przyniósł do nich dobre obyczaje, a ze źwirząt ludzie podziałał, potym zbudował miast siła osobnych w takowych ziemiach, gdzie przedtym ludzi ledwe znać było. Nakoniec statutem a prawem wszytko utwirdził i powinowactwem a przyjaźni postanowieniem spoił, tak iż szczęśliwszy to byli, które on wojną zwyciężył, niż ci, do których jego proporzec nie przyszedł. Bo jednych nauczył nabożeństwa, drugich gospodarstwa, tych mieszkania w małżeństwie, owych miłosierdzia nad własną krwią, aby ojców swych starych nie zabijali, ale je chowali, jako przystoi, do śmierci. I wiele tych rzeczy jest, któreby człowiek przywieść mógł na świadectwo, iż porażki Aleksandrowe czyniły ludziom wiele pożytku. Ale opuściwszy teraz stare Monarchy, podźmy do dzisiejszych królów, a czego by oni z więtszą sławą, czcią i pożytkiem użyć mogli, jako kiedyby jednostajną myślą wszytcy podnieśli wojnę przeciwko poganom, która wojna, gdzie by sie zdarzyła, a za porażką pogańską wyszło by tak wiele tysięcy Turków, Saracenów z błędu a s ciemności Mahometowej, a przyszłoby ku światłości a uznaniu prawdy Krystusowej, powiedz mi w. m. czy nie obróciłoby sie to w dobre i naszym, którzyby wygrali bitwy, i onym, którzyby jej przegrali? W ten czas, kiedy by to przyszło, mogli by też Turcy tak powiedzieć, jako Themistocles w on czas do swoich powiedział, kiedy wygnanym będąc z Aten, u króla perskiego miał sie na wszytkim dobrze. Interiremus, o filii, nisi interiissemus. Abowiem w zgubie a przegraniu takowym, zdrowie by sie pogańskie nalazło. Ale tego podobno rychlej pragnąć, niż nadziewać sie możesz, a to za niestworą a bezecną chciwością krześciańskich panów, którzy wolą to, iżby lud wszytek Boży zginął, niż aby namniej co swego (abo nie swego, bo na świecie nikt niema własności) dla zgody opuścić mieli. Wracając sie tedy do pirwszego, tak powiedam, panie Bojanowski, iż te rzeczy, któreś w. m. panu do czynienia naznaczył, nie mogę inaczej rzec, jedno, że są wielkie a ważne, ale przedsię tak za to w. m. miej, iż, gdzie pan nie będzie tego umiał, co umieć podług mego zdania ma, a nie sposobi tak umysłu swego, żeby wszytek na cnotę, jako na cel patrzał; tedy trudno będzie miał umieć być wielkiego serca, hojnym, sprawiedliwym, mądrym i trudno sie mają w nim naleść te rzeczy, które jemu przystoją. A ja ni dla czego inego nie chciałbych mieć jego takim, jedno żeby umiał dobrze użyć tych przedmiotów. Bo jako nie każdy jest dobry budownik, kto buduje, tak też nie każdy jest prawdziwie hojnym, kto rozdawa. Abowiem cnota nigdy nikomu szkody abo ubliżenia nie czyni, a wiele tych jest, którzy kradną jednym, aby drugim rozdawali, więc są tacy hojni s cudzego mieszka. Niektórzy zasię dają tym, którym by dawać nie mieli, a owych w nędzy zaniechywają, którym byli dawać powinni. Są też i ci, którzy, kiedy rozdawają, tedy z jakąś nie ochotą, skąd znać, iż to, co czynią, czynią przezdzięki, a nad przyrodzenie. Najdzie i drugiego, które nietelko szczodroby swej nie tai, ale zwoływa sąsiadów do tego, aby wszytek świat wiedział o jego hojności. Na ostatek siła jest takich, którzy za Jednym razem wszytko wysypią, iż drugi raz nie masz co dawać; ano tej studnie hojności tak szanować trzeba, iżby s niej ku braniu zawdy dostawało. Przeto tak w tym, jako i w inych rzeczach trzeba sie sprawować podług onej mądrości, która ze wszytkiemi drugiemi cnotami towarzystwo ma mieć nierozdzielne, które to cnoty, iż są w pośrodku położone, z obudwu stron około siebie przepaść mają, iż, kto nie umie, łatwie w którą z nich wpadnie. Abowiem jako w owym kółku, które kretą namalujesz, nie łatwie pośrzodek prawy (mówię prawy, według geometrów) najdziesz, tak też trudno jest on prawy pośrodek wymacać, gdzie cnota miedzy ogniem a wodą, zbytkiem a niedostatkiem, wielem a trochą siada; gdzie raz ku jednej, drugi raz ku drugiej s tych przepaści, abo lepiej rzekę napaści, zawdy bywamy skłonni. A tego każdy w sobie dozna na tych rzeczach, które mu są abo miłe, abo przykre, bo dla tego, co miło, czyni człowiek to, co nieprzystoi, a dla tego zasię, co przykro, zaniechywa tego czynić, co był powinien, acz w tym, co miło, nierówno sie człowiek rychlej zawiedzie, bo rzeczy wdzięczne a przyjemne psują rozsądek. Ale iż to trudna na świecie rzecz, poznać jako daleko człowiek jest od onego środku, gdzie cnota mieszka, przeto każdy sam przez sie od tego, ku czemu sie baczy być skłonnym, znienagła sie ma cofać a na przeciwną stronę przeprowadzać, jako owi czynią, którzy krzywe drewno prostując, na drugą je stronę przeginają, bo tym sposobem już będziem bliższy cnoty, która (jakom powiedział) na punkcie samym pośrodka a miary zawisła. A iż na punkcie, przeto siła tych sposobów jest, któremi sie od niej odbłądzamy, a telko jeden ten sam jest, którym człowiek swej powinności dosyć czyni. Prosto jako owi strzelcy, którzy do dzikiego męża strzelając telko jedną drogą trefiają w serce, a tysiąc tych dróg jest, któremi chybiają nietelko serca, ale i wszytkiej tarczej. A tak siła sie najduje tych panów, którzy chcąc aby je za ludzkie miano, wiele rzeczy czynią przeciwko przystojeństwu, za któremi przychodzą więc w tak lekką cenę do ludzi, iż ich sobie za nic nie ważą. A drudzy zasię chcąc zachować powagę, a w tym nie trzymając pewnej miary, przychodzą w ohyzdę do wszytkiego świata. Jeszcze i takiego potrefi, który szukając tej sławy, aby go za wymownego rozumiano, wchodzi więc z rzeczą swą w dziwne labirynty, słów nowych i wydwarzanych nasadza, oracyą wszytkę od Adama ją począwszy rozwlecze, sam sie w sobie dziwnie zakocha, iż onej jego mowy ludzie przed brzydkością słuchać nie mogą.

A przeto, panie Bojanowski, nie zow w. m. drobiozgiem żadnej tej rzeczy, która pana w czymkolwiek poprawić może, niechaj jako chce małe będzie. A coś w. m. powiedział, że rychlejby sie zeszło mego ćwiczenia panu dobrym być sprawcą, niż prawym królem, jeszcze ja tego nie baczę, abyś w. m. w tej mierze moje naukę ganił, bo kto króla dobrze pochwalić chce, i dać jego osobie przystojne przezwisko, niewiem, aby nad to lepsze naleść mógł. I tak powiedam, by na mię przyszło to ochmistrzestwo, chciałbym, żeby pan mój miał pieczą i staranie nietelko o tych rzeczach, które sie wyższej powiedziały, ale i o dobrze mniejszych. Chciałbych, iżby wiedział, co kogo dolega, czym sie kto zawodzi, kto od kogo ubliżenie cirpi i nie rzeczy wszytki, ile by sie ich podług pilnego starania dowiedzieć mógł, nie ufając nigdy tak wiele jednemu człowiekowi, iżby nań samego wizytko przełożyć i jemu samemu, puściwszy wodze, wszylko w moc dać miał. Abowiem niemasz na świecie takiego człowieka, któryby sie do wszytkiego zgodzić i w każdą rzecz dobrze potrefić mógł. A daleko więcej złego z wiary, niż z niedowiarstwa pańskiego roście, które to niedowiarstwo nietelko czasem nie zawadzi, ale wielokroć siła pomaga. Wszakoż i w tym trzeba, aby pan miał dobry rozsądek, a znał ludzie, komu wierzyć, a komu nie wierzyć przystoi. Nad to chciałbym, aby wiedział, jako sie który urzędnik jego w tym, co mu poruczył, sprawuje, jeźliby łaski abo niełaski był godzien. Zaś niechajby i tego pan nie zaniechywał poddane od prawowania odwodzić, a jeśliby sie w prawo wdali, tedy abo je prędko rostrzygnąć, iżby sie waśń nie mnożyła, abo je słuszną ugodą zjednoczyć, a powinowactwem przyjaźń miedzy nimi utwirdzić. Chciałbym też, aby sie starał o spólną poddanych zgodę i miłość, aby jako w jednym dostatnim a porządnym domu tak w jego państwie wszytko zgodnie a porządnie było. Niechajby był dostatek pomierny, uspokojenie, kupcy nie ubodzy, rzemieśnicy osobni, a na to, aby własnych pieniędzy nie litował, jako i na wszelaką iną hojność, gdzieby przyszło, abo cudzej ziemie ludzie ze czcią swą uczcić, uważyć, abo niedostatnie ludzie zapomagać.

Do tego jeszcze przyłożę koszt a utraty, aby prozne a daremne w państwie jego nie były, bo chocia sie tak zda, iżby nic na tym nie należało, ale ja tak powiedam, iż takowe zbytki niszczą królestwa; przeto wiódł bych ja zawdy na to pana, aby ucztam kosztownym, posagom wielkim, ochędostwu białychgłów, od szat, od pereł, od kamieni pewny kres zamierzył, bo te zbytnie stroje nic inego nie są, jedno wiecha na ich rozum, iż s tych łatwie pozna każdy, co wre w której białejgłowie.

Więc nietelko to złe s tego roście, iż jedna sie nad drugą wysadzając (jako one są s przyrodzenia zawisne) majętności mężów swych gubią, ale czasem za dyamencik, abo leda co takiego ku ochędostwu sorom druga przeda, by telko ten był, kto by gi kupić chciał.

Tu pan Myszkowski powiedział:

Jużeś też to w. m., panie Wapowski, zaczął pana Dersniakowę a pana Bojanowskiego piosnkę o białychgłowach źle mówić, a s panem Kostką wojnę wieść.

Odpowiedział pan Wapowski: Prawo sie już tych panów s panem Kostką skończyło, a ja go nie chcąc ożywiać, nie rzekę o białychgłowach słówka więcej, ale sie do swego pana wrócę.

Powiedział pan Dersniak: Ba, możesz go w. m. już tak zaniechać, a dosyć mieć na tym, iżby był jedno taki, jakiegoś w. m. wyraził. Abowiem bez wątpienia łatwiejby sie naleść mogła taka Dworna pani, jaką pan Kostka wymalował słowy, niż s takiemi przymioty Król, abo Książę, z jakiemi go w. m. mieć chcesz. A tak boję się, iż, jako onej Rzeczypospolitej Platonowej, tak też takiego pana nie ogląda nigdy śmiertelne oko.

Powiedział na to pan Wapowski: Rzeczy podobnych, niechaj jako chcą trudne będą, wdy sie kiedy nadziewać możem; a co wiedzieć, jeśli pan Bóg za naszego wieku nie ześle tego szczęścia na świat, iż z dzisiejszych dobrych królów staną sie jeszcze lepszy, a mój ten wizerunek daleko sztychują.

Masz w. m., Miłościwy panie Lubelski, to, com ja powiedzieć mógł o Dworzaninie, ku któremu końcu jego godność przygodzić sie ma, czemu, jeślim nie prawie sprostał (jakoż w tym nic wątpić nie trzeba), tedy przedsię dosyć mam na tym, com pokazał, iż jeszcze nieco doskonałości przyczynić mu sie mogło mimo te rzeczy, które ci panowie wyliczyli, którzy i to i wszytko ine, co bych ja powiedzieć mógł, nie prze nieumiejętność opuścili (bo wiem pewnie, iż dobrze lepiej niż ja wszytko umieją), ale iż im podobno ciężko było dalej mówić. Przeto ja już ustąpię, aby oni rzecz zaczętą do końca prowadzili.

Tu pan Lubelski powiedział: Nie widzi mi sie, aby już do tego teraz czas był, a też panie Wapowski, takeś tu w. m. czystych rzeczy napowiedział, iżby szkoda, którą iną rozmowę w to wtręcać.

W tym pan Kostka rzekł: Ja tego nie wycirpię, Miłościwy panie Lubelski, abym chytrości pana Wapowskiego odkryć nie miał, który sprzysiągszy sie (jako ja mnimam) tajemnie łs panem Dersniakiem a s panem Bojanowskim przeciwko białymgłowam, we dwu rzeczach (moim widzeniem) barzo sie obłądził, s których jedna jest, iż chcąc pan Wapowski tego Dworzanina przełożyć nad Dworną panią, i przeszedszy s nim przez on kres, do którego Dworna pani dojść wdy może, przełożył go i nad samego pana, co barzo nie przystoi; druga rzecz jest, iż mu zlecił taki urząd, któremu urzędowi nietelko iż zawdy trudno, ale pod czas ani podobna rzecz, aby miał Dworzanin dosyć czynić; a kiedykolwiek mu sprosta, tedy przedsię nie tym przezwiskiem Dworzanin nazwań być ma. A iżby to była prawda, patrz na to w. m., panie Wapowski. Rzecz ta, która drugą rzecz czarną, abo białą czyni, bez pochyby sama musi być czernsza, abo bielsza, jako i ogień zawdy jest gorętszy sam, niż piec, który od niego ciepło bierze. Tymże też kształtem ten Dworzanin, który pana doskonałym w cnotach uczynić ma, sam doskonalszym niż on bez wątpienia być musi; a za tym też będzie i wyższej dostojności, co sie barzo nie rymuje. A co sie tyczę urzędu a ochmistrzowania tego, widzę, iż wdy niejako mu Dworzanin sprostać może na ten czas, kiedy będzie mało rożny w leciech od pana, acz i tam z wielką trudnością, bo gdzie jest mała różność w leciech, tam i w umiejętności niewielka, być różność może; ale jeśli pan będzie starym, a dworzanin młodym, wielkie podobieństwo, iż leciwy pan młokosa Dworzanina rozumem i umiejętnością przejdzie; a to chocia sie nie zawdy trefi, jednak wdy trefi sie niemało razów; gdzie w ten czas nie będzie podobna rzecz, aby Dworzanin urzędowi swemu dosyć czynić mógł. Jeśli też zasię pan młodym będzie, a Dworzanin starym, trudno Dworzanin pozyskać sobie łaskę pańską ma onemi przymioty, któreś mu w. m. za naznaczeniem tych panów przyznał. Abowiem gonitwa, turniej, szermowanie i ine krotochwile, które potrzebują siły, jedno sie młodym ludziom znidą, a jeszcze drugie rzeczy, jako muzyka, taniec, miłość, w leciwym człowiecze więtsze błazeństwo jest, niż co inego; ktemu zabawy takie osobie tej, któraby miała pana w poczciwy żywot i obyczaje wprawować (na co potrzeba człowieka poważnego, wziętego, któregoby lata i doświadczenie wyćwiczyło, a gdzieby i to mogło być, dobrego philozopha, i dobrego hetmana), barzo widzi mi się, nie przystoją. A tak, kto ten urząd ma na sobie, iż jest wodzem do cnot panu swemu, już mu to przezwisko Dworzanin nie służy, ale jest godzien dobrze zacniejszego i wyższćj dostojności tytułu. Odpuśćże w. m., panie Wapowski, żem odkrył ten w. m., pokryty rozum, bom to był powinien uczynić dla czci Paniej swej Dwornej, którą w. m. pogrążyć, a podlejszą niż Dworzanin uczynić chcesz, a ja tego żadną miarą nie dopuszczę.

Odpowiedział pan Wapowski: Więtszaby cześć była, panie Kostka, Dwornej paniej, kiedy byś ją w. m. tak wysoko wyniósł, iżby z Dworzaninem dostojnością porównać mogła, niźli w. m. masz tak barzo zniżać Dworzanina, aby nic nie miał nad Dworną panią, bo by tego nikt jej nie bronił, iżby też i ona nie miała wodzem być ku dobremu paniej swojej, jako i Dworzanin pana swego. Ale w. m. więcej tego szukasz, żebyś lżył dworzanina, niż abyś wystawił dworną panią; za czym i mnie nielza, jedno trzymać stronę dworzaninowę. Przystępując tedy ku temu, coś mi w. m. zadał, tak powiedam, iżem ja tego nigdy nie twirdził, aby sama doskonałość dworzaninowa pana doskonałym uczynić miała, abowiem gdzieby pan s przyrodzenia ku dobremu nie był skłonnym, wszytka praca dworzaninowa byłaby próżna, jako i owo próżna by robota była, kiedyby kto na szczyrym piasku posiał dobrą pszenicę, bo przyrodzona niepłodność na takowym miejscu wzniść by jej nie dopuściła. Ale kiedy do dobrego gruntu dobry gospodarz przystąpi, a sprawi rolą tak, jako być ma, ktemu, iż z wirzchu nic nie przekazi, i owszem i ciepło i deszcz na czas, gdy trzeba, przydzie, tam sie bez pochyby dobrze urodzić musi. A przedsię onego urodzaju sam oracz przyczyną nie będzie (acz bez niego mało abo nie i ciepło i deszcz i co inego ku temu pomoc by mogło), ale przyczyną będzie to wszytko, czego potrzebuje rola. Jest tedy siła na świecie tych panów, którzy s siebie wiele pożytku dać by mogli, by sie ku temu dobry gospodarz przyczynił. A o tychże ja mówię paniech, nie o owych, którzy są jako płonna rola, s przyrodzenia tak barzo niesposobni ku pojęciu dobrych obyczajów, iż żadna pilność, żadne staranie nie jest tak wielkie, któreby onych ku dobrej drodze przywieść mogło. A iż (jakom pirwej powiedział) s tego, czego nie czynić zwyczaimy, nałóg roście, a cnota na czynieniu zawisła, nie jest to rzecz niepodobna, aby Dworzanin pana ku wielem cnot nakierować niemiał, jako ku sprawiedliwości, ku hojności i ku inym cnotam, które to cnoty łatwie pan za możnością swoją czynić i w nich wziąć nałóg może, a Dworzanin nie może, iż go nie jest s to, aby ich używał. A tak pan przywiedziony ku cnotam przez Dworzanina, doskonalszym w nich niż Dworzanin może sie stać, a mimo to, zaż w. m. nie wiesz, iż osła namniej sama ostrą nie będąc, żelazo ostre czyni. Przeto zda mi sie, iż chocia Dworzanin będzie u pana wodzem do cnoty, przedsię sie to niema tak krzcić, iżby i więtszej niż pan był dostojności. A co sie urzędu tego tycze, jakoś w. m. powiedział, iż nietelko zawdy trudno, ale podczas ani podobna rzecz, aby mu Dworzanin miał dosyć uczynić, a kiedykolwiek mu sprosta, tedy przedsię nie tym przezwiskiem Dworzanin nazwań być ma, ale dobrze zacniejszym; tę trudność ja w. m. przyznawana, abowiem, nie mniej to trudna rzecz jest, naleść s tak osobnemi przymioty Dworzanina, jako też i ta, dosyć uczynić takiemu urzędowi, ale niepodobieństwa ja tu żadnego nie baczę, ani w takim trefunku, jakiś w. m. położył. Bo jeśli Dworzanin tak młodym będzie, iż nie będzie umiał tych rzeczy, które sie jemu umieć naznaczyły, tedy niemasz o co mówić, bo ten już nie będzie tym Dworzaninem, jakiego my szukamy; ani też to jest podobieństwo, żeby mógł być barzo młodym ten każdy, kto tak wiele umieć ma rzeczy. Jeśli sie też zasię trefi panu być tak mądrym i dobrym przez się, iż mu namniej cudzej rady ani upominania nie trzeba (acz wielki dziw będzie, kiedy sie to trefi), więc Dworzanin na przestanie, iż on jest tym, który pana, gdzie by tego potrzebował, uczynić osobnym może; a przedsię w tym drugim odprawi swoje powinność, to jest, że tego będzie przestrzegał, iż pana nikt nie podydzie, iż prawda przed nim nie będzie zakryta; ktemu zastawia sie i nie dopuści, aby pochlebce, matacze i ini źli ludzie, którzy niecnotą uróść chcą, pana w nieprzystojne rzeczy zawieść, a tym jego skazie mieli. Tym tedy sposobem dosyć uczyni urzędowi swemu w niemałej części, a iż nie we wszytkim, nie jego przyczyną, ale pańską cnotą a dzielnością, która upominania nie będzie potrzebowała, to sie stanie. Owa jako ów Doktor, co miedzy zdrowemi ludźmi mieszka, chocia nikogo nie uzdrawia (bo trudno tam leczyć, gdzie nikt nie choruje), jednak tym jednym urzędowi swemu dosyć czyni, kiedy to ma w swej mocy, ile sie nauki tycze, że może uzdrowić, gdzie by kto wpadł w chorobę; tak też i ten Dworzanin, który przy takim panie mieszkać będzie, który Jest wszech cnot pełen, (a to jest wszytkiego starania dworzaninowego ostatni punkt a koniec, jako jest cel lekarzów wszytkich, zdrowie ludzkie), dosyć uczyni urzędowi swemu, kiedy tak wiele będzie umiał, iż panu dać to mądrym napominaniem zawdy będzie mógł, czego już przez sie sam pan dostał. Otóż, chociażby Dworzanin był tak starym, iżby mu ani taniec, ani muzyka, ani ine takowe ku krotochwili rzeczy nie przystały, jednak nie byłaby to rzecz niepodobna, aby on tym przed sie nie miał wniść w łaskę pańską, bo lata, jeśli biorą używanie tych rzeczy, wdy nie biorą ani bronią rozumienia około nich, a gdyż to człowiek w młodości czynił, wielkie podobieństwo, iż przyszedszy do lat, które rozsądek ludzki ostrzą i doskonalszy czynią, dobrze sie lepiej niż przed tym na tym rozumieć i lepiej tego nauczyć pana niż drugi może. A tak Dworzanin stary i tym sposobem, choć naznaczonych przymiotów sam osoba swą używać nie będzie, sobie naznaczonego kresu dojdzie. A jeśli go w. m. nie chcesz zwać Dworzaninem i o to sie ja nie rozgniewam, abowiem urzędom a dostojnościam nie zamierzył Bóg takiego kresu, iżby z jednego na drugi występek być nie mógł, bo z dziesiętnika bywa rotmistrz, s ślachcica książę, s księdza biskup, a z ucznia mistrz, i tak za występkiem przezwisko nowe przychodzi. A snadź mogło by sie też to tak powiedzieć, iż cel a ostatni kres doskonałego Dworzanina ten jest, aby on wiodąc pana ku dobremu a poczciwemu został w tej mierze n niego ochmistrzem, aczkolwiek niewiem, czemuby kto tym przezwiskiem Dworzanin doskonały gardzić miał, które jest (mym zdaniem) wielkiej czci a chwały pełne. I zda mi sie, że Homer jako dwie osobie we wszytkiej doskonałości na przykład potomstwu wymalował słowy jedne, dzielnego człowieka Achilla, drugą cirpliwości a wytrwania niewczasów Ulixa, tak też chciał formować doskonałego dworzanina w osobie Phoenixa, ktery to Phoenis w rzeczy swojej, którą uczynił do Achilla, przypomina mu tak. Ojciec - prawi - twój Peleus dla tego mnie s tobą posłał, abym cię nauczył i mówić i czynić, i dokłada dalej (wyliczywszy swoje niefortunną miłość, w którą go była matka wprawiła, przeklęctwo ojcowskie, f to, jako przyszedł w dom do Peleusa). Tak wielkim - prawi - jakoś jest, nikt cie iny nie uczynił, jedno ja. Gdzie te słowa nic inego nie znaczą, jedno on urząd, on cel, on ostatni kres a koniec, którego Dworzanin dojść ma.

I wierzę, że ani Plato, ani Arystoteles, brzydziliby sie byli tym zacnym przezwiskiem, bo to znać jaśnie, iż czynili te rzeczy, które doskonałemu dworzaninowi należą; jeden ćwicząc Aleksandra Wielkiego, a drugi króle sycylijskie. A iż to jest powinność prawego Dworzanina znać przyrodzenie pana swego, i to k czemu sie chyli, a podług tego sie sprawując wniść za czasem a pogodą temi drogami, które mu bespieczne scie pokazują, w łaskę jego, a potym go wieść ku cnotam. Arystoteles tak dobrze znał naturę Aleksandrowę i tak jej umiał pomoc i dobrze w notę trefić, iż go Aleksander i czcił i miłował, barziej, niż własnego ojca, gdzie miedzy inemi znaki łaski Aleksandrowej przeciw niemu (których znaków była siła) i to jest niepośledniejszy, że tego dowiódł, iż zburzona Stagira (miasto, w którym sie Arystoteles urodził) znowu musiała być zbudowana. A Arystoteles mimo to, że Aleksandra wiódł ku tak sławnemu końcu, to jest, iżby świat wszytek był jako jedna Patrya, ludzie takież jednego zboru, przezwiska, jednej spólnej miłości, pod jednym panem i w jednym prawie, któreby świeciło wszytkiemu światu tak, jako światło słoneczne; jeszcze ktemu tak go dobrze w przyrodzonych naukach i w cnotach wszytkich wyćwiczył, iż był naschwał mądrym, dziwnie mężnym, barzo powścięgliwym, a prawym philozophem s tych cechu, którzy nas poczciwie żyć uczą; bo niemoźe być więtsza philozophia jako ludzie źwirzęcych obyczajów, jacy byli oni w Indyej, w Baktrze, w Tatarzech, na Kaukazie, i indziej, przywieść ku życiu podług rozumu; zbudować one sławne miasta w dalekich krainach, a prawem dobrze postanowionym rosproszone zgromadzić, a z bydląt Indzie podziałać, pokazać im małżeństwo, więc gospodarstwo około rolej, zasię wywieść im to, że nie przystoi zabijać ludzi, ani bliźniemu dobra jego wydzierać, ani ojca nie mieć we czci, czego wszytkiego był powodem Arystoteles u Aleksandra pana swego, sprawując sie tak, jako prawemu Dworzaninowi przystało. A tego nieumiejąc Kalisthenes, ani tak czyniąc, jako mu był Arystoteles kazał, ale mówiąc zgoła a ostrze prawdę bez przymieszywania do niej dworstwa, które prawdę, rzecz gorzką, słodzi, garło dać przed czasem musiał, i nietelko w Aleksandrze nic nie zbudował, ale owszem przywiódł go do potomnych ludzi w złą sławę. I Platonowi do tego, że wprawił Dyona syrakuskiego w cnoty, nic mu inego nie pomogło, jedno dworstwo, a gdy potym przyszło państwo na Dyonizyusa tyrana, a Plato do Sycyliej przyjechawszy nalazł tego, jako fałszywie pisaną księgę, która barziej do końca pomazania, niż poprawy potrzebowała, iż widział być rzecz niepodobną, aby go od okrucieństwa, w które sie już był za niemałym czasem wpasł, miał odwieść, nie chciał już ku jego poprawie używać dworstwa, bo widział, iż próżne wszytko jego staranie być miało. Jakoż też i nasz Dworzanin w tej mierze tak uczynić ma, jeśliby mu sie przytrefiło być przy takowym złej natury panie, który by w niecnocie był tak zastarzały, jako ów chory, co mu suchoty wzmóc już nie dopuszczą, bo chceli sie nie zapałać za pana, i nie uczuć onej ciężkości, którą ci cirpią, którzy złym ludziom służą, musi co najprędzej odstać od niego.

Kiedy tu troszkę umilkł pan Wapowski, rzekł pan Bojanowski : Jam sie naprawdę nie nadziewał, aby nasz ten Dworzanin miał wniść w tak wysoką cenę, ale ponieważ Plato i Arystoteles są w jego cechu, już nie baczę, czemuby kto zamietać miał tym tytułem. Wszakoż w tym jeszcze mam trochę wątpienia, jeśli Plato abo Arystoteles tańcowali kiedy, abo grali na lutniach, abo rycerskiego ćwiczenia używali.

Odpowiedział pan Wapowski: Niewiem jako komu, ale mnie to wpaść w głowę nie może, abym inaczej wierzył, jedno, że ty dwie niebieskiego rozumu głowie wszytko umiały, a przeto możemy tak za to mieć, że oni czynili to wszytko, co Dworzanin doskonały czynić ma. Abowiem gdziekolwiek sie im tren o tym pisać, tak piszą, iż ci sami, którzy sie onym rzemięsłem parają, znają to jaśnie, że oni z gruntu, aż do najmniejszej rzeczy wszytko rozumieli. A za tym prozna to ma kto powiedać, aby Dworzaninowi, abo temu istemu ochmistrzewi (jako go w. m. nazwać chcecie), który ku dobremu końcu wszytko prowadzi, miały być zdrożne te wszytki przymioty, które mu ci panowie naznaczyli, by też dobrze był najsurowszym, a obyczajów najświętszych philozophem, abowiem te przymioty nic są przeciwne cnocie, baczeniu, umiejętności, dzielności człowieczej w każdym lecie, wszelakiego przystojnego czasu i na każdym miescu.

Zaś powiedział pan Bojanowski: Pomnie, iż ci panowie, wyliczając onegda, to co ma mieć Dworzanin, i jakim być ma, powiedzieli i to, że mu sie potrzeba miłością bawić, a iż s tego, coś w. m. dotąd powiedział, tak by sie zamknąć mogło, że ten Dworzanin, który ma sprawą, dzielnością, wiarą w powieści, wziętością przywieść ku cnocie pana, musi być starym (abowiem zbytnie rzadko rozum a umiejętność przed laty przychodzi, zwłaszcza tych rzeczy, których sie człowiek doświadczeniem uczy), ja niewiem, jako jemu gdy będzie takim, miłować będzie przystało, gdyż (jako sie tu powiedziało) miłość w starym ciele niema miesca; a tego wszytkiego, czego młodzi ludzie do miłości ze czcią swą używają, gdzie by ten Arystoteles w. m. Dworzanin szedziwy używać, a tak gorąco, jako owa młódź, którą więc widamy, miłować i to, co oni czynią, czynić chciał, na szalonego by barzo poszedł, a nietelko, iżby zapomniał pana upominać abo nauczać, ale za takim błazeństwem przyszedłby wpośmiech i do pacholąt nakoniec, a białegłowy, jedneby sie nim brzydziły, a drugie miasto inej korzyści czyniłyby s niego sobie wielką komedyą.

Tak na to odpowiedział pan Wapowski: Gdyż wszytki ine naznaczone rzeczy Dworzaninowi przystoją, chociaż by też był i starym, zaprawdę nie zda mi sie, aby miłość, którą drudzy ludzie błogosławieństwem zową, odejmować mu sie miała.

Powiedział pan Bojanowski: I owszem, kiedy mu sie odejmie miłość, tedy jednym stopniem stanie sie doskonalszym, i będzie żył szczęśliwie, nie mając na sie cnych frasunków, trosk, tęsknic, boleści i inych niewczasów, krórych w miłości pełno.

Panie Bojanowski - powiedział tu pan Kryski - niewiem, jeśli w. m. pomnisz, co dziś czwarty dzień w swej grze pan Wapowski powiedział, jako znał te ludzie, którzy frasunek, zamowę, wojnę s panną za rzecz osobną a barzo miłą miewali; a przeto jeśliby nasz Dworzanin, chocia i leciwy, zawiódł sie w takową miłość, która ma w sobie słodkość, bez żadnej gorzkości, pewnie nie uczuł by tam ani frasunku, ani troski, ani boleści żadnej, i będąc on (jako sie to już s przodku położyło) mądrym, nie piął by sie do tych rzeczy, które samym młodym ludziom należą; ale zaszedszy w miłość, miłowałby snadź takim kształtem, z jakiego nie telko przymówki mieć by nie mógł, aleby owszem wielką chwałę odniósł, i poszczęścienie, co sie młodemu człowiekowi rzadko, abo nigdy nie tren. A tak i pana by przed sie nie omieszkał, ani zapomniał nauczać, i pacholęcego by pośmiechu uszedł.

W tym powiedział pan Lubelski: Radem temu, panie Kryski, iż w. m. i wczora i onegda mało sie nie spracował mową, bo teraz bespieczniej to w. m. roskażę, abyś tej szczęśliwej miłości nauczył Dworzanina, abowiem tak to potrzebna a pożyteczna rzecz jemu będzie, jeśli która z onych s przodku wyczczonych. A tak już racz tę w. m. wziąć pracą na się.

Odpowiedział pan Kryski: To iżem ja powiedział, że starzy miłować mogą, s powieści mi pana Wapowskiego urosło, który tę tak szczęśliwą, a bez wszelakiego frasunku miłość w swej grze wspomniał, a przeto restropniej on niż ja mówić może.

Rzekł ktemu pan Wapowski :

Powiedziałem ja, iżem znał te ludzi, którzy gorzkość w miłości umieli więc sobie osłodzić, alem nie powiedział, iżem tego nauczyć kogo mógł; i owszem ową grą, którąm był wywarł, szukałem tego, abych sie był od którego z w. m. czego w tej mierze nauczył. A tak, ponieważ J. M. pan Lubelski w. m. o tym mówić roskazał, niewiem, jako to w. m. dobrze czynisz, że sie s tego zdzierasz, a J. M. roskazania nie pełnisz.

Rzekł pan Lubelski: Wierę, panie Kryski, niewiem, nie będzieszli w. m. pirwszy, na którym ja władzą swą ugruntować będę musiał. Odpowiedział pan Kryski: Mali to kto tak wykładać, jakobych ja roskazania w. m. posłuszen być nie miał, tedy ani tego, ani żadnej inej rzeczy zbraniać sie będę.

Ale mając ja to wywieść, iż starzy nietelko bez żadnej przygany, ale też i szczęśliwiej niż młodzi miłować mogą, trzeba abych sie troszkę z rzeczą rozwiódł, iżbym objaśnił to słowo miłość, co zacz jest a w czym zależy to błogosławieństwo, które ci, co miłują, mieć mogą, i proszę, abyście mie w. m. s pilnością słuchać raczyli, bo to mam pokazać wolą, iż, co tu w. m. jest i starych i młodych, każdemu miłować przystoi.

Naprzód tedy macie to w. m. wiedzieć, iż miłość nic inego nie jest, jedno pożądanie piękności; a piękność nietelko ta jest, która w rzeczach kształtownie urodzonych abo złożonych, albo uczynionych ma swe siedlisko, ale i dusza nasza cnotami ozdobiona jest dziwnie piękna; i zgodne głosy abo dźwięki swą cudność osobną mają, tak iż trojaka piękność jest na świecie, a wszytka z dobroci boskiej płynie, jedna rzeczy widomych, którą oczyma uznawamy, a dwie niewidomych, s których jednej uszyma, a drugiej myślą dochodzimy. Gdyż tedy jedno tym trojem, myślą, widzeniem, a słuchem użyć cudności możem, a miłość jest pożądanie piękności, toć bez pochyby miłość na myśli, na słuchu, a na widzeniu zawdy przestawa, a inych smysłów wszytkich do użycia cudności nie potrzebuje.

Lecz, iż człowiek dalej pospolicie zachodzi, a cudności człowieczej, która w położeniu kształtownie członków zależy, nie jedno oczyma, ale i inemi smysły używać pożąda; nie miłość tego przyczyną jest, ale ona chciwość napełnienia żądzy cielesnych, czym ze źwirzęty na poły ludzie mają, która chciwość bywa czasem tak można, iż człowieczy rozum wyszpoci. Otóż kto sie takowej chciwości poda, a piękność, promień dobroci Bożej, pokalać umyśli, mając za to, iż kiedy roskosze wszemi smysły używie, aby to było najświętsze błogosławieństwo a uspokojenie umysłu, gdy już ktemu przydzie, że napełni takowy człowiek swe żądze, wszytko inaczej, niż mnimał, najdzie; bo nietelko nie uczuje onej zupełnej uciechy, jakiej sie nadziewał, ale przydzie o jedno s tych dwa rzeczy, iż abo mu omierznie ono, co sprośnie miłował, albo w tejże chciwości zostanie, w której i pirwej, a to, co uczuł trochę roskoszy, równie to taka roskosz będzie, jako kiedy sie więc owo śni choremu, a on wielkim kubkiem pije, a ocknąwszy się, tedy także pragnie, jako i pirwej. Takowa tedy miłość jest najniefortunniejsza, bo ten każdy, który w niej jest, abo nie dojdzie tego, czego pożądał, abo jeśli dojdzie, tedy wszytko złe s tym mu przydzie, a dokona onej nędze nabyciem drugiej nędze, jeszcze więtszej niż pirwsza była. Abowiem od początku aż do końca w takowej miłości nic sie inego nie najduje, jedno boleść, męka, trapienie, ciężkość serdeczna, tak, iż nikt bledszy, nikt mizerniejszy, nikt smętniejszy, nikt częściej nie wzdycha, nikt mniej nie mówi, nikt więcej nie płacze, jako ten, kto tak miłuje. A tego wszytkiego złego smysły nasze przyczyną są, które w młodych leciech wielką a gwałtowną moc mają, abowiem ona bujność, która sie z młodej a gorącej krwie rodzi, tyle daje smysłom siły, ile jej rozumowi odejmuje. A za tym łatwiuchno dusza nasza da sie chciwościam uwieść. Bo iż ona w ciele, jako w ciemnicy siedząc, jest prawym więźniem, a czuje być tę swoje powinność, aby ciało sprawowała i rządziła, niemogąc w ten czas przeględać rzeczy, ani sama s siebie poznać prawdy, musi wszytkiego z rąk od smysłów patrząc, a tak im wierzy, przychylną jest, i za nimi, gdzie raczą, idzie, zwłaszcza, kiedy mają tyle władzej i dużości, iż one niebogę ledwe nie jako nieprzyjaciela zhołdują. A iż sami ci panowie smysłowie są fałszywi, one też fałszem a błędy napełnią. I stąd to bywa, iż młodzi ludzie niemal zawdy tej miłości grubej patrzą, która wszy tka jest przeciwna rozumowi i stają sie tacy niegodnemi, aby tego błogosławieństwa, które miłość swym poddanym rozdawa, dostąpić mieli; ani w tamtej swojej sprośnej miłości iną roskosz czują, chyba tę, którą ine nieme źwirzęta, a przykrościam zasię przeciwko tej roskoszy, miary niemasz, tak barzo wybijają s kloby. Gdyż tedy to tak jest, co mnimam, iż każdy z w. m. na oko widzi, obaczcież w. m. jeśli sie wszytko to inaczej nie najduje w tych ludziech, którzy doźrzałe lata mają. Abowiem ci, gdy krew już chłodnąć a bujność przyrodzona ustawać poczyna, iż dusza nie tak jest obciążona cielesną niewolą, jeśli sie rozmiłują piękności i ku niej samej chęć tę swą, którą rozum rządzi, przyłożą, tedy sie iście w tym nie zawiodą, aby doskonale w używaniu piękności być niemieli, a używając jej wszytko dobre im zawdy rość musi, bo cudność jest rzecz dobra, i za tym też to idzie, iż prawdziwa miłość cudności jest wieldze dobra i święta, a ustawicznie wywodzi chwalebne skutki s tych ludzi, którzy rospustę smysłów munsztukiem rozumu hamują, gdzie to daleko łatwej staremu, niż młodemu uczynić przydzie. Jedno ja tu starego rozumiem nie tego, który już sobą nie włada, a w którym tak barzo i krew oziębła i wnetrzne sklepy osłabiały, iż dusza rospostrzyć swej władzej już nie może, ale takiego, u którego rozum przyszedł ku swej zupełnej sile a żywości, bo na ten czas już sam siebie człowiek pozna i obaczy że w sobie człowieczych własnych przypadków ma niewiele, źwirzęcych przymiotów więcej, a iskierkę jakąś maluczką niebieskiej natury, za którym poznaniem siebie najdzie tak, iż w jego mocy to jest, albo naśladując smysłów zostać źwirzęciem, albo naśladując rozusu zostać aniołem, bliskim uznawcą boskiej piękności. Jeszcze też tego dołożę, iż choć miłość ta gruba w każdym lecie człowiekowi jest szkodliwa, a wszakoż młodym ludziom jeszcze sie wdy niejako zydzie, bo jeśli im przynosi szkody, niebespieczeństwa, niewczasy, frasunki, kłopoty, boleści, nędze, tedy przedsię ten tego zysk jest, iż miłując oni, a chcąc pozyskać łaskę białychgłów swych, czynią rzeczy pochwały godne, które prawda, iż sie nie ku dobremu końcu ściągają, ale wdy same w sobie są dobre. I tak z wiela gorzkiego odnoszą troszkę słodkości; a potym za mnóstwem przeciwnych rzeczy, które na tako wte ludzi przychodzą, na ostatek uznawają więc obłędliwość swoje i poniechywają wszytkiego.

A tak, jako każdy ten młody człowiek, który chciwości swe ma na wodzy, a miłuje rozumnie, u mnie jest mało nie aniołem, tak zasię mam za wymówionego tego, który da sie zwyciężyć tej źwirzęcej miłości, ku której s krewkości człowieczeństwa tak barzo jest skłonny, by jedno w niej będąc pokazał sie być nie ledakim, to jest i obyczajmi i dworstwem i wszelaką godnością. A gdy do lat przydzie, iż to wszytko mimo sie puści, a wstępując wyższej, zostawi gorące żądze smysłów za sobą, jako najniższy stopień u tego schodu, którym dojść jeden może prawdziwej miłości. Ale jeśliżby do lat przyszedszy chował jeszcze on ogień w oziębłym sercu, a chciał rozum swój, który w ten czas jest zupełnej siły, poddać pod moc zemdlonym smysłom, tam już inakszej rady niemasz, jedno takiego wyrzucić s pośrodka ludzi, a dać mu mieszkanie miedzy bydlęty.

Gdy tu troszkę pan Kryski przestał, jakoby chcąc sobie odpocząć, rzekł pan Lupa: Dziwnąś to w. m., panie Kryski, miłość wynalazł, o jakiej niewiem, by tu kto, jako żyw, słychał. Ja jeden me rozumiem, co to jest oczyma, uszyma, myślą miłować, i widzi mi się, iż na takowym używaniu cudności pan Kostka nie przestanie, bo to coś barzo na sen poszło; a coś też w. m. o piękności powiedział, jakoby miała być promieniem dobroci bożej, a ktemu zawdy dobra, ja tego nie baczę, i owszem przeciwko temu powiedzieć to mogę, żem wiele pięknych białychgłów barzo złych, hardych i gniewliwych widział, a boję sie, że ku takowej złości abo pysze, żadna ich ina rzecz nie wiedzie, jedno cudność.

Powiedział na to pan Lubelski: I wam, panie Lupa, i mnie im dalej, tym sie hardsze białegłowy będą zdały, zwłaszcza, jeśli w tych leciech człowiek od nich czego nieprzystojnego zachce. Ale niechaj w. m. pan Kryski nauczy, a ja sie też będę przysłuchywał, jako my potahli piękności białychgłów pożądać, czego po nich chcieć i na czym przestawać mamy, iżby nam z niczym harde być niemogły.

Odpowiedział pan Lupa: W. m. sie tego racz nauczyć, mnie tego nie potrzeba, bo i w młodszych leciech mych nigdym nie był na te miłostki wabny.

Zatym rzekł pan Dersniak: Nie z drogi podobno, miłościwy panie, pan Lupa mówi, iż piękność nie jest zawdy dobra, bo częstokroć cudności białychgłów bywały przyczyną wiele na ziemi złego ; od Trojej począwszy, co było na świecie walk, mordów i okrucieństwa, niemal zawdy, s przyczyn białychgłów cudnych rosły, abo z ich zapamiętania wstydu, jako to u pięknych jest pospolita. I widamy więc owo ludzie niecnotliwe, urodą, kształtem, gładkością osobną, iż mnima człowiek, aby takowe złe ludzi natura naschwał dla tego przyjemne stworzyła, żeby łatwiej gładką twarzą, jako myśliwcy ponętą ptaki, zdradzać mogli.

Ku temu pan Kryski powiedział: Nie daj tego w. m. sobie nikomu powiedzieć, aby piękność niemiała być zawsze dobra.

Zatym powiedział pan Myszkowski: Gdyż pan Lupa nie chce tego wiedzieć, co wiedzieć nie wadzi, nauczże mnie, panie Kryski, tego, jako stary człowiek piękności białychgłów użyć, i jako ku tej szczęśliwej miłości, którąś nam w. m. troszkę przed tym tak barzo cukrował, przyść ma. Odpowiedział pan Kryski: Niechaj pirwej tym panom odpowiem, którzy piękność nie zawdy dobrą być powiedają, co kiedy uczynię tedy i do rzeczy w. m. przydę, a zatym począł tak:

Nie życzyłbym tego żadnemu z w. miłości, aby który o ślepotę tak, jako on poeta Stesichorus przyść miał; abowiem zwykł Bóg wszytki te tą winą karać, którzy przeciwko piękności, przeciwko rzeczy świętej mówić, a one ganić śmieją. A tak macie to w. m. wiedzieć, iż z Boga piękność sie rodzi, a jest nie oddzielona od dobroci, jako gorącość od ognia. Cudność tedy zwierzchnia prawdziwy znak jest a piątno wnętrznej dobroci, jako piękny kwiat na drzewie znakiem jest dobrego owocu; a my przez to, co widzimy, dochodzimy tego, czego widzieć nie możemy, to jest umysłu przez ciało; stądże to jest, iż owi phisiognomowie s twarzy a s położenia członków nietelko obyczaje, ale i myśli czasem człowiecze wiedzą. I myśliwiec poźrzawszy na psa, na ptaka, już hnet wie, co w nim wre, jeśli rączy, jeśli łuczny, jeśli łowny, abo gniewliwy, bo duch każdego źwirzęcia na ciele na swym wyraża, jako najbarziej może, siebie. Patrzmy na lwa, na konia, na orła, jako w oczu jednego znać gniew, w drugiego oczu bystrość, w trzeciego nadętość jakąś. Pódźmyż zaś do owce, do gołębia, tam szczyrą a prostą widzimy niewinność, a w liszce, w wilku złość pokryta, i tak niemal we wszytkich źwirzętach, co żadne, to i złe, a co piękne, to i dobre. A mógłby to tak powiedzieć, iż piękność jest twarz przyjemna, luba, wesoła, a która pragnie przystojności, a skaradość zasię twarz ponura, przykra, smętna, mierzona, a która chciwa jest na nieprzystojeństwo.

Owa kto sie temu chce przypatrzyć, tedy tak najdzie, iż cokolwiek jest dobrego a użytecznego, to każda rzecz ta ma i piękność w sobie. A to nad świat ten, tę tak wielką machinę, którą Pan Bóg ku pożytku a zachowaniu w dobrej mierze wszytkich rzeczy stworzył, i możeż być co cudniejszego? Niebo okrągłe, ozdobione tak wielem jasnych pochodni, w pośrodku ziemia, żywioły ogarniona i niczym nie podparta stoi, słońce, które obchodząc ten krąg wszytko oświeca, zimie do najniższego na niebie znaku schodzi, a zaś znienagła odchodzi, a przychodzi lecie ku najwyższemu znakowi.

Nuż miesiąc ten bierze od słońca światłość podług tego, jako blisko od niego, abo daleko chodzi, i drugie pięć gwiazd, s których każda inaczej a inaczej postępując tenże bieg w krąg nieba odprawuje, to te wszytki rzeczy, jako s swej zamierzonej miary nigdy nie wychodzą (bo gdzieby sie co namniej odmieniło, nietelko by dobre nasze zginęło, ale świat bez pochyby upaść by musiał), tak też zasię mają taką piękność w sobie i ozdobę, iż rozum człowieczy nic piękniejszego wymyślić sobie nie może.

Podźmyż do wyobrażenia naszego, bo człowiek może być nazwań małym światem; cokolwiek ma w sobie, wszytko w nim jest mądrze uczyniono, a pewnie nie przygodnie tak sam stanął, abowiem najmniejszy członek jego, najcieńsza żyłka, najliższa kosteczka jest mu potrzebna. A ten kształt wszytek człowieczy przedsię jest barzo piękny, i niewiem jeśli pożytek więtszy, czyli ozdoba ciału jest ze wszytkich tych członków, których używamy, toż sie też i o inych źwirzętach powiedzieć może. Owo pierze u ptaków, liście i roszczki na drzewie, co natura dała obojgu temu ku potrzebie i zachowaniu swojej istności, a wdy i to ma wielką cudność w sobie. Ale nie patrzmy na przyrodzenie, patrzmy na to, co człowiek rozumem a ręką urobi. W okręcie, a co jest potrzebniejszego, jako maszty, jako żagle, jako powrozy, co to trzymają? a wdy te rzeczy mają tyle ozdoby w sobie, iż kto na to patrzy, mnima, aby tak wiele dla pożytku, jako dla napasienia oczu to było uczyniono. Filary kształtowne trzymają na sobie w kościelech wysokie sklepy, i nie mniejsza s tego jest oczom uciecha, niż pożytek kościołowi. Kiedy naprzód ludzie budować poczęli, wywiedli na domiech wysokie dachy, nie dla tego, aby sie dom zdał ozdobniejszy, ale iżby łatwiej deszczowa woda ściekać mogła, a dach sie nie kaził, a wszakoż ku temu pożytkowi wnet i ozdoba przystąpiła, tak, iż owe dachy, co je włoskiemi zową, a nie są, i stoją by kominy, abo studnie nie pokryte, nigdy tej piękności, tego kształtu, ani pożytku niemają, bo ogniowi czym inym, a nie tym oszpaceniem zabieżeć by sie mogło. A tak piękność wszędzie tam ma miejsce, gdzie ma być co dobrego, i dla tego odtąd więc zawdy chwalić poczynamy, mówiąc: piękny dzień, piękne niebo, piękna ziemia, piękna rzeka, piękny kraj, piękny las, piękna łąka, piękny sad, piękne drzewo, piękne miasto, piękny kościół, piękny dom, piękny poczet, piękne wojsko i dalej. Owa sie każda rzecz pięknością zdobi, i jest, jakom pirwej powiedział, nie oddzielona od dobroci, zwłaszcza w człowieczym ciele. Bo takowej cudności ina przyczyna nie jest jedno piękność duszna, a taż jest istotną dobrocią. Bo dusza mając cząstkę jedne prawdziwej cudności, to jest tej, która od Boga płynie, roświeca i czyni każdą rzecz piękną, której sie jedno dotknie, zwłaszcza, jeśli ciało to, w którym mieszka, nie jest s tak grubej a podłej materyej, iżby dusza na nim wyrazić swego wzoru niemogła. Przeto cudność jest znak zwycięstwa dusznego, jako owa chorągiew, co ją wytkną z wieże po wzięciu miasta, bo przez takową cudność, jako przez chorągiew, już dusza daje znać, iż opanowała ciało, a swoją światłością jasne uczyniła cielesne ciemności. Niechajże tego żaden nie mówi, aby piękność białegłowy harde czynić miała; ani też tego białymgłowam pięknym przy czy taj my, co walk, co mordów na świecie było, bo tym nie one krzywy, ale przeklęte żądze mężczyznskie. I toć sie podobno trefić może, iż piękna wystąpi s kresu, lecz do takowej rospusty pewnie jej piękność nie powiedzie, i owszem snadź odwodzić ją, a ku cnocie, ku przystojeństwu przywodzić będzie, a to za tą spółką a towarzystwem, które ma piękność z dobrocią. Ale wiecie w. m. co niewstydliwe czyni białegłowy? naprzód złe wychowanie, potym ustawiczna prośba mężczyznska, więc zdrada, nuż dary, ubóstwo, nadzieja, na ostatek bojaźń i tysiąc inych rzeczy, które podczas i jedne święcicę ze stateczności zwiodą.

Takoweż też abo tym podobne przyczyny mogą być, kiedy sie owo piękny a niecnotliwy mężczyzna trefi.

Tu pan Wapowski rzekł: Jeśli to prawda, co wczora, pan Bojarnowski powiedział, tedy bezwątpienia cudne białegłowy powścięgliwsze są niż żadne.

A com ja powiedział ? - rzekł pan Bojanowski.

Odpowiedział pan Wapowski: Jeśli dobrze pomnię, powiedziałeś w. m., iż te białegłowy, które bywają proszone, nigdy na prośbę nie czynią, a te, których nikt nie prosi, same zasię proszą. Otóż, iż piękne białegłowy zawdy na sie pokusy mają, a żadnych nikt ni ocz nie prosi, zawdy tedy piękne odmawiać zwykły, i za tym to idzie, iż muszą te być cnotliwsze, niż żadne, których, kiedy nikt nie prosi, same aby nie prosiły, strzymać sie nie mogą.

Rośmiał sie temu pan Kryski i rzekł: Na to niemasz odpowiedzi; a zatym tego dołożył: Bywa też i to częstokroć, iż jako ine smysły nasze, tak i wzrok sie obłądza a myli, mnimając, aby to było cudne, co cudne nie jest, bo iż druga białagłowa będzie miała niespokojne oko, obyczaje pieszczone, a twarz, w której, jako w źwierciedle widzieć będzie pustotę, wiele takich ludzi najdzie, którzy upodobawszy ono sobie, i rozumiejąc s takich postępków, iżby niemiało być próżne ich staranie, nazową to wnet pięknością, ano będzie przezwstyd jakiś obarwiony, nigdy niegodny tego świętego przezwiska piękności.

Gdy to pan Kryski wymówił, zamilkł, a wszytcy hnet jęli go nagrzewać, aby dalej o tej miłości rzecz prowadził, i o tym, jako prawdziwie kto ma użyć piękności.

Owa nakoniec pan Kryski powiedział: Mnie sie zda, iżem dosyć jaśnie pokazał, że starzy z więtszą pociechą niż młodzi miłować mogą, a to było moje przedsięwzięcie, a przeto nie zda mi się, abym miał głębiej w to wkraczać.

Na to rzekł pan Myszkowski: Lepiejeś to w. m. pokazał, jako wiele złego młodzi ludzie w miłości cirpią, niż to, jako wiele dobrego s niej starzy mieć mogą, boś ich w. m. jeszcze nie nauczył, co za drogi trzymać sie w tej swej miłości mają, jednoś w. m. to powiedział, aby sie rozumem sprawowali, gdzie drudzy ludzie mają to sobie za rzecz niepodobna, aby w miłości miał miesce rozum.

Pan Kryski przedsię szukał tej drogi, jakoby mógł być już prażen tej pracy, a dalej nie mówić, aż j. m. pan Lubelski kazał, a wszytcy mi jęli prosić, toż dopiero znowu począł w te słowa:

Nader by był nieszczęśliwy rodzaj ludzki, kiedyby dusza nasza, która sie miłości prędziuchno chyci, niemiała sie czym inym ucieszyć, jedno tym, czym sie cieszą nieme źwirzęta; ale ona ma coś ślachetniejszego, a zwłasniego swego, ku czemu ciągnąć to swe zapalenie może. Przeto gdyż sie już tak w. miłościam upodobało, niechcę sie zbraniać o tak zacnej rzeczy mówić, a iż sie czuję być niegodnym, abych o świętych tajemnicach miłości rosprawiał, proszę onej samej, żeby i umysł i serce i język mój tak sprawowała, jakobym ja pokazać mógł temu osobnemu Dworzaninowi iną miłość, niż tę, w której sie chasa kocha, bo go tamta więtszym niż jest uczynić, i ku poznaniu onej niewymownej niebieskiej piękności przywieść może.

Ku temu tedy idąc, tak powiedam, iż ponieważ przyrodzenie człowiecze w młodych leciech smysłom tak barzo hołduje, pozwolić sie to Dworzaninowi może, aby póki młod, miłował tak, jako drudzy, ale do lat przyszedszy, jeśli mu sie kiedy miłość w serce wkradnie, w ten czas już musi być dobrze ostrożniejszym, aby sam siebie oszukać niemógł, kładąc sobie powróz na szyję, a chytając sie za te rzeczy, które rzkomo smakują, ano są żółcią zaprawione, bo ktokolwiek z ludzi na to więc patrzy, młodego człowieka rychlej pożałuje, niż pogani, ale starego rychlej każdy pogani, niż pożałuje. A przeto, kiedy sie temu potahłemu Dworzaninowi na piękna a wdzięczną twarz weźrzeć przytrefi, ktemu, iż przy takowej twarzy będą uczciwe obyczaje, ślacheckie postępki i jakieś podobieństwo jednego ku drugiemu przyrodzenia, co on, jako w miłości biegły, będzie mógł łatwie poznać, hnet skoro to obaczy, iż oczy jego chytają sie za one piękność twarzy, a nie mogąc samej twarzy, iż contrafet jej do serca niosą, a dusza imie sie onemu obrazowi z lubością przypatrować, i pocznie czuć n siebie nowego gościa, któremu dziwnie będąc rada, wszytka sie wzruszy i zagrzeje; więc gdy wzrok chciwym a ustawicznym strzelaniem na upodobane ciało, co dalej, to więcej drew na ogień kłaść pocznie; tam on zaraz s przodku o prędkie lekarstwo musi sie s pilnością starać, a obudzić w sobie rozum, i tym umocnić a ugruntować serce; a zasię tak wszytki drogi smysłom zamknąć i chciwościam, aby ani gwałtem, ani przez zdradę wniść do serca mogły. Więc jeśli sie płomień udusi, tedy i niebespieczeństwo zginie. Lecz jeśli płomień nie zgaśnie, i owszem sie zarzyć imie, w ten czas Dworzanin ma to umyślić i ostatecznie wziąć przed się, aby w lewo nie zachodził, a sprośnej miłości nie naśladował, ale iżby sie prawej drogi, która do nieba wiedzie, trzymał, i tą aby szedł, rozum swój wziąwszy za wodza. Naprzód tedy niechaj w to weźrzy, iż to ciało, w którym piękność widzi, nie jest przyczyną ani początkiem onej cudności, i owszem piękność (biorąc ją same), iż nie ma ciała, a jest (jakom to pirwej powiedział) promieniem od Boga, wiele tym traci, kiedy sie złączy s tą rzeczą, której skażenie panuje, jako jest ciało nasze; abowiem piękność tym więcej ma w sobie doskonałości, im sie mniej z widomemi rzeczami wiąże; a kiedy nie ma z niczym spółki, jedno sama jest w swej istności, to dopiero jest prawie doskonałości zupełnej. A tak jako niemoże nikt słuchać nosem, ani woniać uchem, tak też niemoże żaden użyć cudności, ani uczynić dosyć chęci tej, którą piękność w umyśle człowieczym ożywia, dotknieniem, ale telko temi smysły, które do uznania piękności należą, a myślą, która na piękność duszną patrzy. Przydzie tedy odłączyć piękność od wszelakiej sprosności ślepego smysłu, a użyć onej oczyma, uszyma i myślą, oczyma na udatny wzrost, na kształtowne członki, na piękną a miłą twarz, na luby śmiech, a uczciwe obyczaje patrząc; uszyma wdzięcznego głosu a przyjemnych słów słuchając; a myślą, uznawając ślachetność dusze onej, która, tak piękne ciało sprawuje. To tym jako najroskoszniejszym pokarmem nasyci sie dusza, przez sprawę dwu smysłów, co w sobie mało cielesności mają, a są temi sługami, którzy wszytko donoszą do rozumu; gdzie za taką pociechą pewnie już nie będzie potrzeba s chciwością wylatać a pragnąć po upodobanym ciele tego, co nie przystoi.

Jeszcze też tego dołożę, aby dworzanin tę białągłowę, którą sobie upodoba, miał w wielkiej czci i powadze, o dobre o jej aby sie pilniej starał, niż o swe własne, jako o tej, która już droższa u niego, niż on sam u siebie być ma; i niemniej niż piękność ciała, aby umysł jej, cnotami ozdobiony, miłował, strzegąc tego, żeby w co nieprzystojnego nie zaszła, a wiodąc one zawdy bacznym upominaniem ku skromności, ku wierności, ku wstydu a uczciwości, iżby ni o czym inym jedno o cnocie a przystojności myślić, a jaśnie i bespiecznie każdą rzecz czynić mogła. Siejąc tedy tak piękne ziarno, wznidze nadobne zboże, obyczajów i postępków upodobanego człowieka, czego dworzanin używie z wielką swą uciechą, bo wnet s tego stanie sie miłym jej sercu, i to wszytko mieć musi, co poczciwa białagłowa dać może; a już ona tak wiele tego pragnąć będzie, aby mu sie we wszytkim zachowała i była powolną, jako tego, aby ją on zawdy miłował, Jedno chcenie rzeczy poczciwych, jedno niechcenie rzeczy obrzydłych u obojga będzie; a zatym przyda ku onemu błogosławieństwa, którego wiele ludzi pragnie, a mało ich, którzyby kiedy kniemu przyszli.

Zatym pan Dersniak powiedział: Słuchając ja w. m., panie Kryski, nadziewałem się, iżeś w. m. tę swą białągłowę miał stworzyć ludzcejszą a troszkę łaskawszą Dworzaninowi, niż pan Kostka swoje uczynił, ale widzę, żeście w. m. obadwa podobni owym panom assesorom, którzy więc pod czas przeciwko swoim powinowatym skazują, aby je za sprawiedliwe a mądre ludzie mieli.

Odpowiedział pan Kryski: Iście ja tego chcę, żeby ta pani dobrze była łaskawsza Dworzaninowi nie młodemu, niż jest tam ta pana Kostczyna Dworzaninowi młodemu. I widzi mi sie, że to słusznie bo Dworzanin leciwy nie będzie pożądał, jedno rzeczy uczciwych, których jemu białagłowa pozwolić wszytkich bez naszczerbienia poczciwości swej może; ale pana Kostczyna pani nic będąc tak pewna skromności, powścięgliwości i wstydu młodego, musi mu jednych rzeczy pozwolić, a drugich nic, gdzie Dworzanin leciwy, któremu nic nigdy nie odmówią, daleko jest w tym szczęśliwszy. Jako i owo, obłapi poczciwą białągłowę ten, kto ma sam żonę, nie broni mu sie, iż wie, że takowy nic nieprzystojnego nie myśli, a temu, kto niema żony, i ręki czasem chyba na witanie nie poda, obawiając sie, aby jej to osławy u ludzi, a u tegoż samego mnimania złego nie niosło. A stąd w. m. poznać możecie, iż miłość ta, o której ja powiedam, siła ma przed tą miłością, w której żądze cielesne panują. Ale gdyżeście mie w. m. na to wyciągnęli, a począłem miłość szczęśliwą Dworzaninowi nie młodemu pokazować, chcę go wdy troszkę dalej zaprowadzić, aby na tak niebespiecznym miejscu nie stał, bo to przed sie biorę, iż dusza, w której jest wola człowiecza w ręku, barzo hołduje (jakom to i pirwej powiedział) smysłom, a chociaż rozum obiera to, co dobre, i znając, że ta piękność, którą widzi, nie s ciała wynika, hamuje więc żądze nieuczciwe; a wszakoż ustawiczne patrzanie na tę cudność częstokroć nicuje rozsądek a baczenie człowiecze, a by nic gorszego nie było, tedy to samo kiedy człowiek osobno jest od tego, kogo miłuje, wielką mu ciężkość a trapienie przynosi, jako zasię bytność niewymówioną pociechę i roskosz. Przeto, aby Dworzanin od tej napaści był co najdalej, a mógł użyć piękności bez wszelkiego serdecznego bólu, potrzeba tego, aby uważył u siebie, iż piękność a ciało są rożne rzeczy, a iż są rożne, więc tę chęć, którą będzie miał ku upodobanemu ciału, niechaj za pomocą rozumu odejmie od ciała, a przyłoży ją ku samej szczyrej piękności, formując onę w swej głowic tak bez ciała, jako z nieba od Boga pochodzi. I dopiero w takiej piękności niechaj sie kocha, tej niechaj sie jego serce rozmiłuje, i w pośrodku u siebie da jej gospodę, aby tam ustawicznie mieszkając, nietelko na wieczność, ale ani na chwilę nigdy zginąć nie mogła. A to kiedy będzie, tedy ten Dworzanin nie młody nie uczuje żadnej gorzkości, ani ciężkości serdecznej, jaką młodzi ludzie niemal zawdy czują, jako jest niewiara, gniew, podeźrzenie, bojaźń, desperacya i ine zapalczywe skutki wścieczeniu podobnej które wielekroć przywodzą ludzie ktemu, iż drugi nietelko targnie sie ręką na tę białagłowę, którą umiłował, ale i siebie sam o śmierć przyprawi.

Gdzie przyspiałe lata i takowa miłość samej cudności nigdy na ten błąd a zamieszanie głowy nie powiedzie, ani Dworzaninowi do tego przydzie, aby on przezprawie czynić mężowi, ojcu, bratu abo przyjaciołom tej, którą kiedy umiłuje, takież i one sarnę o złą sławę przyprawić miał, też i tego nie będzie potrzebował, aby mógł pohamować język, oko, żeby sie wydało, jako to więc drugiemu z wielką prac a ciężkością przychodzi, gdy miłość pokryć chce. Teskność tez owa, którą miewa człowiek z odjechania od miłej od swej, nigdy nań nie przypadnie, abowiem miłą swą, to jest piękność one w sercu jako drogi skarb zamknioną wszędzie, gdzie sie obróci, poniesie s sobą, a jeszcze ją może (ze wszytkich cudnych ciał co piękniejsze sztuki biorąc) dobrze cudniejszą w swej głowie stworzyć i uformować, niż w rzeczy będzie. Ale ten wszytek pożytek aczkolwiek jest wielki, wszakoż s tym pożytkiem, jaki teraz pokażę, nigdy nie porówna, którego będzieli chciał Dworzanin dojść, musi s tych opłotków wyniść (gdyż to jest jako przywiązanym być do jednej telko rzeczy) a od obaczania cudności w jednym ciele postąpić do obaczania cudności we wszytkich na świecie rzeczach, i stąd dopiero przyść do onej jedynej, istotnej, a najwyższej, od której wszytki piękności swą piękność biorą, a zatym już nie cudności upodobanej, ale cudności nieogarnionej, która wszytkiemu światu świeci, niechaj sie rozmiłuje, do tej wszytkę myśl i serce niechaj przyłoży, na tę same niechaj patrzy, nie oczyma cielesnemi, bo te na niebieską światłość patrzyć nie mogą, lecz oczyma dusznemi; gdzie potym dusza zapaliwszy sie miłością piękności Bożej z Anioły sie zbraci, a nietelko już smysłów odstąpi, ale i bystrość rozumu mało będzie potrzebowała, jako ta, której wszytki rzeczy skryte widome a jasne będą, co przed tym (zakażone cielesnemi ciemnościami oczy mając) pod zasłoną a jako we śnie widziała. Jeśliż tedy ta piękność, którą oczyma śmiertelnemi tu na ludziech widamy (która ani tego przyrównania doszła, jakie jest świece do słońca, ale jest prosto cień jakiś piękności) zapala serca nasze i przynosi taką uciechę, iż więc drugi nic nadto milszego nie ma, cóż tam ta niebieska, na którą patrząc Aniołowie są błogosławieni ? możeż być przyjemniejsza miłość, milszy płomień nad ten, który sie z widzenia najwyższej piękności rodzi ? Wiem pewnie, iż, jako tej piękności żaden rozum ogarnąć, żaden język wysłowić nie może, tak też ani roskoszy, którą te szczęśliwe dusze mają, co ku widzeniu onej do nieba przyszły, nikt wypowiedzieć nie umie. Abowiem ta piękność początkiem jest i studnią, s której wszytcy czerpają, a jej przedsię ani ubywa, ani przybywa, ale w swej mierze ustawicznie stojąc wszytkim na świecie pięknym rzeczam swej piękności użycza, bo przez sie piękności mieć by nie mogły, jako ta niebieska piękność przez sie sama i od siebie piękność ma nieprzyrównaną, wieczną, szczyrą, a nie odmienną. Taż to jest piękność od najwyższej dobroci nie oddzielona, która swą światłością wzywa i ciągnie ku sobie wszytki rzeczy. Ta daje Aniołom istność, ludziom rozum, źwirzętom smysły, ziołom moc, kamieniom własność. Ta wzbudza umysł nasz, a budzeniem lubość czyni, i stąd gwałtowną miłością zapala. Więc ta miłość tym wyższa i szczęśliwsza jest, niż ina, im ślachetniejsza to rzecz jest, która one w nas zaczyna. A przeto, jako ogień ten widomy odgania od złota plugawość i ono na wybór dobre czyni, tak ten ogień niewidomy a święty sprosności duszne, i to, co w nich jest śmiertelnego, wypala i gubi, a ożywia to wszytko, co byli smysłowie umorzyli i podeptali.

Tenżeć to jest on stos drew, na którym Herkules, jako poetowie piszą, na górze Oeta zgorzał, a przez takie zgorzenie policzon jest miedzy nieśmiertelnymi.

Tenże też to jest kierz on ognisty Mojżeszow, one rozdzielne języki jakoby ogień, i wóz pałający Eliaszow, który łaski i błogosławieństwa przysparza duszam tych ludzi, którzy są tego godni, aby gi widzieli na ten czas, kiedy ziemskie ciemności na zad zostawując do nieba leci.

Obróćmyż tedy myśli wszytki i siły duszne nasze ku tej najświętszej światłości, która nam drogę do nieba pokazuje, a za tą (zwlekszy s siebie żądze i chciwości cielesne, w któreśmy sie tu na ziemi oblekli) po tej drabinie, która na spodnim szczeblu ma cień jakiś piękności, idźmy aż do onego najwyższego gmachu, gdzie niebieska, pożądana a istotna piękność mieszka, która w tajemnym zamknieniu u Boga najwyższego jest dla tego, iżby telko święte oczy patrzać na nie mogły. A tu dopiero ostatni i błogosławiony kres i koniec najdziem naszym żądościam. Tu odpoczynie każdy s prac ziemskich. Tu wytchnie z nędz, w których opływa człowieczy żywot. Tu sie uleczą cielesne choroby. Tu będzie najpewniejszy port nam wszytkim, którzy na świecie, jako na rozgniewanym a niebespiecznym morzu mieszkamy. Ale któż może miłość niebieską tę, która s piękności, z dobroci, z mądrości boskiej sie wznieca, doskonale chwalić? Ona wszytki części świata spaja; ona przyczyną jest, iż niebieska zwierzchność ziemską sprawuje; ona odwraca umysły ludzkie od bezeceństwa, a przywraca je Bogu, jako tej studni, s której wyszły; ona żywioły jednoczy, naturę spasabia k temu, iż wypuszcza wszytko s siebie, i zachowuje każdy rodzaj w istności swojej; ona rzeczy rosproszone zgromadza; niedoskonałym doskonałość, ziemi owoc, morzu uspokojenie, niebu światłość ożywiającą daje; z niesprzyjaźliwych sobie rzeczy sprzyjaźliwe, a z niepodobnych do siebie podobne czyni. Ona jest matką roskoszy, pokoju, cichości, dobrotliwości, a wielkim nieprzyjacielem nieludzkości i obrzydłej gnuśności. Owa jest i początkiem i końcem wszytkiego dobrego.

Skoro tego pan Kryski domówił, powiedział pan Lubelski:

Zaprawdę, jeśli Dworzanin niemłody będzie mógł iść tą drogą, którąś mu w. m., panie Kryski, pokazał, dobrze celuje Dworzanina młodego.

Ku temu rzekł pan Bojanowski: Wątpię ja, aby kto nalazł sie taki.

Dołożył pan Dersniak: Mężczyzna trudno, a białagłowa żadną miarą sie nie najdzie.

Na to pan Myszkowski powiedział: Wdy w. m., panie Dersniaku, pana Bojanowskiego wydać niechcesz, abyś niemiał białymgłowam podnoskow dawać, a one wszelakim sposobem krzywdzić.

Odpowiedział pan Dersniak: Niemasz tu krzywdy żadnej, iż powiedam, że białegłowy nie są tak wolne od cielesnych pokus, ani sie w contemplatiej tak obierają (czego do niebieskiej miłości potrzeba) jako mężczyźni; a tego tak dowodzę, iż w piśmie nigdzie niemasz zmienki o takowej ich miłości, a o mężczyznskiej takiej miłości czytamy, bo Plato, Socrates, Plotinus i inych wiele tak miłowali. I to rzecz pewna, iż żadna ina rzecz świętego Pawła do trzeciego nieba nie wtargnęła, jedno takoważ miłość.

Ozwał sie pan Kostka hnet temi słowy: I białegłowy nic w tym nie będą mężczyzn podlejsze, bo i Socrates sam wyznawa, iż wszytki tajemnice, które wiedział około tej niebieskiej miłości, białagłowa ma je, na imię Diotima, objawiła, a onego nie pomnisz W. M., panie Dersniaku, iż świętej Maryej Magdalenie dla tego wiele grzechów odpuszczono, iż wieldze miłowała.

A co takich było Maryj, które (jakom wczora o tym szyrzej mówił) dla Pana Krystusa okrutnych mąk, srogiej a straszliwej śmierci nic sie nie bały; a jeszcze ktemu nie były stare, ale młodziuczkie, w jakich leciech pan Kryski Dworzaninowi sprosta miłować dozwala.

Na to pan Dersniak chciał odpowiedzieć, ale J. M. pan Lubelski uprzedził mówiąc: Niechaj tego pan Kryski sędzią będzie, jeśli białegłowy tak, jako mężczyźni anielską miłością miłować mogą. Jedno że już dziś niemasz s to czasu, bo ksiądz Biskup do wieczerzaj gotować kazał, przeto do jutra tą władzą, którą ja mam, sąd ten odkładam. Co gdy sie wszytkim podobało, zaraz powstawszy, jedni do Jego Miłości księdza Biskupa, drudzy do ogroda na przechadzkę poszli.

KONIEC DWORZANINA.