Zwycięzca (powieść)/Część pierwsza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Zwycięzca
Data wydania 1910
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



V.


Słońce zaledwie zaczynało się przechylać ku zachodowi, kiedy po zburzeniu zamku szernów lud odprowadzał w tryumfie Zwycięzcę do świątyni, obwołując go jedynym panem globu księżycowego...
Walka była ciężka i długa. Szturm przypuszczano w same południe, w porze, kiedy codziennie szaleją burze nad wielkiem księżycowem morzem — i w mgnieniu oka przełamano obronne mury dziedzińca. Ludzie, którzy dawniej na samą myśl o szernach z zabobonnym lękiem kreślili zbawczy znak Przyjścia na piersi i ustach, teraz — widząc obiecanego Zwycięzcę na czele szeregów, rzucali się w wir boju z zapamiętałością i odwagą niesłychaną. U bram trójszczytowej wieży jednakże spotkali się z oporem, o który mało co nie rozbiło się ich waleczne natarcie. Tym razem nie szernowie to byli, ale morcy, którzy, zbiegłszy sromotnie w pierwszym boju, teraz rozpaczliwie się bronili do ostatniego tchu, wiedząc, co ich czeka w razie pogromu. Każde drzwi trzeba było oddzielnie zdobywać, każdy korytarz i zakręt schodów, niemal stopień każdy.
Morcy, wyparci przeważającą liczbą z jednego stanowiska, cofali się na drugie, wyżej położone, broniąc się wciąż zaciekle. W ogłuszających grzmotach rozszalałej burzy postępowano w ten sposób z wolna ku szczytowi wieży, ślizgając się we krwi i gubiąc w ciemności wązkich przechodów, spotęgowanej jeszcze gęstemi na niebie chmurami i deszczem ulewnym.
Zwycięzca nie brał osobiście udziału w walce, toczącej się wewnątrz; zbyt wielki wzrostem, aby się w ciasnych krużgankach móc swobodnie poruszać, pozostał na zewnątrz i stamtąd całą bitwą dowodził, bacząc jedynie, aby kto z oblężonych nie uszedł, z zamętu boju skorzystawszy. I to był rzeczywiście zamiar zamkniętych w wieży szernów. Widząc, że strach przed ich imieniem, który dotychczas Ludzi zdala trzymał od warowni, znikł bez śladu, a o zwycięstwie już zwątpiwszy, pozostawili morcom obronę dostępu na najwyższe piętra, a sami poczęli się gromadzić na wązkiej platformie między trzema szczytami, czatując już tylko na sposobną chwilę do ucieczki. Spostrzegł ich Marek i z ruchów zrozumiał, że chcą skorzystać z niedołężnych skrzydeł swoich i rzucić się ku morzu ponad głowami napastników, a opanowawszy tam pod słabą strażą ludzką zostawione okręty, ujść bez obawy pościgu do ojczystych swych krajów. Krzyknął więc na Jereta, którego niejako w charakterze adiutanta miał przy boku, aby flotyll w zatoce pilnował, sam zaś zgromadził co najlepszych łuczników koło siebie i z ich pomocą począł razić zjawiających się na dachu szernów. Strzały z cięciw, słabemi napinanych rękoma, rzadko wprawdzie donosiły i małą wyrządzały szkodę, ale za to palna broń Zwycięzcy straszliwe wśród szernów czyniła spustoszenie. Po niejakiej chwili pozostali przy życiu przestali się już nawet jawić na dachu i zwątpiwszy snadź o możliwości ucieczki za pomocą skrzydeł, szukali tylko wewnątrz murów ocalenia.
Był to jednak moment, kiedy przerzedzone szeregi morców z najwyższego piętra wyparte rzuciły się były właśnie w popłochu ku szczytowi, chcąc zająć ostatnie obronne stanowisko u miedzianej kraty, zamykającej wejście na dach. Dwie fale spotkały się na ciemnych schodach — i szernowie, pogromem rozwścieczeni, rzucili się z góry na morców, pędząc ich na nowo do śmiertelnej walki. Morcy, z dwóch stron napastowani, wpadli w szał. Strachem i czcią tłumiona nienawiść do pomiatających nimi panów wybuchła nagle z rozkiełzaną potęgą. Nie bacząc, że ludzkie bronie z tyłu śmiercią im grożą, zwrócili się ku górze i natarli gwałtownie na swoich ojców i ciemiężycieli.
Walka była krótka. Szernowie nie wytrzymawszy naporu liczniejszej kupy, rzucili się z powrotem na dach, otwierając przejście goniącym za nimi morcom. Tutaj jednak powitał ich znowu zabójczy ogień Zwycięzcy. Oszaleli tedy, straciwszy wszelką nadzieję ratunku, puścili się wszyscy lotem, jak chmara olbrzymich i strasznych sępów, wprost na Marka, chcąc na tym groźnym olbrzymie pomścić przynajmniej śmierć swoją niechybną.
Kilku ich już tylko było, jednak Zwycięzca, z nagła napadnięty, byłby im uległ niechybnie, gdyby nie zgromadzeni koło kolan jego łucznicy, którzy z niesłychaną zręcznością szyli strzałami rzucających się na niego wrogów. Mimo to otrzymał kilka strasznych uderzeń prądu z ręku napastników, — jeden zdążył nawet rzucić mu się na pierś i zduszony potężną dłonią olbrzyma, trupem jeszcze wisiał na nim, uczepiony dzióbem i zadzierżystemi szponami nóg.
Marek, osłabiony i wyczerpany długą walką, osunął się na ziemię, kiedy ze szczytu wieży zabrzmiał okrzyk tryumfu. Ludzie po wymordowaniu morców opanowali zamek w zupełności.
Bronił się jeszcze tylko jeden Nuzar, podręczny niegdyś Awija, z krwawem piętnem na gębie. Wdrapał się on na jeden z trzech ostrych szczytów wieży i stamtąd, zrywając dachówki, raził usiłujących go na próżno dosięgnąć napastników. Ludzie, wewnątrz wieży walczący, nie mieli łuków ani proc z sobą, poczęli tedy wołać na pozostałych w dole, aby broń przynieśli, gdy z nagła wybuchający niespodziewany pożar na dolnych piętrach zmusił ich do cofnięcia się.
Nuzar pozostał sam. Widząc uchodzących zdobywców zsunął się z ostrego stożka i siadł na gzymsie platformy, oczekując spokojnie śmierci. Spostrzegł go z dołu Zwycięzca i począł wołać, aby uchodził przed pożarem, obiecując mu życie i zdrowie. Morzec wahał się przez chwilę, obietnicy snadź nie dowierzając, gdy jednak Marek powtórzył zapewnienie, wyciągnął pęk lin z ukrycia i uwiązawszy je u balustrady, spuścił się z płonącej baszty w sam środek ludzkiego tłumu. Widząc go zawieszonym w powietrzu, kilku łuczników napięło cięciwy, biorąc go już na cel niechybnym strzałom, ale Marek powstrzymał ich dość wcześnie, nakazawszy szacunek dla swego przyrzeczenia.
— Jest moją własnością ten morzec, — wołał, — kto go tknie, moją własność naruszy!
Tymczasem on dosiągł już ziemi, ale nie wierzył jeszcze w swe ocalenie, bo nie oddalał się od płonącej baszty, śledząc jeno nieufnem okiem otaczających go ludzi.
Zbliżył się Elem ku niemu.
— Chodź, psie parszywy, do Zwycięzcy, — rzekł.
Morzec mruknął coś, ale ruszył posłuszny za arcykapłanem wśród rozstępujących się z wyrazem wstrętu i nienawiści ludzkich szeregów.
Marek, siedząc wciąż na ziemi, dał mu znak, aby się zbliżył.
— Panie, jest nie związany, miej broń w pogotowiu, — ostrzegał Elem.
Jeret, który powrócił był właśnie od okrętów, zaśmiał się.
— Lepiej go związać odrazu, — rzekł rzucając pętlę, aby pochwycić w nią szyję morca.
Było już jednak za późno. Nuzar, odbiwszy powróz lewą ręką, wyciągnął nóż prawą w zanadrzu dotychczas ukrytą, i błyskawicznym ruchem rzucił się na Zwycięzcę, godząc w jego obnażoną szyję.
Zwycięzca uchylił się przed ciosem i pochwycił uzbrojone ramię morca, wznosząc go wysoko ponad głowę. Nuzar chciał się bronić zębami, ale dosięgnął tylko zwisającego rękawa Zwycięzcy i począł go kąsać zajadle.
— Śmierć! śmierć! — wołały zewsząd oburzone nienawistne głosy.
— Będzie żyw, — rzekł Marek, — potrzebny mi on do menażerji... Dajcie jeno powroza.
Morzec zwinął się w potężnym uścisku markowych dłoni, ale nie jęknął nawet ani się już nie bronił, gdy ten krępował mu ciasno ręce na plecach złożone.
Rzucił koniec sznura Jeretowi.
— Zaprowadź go do skarbca, tam, kędyście owego szerna przytroczyli. I pilnuj. Gdy kiedyś wracać będę na Ziemię...
Nie dokończył zdania. Zaśmiał się tylko głośno do siebie na myśl, jakie nadzwyczajne przywiezie okazy z sobą.
Tymczasem walka była nieodwołalnie i pomyślnie skończona. Oprócz morca ujętego ani jeden z mieszkańców wieży nie pozostał żyw.
Burza szalejąca prawie przez cały czas, ustała teraz. W północnej stronie nieba, około wysokiego stożka krateru Otamora, kłębiły się jeszcze i przewalały czarne chmury — grzmot stamtąd szedł jeszcze przytłumiony, daleki, — ale nad miastem i morzem świeciło już jaskrawe słońce na bladym, księżycowym błękicie...
Marek w weselnym orszaku wracał ku świątyni. Patrzył na to słońce i dziwno mu było, że zaledwie zdążyło wpełznąć od horyzontu po zenit przez ten czas, w którym tak wiele rzeczy się stało... Wszakże o świtaniu zoczył dopiero zdala mury tego miasta — i ranek był, kiedy go na stopniach tej świątyni witano, — a oto teraz odprowadza go lud tutaj, jako do domu, i sławi go, zwycięzcę w dwóch krwawych bitwach i samowładnego pana wszystkiej księżycowej krainy.
Takie to było niepojęte i tak nagłe, a tak poprostu się stało, że uśmiechnął się mimowoli ze zdziwieniem, jakby do snu własnego, myśląc o tem wszystkiem. Wprawdzie od świtania do tej chwili, po ziemsku licząc, tydzień z górą upłynął, ale tutaj jest pół dnia dopiero — i zdawać by się mogło, że to sen był przedziwny, gdyby nie ten lud, wznoszący wokół okrzyki i zieleń mu pod nogi ścielący, gdyby nie te dymy ciężkie, co się tam w północnej stronie pod czarnemi chmurami włóczą dookoła zwalisk i zgliszczy...
Na schodach świątyni odprawił tłum do domów. Mimo wyraźne jego życzenie nie chciano się rozchodzić i długo, długo, wznoszono jeszcze na cześć jego okrzyki, zbawcą go zowiąc, zwycięzcą, ukochaniem i od wieków oczekiwanem błogosławieństwem księżycowego globu, aż ujść w końcu musiał do wnętrza przed tymi nie kończącemi się uwielbieniami... Nie chciał nawet, aby mu towarzyszył Elem lub ktokolwiek z dodanych mu do służby ludzi.
Odczuwał nieprzepartą potrzebę samotności: chciał wreszcie poza tym gwarem tłoczących się wydarzeń zastanowić się trochę, połapać się, rozważyć. Zdawało mu się, jakby myśli jego samej tchu brakowało — i musi teraz tego tchu zaczerpnąć, jeżeli niema pozostać w tyle poza stającemi się bez jego udziału zdarzeniami.
A przytem znużony był i senny. W przeciągu stukilkudziesięciu godzin, które upłynęły od świtania, spał bardzo mało, a nie miał natury tych księżycowych karłów, niemal bezsennie przetrzymujących trzysta pięćdziesięciogodzinny dzień... Ubezwładniał go upał południa i miarowy, jednostajny łoskot rozfalowanego jeszcze po burzy morza.
Wszedł do wnętrza świątyni i zamknął kute bronzowe drzwi za sobą.
Mrok go ogarnął nagły, barwnymi witrażami okien roztęczony, i chłód, z podziemnych gdzieś gmachów bijący.
Pusta świątynia wydała mu się czemś wielkiem i tajemniczem, — jakąś istotą żywą, której naraz serce i treść bytu wydarto; nieledwie olbrzymią maszyną, która w ruchu była przez wieki całe, a teraz nagle stanęła za jego przybyciem. Patrzył na znaki złote i napisy, z dziwnie poplątanych liter złożone, i myślał, że miały one znaczenie, a teraz stały się nieme i głuche, z chwilą gdy on tu wszedł i zapowiedź — może wielką? — którą one głosiły, zwrócił mimowoli na siebie. Lęk go ogarnął niemal zabobonny. Rankiem jeszcze sądził, że on jest — nie wiedząc o tem — tym przyobiecanym nędznemu księżycowemu ludowi wybawicielem, a teraz gotówby prawie uwierzyć, że wdarł się w miejsce, które istotnie do kogoś należało, że przywłaszczył sobie lekkomyślnie czyjeś tajemnicze i wielkie prawa — i oto każdy napis zagadkowy i złoty z tych ścian patrzy na niego złowieszczo a groźnie, jak na samozwańca...
Odruchowo chciał biec i zwołać lud, i krzyczeć...
Uśmiechnął się sam do siebie.
— Znużony jestem i senny, — rzekł głośno.
A potem przypomniały mu się słowa, niegdyś przed wiekami na Ziemi przez mędrca wielkiego wypowiedziane: »Tak daleko sięga prawo człowieka, pokąd sięga jego moc...«
— Znużony jestem i senny, — powtórzył, — i taki niemocny teraz i dlatego w prawo swoje zbawiania tego ludu nie wierzę...
Prawo — zbawiania!...
W głębi pomiędzy dwoma filarami przygotowano mu posłanie, ale nie mógł się jakoś jeszcze odważyć, aby legnąć tu na sen — w tem świętem miejscu.
Zachciało mu się naraz powietrza i przestrzeni. Po krętych, nie dość dla ogromu ciała jego wygodnych schodach wyszedł na dach i rzucił się w pełnem słońcu na kamienną posadzkę platformy.
Przez małą chwilę usiłował myśleć o tem wszystkiem, co się tu dzieje, i zdać sobie sprawę z tego, co go to wszystko obchodzi i czemu właściwie tak czynny udział bierze w wydarzeniach, ale myśli rozpierzchłe nie chciały go słuchać.
Ciężka senność zawierała mu z wolna powieki. Rozgrzane, od pożaru słonecznego drgające powietrze paliło go w piersi za każdym oddechem, — żar głowę ogniem mu obejmował, ale on nie czuł już siły, aby się w cień usunąć...
— Zrobię to za chwilę, — myślał zasypiając, rozleniwieniem znużenia objęty...
Morze uspokoiło się już po burzy i gdy wzniósł jeszcze na chwilę ciężkie powieki, lśniło mu w oczy ogromną, blasku i przestrzeni pełną powierzchnią, zlewając się w snem zamroczonej myśli jego z marzennemi obrazami Ziemi.
Zasypiał, gdy naraz zdało mu się, że chłód jakiś rozkoszny i wonny wionął mu w twarz, — niby ktoś zawołał na niego z cicha po imieniu, — zamajaczyły mu włosy złote, na drobną, tak zabawnie drobną i białą pierś dziewczęcą rozsypane, — usta drgające, purpurowe...
Chciał sobie jeszcze imię, jakieś imię przypomnieć...
Usnął.
Kiedy się obudził nareszcie po długim i ciężkim śnie, zdawało mu się naprzód, że śpi jeszcze. O kilka kroków przed nim na białej, rozesłanej skórze siedziała Ihezal. Miała na nagiem ciele jeno błękitną, rozwartą szatę; włosy jej związane były we dwa ogromne węzły ponad uszyma, z wolno spadającymi na pierś końcami, które tworzyły jakby szeroki złoty haft na brzegach rozciętej tuniki. Patrzyła na niego z cichym uśmiechem...
Przez pewien czas nie śmiał się ruszyć, aby nie spłoszyć snadź tego zjawiska, tak mu się wydało pięknem i słodkiem. Uczuł, że nie leży już na kamieniach posadzki, lecz ma pod sobą miękkie i puszyste skóry, nad głową zaś zasłonę w kształcie namiotu, która go chroni od palącego słońca.
— Ihezal!... — wyszeptał mimowolnie.
Uśmiechnęła się znowu.
— Czy spałeś już dosyć, panie?
Nie odpowiadał. Przez chwilę zdawało mu się, że znowu zapada w sen, dziwnie słodki i rozkoszny...
Zerwał się nagle.
— Spałem...?
— Tak, panie. Spałeś dwadzieścia godzin z górą. Spojrzał na słońce. Stało w tem samem miejscu, jak w chwili, kiedy sen go zmorzył.
— Ach, prawda! — pomyślał, — jestem na Księżycu...
Zwrócił zwolna oczy na dziewczynę.
Spuściła głowę.
— Czuwałam nad tobą prawie przez cały czas, kiedy spałeś, Zwycięzco.
— Jak weszłaś tutaj? — zapytał, — drzwi zamknąłem za sobą...
— Ja mieszkam tutaj... Zostałam w gmachu, łączącym się ze świątynią, który dziadek mój, arcykapłan Malahuda, opuścił. Chciałam być w pobliżu, aby ci móc służyć, panie. Ale jeśli każesz, opuszczę te komnaty.
— Zostań. Gdzie dziadek twój?
— Niema go. Poszedł na te równiny szerokie, które stąd widzisz, Zwycięzco, a może w te góry tam na północy poza śnieżnym Otamorem — albo na morze sine... Niema go już, jak niema dnia wczorajszego, jak niema niczego, co wczoraj jeszcze było, — jesteś tylko ty jeden...
Mówiła to śpiewnie, z dziwnym upojeniem w głosie, który zdawał się wzbierać i drżeć, jakby chciał więcej powiedzieć, niż te proste słowa wyrażały.
Marek wyciągnął zwolna rękę i położył ją lekko, ostrożnie na filigranowem ramieniu dziewczęcia. Patrzył na nią przez chwilę z jakimś mimowolnym podziwem, aż naraz zapytał:
— Słuchaj! czy ty wierzysz, że ja jestem owym, przez proroków waszych zapowiedzianym Zwycięzcą? Wierzysz naprawdę?
Ihezal spojrzała na niego szeroko rozwartemi oczyma.
— Ja wiem o tem — odrzekła.
— Skąd... skąd wiesz?...
Złożyła ręce na piersi i mówić poczęła żywo:
— Zaledwie przyszedłeś, a już usta wszystkie i wszystkie ręce ciebie błogosławią! Mocny jesteś jak bóg i potrafisz w bitwie być srogim i strasznym dla wroga, lecz mówiono mi także, iż pełniłeś już czyny miłosierdzia, które my tu na Księżycu z dawnego imienia zaledwie znamy... I piękny jesteś, panie, tą bujną i młodą mocą swoją, piękniejszy od wszystkiego, co kiedykolwiek oczy moje widziały! Chyba Ziemia jedna, gwiazda przejasna i święta, na którą patrzyłam raz, będąc w Kraju Biegunowym, nie jest mniej piękna od ciebie... Ale ty stamtąd właśnie zeszedłeś do nas, z wysoka na ten padół nędzy, bolu i łez! O! jakże jasny jesteś, jak piękny i boski, panie mój jedyny!
— Bądź przy mnie, — szepnął Marek, — bądź przy mnie... Nie jestem ja taki, jak ci się wydaję, i ta Ziemia nie jest taka jasna, jak stąd wygląda, gdy się poprzez gwiazdy i niebo na nią patrzy; ale ty bądź przy mnie, a wtedy... Chciałbym, odchodząc stąd, dobro zostawić po sobie, abyście mnie mogli wspominać jasnym i błogosławić...
Ihezal patrzyła nań zachwyconemi oczyma, przygarniając się bezwiednie ku jego kolanom. On się uśmiechnął i ukrył jej ręce maleńkie w swej dłoni.
— Chciałbym, żebyś ty mnie też pamiętała i błogosławiła. Jesteś jak kwiat...
Naraz, zmieniając ton, odsunął dziewczynę od siebie i rzekł znienacka, prawie surowo:
— Dlaczego jesteś naga?
Purpurowy rumieniec nagle okrył całe jej ciało, zaróżowił niemal opalowe paznokcie jej dłoni. Szybkim, nerwowym ruchem zebrała fałdy rozwartej tuniki, kryjąc się w niej cała.
— Panie — rzekła — ty się nie gniewaj... Tutaj dziewczęta zawsze tak chodzą po domu... Idąc do ciebie zapomniałam, że w domu swoim już nie jestem... To nie przez brak szacunku...
Zgarniała wciąż jeszcze fałdy sukni, choć szczelnie już nimi była zakryta, patrząc z lękiem w twarz Zwycięzcy...
A on poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili dopiero ozwał się tonem na pozór obojętnym, który jednak jemu samemu fałszywie zabrzmiał w uchu:
— I czy tak... widują cię... widują was wszyscy?
Ihezal nagle zrozumiała. Rozkoszny, obezwładniający dreszcz przebiegł jej drobne ciało, dłonie zaciśnięte około zgarniętych na piersi fałdów rozwarty się, opadając wzdłuż bioder. Patrzyła mu prosto w oczy.
— Odtąd nie będzie mnie widział nikt, — rzekła.
Marek wzruszył ramionami.
— To mi wszystko jedno, — rzekł niemal opryskliwie, patrząc w inną stronę. — Jeśli tu taki zwyczaj... Ale, ale! — co chciałem mówić? A tak. Gdzie jest twój dziadek? Chciałbym go zobaczyć...
Wnuczka arcykapłana spoważniała.
— Poszedł, panie. Mówiłam ci już. Teraz Elem... Ale gdy każesz, szukać go będą wszędzie...
— Tak, tak. Wydaj polecenie. Chciałbym z nim mówić o wielu rzeczach...
Stała patrząc mu w oczy śmiało i spokojnie, jakby czując się już jego wyłączną własnością — świętą i nietykalną.
— Wydaj polecenie – powtórzył.
Wyciągnęła dłoń ku niemu:
— Daj mi, panie, znak, że mam prawo wydawać rozkazy w twojem imieniu, a poślę ludzi na poszukiwania.
Marek zawahał się, nie wiedząc, co zrobić, gdy naraz przypomniał mu się dawny, z powieści mu już tylko znany ziemski obyczaj przelewania władzy. Z uśmiechem ściągnął pierścień z palca i podał go oczekującej dziewczynie.
Wzięła go i bez słowa zwróciła się ku schodom, z dachu płaskiego w głąb świątyni wiodącym.
Przeszła przez nawę i bocznemi drzwiami zapuściła się w głąb opuszczonego pałacu arcykapłańskiego...
Gdy po pewnym czasie wyszła stamtąd, miała na sobie strój bogaty: na szczelnie zapiętej fijoletowej tunice lekkie futro złociste i sznur krwawych bursztynów prorokini Ady na szyi. Zbliżyła się teraz do miedzianych drzwi świątyi[1], z zewnątrz zapartych, i odsunąwszy wrzeciądze, rozwarła je na oścież.
Na dziedzińcu czekał lud. Co starsi i godniejsi zgromadzeni byli z Elemem na schodach, czekając cierpliwie przebudzenia się Zwycięzcy, aby ułożyć z nim nowy porządek rzeczy i ład zaprowadzić, przez złożenie władzy najwyższego dostojnika, Malahudy, naruszony. Nieopodal stał Jeret z młodzieżą, snując w zapalczywej głowie plany wojenne: pilno mu było iść ze Zwycięzcą tam, na drugą, tajemniczą stronę Wielkiego Morza, aby szernów potwornych, nim się spostrzegą, we własnych ich gniazdach wydusić..
A dalej był lud. Ci, którzy walczyli, i ci, którzy zdala przyglądali się walce, i inni, którzy skargi przed Zwycięzcę chcieli pozanosić, i inni, którzy przyszli z prośbami, i jeszcze inni, których tylko ciekawość niesyta przywiodła, aby ogromnego przybysza z Ziemi oglądać. Stały też na uboczu i kobiety, nieśmiałe wobec mężów i władców, ale przeważnie z rozpłonionemi oczyma i błogosławieństwem na ustach dla tego, który przybył, aby zmienić to, co było, wiedząc, że cokolwiek będzie nowego, lepszem tylko być może dla nich, dźwigających dotychczas twarde i srogie jarzmo mężowskiego prawa.
Ciągnęło się to mrowie ludzkie, jak okiem można było zasięgnąć, i falowało, szumiąc, prawie morzu z drugiej strony świątyni podobne.
Gdy drzwi świątyni się rozwarły, myślano zrazu, że to Zwycięzca wychodzi, i ogromna fala przypływu przeszła tłum, rzucając nim o stopnie kamienne, niby o brzeg skalisty.
Elem, ze starszymi z ludu poruszył się także. Widząc wychodzącą dziewczynę, zapłonął gniewem.
— Jak śmiesz włóczyć się tędy, — krzyknął, — gdy my na Zwycięzcę czekamy?
Ihezal nie odezwała się ani słowa; wolnym i pewnym krokiem szła ku wyniosłemu miejscu po prawej stronie schodów, skąd zazwyczaj dziedziczni arcykapłani wolę swą ogłaszali ludowi.
Elem chwycił ją za odzież.
— Dokąd idziesz? Bacz lepiej, abyś się z arcykapłańskiego gmachu co rychlej wyniosła, gdyż czas już mnie się tam wprowadzić...
Nie odpowiedziała i teraz. Uwolniwszy się jeno stanowczym ruchem od zakonnika, wstąpiła na mównicę i wzniosła ponad głową rękę z pierścieniem.
— Ludu! — zawołała donośnym głosem, — Zwycięzca przysyła wam przeze mnie pokój i pozdrowienie!
— Ściągnijcież tę szaloną! — krzyknął Elem, — nie pozwólcie mówić z arcykapłańskiego stolca obwinionej o stosunek z szernem Awijem!
Na dźwięk nienawistnego imienia lud się poruszył: dały się słyszeć pomruki i groźne okrzyki.
Jeret poskoczył ku mównicy:
— Ihezal, zejdź! zejdź, jeśli ci życie miłe! Tyś naprawdę szalona!
Zdawała się go nie widzieć. Oczy jej, spokojne i jasne, jakby snem jakimś zaczarowane, błądziły po rozfalowanem morzu głów ludzkich.
— Precz, precz z mównicy! — krzyczano. — Zwycięzca ma tylko prawo przemawiać i Elem, sługa jego wiemy!
Ihezal wzniosła znów rękę, w której rozbłysnął słonecznymi promieniami jasny kamień pierścienia.
— Oto znak: pierścień Zwycięzcy, w jego ja mówię imieniu, wnuczka arcykapłana, szerna Awija pogromicielka i jak prorokini Ada, męża nie znająca, sługa tego, czyje imię niech będzie błogosławione na wieki! On mnie wyrwał z rąk waszych, gdyście mnie niewinnej śmiercią grozili — i przysłał tutaj, ażebym była ustami jego błogosławiącemi.
— Kłamie! — krzyknął Elem, — pierścień ukradła! Hej! ludzie! zwlec mi ją tutaj!
Tłum jednakże słów tych już nie słuchał. Szeroki okrzyk na cześć Zwycięzcy uderzył o mury świątyni; poczęto cisnąć się ku dziewczynie i poselstwo jej witać radosnemi słowy. Więc Elem, wystąpiwszy naprzód, uniósł oburącz kołpak arcykapłański i wołał:
— Patrzcie! nad głową moją błyszczy kamień z ręki Starego Człowieka i ja jeden mam prawo w imieniu Zwycięzcy przemawiać, ja, którym go pierwszy powitał i przywiódł!
Na dole poczęły się tworzyć dwa obozy. Niektórzy, widząc arcykapłańską czapkę ze świętym kamieniem na głowie dawnego przełożonego Braci Wyczekujących, stawali po jego stronie i wołali, aby Ihezal ustąpiła, ale ogromna większość zgromadzonych oświadczyła się za nią.
— Kto dał czapkę Elemowi? — pytano. — Wszakże Malahuda złożył ją do stóp Zwycięzcy, a on nie oddał jej nikomu; Elem ją sobie sam przywłaszczył!
Nawet ci, którzy rankiem sami domagali się od Elema, aby wziął kołpak po Malahudzie, krzyczeli teraz głośno, że jest samozwańcem i że Ihezal jedna, z pierścieniem Zwycięzcy przychodząca, ma prawo w jego imieniu przemawiać do ludu. Zapomniano już obelg, ciskanych niedawno w twarz staremu arcykapłanowi, gdyż witał dziwnemi słowy ziemskiego przybysza — i żałowano go niemal, że złożył urząd i zniknął. To też, gdy Ihezal oświadczyła, że Zwycięzca pragnie starca odnaleść i mieć przy swoim boku, lud podniósł okrzyk radosny i był gotów w pierwszym zapale przebiec cały glob księżycowy, aby go odszukać.
Elem, posłyszawszy to, pobladł. Przez chwilę patrzył na tłum i na zbrojnych, których teraz właściwie, jako arcykapłan, pod swoją miał władzą, ale widocznie obawiał się w ten sposób pod bokiem Zwycięzcy mocy swej próbować, bo skinął jeno na starszych i wszedł z nimi pośpiesznie do świątyni. Nie znalazłszy tutaj Marka, zwrócił się z nieodstępnym orszakiem ku schodom, wiodącym na górę.
Marek, odprawiwszy Ihezal, długim snem jeszcze rozleniwiony, przysiadł był na kamiennej poręczy od strony morza i patrzył na dalekie, rozsiane po niem wyspy, nie słysząc zgoła kłótni, po drugiej stronie gmachu się toczącej. Był trochę podniecony krótką rozmową i dziwnem zachowaniem się złotowłosej dziewczyny, cieszył się przeto, że mu w tej chwili nikt samotności nie przerywa. Zmarszczył tedy brwi niechętnie, spostrzegłszy wchodzącego Elema i towarzyszących mu starców.
— Czy nie mówiła wam Ihezal, — zaczął uprzedzając powitanie — że chcę zostać sam?
Elem się zatrząsł.
— Panie, — rzekł, — sądziliśmy, żeś to powiedział, aby się uwolnić od natrętnej dziewczyny, która cię nużyła zapewne prośbami, abyś jej dziadkowi, co cię dziś rano znieważył, winę raczył darować...
Marek wzruszył ramionami.
— Wy mnie nużycie, przychodząc tutaj bez potrzeby.
— Sprawy ludu czekają, panie...
— Czekamy twoich rozkazów! — odezwali się chórem starcy, pokłon nizki wybijając.
— Kto rządził dotychczas?
Zapanowało milczenie. Aż jeden ze starszych ozwał się:
— Malahuda, arcykapłan, ale on...
— Zgubił się. Wiem. Kazałem szukać Malahudy, a gdy go zobaczę, dowiem się od niego o wszystkiem i postanowię... Z tego, co mówił, witając mnie, sądzę, że to najrozumniejszy wśród was człowiek.
— Ja jestem arcykapłanem twoim, — rzekł Elem.
Marek poczynał się już niecierpliwić.
— A bądź nim sobie, bądź, mój przyjacielu, każę cię wezwać, gdy cię będę potrzebował.
— Kazałeś szukać Malahudy, panie...
— Tak.
Elem postąpił krokiem bliżej. Głos zadrżał mu tajonem wzburzeniem, nieledwie groźbą, gdy mówił:
— Panie, jam cię pierwszy powitał, jam cię tu przywiódł, ja obiecanym Zwycięzcą na globie naszym ogłosił, a teraz...
— A teraz wynoś mi się stąd, pókiś cały! — krzyknął Marek, uderzając nogą o posadzkę, aż się mury świątyni zatrzęsły. — Jam tu jest panem dzisiaj nie przez ciebie, ale przez to, żem tak chciał! Czy zrozumiałeś?!
Elem przestraszony zgiął się w pokorze, lecz w oczach spuszczonych tliła mu się złość jadowita.
— Błogosławiona niech będzie wola twoja, panie, — rzekł, — my jeno sługami twymi jesteśmy... A jeślim ci się nie w porę przypomnieć ośmielił, to dlatego tylko, że rozkazów twoich łaknie lud, za pasterza i władcę swego cię mający...
Marek się uśmiechnął.
— Nie gniewaj się, arcykapłanie, — rzekł, z naciskiem tytuł wymawiając, — ale teraz naprawdę przyszedłeś nie w porę. Wolałbym zobaczyć kucharza, któryby mnie nakarmił, bo głodny jestem djabelnie... Z wami później pomówię...
Elem odwrócił się w milczeniu i schodził po stopniach posępny, ważąc snadź w myśli jakieś plany, czy zamiary...




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – świątyni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.