Zwycięzca (powieść)/Część druga/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Zwycięzca
Data wydania 1910
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Indeks stron



VII.


— A jeśli ja posiłków nowych zbierać nie pozwolę?
Jeret wzniósł zwolna głowę i spojrzał w twarz arcykapłanowi.
— W takim razie ja je zbiorę bez pozwolenia Waszej Wysokości, — rzekł spokojnie ale stanowczo.
Elem zaśmiał się.
— Podobasz mi się, chłopcze, — rzekł; — to była tylko próba... Posiłki odejdą dziś w nocy...
— Wiem.
— Zwycięzcy rzeczywiście takich sług, jak ty, potrzeba. Bez nich nie zdziałalibyśmy zapewne nic...
— Czy Wasza Wysokość pozwoli mi odejść?
— Czekaj. Radbym się jeszcze dowiedzieć nieco.
— Powiedziałem już wszystko Waszej Wysokości!...
Arcykapłan zbliżył się ku niemu i zwrócił na niego przejmujące spojrzenie nieruchomych czarnych oczu.
— Walczycie tedy, zwyciężacie, — mówił zwolna.
— Tak.
— Dzięki Zwycięzcy? prawda?
Jeret przyświadczył skinieniem głowy.
— I gdyby Zwycięzcy z wami nie było, — ciągnął Elem dalej, nie spuszczając z niego wzroku, — to cała wyprawa nie mogłaby się udać, co?
— Bez wątpienia. Bez Zwycięzcy nicbyśmy nie zdziałali.
— Nawet gdybyście mieli broń palną?
Jeret rzucił głową mimowoli i spojrzał na arcykapłana. Nie odpowiadał zrazu. Przemknęło mu przez myśl, że jednak... w tym przypadku...
— Broń palną mamy od Zwycięzcy, — rzekł głośno z pewnym pośpiechem.
— Tak, już ją macie... od Zwycięzcy... — powtórzył Elem zwolna, jakby w roztargnieniu.
— Wasza Wysokość... — Jeret spojrzał znów ku drzwiom.
— Czy widziałeś wnuczkę Malahudy? — zapytał arcykapłan, zmieniając nagle ton.
Jeretowi twarz sposępniała. Zmarszczył brwi i nie odrzekł ani słowa. Elem tymczasem mówił dalej z przyjaznym uśmiechem:
— Pozostawiłem jej dawny pałac. Nietyle ze względu na Zwycięzcę, którego te sprawy nie powinny właściwie obchodzić, jak przez pamięć o rodzie jej dostojnym... Czy wciąż poza Zwycięzcą nic nie widzi? — dodał, zwracając się wprost do Jereta, — nawet teraz, kiedy jego tu niema?
Jeret ruszył niechętnie ramionami.
— Nie pytałem jej o to. Moja rzecz — wojna z szernami. O resztę się nie troszczę.
— Tak, — rzekł Elem, odstępując nieco, — tak, słusznie cię tutaj mają za największego bohatera ze wszystkich, jacy kiedykolwiek żyli na Księżycu... Posłowie poprzedni opowiadali, że to ty właściwie sprawiasz szeregi i ty właściwie odnosisz zwycięstwa.
— Wasza Wysokość! — krzyknął Jeret porywczo, — proszę mi pozwolić odejść!
— Idź już, — rzekł Elem z uśmiechem. — A pokłoń się Zwycięzcy do nóg ode mnie, który sługą jego jestem i psem na równi z tobą.
Młódź tym razem bez zapału, owszem niechętnie nawet do szeregów się zgłaszała, i Jeret z największym trudem tylko zdołał zgromadzić trzystu ochotników, z bronią palną obeznanych, którzy zgodzili się powiększyć szczupły zastęp Zwycięzcy. Byli to przeważnie ludzie ubodzy, wyrobnicy i rzemieślnicy, w ciężkiej doli żyjący, którym błogosławione imię Zwycięzcy jeszcze nie przybladło. Ludzie, po wsiach i dalszych osadach mieszkający, odpowiadali wysłańcom Jereta ni to ni owo, prawiąc im o uwięzionym starcu Chomie, na którego pono duch proroczy spłynął. Zamożniejsi i z zasady każdemu arcykapłanowi rządzącemu oddani, wyśmiewali wprawdzie Chomę, ale natomiast powtarzali słowa, które Jeret od Sewina był usłyszał, że Zwycięzca, o ile jest Zwycięzcą istotnym, bez pomocy obejść się winien i własną ręką szernów porazić...
Bractwo Prawdy zdziałało także swoje. Wprawdzie niewielu stosunkowo członków liczyło, ale byli to wszystko ludzie młodzi i najzapaleńsi, na których w innym przypadku mógłby był Zwycięzca liczyć najwięcej...
Wieczorem tłum dosyć liczny odprowadzał ochotników do sań przygotowanych, ale więcej wśród niego słychać było płaczu i pożegnań, niż okrzyków zachęty, które rozbrzmiewały niegdyś szeroko, gdy sam Zwycięzca sanie na południe prowadził.
Z górnego tarasu świątyni patrzyła za odjeżdżającymi Ihezal. W białe puszyste futro szczelnie przed mrozem owinięta, poglądała zadumanemi oczyma, jak światła sań niknęły cicho w oddali — i chociaż zgasły już, patrzyła jeszcze długo w stronę, kędy zginęły. Potem weszła do wnętrza świątyni i wolnym, sennym krokiem zwróciła się ku wejściu do podziemnego sklepu, gdzie szern Awij był zamknięty.
A tymczasem na północy, na szerokiej równinie Roda z Mataretem i dziewięciu towarzyszami rozbijali obóz na nocne leże.
Mistrz w miarę jak się zbliżano do celu wyprawy, snuł plany coraz fantastyczniejsze. Opowiadał szczegółowo, jak zamierza wozem zawładnąć i w jaki sposób uczynić go niezdatnym do użytku. A potem wymieniał warunki, na których gotów będzie zawrzeć pokój z przybywającym Zwycięzcą. A więc przedewszystkiem odkrycie drogi do tajemniczej krainy na »tamtej stronie«...
Niegdyś żądał od przybysza, aby wszystkim tę drogę obwieścił, całemu ludowi — obecnie jednak po namyśle doszedł do przekonania, że lepiej będzie, gdy tajemnicę poznają tylko członkowie Bractwa Prawdy, a potem dopiero wedle potrzeby i uznania lud będą objaśniali... A nawet nie wszyscy stowarzyszeni muszą się odrazu dowiedzieć. Są między nimi ludzie różni. Na razie wystarczy, gdy oni, jedenastu, usłyszą... Wreszcie, gdyby Zwycięzca się temu opierał, to niechże powie przynajmniej jemu i Mataretowi, a chociażby już tylko jemu. Ale od tego już nie odstąpi. On, Roda, znać musi wszystko, całą prawdę, którą zna i dzisiaj, ale jeszcze nie tak dokładnie, jak trzeba. Wogóle, jak tylko Zwycięzca powróci...
— A jeśli nie powróci? — przerwał mu Mataret.
— Jakto?
— Jeżeli zginie w kraju szernów, on i jego ludzie?
— Byłoby to fatalnie! — rzekł Roda skłopotany, — naprawdę fatalnie! Nie mielibyśmy już środka, aby się dowiedzieć...
— I nic ponadto? — zapytał Mataret.
— Nie rozumiem cię.
— Przecież to jasne. Co się z nami stanie wtedy, jeśli szernowie będą w końcu górą? Czy myślałeś o tem?
— Po cóż takie rzeczy przypuszczać!
— Zapewne. Ja tylko zastanawiam się, czy nie słusznieby było naprzód wesprzeć Zwycięzcę, a potem dopiero stawiać mu żądania...
— Odkądże to takie rzeczy przychodzą ci do głowy?
— Od niedawna. Ale mniejsza!...
Roda zamyślił się.
— Wszakże Jeret, mówiłeś, miał zebrać posiłki, — rzekł po chwili.
— Tak, posiłki. Zapewne. Nie mówmy już o tem.
Roda kilkakrotnie jeszcze wracał uporczywie do tego tematu, ale Mataret już nie odpowiadał. Uśmiechał się tylko wedle zwyczaju i patrzył wyłupiastemi rybiemi oczyma na góry, czerniejące w dali na tle łuny pozachodniej, pomiędzy które wieść miała jutro ich droga...
Noc przepędzili na jednem miejscu w spokoju, nie posuwając się naprzód nietyle z obawy mrozów, do których, jak wszyscy ludzie księżycowi, byli przyzwyczajeni, jak raczej z powodu nader obfitych śniegów, zaścielających cały kraj dokoła. Na tym puszystym i utrudniającym wszelki pochód całunie niepodobna się było orjentować w nieprzeniknionej ciemności »księżycowej« nocy.
Następny dzień nie miał już dla nich wieczoru, bo nim słońce przechyliło się w stronę, kędy zwykle zachodzi, oni przedostawali się już krętym wąwozem w kotlinę wiecznego świtu na północnym biegunie Księżyca.
Tutaj przed wejściem w kraj otwarty złożono radę wojenną. Wszyscy byli zaopatrzeni w broń, w palną broń. której tajemnicę Zwycięzca przywiózł na Księżyc, i gotowi do czynu. Nie wątpili ani na chwilę, że przyjdzie im stoczyć ciężką walkę. Nie wiedzieli, jak liczna jest straż przy wozie, ale przypuszczali, że w każdym razie będzie liczniejsza od ich szczupłej garstki. Tę straż należało rozbroić albo pokonać.
Wprawdzie mistrz Roda nosił się przez pewien czas z zamiarem, aby wystąpić wobec czuwających żołnierzy z płomienną a ścisłą mową, w którejby ich niezbicie przekonał o słuszności stanowiska Bractwa Prawdy i skłonił do uległości wobec swych planów, ale Mataret oparł się temu stanowczo.
— To nie prowadzi do niczego, — mówił do mistrza, — wyśmieją cię tylko i obiją w końcu, a tego próbowałeś już tyle razy, że niewarto jeszcze raz próbować dla próżnego popisania się wymową...
Roda zżymał się zrazu, ale w końcu ustąpił, sam niezbyt snadź pewny skutku swego kazania.
— Ale to tylko dlatego, — mówił, — że nie mam zgoła pewności, czy żołnierze na straży postawieni są ludźmi dość rozumnymi, aby słowa moje mogli pojąć, bo gdyby nie to!...
Ostatecznie postanowiono użyć siły. Zbliżyć się w przyjazny sposób do straży i wedle możności zabrać jej broń, lub gdyby się to nie udało, na dany przez Matareta znak wymordować. Roda w zasadzie potępiał tę ostateczność i oświadczył stanowczo, że on sam zabijać nie będzie, ale przyznawał, że w danym razie może nie być innej drogi wyjścia. Zresztą cel Bractwa Prawdy jest tak wysoki, mówił, że można dla niego nawet nieco krwi poświęcić.
Trzeba było teraz przedewszystkiem wóz wyszukać na rozległej równinie.
Z opowiadań świadków wiedzieli, że spadł on był w pobliżu dawnych namiotów Braci Wyczekujących, które znajdowały się ongi u stóp wzgórz, oddzielających biegunową kotlinę od Wielkiej Pustyni. Oni przybyli ze strony przeciwnej, i aby się tam dostać, musieliby przejść środkiem rozległej i gładkiej płaszczyzny, narażając się na to, że obudzą przedwcześnie czujność strażników. Dla uniknięcia tego błędu postanowiono tedy wybrać drogę okólną, łańcuchami wzgórz, przedstawiającymi z powodu nierówności gruntu aż nadto dobrą zasłonę dla szczupłej garstki.
Droga była uciążliwa. Przedzierano się zwolna między omszałymi głazami, po ślizkich, wilgotnych zboczach, nigdy słońcem nie oświetlonych. Chłód zionął z każdej szczeliny, przejmując dreszczem znużonych wędrowników. A płaszczyzna przed nimi była ciągle gładka; oczy, szkłami nie uzbrojone, nie mogły wyśledzić niczego, coby wskazywało miejsce, gdzie upragniony wóz Zwycięzcy mógł się znajdować.
Po kilkudziesięciu godzinach nad wyraz przykrego przedzierania się po bezdrożach, przez głazy i zarośla jakichś niby skrzypów ogromnych, których mięsiste łodygi łamały się pod nogą przechodnia, — kiedy już zatoczono większą część półkręgu ponad dnem kotliny, ukazały się oczom znużonych wzgórza obłe i łyse, na których niegdyś były groby Braci Wyczekujących.
Na grzbiecie, widne z dołu, czerniły się jeszcze kamienie ogromne, służące niegdyś trupom za oparcie. Za radą Matareta tutaj porzucono uciążliwy pochód stokami i postanowiono wydostać się śmiało na grzbiet w tej myśli, że stare grobowe kamienie wystarczą dla zamaskowania ich osób.
Na wysoczyźnie uderzyło ich w oczy słońce czerwone, idące już nad Wielką Pustynią w stronę Ziemi, wązkim, ku słońcu wygiętym sierpem błyszczącej na widnokręgu.
Oprócz Matareta i Rody, jeden tylko z uczestników wyprawy widział niegdyś świętą Ziemię, kiedy go jeszcze jako chłopca nieletniego zabrali z sobą rodzice w pobożną pielgrzymkę do Kraju Biegunowego, gdzie Bracia Wyczekujący obiecanego Zwycięzcy wyglądali. To też cała gromadka stanęła w cichym podziwie, patrząc na ostry srebrzysty sierp, wrzynający się w niebo, czarne prawie z tej strony.
Jakieś onieśmielenie nagłe, niezmiernie do lęku podobne, ogarnęło tych ludzi. Przecząc wszystkim »bajkom« o Ziemi, poczęli z wolna i nieświadomie uważać ją samą także za bajkę i stanęli teraz w zdumieniu mimowolnem i dla siebie samych niespodziewanem, widząc ją jaśniejącą i ogromną na nieboskłonie. Młodzik, który widział ją był niegdyś jako dziecię wierzące, podniósł odruchowo dłoń do czoła, aby nakreślić Znak Przyjścia...
Zatrzymał rękę dość wcześnie i obejrzał się ze wstydliwym lękiem, czy kto nie spostrzegł podejrzanego ruchu. Ale nikt nie zważał na niego; wszyscy patrzyli na Ziemię w milczeniu. Naraz w ciszę wpadły słowa Rody:
— Tak, tak, to zupełnie naturalne, że ta bajka powstała, że musiała powstać nawet...
Głos jego brzmiał zrazu niepewnie, jak wymówka czy usprawiedliwienie raczej, ale wnet dźwiękiem własnych słów obudzony z ciężkiego uroku, począł mówić ze zwykłą sobie swadą i pewnością:
— Człowiek, aby dodać sobie we własnych oczach znaczenia i wynieść się ponad marność, którą czuje, szuka rad dla siebie początku wyższego niż to, co go otacza. Nie zdziwiłbym się nawet zgoła, gdyby bajka o ziemskiem ludzi pochodzeniu starsza była niźli nasze wygnanie z raju, do którego drogi powrotnej właśnie szukamy. Może już tam, w miastach rozkosznych, pod Pustynią ukrytych, śniło się ludziom w długie, srebrnym blaskiem Ziemi rozjaśnione noce, że zeszli na Księżyc z tamtej pustej i bezpłodnej gwiazdy, która tak łatwo uwodzi oczy dziwną zaiste pięknością...
Mówił jeszcze długo w ten sposób, a uczniowie i towarzysze słuchali go w nabożnem skupieniu, usiłując śmiało poglądać na Ziemię uwodzicielkę.
Roda wyciągnął rękę:
— Patrzcie na te głazy dookoła nas i pomyślcie o dziwnym obłędzie człowieka! Popęd samozachowawczy i żądza jedynie rozumnego szczęścia — księżycowego, ustępują czasem przed myślą — fałszywą, a jednak zdolną wbrew naturze określić czyny człowieka. Pokolenia całe spędzały życie w tej tu kotlinie, modląc się do martwej gwiazdy srebrnej, i całe pokolenia patrzyły z pod tych głazów zmarłemi oczyma na tarczę jej zmienną, wyczekując razem z żywymi posła stamtąd, Zwycięzcy...
— Czyż nie przybył w istocie? — bąknął Mataret półgłosem, w myślach zatopiony.
Roda dosłyszał i odwrócił się żywo ku mówiącemu:
— Z Ziemi?
Zapanowało milczenie. Po chwili dopiero Mataret wstrząsnął głową i uśmiechnął się.
— Nie! mimo wszystko uważam to za niemożliwe.
Roda chciał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu lekki okrzyk jednego z towarzyszów.
— Wóz! — wołał, wyciągając rękę w stronę zacienionej kotliny.
Odkrycie to wstrząsnęło wszystkich obecnych. Ci, którzy byli usiedli, zrywali się i biegli ku mówiącemu; tłoczono się i wytężano wzrok, aby zobaczyć ten upragniony cel wyprawy.
Jakoż wkrótce dostrzeżono go. Stał u stóp wzgórza, na łące, podobny zdala do lśniącego kamyka, nawpół ukrytego pośród zieleni. Straży nie było widać. Nieopodal jeno stał mały, niezdarnie sklecony namiot, niby szałas pasterski, także do połowy nizkich ścian bujającą zielenią zarosły.
Niepodobna było przypuścić, aby w tej marnej lepiance wszyscy strażnicy się mieścili, — ukryli się oni widocznie — rozumował Roda — w wygrzebanych dołach z góry zasłonionych w pobliżu wozu i czuwają tam bez przerwy wedle rozkazu Zwycięzcy. Jeżeli się ich nie uda zajść niespodziewanie, trzeba się przygotować na ciężką walkę.
Po krótkiej naradzie ruszono w dół, nie tracąc czasu. Każdy z jedenastu uczestników wyprawy, z gotową bronią, ukrytą pod odzieniem, szedł inną drogą, korzystając z każdego załomu gruntu, z każdego głazu i szczeliny, ażeby się ukryć przed bacznym okiem śledzących niewątpliwie okolicę strażników. Czołgano się na brzuchu i przystawano z zapartym oddechem, kiedy kamień jaki potrącony przypadkiem w dół się stoczył, mogąc obudzić czujność straży.
Wedle planu mistrza Rody, zbliżyć się mieli wszyscy do wozu najwięcej, jak tylko będą to mogli zrobić bez zwrócenia na siebie uwagi, a potem na dany świstawką znak rzucić się do walki... Znak miał dać Mataret. On jeden nie krył się, — miał owszem iść prosto w stronę lepianki z góry widzianej i zająć wyłącznie swoją osobą ludzi, wozu pilnujących.
Po godzinie Roda podpełznął tak blizko, że zaledwie kilkadziesiąt kroków dzieliło go od wozu. Ukrył się w kępie bujnego zielska, które wyrosło na zgliszczach stosu, kędy niegdyś ciała pomarłych członków Zakonu spłonęły, i czekał umówionego znaku, drżąc na całym ciele. Przygnębiało go i rozstrajało to, że nie widzi przeciwników. Wychylał co pewien czas głowę ostrożnie z poza mięsistych i bujnych badyli, śledząc niespokojnym okiem przestrzeń, dzielącą go od wozu. Nie dostrzegł jednak nikogo, — naokół pustka była zupełna, a nadto nic nie wskazywało, aby tutaj przebywała jaka żywa ludzka istota. Zielsko bujało zewsząd swobodnie, nogą nie przydeptane; okrom rozpadającego się szałasu po drugiej stronie wozu nie było widać żadnej kryjówki, gdzieby się człowiek mógł przytulić.
Naraz dostrzegł Roda Matareta. Szedł on, brodząc w chwastach po kolana ku lepiance i rozglądał się ze zdziwieniem dokoła. Roda widział, jak przystawał i schylał się niekiedy, badając grunt pod nogami. Doszedł wreszcie do chaty i zapukał pięścią w zaparte drzwi. Otworzono mu nierychło. Kto stał na progu, Roda z kryjówki swej nie mógł zobaczyć, ale widział plecy Matareta, rozmawiającego żywo z kimś, który był za drzwiami. Po chwili Mataret cofnął się i usiadł spokojnie na kamieniu pod ścianą. Z domu wyszła jakaś kobieta i opowiadała mu coś, pokazując na wóz rękoma.
— Roda nie mógł dłużej wytrzymać. Nie bacząc, że plan cały może popsuć przedwczesnem ukazaniem się, wyskoczył z kępy zielska i pobiegł szybko ku lepiance. Mataret dostrzegł go i począł mu dawać znaki, wołając głośno, aby się zbliżył.
— Pójdźcie wszyscy! — zakrzyknął, — niema niebezpieczeństwa!
Kobieta, spostrzegłszy wyskakujących nagle z zarośli ludzi, rzuciła się z przerażeniem do ucieczki, ale Mataret chwycił ją za rękaw...
— Nie bój się, przezacna! — zaśmiał się, — oni ci nic złego nie zrobią!
Roda stał już przy nich.
— Co to jest? co to jest? — wołał.
Mataret patetycznym ruchem ręki wskazał trzęsącą się jeszcze ze strachu kobietę.
— Mam zaszczyt, mistrzu, przedstawić ci straż wozu Zwycięzcy! — rzekł.
Ale Roda się nie śmiał. Wściekłość jakaś się w nim zbudziła: czuł tylko, że go »znowu oszukano«, nie zdając sobie sprawy, że się cieszyć raczej powinien z tego zawodu, iż spotyka tutaj zamiast zbrojnej straży jedną tylko wylęknioną kobietę.
— Kto ty jesteś? — krzyknął, zwracając się do niej.
— Nechem, panie...
— Na licha mi twoje imię! Ale co robisz tutaj?
— Pilnuję wozu...
Odpowiedział jej chóralny wybuch śmiechu.
— Sama? — rzucił Roda, przygryzając usta ze wściekłości.
— Tak, panie. Tamci poszli.
— Kto? gdzie? dokąd? jak?
Kobieta padła przed nim w strachu na kolana.
— Nie gniewajcie się, panie! Wszystko wam opowiem. Ja nie jestem winna...
— Mów!
— Panie! Zwycięzca litość nade mną okazał. Dawno, dawno, owego dnia, kiedy na południe ku Morzu stąd wyruszył... Służyć mu zawsze chciałam, ale on mnie nie potrzebował. Więc kiedy posłyszałam, tam przy Ciepłych Stawach, że straż do Kraju Biegunowego dla pilnowania wozu wysyła, uprosiłam ludzi, aby mnie wzięli z sobą, że im będę jedzenie przyrządzała i odzież łatała w razie potrzeby... Myślałam, że w ten sposób Zwycięzcy przydam się na co...
— Do rzeczy, do rzeczy! Gdzie jest straż?
— Odeszli, panie. Z początku było ich tu dwudziestu, ale tutaj jest kraj nudny i tylko Bracia Wyczekujący wytrwać tu mogli. Strażnicy tęsknili do domów i nie mieli tu co robić. Odchodzili więc po dwóch, po trzech, niby to na krótki czas, zdając pieczę nad wozem tym, którzy pozostawali. Ale żaden z nich, odszedłszy, nie wrócił. W końcu zostałam ja z dwoma najmłodszymi tylko. Aż i tym się znudziło. Nie wytrzymali. Poszli i oni, kiedy słońce stało na południu, ot ponad temi górami. Mnie przykazali wozu pilnować, więc go pilnuję...
— Nie jest-że to przepyszne, co? — zaśmiał się Mataret. — Czcigodna Nechem, jako jedyna niezłomna strażniczka wozu świętego!
Roda się żachnął.
— To jest łajdactwo! Taka ucieczka, takie lekceważenie nałożonego obowiązku!
— O co się ty gniewasz właściwie? – spytał Mataret półgłosem, patrząc na niego zdumionemi naprawdę oczyma. — Przecież na tej niedbałości strażników myśmy chyba wyszli najlepiej.
— Ale mogliśmy wyjść jak najgorzej! — oburzył się mistrz. — Pomyśl tylko, gdyby tu był kto przyszedł przed nami i zepsuł wóz...
— Nie byłabym dała! — krzyknęła Nechem i błysnęła zębami, gotowa jak zwierz rzucić się na każdego, ktoby się ośmielił własność Zwycięzcy naruszyć. — Nie byłabym dała, panowie, chociaż jestem sama! Powiedzcie Zwycięzcy, który was wysłał, że wszystko jest w porządku...
Roda chciał coś odpowiedzieć, ale Mataret chwycił go szybko za rękę, dając mu znak milczenia.
— Tak, Zwycięzca nas posłał tutaj, — rzekł, zwracając się do kobiety. — Mamy z jego polecenia stan wozu zbadać i donieść mu, czy wszystko jest w porządku...
— O! jeszcze jak! — zawołała Nechem z radosną dumą. — Oglądajcie! Po odejściu strażników ja wozu doglądam i czyszczę go nawet. Świeci się jak złoto...
— Pewne części wozu kazał nam Zwycięzca zabrać z sobą, — wtrącił Roda.
Nechem spojrzała na niego podejrzliwie.
— Pewne części zabrać, mówicie, panie?
— Nie, nie, uspokójcie się! tylko na przypadek, gdybyśmy nie wszystko zastali w porządku, — rzekł szybko Mataret, po czem odciągnąwszy Rodę na bok, tak aby ich Nechem nie mogła słyszeć, zwrócił się do niego z wyrzutem:
— Po co straszysz babę? gotowa nam przeszkodzić...
Roda rzucił głową pogardliwie:
— Każę ją związać zaraz!
— Nie potrzeba.
— Owszem. Zwłaszcza, że obawiam się zdrady, podejścia, zasadzki. Strażnicy mogą powrócić. Może są gdzieś w pobliżu...
— Dlatego też trzeba nam działać niezwłocznie...
Mówiąc to, spojrzał na góry. Oświetlone były ich szczyty od strony północnej; słońce snadź zbliżało się ku Ziemi.
— Patrz! na tamtej stronie jest właśnie dzień...
— Więc co z tego?
— Nic. Śpieszyć się musimy...
— Bezwątpienia — rzekł Roda. — Ale Nechem będzie nam przeszkadzała rozebrać wóz, jeśli jej związać nie każę...
Mataret chwycił go znów za rękę.
— Czekaj. Pierwej wóz trzeba obejrzeć. I wewnątrz także. Wszak Zwycięzca wyjaśnił ci jego urządzenie?
— Tak.
— Więc pójdźmy...
Zbliżył się do wozu, około którego stało dziewięciu ich towarzyszów, podziwiając w niemem uwielbieniu nadzwyczajną machinę. Patrzyli oni na ogromny stalowy cylinder, wryty w grunt głęboko, z którego sterczał stożkowaty szczyt pocisku ze zwieszającą się nawpół zbutwiałą sznurową drabiną.
— Tędy snadź wchodził Zwycięzca, — odezwał się Roda, wskazując na nią.
— Wejdźmy, — rzekł Mataret.
Usta mu drgały nerwowo; w oczach miał blask niezwykły. Ręką chwytał już za sznur, pośpiesznie, chciwie. Wyglądał, jakby mu pierwszy raz w życiu pilno było do czegoś: zmieniony był nie do poznania.
Ale mistrz Roda nie patrzał na niego w tej chwili. Otoczony uczniami, wykładać im znowu począł, że Ziemia jest niezamieszkana i wskazując pocisk, mówił, jak niedorzeczne jest przypuszczenie, aby taki kloc stalowy dolecieć mógł do Ziemi, niewątpliwie bardzo od Księżyca odległej. Mataret przerwał mu wreszcie zniecierpliwiony:
— Czy czekasz, aby strażnik który powrócił?
Roda spojrzał na wóz.
— Nie wiem, jak się wziąć do rzeczy... — szepnął.
— Zobaczymy. Naprzód trzeba zbadać wszystko...
Mówiąc to, zabierał się znowu do wchodzenia po drabinie. Ale sznury, w wilgotnem powietrzu zetlałe, rozlazły mu się w ręku, nim nogę zdążył w pętlę założyć. Zaczęto się tedy naradzać, z czego zbudować drabinę. Materjału żadnego nie było pod ręką, aż jeden z obecnych zwrócił uwagę na chatę, w której Nechem mieszkała. Postanowiono rozebrać dach i lichymi drągami podparte ściany i zbudować z tego rusztowanie, po któremby się można było dostać do szczytu pocisku, gdzie się znajdowała klapa wchodowa.
Kobieta podniosła lament, nie zważano na nią jednak teraz. Silne młode ręce rwały pośpiesznie nędzną budowlę; wbijano pale i wiązano je strzępami szat w braku sznurów. Roda przypatrywał się pracy bezczynnie, wydając tylko rozkazy.
Wreszcie wszystko było gotowe. Sklecono coś w rodzaju schodów, po których można się było dostać z pewnym trudem do otworu żelaznego cylindra i tkwiącego w nim pocisku.
Mataret szedł pierwszy, za nim Roda. Po długich bezskutecznych usiłowaniach udało im się wreszcie otworzyć klapę, wiodącą do wnętrza. Metalowa drabinka opuszczała się stąd aż do dna pocisku. Roda, spojrzawszy w dół, zawahał się:
— Nie mamy tam poco wchodzić, ciemno jest...
— Wejdź — rzekł Mataret, popychając go z lekka.
Kiedy Roda zagłębił się w czeluści, Mataret, stojąc jeszcze na schodkach, zatrzasnął klapę za sobą. Jednocześnie zabłysło światło elektryczne, przez zamknięcie drzwiczek mechanicznie się zapalające.
— Co robisz? — zawołał Roda.
— Nic, — odrzekł Mataret spokojnie i zeszedł w głąb.
Roda był dziwnie zaniepokojony, znalazłszy się tak sam na sam z towarzyszem we wnętrzu pocisku tajemniczego, ale wstydził się dać to poznać po sobie. Począł się tedy rozglądać dokoła i tonem nauczycielskim wyjaśniać Mataretowi mechanizm i urządzenie, co sam niegdyś od Zwycięzcy był posłyszał.
Mataret słuchał go z roztargnieniem, przypatrując się jednocześnie ścianom pocisku.
— To ten guzik, nieprawdaż? — odezwał się naraz, pokazując kościaną gałkę w metalowej oprawie, tkwiącą w ścianie za szybką cienkiego szkła.
— Jaki guzik? — spytał Roda.
— Ten guzik trzeba nacisnąć, aby... wyruszyć w podróż?
— Tak. Zdaje mi się... Ostrożnie! nie dotykaj! — dodał żywo, spostrzegłszy, że Mataret wyciąga rękę w stronę guzika. — Moglibyśmy wylecieć niechcący...
— Dlaczegóż nie chcący? — rzekł Mataret z dziwnym uśmiechem.
Roda wzruszył ramionami.
— Wyjdźmy już. Dość długo tutaj siedzimy.
Mataret go zatrzymał.
— Czekaj. A gdybyśmy tak wyruszyli naprawdę »na tamtą stronę« we dwóch?
— Czyś oszalał?!
— Nie. Bądź co bądź Zwycięzca walczy w naszej sprawie, a potrzeba mu pomocy, bo inaczej padnie w wojnie z szernami... Możnaby mu tę pomoc sprowadzić z »tamtej strony«... Wesprą go zapewne, gdy się dowiedzą...
Roda stanął między Mataretem a złowieszczą gałką w ścianie.
— Wychodzimy stąd natychmiast! — rzekł. — Idź naprzód i otwieraj klapę!
Mataret się zaśmiał.
— Przeląkłeś się? Nie bój się! nie mam przecież zamiaru... To żart był tylko...
W tejże jednak chwili szybkim ruchem sięgnął ponad ramię mistrza i wepchnął gałkę w metalowy pierścień, rozgniatając szkło.
Lekki dreszcz wstrząsnął podłogą pocisku.
— Co robisz! — krzyknął Roda.
Mataret był blady.
— Nie wiem, czyś się nie omylił, — rzekł. — Zdaje mi się, że stoimy w miejscu...
— Nacisnąłeś guzik?!
— Tak.
Roda rzucił się ku schodkom, ale Mataret go powstrzymał.
— Jeżeli jednak jesteśmy już w przestrzeni, nie można klapy otwierać. Tu musi być gdzieś okno...
Po długich poszukiwaniach odnaleźli metalową płytę w podłodze, zakrywającą gruby szklany blok.
Mataret przykląkł i patrzył długo. Gdy powstał, blady był jak trup, w oczach miał najwyższe zdumienie.
— Zdaje mi się, że lecimy na Ziemię, — szepnął.
Roda rzucił się do okna i spojrzał. Tam pod ich nogami Księżyc uciekał z przerażającą szybkością, — widać już było ogromną część Wielkiej Pustyni, od której oddalali się coraz więcej, pędząc w przestrzeń.
Roda opadł bez sił na podłogę.
— Na Ziemię, na Ziemię... — szeptał zmartwiałemi wargami.
— Tak, — rzekł Mataret z cicha. — Zwycięzca mówił prawdę. Nie myślałem...
Wtedy Roda zerwał się nagle i krzyknął, przyskakując z pięściami do Matareta:
— Ależ Ziemia jest niezamieszkana! rozumiesz? nie zamieszkana!! Ja ci zaraz udowodnię...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.