Zwycięzca (powieść)/Część druga/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Zwycięzca
Data wydania 1910
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



VI.


W nizkiej i ciasnej izdebce gwar panował nieopisany. Czekano na mistrza Rodę, który spóźniał się dzisiaj nad miarę, i skracano sobie czas gorącemi dysputami, przechodzącemi co chwila w spory zażarte. Młodzi ludzie, podnieceni, z błyszczącymi oczyma przyskakiwali do siebie, krzycząc i wywijając rękoma, o ile tłok i szczupłość miejsca na to pozwalały.
Jakiś chłopak o płonących oczach i rozwichrzonej czuprynie dowodził zapamiętale:
— Czyny, jakich tak zwany Zwycięzca dokonywa, nie wchodzą wcale w rachubę! Jest to obojętne, co zdziała, chociażby na naszą względną korzyść, wobec tej sumy naszych krzywd w stosunku do ludzi, zamieszkujących Wielką Pustynie... My tam musimy się dostać, tam żyć!
Na krawędzi stołu siedział człowiek nie stary, ale z głową niemal zupełnie wyłysiałą i z twarzą gładką bez zarostu, uśmiechającą się ustawicznie jakimś przyrosłym do ust grymasem. Wypłowiałe rybie oczy zwrócił na mówiącego i odezwał się, kołysząc z lekka górną połową ciała:
— A ja powtarzam: tam niema miejsca już dla nas...
— Musi być! — krzyknął tamten zapamiętale.
Łysy człowiek mówił głosem spokojnym i monotonnym:
— Niema miejsca dla nas. Jaskinie i pieczary, w których oni żywot, wierzę, iż rajski, prowadzą, szczupłe są niewątpliwie w stosunku do zaludnienia...
— Więc niech nam miejsca ustąpią! Niech oni idą tutaj bić się z szernami!
— Tak, tak! — krzyknięto ze wszech stron.
Łysy człowiek uśmiechał się ciągle.
— Jak ich zmusić do tego? co? nie wiecie?
Jakiś zapaleniec o wychudłej, poczerniałej twarzy przyskoczył do niego z pięściami:
— Mataret! milcz! jesteś przekupiony...
Hałas wszczął się znów większy. Izba huczała, jak wnętrze ula podczas roju; w powietrzu krzyżowały się krzyki, dowodzenia, wołania. Chwilami, kiedy gwar na jeden moment przycichał, słychać było miarowe, uparcie powtarzane słowa Matareta:
— A ja wam mówię, że miejsca tam już niema...
Dalsza część zdania ginęła jednak nieodmiennie w zrywającym się znów zapamiętałym wrzasku.
W pewnej chwili ktoś stojący koło drzwi zawołał:
— Roda idzie!
Zwrócono się żywo, aby witać mistrza.
Jakoż wszedł istotnie, a raczej wbiegł, rzucając się natychmiast bez tchu na najbliższe krzesło. Był bez czapki, — bluza na nim była rozdarta, — zmierzwione włosy i liczne sińce na twarzy i odkrytej piersi świadczyły o przebytej walce.
— Co się stało? mistrzu! — poczęto wołać do niego ze wszystkich stron.
Roda dał znak ręką, aby się uciszono. Siedział z głową bezwładnie na poręcz krzesła opuszczoną i dyszał ciężko. Oczy miał przymknięte, — wśród zakrwawionych warg widać było dziurę, powstałą przez wybicie dwóch zębów przednich.
Mataret jeden nie ruszył się z miejsca. Siedział wciąż na stole i ze zwykłym uśmieszkiem patrzył z pod przymrużonych powiek na mistrza.
— A nie mówiłem! — rzekł po chwili. — Pewnie znowu miałeś kazanie do ludu!
Roda się zerwał. Oczy mu się zaiskrzyły; wzniósł w górę pięść, sterczącą z podartego rękawa i, potrząsając nią groźnie, począł wołać zapuchłemi od uderzeń ustami:
— Niegodni! niegodni niewolnicy! podły ciemny tłum! bydło!
— To racja, — przyświadczył spokojnie Mataret, — ale powinieneś był o tem wiedzieć już oddawna...
Roda rzucił mu z boku wściekłe spojrzenie.
— Tak! ciebie nic nie obchodzi, niczemu snadź nie wierzysz naprawdę! Byleś mógł siedzieć na stole, kiwać się i uśmiechać, to cóż ci szkodzi, że kapłani lud bałamucą? że tak zwany Zwycięzca wyzyskuje go haniebnie do swoich celów, że jedyna chwila ratunku może minąć niepowrotnie i nadarmo! Cóż tobie szkodzi, że tłum żyje w karygodnej i opłakanej ślepocie, własnego dobra nie rozumiejąc, że ciągle oczy na bezpłodną Ziemię wywala, nie chcąc poszukać należnego mu raju tu, gdzie on jest, tu — na Księżycu! Tobie to jest obojętne, ale ja, ja chcę...
— Zbierać sińce koniecznie! — dokończył Mataret.
— Chociażby nawet! W każdym razie mam to przeświadczenie...
Zaczęto krzyczeć znowu tak, że w rozgwarze podnieconych głosów ginęły słowa mistrza. Niektórzy wołali, że arcykapłan Elem i jego wysłannicy winni są wszystkiemu, oni to bowiem lud wrogo przeciw apostołom prawdy podburzają, — i trzeba tedy z arcykapłańską przewagą bój rozpocząć; inni, rozsądniejsi, wykazywali natomiast niemożliwość mierzenia się z siłami władzy, przynajmniej dziś, na razie, do czasu...
— Lud jest nam wrogi, — mówili oni, — nie przekonamy go ani nie przeciągniemy masy na naszą stronę! Wszelkie wysiłki okazały się daremnymi! Trzeba nam działać na własną rękę!
Po pewnym czasie godzili się na to wszyscy, ale nikt nie umiał sobie zdać jasno sprawy, na czym owo działanie na własną rękę ma polegać.
Matareta, który wystąpił ze zdaniem, że najlepiej dać pokój wszystkiemu, gdyż lud jest widocznie po to, aby był głupi i nieszczęśliwy, zakrzyczano natychmiast i omal nie ukamienowano. Całe szczęście, że w pustej izbie nie było przedmiotów, mogących posłużyć do tego tradycyjnego i doraźnego wymiaru tak zwanej sprawiedliwości.
Wreszcie mistrz Roda zabrał głos. Uspokoiło się nieco, a on zaczął mówić obszernie, powtarzając na wstępie po raz setny to, o czem wszyscy zgromadzeni wiedzieli i czemu wierzyli niezłomnie. A więc mówił o niezamieszkanej Ziemi i odwiecznem obywatelstwie Ludzi na Księżycu, o bajkach kapłańskich i o niewątpliwym raju, który się znajduje na tamtej, rzekomo pustej stronie Księżyca.
Słuchano go z należnym szacunkiem, ale niezbyt uważnie, gdyż każdy z obecnych znał już te rzeczy na pamięć. Ożywiono się natomiast, gdy zaczął wyliczać krzywdy, jakie oni, w Bractwo Prawdy związani, ponieść musieli od społeczeństwa i władzy. Wyśmiewano ich i prześladowano na każdym kroku. Zgromadzenia odbywać muszą potajemnie z obawy przed arcykapłańskimi siepaczami, a publiczne występy członków Bractwa w celu szerzenia prawdy przynoszą tylko, jako jedyny plon, sińce, guzy i rany. Tu słuchacze zaczęli żywo potakiwać, zwłaszcza że mało było między nimi takich, którzyby nie stwierdzili byli na sobie w bolesny sposób prawdziwości słów mistrza.
— A jednak, — prawił Roda, — nie wolno nam sprawy zaniedbywać! Obecnie bawi na tej stronie Księżyca człowiek, z tajemnego wnętrza Wielkiej Pustym przybyły — i my musimy skorzystać z jedynej sposobności, aby odkryć drogę do wydartej nam szczęśliwej ojczyzny! Użyliśmy wszelkich środków, aby rozbudzić tłum i otworzyć mu oczy na istotne cele rzekomego Zwycięzcy. Gdyby się nam to było powiodło, gra byłaby już łatwa! Zwycięzca po powrocie z krainy szernów, gdzie nadzwyczajne pono za krew naszych rodaków odnosi przewagi, byłby ujęty i tak czy owak zmuszony do wydania swej tajemnicy. Wiecie jednak wszyscy, że wszelkie usiłowania nasze spełzły na niczem, rozbijając się o przemożną głupotę ludzką, która wierzy łacniej starej i naiwnej a niedorzecznej bajce o ziemskiem człowieka pochodzeniu, niż najoczywistszej i płodnej w skutkach swych prawdzie! Jedna nam tedy droga pozostaje, którą Bractwo Prawdy może iść samo i bez pomocy niczyjej pożądany cel osiągnąć!
Urwał na chwilę, a uczniowie i wyznawcy zaczęli się tłoczyć koło niego i prosić, aby odkrył wreszcie myśl swoją, którą już oddawna wyjawić przyobiecał. Nawet Mataret przestał się uśmiechać i przechylił się nieco w stronę mówiącego, aby lepiej słowa jego słyszeć.
Roda rozkrzyżował ręce, kładąc je na ramionach dwóch najbliżej stojących towarzyszów; twarz jego, pokaleczona i posiniała, rozjaśniła się blaskiem jakiegoś złego uśmiechu.
— Musimy opanować wóz, — rzekł, — tam, w Kraju Biegunowym...
— Wóz Zwycięzcy! — zakrzyknięto.
— Tak jest. Zwycięzca może pobić szernów i lud uwodzić jak mu się podoba, ale bez naszego zezwolenia stąd nie odjedzie!
Mataret skrzywił się niechętnie i machnął ręką.
— Głupstwo! Jeżeli nam zechcą odebrać wóz przemocą, siły nasze nie wystarczą!...
Roda zaśmiał się i począł szeptać coś żywo przyciszonym głosem. Opowiadał swój plan obszernie i szczegółowo. W miarę jak mówił, nawet najbardziej nieufni poczynali kiwać głową, przytakując z zadowoleniem jego słowom. Gdy zaś skończył, wybuchnął wśród zebranych jednogłośny okrzyk zachwytu.
Młodzi zrywali się, jak gdyby biec już chcieli do Kraju Biegunowego, pewni powodzenia i zwycięstwa. Ten i ów na głos snuł plany fantastyczne o zdobyciu i podziale krajów tajemniczych na »tamtej stronie«, — w oczach zapaleńców cała Pustynia bezpowietrzna wydała się naraz jakimś czarodziejskim rajem niesłychanym, zbiorem grot najcudniejszych, pełnych miast kryształowych, łąk, kwiatów, słońc sztucznych i wszelkiego bogactwa! Mówiono o nocach jasnych, kiedy przez szczeliny głębokich wąwozów patrzy się w górę na promienną Ziemię nad głowami, i o rozkosznych dniach, których żar złagodzony jest słodkim i wilgotnym cieniem sklepień kamiennych.
Ktoś zdjął ze ściany mapę Księżyca, z drogocennych szczątków kart po »Starym Człowieku« przerysowaną — i rzucił ją na stół. Kilkanaście głów się nad nią pochyliło; wodzono palcami po obszernych równinach Księżyca, które znają światło Ziemi nocami, wskazywano rysy, szczeliny, góry, kłócono się już o położenie największych miast i sposób komunikacji między niemi...
Mataret niezadowolony, że go strącono ze stołu, usunął się w kąt izby i usiadł w milczeniu na stosie ksiąg, w pyle się walających. Zbliżył się Roda ku niemu.
— Jakże ci się mój plan podoba? — zagadnął niby mimochodem, nie chcąc się zdradzić tonem, że mu zależy na zdaniu dziwaka.
Mataret, wbrew zwyczajowi, przestał się uśmiechać. Wzniósł tylko brwi i ruszył nieznacznie ramionami:
— Wóz jest podobno strzeżony, — rzekł.
— Straż jest nieliczna, możemy nią łatwo zawładnąć...
— Tak...
Wsparł dłonie na kolanach i milczał przez pewien czas w myślach zatopiony. Naraz wzniósł głowę:
— Roda, kiedy wyruszamy do Kraju Biegunowego?
— Chcesz mi i ty towarzyszyć?
— Naturalnie. To będzie ciekawe...
— Wolałbym pozostawić cię tutaj na czele Bractwa Prawdy... Bo przecież wszyscy odejść nie możemy. To wzbudziłoby podejrzenia.
— Ja pójdę, — rzekł Mataret stanowczo, i powtórzył znowu:
— Kiedy wyruszamy?
Roda spojrzał na wielki zegar kalendarzowy, umieszczony w przeciwległym rogu izby:
— Jest około południa; lepiej wyprawę odłożyć do jutra, — będziemy mieć cały dzień przed sobą...
— A jeśli tymczasem Zwycięzca dziś w nocy powróci?
— Nie sądzę. A zresztą to lepiej dla nas nawet. W zamęcie, jaki niewątpliwie nastanie po jego powrocie, zniknąć możemy niepostrzeżenie...
Mataret pokręcił głową.
— Różnie się może zdarzyć. Może nasz Zwycięzca przybyć tu, uciekając przed zwycięskimi szernami, a wtedy będzie pewno gnał w Kraj Biegunowy, aby zniknąć co prędzej w swym wozie...
— Myślisz, że szernowie mogliby istotnie zwyciężyć? — spytał Roda niespokojnie.
— Nic nie myślę prócz tego, że lepiej dzisiaj jeszcze wyruszyć...
— Możemy wreszcie i tak zrobić...
Urwał, a po chwili zaśmiał się głośno.
— O! to będzie nadzwyczajne! Gdy zechce nam uciec i przekona się, że odjechać nie może, bo części wozu jego odśrubowano i ukryto! O! to znakomite będzie! Musi się wtedy wdać z nami w układy, a my będziemy dyktowali...
Mataret, pogrążony w myślach, zdawał się słów mistrza nie słuchać. Nagle przerwał mu:
— Czy ty jesteś bezwzględnie pewny, że on przybył... nie z Ziemi?
Roda się obruszył.
— Czyż wątpisz jeszcze? Dlaczego tedy nie idziesz zmieszać się z tłumem, który oczy wiecznie na Ziemię wytrzeszcza? czemu przystąpiłeś do Bractwa Prawdy?
— Bo chcę znaleść prawdę za wszelką cenę, — odrzekł Mataret krótko i powstał z miejsca, przerywając rozmowę.
Przy stole tymczasem nad mapą wszczęła się kłótnia. Chodziło mianowicie o znaczenie linji powtórzonej tutaj również za oryginalnemi kartami »Starego Człowieka», na których wyrysowana była oddzielnie... Linia ta falista, czerwoną barwą wyciągnięta, poczynała się krzyżykiem, w miejscu oznaczonem dziwną nazwą Sinus Aestuum, biegła w lekkich skrętach przez Mare Imbrium, aż po górę Platona, załamując się tutaj nagle ku wschodowi, aby dalej przewijać się znów wśród gór ku północnemu biegunowi Księżyca...
Członkowie Bractwa Prawdy starali się oddawna wytłumaczyć sobie znaczenie tego krętego węża, przecinającego czwartą część księżycowej kuli. Niektórzy przypuszczali, że jest to ślad drogi, przebytej niegdyś przez »Starego Człowieka«, ale mistrz Roda przeciwny był takiemu mniemaniu — owszem, uważał je nawet za herezję wobec prawdy.
— Po cóżby bowiem — mówił, — Stary Człowiek miał się posuwać z trudem i w niebezpieczeństwie po martwej powierzchni Księżyca, kiedy musi istnieć pod powierzchnią wygodna komunikacja między ukrytemi osadami?
Linja czerwona pozostała tedy nadal niepokojącą członków Bractwa zagadką, powodem częstych, a nie kończących się sporów pomiędzy gorętszymi wyznawcami Prawdy.
Jeden z nich, młodzieniec o rozwichrzonej czuprynie, który przemawiał był właśnie dzisiaj, w chwili, gdy Roda przybył na zgromadzenie, wystąpił teraz z nową teorją. Utrzymywał on mianowicie, że jest to »linja niebezpieczeństwa«, jak się wyrażał... Nie droga przez Starego Człowieka przebyta, lecz droga na powierzchni do przebycia możliwa, której mieszkańcy Wielkiej Pustyni strzegą zapewne w ciągłej obawie powrotu »wydziedziczonych«...
Rzucił tę myśl jako przypuszczenie, w miarę jednak, jak mu zaczęto oponować, zapalał się coraz bardziej i upierał, aż w końcu począł uważać domysł swój za prawdę niewątpliwą i udowodnioną i żądał nawet, aby Bractwo wyciągnęło stąd praktyczne konsekwencje w celu dostania się bez pomocy »Zwycięzcy« do tajemniczego kraju pod Wielką Pustynią.
Wezwano Rodę do rozstrzygnięcia sporu.
Mataret, stojąc we drzwiach, patrzył przez chwilę, jak mistrz z niezmierną powagą zdanie swoje wygłaszał, wodząc palcem po rozłożonej mapie... Zrobił nawet ruch, jak gdyby się miał zbliżyć i posłuchać, ale uśmiechnął się tylko i rękę położył na klamce...
Długim, wązkim i ciemnym korytarzem dostał się niepostrzeżenie na ulicę. Była to najnędzniejsza dzielnica w mieście, siedlisko ubogich wyrobników, nawpół zaprzedanych w niewolę kupcom i fabrykantom mieszkającym w pięknych domach tam, w środku osady, w pobliżu świątyni i arcykapłańskiego pałacu. Lepianki marne i krzywe cisnęły się z obu stron ciasnej ulicy, opadającej w załomach ku morskiemu brzegowi. Kupy śmiecia walały się przed progami, gnijąc w żarze południowego słońca, — z za rozwalonych opłotków sterczały więdnące badyle bujnych chwastów. W cieniu wylegiwało się kilka psów, zleniwiałych upałem.
Mataret przebiegł szybko zaułek, oglądając się, czy go kto nie widzi. Domyślano się, że jest członkiem tajnego Bractwa Prawdy, znienawidzonego zwłaszcza w tej dzielnicy, gdzie Zwycięzca miał najgorętszych wyznawców i zwolenników. Ludzie, w ciężkiej pracy i trudzie gorzkim żyjący, widzieli w tym jasnym ziemskim przybyszu nadzieję lepszej przyszłości i oczekiwali z niecierpliwością chwili, kiedy pokonawszy szernów, powróci z za Morza, aby ład nowy na Księżycu zaprowadzić.
Ale dzisiaj nikt z okna nie wyjrzał ani nie rzucił przez zęby przekleństwa, mijając w przechodzić pustyniarza, jak pogardliwie tutaj członków Bractwa nazywano. Dzielnica, która zazwyczaj nawet podczas największych południowych upałów roiła się ludźmi, nędzą do pracy zmuszonymi, wyglądała jak gdyby wymarła. Dopiero na szerszym placu, skąd się już pięknie brukowane drogi ku śródmieściu poczynały, spotkał Mataret grupkę z kilku robotników złożoną. Stali w cieniu jakiegoś pustego kramu i rozmawiali żywo, z widocznym niepokojem poglądając ku morzu.
Z kilku zasłyszanych w przelocie słów wyrozumiał Mataret, iż stało się coś ważnego, co miało związek z wyprawą Zwycięzcy na południe. Przyśpieszył tedy kroku, zwracając się w stronę miasta, gdzie spodziewał się zasięgnąć pewnych wiadomości.
Plac przed świątynią był natłoczony ludem. Rozprawiano o przybyciu posłów, którzy z powodu nie sprzyjającego wiatru w nocy zmylili drogę i wylądowawszy nad ranem daleko na wschód za szczytem Otamora, pół dnia zużyć musieli, nim się pieszo zdołali dobić do miasta. Mataret przysłuchiwał się z zajęciem krzyżującym się w powietrzu zdaniom. Z bezładnych urywków rozmów niewiele zdołał się dowiedzieć o szczegółach, ale odniósł wrażenie, że tym razem posłowie mniej pomyślną przynosili nowinę. Lud był niespokojny; zamiast radosnych okrzyków słychać było spory i narzekania, twarze pełne troski poglądały ku morzu, jak gdyby obawiały się grożącej z tej strony nawały wrogów.
Zwątpił już, czy uda mu się coś niewątpliwego dowiedzieć, kiedy niespodziewanie na stopniach świątyni wśród tłumu zobaczył Jereta. Zdumiał się wielce, nie sądził bowiem, aby on, prawa ręka Zwycięzcy, był użyty na posła... Jeśli tak się stało, musiała to być rzecz nader ważna, z którą młody wojownik przybywał.
Znał on Jereta dawno i dobrze. Byli nawet niegdyś przyjaciółmi, nim ich rozdzieliła różnica wierzeń i poglądów na sprawę Zwycięzcy. Liczył jednak na dawną zażyłość, to też przecisnąwszy się przez tłum, pociągnął Jereta za rękaw, dając mu znaki, że chce z nim mówić. Młodzian poznał go i powitał.
— A! Mataret!...
— Później! za chwilę! — dorzucił, posłyszawszy wzrastający gwar w otoczeniu. — Przyjdź za dwie godziny, do świątyni!
Ostatnie słowa mówił już wstępując na kamienną arcykapłańską kazalnicę przy schodach.
Lud ruszył się i zafalował, zobaczywszy go wzniesionym nad sobą. Dały się słyszeć znowu głośniejsze skargi i okrzyki. Niektóre z nich bluźniły już Zwycięzcy.
Jeret zaczerpnął w piersi powietrza i mówił:
— Wstyd mnie, gdy patrzę na was, gdy słucham głosów waszych, niewieścich zgoła a nie męskich! Zwycięztwo będzie nasze, ale trzeba jeszcze wysiłku i pomocy! Przybyłem tu nie skarg waszych słuchać, ale zebrać nowy oddział, któryby wsparł walczących! Broni jest jeszcze zapas. Niech młódź się zgłasza i zaciąga w szeregi, bo gdy słońce zajdzie, ruszymy znów na południe po zamarzłem morzu!
Mówił jeszcze przez jakiś czas, rzucając na głowy tłumu zdania krótkie i twarde jak kamienie. Mataret tymczasem ustąpił nieco na bok. We drzwiach świątyni dostrzegł Ihezal. Stała o węgar oparta, patrząc przed siebie dziwnemi, sennemi oczyma, które zdawały się nawet nie widzieć tego, na co patrzyły. Twarz miała pobladłą i wychudzoną, białe ręce trzymała złożone na piersi, na kosztownych łańcuchach, z szyi jej zwisających.
Mataret pochodził z jednej z najprzedniejszych i najbogatszych rodzin w mieście i był niegdyś w blizkich stosunkach z domem arcykapłana Malahudy. Zobaczywszy teraz dziewczynę, przystąpił do niej i pokłonił się.
— Jak się macie, złotowłosa? — rzekł z uśmiechem.
Ihezal spojrzała na niego z roztargnieniem i odwróciwszy się, weszła do świątyni bez słowa odpowiedzi. Wzruszył tedy ramionami i siadł na progu, czekając na Jereta. Nie widno go już było na kazalnicy. Skończył mówić i wmieszał się między lud. Mataret, patrząc z góry, dostrzegł go, jak rozmawiał z kilku starszymi, odpowiadając żywo na jakieś zadawane pytania. Później zbliżył się do niego Sewin. Zausznik arcykapłana prawił mu coś długo z uprzejmym i chytrym uśmiechem na ustach, wskazując kilkakroć ręką grupę stojących osobno rybaków, którzy przyszli tu byli z uwięzionym obecnie Chomą.
Mataret widział jeszcze, jak Jeret się żachnął i dłonią odepchnął arcykapłańskiego sługę od siebie, — a później znudziło mu się patrzeć na wszystko i wzniósł oczy na niebo, wyjątkowo dzisiaj o tej porze jeszcze pogodne.
Południowa burza opóźniała się. Słońce przechyliło się już z zenitu na zachód i sypało miałki żar na fasadę świątyni. Mataret przymknął oczy; w upalnej spiece dnia senność go ogarniała.
Majaczyły mu się właśnie jakieś przedziwne wejścia do pieczar kryształowych na tamtej stronie Księżyca, kiedy zbudziło go z półuśpienia lekkie dotknięcie na ramieniu. Jeret stał przed nim.
— Chciałeś mówić ze mną...
— Zmęczony jesteś, — rzekł Mataret, patrząc rozbudzonemi naraz oczyma w zczerniałą i wychudłą twarz jego.
— To nic, to nic, odpocznę...
Weszli w głąb świątyni i przysiedli w jednym z bocznych, przyciemnionych krużganków. Jeret złożył dłonie na głazie i wsparł na nich czoło.
— Zmęczony jestem rzeczywiście, — szepnął po chwili, nie wznosząc głowy.
Mataret patrzył na niego w milczeniu, mrugając nerwowo powiekami. Zdawało mu się, że czyta na tej ogorzałej i pobrużdżonej twarzy, z boku ponad złożonemi widnej rękoma, całą historję wyprawy: historję trudów niesłychanych i wysiłków, bojów, zwątpień i nadziei...
— Dlaczego ty właśnie przybyłeś? — zapytał wreszcie znienacka.
Jeret drgnął i spojrzał mu w oczy. Nieobecny w czasie, kiedy się zawiązało ostatecznie Bractwo Prawdy, nie miał pojęcia o jego istnieniu, wiedział jednak z dawniejsza, że Mataret, sceptyk urodzony, z wielką nieufnością patrzył na Zwycięzcę... To nawet było powodem, że stosunki ich, niegdyś bardzo serdeczne, oziębiły się z czasem. Mimo wszystko jednak nie mógł się nigdy oprzeć uczuciu pewnego podziwu i uległości niemal wobec tego dziwnego człowieka, który uśmiechał się ciągle, ciągle przeczył i myślał, nie zapalając się napozór nigdy i do niczego, jak gdyby stał gdzieś ponad wypadkami, a nie w prądzie ich największym, jak inni ludzie. On, Jeret, umiał tylko działać, wybuchać, radować się, albo ponuro w sobie się zasklepiać...
To też teraz, wręcz zapytany, zawahał się przez chwilę, ale przemogła w nim wnet ochota wywnętrzenia się przed kimś, wobec kogo nie potrzebowałby odgrywać roli wodza, posła ani nauczyciela...
— Jestem tu potrzebny, — szepnął, mówiąc więcej posępnem ściąganiem brwi, niż temi obojętnemi słowami.
— Źle wam się powodzi? — rzekł Mataret, nie spuszczając z niego oka.
Jeret ruszył ramionami.
— Nie... nie można powiedzieć: źle... Ale...
Urwał i zamilkł, jakby szukając wyrazu. Mataret milczał również przez jakiś czas, a potem rzekł, powstając:
— Jeżeli nie chcesz mówić, odchodzę. Po cóż mam cię zmuszać do tego, abyś kłamał przede mną?
Jeret pochwycił go żywo za rękę.
— Zostań. Owszem. Chcę mówić, tylko...
Otrząsnął się.
— Widzisz, ja sam nie wiem, jak to nazwać. Źle nam się dotychczas nie powodzi, mimo że jest ciężko w tej chwili... Zrobiliśmy dotychczas wszystko, co w mocy ludzkiej leży...
Wzniósł głowę, spojrzał Mataretowi wprost w oczy.
— Wszystko, co w mocy ludzkiej leży, — powtórzył z naciskiem, — ale ponadto — nic.
— Zaczerwienił się naraz, jakby mimowoli słowo wiele znaczące z ust mu się wymknęło... Mataret nie uśmiechał się. Oczy jego wyłupiaste i zazwyczaj szydercze patrzyły gdzieś w dal — prawie smutno. Wyciągnął rękę i położył ją na złożonych dłoniach wojownika.
— Mów, — rzekł.
Jeret począł mówić. Opowiadał długą i krwawą historję, jakby w myślach przed samym sobą ją rozsnuwając. Mówił o walkach na nizinie, o miastach zdobytych i zburzonych, o setkach i tysiącach szernów wyciętych w pień bez miłosierdzia, bronią ognistą rażonych, topionych w rzekach lub w morzu i pożarom na pastwę oddanych. Mówił o tem wszystkiem spokojnie i równo, jak robotnik, który wieczorem powtarza w myśli ciężką pracę przebytego dnia...
A potem opowiadał Mataretowi, jak przyszli w niedostępne góry i poczęli się na grzbiet olbrzymiego pierścienia skał wydostawać. Mówił o trudach przejścia, o dziwnem mieście szernów wewnątrz kotliny i o Ziemi, która, zewsząd widoczna tam się oczom ich ukazała.
— Mieliśmy to sobie za dobrą wróżbę i znak, że Zwycięzca jest z nami. A tymczasem od chwili kiedyśmy z tamtej wysoczyzny na Ziemię spojrzeli, zaczął się dla nas najstraszniejszy trud, bo bezowocny. Myślałem, że spadniemy jak wicher i zmieciemy to miasto w dole; żal mi już prawie było jego na zagładę skazanej piękności, ale tutaj Zwycięzca się zawahał. Postąpił jak człowiek: rozumnie. Postąpił tak, jak każdy z nas byłby w tym przypadku postąpił...
I tu opowiadał dalej, jak Zwycięzca, przeliczywszy szeregi, nie ośmielił się wprowadzić ich wszystkich w kotlinę, aby nie mieć w razie niepowodzenia odciętej drogi do odwrotu.
— Cząstce wojska — mówił — kazał się wrócić i pilnować drogi (o! jeśli to można drogą nazwać), którą weszliśmy na przełęcz, aby snadź szernowie z innych miast nie przedostali się za nami... Tam ja bytem wodzem. Reszta żołnierzy pod jego własnem przewodnictwem opuściła się ku wnętrzu kotliny, do potowy niemal wysokości wału górskiego — i tam założyła obwarowany obóz. Na równinę w dole schodzą tylko drobne oddziały, nękają szernów i wracają znów do obozu, często ze stratami. Przestaliśmy zwyciężać, — wojujemy teraz.
— I tak jest wciąż, bez zmiany? — zapytał Mataret po chwili milczenia.
Jeret poruszył głową.
— Bez zmiany. Z tą ilością wojska nic nie zdziałamy, to pewna. Szernowie widzą naszą bezsilność i rozzuchwalili się. Oni nas teraz zaczepiają. Nie było prawie godziny, abym ja ze swym oddziałem nie musiał staczać utarczek... Zdawało się, że cała kraina jest pusta, a oni tymczasem powyrastali skądeś całymi zastępami i prą na nas. Skały czernią się od nich i roją, jakby od złego ptactwa. Strzelamy do nich ciągle i bijemy, ale musimy oszczędzać nabojów w obawie, aby nam ich nie zabrakło. Wtedy bylibyśmy zgubieni...
— I co będzie dalej? — zapytał Mataret.
— Nie wiem. O pewnej rannej porze dnia wczorajszego Zwycięzca sam przeszedł dzielącą nasze oddziały przełęcz i mówił długo ze mną. Nie mówił jeszcze o odwrocie, ale z jego stroskanej twarzy myśl tę już było widać. Kazał mi przybyć tutaj i przywieść jak najprędzej posiłki, broń i naboje. Ciężką miałem drogę ku morzu i saniom, pod opieką garstki małej zostawionym; przekradać się musiałem jak gad samowtór z towarzyszem, ale wiem, że jeszcze ciężej wracać nam będzie z posiłkami, bo szernowie chcą teraz za wszelką cenę zgubić Zwycięzcę i nas z nim razem...
Nastała cisza. Obaj patrzyli przed siebie, błądząc w zadumie myślami daleko od miejsca, w którem się znajdowali.
— Tak. Trzeba ich zawiadomić, — odezwał się nagle Mataret po pewnym czasie.
— Kogo?
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko zwykłym swoim uśmiechem i wyciągnął dłoń ku Jeretowi.
— Nie o Zwycięzcę mi chodzi. To mniejsza. Może nawet nie o lud... Nie wiem sam o co. Zbieraj posiłki i trzymajcie się, dopóki będzie można. Ja zrobię swoje.
Zwrócił się ku odejściu i wydał lekki okrzyk. Pod rzeźbionym narożnikiem stała w cieniu Ihezal. Zauważywszy, że ją spostrzeżono, postąpiła szybko naprzód. Minęła Matareta i szła wprost ku Jeretowi.
— Jeret! — zawołała, składając ręce błagalnym ruchem, — Jeret! weźcie mnie z sobą!
— Słyszałaś wszystko?!
Przyświadczyła niemem skinieniem głowy.
Jeret zmarszczył brwi i poruszył niespokojnie dłonią. Spojrzał na Matareta, jakby jego obecność powstrzymywała go od odpowiedzi.
— Weź mnie! — powtórzyła, — ja chcę do Zwycięzcy!
Oczy jej płonęły prawie radośnie, odblask jakiejś nadziei rozświetlał jej białe, wewnętrzną gorączką strawione lica.
Jeret się odwrócił.
— Pilnuj szerna, którego ci zostawiono! Dość jeden w więzach na ciebie!
Ihezal pobladła i cofnęła się w tył.
— Jeret! — krzyknęła.
Ale on wychodził już ze świątyni, nie oglądając się nawet poza siebie.
Dziewczyna pochyliła głowę i stała przez pewien czas bez ruchu. Wir dziwnych, w szalonym kole tańczących myśli ją ogarnął. Huczały jej w piersi jakieś hymny radosne, że on jest... że może być, jak ona, człowiekiem, a jednocześnie czuła ból, jakby kto nagłą i niepojętą pustkę w jej duszy uczynił...
Obejrzała się trwożliwie. Przez pustkę wewnętrzną odczuła mimowoli silniej pustkę miejsca, gdzie się znajdowała, pustkę ogromnej, opuszczonej świątyni. Odruchowo przypadła do stóp jakiejś kolumny, wtulając się między podstawy wielkich kamiennych kadzielnic.
Próżne były i wystygłe. Od dni już długich nie rzucał nikt wonnej żywicy do wnętrza miedzianych czar, kędy się walały w pyle resztki węgli, niegdyś świętych. Na pniu kolumny znać jeszcze było czarne ślady dymu, który stąd niegdyś wznosił się ustawicznie.
Patrzyła na otaczającą ją pustkę zdziwionemi, szeroko w lęku rozwartemi oczyma, jak gdyby ją dzisiaj po raz pierwszy dopiero spostrzegła i zauważyła.
— Jak to było? — powtórzyła szeptem bezwiednie, — jak to było? jak było?...
Sny jej się dziewczęce przypomniały, a potem zjawa jasnego ziemskiego przybysza...
— Gdzie on teraz jest?...
W uszach zadźwięczały jej zasłyszane niegdyś zgrzytliwe słowa:
»Przeszedł Zwycięzca nad morzem i przez kraj przeszedł nizinny, a oto stało się że do gór przyszedł wyniosłych i stanął przed niemi bezradny...«
I znowu:
»Służyć nam będzie plemię człowiecze — z wyjątkiem tej, która zechce zostać panią i pójdzie za szernem...«
— Nie! nie! nie! — krzyknęło w niej coś buntem rozpaczliwym.
Wyciągnęła ręce białe, z szerokich fijoletowych rękawów wysunięte.
— Jeret! — wołała w głos, choć dawno już nikogo koło niej nie było. — Jeret! zmiłuj się! weź mnie z sobą! Ja chcę do Zwycięzcy! Nie zostawiajcie mnie tutaj pod urokiem szerna! Na oczach jego niema łańcuchów! Chcę do Zwycięzcy! Chcę widzieć, czuć, że on jest silniejszy, że on...!
Upadła z klęczek twarzą na kamienną posadzkę, aż zadźwięczały drogie, u szyi jej zwisające łańcuchy.
Słońce, rozsrebrzone w mglistej śreżodze, wpadało jeszcze przez okno do świątyni, ale grom zbliżającej się burzy zahuczał już — donośny i groźny. Ihezal nie ruszyła się z miejsca.
— Oto pęka nade mną sklepienie świątyni, — myślała, — oto walą się kolumny i rozchodzą zręby kamienne...
— Niech się stanie! niech się stanie!
— Niechaj świat cały zapadnie i mnie pod gruzami pogrzebie!
Ponowny, huczący i blizki już grom wstrząsnął ścianami i blask słońca, chmurą pochłonięty, zagasł nagle. Ihezal płakała cicho.
Tymczasem Mataret, pożegnawszy się na schodach z Jeretem, którego wezwano do arcykapłana, szedł zadumany przed siebie, nie myśląc nawet, dokąd idzie. Na rogu jakiejś ulicy trafił niespodziewanie na Rodę. Mistrz oczy miał błyszczące i jasność na pokaleczonej twarzy. Zobaczywszy towarzysza, przystanął i zawołał na niego głośno:
— Mataret, czy już wiesz?
Ten, zamiast odpowiedzieć, przystąpił ku niemu i ujął silnie za łokieć.
— Zawołaj ludzi, którzy mają nam towarzyszyć, — rzekł, — wyruszamy zaraz.
— Czyś oszalał? — krzyknął Roda, — patrz!
Wskazywał ręką na zaciemniające się chmurami niebo, pod którem wicher już hulał i wpadał ze świstem w opustoszałe ulice, targając ubrania na nich, jedynych dwóch ludziach, którzy się jeszcze przed burzą do domów nie schronili.
— Wyruszamy natychmiast, — powtórzył Mataret spokojnie.
Stanowczy, niemal rozkazujący ton, którego dotychczas nigdy nie przybierał, zadziwił Rodę. Spojrzał na towarzysza w zdumieniu, nie wiedząc prawie, jak się zachować... Mataret, spostrzegłszy jego zakłopotanie, uśmiechnął się:
— Mistrzu, jesteś wielki i nigdy czcić cię nie przestanę, ale wierz mi, że nam nie wolno już teraz tracić czasu. Mam swoją myśl...
Deszcz jeszcze lał strugami, jakby niebo w wodę się roztopiło, kiedy jedenastu ludzi w płaszcze owiniętych wykradało się z bram miasta z małym zaprzęgiem psów, dążąc odwiecznym szlakiem ku północy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.