Zwycięzca (powieść)/Część druga/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Zwycięzca
Data wydania 1910
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



II.


— Malahudy nie znaleziono?
Sewin skłonił głowę.
— Nie, Wasza Wysokość, nie znaleziono dotychczas...
Urwał i spojrzał w oczy nowemu arcykapłanowi, jakby chcąc z nich wyczytać istotną myśl tego pytania. Elem wpatrzył się również przez krótką chwilę w swego powiernika. Potem, spuściwszy oczy, ręką pełną drogocennych pierścieni przesuwać zaczął stosy pism, leżących na marmurowym stole. Nie podnosząc wzroku, spytał jakby od niechcenia:
— Może... nie dość pilnie go szukają? Zwycięzca chce...
Na ustach Sewina zaigrał chytry uśmiech.
— Posłowie radziby spełnić, czego sobie życzy Zwycięzca a także i Wasza Wysokość, ale są trudności nieprzezwyciężone. Dawnego arcykapłana widywali wszyscy, ale dziwna, jak mało jest ludzi, którzy go znają dokładnie z oblicza! Między wysłanymi na poszukiwanie niemasz ani jednego, któryby mógł go poznać, zwłaszcza jeśli w przebraniu się ukrywa...
Elem odetchnął z ulgą.
— Czy mamy go szukać dalej? — zapytał Sewin po chwili, widząc, że arcykapłan milczy.
— Tak, tak. Niech go szukają...
— Ci sami ludzie, co dotychczas?
— Jeżeli nie można znaleść innych, którzyby go lepiej znali...
— Stanie się, jak Wasza Wysokość każe.
— Chciałbym jednak wiedzieć, gdzie przebywa, — rzekł Elem po chwili.
Sewin spojrzał mu w oczy i skłonił głowę na znak, że zrozumiał.
Arcykapłan wstał i poszedł ku szerokiemu oknu, otwierającemu się na plac przed świątynią. Tu — na obszernej wolnej przestrzeni ćwiczyli się właśnie żołnierze pod wodzą Jereta w używaniu nowej palnej broni, sporządzonej przez zaufanych robotników, którym Zwycięzca powierzył tajemnicę wyrobu tego strasznego narzędzia. Elem nadsłuchiwał przez jakiś czas łoskotu bijących w tarcze strzałów i krzykliwego głosu komendy, a potem zwrócił się znów do oczekującego w pokorze Sewina.
— Kogo ci ludzie słuchają? — zapytał znagła.
— Wasza Wysokość jest władającym arcykapłanem...
Elem przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki.
— Sewin, kogo ci ludzie słuchają? Zwycięzcy czy Jereta?
Sewin wzruszył ramionami.
— Nie wiem.
— Więc powinieneś wiedzieć!
— Jak Wasza Wysokość każe. Ale...
— Co chciałeś powiedzieć? mów?
— Nie wiem, jak to Waszej Wysokości rzec... Może lepiejby było, gdyby Zwycięzcy słuchali, a nie Jereta?...
Pan i zausznik spojrzeli sobie znowu w oczy.
— Myślisz, że Jeret?...
— Tak, Wasza Wysokości. Dzisiaj jest jeszcze bezwzględnie Zwycięzcy oddany, ale wzbiera w nim żal z powodu tej dziewczyny i może kiedyś, z czasem...
Elem nie śpieszył się z odpowiedzią. Ważył coś w myśli długo, patrząc przez okno, jak pod uderzeniem kul rozkrusza się mur gruby, za cel strzałom ćwiczących się żołnierzy służący, — aż wreszcie rzekł zwolna:
— Mylisz się, Sewin. Jeret jest całą duszą błogosławionemu Zwycięzcy oddany, tak jak i mnie, arcykapłanowi, można więc śmiało pouczać wojowników, że jemu przedewszystkiem ślepe winni posłuszeństwo. Zrozumieją to tem łatwiej, że Jereta przecież Zwycięzca sam za wodza im postawił.
Teraz arcykapłan odszedł od okna; przemierzywszy kilkakroć wolnym krokiem wielką salę, siadł znowu przed marmurowym, różnymi pismami zarzuconym stołem — i pogrążył się w czytaniu.
Sewin nie odchodził. Elem tedy, spostrzegłszy po chwili jego wyczekującą postawę, wzniósł na niego pytające oczy.
— Chciałeś czego jeszcze? — rzekł.
— Zapytać chciałem, czy Wasza Wysokość nie każe uwięzić byłego brata naszego, Chomy?
Elem poruszył się żywo.
— Ach tak! Choma... Więc co?
— Wiedzieliśmy zawsze, że jest wiekiem zdziecinniały, chociaż nie brak było ludzi, którzy częstokroć posłuch jego słowom dawali... Ale teraz obawiam się, czy szaleństwo jego nie przekroczyło dozwolonej prawem miary...
— Czy słuchają? – zapytał Elem wprost, odrzucając niecierpliwie wszelkie omówienia, jakich zwykle nawet w rozmowie ze swym zausznikiem używał.
— Dotychczas nie bardzo, ale mogą zacząć go słuchać pewnego dnia...
Elem zamyślił się.
— To nieprędko nastąpi! — rzekł po chwili, jakby do siebie.
— Nie wiem. Doniesiono mi właśnie, że Choma zjawił się między rybakami w okolicy Przesmyku, — tam są ludzie ciemni, dzicy i nieokrzesani...
— Wielu z tych rybaków zaciągnęło się do szeregów Jereta — wtrącił arcykapłan.
— Tak, ale nie wszyscy. Ci, którzy pozostali w domach słuchają teraz bluźnierstw zdziecinniałego starca. Wasza Wysokość wie, co on prawi...
Elem skinął głową w milczeniu.
— Mówi, — ciągnął Sewin dalej, utkwiwszy oczy w swym zwierzchniku, — że Zwycięzca nie jest Zwycięzcą, gdyż nie powstali umarli na jego przyjęcie, jak w Piśmie było zapowiedziane, a więc my wszyscy Bracia Wyczekujący, którzyśmy wyszli z Kraju Biegunowego, jesteśmy wiarołomcami, a nawet ośmiela się Waszą Wysokość...
— Dobrze, — przerwał Elem, — już dobrze. To nie ma znaczenia. Chomy więzić nie rozkażę. Jest zdziecinniały i nikt rozumny zważać na niego nie będzie. Pilnujcie jeno dobrze, aby został między rybakami. Niechaj nigdzie dalej się nie zapuszcza.
— Jak Wasza Wysokość...
— Ale to mi przypomniało tego mędrka Rodę. Co z nim?
Sewin rzucił głową pogardliwie.
— Ten nie jest niebezpieczny! Zbyt wiele dowodzi i nazbyt chce pouczać. Śmieją się z niego, jak zawsze, jak ongi za czasów Malahudy...
— Czyż nie ma on zwolenników?
— Garść nieliczną, o której nie warto i wspominać! I jeśli Wasza Wysokość zechce przyjąć mą radę...
— Mów!
— Lepiej zostawić go w pokoju. Dopóki się go nie prześladuje, uwierzyć mu mogą tylko ludzie uczeni i poniekąd światli... A taki ruch śmiało można lekceważyć. A lud... Lud chciwy jest żyznych krajów, które szernowie za morzem zamieszkują, ale nie wierzy zgoła, aby na Wielkiej Pustyni znaleść się mogło co godnego pożądania. Dopiero gdyby Wasza Wysokość wydała ostre zarządzenia przeciwko Rodzie lub co gorsza na śmierć go skazała, tłum by się zaczął zastanawiać i przypuszczać, że jednak coś prawdy musiało być w słowach skazanego... Co innego jest ze starym Chomą. On, jako członek Zakonu, bezpośrednio nam podlega... i to nie zdziwiłoby nikogo...
Arcykapłan skinął ręką na znak, aby zamilkł.
— Tak, tak. Już dobrze. Namyślę się, co postanowić...
Sewin skłonił się, a widząc, że Elem, zatopiwszy wzrok w rozłożonych papierach, o nic go już więcej nie pyta, wysunął się po cichu z komnaty. Zaledwie jednak drzwi się za nim zawarły, dawny przełożony Braci Wyczekujących zerwał się od stołu i szybkim krokiem chodzić zaczął po izbie. Na czaszce niegdyś golonej włos mu już gęsty porastał; długa i czarna broda odcinała się ostro od lśniącej, żółtej szaty, którą miał na sobie. Stanowcze i dumne usta zaciskały mu się kurczowo, — oczy pod ściągniętemi brwiami latały niespokojnie, zwracając się wciąż ku oknu, wychodzącemu na plac, gdzie właśnie Zwycięzca ćwiczył swych wojowników.
Przystanął i patrzył. Śledził chciwym okiem każdy zwrot sprawnej gromady, chwytał szybkie ruchy rąk, które wznosiły broń do twarzy, i po każdym błysku wystrzału wiódł wzrokiem w stronę rozsypującego się pod uderzeniem kul muru.
— To już dzisiaj wieczorem — szepnął do siebie.
Spojrzał na słońce, — stało jeszcze wysoko, bardzo wysoko — i nagła niecierpliwość go ogarnęła. On, który żyjąc w Kraju Biegunowym, przez lata całe nie znał czasu, dni, wschodów ani zachodów, drżał teraz na myśl, że koniec dnia jeszcze daleki, że nie wnet jeszcze zamarznie lód w wieczornym chłodzie, budując skrzydlatym saniom Zwycięzcy most przez szerokie morze ku tajemniczej krainie szernów. Pilno mu już było, aby wyprawa w drogę wyruszyła. Mówił sobie głośno, że chce jak najrychlejszego pogromu odwiecznych wrogów ludu, ale w głębi duszy czuł, że rad także będzie, kiedy Zwycięzca na bój stąd odejdzie, jemu — arcykapłanowi — niepodzielną i niezamąconą władzę zostawiając.
A kiedy Zwycięzca powróci...
Nie myślał, nie chciał myśleć nic złego. Wierzył niezłomnie, że ten, który przybył, jest przez księgi święte i proroków zapowiedzianym, setki lat przez Braci Wyczekujących wyglądanym Zbawcą, — wierzył, że w nim jest czasów dopełnienie i nowy świata księżycowego porządek, ale mimowoli wyobrażał sobie ten porządek nowy jako okres swojej władzy i panowania...
A kiedy Zwycięzca powróci z za Morza Wielkiego...
Nie myślał jeszcze nic złego. Stawał mu jednak w wyobraźni cudowny, lśniący wóz Zwycięzcy, napowrót w przestrzeń międzygwiezdną ulatujący, ku Ziemi! — której on, arcykapłan, będzie błogosławił, opłakując odejście i dzięki czyniąc zarazem odchodzącemu w glorji Zwycięzcy, co szernów piorunową bronią poraził i nasienie ich na Księżycu wygubił, aby Lud mógł żyć bez troski pod rządem niewzruszonym Elema, pierwszego z nowej arcykapłanów rodziny.
A jeśli... Jeśliby?...
Nie chciał przypuszczać, aby Zwycięzca zapragnął pozostać na Księżycu i rządy samowolnie nadal sprawować, jemu cień władzy jeno pozostawiając... Żaden prorok nie mówił nigdy, że Zwycięzca na Księżycu pozostanie, i to nie było zgoła dogmatem, w któryby wierzyć należało...
Dalej nie myślał już Elem jasno, — owszem, powstrzymywał wolą przewidującą wyobraźnię, która mu na przekór majaczyła przed oczyma postaciami niewyraźnemi Chomy, Rody, a nawet Malahudy starego, który słowy bluźnierczemi witał niegdyś na stopniach świątyni radość oczu ludzkich, jasnego i błogosławionego z Ziemi przybysza...
Otrząsł się rychło z tych majaków i przetarł czoło, jakby ostatni ślad mimowolnych myśli chcąc opędzić, ale spojrzał mimo to przez okno niespokojnym wzrokiem na Jereta, który właśnie ze Zwycięzcą rozmawiał — i uśmiechnął się z zadowoleniem, widząc służbistą, ale ponurą postawę młodego wojownika...
Jeret istotnie od owego dnia pierwszego, kiedy to prosił Zwycięzcę na dachu świątyni, aby mu nie zabierał dziewki ukochanej, wcale się do niego nie odzywał okrom zamiany koniecznych słów w sprawach wojska i wyprawy. Marek, polubiwszy dzielnego i zapalczywego młodzieńca, odczuwał boleśnie tę niechęć z jego strony, ale napróżno usiłował ją przełamać, próbując z nim czasem rozpocząć żywszą jakąś rozmowę. Jeret na pytania odpowiadał krótko i z szacunkiem, rozkazy spełniał niezwłocznie, ale nie uśmiechnął się nigdy ani też nigdy nie dał się wyciągnąć na pogawędkę o rzeczach, nie dotyczących bezpośrednio spraw wojny z szernami.
Wkońcu Marek dał za wygraną. Przez kilka długich dni księżycowych, z górą pół roku wedle ziemskiej rachuby — żyli obok siebie bliscy, co parę godzin prawie się stykając, zakładali warsztaty dla wyrobu broni palnej, dobierali robotników i ćwiczyli, a potem żołnierzy ćwiczyli znowu razem — i Zwycięzca musiał przyznać poniewoli, że trudnoby mu było wymarzyć sobie lepszego, inteligientniejszego i bardziej oddanego sprawie pomocnika niż ten człowiek, coraz więcej obcy mu w duszy i coraz dalszy...
Dzisiaj odbywało się już ćwiczenie przed wyprawą ostatnią i Marek, siedząc na stopniach świątyni, przypatrywał się z zadowoleniem zadziwiającej sprawności strzelców, którzy bili kulami w rzucane naczynia z gliny, nigdy prawie nie chybiając, kiedy Jeret niespodzianie stanął przed nim.
— Wszystko jest gotowe, Zwycięzco, — rzekł, — i jeśli ci się podoba, możemy dzisiaj wyruszyć, skoro jeno lód po zachodzie morze nam zetnie...
— Tak! — odpowiedział Marek, przybierając mimowoli lapidarny ton, jaki Jeret do rozmów ich był wprowadził.
Dowódca księżycowej młodzieży zwrócił się bez słowa w stronę wybrzeża morskiego, gdzie sanie żaglowe już przygotowane na lód nocny czekały, ale zrobiwszy zaledwie kilka kroków, zatrzymał się nagle...
— Jeret?...
— Zdawało mi się, panie, żeś na mnie zawołał.
— Nie. Nie wołałem cię...
Odwrócił się tedy, aby iść dalej, ale teraz Marek rzeczywiście zawołał na niego.
— Jeret, pójdź, chciałbym z tobą pomówić...
Powstał i szedł naprzeciw chłopaka, który — posłuszny — zatrzymał się w miejscu, oczekując uważnie rozkazu czy zapytania. Ale Zwycięzca nie rozkazywał ani nie pytał, jeno zbliżywszy się ku niemu, usiadł na kamieniu, jak to czynić miał we zwyczaju, kiedy rozmawiał z ludźmi księżycowymi tak znacznie niższymi wzrostem od siebie, — i ująwszy go za dłoń, patrzył mu długo w oczy jasnym, ale smutnym wzrokiem. Młodzieniec wytrzymał spokojnie to spojrzenie, nie spuszczając źrenic, brwi mu się tylko zbiegły i stwardniały w dwa skurczone łuki, głęboką bruzdą przedzielone...
— Jeret, — zaczął Marek po chwili, — odkiedy tu jestem między wami, troje tylko ludzi spotkałem, których chciałbym mieć za przyjaciół... Jeden z nich, starzec Malahuda, zginął mi w tej godzinie, kiedym go poznał, a drugi — ty...
Urwał, jakby szukając wyrażenia...
Jeret wzniósł szybko oczy i poruszył nieznacznie ustami, a choć nie odezwał się ani słowa, Marek odczuł i zrozumiał ten ruch warg, który mu mówił:
»Ihezal została ci, panie...«
— Właśnie o Ihezal chciałem mówić, — rzekł, jakby na głośno wypowiedziane zdanie odpowiadając.
Młody wojownik żachnął się mimowoli.
— Niema powodu, panie, abyśmy mówili o tem, co jest w najzupełniejszym porządku.
— Czy tak?
— Tak, Zwycięzco. Ihezal służy ci, jak ci służę i ja, jak wszyscy na Księżycu służyć powinni...
— A jednak masz do mnie żal z tego powodu. Zdaje ci się, że ja ci ją zabrałem.
— Czego żądasz ode mnie, panie?
Pytanie to rzucił tak poprostu i z nagła, że Marek nie znalazł na nie odpowiedzi. Istotnie: czego żądał, czego chciał od tego chłopaka, któremu, choć mimo woli i wiedzy, bądź co bądź zabrał jedyne ukochanie? Odczuł, że śmieszny jest z tą chęcią zawiązania przyjaznych stosunków z pokrzywdzonym człowiekiem — i złość go ogarnęła na myśl, że się przez to w oczach jego poniża. Ściągnął brwi i chciał już rzucić jakiś rozkaz władczy, krótki i nieodwołalny, któryby przeciął ten nastrój fałszywy, oznaczając właściwe obu stanowisko, ale Jeret tymczasem odezwał się głosem dziwnie zmienionym, jakiego on, Zwycięzca, z dawien u niego nie słyszał:
— A żal...? Mógłbym mieć żal jedynie do tego losu i porządku rzeczy, iż dwom panom służyć nie można i kto świętości odda duszę, jest dla życia stracony.
Umilkł — i po chwili dopiero dodał:
— Gdybyś, panie, był jak ja człowiekiem...
— A czymże ja jestem? — rzucił Marek mimowiednie, widząc, że Jeret zdania nie kończy.
Chłopak podniósł na niego jasne i spokojne oczy:
— Jesteś bogiem, Zwycięzco.
I nim Marek, tem po wszystkie wieki najcięższem słowem oszołomiony, zdążył odpowiedzieć i zaprzeczyć, on już był daleko, jak czarna, ruchliwa plama widny na żółtym piasku wybrzeża, w pobliżu sań i ludzi, krzątających się około ostatnich przygotowań do wyprawy w głąb straszliwej i nieznanej szernów krainy.
Marek powstał i leniwym krokiem zwrócił się ku ogrodom, opadającym stromo od tyłów świątyni ku morskiemu brzegowi. Tutaj — przed wrodzoną nienawiścią księżycowych ludzi ukryty żył Nuzar od dnia owego, kiedy się ofiarował Zwycięzcy powieść zdobywcze zastępy na dziedziny szernów. Ogród słabo był wprawdzie strzeżony; straż, postawiona przy bramach, miała raczej za zadanie bronić przystępu do wnętrza fanatycznym napastnikom, niż pilnować jeńca, który miał zupełną swobodę ruchów. Istotnie morzec mógłbył uciec każdej chwili i przesunąwszy się morskiem wybrzeżem, które właśnie od tego miejsca ku północy ciągnęło się strome i skaliste, przepaść w gęstych lasach u stóp Otamora, gdzie niktby go już wynaleść nie zdołał. Jednakże nie próbował nawet ucieczki. Był dwukrotnie świadkiem straszliwego pogromu szernów i kaźni wszechpotężnego niegdyś wielkorządcy Awija; widział w ręku Zwycięzcy piorunującą broń, a rzuciwszy się na niego, miał się sposobność przekonać, jak te ręce są potężne. Odtąd w ciemnym, krwawymi obrazami walki i mordów jeno zajętym umyśle morca dokonała się rozstrzygająca przemiana. Zwycięzca zjawił się jego oczom jako istota najpotężniejsza, a przeto najwięcej czci i miłości godna na Księżycu. Gdyby bodaj na chwilę zdolny był uwierzyć, że nowy władca jego może umrzeć lub wogóle być pokonanym, rzuciłby się niewątpliwie powtórnie z nożem na niego — poprostu dlatego tylko, aby mieć w chwili śmierci chwałę przed samym sobą, iż on, morzec Nuzar, pokonał co było najpotężniejszego, — ale nic nie było równie dalekie od jego myśli, jak podobne przypuszczenie...
To też z rozkoszą myślał, że służy nieśmiertelnemu i wszechpotężnemu panu i radował się naprzód w duszy obrazami pogromu ostatecznego szernów, o którym nie wątpił, że będzie straszny, chowając gdzieś na dnie dzikiego serca jeszcze słodką nadzieję, że po wygubieniu skrzydlatych pierwobylców przyjdzie kolej i na ludzi... Planów nie śmiał robić, — było to rzeczą pana — ale był pewny, że będzie to jakieś krwawe polowanie, gdzie on, jak pies wiemy u nogi Zwycięzcy tropić będzie wszelką żywą istotę, aby z ręki jego ginęła.
Gdy tak myślał, nieposkromiona, bałwochwalcza miłość wzbierała w jego sercu ku nowemu panu i drżał z niecierpliwości, aby skrzydlatemi saniami gonić już na południe... Palnej broni w rękę mu nie dano, — nie chciałby jej nawet brać, ale łuk sobie naprzód wyprosił tęgi i sam z psiego jelita przyrządził już do niego cięciwę i z trzciny strzał przysposobił lotnych, aby szyć niemi szernów przy boku zwycięskiego pogromcy.
To też gdy teraz wszedł do ogrodu Zwycięzca i oznajmił mu, że wyprawa pod wieczór wyruszy, zatrząsł się cały z radości i wyć począł a skakać, do ogara przed łowami raczej niż do istoty poniekąd ludzkiej podobny.
Marek nakazał mu spokój, zupełnie jak psu, którego się do nogi przyzywa.
— Słuchaj! — rzekł, — pozwoliłem ci służyć za przewodnika, chociaż mógłbym się obejść bez ciebie, ale jeślibyś zdradził, skórę każę zedrzeć z ciebie!
Nuzar nie rozumiał poprostu, co znaczy: zdradzić. Przejście, gdy się da, do wroga w razie pogromu uważał za rzecz zupełnie naturalną, od której jedynie nienawiść mogłaby powstrzymać, opuszczenie zaś sprawy zwycięzców za coś niepojętego. Patrzył tedy z tępem zdumieniem na Marka, usiłując zrozumieć tajemne znaczenie jego słów i dołączonej do nich groźby, aż w końcu uśmiech wykrzywił jego szeroką, ohydnem piętnem naznaczoną gębę:
— Zdradzę, jeśli każesz! — rzekł z przekonaniem, sądząc snadź, że Zwycięzca chce mu nakazać posłuszeństwo wobec siebie, choćby wiedział, że miasto nagrody kaźń go z jego ręku czeka.
Marek roześmiał się mimowoli...
Przeszedł ogród i tylnem wejściem zmierzał do świątyni. W sklepionem korytarzu spotkał Ihezal. Skinął tedy na nią i z nią już razem zeszedł do podziemnej komnaty, kędy przebywał szern Awij, nieodmiennie łańcuchami do ściany przykuty. Marek próbował wielokrotnie nadać mu względną wolność przynajmniej, rozluźniając przykuwające dłonie jego pęta, ale za każdym razem szern korzystał ze swobody ruchów po to jedynie, aby napaść żywiącego go dozorcę lub też rzucić się w niepohamowanej wściekłości na Zwycięzcę. Ataki te były tem niebezpieczniejsze, że przychodziły niespodziewanie i nagle, przez większą część dnia bowiem szern leżał odrętwiały, nie racząc nawet usunąć się, kiedy dozorca kopał go, chcąc w więzieniu zrobić porządek. Przykuto go tedy ciasno napowrót i jeno aby znęcaniu się nad bezsilnym więźniem kres położyć, nie wolno było nikomu wchodzić do niego, jak tylko w towarzystwie Marka albo Ihezal, która drugi klucz do lochu posiadała.
W dawnym skarbcu nie zmieniło się nic, od czasu jak go na więzienną celę obrócono, — pył jeno gęsty przysiadł stos świętych ksiąg, na podłodze się walających, i przyciemnił złote na ścianach znaki i napisy... Wiała stąd jakaś pustka rozpaczliwa rzeczy dokonanej już i minionej, łkało po kątach pogwałcenie jakieś i pohańbienie w pośpiesznej przemianie tego wszystkiego, co wczoraj jeszcze było święte...
Marek spostrzegł w blasku pochodni, że Ihezal przybladła nagle... Stojąc na stopniu ostatnim — jak niegdyś owej nocy gdy dziadka tutaj nad księgami naszła niespodziewanie, wahała się przez chwilę, jak gdyby niepewna, czy ma wejść... Białe ramię, oparte o uszak drzwi, wysunęło się z szerokiego rękawa, pierś wzniosła jej się kurczowo pod lekką lśniącą zasłoną. Przez jeden moment zdawało się, że padnie...
Podchwycił ją szybkim ruchem, w tejże jednak chwili spostrzegł okrągłe, czerwone oczy potwora, lśniące w cieniu i na nich wprost zwrócone. Cofnął dłoń wstydliwie i podszedł ku więźniowi.
Krwawe oczy szerna przygasły nagle. Wtulił łeb między okrągłe ramiona, z poza których sterczały skrzydła, jak dwie płachty czarne, w luźnych fałdach na rogowym szkielecie rozwieszone. Dłonie jeno białe, w żelazo pęt ujęte, lśniły na tem tle, białe, umęczone dłonie, straszliwe przez swą bezwładną nieruchomość...
Marek patrzył na niego długo w milczeniu. Nie umiał sobie zdać sprawy, po co tutaj przyszedł, — po co zachodził tu wogóle — do tej kaźni i do więźnia, którego męka nieuchronna budziła w nim uczucie bolesnej odrazy... A przecież ciągnęła go tutaj jakaś nieprzeparta moc, jakby urok zły, przez dziwnego potwora na niego rzucony. Stokroć powtarzał sobie, kiedy z niesmakiem loch opuszczał, że już tu więcej nie powróci, — i wchodził znowu wkrótce, wynajdując sobie błahe pozory, albo udając, że chce z szerna wydobyć jakieś wiadomości, z którychby mógł skorzystać w zamierzonej wyprawie...
Szern na pytania odpowiadał mu rzadko, a nigdy już nie wypowiedział żadnego słowa, któreby dla Zwycięzcy mogło mieć jakieś znacznie. Czasami nie mówił wcale. I teraz, gdy Marek się do niego odezwał, nie poruszył się nawet, zupełnie jakby nie słyszał rzuconego mu obojętnego pytania. Po pewnym czasie jeno białe jego fosforyzujące czoło zaszło mętno-siną barwą, przez którą przeświecać poczęły szybko następujące po sobie błyski, całe gamy barw, roztapiające się chwilami w ogólnym, fijoletowym tonie...
— Mówi, — szepnęła Ihezal, patrząc na szerna szeroko rozwartemi oczyma.
A kolory grały tymczasem coraz silniej na czole potwora, czasami zmienne, jak ruchliwa zorza polarna, i tak jaskrawe, że sklep cały tęczowem światłem się mienił, a czasem znów przyciszone, leniwie i słodko wzajemnie w siebie się przelewające... Marek, patrząc, miał wrażenie, że śpiewa się przed nim jakiś przedziwny hymn światła i barw, zdolny może wyrazić rzeczy, jakich ludzki głos nigdy nie ogarnie.
Naraz na czole szerna zapłonął blask krwawy, jakby krzyk jakiś ogromny, kilku zimnymi błyskami sinymi przerwany — i zgasł w jednym momencie, jak ogień znagła przytłumiony...
Awij rozwarł teraz zwolna przymknione dotychczas oczy i popatrzył na Marka.
— Po coś ty tutaj przyszedł? — odezwał się głosem, — po co w ogóle ludzie przyszli na Księżyc i niepokoją wyższe od siebie istoty?
»Psem jesteś, ale słuchaj, co mówi wiedzący, nim zginiesz marnie za karę, iżeś śmiał rękę podnieść na szerna.
»Zło wszelkie idzie z Ziemi i jest ona gwiazdą zbuntowaną i przeklętą, której nie powinny widzieć oczy nasze!
»Księżyc był sadem cudnym i mieszkali na nim szernowie w miastach bogatych, nad szumiącemi morzami!
»Dawno, dawno temu...
»A dni wówczas były krótkie i Ziemia wschodziła i zachodziła na sklepieniu nieba, okrążając Księżyc cały dookoła — i służyła szernom, aby jasno im było w nocy!
»Ale przyszedł czas, że stanęła na niebie gwiazda ona złowieszcza zbuntowawszy się — i przeklętą stała się kraina, ponad którą się zatrzymała!
»Ziemia nienasycona wykradła z niej wodę, wykradła powietrze — i pustynia jest dzisiaj nieprzebyta tam, kędy niegdyś ogród był rozkoszny!
»Stoją na pustyni zwaliska gór i trupy rozpadających się miast stoją nad wyschłemi rzekami.
»Przeklęta jest Ziemia i przeklęte wszystko, co ona sprawia, i przeklęty twór wszelki, który stamtąd przychodzi«.
Mówił to zwykłym, rzężącym głosem szernów, ale w sposobie wypowiadania i intonacji zdań było coś, co słowom jego nadawało podobieństwo do jakiegoś hymnu czy powtarzanej prastarej klątwy lub modlitwy... Gdy zamilkł, zapadając w poprzednią, nieruchomą obojętność, Marek rzucił się żywo ku niemu:
— Mów, mów jeszcze! Więc niegdyś, na tamtej stronie...? I podanie dotychczas między wami się przechowuje?
Drżał z niecierpliwej żądzy, aby posłyszeć jeszcze nieco z tych słów, tradycją snadź z pokolenia w pokolenie między szernami przekazywanych, które mu w dziwny sposób odsłaniały rąbek dawnej tajemnicy Księżyca, kiedy to morza były na pustyni i miasta bogate stały nad szumiącemi rzekami... Napróżno jednak nalegał, starając się obietnicami, prośbą czy groźbą dobyć coś więcej z milczącego szerna. Awij raz tylko jeszcze wzniósł na Zwycięzcę błyszczące oczy i charknął nienawistnie:
— Wracaj na Ziemię! wracaj na Ziemię, dopóki czas! Myśmy jeden tylko błąd zrobili, pozwalając żyć tu i mnożyć się ludzkiemu pokoleniu! Ale teraz wytracimy was wszystkich, jeśli psami naszymi być nie zechcecie!
Potem wtulił znów głowę między ramiona i obwisł ciężko i nieczule na skuwających mu dłonie łańcuchach.
Marek pomyślał, że w tej chwili on to właśnie ma zamiar wytracenia wszystkich szernów raczej, ale nie powiedział już tego... Owszem, przez pewien czas wahał się, czyby nie oswobodzić szerna i w przyjazny sposób skłonić do opowieści, ale wkrótce porzucił tę myśl, wiedząc już z doświadczenia, że nie prowadzi ona do niczego, a narażałaby wszystkich na niebezpieczeństwo z ręki nieobliczalnego potwora.
Z zadumy wyrwało go ciche westchnienie. Odwrócił się szybko: Ihezal stała, nieruchomie o uszak drzwi plecami oparta, blada jak trup, z szeroko rozwartemi oczyma, obłędnie utkwionemi w oczach szerna, które na nią wprost zwrócone jaśniały znów krwawo i złowieszczo, jak cztery czerwone rubiny, rozżarzone na czarnem, aksamitnem tle zwiniętego w kłąb potwornego ciała...
— Ihezal! Ihezal! — zawołał Marek.
— Boję się... — szepnęła zmartwiałemi usty. Dreszcz nagły ją przebiegł, ale mimo widocznych wysiłków woli oczu od krwawych źrenic szerna nie mogła oderwać.
Marek pochwycił ją na ręce i wybiegł szybko na dzienne światło. Dziewczyna w przejściu nieświadomym ruchem zalęknionego dziecka objęła go rękoma za szyję, przytulając się do niego mocno całym ciałem, że on, niosąc ją tak, czuł przez rozchełstaną bluzę falowanie jej drobnej, ciepłej i jędrnej piersi i gwałtowny łomot tętniącego serca. Była jedna chwila, że oman jakiś uderzył mu w skroniach; przygarnął ją silniej mocarnemi rękoma i pochylił usta nad jej wonną, do złotego kwiatu tak podobną głową, — czuł już ciepło jej czoła i słodkie łaskotanie sypkich włosów na wargach spragnionych...
Pełne światło dnia uderzyło na nich złotą falą... Marek otrząsł się i postawił dziewczynę na stopniach. Rozwarła oczy, jakby senna jeszcze; lekki dreszcz przebiegł jej ciało i zarumienione policzki...
Miało się już ku zachodowi. Marek, idąc z towarzyszącą mu wciąż dziewczyną wzdłuż morskiego wybrzeża, milczał zawzięcie. Minęli już osadę i ostatnie ciepłe stawy, dymiące nieustannie srebrnym oparem, wstępując z wolna na opustoszałą wyżynę, kędy jeszcze przed niedawnym czasem wznosiła się groźna wieżyca Awija. Gruzy tu były jeno teraz i belek nieco opalonych wśród rozwalonego muru, — w obszernym i rozkosznym niegdyś ogrodzie chwast się bujny panoszył około krzewów suchych, podczas walki połamanych i stopami zwycięzców w grunt wdeptanych. Była tu teraz pustać bezpańska, miejsce, które uchodziło za przeklęte, tak że nikt się nie odważył chaty na zgliszczu zbudować.
Na łysem czole wzgórza, nieopodal nad zwaliskami usiadł Marek i patrzył długo na miasto, tuż w dole u nóg jego szeroko rozsiadłe i zachodnim słońcem pozłocone. Ihezal przyległa cicho u jego kolan, zwróciwszy zadumione oczy na bezpromienne ogniste słońce, chylące się wolno ku widnokręgowi.
Naraz Marek drgnął i spojrzał na dziewczynę.
— Czy nie chcesz zaślubić Jereta, nim wieczorem ruszy na wyprawę? — zapytał znagła, przerywając brutalnie przedziwną ciszę miejsca i godziny.
Ihezal podniosła na nieog[1] zwolna duże, czarne źrenice, pełne jeszcze słonecznego blasku, który tlił na ich dnie gorącym, złotym zarzewiem...
— Jereta? — powtórzyła, jakby nie rozumiejąc pytania.
Uśmiechnęła się i wstrząsnęła głową.
— Ach, nie! Ani jego, ani nikogo, teraz, ani nigdy!
Powieki z długiemi rzęsami opadły jej do połowy na oczy, w których blask słońca dogasał, — zadrgały purpurowe wargi...
— Marek przechylił się w tył i legł na wznak, wspierając głowę na złożonych pięściach. Patrzył w niebo pogodne, wieczorną zorzą szeroko, aż po zenit malowane.
— To jest dziwne właściwie, — zaczął po chwili; — przybyłem tu i idę dzisiaj szernów wytracać, w ich kraju własnym, na ich własnym globie. Dlatego, że ludzie tu chcą żyć... Dlatego, że oni są słabsi i że nie przybyli przed tysiącleciami na Ziemię i nie uczynili nas bydłem swojem... I jakie, jakie ja mam prawo? i jakie prawo macie wy wogóle?...
Urwał i zaśmiał się szeroko, nieco wymuszenie.
Ihezal patrzała na niego ze zdumieniem.
— Panie...?
— Tak, tak, wiem! mówiłaś mi! Błogosławieństwo idzie z Ziemi i święte jest wszystko, co z niej przychodzi. Święty jest mord, święta jest krzywda i łupiestwo... I nawet te kajdany...
Uczuł, że mówi rzeczy, które zgoła nie wpłyną na jego czyny i zamilkł, nie dokończywszy zdania.
— Jasny jesteś, panie mój! — tchnęła cicho Ihezal, patrząc na niego rozkochanemi oczyma.
Psy gdzieś na dole w mieście zaszczekały, a potem ozwał się przeciągły, chóralny śpiew... Nie słyszało się tego z oddali dokładnie; zda się, że to jeno powietrze samo, rozfalowane i dźwięczne, rzuca jakieś przeczucia i wspomnienia melodji, że pieśń wonią tylko skądeś zalatuje, że pachnie, miasto brzmieć...
Słońce było ogromne i czerwone, nizko nad daleką, poczerniałą równinę zwieszone... Od morza chłód już szedł przedwieczorny.
Marek zerwał się nagle i usiadł.
— Pójdźmy, — rzekł.
Dziewczyna poruszyła się leniwie.
— Jak każesz, panie...
Wzniosła ręce, aby zebrać rozwiązane włosy, ale sypkie złoto wymykało się jej z drżących palców i błyszczało w słońcu na ramionach, na barkach, na twarzy... Opuściła dłonie bezradnie. Głowa przechyliła jej się nieco w tył, dotykając prawie piersi Markowej. Pobladła nagle i przymknęła powieki, zlekka usta rozchylając.
— Czy ty jesteś bogiem, panie? — szepnęła sennie.
Marek uczuł, że skroń jej, w tył podana, musnęła mu wargi...
Na dole — gdzieś na wybrzeżu, daleko, ozwał się twardy dźwięk trąby. Marek jednym skokiem zerwał się na nogi. Dziewczyna z cichym jękiem opadła mu twarzą na stopy, ale on już patrzył ku miastu, ku morzu. Pobudka ozwała się znowu, słychać ją było w ciszy wyraźnie.
— To moja godzina, — rzekł Marek. — Wzywają moich żołnierzy.
Schylił się i podjął leżącą dziewczynę.
— Ihezal, słuchaj, jeślibym nie wrócił...
Patrzyła mu w oczy.
— Jasny jesteś i jak płomię okrążysz glob księżycowy! Morze cię poniesie i wichry, szczęk i pioruny pójdą za tobą; strach ci będzie za gońca, strach wołający wielkie święte twe imię! A którzy padną, błogosławieni będą, że padną przy tobie, a którzy przeżyją, wołać będą: »Chwała Zwycięzcy...« A ja...
Głos jej się w piersi zaparł, poruszyła bezdźwięcznie ustami — i nagle wybuchnęła spazmatycznem łkaniem.
Trąba zagrzmiała po raz trzeci: wzywano teraz Zwycięzcę, aby sprawiał woje do drogi.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – niego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.