Zwierciadło morza/XLIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XLIX

Marynarka wojny Dwudziestoletniej umiała doskonale to zrobić, a najlepiej wówczas, gdy lord Nelson tchnął w jej ducha swą własna pasją honoru i sławy. Szczęśliwa to była marynarka. Jej zwycięstwa nie polegały wyłącznie na miażdżeniu bezsilnych okrętów i mordowaniu struchlałych ludzi. Oszczędzono jej tych okrutnych łask, o które żadne mężne serce nigdy modłów nie zanosi. Miała szczęście do swych przeciwników. Mówię: przeciwników, bo przyzywając na pamięć tak wspaniałe wspomnienia, należy unikać słowa „nieprzyjaciel“, którego wrogi dźwięk przedłuża w nieskończoność przeciwieństwa i walki narodów, może nieuchronne, może wyroczne — a zarazem takie daremne. Wojna jest jednym z darów życia; lecz niestety! żadna wojna nie wydaje się niezbędna, gdy czas położy kojąca dłoń na namiętnych nieporozumieniach i namiętnych pożądaniach wielkich narodów. Le temps — jak powiedział pewien wybitny Francuz — est un galanthomme“. Popiera ducha zgody i sprawiedliwości, których dzieło przynosi tyleż chwały co wojenne czyny.
Obie floty naszych przeciwników — jedna rozprzężona wskutek zmian wywołanych przez rewolucję, druga zaśniedziała wśród niedbalstwa upadającej monarchji — rozpoczęły walkę, mając dużo szans przeciw sobie od samego początku. Wskutek naszego męstwa, naszej odpowiedzialności oraz genjuszu wielkiego wodza, wzmocniliśmy w czasie wojny naszą przewagę i utrzymaliśmy ją do końca. Lecz w radosnem złudzeniu niezwyciężonej potęgi, złudzeniu które długi szereg wojennych powodzeń daje narodowi, łatwo można stracić z oczu mniej uderzającą stronę takich sukcesów. Dawna marynarka w swych ostatnich dniach zapracowała na sławę, której niczyja złośliwa niechęć nie ośmieli się podać w wątpliwość. A tę najwyższą łaskę zawdzięcza tylko swym przeciwnikom.
Można śmiało powiedzieć, że nasi przeciwnicy umieli lepiej się nam przeciwstawić w 1797-ym niż w 1793-im; brakowało im umiejętności lecz nie odwagi, choć złowieszczy los pozbawił ich tej wiary we własne siły, która krzepi zbrojnie zastępy. Później jeszcze opór stawiony naszej flocie u Nilu był wszystkiem, czego w najlepszym razie można się było domagać od marynarzy, którzy — o ile nie byli ślepi i pozbawieni rozsądku — musieli wiedzieć że ich los jest przesądzony, od chwili kiedy Goliath, kierując się na dziób Guerriera, zajął pozycję u brzegu. Połączone floty z 1805-go roku, które dopiero co opuściły port, i którym towarzyszyły tylko przykre wspomnienia niepowodzeń, stawiły nam dzielnie czoło, czego kapitan Blackwood, przejęty rycerskim duchem, powinszował serdecznie swemu admirałowi. Przez wysiłki swego męstwa przeciwnicy nasi dodali tylko chwały naszemu orężowi. Żaden przyjaciel nie byłby mógł się lepiej przysłużyć, bo nawet wśród wojny, która niweczy na jakiś czas uczucia ludzkiego braterstwa, pozostaje jednak między mężnymi ludźmi subtelny łącznik polegający na tem, że ostateczne świadectwo o wartości zwycięstwa mogą wydać tylko zwyciężeni.
Ci, którzy wśród żaru bitwy pogrążyli się razem w morzu i zapadli na spoczynek w chłodne głębie oceanu, nie zrozumieliby haseł dnia dzisiejszego, przyglądaliby się zdumionemi oczami narzędziom naszej walki. Wszystko przemija, wszystko się zmienia: wrogie uczucia narodów, manewrowanie flotami, kształty statków; i nawet samo morze wydaje się inne i zmniejszone od czasów lorda Nelsona. Wśród nieprzerwanego pędu cieni i mroków — które niby ciemne widma dziwacznych chmur, sunące w dzień wietrzny po wodzie, przelatują mimo nas aby zapaść naoślep za ostrym brzegiem nieubłaganego horyzontu — musimy się zwrócić do ducha narodu; ten duch wyższy jest w swej sile i ciągłości nad zły czy dobry los, i tylko on jeden może nam dać poczucie trwałego istnienia i potęgi, wobec której los jest bezsilny.
Niby subtelny i tajemniczy eliksir, przelany w kruchą glinę każdego z mijających pokoleń, duch narodu pogłębia z biegiem wieków swą prawdę, wspaniałość i potęgę. Czystym prądem obiega cały ziemski glob, zachowując od upadku i zapomnienia śmierci wspaniałość naszych wielkich ludzi, a wśród nich wielkość Nelsona, który — łagodny i namiętny zarazem — według słów dzielnego marynarza i wybitnego admirała, przez swój genjusz „wyolbrzymił chwałę naszego narodu“.

PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom III tytułowa.png



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.