Zniszczony obraz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Zniszczony obraz
Pochodzenie Spadkobierca skarbów ojcowskich
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1908
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Zniszczony obraz.


W pewnem wielkiem mieście żył znany malarz Corradi. Obrazy jego, cenione przez znawców, znajdowały chętnych nabywców, to też malarzowi działo się nieźle. Nabył nawet na bocznej, lecz pięknej uliczce domek z ogródkiem, i osiadł w nim razem z żoną i dwiema córkami: Marią i Anną.
Życie płynęło mu spokojnie i szczęśliwie przy pracy, którą kochał, i śród rodziny, otaczającej go niezwykłą miłością.
Lecz czasy zmieniają się. Oto potężny sąsiad wypowiedział wojnę i dla całego kraju rozpoczęły się chwile bardzo ciężkie. Odbiło się to, naturalnie i na powodzeniu obrazów malarza, który nic nie mógł sprzedać. Nie porzucił jednak pracy, lecz malował wciąż wytrwale, w tem przekonaniu, że gdy nastanie pokój, liczne jego obrazy znajdą nabywców, i rodzina jego zyska na czarną godzinę większy jakiś kapitalik.
Lecz Corradi wojny nie przeżył, gdyż ciężka, nieuleczalna choroba powaliła go na łoże, z którego sądzono mu było już nie powstać. Umierał przytomnie, a w oczach jego malowała się troska o przyszłość rodziny.
Wdowa, głęboko przejęta śmiercią ukochanego męża, znalazła się w ciężkich warunkach. W czasie bowiem wojny malarz nie mógł nastarczyć na potrzeby domowe i musiał zaciągnąć duży dług na domek.
Gdyby to były inne czasy, możnaby dług ten pokryć przez sprzedanie licznych pozostałych obrazów, lecz o nabywcę było wówczas bardzo trudno.
Wierzyciele coraz natarczywiej zaczęli dopominać się zwrotu pożyczonych pieniędzy, aż wreszcie wystawili na sprzedaż domek wdowy i wszystkie jej rzeczy. Nie pomogły łzy i prośby pani Corradi, aby poczekali jeszcze trochę; domek został sprzedany, a wraz z nim wszystkie sprzęty i obrazy pozostałe po malarzu.
Po zapłaceniu wszystkich długów pozostało nieszczęsnej wdowie wszystkiego kilkaset rubli. Lecz jakże miło było dla niej pomyśleć, że nikt o mężu jej nic złego nie powie, każdy nazwie go uczciwym człowiekiem.
Wdowa wynajęła sobie dwa małe pokoiki na odludnej uliczce, które urządziła jak mogła najlepiej. Roboty przy tem było bardzo dużo, bo wszystko musiała robić sama przy pomocy córek. Na służącą nie było ich stać, a tu jeszcze trzeba było zająć się jakąś pracą zarobkową. Ponieważ dawniej uczyła się kroju, aby sama módz córkom robić ubranka, więc nauczyła teraz obie dziewczynki kroju i razem z niemi szyła ubrania dla dawnych swych znajomych.
Podczas roboty matka bardzo często opowiadała córkom o ich ojcu, o jego dobroci i szlachetności. Dziewczynki zaś przypominały sobie minione lata i dawne radości życia, nigdy jednak nie narzekały na obecne ciężkie warunki życia, gdyż nie chciały matce robić przykrości.
W czasie tych rozmów matka bardzo często narzekała:
— Ogromnie mi przykro, że nie mam ani jednego obrazu waszego ojca. Żeby choć jeden najmniejszy obrazek! Jakby to miło było patrzeć na niego i wspominać sobie dawne dobre czasy. A i mieszkanko nasze wyglądałoby zupełnie inaczej!
Przyszła wiosna; roboty było więcej, niż zwykle lecz za to i zarobek był znaczniejszy. Oszczędna wdowa odłożyła trochę pieniędzy i postanowiła za te oszczędności kupić dla obu dziewczynek letnie sukienki. Pewnego dnia wieczorem wyjęła z komody pieniądze i dała każdej córce po sześć rubli, mówiąc:
— Kupcie sobie jutro jakiego niedrogiego materyału na sukienki, to razem je uszyjemy. Wasze ubranka bardzo są już podniszczone.
Marysia i Ania bardzo się z tego ucieszyły i zaczęty rozmyślać, jakiego koloru kupić materyał. Tak przegadały cały wieczór, a następnego dnia rankiem wybrały się na miasto po sprawunek.
Przechodząc kolo jakiegoś domu, zauważyły przybite na nim ogłoszenie, że odbywa się sprzedaż obrazów. Choć nie miały pieniędzy na kupno, weszły jednak wewnątrz do sali, aby przyjrzeć się obrazom. Publiczności zebrało się dużo, a wszyscy ubrani byli bardzo elegancko. Dziewczynki stanęły w kącie nieopodal drzwi i z oddali przyglądały się sprzedawanym obrazom.
Patrzą, aż tu kupiec pokazuje niewielki obraz ich ojca i żąda za niego 30 rubli. Był to szkic, robiony na prędce i nie przedstawiający żadnej wartości.
Jakiś pan dawał 10 rub. 30 kop.
Wówczas Ania, jako śmielsza, wysunęła się naprzód i zawołała:
— Daję dziesięć i pół rubla.
Ów pan znów postąpił kilkanaście kopiejek, wreszcie Ania zawołała:
— Jedenaście rubli.
— Nikt nie postąpił więcej, więc obraz przeszedł na własność Ani. Dziewczynki wyjęły pieniądze, odliczyły należną kwotę, zabrały obraz, i z radością w oczach wyszły na ulicę.
— Kochana mamo, zawołały obie dziewczynki razem, wchodząc do domu, — zrobiłyśmy prześliczny sprawunek. Napewno będziesz się cieszyła.
To mówiąc, Ania odwinęła obraz i pokazała go matce.
— Obraz naszego ojca!...
Wdowa długo przyglądała się obrazkowi i łzy radości zabłysły jej w oczach.
— Tak, rzekła, to jest rzeczywiście jego obraz. Nie przypominam sobie, abym go kiedykolwiek widziała, lecz poznaję jego pędzel. Jest to szkic zaledwie, niewykończony, ale kto, tak jak ja, dobrze zna jego sposób malowania, pozna, że to jego obraz.
To mówiąc, objęła dziewczynki za szyje i serdecznie przytuliła je do siebie.
— O, jakże wdzięczna wam jestem za ten prezent. Ale jakżeż kupiłyście go?
Marysia opowiedziała wszystko od początku do końca.
— Sądzimy, zakończyła opowiadanie, że uda nam się wyreparować nasze stare ubranka i nie będziemy jeszcze tak bardzo źle wyglądały. A zato obraz ojca będziemy miały u siebie.
— Tak, macie racyę, odrzekła wdowa, to będzie największa ozdoba naszego mieszkania. No, — teraz zawieśmy go na ścianie.
Zaczęło się wybieranie najodpowiedniejszego miejsca na powieszenie, aż wreszcie obraz zawisnął na ścianie, naprzeciwko okna.
Bardzo często w chwilach wolnych, matka wraz z córkami stawały przed obrazem i przyglądały mu się uważnie. Ileż to drogich wspomnień nasuwało im się wówczas do głowy. Przeżywały po raz wtóry całe poprzednie życie i widziały obok siebie swego ukochanego ojca.
W końcu wiosny wdowa otrzymała depeszę od ciotecznej siostry, którą bardzo kochała, aby jak najprędzej wybrała się do niej, gdyż jest konająca. Pani Corradi poczyniła wszystkie przygotowania, zostawiła córkom pieniędzy na cztery dni, gdyż na tyle czasu wybierała się w drogę, i następnego ranka Marysia i Ania odprowadziły matkę na dworzec kolei. Pociąg ruszył, dziewczynkom nawinęły się łzy pod rzęsami, gdyż pierwszy raz w życiu rozstawały się z matką, — lecz co robić?
Wróciły więc do domu i postanowiły w czasie nieobecności matki porobić w domu porządki, pod czas bowiem zimy mieszkanko nieco się zanieczyściło.
— Wiesz co, Aniu, rzekła Marysia, trzeba wziąć się do roboty. Pomyjemy okna i podłogi, wybielimy ściany, okurzymy wszystko i wytrzepiemy, a jak mama wróci, wszystko będzie inaczej już wyglądało. Wyobrażam sobie, jak mama się ucieszy!
Ania uderzyła z radości w rączki:
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! Ja już dawno myślałam o tem, że trzeba koniecznie zrobić u nas gruntowny porządek. Bierzmy się więc zaraz do roboty.
Jak postanowiły, tak i zrobiły. Pracowały dwa dni całe, bez chwili prawie wypoczynku. Najprzód z jednego pokoju powynosiły wszystkie rzeczy, pobieliły ściany i sufit, jak tylko umiały najlepiej; później pomyły podłogę i okno, a gdy już trochę podeschło, przeniosły wszystko do tego pokoju, a zaczęły odnawiać drugi.
Gdy drugiego dnia nad wieczorem skończyły robotę, Marysia wzięła koszyczek do miasta i poszła na ulicę, aby zakupić trochę prowiantów. Kiedy wróciła, zastała Anię w płaczu i z załamanemi rękami.
— Co ci się stało? zawołała przerażona Marysia.
— Stało się wielkie nieszczęście! Spójrz tylko na obraz ojca.
Marysia rzuciła okiem i przerażeniu jakby skamieniała. Zrozumiała wszystko! To Ania, chcąc wszystko doprowadzić do porządku, postanowiła obmyć obraz ojca. Lecz obraz wykonany był wodnemi farbami, które zmyły się natychmiast. Z malowidła została wielobarwna plama.
— To prawdziwe nieszczęście! zawołała Marysia, lecz spojrzawszy znów na twarz Ani, zrozumiała, że musi siostrę pocieszyć.
— Chociaż wiesz, dodała, to napewno da się naprawić. Pamiętam doskonałe, jak do tatusia przynosili rozmaite obrazy do odświeżenia. Pójdę do którego z dawnych znajomych malarzy, opowiem mu całe nasze nieszczęście, a on napewno zlituje się nad nami i obraz poprawi. Mamy jeszcze dwa dni czasu do przyjazdu mamy, to wszystko na czas urządzimy.
Ania trochę się już uspokoiła i nawet zabrała się do przygotowywania kolacyi, gdy w tem otworzyły się drzwi i weszła niespodzianie do pokoju matka.
— Wróciłam wcześniej, mówiła, rozbierając się, bo cioci zrobiło się znacznie lepiej. A cóż u wag słychać?
To mówiąc, rozglądała się radośnie po odnowionem mieszkaniu, kiedy jednak spojrzała na Anię, przelękła się bardzo i zawołała:
— Co ci jest, dziecko?
— Ach, mamo, stało się wielkie nieszczęście! Spójrz tylko na obraz tatusia!
Pani Corradi spojrzała i zrozumiała wszystko. Serce ścisnęło jej się z bólu, lecz widząc nieszczęście córki, nic już nie chciała mówić, wzięła tylko zniszczony obraz w ręce i podeszła z nim do okna. Przyglądała mu się bacznie i zauważyła, że z pod zmytej farby wygląda dłoń, malowana olejno. Ponieważ zaś wiedziała, że mąż miał zwyczaj na dawnych swoich obrazach, do których nie przywiązywał większej wagi, malować nowe, wzięła więc zwilżoną gąbkę i zaczęła zmywać wodne farby.
Po chwili odmyła już całą postać ludzką, a wkrótce olejny obraz ukazał się w całości.
— Chodźcie dzieci, zawołała uradowana, widzicie, co tutaj jest?
To mówiąc, pokazała im grupę, która przedstawiała jakąś rodzinę.
— Ale w każdym razie to nie jest robota waszego ojca, mówiła, przyglądając się obrazowi baczniej. Jego bym odrazu poznała.
— Zdaje mi się, mówiła znów, że to jest obraz jakiegoś dawnego włoskiego malarza. Trzeba będzie z tem pójść do którego ze znajomych, aby mi powiedział, czyj to jest ten obraz?
Nazajutrz rano wybrała się na miasto do jednego z przyjaciół męża. Gdy weszła do niego i pokazała mu obraz, malarz zawołał:
— Skąd pani ma ten skarb?
— Jakto skarb? zapytała zdziwiona.
— Wszak to jest obraz Rafaela; zapewniam panią; wszak cię na tem znam, dodał, gdy spotkał się z niedowierzającym wzrokiem p. Corradi.
Wdowa opowiedziała mu całe zdarzenie,
— Ach, rozumiem teraz już wszystko! zawołał malarz. Pamięta pani starego Szlegla? Posiadał on śliczny zbiór obrazów, a i ten był jego własnością. Kiedy rozpoczęła się wojna, Szlegiel obawiając się, aby, w razie zdobycia miasta, nie zabrano mu tego drogocennego obrazu, poprosił pana Corradiego o namalowanie na nim jakiegoś krajobrazu wodnemi farbami. Te bowiem, jak pani wie, łatwo zmyć się dadzą. Mąż pani musiał widocznie zobowiązać się do tajemnicy, skoro nikomu o tem nic nie mówił, a Szlegiel również milczał skrycie.
Pan Corradi umarł w czasie wojny, a wkrótce po nim nagle zmarł i Szlegiel. Ponieważ zaś Szlegiel nie zostawił dzieci, więc spadkobiercą jego został kapitan Rychter, który zupełnie nie znał się na malarstwie, i postanowił pozbyć się zbioru obrazów. Sprzedaży podjął się handlarz obrazów, i wtedy to córki pani nabyły obraz, który pani mi przyniosła.
— No, to muszę, rzekła wdowa, zwrócić obraz panu Rychterowi. A nie wie pan, jakby się można dowiedzieć jego adresu?
— O, to jest prawie niemożliwe! rzekł z dziwnym uśmiechem malarz. Kapitan bowiem zginął w Afryce od kuli jakiegoś dzikusa, nie pozostawiwszy nikogo z rodziny. Obraz więc prawnie do pani należy.
Wdowa słuchała tego wszystkiego, jakby bajki.
— Czy ja mogłam się tego spodziewać? mówiła cichym głosem.
— Tak, tak, potwierdził malarz. Zresztą, słusznie się los uśmiechnął do pani.
— Mam do pana prośbę, ciągnęła dalej wdowa z nieśmiałością. Czyby pan nie chciał zająć się sprzedaniem tego obrazu? Pan ma odpowiednie znajomości.
— Ależ z całą przyjemnością, zapewnił malarz.
Po krótkiej jeszcze pogawędce pani Corradi pożegnała się z gospodarzem i wróciła do domu. Gdy opowiedziała córkom całe zdarzenie, te nie chciały wierzyć własnym uszom.
Minęło kilka tygodni, i malarz zawiadomił panią Corradi, że znalazł nabywcę, który dawał osiem tysięcy rubli.
Pani Corradi najchętniej przystała na cenę i wkrótce otrzymała pieniądze. Odtąd życie popłynęło im jakoś szczęśliwiej. Marysia i Ania zaczęły się po dawnemu uczyć, a pracowały bardzo usilnie, aby powetować stracony czas.
Minęło kilka lat... Z obu panienek wyrosły już dorosłe panny, i obie mają narzeczonych. Jeden z nich — to znany malarz, a drugi — nauczyciel. Wkrótce będzie ich ślub, poczem wszyscy razem wraz z panią Corradi mają zamieszkać w dawnym domku, gdzie oni mieszkali z ojcem.
Kilka dni temu p. Corradi dokonała kupna owego domku, a teraz przystępuje do odnowienia. Mama będzie mieszkała w dawnym swoim pokoju, którego okna wychodzą na milutki ogródek.
Narzeczeni Ani i Marysi postanowili zrobić mamie miłą niespodziankę: oto wyszukali dwa obrazy p. Corradiego i nabyli je. Tymczasem jednak obrazy te pozostają w ich kawalerskich mieszkaniach, kiedy jednak pokój mamy będzie już zupełnie gotowy, potajemnie dostaną się do niego i na ścianie powieszą oba obrazy. Toż to będzie dopiero wielka radość!
A może nie wiecie, że narzeczony Ani, malarz, jest dawnym uczniem Corradiego? Pamięta on dobrze szczęście domowe swego mistrza i ma nadzieję, że i im będzie z sobą również dobrze.
A znając Anię i Marysię, muszę was zapewnić, kochane dzieciaki, że tak będzie napewno.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.