Znachor (Dołęga-Mostowicz, 1938)/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Znachor
Tom pierwszy
Rozdział X
Wydawca Biblioteka Książek Ciekawych i Pożytecznych
Data wydania 1938
Drukarz Drukarnia Polska S. A.
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator „STEPHOT” Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI

Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ X.

Spokojnie płynęło życie w młynie starego Prokopa Szapiela, zwanego Prokopem Mielnikiem. Pogodne, błękitne niebo, odbijało się w gładkiej powierzchni cichych stawów, miodnym zapachem pachniały lipy, dobra woda, żywicielka, lśniącą wstęgą spływała na wielkie koło młyńskie, niby niekończąca się wstęga lustrzana, roztrzaskując się na skrzydełkach w zielonawe, przezroczyste kawałki, coraz drobniejsze, coraz bielsze, aż wytłaczające się dołem skłębioną pianą w bryzgach i bulgocie.
Na dole był bulgot, na górze mruczały jednostajnie zadowolone i syte przeżuwanym chlebem żarna, a korytami sypała się pulchna, drogocenna mąka. Tylko worki podstawiać pod ten chlebny strumień.
Jako na późnym przednówku, młyn niewiele już miał roboty. Około trzeciej po południu parobek Witalis przestawiał zapórkę i koło uwolnione spod ciężaru wody z rozpędu obróciło się jeszcze raz i drugi, zaskrzypiały dębinowe osie, zgrzytnęło w żelaznych trybach, warknęły żarna i zaległa cisza. Tylko pył mączny bezgłośnie opadał od dachu i półstrysza na ziemię, na rozstawione worki, na wagi, osiadał warstwą, która od rana na pół palca nieraz grubości wyrastała.
Inni, niesumienni młynarze i tę mąkę sprzedawali ludziom, stary Prokop jednak kazał ją zmiatać na zaprawę dla bydła i dla trzody; toteż jego krowy, koń, a tak samo świnie, kaczki, gęsi i kury matki Agaty — chodziły spasione, jakby na pańskim hodowane.
Od trzeciej we młynie nie było już nic do roboty i o tej godzinie znachor Antoni Kosiba zwykle wybierał się do miasteczka. Otrzepywał się z mąki, naciągał czystą koszulę, ręce i twarz opłókiwał przy karczu, nad stawem, gdzie był najwygodniejszy przystęp do wody, i szedł do Radoliszek.
Chorych latem było niewiele, a i to głównie wieczorem, po zachodzie słońca, kiedy to, jak wiadomo, ludzie są wolniejsi.
W ostatnich czasach wszyscy domownicy, a już szczególniej kobiety zauważyły w zachowaniu się znachora duże zmiany. Zaczął o siebie jakby więcej dbać, buty czyścił szuwaksem do glansu, kupił dwie kolorowe bluzy, przystrzygał brodę i włosy, które dawniej leżały mu aż na ramionach.
Zonia co do przyczyn elegantowania się nie miała żadnych złudzeń. Niezawodny w takich sprawach instynkt kobiecy podpowiedział jej dawno, że obojętny dotychczas na niewieście wdzięki Antoni Kosiba wypatrzyć sobie musiał w miasteczku jakąś babę. Początkowe podejrzenia skierowane na osobę Szkopkowej, właścicielki sklepu, po krótkim wywiadzie okazały się nietrafne. Antoni odwiedzał wprawdzie jej sklep, ale widywał tam tylko młodziutką panienkę, która u Szkopkowej była w zajęciu.
Widywała ją Zonia nieraz i aż śmiech ją brał i gniew, gdy myślała o tych zalotach:
— Ech ty, stary — mówiła przyglądając się koszerującemu się znachorowi. — Czego się tobie zachciało? Gdzie ona dla ciebie?... Ty się w głowę stuknij! Ot, co! Do jakiej roboty ona tobie się nada? Chodzisz do niej i chodzisz, a co wychodzisz? Tobie baba zdrowa potrzebna, robotna, nie taka białorączka.
— Akuratnie taka, jak ty — podśmiewała się Olga.
— A choćby! A choćby! — wojowniczo brała się pod boki Zonia. — Chytrzyć nie będę. Czym ja gorsza od tamtej?... Że nie taka młoda?... To i co? Zastanów się sam, Antoni, po co ci taka młoda?... A to jeszcze miasteczkowa! Z fanaberiami. Kapeluszowa. Grzech na duszę weźmiesz!
— Zamilknij, ty, głupia! — odezwał się wreszcie zniecierpliwiony znachor.
I odchodził mrucząc:
— Co takiej durnej po głowie może chodzić!...
W samej rzeczy gadaninę Zoni uważał za przelewanie z pustego w próżne. Ani mu śniło się brać żonę. Do kobiet czuł niechęć, nad której źródłem nie zastanawiał się, bał się ich i trochę nimi gardził. Jeżeli zaś chodziło o Marysię z Radoliszek, to była całkiem inne sprawa. Marysia była inna od wszystkich. Do tego stopnia inna, że wydawało mu się niedorzecznością porównywanie jej z kobietami w ogóle. Sam pomysł Zoni o jego małżeństwie z Marysią był tak durny, że i myśleć o nim nie warto było. Jeżeli zaś myślał, to tylko dlatego, żeby dojść, skąd w jej ciasnej głowie coś podobnego zjawić się mogło.
Że bywał w sklepie?... Ano, bywał i cóż z tego? Że czasem jakiś podarek Marysi zaniósł?... A cóż to, czy mu nie wolno?... Że lubił z nią gawędzić?... Ano pewnie, że wolał z nią, jak z kim innym, ale nie żeby zaraz pleść głupstwa... Biedactwo, dziewczyna, dziecko prawie i samotna, sierota. Czyż jest coś złego serce takiej okazać?... Tym bardziej, że serce szczere, bez żadnego interesu, bez rachunku. Zresztą czuł, że i ona przywiązała się do niego, że też go polubiła serdecznie. Gdyby inaczej było, nie witałaby go zawsze z taką radością, nie zatrzymywałaby go w sklepie jak najdłużej, nie zwierzałaby się ze swoich smutków i zmartwień.
A w ostatnich dniach nie brakowało ich Marysi. Już od poniedziałku była jakby przygaszona, gdy zaś przyszedł we czwartek, od razu zauważył, że płakała.
— Cóż, moja panieneczko — zapytał. — Znowu źli ludzie żyć nie dają?
Potrząsnęła głową:
— Nie, stryjciu Antoni! Nie to! Tylko przez tę całą awanturę nieszczęście się stało.
— Komu? — zaniepokoił się.
— A Wojdylle, rymarzowi.
— Jakież to nieszczęście?
— Widocznie młody pan Czyński dowiedział się od kogoś, że ten eks-kleryk mnie obraził i o tej bójce. Dość, że jak wczoraj rymarz posłał furmankę do Ludwikowa z gotową robotą, to nowej już mu nie dali. Starego Mosterdzieja nie było przedtem w miasteczku. Do Wilna jeździł i ledwie wczoraj wrócił. To kiedy furmanka próżna przyjechała, pyta się:
— A gdzie robota?
A furman mu odpowiada:
— Ludwikowska pani kazała powtórzyć, że już roboty dla nas nie będzie.
— Dlaczego nie będzie? Fabrykę zamykają?
— Fabryki nie zamykają — powiada furman. — Ale, że to pański syn ich panicza obraził, to nie chcą panu roboty dawać.
Znachor chrząknął:
— To niesprawiedliwie. Jakże ojciec za syna może odpowiadać? Syn łobuz, ale ojciec porządny człowiek i nic nie zawinił.
— No, pewno — przyznała Marysia. — Ja mu to samo powiedziałam.
— Niby komu?
— Mosterdziejowi. On dopiero, gdy takie rzeczy usłyszał od rymarza, zaczął dowiadywać się i dowiedział się, co było. To najpierw poszedł do pana Sobka, podał mu rękę i powinszował, że on z jego synem słusznie postąpił, a potem przyszedł do mnie.
— I czego chciał?
— Najpierw to surowo na mnie patrzał i mówił: — Przyszedłem przeprosić za zachowanie się mego Zenona. To głupi i zły chłopiec. Należała się mu kara, wałkoniowi, a co od pana Sobka dostał, to jeszcze mało. Rozumiem, powiada, że nie miał prawa pani, to znaczy mnie, obrazić. Nie jego interes, co pani robi. Pani Szkopkowa opiekuje się panią, jej prawo, a nie tego darmozjada. I gdyby pani przyszła poskarżyć się mnie, to dostałby za swoje. Ale, powiada, pani poskarżyła się młodemu dziedzicowi z Ludwikowa i teraz mnie, starego, nieszczęście całkiem niewinnie spotkało, bo mi zamówienia cofnęli, a to więcej jak połowa mojego zarobku.
Znachor zdziwił się:
— Przecież panienka nie skarżyła się młodemu dziedzicowi?!
— Właśnie. Toteż powiedziałam to panu Wojdylle, ale on zdaje się nie uwierzył.
— No, to jeszcze nie widzę tu nieszczęścia.
— Nieszczęście jest w czym innym. Stary Wojdyłło dziś rano wypędził syna z domu!
— Wypędził?... Jak to wypędził? — zdziwił się znachor.
— On taki surowy jest. Całe miasteczko mówi tylko o tym wypadku. I wszyscy twierdzą, że to przeze mnie... A cóż ja zawiniłam?... Co ja złego zrobiłam?...
Głos Marysi zadrżał, a w oczach pokazały się łzy, — Sama chciałam biec do pana Wojdyłły błagać, by darował Zenonowi, ale się bałam... Zresztą on nie zwróciłby na moje prośby żadnej uwagi. Proboszcz wstawiał się za Zenonem, mówił, że chłopiec jest zepsuty, ale wyrzucony z domu, zejdzie na jeszcze gorszą drogę... Nic nie pomogło. Stary odpowiedział, że niech nawet w więzieniu zgnije, nic go to nie wzruszy, bo to, powiada, nie tylko leń, wałkoń i obibruk, ale jeszcze ojcu i braciom chleb odbiera.
Znachor pokiwał głową:
— Przykra sprawa, ale twojej winy tu nie ma, panieneczko.
— Cóż z tego, że nie ma! — załamała ręce, — kiedy wszyscy wytykają mnie palcami, jak jakąś zbrodniarkę... wilkiem na mnie patrzą... I nawet panią Szkopkową przeciw mnie buntują. Sama słyszałam, jak jeden tu, stolarz, mówił do pani Szkopkowej: — Na biedę ludziom i na obrazę boską, trzyma pani u siebie tę przybłędę.
Marysia zakryła twarz rękoma i zapłakała.
— Wiem, wiem — szlochała — czym się to skończy... Wygryzą mnie... pozbawią pracy... A przecież chciałabym, chciałam jak najlepiej... Gdyby pan Leszek przyjechał, na kolanach wyprosiłabym u niego darowanie winy Zenonowi... Ale on... on nie przyjeżdża... Znaku życia nie daje. Tego mi jeszcze nieszczęsnej brakowało... tego... O, Boże. dobry Boże!...
Antoni Kosiba siedział, bezwładnie opuściwszy swoje wielkie ręce. Twarz mu przybladła ze wzruszenia. Duszę oddałby za to. by tę kochaną dziewczynę uwolnić od cierpień i zmartwień. Na przemian ogarniał go gniew, chęć natychmiastowego działania i poczucie własnej bezsilności.
Nie było nawet słów, którymi zdołałby ją pocieszać. Wstał tedy, objął ją i głaskał po włosach swoją surową, spracowaną dłonią, powtarzając:
— Cicho, gołąbko, cicho, gołąbko!...
Przytuliła się doń i cała dygotała w łkaniu. I tak wielka ogarnęła go żałość nad nią i nad sobą, nad samotnością obojga i bezradnością, że i jemu łzy zaczęły spływać po twarzy, po siwiejącej brodzie, po palcach przesuwających się najserdeczniejszą pociechą po jasnej główce dziewczyny.
— Cicho, gołąbko moja, cicho, cicho... — mówił ledwie dosłyszalnie.
— Tylko ciebie jednego, stryjciu Antoni... ciebie jednego mam na świecie... przybłęda...
— Obojeśmy wśród ludzi obcy, oboje przybłędy, gołąbko! I nie martw się, oczu nie wypłakuj. Nie dam ja tobie krzywdy zrobić. Stary jestem, ale sił mi starczy... Póki ja głodu ani biedy nie zaznam, póty i ty, gołąbko, wszystko będziesz miała. Cicho, cicho, panieneczko ty moja, kochanie ty moje, cicho... Gdy ludzie ci dokuczą zanadto, przyjdziesz do mnie, do młyna. Nieładnie tam u mnie, i nie bogato, ale głodu ni zimna nie zaznasz, ani braku serca... Las tam wielki, łąki szerokie, będziemy zioła zbierali, będziesz mi, gołąbko, pomagała ludzi leczyć.. Zły język cię nie tknie, złe słowo nie obrazi... Dobrze nam będzie razem, przybłędom... Cicho, gołąbko, cicho...
— Jakiś ty dobry, stryjciu Antoni, jaki dobry — zwolna uspakajała się Marysia. — Chyba i ojciec rodzony nie może być lepszy... Czym ja sobie na to zasłużyłam?...
— Czym? — zamyślił się znachor. — A któż to może wiedzieć? A czym ja zasłużyłem, że ot tak tulisz się do mnie, gołąbko moja, że moje stare serce, co już tylko z nawyku, nie z potrzeby biło, rozgrzałaś niczym słońce... Bóg jeden wie, a ja choć nie wiem, dziękuję mu za to, i dziękować nie przestanę do śmierci...
Przed sklepem zatrzymała się bryczka i po chwili wszedł jakiś pan. Kupował papier kolorowy na lampiony, pewno na zbliżające się dożynki. Wybierał długo, targował się i narzekał na wysokie ceny.
Gdy wreszcie wyszedł z paczkami, znachor powiedział:
— A czy pozwolisz, gołąbeczko, że szczerze powiem, co myślę?
— Proszę o to — uśmiechnęła się nie bez obawy, że po takim wstępie nie usłyszy rzeczy przyjemnych.
I nie myliła się: znachor zaczął mówić o panu Leszku.
— Przez niego te wszystkie kłopoty i zmartwienia. Co tobie po nim, gołąbeczko?... Nie mówię, żeby był niedobry, czy szkodliwy, z oczu mu nawet niezgorzej patrzy, ale to młodzik jeszcze, nie ma swego zastanowienia, pędziwiatr. Nie raz patrzyłem na niego, nie raz i nie dziesięć widziałem, jak tu zachodził i przesiadywał... A i ludzie opowiadali... A że to młody i lekki, to i nie dziw, że go i podejrzywają o niepiękne zamiary. Ja sam, Bóg mi świadkiem, nie wierzę! Głowę dałbym, że wszystko co gadają, to psie szczekanie. Ale, widzisz, gołąbeczko, po co mają gadać?... Języków nie zwiążesz, oczu ludziom nie zakryjesz. Patrzą i gadają. A tobie, panieneczko, co z tych jego umizgów? Tylko niebezpieczeństwo. Młoda jesteś, niedoświadczona, łatwo uwierzysz w każdą obietnicę.
— On mi nigdy nic nie obiecuje — przerwała Marysia zaróżowiona i zdetonowana.
— Nie obiecuje?... Więc czego chce?... Pamiętaj, że on wielki pan, bogaty, światowy. Co ty dla niego?... Ot, zabawka. A serce przyzwyczai się. Ot i teraz: nie ma go — już ci ciężko.
— To z innego powodu...
— Może z innego, a może i z tego — łagodnie kiwnął głową. — Ożenić się z tobą przecie nie ożeni się. Więc po co?...
Marysia spuściła oczy:
— Ja o tym też wcale nie myślałam. Po prostu przyjemnie z nim się rozmawia. On dużo podróżował, dużo widział. Ładnie opowiada...
— To niech opowiada innym. Dlaczegóż ciebie sobie upatrzył?
— Bo... on mówi, że... mu się podobam.
— Jeszczebyś się nie podobała. Ślepy nie jest.
— Nie sądziłam, że i ty, stryjciu Antoni, będziesz dopatrywał się tu czegoś złego.
Znachor zasłonił się rękami:
— Uchowaj Boże! Nie złe to, ale niepotrzebne. I tobie u ludzi szkodzi, i zamieszanie z tego wynika, a korzyści dla nikogo nie ma żadnej. Nie mówię ja na niego. Nie. Ale gdyby był całkiem porządny, nie narażałby cię, gołąbko, na obmowę, nie zawracałby ci główki, nie siedziałby tu kamieniem.
— Przecież... przecież nie mogę go wypraszać — próbowała bronić się Marysia.
— I nie trzeba. Chcesz dobrej rady posłuchać, szczerej rady, to posłuchasz i nie będziesz wdawać się z nim w gawędy. To i przestanie cię nachodzić. Nie zechcesz, to już na to nic nie poradzę.
Marysia zamyśliła się głęboko. Doskonale rozumiała, że rada znachora jest i życzliwa i jakże bardzo słuszna. Ostatecznie tak czy owak, wcześniej czy później, jej znajomość z panem Leszkiem musiałaby się skończyć. Albo mu nowy kaprys przyjdzie, albo się ożeni. I koniec. Przeciąganie tego oczywiście do niczego nie doprawadzi. Im dłużej to będzie trwało, tym ciężej jej będzie rozstać się z nim, tym boleśniejsza będzie tęsknota. Oto zaledwie kilka dni go nie było, a już życie stało się męczarnią... Lecz z drugiej strony, czyż nie wolałaby całymi latami rozpaczy zapłacić za parę miesięcy szczęścia widywania go, wpatrywania się w jego oczy, słuchania jego głosu?...
Wspomnienie o najkrótszym szczęściu zostanie w duszy na zawsze, do śmierci. Czyż wolno wyrzekać się tego skarbu? Czyż lepiej zeń zrezygnować ze strachu przed cierpieniem i żyć już tylko jałową beztreściwą pustką?...
Znachor jest dobry i mądry, ale czy nie myli się w tym wypadku?
— Zastanowię się nad twoją radą. stryjciu Antoni — powiedziała wreszcie poważnym tonem. — Zastanowię się, choć może to i niepotrzebne, bo on pewno już nie przyjdzie tu więcej.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.