Zmierzch cesarza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Zmierzch cesarza
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
EPILOG

Juarez znowu objął władzę nad Meksykiem. — —
Kurt nie brał udziału w egzekucji. Nie mógł patrzeć na śmierć człowieka, którego chciał ratować. Podczas egzekucji siedział w swym namiocie w towarzystwie małego André. Słyszał, jak grają dzwony żałobne. Po chwili do uszu jego doszedł odgłos salwy.
— Teraz zginęli! — zawołał André.
— Maksymiljan nie należał już do tego świata w chwili, gdy odrzucił moją pomoc.
— Czy nie można go było tajemnie uprowadzić z więzienia?
— Przed schwytaniem mogłem go ratować, nie popełniając zbrodni.
— A po schwytaniu?
— Po schwytaniu każdy wysiłek w tym kierunku byłby uważany za zbrodnię, karaną wszędzie z całą surowością.
— Uwolnienie przed schwytaniem byłoby również zbrodnią.
— Nie. Cesarz znajdował się wtedy pośród swoich ludzi. Skoro jednak dostał się w ręce republikanów, musiałem zrezygnować.
Hm. Może ma pan rację. Pragnął śmierci.
— Nie powinny więc trapić nas wyrzuty. Nie mamy tutaj już nic do roboty. Chciałem tylko usłyszeć te okropne strzały. Byłem świadkiem jednej z największych tragedyj historycznych. Teraz mogę opuścić Queretaro.
— Bez pożegnania, bez prośby o urlop?
— Nie jestem zależny od Escobeda.
— Gdzież się udamy?
— Do Juareza. Niech pan pojedzie do doktora Sternaua. Proszę go uprzedzić, aby na mnie czekał.
Następnego ranka Sternau, Kurt, André oraz obydwaj wodzowie indjańscy jechali konno do San Luis Potosi. Gdy mijali Guanajuato, mały André zatrzymał konia.
— Ah, moi panowie, czy znacie tego konia? — wskazał na osiodłanego konia, stojącego przed ventą.
— To wierzchowiec Czarnego Gerarda — rzekł Sternau ze zdumieniem. — Wejdźmy do środka!
Gerard już ich zauważył i wyszedł przed dom. Opowiedział, że był w Santa Jaga i teraz szukał ich, chcąc donieść o ucieczce Landoli i Gasparina Corteja i o wypadkach nad Czarciem Źródłem. Sternau był z tej nowiny bardzo niezadowolony, gdyż obecność Landoli i Corteja bezwątpienia ułatwiłaby proces. Cóż można było jednak poradzić?
Gdy mały nasz oddział, do którego przyłączył się również Gerard, dotarł do Potosi, Sternau udał się natychmiast wraz z Kurtem do prezydenta. Choć Juarez był zawalony pracą, zostali przyjęci.
— Przynosicie złe nowiny? — zapytał poważnie prezydent.
— Tak — odparł Kurt. — Przynoszę echo strzałów, od których zginął Maksymiljan.
— Byliście świadkami egzekucji?
— Nie. Nie chciałem przyglądać się widowisku, które oddawna przewidywałem.
— Wiem już o wszystkiem od gońca Escobeda. Maksymiijan umarł jak człowiek dzielny i odważny. Byłem jego politycznym przeciwnikiem, nie należałem jednak do wrogów osobistych.
Wypowiedział te słowa jakgdyby na swe usprawiedliwienie. Sternau rzekł więc:
— Wiemy o tem najlepiej, sennor!
— Ah! — podchwycił Juarez, uśmiechając się tajemniczo. — Rozumieliście mnie więc i nie szczędziliście wysiłków?
— Na jakie tylko stać nas było. Niestety, bez rezultatu. Odtrącił również pomoc porucznika Kurta Ungera — odparł Sternau.
— Więc uważał pan za możliwe arcyksięcia... No, pan rozumie?
— Było to nawet niesłychanie łatwe.
Juarez potrząsnął głową, podszedł do okna i patrzył przez nie w milczeniu. Wreszcie odwrócił się szybkim ruchem i rzekł:
— Śmierci pragnął, więc umarł! Dziękuję panom, żeście me życzenia zrozumieli i w myśl ich postępowali. Opinja będzie fałszywie sądzić, ale panowie znają mnie lepiej. Musicie jednak milczeć, dopóki lejce meksykańskich spraw są w moich rękach. Niech tedy — do czasu — żaden republikanin się nie dowie, co uczyniłem i czego chciałem. Gdy jednak kiedyś ustąpię lub zginę, będziecie mogli ogłosić światu, jak bardzo chciałem ocalić swego przeciwnika. Oto testament, który wam powierzam. Pamiętajcie o nim po opuszczeniu tego kraju, który był widownią niezawinionej przeze mnie tragedji.
Mówił poważnie, głosem uroczystym i smutnym. Wzruszenie malowało się również na twarzach obydwu słuchaczy. Po pauzie Juarez zapytał:
— Wkrótce opuścicie Meksyk, nieprawdaż?
— Przypuszczam — odrzekł Sternau. — Ale jakiś czas jeszcze będziemy musieli pozostać pod pana opieką, sennor.
— To mnie cieszy. Możecie być pewni, że zrobię dla was wszystko, co w mojej mocy. Przed wyjazdem trzeba skończyć sprawę Rodrigandów, oczywiście w zakresie, należącym do kompetencji trybunału meksykańskiego.
— Do jakiego sędziego mamy się zwrócić?
— Do mnie. Postaram się, aby sprawę ujęły sprawiedliwe ręce. Jeńcy znajdują się jeszcze w klasztorze della Barbara? Jeżeli tak, sprowadźcie ich. Sprowadźcie również Marję Hermoyes, starego hacjendera Pedra Arbelleza wraz z córką i Indjankę Karję.
— Tu, do Potosi?
— Nie. Udam się do stolicy. Tam niech przybędą jeńcy.
— Rozprawa będzie jawna?
— Oczywiście.
— Mam co do tego pewne wątpliwości. Gdyby wiadomość o procesie doszła do Hiszpanji, przestępcy, którzy tam mieszkają, mogliby ujść z pod karzącej ręki.
— Racja. Będziemy więc ostrożni i poprowadzimy sprawę przy drzwiach zamkniętych. Na wszelki jednak wypadek zwrócę się do władz hiszpańskich z umotywowaną prośbą wzięcia hrabiego Alfonsa pod tajny dozór policyjny. Zadowala to pana?
— W zupełności.
— Dla transportu jeńców z klasztoru della Barbara do stolicy otrzymacie dostateczną ilość żołnierzy. Kiedyż odjeżdżacie?
— Jutro rano. Do tego czasu konie wypoczną, my zaś będziemy mogli omówić szczegóły z Piorunowym Grotem i Sępim Dziobem.
— Wydam odpowiednie rozkazy.
Posłuchanie było skończone. Udali się teraz do sir Drydena, którego zadanie w Meksyku dobiegało końca. Po naradzie postanowiono, aby ze względu na obecność w hacjendzie del Erina Emmy, Karji i Rezedilli, pojechali tam Piorunowy Grot, Gerard i Niedźwiedzie Serce. Pożegnawszy się z sennoritą Emilją, przebywającą w Potosi, ruszyli następnego ranka. Juarez szczodrze wynagrodził Emilję za okazane usługi. — — —
W jakiś czas później odbył się uroczysty wjazd prezydenta Juareza do stolicy Meksyku. Ludność przyjmowała go z niesłychanym entuzjazmem. Witała w Zapotece człowieka, który dzięki żelaznej wytrwa łości i odwadze z wygnańca zmienił się znów w zbawcę ojczyzny. Wszystkie domy przystrojono kwiatami, chorągwiami. Witały go bramy triumfalne. Istny deszcz pachnących kwiatów spadał na prezydenta i na jego konia, który kołysał się dumnie wśród morza zieleni.
Już jednak następnego dnia po triumfalnym wjeździe głośny entuzjazm zmienił się w trwożne oczekiwanie: Juarez chwycił w ręce żelazną miotłę sprawiedliwości. Zaczęły się badania tych, którzy odgrywali żywą rolę podczas okupacji. Zaczęło się separowanie parszywych owiec, obcinanie chorych gałęzi od zdrowych pni. Na tysiące ludzi padł strach i trwoga. Wielu, widząc, że prezydent nie żartuje, szukało ratunku w ucieczce. Juarez nie mścił się, był w miarę możności łagodny, starał się nie stosować terroru. Tam jednak, gdzie zbytnia łagodność nie była wskazana, lub mogła źle wpłynąć na dobro sprawy ogólnej, okazywał się nieubłagany i karał z całą bezwzględnością. Że nie kierował się nienawiścią osobistą, czy sympatjami, nie trzeba chyba nadmieniać.
Działał niezmiernie energicznie. To też w krótkim czasie maszyna państwowa zaczęła funkcjonować regularnie. Inne państwa, które przedtem skłaniały się ku Maksymiljanowi, uznały zczasem Juareza za prawowitego władcę Meksyku. — — —

∗             ∗



Był późny wieczór. Mieszkańcy stolicy spali. Od północy zbliżała się grupka jeźdźców. Przy jasnem świetle księżyca można było rozpoznać, że oddział składa się z jeńca i eskorty. Jeniec był skrępowany i mocno uwiązany do konia. Dwa muły niosły coś w rodzaju lektyki. Rozlegały się z niej bez przerwy biadania i jęki jakiejś kobiety. Eskorta nie przejmowała się niemi wcale.
Oddział dotarł do miasta, minął kilka ulic i zatrzymał się przed siedzibą rządu. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Jeden z nich wszedł do bramy budynku. Na zapytanie wartownika, czego pragnie i w jakiej sprawie przybywa, odparł:
— Czy prezydent jeszcze nie śpi?
— Nie. Pracuje zwykle do szarego świtu.
— Proszę mnie zameldować. Nazywam się Sternau.
— Sternau? Hm. Nie wolno mi teraz meldować nikogo. Prezydent nie chce, aby mu przeszkadzano. Proszę przyjść w dzień!
— Nie wasza to sprawa radzić, kiedy mam przyjść! Zameldujcie mnie, a zostanę przyjęty.
W słowach tych przebijała taka stanowczość, że wartownik usłuchał, nie myśląc o oporze. Wkrótce wrócił, zawiadamiając, że Juarez prosi.
Wszedłszy do prezydenta, Sternau chciał go przeprosić, ze się zjawia o tak późnej porze, lecz Juarez przerwał radosnym okrzykiem:
— Nareszcie! Oddawna czekałem na was z wielką niecierpliwością.
— Nie mogliśmy przybyć wcześniej, sennor. Musieliśmy czekać na towarzystwo z hacjendy. Tymczasem Józefa Cortejo zachorowała. Niepodobna jej było w pierwszej chwili transportować do miasta. Wiadomo panu zapewne, że podczas pobytu w hacjendzie jeden z vaquerów poturbował ją dotkliwie, mszcząc się za krzywdy Arbelleza. Odniosła liczne obrażenia, które zupełnie błędnie leczono. Skutki objawiły się w Santa Jaga w postaci silnego zapalenia, które z trudnością opanowałem.
— Ale teraz jest zdrowa?
— Nie. Wyzdrowieć nie może. Musiałem użyć najrozmaitszych sztucznych środków, aby ją tutaj sprowadzić. Mimo wszystko odczuwa niesłychane bóle. Jęczy i stęka bez przerwy. Skoro środki moje przestaną działać, umrze.
Juarez skinął lekko głową.
— Bóg sam ją ukarał, zanim jeszcze otworzyły się księgi praw. Nie ulega wątpliwości, że istnieje ni świecie sprawiedliwość, działająca pewniej od naszej. Czy pan przesłuchał jeńców, sennor Sternau? Wyznali co?
— Niestety. Nic.
— Spodziewałem się tego. Zbrodniarze ci są tak zakamieniali, że nie można się po nich spodziewać szczerego wyznania. Dobrze, żeśmy swego czasu przejęli list, który z hacjendy del Erina Józefa pisała do ojca. To bądź co bądź ważny dowód winy.
— A jednak właśnie ze strony Józefy spodziewam się wyznania. Przyczynią się do tego bóle, które ją prześladują. Są naszym sprzymierzeńcem. Starałem się złagodzić je sztucznemi środkami, na przyszłość jednak zaniecham tego. Jestem przekonany, że bóle zmienią się w straszliwe męki. Zmięknie pod ich wpływem.
— Jako człowiekowi żal mi tej dziewczyny. Jako sędzia muszę przyznać, że na los swój zasłużyła. — Spodziewam się, że wszyscy zamieszkacie u mnie, sennor Sternau. Corteja i córkę jego trzeba będzie dobrze zamknąć. Zaraz wydam rozkazy.
Zadzwonił. Wszedł służący, któremu kazał z całą gorliwością zająć się gośćmi. — —
Następnego ranka przystąpiono do przesłuchania. Wszelkie wysiłki wydobycia prawdy okazały się daremne. Cortejo i Józefa zaprzeczali wszystkiemu zuchwałym tonem, mimo, iż przywalono ich formalnie stosem dowodów. Gdy sędzia pokazał oskarżonemu list, pisany przed lały do Alfonsa, jako do bratanka, Cortejo odważył się na twierdzenie, że jest to falsyfikat, sfabrykowany przez wrogów, pragnących go pogrążyć. Słowa te oburzyły najbardziej siostrę Bawolego Czoła, Karję, która, jak to czytelnikowi wiadomo, list ten sama zabrała swego czasu młodemu hrabiemu w hacjendzie del Erina[1]. Schowała go wtedy w bezpiecznem miejscu, nie myślała o nim jednak przez cały przeciąg nieszczęśliwych lat.
Gdy Niedźwiedzie Serce zjawił się w hacjendzie, aby ją zabrać do stolicy, przypomniała sobie, że posiada ważny dokument i ku swej radości znalazła go tam, gdzie ukryła przed laty.
Pierwsze przesłuchanie nie przyniosło rezultatu — najbliższe jednak godziny dowiodły, ze przypuszczenia Sternaua były słuszne. Bóle Józefy przeszły w nieludzkie męki. Były chwile, w których wyła jak dzikie zwierzę. Za radą Sternaua wprowadzono Corteja do celi córki.
Cortejo był człowiekiem zaciekłym i bezwzględnym, a przecież przeraźliwe krzyki Józefy przygnębiły go i wzruszyły. Zdawał sobie sprawę, że pozostało jej zaledwie kilka godzin życia. Wina tych straszliwych godzin obciążała jego sumienie. Zdawało mu się, że trawi go jakiś jadowity ogień. Wezwany pośpiesznie ksiądz postanowił wykorzystać ten nastrój. Nakłaniał oskarżonych, aby wyznali prawdę dla uratowania duszy i oczyszczenia sumienia. Józefa, bliska śmierci, zaczęła wołać drżącym głosem, że chce wyznać winę. Cortejo poczuł, że wszelki opór byłby daremny. Zjawił się sam Juarez w otoczeniu wszystkich świadków. Zeznania oskarżonych zaprotokółowano i, stosownie do wymagań ustawy, podpisali je świadkowie.
Przy tej okazji poruszono również sprawę drugiego testamentu, sporządzonego przez hrabiego Fernanda. Ukryła go Józefa[2]. Zeznała, że testament jaszcze istnieje i wskazała, gdzie leży schowany. Juarez natychmiast wysłał po ten ważny dokument osobę urzędową. Znaleziono testament w podanem przez Józefę ukryciu. W ten sposób w łańcuchu dowodów przeciw Cortejom nie brakło już ani jednego ogniwa.
W kilka godzin później zmarła Józefa. — —
Następnego dnia sąsiedzi pałacu Rodriganda spostrzegli, że mieszka w nim więcej osób, niż dotychczas. Nikt nie wiedział, kim są przybyłe wczoraj osoby. Nie pokazywały się, nie chcąc, aby wiadomość o tem, iż hrabia Fernando żyje, dotarła do Hiszpanji przed przybyciem tam wrzekomego nieboszczyka.
Trzeba było w krótkim czasie załatwić wiele ważnych spraw. — Pewnej nocy na drodze, prowadzącej do Veracruz, po której zwykle jeździł dyliżans pocztowy, pojawił się oddział jeźdźców, eskortujący kilka powozów.
Po pewnym czasie rozeszła się wieść, że Pablo Cortejo został rozstrzelany na podwórzu więziennem za bunt i szereg innych sprawek.
Tak spełniło się przeznaczenie Cortejów.
W tym samym mniej więcej czasie zmarł wśród straszliwych męczarni doktór Hilario. — —
Należałoby jeszcze powiedzieć słów parę o losach wymienionych przez nas postaci historycznych.
Benito Juarez piastował godność prezydenta aż do dnia śmierci. Zmarł 18 lipca 1872, mając lat 66.
W kilka lat potem władza przeszła w ręce jednego z najdzielniejszych generałów Juareza, Porfiria Diaza.
Jak przedtem Zapoteka, tak i Porfirio Diaz kierował krajem, nękanym ustawicznemi wojnami domowemi, energicznie i pomyślnie. Był prezydentem od roku 1877 do 1880 i od 1884 do roku 1911. Cieszył się poważaniem wszystkich państw; prawie cały Meksyk podziwiał go i kochał. W roku 1911 przeszło osiemdziesięcioletni starzec musiał ustąpić miejsca innemu. Skazano go na banicję. Za rządów następcy jego, Madery, wybuchły w państwie zamieszki, trwające z przerwami po dziś dzień. Porfirio Diaz zmarł zdala od ojczyzny, w Paryżu, 2-go lipca 1915, przeżywszy lat 85.
Ambitny intrygant generał Basaine skończył podle. Po wojnie francusko-pruskiej wytoczono mu proces o zdradę stanu, zarzucając, że z tchórzostwa i nienawiści do Mac Mahona nie urządził wypadu ze Strassburga dla odciążenia Sedanu i że dał się przekupić przez Niemców. Skazano go 10 grudnia 1873 za zdradę stanu na karę śmierci. Dzięki bogatej żonie Kreolce, którą przywiózł z Meksyku, udało mu się jednak zbiec. Wkrótce potem opuściła go i żona. 77-letni starzec zmarł w nędzy 23 września 1888 roku w Madrycie.
Żona Maksymiljana, cesarzowa Karolina, należy również do postaci historycznych, o których krążą odmienne wersje. Mówiono swego czasu, że chciwość jej skłoniła Maksymiljana do przyjęcia krwawej korony Meksyku. Karolina wyleczyła się z obłędu tuż przed śmiercią. Ostatni list męża, który odczytano staruszce po kilkudziesięciu latach, skrócił dni jej życia. Zmarła przed kilkoma miesiącami (1926). Ostatnie lata przebyła na zamku Bouchout pod Brukselą. — — —

∗             ∗

Kapitan von Rodenstein siedział w swej pracowni w starym fotelu i patrzył ponuro przed siebie. Na nogach miał grube, niekształtne buty filcowe, sięgające do kolan. Ponadto okryty był podwójnie złożoną derką. Przed nim stał wierny Ludwik, z równie ponurą i bezradną miną.
— Tak — rzekł Ludwik. — Nie znam żadnego środka, panie kapitanie.
— Jesteś tak samo głupi, czy tak samo mądry, jak lekarze! Eskulapi mnie dręczyli, hydropaci zniszczyli, a homeopaci doprowadzają do obłędu. Na ostry reumatyzm zapisują akonitynę, arnikę, belladonnę, lorykninę, chininę, chamomillę, rtęć, nux vomica, pulsatillę, a przeciw chronicznemu ischjasowi zalecają arszenik, siarkę, rododendron, fitolakkę i maścierz. Aby wyleczyć mnie z łamania kości każą brać arnikę, pulsatillę, belladonnę, piżmo, jałowiec, siarkę i tatarak. — Niech mi ktoś powie, czy nie stałbym się workiem ziół, proszków i pigułek, gdybym to wszystko chciał przełknąć! Niech wszyscy djabli! Gdyby tak przyszła jakaś wiadomość w rodzaju tej o doktorze Sternau. Z radości podskoczyłem wtedy do góry i poczułem się jak ryba w wodzie, pamiętasz? Ale teraz — — — ah, czy to ktoś pukał, Ludwiku?
— Tak, panie kapitanie.
Ludwik otworzył. Listonosz wręczył depeszę. Starzec szybko chwycił i, przeczytawszy Kilka razy pod rząd, wyciągnął ramiona, wołając:
Hura, hura! Ludwiku! Ośle kwadratowy! Stary bałwanie! Zdejm mi te filcowe buty!
Zerwał się i zaczął ściągać szerokie buty. Ludwik patrzył ze zdumieniem.
— Ależ, panie kapitanie! Buty — — bóle!
— Bóle? Androny! Nic mnie nie boli! Zdrów jestem. Reumatyzm djabli wzięli! Czy znasz treść telegramu? Nie? Otóż dowiedz się, że wszyscy przyjeżdżają, wszyscy! Jutro tu będą wraz z doktorem Sternauem. Hura! Wiwat! Zostawiłem swój reumatyzm w butach. Popatrz, jak się żwawo ruszam!
Istotnie pan kapitan chodził po pokoju żwawym krokiem. Po chwili zawołał:
— Idę natychmiast do willi Rodriganda, aby wręczyć telegram.
— Czy aby pan kapitan potrafi dojść? — niepokoił się Ludwik.
Nie było odpowiedzi. Starzec zeszedł po schodach nadół i pomaszerował przez las do willi Rodriganda. — — —
Mieszkańcy pięknego majątku Rodriganda byli już poinformowani o wszystkiem, co zaszło w Meksyku. Przed niedawnym czasem przyszła wiadomość od Sternaua z Hiszpanji, że fałszywy Alfonso siedzi wraz ze swą matką Klaryssą w więzieniu. Równocześnie wypłynął na widownię, pleban pewnej pirenejskiej wioski, który złożył obciążające zeznania.
Przed dziewiętnastu laty, tuż przed ważną i brzemienną w skutki rozmową z Gasparinem Cortejo, zjawił się u plebana capitano brygantów i wręczył zapieczętowany papier, prosząc, aby dokument otworzył, o ile capitano nie powróci w określonym terminie. Gdy termin minął, — czytelnik wie dobrze, dlaczego capitano nie powrócił,[3] — pleban odpieczętował papier. Zawierał pisemne wyznanie Gasparina, wymuszone przez kapitana. Pełnomocnik hrabiego Rodriganda potwierdzał w tem piśmie, że kazał porwać małego hrabiego Alfonsa.
Plebana przeraziło to odkrycie. Zasięgnąwszy informacyj, dowiedział się, co tymczasem zaszło w Rodriganda. Cóż miał czynić? Zdawał sobie sprawę, że zeznanie jego i posiadany dokument nie wystarczą do zdemaskowania zbrodniarza. Ponadto do nikogo nie mógł się zwrócić z zaufaniem. Hrabianka Roseta była umysłowo chora, hrabiego zaś Manuela uważano za zmarłego. Z biegiem czasu zaczęły obiegać pogłoski, że hrabia Manuel żyje, że się udał do Niemiec, że nie wnosi pretensyj do zamku i włości Rodrigandów. To w zupełności zbiło plebana z tropu. Skoro hrabia sam nie troszczy się o swoją własność, na jakiejże podstawie może czuwać nad nią wiejski pleban? Tak tedy nasz ksiądz przez lat dziewiętnaście nie wspominał nikomu o dokumencie, który wręczył mu capitano. Dopiero gdy Sternau i Mariano przybyli do Hiszpanji i wytoczyli skargę przeciw Alfonsowi, pleban uznał za swój obowiązek poprzeć ich sprawę. Zeznanie jego oraz pismo Gasparina zaprotokółowano. Dołączono do tego zeznanie żebraka Tito Sertano, złożone na łożu śmierci wobec Mariana. Wynikało teraz bezspornie, że Mariano jest prawdziwym Rodrigandą, Afonso zaś oszustem.
Gdyby nawet sąd hiszpański nie otrzymał z Meksyku potrzebnych papierów, wykazujących wyraźnie winę Alfonsa i Klaryssy, dwa powyżej wymienione dokumenty wystarczyłyby w zupełności do wyświetlenia sprawy. Nic tedy nie stało obecnie na przeszkodzie, aby uznać Mariana za prawdziwego syna hrabiego Manuela.
Do wiadomości tych Sternau dołączył uwagę, że nie jest wykluczone, iż w przeciągu dwóch tygodni pojawi się w Reinswaldenie wraz z towarzyszami. Trudno opisać radość mieszkańców Reinswaldenu. Nareszcie nadeszła chwila powrotu!
Skoro nadszedł kapitan v. Rodenstein z telegramem w ręku, radość wzmogła się jeszcze bardziej. Przygotowania na przyjęcie drogich, utęsknionych gości trwały noc całą. Nikt nie mógł zmrużyć oka.
Oczekujący mieli wrażenie, że godziny wloką się niezmiernie wolno. Dopiero pod wieczór rozległ się turkot kół; w kilka chwil później rozłączeni przez szereg lat padli sobie w objęcia.
Po powitaniu towarzystwo rozeszło się po pokojach. Dom cały był pełen szczęścia.
W jednym z pokojów siedzieli don Manuel, don Fernando i sir Henry Dryden i ze łzami w ochach rozmawiali o szczęściu swych dzieci. Obok stał Sternau z Rosetą i Mariano z Amy. Nie brakowało również matki i siostry Sternaua. Ze wszystkich ust płynęła cicha modlitwa.
— Gdzież nasza córeczka? — zwrócił się Sternau do żony.
Różyczka podbiegła do ojca i gorąco ucałowała. Potem jednak zostawiła rodziców samych. Wzruszona, nie zauważyła wcale, że idzie za nią ktoś, kto niedawno witał się ze swoją matką, leśniczym i starym Ludwikiem. Weszła do pokoju. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich — Kurt Unger.
— Kurcie! Drogi, kochany Kurcie!
Padła mu w ramiona. Zatonęli w długim pocałunku. Nie słyszeli zbliżających się kroków. Nie zauważyli, że w drzwiach stanęły dwie osoby.
— Jakże jestem szczęśliwy, że widzę twoje oczęta kochane! — zawołał Kurt.
— I ja, i ja! — szepnęła.
— Różyczko!
Słowo to padło z pod drzwi. Wypowiedziała je Roseta. Oboje spojrzeli z przerażeniem.
— Mamo... — rzekła Różyczka z uśmiechem zawstydzenia na ustach.
Rodzice podeszli bliżej. Sternau zawołał:
— Kurcie, weź nagrodę, która ci się należy! — Złączywszy ich ręce, dodał: — A teraz, mój chłopcze, chodźmy do twoich rodziców. Niechaj się dowiedzą o radosnej nowinie! — — —
Ludwik Straubenberger opowiadał staremu Rodensteinowi szczegóły przybycia Sternaua i towarzyszy do willi Rodriganda. Nagle ktoś dotknął jego ramienia Odwrócił się i ujrzał jakiegoś człowieczka.
— Ludwiku Straubenberger, znasz mnie? — zapytał człowieczek.
Zapytany spojrzał nań, potrząsnął głową i odparł:
— Widziałem już kiedyś tę twarz, ale nie wiem gdzie. Nie mogę sobie przypomnieć.
— Pomogę ci. Jestem twoim bratem. Nazywam się Andrzej Straubenberger.
Ludwik znieruchomiał z radości.
— Co? Co...? — wyjąkał.
— Ależ tak! Sępi Dziób tyle opowiadał mi przy kieliszku o tobie, że postanowiłem cię odszukać. Wrócę jednak znowu do ciszy mej sawany i lasów.
Padli sobie w objęcia. — — —
Po kolacji Sternau opowiedział, co zaszło w ostatnich czasach. Sąd hiszpański uznał, że Mariano jest prawdziwym hrabią Alfonso de Rodriganda y Sevilla. Klaryssę skazano na karę dożywotniego więzienia. Taki sam los spotkał wrzekomego Alfonsa. Przy końcu swego przemówienia Sternau zawiadomił zebranych o zaręczynach Różyczki z Kurtem Ungerem.
Trudno opisać wrażenie tych słów. Powstał gwar. Zaczęły padać pytania; wszyscy winszowali sobie nawzajem i weselili się. Rodzice Kurta, objąwszy się czule, przelewali łzy radości. Podeszła Różyczka, objęła ich, serdecznie ucałowała i zaprowadziła do biesiadnego stołu. Zaczęło wschodzić słońce. Pierwsze purpurowe blaski oświetliły grupkę ludzi, którzy przeszli przez piekło mąk i zawinęli do cichej przystani niezakłóconego szczęścia...
Powoli wszystko wracało do normy. Życie popłynęło zwykłym trybem. — — —
Hrabia Fernando nie wrócił już do Meksyku. Sprzedał swe dobra i pozostał z Manuelem w willi Rodriganda. Młody hrabia Mariano zamieszkał ze swą Amy na zamku w Hiszpanji, odwiedzał jednak często rodzinę w Niemczech. Wierny Mindrello został za swe usługi hojnie nagrodzony. Mianowano go zarządcą zamku Rodriganda. Przeżył długie lata w szczęściu i spokoju, zapomniawszy o okropnych chwilach niewoli.
Sternau nie wrócił do praktyki. Żył szczęśliwie u boku Rosety, ciesząc się szczęściem Kurta i Różyczki. Alimpo mieszkał z Elwirą u hrabiego Manuela. Stary leśniczy jeszcze długo zaprzątał Ludwika swoją podagrą. — — —

∗             ∗

Pedro wraz z Emmą i mężem jej Ungerem pozostali w hacjendzie del Erina. Zamieszkał u nich mały André, nie uspokoił się jednak. Rozkochany w życiu prerji, nie umiał i nie umiał i nie mógł zapomnieć strzeleckich przygód. Piorunowy Grot nie pędził również zbyt spokojnego żywota u boku ukochanej Emmy. Często chwytał z pośród trzody mustanga i urządzał z małym André’m dalekie wyprawy. Długo jeszcze wielbiono imię Piorunowego Grota i długo jeszcze opowiadano o jego dzielnych czynach w wigwamach czerwonoskórych i namiotach trapperów.
Czarny Gerard zamieszkał z Rezedillą i starym Pirnerem w Guadelupie. Odwiedzali ich często Sępi Dziób i Grandeprise. Bawole Czoło polował jeszcze wiele lat na bawoły i niedźwiedzie, zaglądając od czasu do czasu do swych przyjaciół. Niedźwiedzie Serce uwiózł Karję do siedzib Apaczów, jako swoją squaw. Lecz i Apacz nie mógł spokojnie usiedzieć w wigwamie. W przygodach i podróżach spotykał często dawnych towarzyszy. — — —

KONIEC
cyklu Ród Rodriganda



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.
  1. Zbioru K. Maya t. 14 str 88.
  2. Zbioru K. Maya t. 15 str. 46.
  3. Zbioru K. Maya t. 16 str. 135.