Ziemie Czerwonej Rusi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

ZIEMIE CZERWONEJ RUSI.
(ROXOLANIA).

POEMAT SEBASTYANA KLONOWICZA.



Si canimus silvas, silvae sunt consule dignae.
Virgilius.



DEDYKACYA
uczyniona przez Autora do Senatu miasta Lwowa.



O mihi semper venerande coetus!

Orszaku mężów dostojny i drogi,
Godny w senacie ławicy i togi!
Cały Lwów ludny twoje święte prawa
Chętnie uznawa.

Przyjmij z obliczem jasnem a wyniosłem
Pobożną pracę, co dla cię przyniosłem;
Przyjmij życzliwie, chociaż tak niewiele
Dać się ośmielę.

Oto zostały przedmiotem mej pieśni:
Ludzie, i lasy, i niedźwiedzie leśni,
Mieszkania człeka, i ozdoba miasta,
Wieża kończasta.

Czytam o królach, jak wdzięcznem obliczem
Nie chcieli gardzić darem hołdowniczym,
Lubo ubóstwo, w pobożnej pokorze,
Święci, co może.

Nie zawsze hojne z brylantów i złota
Wielkiemu Bogu zanosimy wota;
Dym kadzidalny[1] i serdeczne słowa
Woli Jehowa.


W świętą karbonę złożyła niewiasta
Drobny szelążek solimskiego miasta;
Przy szczupłym darze spodobałeś, Chryste,
Serce żarzyste.

Podobnem sercem, zacne senatory,
Przyjmnijcie piosnkę, jako hołd pokory:
Nie gardzi Chrystus, ni królowie ziemi
Dary szczupłemi!




ZIEMIE CZERWONEJ RUSI.
(ROXOLANIA).



Si canimus silvas, silvae sunt consule dignae.
Virgilius.
Dicite Russorum felicia pascua, Musae,
Et fortunati rura beata soli...
I.

Opiejcie, muzy, halickie pastwiska!
I szczęsne wioski odwiedzić się godzi,
Gdzie święte pole kłosami połyska,
Gdzie plon rolniczej pracy nie zawodzi.
Nie pomijajcie lasów i dąbrowy,
Bo z nich bogactwo rozchodzi się wszędzie,
Tu w piersiach dębów złożon plastr miodowy,
A na gałęziach rzęsiste żołędzie.
Niech wszystkie miasta wasza pieśń wylicza,
Kędy San rzeka krętym wężem rznie się:
Piejcie gród Lwowski, zwyczaje Halicza,
Trzody, co błądzą, po łąkach i lesie;
Opiejcie Zamość, gdzie na wasze imię
Wysokie mury do nieba się wznoszą;
Krzepkie świątynie, i baszty olbrzymie,
I piękne domy opiejcie z rozkoszą.
Jeśli gdzie zbłądzę z pieśniami mojemi,

Wszakże[2] mi, proszę, gdzie dostępna droga.
Słodkoż wam gościć w argolidzkiej ziemi?
I nasza ziemia w dowcip nieuboga.
Zdroje ożywne są w naszej ojczyźnie,
I piękne rzeki posiada Ruś stara,
Któremi niwy skrapiają się żyźnie, —
A w rzekach naszych jest ryb co niemiara.
Może cię Parnas, Pierydo, kusi,
Gdy czoło wieńcem laurowym opasze?
Znijdź jeno do nas: są góry na Rusi —
I my zaiste mamy Alpy nasze!
Patrz, góra lwowska, czyć zda się korzystnie?
Bodzie obłoki jej olbrzymia głowa,
Gdy mgławe niebo chmurami nawiśnie,
A w chmurach wilgoć zgęści się deszczowa.
Próżno grom huczy, próżno wiatr szeleszcze,
O głaz rozdarty obłok się popęka;
Choć biją wichry, pioruny i deszcze,
Góra się gromów Jowisza nie lęka.


II.

Tubyście, muzy, za przyjazną wolą,
Mogły zamieszkać stronę podobłoczną,
I tutaj gości słoneczny Apollo,
I swoim biegiem mierzy kolej roczną.
Nie zawsze zima na halickiej stronie,
Nie zawsze wicher i zawieja grzmoce;
Topnieją śniegi, ciepły wiatr zawionie
I ziemia złote wyradza owoce.
Po wściekłym wichrze, co dął nienawistnie,
Zaszumi wietrzyk i lody rozproszy;
Zaledwie księżyc kwietniowy zabłyśnie,
Nastaje wiosna i chwila rozkoszy.
Gdy zasię czerwiec, kiedy lipiec blizko,
Dojrzałym kłosem kołysze się niwa;
Nastaje wrzesień, pożęte ścierniska,
Spożywaj, kmiotku, plon twojego żniwa!

Niech wieść potwarcza po świecie ogłasza
O naszych mrozach, zimie i jesieni;
Kłamstwo zaiste, że się łąka nasza
Z pod wiecznych śniegów nigdy nie zieleni,
Że nasza socha rozedrzeć nie może
Ziemi zakrzepłej mroźną niepogodą:
Puszczamy strugi, i sarmackie zboże
Rozdajem światu i lądem, i wodą.
Z naszego żniwa karmią się Germany,
I morskim grzbietem rozwozi je nawa;
W zielonych polach nasz wół spracowany
Pożywnej paszy obfito dostawa.
Na zmarzłej ziemi nie rodzi tak łatwo,
To są promienia łaskawszego dary.
Więc zacne dziewy, Mnemozyny dziatwo,
Przyśpieszcie polot w tutejsze obszary!


III.

Niebieska Klio! widzę cię z oddali,
Lecisz k’tej stronie i twój orszak cały,
Kędy Bystrzyca cichym szmerem fali
Napełnia stawy, groble i kanały,
Kędy się dzieląc w dwoiste ramiona,
Rzeźwą się wodą przysłuża w Lublinie,
Podmywa basztę, pryska się spieniona,
Drugą odnogą do jeziora płynie.
Miedzianą rurą wpuszczona do miasta,
Bije na kole fontanna swawolna;
Jeden brzeg rzeczny wierzbami zarasta,
Na drugim jodła i sośnina polna.
Giętkie sitowie wodą się napawa,
Tu mokra łąka na samym rozkwicie,
Owdzie brzeg suchy, zielenieje trawa.
O czyste muzy, tutaj wypocznijcie!
Przystrojcie harfy, i lutnie, i liry,
Niech każda bierze właściwe narzędzie;
Szeleszczę woda, wtórują zefiry,

Stąd echo rzeźwiej rozchodzić się będzie.
A kiedy leśnej lękacie się drogi,
Tutaj znajdziemy snadno przewodnika.
Oto wychodzi Satyrus dwurogi,
Oto was nimfa gajowa spotyka.
Przyległe bory zwiedzim po kolei,
Które lud kocha i szanuje tkliwie;
Śpiewak z muzami po nieznanej kniei
Będzie się błąkał w uroczym podziwie.
Gdzie się zarośla najcienistsza kręci,
Leśni bogowie wiodą nas w ubocze.
Tu niema ścieżek, jeno trop zwierzęci,
Kiedy niekiedy ptaszek zaszczebiocze.
Może iść nie chcesz? — błąd już niecofniony,
Bośmy zabrnęli w labirynt Dedala.
O święte muzy! przebieżmy te strony,
Przepatrzmy wszystko z poblizka i zdala.
Bystro ogarnie wasze oko młode
Lasy, co tulą pod namiot chłodnawy;
Zapamiętacie ruskich drzew przyrodę
I leśne gęste a zielone trawy.

IV.

Już długo błądzim na skwarnem gorącu,
Już prędki oddech kołysze nam łono;
Tu snadno będzie, wykradłszy się słońcu,
Znaleźć spoczynek pod liści oponą.
Dęby na górze, a olcha w dolinie
W stare gałęzie uroczyście szasta.
Owo krynica, co z pagórka płynie,
Spada ze szmerem i w strumień urasta.
A słowik w cierniach strzela pieśń miłosną,
Mała ptaszyna aż zatrząsa knieje,
Z piersi drobniuchnej wielkie tony rosną,
Z drobnego pyszczka tysiąc dźwięków leje.
Szpak ostrym głosem zakrzyczeć go pragnie,
Szczygieł z rozgłośnym szczebioce wyrazem,

Chrapliwy chróściel odzywa się w bagnie,
Turkawka jęczy i echo z nią razem;
Kwiczoły, stadem przeciągając codzień,
Kulistą chmurą w powietrze się wznoszą;
A tyle gwaru, że śpieszny przechodzień
Wstrzyma się nieraz i słucha z rozkoszą.
W tysiącznem echu różnobrzmiących pieśni
Niełacno zliczyć pojedyńcze tony.
Tam siedzą gronem zawiadowcy leśni:
Sylwany, Fauny i Satyr schylony.
Uchodzą muzy, bo też nie przystało
Czystym dziewicom być w rozpustnym rzędzie;
Idą pod dębu osłonę wspaniałą,
I każda bierze właściwe narzędzie.
Klio najpierwsza na trzcinianym flecie
Zadzwania piosnkę na rozgłośne echo;
Piosnka kolejna z ust do ust się plecie,
Las zagrał dźwiękiem, zaszumiał pociechą;
I w każdym dźwięku, i po każdem słowie
Wtór płynie lasem od drzewa do drzewa:
Bo huknij w lesie, las hukiem odpowie,
Poszepnij pieśnię, las cicho odśpiewa.
Jako zwierciadło, co kształty odznacza,
Tak echo leśne odbija się słowy.
Waha się jeszcze gromada śpiewacza,
Komu poświęcić swój hymn pierwiastkowy:
Czy starym lasom? czy wyniosłej wieży?
Lub na cześć Rusi i tutejszych ludzi?
Apollo, znając, komu dank należy,
Tak pierwszy zapał uroczyście budzi:


V.

Cóż tu się marnie waha orszak cały?
Święta cześć lasów sięga z tak daleka!
Wszak dawniej lasy, niż miasta, nastały,
Pierwej Bóg stworzył drzewo, niż człowieka.
Były tu lasy od najrańszej chwili,

Nim imię Rusi dano okolicy;
Później do lasu mieszkańcy przybyli,
Wnuki Japeta, mężowie wpół-dzicy.
Wszelkie imiona tych mężów ogarną,
Różnie ich zwano w rozmaite lata.
Niechaj mieszkaniec zowie się Bistarną,
Niech Illiryjczyk, albo Sauaromata.
My przedsię Ruskie zostawmy im miano,
Wzięte z praojców, wnukom na zaszczyty;
Choć indziej naród podobnie nazwano,
I nasi godni nazwy rodowitej.
W Meockiem morzu łodzie z pod ich wiosła
Wicher kołatał i popędzał dalej;
Przez mroźną północ fala ich przyniosła,
I tu wieczystą siedzibę obrali.
I ruskim murem obwiedli swe bramy,
I pełnią zwyczaj rodowitej strony.
Tędy przez lasy do miast zawitamy
Przeznać obyczaj, prawa i zakony.


VI.

Febowe słowo do serca przystaje,
Chętnie je spełnia śpiewacza gromada:
Halickie bory i rozkoszne gaje
Każda piewczyni do rymu układa,
I jednodźwięcznie orszak znakomity
Pozdrowił lasy nad świętym Haliczem.
Tutaj przodkuje ów bór nieprzebyty,
Co się z litewskiem łączy pograniczem.
Długiemi stepy od moskiewskiej ściany
Kraj ten rozdziela wiekuista władza;
Ocean, lodem wieczystym skowany,
Ruś od północnej pustyni przegradza;
Alpy nas dzielą od Italskiej ziemi,
A morze Czarne od granic Tatara.
A tu na Rusi wzgórki garbatemi
Nigdzie płaszczyzna nie jeży się stara.

Tu piękna knieja, tu puszcza bezdenna
Przynosi liczne korzyści i plony;
Tu dąb stuletni, sosna sturamienna,
Tutaj modrzewie, jawory, jesiony;
Na mokrych mszarach widnokrąg zasłania
Olszyna, wierzba, i świerki olbrzymie,
I klon cienisty, łatwy do zrąbania,
(Z którego moje wyprowadzam imię),
Wysmukła topól, jeżownik i tarnie,
Twarde derenie, leszczyna powiewna,
Buki i lipy, — oko nie ogarnie
Rozlicznej barwy wszelakiego drewna.
Tu biała brzoza z czerwonemi smugi,
Owdzie z jesionem splata się wiąz młody;
Z nich wieśniak drzewa wyrabia na pługi,
Z nich do swych kolas wygina obwody.
Z nich to skrzypiące telegi, i maże,
I lekkie wozy klecą Haliczanie.
Tu kuta bryka rzadko się ukaże,
Bo twarde drzewo za okucie stanie.
Nigdzie przy wozach żelazo nie brzęczy,
Tu gwoźdź drewniany dotrzyma wytrwalej;
Niemasz kowanych osi, ni obręczy,
Tu hartowniejsze polano od stali.

VII.

Gdy wóz się kleci lub orne narzędzie,
Tym kształtem nasi pracują wieśniacy:
Idzie do lasów, wypatruje wszędzie,
I ścina sztukę, przydatną do pracy.
Na dyszel bierze pniak lekki a prosty,
Siedem stóp dębu wycina do osi,
Drzewo schylone w garbate narosty
Na soszne zęby do domu zanosi.
Gdy się pniów krzywych napotkać nie zdarza,
Sztuką i pracą wygina do łęku;
Zręczny parobczak obok gospodarza

Nabywa siły i dzielności w ręku.
Hej! idźcie w góry w upatrzonej chwili
I młody dębniak uginajcie zwolna,
Bo gdy go wicher niekształtnie wychyli,
Trudno się gałąź sprostuje swawolna.
Gdy zasię wcześnie wychylisz w półkole,
W nadanej formie gałązka rozrosła,
Na pniu matczynym i przez własną wolę
Przybiera postać, zdatną do rzemiosła.
Tutaj granice i w prawo, i w lewo,
Każdy ma wręby, każdy swoje smugi,
Aby gdy młodniak rozrośnie się w drzewo,
Cudzych owoców nie zabrał kto drugi.
Ścinają chróśniak, co przy buku pnie się,
I wszelką zarośl, ile cień ogarnie.
Tak Rusin pilnie szperając po lesie,
Żerdź prostą, krzywą zbiera gospodarnie;
Rąbie jawory i dęby olbrzymie,
A potem krzesa i do domu koci;
A tam troskliwie zawiesza je w dymie,
By wolnem ciepłem wyschły od wilgoci.
Drewna wodnistość robocie szkodliwa —
Dobrze to znają Rusini robotni;
Przeto nie pierwej dębiny używa,
Aż się surowość z jej wnętrza ulotni.
Dopieroż suchą do wrzątku zanurzy,
Mocuje, schyla, nagina sprężyście:
Tak dąb niezłomny, co nie bał się burzy,
Gdy go zielone pokrywało liście,
Co, niźli zegnie, pierwej się popęka, —
Rozmiękczon warem, podda się od razu,
A kiedy silna pochwyci go ręka,
Przybierze wszelki kształt wedle rozkazu,
I albo idzie na obwody koła,
Albo na ciężkie podróżne woziska.
Wieśniak żelaza nie używa zgoła,
Lecz drzewo drzewem spaja i naciska.

On kłodek kolnych tłuszczem nie powleka,
Ani żywicą napoi swej osi;
Ruską kolasę posłyszysz z daleka:
Skrzypi i jęczy, jakby o co prosi.


VIII.

Patrzaj, jak rolnik pocznie nie leniwo
Ciosać swą sochę, co ma orać łany,
Z łękiem garbatym, z rękojeścią krzywą,
Z wielkiemi zęby jak potwór drewniany.
Patrz, jako wierci, rozszerza i węży
Drewno pługowe, jak osadza pięknie
Jarzmo i lemiesz ciężki dla uprzęży,
Pod którym kiedyś żwir i glej zastęknie.
I woły stękną, gdy w ugór lub rżysko
Oracz zatopi swój naróg sękaty,
Do dnia rozkopie ciemne kretowisko,
Dziatwę skowronka rozedrze na szmaty.
Pług pędzi w nory podziemną gromadę
Szkodliwych czerwi, co pustoszą niwy;
Za pługiem leci ptactwo ziarnojade,
Bo przewiduje zasiew niewątpliwy.
Nieświadom pługa bywał naród dziki,
Dziś wszędzie socha z żelaza i stali,
Sprawiano ziemię drewnemi motyki,
A Bóg im szczęścił, iż kruszcu nie znali,
I ruskie, drewnem urabiane, pole,
Przy błahych sierpach miało dobre żniwa.
Owo sąsiednie rodzajne Podole
Do swoich pługów jaworu używa;
Tam z dumnych dębów niewielka posługa,
Tam praca rolna, choć wdzięczna, lecz krwawa:
Dwanaście byków wjarzmionych do pługa
Oleistą bryłę zaledwie rozkrawa:
Wół ledwie dycha zaziajanym pyskiem,
Zaledwie stąpa, choć na siły bierze;
Za nim poganiacz, uzbrojon biczyskiem,

Złorzecząc, smaga pracowite zwierzę,
A socha pędzi, aż z ostatniej siły,
Wół się wypręży, nim kroku uczyni.
Od Podolanów wzór sochy pochyłej
I maż skrzypiących przejęli Rusini.


IX.

Wróćmy do lasów, gdzie trawa krzewiasta
Wypieszcza stado — od brzega do brzega
Kwiatem aż grzbiety bydlęce przerasta,
Zaledwie pasterz rogi ich postrzega.
Brodate kozy z podniesioną głową
Na krzywe drzewa wdzierają się śmiele,
I ogryzają latorośl wierzbową,
Korę topoli i szczodrzyniec ziele.
Kóz ruskich stado, kiedy brodzi knieją,
Wilków na rogi zaczepnie wyzywa;
Sowita broda na szczękach się chwieje,
Na grzbietach twarda kołysze się grzywa.
Kozieł wnet zwietrzy, gdy które z młodzieży
W wilczą zasadzkę zbłąka się niebacznie;
Rogate czoło zmarszczy i najeży,
I śmiało z wrogiem bój śmiertelny zacznie.
Pod jego rogów potężną opieką
Bezpiecznie chodzą dziatwa i małżonka.
Przez wszystko lato, od domu daleko,
Bogate stado po kniejach się błąka.
Lasy, to bydląt stajnie i kolebki,
Pasterz i trzoda tu pod niebem żywie;
Namiot chróściany, cienisty a krzepki,
To dom pasterza, gdzie mieszka szczęśliwie.
A trzoda chyba do domu powraca
Ze swoim wiernym całorocznym stróżem;
Gdy byki wzywa potrzeba lub praca,
Gdy każą orać lub zginać pod nożem.


X.

I wół się żegna z pasterzem i trzodą,
Ryk z całych piersi zatrzęsa zaciszem,
Targa się w więzach, na których go wiodą,
A stado wyje za swym towarzyszem.
Wy jarzmie więźnia starczyłyby rogi,
Lecz zwierz bezmyślny przestaje na rzucie.
Jękliwie ryczą na widok złowrogi —
I w piersi bydląt jest śmierci przeczucie:
Kiedy pod rzeźne żelazo je wloką,
Zwierzę się cofa, słupi się i stawa,
Topór, zbryzgany mózgiem i posoką,
Przeczuciem zgonu i cielca napawa.
Gdy krew poczuje ciołek niespokojny,
Co w rzeźni biedne wylały bydlęta,
Targa się z mocą, łeb najeża zbrojny,
Sili się zerwać powrozy i pęta.
Jak zbrodzień, sądzon na ucięcie głowy,
Zaczem uchyli potępioną szyję,
Patrzy ze zgrozą na topór stalowy,
Którym oprawca piersi mu rozbije,
Twarz mu poblednie, kolana dygocą,
Gdy rusztowanie postrzeże z daleka;
Tak biedne bydlę, rzezane przemocą,
W dreszczu śmiertelnym na mordercę czeka.
Gdy byk żylasty i z okrągłem czołem
Pracą okupi żywota rozkosze,
A zapomniawszy o stadzie wesołem
I harcach leśnych, złagodnieje w sosze.
O! co za jęki na wiosennej niwie,
Gdy po raz pierwszy chcą ujarzmić byka!
Rogiem swój ciężar strąca niecierpliwie,
Tarza się, grzebie, z wiatrem się potyka.
Gdy cielec nosi podgardziel szeroki,
Leniwym krokiem nie postąpi hożo,
Gdy brzuch ma tuczny i wydęte boki,
Które mu ciężar bezpotrzebny mnożą;

Taki się lepiej do rzezi zachowa,
Więcej da tłuszczu, niż chleba zdobędzie,
Bo w tucznem cielsku nie tak zmyślna głowa,
A mniej mięsisty pracowitszym będzie.
Gdy wół wydęty, gdy kroczy powoli,
Jak koń trojański z postawą brzuchatą,
Niewiele chleba przysporzy na roli,
Sądź go na gardło, bo zasłużył na to.
Tak czyni Rusin, bije lub przedawa,
Tylko pojętne zachowuje dla się.
A w lasach ruskich, gdzie pastewna trawa,
Nie liczy trzody i ten, co ją pasie.


XI.

Tak ryk młodzieży rozlega się echem,
Przypłodek rośnie, kiedy starsi giną;
Bo Rusin wierzy, że ciężkim jest grzechem
Zabijać ciołka, co ssie pierś matczyną.
A matka, bacząc, jak podrasta codzień,
Szorstkim językiem wygłaska swe dziecko.
Kto zabił ciołka, jest szkodliwy zbrodzień,
Zawiązek trzody wyniszczył zbójecko.
Wieczorkiem letnim, po wioskach zwyczajnie
Wesół dobytek i ryczy, i hasa.
Tu w wioskach głucho, bo do nocnej stajnie
Trzoda z udojem nie przychodzi z lasa.
Pasterz we zwykłą zagrodę ją wpuści,
Tam wszystko na noc kupi się i garnie,
Szopę ze ściętych dębniaków uchróści,
Kędy zagania stada i owczarnię.
Kolcami jodeł swój namiot najeży,
Jak murem twierdzy; a jeżeli nocą
Wilk, przynęcony nadzieją łupieży,
Zechce się wedrzeć gwałtowną przemocą, —
Przez mur iglasty przebić się nie może,
Skrwawion kolcami zdobyczy zaniecha.
Pasterz bezpieczen zasypia na dworze,

Jakby go doma pokrywała strzecha.
Gdy przyjdzie zima, kiedy kwiat pospada,
A trawa polna pod śniegiem się zetnie,
Pasterz do domu odprowadza stada, —
Zima pożera plony całoletnie.
Zalotna jodła, nie dbając, że zima,
Swój ciemny warkocz rozpuszcza ku ziemi;
Na jej gałęziach wszystek śnieg się trzyma,
A żółta trawa świeci się pod niemi.
Tu nieraz pasterz, chcąc dla swej obory
Skrócić zimowe niewolnicze chwile,
Na starą trawę wypędza je w bory,
A trzoda gryzie wrzosy i badyle.


XII.

Rzekliśmy dosyć: a teraz koleją
Rozpowiem mleczne obfite udoje.
Pomóż mej pieśni, jasna Galateo!
Przybądź łaskawa na żądanie moje!
Dwojga zaklęciem wzywam cię z daleka,
Plemię Nereid! przyjdź natchnąć me baśnie!
Na twe oblicze, co bielsze od mleka,
Przy którem białość śniegowa zagaśnie,
Na pamięć o twym wiernym Polifemie,
Co śnieżne mleko przynosił ci w darze,
A opuściwszy rodowitą ziemię,
Wabił cię pieśnią, grając na fujarze.
Na znanych brzegach on zaledwie żywo
Nie wpadł za tobą, gdzie morska głębina.
Pieśniami cieszy miłość nieszczęśliwą,
Morskie potwory i skały zaklina:
Twarde granity i sploty korali,
Delfiny morskie! poświadczam się wami!
Neptunie, ojcze i uśmierzco fali!
Bądźcie niewinnej miłości świadkami!
Ginę — grot ślepy moje piersi bodzie,
Ostre się ciernie w moje serce wbiły.

Ta, którą kocham, przemieszkiwa w wodzie,
Czemuż mię rybką losy nie stworzyły?
Pływałbym wiecznie i patrzał z poblizka
Na mą pieszczotę, mój urok jedyny.
Galateo! wyjdź z pod topieliska,
Zaniechaj mieszkać z morskiemi delfiny!
Choć moim ojcem liczę wodowładcę,
Na widok fali przejmuje mię zgroza;
Mój ojciec Neptun, a imię mej matce
Córka Foreja, nadobna Tooza.
Rodzic dla syna łacno coś uczyni
I chętnie morskie uhamuje wody.
Mieszkam przy Etnie, w wykutej jaskini,
Nie ręką ludzką, lecz dziełem przyrody.
Świstem donośnym i pełnym wyrazu
Wicher przebiega po lochach mej groty;
Pieczary mojej, wykowanej z głazu,
Nie zburzą wieki, ni wichry, ni słoty.
Jestem z olbrzymów — zacne plemię Boże,
Inne od ziemi, ja z nieba ród wiodę.
Przyjdź, jasna dziewo! podarek ci złożę,
Płód niedźwiedzice, dwa piastuny młode.
Nie piję wody, co w ruczaju bieży,
Lecz białem mlekiem i pragnienie gaszę,
I głód nasycam, — a udój nieświeży
Nigdy się w konwie nie nalewa nasze.
Dziewę rozkoszna obietnica nęci,
Lecz ją odstrasza brew zwisła i czarna,
Włos, co kudłato na głowie się kręci,
Ogromna postać i twarz muskularna.
Drży przed niekształtną olbrzyma budowa,
Straszą ją ręce w kędzierzawej szczeci;
Niesfornej piosnki przerywane słowo
W pieszczonym słuchu miłości nie wznieci.
Dziewica, w hożej zakochana krasie,
Żadnym się darem do uczuć nie skłoni;
Dar, by największy nienawistnym zda się,

Gdy go ze szpetnej ofiarują dłoni.
Jęczy Polifem, bole pierś mu gniotą,
Bogaty w skarby, we wdzięki ubogi,
Dziewica gardzi skarbem i brzydotą,
W jej myślach Acis nadobny i drogi.
Lecz chętce mleka posilnego gwoli,
Dziewica morska, szydercza i płocha,
Pocznie się zbliżać powoli, powoli,
I potwornego cyklopa ukocha.
Tak przynęcona, przychodzi do groty
Na świeże mleko od jego owczarnie;
Męża, co służył za przedmiot pustoty,
Poczęła kochać i żal ją ogarnie,
I znowu szydzi z nieszczęsnej miłości.
Rzuć Sykulskiego, dziewico, olbrzyma!
Tutejszy pasterz hojnie cię ugości
I smakowitszym nabiałem zatrzyma.
Rzuć sycylijskie pagórki i wody,
I sycylijskiej ziemi dziwowiska:
Obacz na Rusi nasz taniec swobody,
I naszym krajom przypatrz się z poblizka.
Tu wszystko snadniej, nasza ziemia święta,
I zdrowsze mleko, i milsi pasterze!
Morska bogini, w te słowa zaklęta,
Widzę, jak polot ku Haliczu bierze.


XIII.

Zamieszka tutaj i z życzliwej chęci
Da nam w mleczarni plon błogosławiony,
Gdzie brodzi w lasach dobytek bydlęci,
Chodzą cielice z pełnemi wymiony,
I głośno ryczą, że im pierś nabrzmiała,
Wołają dziatwy, lub dojnej posługi.
Gdy zasię czeladź nie przyjdzie niedbała
Lub zginie ciołek, co wysysał strugi,
Wtedy dozwala, potrzebą naglona,
Ssać swoje piersi borowej gadzinie;

Wąż spija życie z karmicielki łona,
Stąd idzie niemoc i dobytek ginie.
Wąż, kręgiem zwity, czatuje z pod ziela,
Gdzie się cielica pasie na ustroni;
Gdy ta nie dojrzy zdrad nieprzyjaciela,
Chytry się czołgnie i uczepia do niej.
Zżyma się w kręgi, i w ostrożnym chodzie
Pnie się po sierści, i wyciąga szyję,
I w gęste zielsko patrzy na odwodzie,
Gdzieby się ukryć, gdy obaczą żmiję.
Potem się szybko okręca na nodze;
Uczuwszy zimno i dotknięcie węże,
Biedna cielica, przerażona srodze,
Chce rogiem strącić, ale nie dosięże.
Chłodne ją mrowie odrętwia od razu,
Tarza się, biega, staje zniemożona.
Cóż pocznie? nogą nie odwierzgnie płazu,
Więc mu pozwala karmić się u łona.
A wąż pierścieńmi jej łono okręci,
Ukrywa pyszczek i do piersi wkleszcza,
A tak odbiera jej pokarm dziecięci
I spija życie, jak zmora złowieszcza.
Gdy ciepłem mlekiem nażłopie się dosyć,
Odpada z wymion gadzina leniwa.
Już karmicielka poczyna to znosić,
Codzień przywyka i sama go wzywa.
Po znanych miejscach błąka się i ryczy,
Aż ją opasze lodowata pręga;
A wąż tymczasem w norze tajemniczej
Albo się w chwastach i łomie wylęga.
Kiedy tęsknotę bydlęcą postrzeże
Staro wny pasterz, wnet pilnuje blizko,
Dokąd to chadza nierozumne zwierzę,
I gdzie jest skryte węża legowisko?
Więc gdy złoczyńcę złowi na łupieży,
Gotuje oręż na zbójeckie plemię.
Wąż pada z wymion i żądło najeży,

Wije się w zielsko i czołgnie w podziemie,
Syczy, ucieka, wypręża się, wspina;
Lecz mściwy pasterz bierze się do kija,
Kijem z orzecha drogę mu przecina,
Zionie przeklęctwa i głowę rozbija.
Gadzina jeszcze czołga się pod zielem
I chytrą głowę utula pod skręty,
Aby, zwiedziony obrotnym fortelem,
Mniemał, że zabił morderca zawzięty.
Lecz pasterz grzmocę, aż zielsko szeleszcze,
Rozbija węża, aż trzewy się wleką;
Głowa odbita, ale syczy jeszcze,
Leje posokę, truciznę i mleko.
Każdy ma wroga, co go zawsze gnębi:
Żółna się miodem i pszczołami żywi,
Ptaszek się lęka drapieżnych jastrzębi,
Owieczkom szkodzą wilkowie łapczywi;
Szczep młodociany ogryzają sarny,
Mól i szarańcza napastuje zboże,
A wąż zdradziecki i często bezkarny
Robi nam szkodę na dojnej oborze.


XIV.

Ruskie niewiasty nie chcą gospodarnie
Doić swe trzody — to czynią pasterze;
Pasterz odnosi nabiał do mleczarnie,
A resztę mleka na posiłek bierze.
Tam, w leśnym cieniu wiąziny pochyłej,
Płynne się mleko bryłami zagęści,
Potem topnieje, i od każdej bryły
Tworzą się serne niezliczone części.
Gdy będę bajał o halickim serze,
Przebacz prostocie, bo to rzecz ojczysta:
Wprzód skórę koźlą zewłóczą pasterze,
Zmywają wodą i płóczą do czysta,
I zsiadłe mleko, zatkawszy upusty,
W szerściany worek zlewają pomału, —

Tu się nazbiera płyn gęsty a tłusty,
Co się w mleczarni zwie kwiatem nabiału.
Tak w t skórnym worze na pozór opacznie
Stawią swój udój pasterzowie nasi.
A kiedy zsiadać i ma śmieć już zacznie,
Jeszcze go solą smakowną przykrasi.
W zawartem mleku, po niedługiej przerwie,
Trzoda robaczków lęgnie się i zbiera.
Rusin bez wstrętu pożywa te czerwie,
Bo wie, że od nich cała dzielność sera.
Mlecznych żyjątek drużyna tak mnoga
Idzie na pastwę człowieczego gardła
Tak nieraz paszcza oszczercy i wroga
Całą krainę zgryzła i pożarła!
To zową bryndzą tutejsze narody,
Pokarm to u mnie wielkiego imienia.
Tym kształtem udój haliczańskiej trzody
Na smakowite jadło się zamienia.


XV.

Nie myśl, że dola pasterzów wesoła:
Czarna ich dola i dotkliwa nędza.
Tu małe dziecię nie wie, co to szkoła,
Błąka się w lesie i trzodę zapędza.
Żyjąc z bydlęty, staje się, jak zwierzę,
W służebnej nędzy rodzi się i roście;
A zresztą, wierzaj, że nasi pasterze
Mają po lasach mnogie przyjemnoście.
Na brzegach rzeki rosną wierzby stare,
Są oczerety i bagniste ziele,
Jest z czego strugać pasterską fujarę,
Jest na czem śpiewać żałościwe trele.
Tak w długich nudach pastuszkowie leśni
Przeciągle gwiżdżą, zasiadłszy pod drzewem,
To stare baje, to miłosne pieśni,
Żal przeplatają weselszym napiewem.
Widziałem płoche pasterskie chłopięta,

Jak wyprawiają skoki a igrzyska:
W tanku prawica z nożem wyciągnięta,
W swawolnym wirze żelazo połyska;
Nieraz swawolna młodzież się powaśni,
I wpośród tańca krew bryzga pod nożem.
Jeżeli wierzyć starożytnej baśni,
Jak Ikar leciał nad szerokiem morzem,
Wzniesiony sterem niedołężnych piórek,
Spadł i utonął w zdradliwym żywiole;
Tak, obyczajem swawolnych wiewiórek,
Z dębów na dęby czepia się pacholę,
I skacząc wierzchem cienistych konarów,
Nieraz rozbite upada przy drzewie.
Spytasz: skąd idzie ten niebaczny narów,
Co składa życie na wiatrów powiewie?


XVI.

Jest leśny ptaszek, nazwany kwiczołem,
Co w naszych ucztach ma rolę niemarną.
Ten, na gałęziach zasiadając społem,
Sam sobie sieje niefortunne ziarno.
Ziarnko nasienne za korę się wlepia,
Ssie cudze soki, karmi się do syta;
Potem, gdy głębiej swe włókna zaszczepia,
Gaj pasożytny na drzewie wykwita.
Zwie się jemioła — roślina kleista,
Z żółtą łodygą i jagódką bladą.
Wieśniak, z jej lepu i jagód korzysta,
Bo tam ugrzęza całe ptasząt stado.
Kiedy jemioła znęci skotopasa,
Z drzewa na drzewo skacze po mistrzowsku,
Czepia się, I chwyta, po gałęziach hasa,
Igrając z życiem, co wisi na włosku.
Nic się nie dziwię, że za ryże złoto
Człek w matki-ziemi wnętrzu zatopiony.
Rusin pogardza krotową robotą,

On, jako ptaszek, w powietrzu ma plony.
Rusin, nim błahą jemiołę wychyli,
Lata w powietrzu choćby strzaskać głowę,
Odziera korę z kleistych badyli,
I biada ptaszkom! już sidło gotowe.
A zaczajony kędyś z potajemna,
Zastawia matnię w sposób wieloraki.
Zachodzi słońce, nastaje noc ciemna,
Jastrząb już zasnął — swobodniejsze ptaki.
Szpak wyskakiwa, drozd w stadzie swawoli,
Jak gdyby przebył frasunki ostatnie,
Lecą na drzewa wypoczynku gwoli,
Gdzie ich pasterskie zachwytują matnie.
Część ich z zapadni wyrwie się, uleci,
Część zagmatwana zaginie już marnie.
Pasterz wesoły, że ma pełne sieci,
Idzie z kryjówki i jeńce zagarnie.


XVII.

Jesień borowe oblicze zachmurzy,
I dąb z warkocza ogołoci czoło;
Pasterz, na mrozy nie ufając dłużej,
Ucina gałąź z pożółkłą jemiołą,
Zrzuca ją na dół — gdy stuknie siekiera,
Tłumią się kozy i bydlęce rzesze,
I każde swoją gałązkę odbiera,
Póki się całe drzewo nie okrzesze.
Na wierzchu jodły lub dębowej kłody
rusin zaiste strachać się nie pocznie;
Wierzym w podstopnej ziemie antypody,
Ów śmiały pasterz widzi je naocznie.
Głowę ma w chmurach, a przepaść pod nogą,
A sam, bezpieczen bohaterskim wzorem,
Na kruchych sękach, co wnet pęknąć mogą,
Stoi odważnie i rąbie toporem.


XVIII.

Po ruskich lasach — niedźwiedzi bez liku,
W polarnej ziemi zwyczajne ich życie.
Ruś — mało głosek przemieniając w szyku,
Krajem niedźwiedzi zwaćby przyzwoicie.
Bo jak tu puszcze ciągną się nieblizko,
Tak z końca w koniec niemało ich baczę;
Tutaj wygodne mają legowisko,
Tutaj się lęgną pustelni kudłacze,
Tutaj ich nęcą miodowe słodycze,
Tu w każdem drzewie jest przynęta słodka.
O! ileż razy szpony rozbójnicze
Wydarły pszczelnik ubogiego kmiotka!
Zwierz dłonio-nogi chętliwie tu siedzi,
Czuwa nad kłody i barćmi leśnemi.
Mówią, że dziwny jest poród niedźwiedzi,
Niezwykłym kształtem ich rodzaj się plemi.
Matka swych dzieci nie poznaje prawie,
Bo małe szczenię jako potwór sterczy,
Tyle brzydoty na całej postawie,
Jakby kto przeklął cały płód krwiożerczy.
Dopieroż z laty, kiedy się wychowa,
Niedźwiedź niedźwiedziem zostaje nieznacznie.
Skoro się gwiazda zaiskrzy grudniowa,
A zima mrozić i śnieżyc się zacznie,
Niedźwiedź się w lasy głębokie zawleka,
Śpi całą zimę i jadła nie bierze;
Tak czynią wszystkie, krom tych, co u człeka
Służą dla zbytku, jak domowe zwierzę.
Rusin znienacka czai się do łomu,
A gdy samica odbieży na chwilę,
Bierze piastuny i hoduje w domu,
Aż się umocnią na potężnej sile.
Wtedy niedźwiadek uczy się w pokorze,
Siła i dowcip rosną w nim co chwila;
Człowiek kudłacza ujarzmi i zmoże,
Przed panem ziemi twór głowę uchyla.

Kiedy mu trąbka zagrzmoce do ucha,
Zwierz się wypręża i skokiem się chwali:
Mruczy niechętny, ale przedsię słucha
I ryczy taktem, jako mu zagrali.
Wzrok mu się iskrzy, bo muzyka święta
Wszędy króluje, potężna jej władza!
Nieugłaskane hamuje zwierzęta
I obyczaje leśne ułagadza.
Gdzie jego dzikość silna, uporczywa?
Posłuszny trąbie i skinieniom pana,
Już jako człowiek niby twarz umywa,
Już dziko pląsa, jak gawiedź pijana.
Ach, omijajcie igraszkę takową,
Czyste dziewice! idźcie do ustroni;
Nie przychodź tutaj, skromna białogłowo,
Wstyd ci rumieńcem oblicze zapłoni...
Tak po ulicach na pręcie łańcucha
Wiodą niedźwiedzia Rusinom na dziwo;
Tu fletnia jęczy, tu grzechotka grucha,
Trąbka uderza silnie a grzmotliwo.


XIX.

Jest w Rusi zając, i biały, i szary,
Jest biały niedźwiedź i wszelki zwierz gruby,
I miękko-wełnych lisów tu bez miary,
Tu wiodą handel bogatemi szuby.
Tak wiele złota nawet i w Kolchidzie
Nie miewał żeglarz za swój plon zupełny,
Choć Argonauta pod żaglami idzie
Po złote runo i bogactwa wełny.
Runem tutejsze wsławiły się kraje,
Wełna tutejsza ma cenę ze złotem;
Takie bogactwa ziemica wydaje,
Pokryta lodem i wiecznym sumiotem,
Gdzie mroźne gwiazdy iskrzą po kolei,
Kędy nie znają wiosennej zaciszy,
Gdzie jest ojczyzna chłodów i zawiei,

Co wściekłym rykiem wiekuiście dyszy.
Gdy ostry wicher nad Rusią zaśwista,
Zamiera ziemia, kamienieje rzeka,
Ucieka przed nim wszelka chmura mglista,
A przy pogodzie mróz silniej dopieka.
Nawet grzbiet morski, pienisty a czarny,
Więzami skuje kra gęsta i tęga.
W hyperborejskiej jaskini polarnej
Mróz się i wicher rodzi i wylęga.
Tam wieczna ciemność, mróz pali ogniście,
Dwa razy na rok jutrzenka zabłyska,
Z drzewa spadają obumarłe liście,
Zamiera w śniegu zieloność pastwiska.
Boreasz westchnie — a z ust jego lecą
Szalone wichry, jak złowrogie słowa;
Próżno oddechem chciałby zagrzać nieco,
Wieje mu z piersi szaruga grobowa.
On tchnieniem życie przyrody wyziębi,
Fala zastygnie i stanie pomału.
Nie płynąć nawie, — oto już na głębi
Zmurował grube sklepienie kryształu!
A wiatr po lodzie prześlizga się jeszcze,
I pyły śniegu z szelestem zamiata,
I huczy piosnki ponure, złowieszcze,
Jak gdyby tryumf na pogrzebie świata.
Tam kupa śniegu, szronem potrząśnięta,
Płonie iskrami, jak gdyby żar świeży;
Z tych iskier sierścią odziane zwierzęta
Biorą swój połysk i cenność odzieży.
Tam całe hordy krainy jałowej,
Gdzie niema wiary, ni miasta, ni prawa,
Z łukiem i strzałą wychodzą na łowy,
Stąd ich pożycie, stąd cała zabawa.


XX.

Litwa, co z Rusią na ościennej roli,
Nabywa od niej futrzane towary,

Kupuje miechy puszczystych soboli,
I kożuch wilczy srebrzysty i szary,
Kuny, króliki i zajęcze łona,
I ciepłe lisy, i wiewiórcze kity,
Łasice miękkie, jak woda lecona:
Tak niewieścieje Litwin znakomity!
Moskwa i Litwa, co dadzą ich kraje,
Wnet do Lublina przywożą gromadnie;
Co tylko w świecie przedawać się daje,
Tutaj wszystkiego dopytasz się snadnie.
Czem są bogaci Turkowie, Arabi,
Czem Indyanie, wszystko się odsłoni:
Tu pełno wschodnich bogatych jedwabi,
Pełno sabejskich kadzideł i woni.
Brytański kupiec, co w podróży długiej
Obiegł krąg ziemski na korabli kruchej,
Łakomy plonów północnej żeglugi,
Tutaj kupuje moskiewskie kożuchy.
W Lublińskiem mieście zgromadza się wiernie
Płód całej ziemi z blizka i z daleka;
Tutaj nie braknie na starym Falernie,
Jest sok z winnicy Węgrzyna i Greka.


XXI.

I z dróg lądowych, i z morskiej topieli,
Bachu! do Polski twoje dary płyną;
Z ojczyzny twojej, o synu Semeli!
Oto Kreteńczyk przywozi nam wino!
Wszak mamy doma upijać się o czem,
O Bachu! cofnij szczodrobliwe dary!
Choć my na Rusi winogron nie tłoczym,
Tworzym pieniste ze chmielu wywary.
Widać dwóch Bachów było panowanie,
Którzy się państwem dzielili na poły,
Jak Pluton w piekle, Neptun w oceanie,
A Jowisz sprawiał powietrzne żywioły, —
I że dwaj Bachy w jednostajnej mierze

Wzięli dwa państwa, dzieląc nieobłudnie:
Jeden wziął w podział tutejsze półsferze,
A drugi za się gorące południe.
I tak we dwoje zawładali światem,
Który najmilej ich poddaństwo dźwiga:
Bachus południa był bardziej bogatym,
Pierwej mu wzrosła bluszczowa łodyga,
Bo tam, gdzie słońce płomieniściej grzeje,
Winniczne wzgórki zarodziły skoro;
A u nas zimno, daremne nadzieje,
Tu kłosy zboża ledwie się wybiorą.
Sarmacki Bachus próżno się mozoli,
Ziemia nie płuży latorośli wina,
Szczepy wymarzły, — on mimo złej doli
Na nowo sadzie i szczepić zaczyna.
Z winnej gałązki wyrasta chwast duży,
Zdziczały zimnem — nazwano go chmielem;
Lecz i ten głowę zmroczy a odurzy,
I wiejskie troski zamienia weselem.
Przerasta trawę i pod siebie chyli,
Już jej swobodnie nie doczekać lata;
Ozy tam krzak wierzby, czy kupa badyli,
Chmiel się uczepia i krzepko oplata.
A jego owoc, kiedy się wywarzy
Ze złotem zbożem w zdrojowym ukropie,
Uczyni napój zdrowy dla żniwiarzy,
Co go Sarmata puharami żłopie.
Gdy się opilec nasycił do woli,
Usypia drzemką na poły śmiertelną;
Budzi się, czuje, że go głowa boli,
I woła znowu o truciznę chmielną.
Rusin przy kuflu, jak Ikar, nie zginie,
Lecz chwali Bacha, pijąc nieleniwo.
Imię Cerery dał swej mieszaninie,
Bo troje bożyszcz wynalazło piwo:
Bachus wesoły, co sady rozchmiela,
Neptun, co wodą kryształową służy,

A trzecia Ceres, co zboża udziela;
Tak piwo karmi, upaja i durzy.
A Bachus, widząc, że Rusini radzi,
Że w smak śmiertelnym jego dobre dzieła,
Wszędzie chmielowe latorośle sadzi,
By pamięć daru wieczyście słynęła.
Więc chmiel się wije na krzepkiej podporze,
Niekiedy drzewo przerasta o głowę;
Bachus go pieści, rosnąć dopomoże,
I sadzi przy nim tyczki leszczynowe.
Na niej szczepione okręca się ziele,
Gałąź z gałęzią jednoczy się snadnie,
Jak mąż i żona, jak dwaj przyjaciele, —
Kto nie ma pary, na ziemię upadnie.
Kiedy leszczyna, rosnąc na uboczy,
Lub młoda wierzba swoje ramię poda,
Chmiel ją swawolnym uściskiem otoczy,
Rosną we dwoje, jako para młoda.
Krzew Bachusowy nie tylko w gęstwinie
Nad nieczułemi drzewami się znęca:
W człowieczej głowie czepia się i winie,
W pijanem oku cały świat okręca,
Wyuczy skoków, ozuchwali rękę,
Ognistą śmiałość wywoła do głowy.
Szepnie do ucha wesołą piosenkę,
Którą wyśpiewa biesiadnik kuflowy.


XXII.

Bachus sarmacki rad, że się przyjęło
Chmielowe zielsko, po niedługim czasie,
Uczy przychodnie uprawiać swe dzieło,
Gdzie jeno łąka do uprawy zda się.
A w tej uprawie biegli Haliczanie
Ciągną ze chmielu korzyści nielada:
Ich towar głośny, póki świata stanie,
Kupią go wszędzie, kędy Bachus włada.
Chmiel i winograd, dwaj bracia rodzeni,

Z nich jednakowa i cześć, i ozdoba,
Jednakim kształtem każdy się zieleni,
Zarówno podpór potrzebują oba.
Winograd liście na wiązce obwija,
Do chmielu służy leszczyna, co w borze;
Winograd wicią mocują do kija,
I chmiel bez tyczki ostać się nie może.
Chmiel i winograd jednako się pienią,
Każdy z korzonków rozmnażany bywa;
Zbiór winogradu przychodzi jesienią,
I chmielna szyszka wtedy się obrywa.
Wino umysły napawa weselem,
I krąży głowę Bachowej czeladzi;
Nie gorzej z naszym powodzi się chmielem,
Sarmackie zielsko zarówno oczadzi.
Pijaństwo, zjęte węzły braterskiemi
Panuje krajom i dodawa chluby;
Każdy wychwala owoce swej ziemi:
My nasze piwo, Grek swoje Cekuby.
Z winnego kraju śpiewak Iliady
Opiał swe wino pod niebieskie sfery;
A chmielny kufel halickiej biesiady
Bierze początek z Bacha i Cerery.
Na cześć Neptuna wlej wodę z potoku,
A będzie napój wdzięczy dla żniwiarzy;
Lecz jakieś bóstwo w złośliwym widoku
Z darów Cerery truciznę nam warzy.


XXIII.

Nie wiem zaiste, kto w pierwszej osnowie
Ognisty napój wymyślił z gorzelnie?
Kto jest ów zbrodniarz i jako się zowie? —
By go przeklęctwu oddać nieśmiertelnie.
Przebóg! nie z Rusi ta zaraza roście,
Nie znano w wioskach takowej niedoli;
Chyba bogaty w chorobie lub poście
Zażył kropelkę orzeźwieniu gwoli.

Ktoś nieprzyjazny — Szatan mu na imię —
Styksowym jadem chciał zatruć nam zmysły:
Wynalazł napój, wywarzony w dymie
I w czarnej sadzy gorzelnej wytrysły.
Skażone przezeń usta pijanicy
Zabójczy oddech wyziewają zdala;
Ktoś bierze dochód, a wieśniacy dzicy
Piją, choć cierpią, choć pierś się przepala.
Pijąc, przeklina truciznę paloną,
A traci na nią wszystko do szeląga;
A choć gorączka przejada mu łono,
Na nowo rękę do czary wyciąga.
Gdy czadna para w mózgu się zakręci,
Trucizna członki ogarnia co chwila,
Wtedy opilec pragnie tem goręcej
I pożądliwiej kielichy wychyla.
Wnet się zawściekla, w oczach mu się dwoi,
Kłamliwa kraska na twarzy zakwitnie,
Wola samopas bezrozumnie broi,
Na czole bezwstyd osiada dobitnie.
Krzyk zamiast mowy i przeklęctwa krocie,
Gniew zamiast słowa i pochop do wojny,
Zamiast wesołych gwarów przy ochocie,
Żart obelżywy, lub śmiech nieprzystojny.
Szatan się cieszy, że zdołał bezwładnie
Zakować rozum i uwikłać w pęta.
Jeniec upada, na ziemię się kładnie,
Istoty ludzkie leżą jak zwierzęta.
O! żaden napój, ani żadna praca,
Tyle ni ogni, ni waśni na świecie!
Tak słabną siły, dzielność się utraca,
I marnie idą najpiękniejsze lecie.


XXIV.

Choć ruska ziemia nie ma winogradu,
Za to nam pszczoły miód obficie wloką;
Dość jeno zajrzeć do lasu lub sadu,

Tam pełno plastrów z klarowną patoką.
Rosa niebieska upada na kwiatek,
Stamtąd ją pszczoła pracowicie zgarnie,
W spróchniałych drzewach zamożny dostatek
Drobne owady lepią gospodarnie.
Podkurzą ule kmiecie pracowici
I biorą plastry ze pszczelnej budowy.
Miód z chmielną wodą kiedy się rozsyci,
Tworzy się napój posilny i zdrowy.
Włoski mieszkańcze! cóż twoje nektary?
Co twoje wina przed nektarem Rusi?
Wino jest z ziemi błotnistej i szarej,
Miód prosto z niebios spuszczony być musi.
Miód rosa niebios i manna jedyna —
Pszczółka ją zbiera do swego zacisza;
Miody sycone lepsze są od wina,
O ile Bachus niższy od Jowisza,
Jak wyższe niebo nad poziom ubogi,
Skąd się wyradza winogronna trawa.
Miodem zaiste nieśmiertelne bogi
Kwitnąca Hebe w Olimpie napawa.
Bo żniwem bogów są górne obłoki,
Człek żyje z tego, co ziemia przysporzy.
Niech inszy w winie piją ziemne soki,
My Haliczanie mamy nektar boży.
Szczęsny Rusinie! od niebios masz wsparcie:
Krople jutrzenki i wieczornej tęczy,
Szczęsna twa ziemia, obfite twe barcie,
Starowna pszczółka wesoło ci brzęczy;
Gęstemi rojmi w wypróchniałem drzewie
Mnożą się pszczoły zatrudnione pracą;
Często ukryte, że i człowiek nie wie,
Nikomu miodnej daniny nie płacą.


XXV.

Chcesz, czytelniku? mam powieść do rzeczy,
Wszak starych żarty wesołe bawiły;

Wielki mąż nigdy powieściom nie przeczy,
Przyjm to za prawdę, czytelniku miły;
I królom nieraz baśnie spodobały,
Więc przebacz, żeśmy łatwowierne żaki.
Stał sobie w lesie pień stary, spróchniały,
Zbiły go żółny, podgryzły robaki.
Tam, kiedy światło słoneczne postraszy,
Do pustej rdzeni chowała się sowa,
Snadź, kiedy sejmik zgromadzi się ptaszy,
Wypaść, znienacka na zdobycz gotowa.
Wkońcu i mieszkać sprzykrzyło się sowie;
Pień stanął pustką stoczony i zgniły.
Robocze pszczoły dostrzegły pustkowie,
I tutaj, brzęcząc obóz założyły.
Swego monarchę przywiodły do ula,
Ten zajął państwo szerokie z rozkoszą,
Zasnuły plastry i chatkę dla króla,
I zwolna miodem kryjówki zanoszą.
Zbierają plony, co Niebo dać raczy,
Gdzie żadna w ciszy nie zastraszy burza,
Nie płacą ludziom corocznych haraczy,
Nikt nie podrzyna, nikt ich nie podkurza.
Rzeczpospolita, gdy tyrana złoży,
Zwykle silnieje i wzrasta zamożnie:
Chciwy poborca czynszem nie zuboży,
Wieśniak dla siebie swoje plony pożnie,
Sterczy do niebios obfita stodoła,
Szerzą się trzody, mnożą się owczarnie;
Tak pszczółki, człeka nieznające zgoła,
Pracują chętnie, bo nikt nie zagarnie.
Przez mnogie lata do kryjomych składów
Coraz bogatsze gromadzi się mienie,
To praca wnuków, tam praca naddziadów,
Plon z pokolenia idzie w pokolenie.
Cała rdzeń dębu plastrami zakryta,
Aż do wierzchołka stos miodu urasta:
Tak kiedy króla pozbył się Kwiryta,

Wnet uzamożnił mury swego miasta.
Zgłodniały niedźwiedź dopatrzył zdobyczy
I w starych plastrach pożywiał się dosyć;
Wkradał się często w otwór tajemniczy,
Głód go nauczył przeciwności znosić.
Nic mu sękata gałąź nad otworem,
Nic, że od żądeł paszczęka opuchnie.
Tymczasem Rusin, wędrujący borem,
Obaczył pszczoły, że lęgną się w próchnie.
Niełacny przystęp, lecz warto zachodu
Drzeć się przez chrósty i widłate sęki.
Włazi na drzewo, widzi pełno miodu,
Ale nie sposób ująć go do ręki.
Więc myśli w duchu: Wnijdę do czeluści,
Tu mi nie będzie głębiej, jak po ramię!
I w środek dębu odważnie się spuści,
Ciężarem woski ugniata i łamie.
Ale niestety! to zamiar niewczesny,
Pierś dębu była próżna aż do ziemi:
Ugrzęza w miodzie, jako ptaszek leśny,
Schwytan na lepie sidły ptaszniczemi.
Jak owad w smole, tak Rusin w patoce,
Tem głębiej grzęźnie, im w górę się bierze;
Więc się szlochaniem rozwodzi szeroce,
I wzywa Boga, i mówi pacierze:
— Jak się wydostać z tej dębowej ściany,
Gdzie się nie ruszyć ni ręką, ni nogą?
Jak skruszyć żółte woskowe kajdany?
Zbawiłby powróz — tu niemasz nikogo!
Nikt mię powrozem w górę nie wywierci,
Tu mię zamorzy miodowa niewola.
Lecz mniejsza umrzeć, ale czekać śmierci
W słodkiem bagnisku! biednaż moja dola!
Widzieć za życia, że już po pogrzebie,
Na śmierć powolną patrzeć licem w lice...
Jeśli jest jakie miłosierdzie w Niebie,
Wybaw mię, Boże, z miodnej grzęzawice!

O dolo moja! wzywam cię nieśmiele,
dolo moja! wyratuj mię z matni!
Słodkie są miody, lecz ich tu za wiele,
Kleją mi usta i oddech ostatni!
Tu samo płynie, za usta się bierze,
Nie trzeba zgoła trudzić się rękoma;
Tutaj mój obiad, tu moje wieczerze,
Już mi, niestety, nie wieczerzać doma!
Złodziej się dowie, że gospodarz w kniei,
Do mojej chaty wnijdzie pokryjomu,
Ja tutaj w sidłach — któż pojma złodziei?
Już mi, niestety, nie wrócić do domu!
Nie śmiem się spodziać, lecz jeśli z tych jarzem
Raczysz mię wyrwać, Miłosierny Panie,
Ślubuję złożyć przed Twoim ołtarzem
Dary bogate, na jakie mię stanie:
Ślubuję przynieść woskową gromnicę,
Grubszą i większą, niż ten dąb na trawie,
I tysiąc kadzi miodowych nasycę,
I na tem miejscu świątynię postawię!
Jedno się sądy uśmiechnęły Boże
Z kłamliwych ślubów w ocaleniu zdrowia.
Oto... coś ciemno w dębowym otworze,
I ryk straszliwy drgnął echem pustkowia;
Człowiek oniemiał, we dwoje się skula,
Bo zwierz kudłaty wpełza do zacisza;
Niedźwiedź, przywykły wkradać się do ula,
Przyszedł, nie sądząc znaleźć towarzysza.
Wyciąga szyję po plastr upatrzony,
Jako zwykł czynić borowy bandyta;
W złamanym wosku zatapia swe szpony,
Gdy człek znienacka za łapę go chwyta.
Cofa się z ciemna, przerażony srodze,
A Rusin, widząc, że mu szczęście płuży,
Krzepko uczepion na kudłatej nodze,
Pomknął się w górę z gleistej kałuży;
Człek łapę zwierza schwycił jak żelazem,

Zwierz, by ją wyrwać wysilenie czyni,
Tak, przerażeni, wspinając się razem,
Wyszli łupiescy ze pszczelnej jaskini.
Niedźwiedź, ze strachu umarły na poły,
Upadł na ziemię — Rusin go dogrzmota.
A ów, co stawił świece i kościoły,
Zapomniał Bogu poślubione wota.
Ubryzgan w miodzie i we krwi niedźwiedziej,
Wymknął się z lasu, jako mara blada;
Przyszedł do domu — zeszli się sąsiedzi,
A on im swoje dziwy opowiada.


XXVI.

Dotąd wam lasy snułem przed oczyma,
Teraz do miasta zabłądzić się musi.
Tutaj Lwów święty przodkowanie trzyma,
A wieże jego — to ojcowie Rusi.
Witaj nam, grodzie poważny a stary!
Miła w twych murach wypocznienia chwilka.
Od ciebie wieje namaszczenie wiary,
A bramy twoje zaparte od wilka.
Nigdy łupiezca haraczu nie bierze
Ze krwie i runa owczarnie tej ziemi;
Bo tutaj mają tron Arcypasterze,
Ich czujne oko niełacno zadrzemie.
Oni, starowni w służbach Zbawiciela,
Pilnują wiary i pokory serca;
Senat starunek pasterski podziela,
By nie siał jadu żaden nowowierca.
Lwowie kamienny! nowość cię nie mami,
Nie daj się zachwiać jako wątłe ziele!
Wiekować tobie z twojemi basztami,
Z twemi kościoły i krzyżem na czele,
I z twoją górą, co ku Niebu idzie, —
Łacno ją dojrzeć i w najdalszej stronie.
Tuśmy gościnę dali Pierydzie,
Tu mieszka chętniej, niż na Helikonie,

Jak gość odwiedza świątynie i bramy,
I woła głosem z płomienistą twarzą:
Lwowie! my ciebie z cześcią pozdrawiamy,
Bo losy świata w twych murach się ważą.
Inny kraj skarby pojedyncze liczy,
Tu wszystkie skarby gromadzą się cudnie;
Bo tu jest ziemia, którędy graniczy
Lodowa północ i wrzące południe.
Co rodzi ziemia na północnej osi,
Wiozą moskiewskie telegi i sanie;
Co pod równikiem natura przynosi,
Tu idzie lądem i po oceanie.
Nad temi dachy złoty obłok płynie,
Wieżyce mglistą owionione szatą;
Zda się w niebiosach te wszystkie świątynie,
Co tak ozdobne świetnie i bogato.
Tutaj krom innych w cichym monasterze
Są pracownicy Chrystusowej niwy;
Prawo Bernarda wypełniając szczerze,
Wiodą ojcowie żywot wstrzemięźliwy.
Dalecy świata, zapomniawszy siebie,
W szarej sukmanie, jak ustawa każe,
Żyjąc o kupnym lub żebranym chlebie,
Dzienne i nocne wymodlą ją straże.
Za nic im cisza, czuwanie i posty,
Nie straszna duszy bezsenna fatyga;
Każdy z nich ciału nie oszczędza chłosty
I krzyż ubóstwa, z dostojnością dźwiga.
Owo włosaci handlowni Ormianie
Przywożą towar ze Wschodu bogaty;
U nich tureckich kobierców dostanie,
U nich złotogłów i jedwab na szaty;
Wonny cynamon, co lubimy tyle,
Do ich towarów przywoźnych się liczy;
Pieprz, trzcina, imbier i słodkie daktyle,
Kwiat muszkatowy i szafran dziewiczy.
Tu porzuciwszy macierzyste progi,

Domem osiedli armeńscy mężowie,
Wznieśli swój kościół obszerny i drogi,
I swym obrządkiem modlą się Jehowie.
Tu, grecki Rusin i domami żywie,
I grecką wiarę swobodnie wyznaje,
I swoje cerkwie buduje szczęśliwie,
I swojej cerkwie pełni obyczaje.
Tu na przedmiejskich kałużach się wiodą
Chałupy żydów, odartych nędzarzy;
Każdy jak kozieł oszpecony brodą,
Z wieczną bladością na uściech i twarzy.
Niesfornym krzykiem wre ich synagoga,
Wrzeszczą w sto głosów modlitwę sabatu,
Ich ślepa ciżba urąga się z Boga,
I prosi o to, co już dano światu.
Spytasz: przecz wilka wpuszczać do owczarnie?
Co tutaj robi ów chytry ród węży?
Nieprawe zyski najłapczywiej garnie
I srogą lichwą ubogich ciemięży.
Wszak robak dębu nie wyniszcza razem,
Lecz go na próchno przegryza pomału.
Jak rdza się pastwi nad twardem żelazem,
Mól szkodzi sukniom, a pijawka ciału,
Tak żyd-włóczega przez sztukę bezprawi
W ciało społeczne wpije się i wroście,
Nasze bogactwa pozrze i przetrawi,
Pochłonie wszystkie kraju posiadłoście.
Obaczą króle, skąd szkodliwa rana,
Rzeczpospolita jęknie po niewczasie,
Gdy krew z jej ciała będzie już wyssana,
I wszelkie życie obumarłem zda się.
Zwróćmy oblicze od tego narodu,
Kląć się nie godzi, — żegnajcie, niewierni!
Wracajmy raczej do pięknego grodu,
Co się z daleka bieleje i czerni.
Pamiętne miasto, urzędy i prawo,
Wyniosłe wieże i wysokie bramy,

Sarmackich królów gościnna zabawo,
O święty Lwowie, gdzie chętni bywamy!
Od twoich murów aż się mży powietrze,
Twe szyby błyszczą, jak gdyby ogniska,
Z twojemi baszty aż chmura się zetrze,
A stopa twoja podziemie naciska.
A zegar, wdzięcznie bijący na wieży,
Ciche godziny rozwlekle ogłasza;
Czas wzięty w kluby wskazówką się mierzy,
W koło go wprzęgła umiejętność nasza.
Młotek uderza po dźwięcznym metalu,
Echo powtarza za każdą godziną:
Minęła chwila!... o warta jest żalu,
Bo czas szacowny bez powrotu płynie!


XXVII.

Pora zanucić o Zamościu pienie.
Sam Bóg do murów powołał te cegły,
Oto rzucono węgielne kamienie,
W gwieździe Saturna cne czasy się zbiegły;
Wertumnus w jasnej przyświeca kolei,
Merkury wdzięczne wyjaśnił oblicze,
Gwiazda Jowisza i miłej Astrei
Świeci na nowe mury sądownicze,
Gdzie zbrojna w zakon zasiędzie na nowo
Z radnemi pany Temis sprawiedliwa.
Tam kują mury wieżycą śpiżową,
To postrach wrogów, to twierdza Gradywa.
I Mars zawołał: To moje Zamoście,
Tutaj stolica wojennego boga;
Prędzej tu działa śpiżowe zanoście,
Tu sarmackiemu rycerstwu załoga!
Siła turecka w tych murach się złamie,
Tych baszt spłoszony Tatar nie zdobędzie,
Nie stać na rozcież Janusowej bramie,
Gdzie Mars żelazny na stolicy siędzie!


XXVIII.

Stary Kijowie, starych kniaziów dworze,
Co masz pamiątek z upłynionej chwili!
Wieśniak je chyba na stepie wyorze,
Lub ktoś wykopie z gruzów i badyli.
Mówią o szczątkach starożytnej Troi,
Ale ja basień kłamliwych nie chwalę.
Powiedz mi, Poncie, o przeszłości swojej,
Gdzie owe łodzie, coć barwiły falę?
Gdzie źródła Idy, albo Samoenty,
Przy których stała Pergamu ruina?
Stary Kijowie! ja wierze w twe szczęty,
To mi tatarską klęskę przypomina.
O! często wroga widziały twe wieże,
Niszczyli wioski łupiezcy dalecy;
Nie darmo oracz i na pole bierze
Pałasz do boku a kołczan przez plecy.
Krwią już przesiąkła skiba na poparze,
Krew się rumieni na kłosach ze żniwa.
Nieraz, gdy siądą południać żniwiarze,
Wróg uzbrojony obiad im przerywa.
Przebrzydły Tatar, we zbójeckim tłumie,
I nasze wioski niszczy i zapala,
I Dnieprem przebrnąć i przypłynąć umie,
Choć fala Dniepru jako morska fala.
Wiąże na trzcinę, krępuje do łyka
Bezbronnych jeńców, a strzegąc swej głowy,
Przed zbrojnym mężem na koniu umyka.
Gdzie niesie noga i wicher stepowy.
Goloną głowę kosmykiem oszpeca,
Goloną szyją czerwienieje sprośnie,
Okrom czupryny wygolonej nieco,
Na całej twarzy żaden włos nie rośnie.
Niekiedy broda na ich twarzy dzikiej
Sterczy obrzydłe, lecz częściej twarz naga;
Jeno się z głowy wiją dwa kosmyki,

To jeszcze bardziej straszyć dopomaga.
Na czarnej Rusi Kijów dla pielgrzyma,
Jako Rzym dla nas, bo świętym się zowie.
Myślisz, na Rusi swoich cudów niema?
O! są tu cuda we starym Kijowie.
Są tu pod miastem głębokie pieczary,
Gdzie dawnych książąt drużyna spoczywa,
Proch wielkich mężów szacowny i stary
Liczy za świętość wiara niewątpliwa.
Nic ich zgnilizna, ni czas nie odmieni,
Pod szkłem wiekują nieskażone prochy.
Takie są cuda pieczarnych sklepieni!
Kto je wykopał? kto wyrył te lochy?
A tak daleko ich pasmo się znaczy,
Że królom kować nie stałoby złota;
Ja zasię wierzę twierdzeniu badaczy,
Że to krom dziwów natury robota.
W ziemi są rzeki, jako pulsa w ciele,
Płyną w jej piersiach pieczarą ukrytą;
Jak rzeka u nas ma kierunków wiele,
Tak i podziemna zmienia swe koryto.
Tymczasem przejdzie wiek jeden i drugi,
Łożysko wyschnie i stęży się w ścianę;
Tak wiekuiste utworzą się cugi,
Jak gdyby lufty młotem wykowane.
Ruskie pieczary takiego są dzieła,
Które lud cześci poważnym obrzędem.
Niegdyś tu rzeka podziemna płynęła,
Dziś jeno lochy, wyrwane jej pędem.


XXIX.

A ty, Kamieńcu, słynny znakomicie!
Kto godnie twoją wyśpiewa pochwałę?
Kto cię osadził na twardym granicie?
Człowiek nie zdołał wrzucić cię na skałę.
Nie z ręki ludzkiej, nie z uczonej karty,
Lecz na skinienie wszechmocnego oka,

Na jednej skale cały gród oparty,
A całe miasto to jedna opoka.
Bóg, nie zaś człowiek, wykował cię z głazu,
Bóg, nie zaś człowiek, zdobędzie cię siłą;
Człek jest zrodzony, tyś stworzon do razu,
A stworzon pierwej, gdy człeka nie było;
Gdy przyjdzie skonać zastarzałej ziemi,
Ty musisz skonać, jej urodzin świadku;
Lecz jakeś stanął przed miasty inszemi,
Tak i zaginiesz chyba na ostatku.
Nie bój się, człeku, bo cię Niebo trzyma,
Lecz gdy powstaniesz na Ojca, co w Niebie,
Znajdzie się mściciel na miasto olbrzyma,
Ten, co cię stworzył, i w prochu zagrzebie.
Módl się do Pana — masz znaczne kościoły,
Masz tron pasterski, skąd żegnanie bierzem;
Kiedy Łuck musi dzielić się na poły,
Ty sam, Kamieńcu, chlubnyś twym pasterzem.


XXX.

Owo Busk, który swojemi zakręty
Dwakroć Bugowa otoczyła fala.
Tu Sokal — pamięć potrzeby zawziętej,
Któżby zapomniał wymienić Sokala?
Gdzie wywyższany dom Bogarodzicy
Wylewa światu miłosierdzia wiele?
Owo Horodeł — w mokrej grzęzawicy
Chowa żórawie i błotne chróściele.
Bełz, co z bagniska wy dźwiga swe głazy,
Gród wojewódzki na całą krainę.
A ty, Przemyślu, szczęśliwy dwa razy,
I ciebie w pieśni mojej nie pominę.
Godzieneś wzmianki, bo San słodkowody
Twe mury swemi opasuje kręgi,
I dwaj pasterze Chrystusowej trzody
Złożyli tutaj trony swej potęgi.
Nie mało u nas i źródeł się liczy,

Bogatych solą, jako łaską Bożą;
Tu pierwsze miejsce źródłem Drohobyczy,
Skąd sól ojczystą w całą Ruś rozwożą.
Miasto Chełmińskie z okolicznym krajem
Jasno bieleje, bo tu kredy dosyć.
Pasterz tutejszy, starym obyczajem,
Winien nazwisko chełmińskiego nosić,
Lubo Krasnystaw przez różne koleje
Odjął świątynię zacnej metropoli.
Tu, mówią, sosna ścięta kamienieje;
Nigdym nie widział, słyszałem do woli.
Pod Krasnostawem szerokie jezioro
Nadało miastu imię od swej fali;
Rzeka Wieprz, płynąc ogniście i skoro,
Zatopi łąki i lasy obali.
Wieprzowa woda rozlana w jezioro,
Tworzy zatokę, albo przesmyk rybny;
W pienistych wirach rybołowy biorą
Do swoich sieci połów nieochybny.
Widziałem w rzekach ryb wszelkie rodzaje
I w przepaścistej jeziora czeluści;
Przepławna rzeka wolny połów daje
Każdemu z ludzi, co siatkę zapuści.
Nie biorą plonów właściciele sami,
Lecz wszelki ziomek Pospolitej Rzeczy:
Wolno mi ptaszki łowić pod chmurami,
A któż mi w rzece poławiać zaprzeczy?
Jezioro w karbach wiekuistej haci
I rzeka rybna, to są dary Boże:
Nie kopał rzeki żaden z moich braci,
Żaden wyłącznie korzystać nie może.


XXXI.

Nie będę w dłuższym rozszerzał się liku,
Choć godne piesień nasze miasta skromne;
Poczynasz tęsknić, spieszny czytelniku,
Więc grodów ruskich ostatek przepomnę,

Rozpowiem zwyczaj i obyczaj wszelki,
Jakowym ludzie rządzą się na Rusi.
Gdy dziecię wyjdzie z łona karmicielki,
W leconej wodzie omywać się musi.
Zaledwie pierwszem wołaniem zawoła,
Jako natura uczyła niemowę,
Wnet się dziecina niesie do kościoła,
Gdzie chrzestny strumień leją jej na głowę.
Wioskowe dziecko zaledwie w powiciu,
Zaledwie Boży świat ujrzy z oddali,
Słuszna mu płakać, bo przy dalszem życiu
Niemały ciężar na barki się zwali.
Słuchaj, jak matka nad małą kolebką
Śpiewa jękliwie i w nocy, i we dnie:
Nie płacz, malutki! a hoduj się krzepko,
Te łzy, to twojej doli przepowiednie.
Poczynasz płakać i tak aż do końca
Płaczliwa będzie piosenka twej dole!
Rzekła, i usty spiekłemi od słońca
Kładzie całunek na drobne pacholę.
A dziecię słucha, i klaskając w usta,
Ssie pierś matczyną z zapałem słodyczy;
Ale pierś matki znędzniała i pusta,
Pokarmu niemasz, a niemowlę krzyczy.
Matka z niem cierpi we dwójnasób tyle,
Idzie na strumień lub staw niedaleki,
I niby grozi: Poprzestań na chwilę!
Poprzestań płakać, bo wrzucę do rzeki.
Zjedzą cię ryby, co na wodzie płyną.
Ej przestań, mały, ostrzegam zawczasu:
Ot idą wilki! a cichoż, dziecino.
Bo cię wyrzucę wilkowi, co z lasu.
Cicho, mój kwiatku! coś boli dziecinie,
Albo wróżbitka złem okiem urzekła.
Nieszczęsne oko niech marnie wypłynie!
Bogdaj wróżbitkę wleczono do piekła!
Są u mnie wnuczki malutkie i hoże,

Główki kraskami i wstążkami kwiecą:
Oddam ci wszystko, ucichnij niebożę...
Ha! ha! ucichło i zasypia nieco.


XXXII.

Więc chrzestne baby do cerkwi je wiodą,
A cerkiew ruska o dwoistej bani,
A w cerkwi pieją z niegoloną brodą
I z długim włosem tutejsi kapłani...
Kuma przychodzi i o chrzest się kłania,
Ksiądz albo prośby, lub datku posłucha.
Często na Rusi z chrzestnego nazwania
Bywa wróżbiarska na przyszłość otucha.
Ileż tu głosów zabobonnych tleje
I ludzkich podań zastarzałych zwłaszcza!
Wtem kapłan wodą dziecinę poleje,
Chryzmatem czoło, pierś, usta namaszcza,
A kiedy święte odmówił wyrazy,
Już się zbawienna dokonała praca;
I tak omyte z pierworodnej zmazy,
Dziecię z imieniem do domu powraca.
W drżącej kolebce, uwinione w szmaty,
Ma pokarm gruby i niewiele warty;
Nie często matka przychodzi do chaty,
A dziecko rośnie, jako dziecię Sparty.
W pierwszej igraszce niedorosłe dziecię
Ocugla kostur powrozami z łyka,
I niby jedzie na żartkim dzianecie,
Harcuje, skacze, w kółko się pomyka,
I chłosta różdżką nieżyjące drewno,
Jak gdyby rycerz sprawia się z rumakiem.
Ruś, wziąwszy drogę od pradziadów pewną,
Idzie do końca staroświeckim szlakiem.
Pełni przyjęte obyczaje wschodnie
I wschodnią wiarę nieodstępnie trzyma...
Rzymskiego prawa majestat monarszy,
Swojemi gromy tej wiary nie skruszy.

Jako z podania nauczyli starszy,
Tak Rusin wierzy w uległości duszy.
Długie i mnogie zachowuje posty,
We dni przedświętne jada wstrzemięźliwie,
A jego pokarm roślinny i prosty,
Co jeno rośnie w ogrodach lub niwie.
Woda za napój służy dla człowieka,
Za pokarm bierze zieleninę polną,
A zasię mięsa lub udoju mleka
W dni umartwienia zażywać nie wolno.
W post się cielcowi mleko nie odbierze,
Od piersi matki nie odłączy jagnię;
Rusin nie czyni, jak owi kacerze,
Postnych wędzideł przełamać nie pragnie.
W dniach łez bolesnych, świętego zapału,
W dniach Twojej śmierci i pogrzebu, Chryste,
Kiedyby słuszna człowieczemu ciału
Odjąć wygody i żądze nieczyste,
Gdy wszyscy płaczą, heretyk się cieszy;
U niego mięsna zbytkowna biesiada,
Kiedy u wiernej chrześcijańskiej rzeszy
I ognia w domu niecić nie wypada.


XXXIII.

U nas na Rusi czasem przyjaźń święta
Mocniej niż związek krwie powinowaci;
Gdy dane słowo, prawica ściśnięta,
Obcy się zwiążą stateczniej od braci.
Przyjaźń wieczystą u stopni ołtarza,
Biorąc Sakrament, przysięgają męże;
A rzadko rozbrat przyjaźni nadarza,
Kto pobratymstwo w cerkwi zaprzysięże.
Kradzież jest jako przemysłu gatunek,
Kto zasię odkradł, z odwetu się szczyci.
Umieją warzyć czarodziejski trunek
Tutejsze wróżki i starzy wróżbici.
Widziałem nieraz o wieczornym mroku

Lecące baby i wróżki złowieszcze;
Widziałem, jako w bezchmurnym obłoku
Swemi zaklęćmi sprowadzały deszcze.
Potrafią wodę zaburzyć wyrazem,
Szkodzie usiewom, załamywać żyto,
I doić powróz, a za każdym razem
Mleko z powroza wytryska obfito.
Nieraz kochanek, posłuszny ich woli,
Choćby z za morza do kochanki przyjdzie;
Nie pióra orle, nie polot sokoli,
Nie twoje skrzydła służą mu, Kupidzie!


XXXIV.

Tęskną miłością po swoim Fedorze
Pałała młoda Rusinka Fedora.
Ognistych uczuć zataić nie może,
Miłość jak iskra do wybuchu skora.
Idzie z darami do wróżbiarki wiernej,
I tak wynurza boleść swego ducha:
Władczyni piekieł, o córko Awerny,
Coć czarna fala Acherontu słucha!
Powiedz mi, powiedz, gdzie bawi mój miły?
Przywiedź go rychło do mojego łona: -
Choćby nas kraje zamorskie dzieliły,
Zaklnij, niech przyjdzie, bo umrę strapiona.
Przez ostre głazy, przez morskie rozdoły
Wnet niech pośpieszy i rękę mi poda.
Niech mi go wrócą przyjazne żywioły,
Czy to powietrze, czy ziemia, czy woda.
Jeśli mię radą wesprzeć nie zechcecie,
Nie zdołam przenieść mego serca burze!
Rzekła wróżbiarka: Uspokój się, dziecię,
Co może sztuka we wszystkiem usłużę.
Przyjdzie kochanek z uściski czułemi,
Choćby go otchłań ukryła od świata,
Utopion w wodzie, zakopany w ziemi,
Albo z duchami po powietrzu lata.

Gdy nów niebieski promieniem wystrzela,
Wynijdź wieczorem w wesołej otusze;
Ja warząc proso i czarowne ziela,
Mieszać je będę i zaklinać duszę.
Z pośrodka mroku widziadło człowiecze
Zdołam wywołać dobitnie a rzeźwo.
Duch nadpowietrzny odpowiedź wyrzecze,
Echa ciemności głosem się odezwą.
Z a wy je puhacz, zastękną otchłanie,
A ziemia zadrży i hukiem wystrzeli,
Otworzy przepaść — a przed tobą stanie
Widmo po widmie, to w czerni, to w bieli.
Gdy się w widziadłach ciemność zawieruszy,
Pomnij, Fedoro! nie trwóż się w tej porze.
Twego kochanka miej obecnym w duszy,
A wara imię przypominać Boże!
Z Bogiem nie zdobyć piekielnych podwoi,
Niebios i piekieł rozliczna jest władza:
Kogo Bóg wspiera, to szatan się boi;
Kto trzyma z piekłem, Bóg mu nie przeszkadza.
Siądziesz na ziemi odważnie i śmiele,
Wywrócisz suknię bramowaną w szlaki;
Ja ci uszpilę czarodziejskie ziele,
Co cię ochroni od klęski wszelakiej.
Sam ogień zstąpi żarzysty i nagły,
War czarodziejski ogrzeje widocznie,
Kipiąc w ukropie nasienie od jagły
Takiemi słowy naszeptywac pocznie:
Przybądź, Fedorze! pośpieszaj, mój drogi!
Kochanka trunek czarodziejski warzy.
Jeśli przybędziesz, unikniesz pożogi;
Jeśli omieszkasz, ogień ci doskwarzy!
Tak czarownica na Fedorę godzi,
A ta z nadzieją oddala się od niej.
Tymczasem słońce wieczorne zachodzi,
Płoni się zorza na stronie zachodniej,
I fale wodne zabłysły jaskrawo,

Ziemia się czarnym całunem powleka,
I sen, brat śmierci, nałożył swe prawo
Na ciężką głowę strudzonego człeka.
Wszystko ucichło, aż pies gospodarczy
Ozwie się czasem, strzegąc domowiska,
Grzmotliwie, gniewnie zaszczeka, zawarczy,
Echo powtarza odgłos jego pyska.
Albo gdzie puhacz, siedzący na strzesie,
Złowrogim jękiem aż w serce zagrzmotnie;
Głos jego smutne przepowiednie niesie
Czułym kochankom, co tęsknią samotnie.
Fedora, wziąwszy otuchę do łona,
Tęskni po lubym spłakana i blada;
Jako turkawka w locie postrzelona,
Błąka się w ciemnie i na ziemię pada.
Daremnie jęczy, tarza się po ziemi,
Lecz serce wszędzie jednako płonęło.
Przychodzi wróżka z zioły zatrutemi
I czarodziejskie rozpoczyna dzieło.
Czartom i widmom daje hołd ofiarny:
Lecą maszkary na głos czarownice,
Stawi się kozieł kudłaty i czarny,
Włos jego gęsty, a oczy jak świece,
Pyskiem i nozdrzmi płomieniście bucha,
Straszliwe rogi na głowie mu sterczą.
Idzie doń wróżka i zaklina ducha;
Duch jeno okiem migoce morderczo,
I pyta wróżki, co uczynić może?
Ona mu każe w straszliwym napiewie:
Idź, kozierożcu, na ląd i na morze,
Przynieś na grzbiecie kochanka tej dziewie!
Rychło go znajdziesz, gdy przyśpieszysz kroku,
Wnet go wyszukaj choć w ciemnej pieczarze,
Nieś go przez morza, nieś go przez opoki,
Czy śpi, czy czuwa, dopełnij coć każę.
Posłuszny kozieł zajęknął i zniknął.
A Fedor słodził swe wieczorne chwile,

Już od dawniejszej miłości odwyknął,
Już drugiej dziewie dał serce motyle.
Upojon winem i szczęściem pieszczoty,
Chłodził po uczcie rozegrzane płuca.
Stróż go piekielny czekał poza wroty,
I rogiem bodzie, i na krzyż zarzuca;
Strwożony Fedor nie wie, co się święci,
Mniema, że trafem zawadził o kozła.
Postać go chwyta, ponad lasem kręci,
Kręci nad wodą i bystro powiozła.
Baszty i wieże pod stopami lecą,
Góry i wzgórki mżą się przed oczyma.
Fedor, od strachu wytrzeźwiony nieco,
Chciałby zeskoczyć, lecz odwagi nie ma.
Poznaje w ciemnie znajome budowy,
Poznaje wioskę, gdzie Fedora żywie;
Stare uczucia przyszły mu do głowy,
I wnet na ziemię spuścił się szczęśliwie.
Reszty nie powiem, bo to reszta łatwa,
Niech ją kto zechce skończy wedle siebie;
Nasza się pieśnią kolejno dogmatwa,
Jak ruscy ludzie płaczą na pogrzebie.


XXXV.

Gdy już u trupa przestaje bić tętno,
Stężałe ciało żółcią się powleka,
Wołają płaczkę, obrzędów pamiętną,
Ta umie płakać i cudzego człeka.
Jej łza przedażna jako grad się sypie,
Najemne, zmarszczki wykrzywiają lice,
I tak donośnie, przeraźliwie chlipie,
Jakby jej wzięto życia połowicę:
Poszedłeś, mężu, na wieczne pokoje,
Już nam nie przyjdziesz osładzać niedolę!
Komu twą chatę? komu dzieci twoje?
Kogo zostawisz, by orał twe pole?
Kto pójdzie ule podbierać z naczyniem?

Ty nam umarłeś — a my w tymże czasie
Głodem pomrzemy, tęsknotą zaginiem...
Poco umierać? wszak miałeś i zboże,
Miałeś i ogród — nędza nie ciemięży.
Siedem par cielic na twojej oborze,
Siedem par byków godnych do uprzęży,
Piętnaście krówek, przychodzących z lasa,
Do twego chlewa wieczorem się garnie,
Trzoda owieczek na pastwisku hasa,
Jest pełno mleka na naszej mleczarnie.
Starowna kokosz na podwórzu grzebie,
Pobiera ziarno, co w prochu zostawa,
Gęś kapitolska naokoło siebie
Ma trzodkę piskląt, zielonych jak trawa.
W pasiekach twoich, co kłoda, to roje,
Tysiące pszczółek pracuje nam gwoli...
Poszedłeś, mężu, na wieczne pokoje,
Już nas nie przyjdziesz pocieszyć w niedoli.
Kogo ja czule do serca przycisnę?
Na kogo spojrzę słodkiemi oczyma?
Wszystko na świecie, wszystko nienawistne,
Gdy ciebie niema, i szczęścia mi niema.
Już sen żelazny zakował twe oczy,
Nie słyszysz jęków z wieczności dalekiej;
Niechże cię światłość wieczysta otoczy,
Bądź zdrów, mój luby! na wieki, na wieki!
Tak płaczka płacze, i krzyżem się ściele,
I długim jękiem opłakuje straty.
A tu przytomni idą przyjaciele,
Zwłaszcza gdy zmarły był człowiek bogaty.
Nad jego grobem, jako Cerkiew uczy,
Ksiądz śpiewa pieśnię, albo pisze kartę:
Pietrze, któremu dał Chrystus swych kluczy,
Co masz dla dobrych Niebiosa otwarte,
Otwierasz wnętrze niebieskich podwoi
I pełnisz straże, kto do nich przybywa!
Oto nasz Iwan u wieczności stoi,

Niechże mu będzie droga niebłędliwa!
Pełnił, co każe cerkiewna nauka,
Był greckiej wiary zwolennikiem wiernym;
Kiedy więc we drzwi niebieskie zapuka,
Racz mu być, Piętrze, łaskawym odźwiernym.
Kiedy żegluje po górnym zakresie,
Niechaj go wichry nie zbiją daleko,
Niechaj wiatr święty do portu zaniesie,
Wesprzyj go, Piętrze, życzliwą opieką.
Skarbił twą łaskę po wszystkie swe czasy,
Byś mu rozjaśnił opiekuńcze lice;
Przed twojem świętem bez mięsnej przykrasy
Postem obchodził świętą piotrowicę.
Człek sprawiedliwy, a służebnik Boży,
Przed wasze bramy gdy zawita w gości,
Niech dobry klucznik bramę mu otworzy,
Niechaj go wpuści w krainę światłości.
Gdy będzie Niebios dopraszał się z płaczem,
Jego prostotę miej w życzliwym względzie;
On nie był mówcą, lecz jeno oraczem,
Może nieskładnie tłomaczyć się będzie.
Niech cię nie gniewa jego postać dzika,
Połóż duch jego na przychylnej szali;
Święty Rybaku! pokochaj rolnika,
Wyście po prostu Chrystusa kochali.
Gdy Ci to pismo dostanie się w ręce,
Racz, niech ustąpi wszelaka przeszkoda.
Znasz ducha, z jakim moją prośbę święcę,
Znasz ducha tego, co to pismo poda.
Potem trupowi ksiądz kładzie do ręki
Miedziany szeląg dla łatwiejszej drogi,
Aby w krainie wieczystej jutrzenki
Zdołał usunąć wszelki traf złowrogi.
Często na Rusi obyczaj się spotka:
Na grobie ojców ciepły pokarm stoi, —
Śmieszny obyczaj! jakby dusza przodka
Miała potrzebę jadła lub napoi.

Gdy nie każdemu na biesiadę stało,
Nie każdy w Niebo bez przeszkody wstąpi;
Kto zasię z ucztą pogrzebion wspaniałą,
Temu Piotr święty kluczów nie poskąpi...
Lecz już o Rusi bajałem bez liku,
Pora zakończyć — bądź zdrów, czytelniku!




PIENIA LIRYCZNE
MIKOŁAJA SMOGULECKIEGO
NA CZEŚĆ ZYGMUNTA III KR. POL.
przypisywane
SARBIEWSKIEMU.




ODA I.

Zastęp cnót walczy pod sztandarami Zygmunta.

Diva subjectas domina coronas
Quae manu spargis...

Bóstwo! którego prawica łaskawa
Sieje korony i berła rozdawa,
Co z tronów świato uchylonych nizko
Czynisz igrzysko!

Bóstwo, przed którem potężni mocarze
Drżący przestrachem, padają na twarze,
I zawścieklonych żołnierzy gromada
Na twarz upada!

Co ulatując nad naszemi głowy,
Łaskawie czynisz przegląd obozowy,
Liczysz szeregi i z pełnego łona
Żegnasz znamiona!

Oto wrogowie pierzchają w tej chwili!
Jeno tarczami głowy zasłonili;
Z naszych proporców ku pohańczej stronie
Postrachem wionie.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kadzidlany.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wskażże.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sebastian Fabian Klonowic i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.