[okł]STEFAN NAPIERSKI
ZIEMIA WOLNA
WARSZAWA — 1930
NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA
[red]DRUKARNIA
MINISTERSTWA
SPRAW WOJSKOWYCH
WARSZAWA
PRZEJAZD 10
[5]„Wiem, że umiem kochać; lecz nie sądzę,
iżbym był zdolny do nadzieji”.
(ARAGON)
[7]
ELEGJA
Jeśli tę wiosnę chmurną niechętnie przeżyję,
A chłód marcowy kości do cna nie wysuszy,
Zbratam mą dłoń samotną z nieruchomym kijem,
Niech wspiera mnie — raz jeszcze! — w daremnej podróży.
Powrócim. Ciche dymy jak dawniej się wznoszą.
Nad rzędem książek okna płaczą ranną rosą.
Na co ci było, kiju, na siebie brać winę?
Ci sami powracamy z dalekiego świata,
W ciele i w drewnie płomyk dawny się kołata,
Deszcze kwietniowe wielkim szlochem się zanoszą —
Daj, niech się zazieleni. A mnie złam jak trzcinę.
[8]
PRZEMIANY
Natchniona boli głowa
Ten stary aparat z blachy
Zbyt mocne wszelkie zapachy
Zbyt piękna woń łąkowa
Słoneczna złota słoma
Mokra zielona barwa
Nie mogę cię ziemio kochać
Gnije skoszona trawa
Na ścianie mętny deseń
Nie chcę! Jutro nie umrę!
— Za szybą chuda jesień
Powoli przechyla urnę
W bólu natchnionym rozroście
Zapadam w sen i płeć —
Aż mnie powali na pościel
Niepodźwigniona śmierć.
[9]
ASTROLOGJA
Zagaś światła patrzące, niechaj mnie nie śledzą.
Wieczorem, gdy spragniony wiekuistych znaków,
Samotny, śledzę obrót straszliwy zodjaku,
Ty jeden patrzysz na mnie, ludzie — już nie wiedzą.
Po niebie wodzisz światy, smutne i ogromne,
O, zdmuchnij wszystkie światła, tkwiące nad głowami —
Nie kuś mnie, samotnego, czarnemi gwiazdami:
O sobie zapomnianym niech wreszcie zapomnę.
[10]
ŻYWIOŁY
Rośnie: ziemia, powietrze, ogień oraz woda,
Wszystkość, spojona z czterech groźnych elementów.
Z najgłębszej głębi rośnie w głębie firmamentów
Ku gwiazdom starym gwiazda zielona i młoda.
Rodzą się, przetapiają i gasną skupienia.
Nasienia z tego świata i z nieba napoły:
Rozbłyskują się nagle świecące żywioły,
Anioły, śpiące twardo i ciężko, jak ziemia.
I.
Z ciebie wyrastający, czarnej i samotnej,
Ogromniejemy w wszechświat, samotny i czarny,
I niema kresu tobie w pustce planetarnej:
Wszędzie jest tylko ziemia w odbiciu stokrotnem.
Aż kiedyś się wyrwiemy poza światy wrogie
I zrzucimy ich ciężar wraz z istnieniem razem:
Wtedy wyrośniesz nad nas ciężkim czarnym głazem,
Zamurujesz nas sobą i przysypiesz grobem.
II.
Wianie wiatru, głos zwierząt, dźwięk — tej oto — mowy
Napełnia rozszerzone żywem życiem płuca.
Wydech cichym strumieniem niebiosa wyrzuca,
Łącząc ciało z istnieniem, jak widnokrąg nowy.
[11]
Chłonę słone przestworza wargami obiema,
Światło wielu atmosfer znów uderza oczy —
To on, wielki wiejący, z sobą nas jednoczy:
A tam, dokąd umrzemy, już powietrza niema.
III.
Krzewy ciemne rozdyma gorejącym bogiem.
Listeczki najzieleńsze z ciepłej głębi pędzi.
Owocem ciężkim zwisa na twardej gałęzi,
Gromem zrzuca go złotym — wszechrodzący ogień.
Zanim z powietrzem ciało ludzkie w płomień zwiąże.
Znów zapłodni palącem tchnieniem pustkę światów.
Rozprowadza po glebie ciepłej, glebie kwiatów:
I już płonie kwiatami, w ciemnych drzewach krąży.
IV.
Szklanemi korzeniami ryjąc w mrocznej glebie.
Tryska, w dźwięku obraca się łodygą ślizką,
Jak kulę z celulojdu czubem wodotrysku
Podrzuca siebie samą, aby opaść w siebie —
Fontanna bezustanna ciśnieniem wysokiem,
Którem rządzą księżyce. wygina się, wspina
— Z warg zawartych wypływa ostatnim krwotokiem,
Wodą w nicość zmienioną, jako ongi w wino.
[12]
POŻAR
Kasztany wieczorami, jak świeczniki, płoną,
W czerwoną zorzę wznoszą wzorzystość rumianą,
Na ranie niebios palą się kwitnącą raną
I kapią — między zęby — wonnością zieloną.
Aż wargi się rozedrą: dwa spieczone strupy,
W nieruchomem powietrzu, jak w świętej oliwie.
Piją balsam okrutny i żywią się chciwie.
A kasztany czernieją, jak zwęglone trupy.
[13]
I.
W ogrodzie luksemburskim młode drzewa kwitną,
Jak strugi szklane, ptaki dzwonią i świegocą —
Wiem, przyjdziesz do mnie duszną i upalną nocą,
Wiem, umrę śmiercią zwykłą, nie śmiercią zaszczytną.
I nie przypomnę fontan, bijących tak szklano.
Cichego jęku wody, zieleni ni srebra:
Na mokrem prześcieradle trząść mnie będzie febra
I nagle się obudzę. I będzie już rano.
II.
Niechaj raz jeszcze spojrzę na wilgotne pąki.
Na pędy pękające, jak bolesne żyły:
Lecz nie daj, dobry Panie, by dni me ożyły,
Nie pozwól, by na nowo zakwitły mi łąki.
Jeśli trzeba, niech spojrzę, niech jeszcze popatrzę
Zanim zęby zadzwonią, mroźno zadygocą:
A wtedy przyjdź i zduś mnie — jak kurtyną — nocą:
Zdmuchnij, jak mdławą świeczkę na pustym teatrze.
[14]
* * *
Gdy ci ucho przykładam do piersi,
Słyszę, jak krew równo oddycha.
I nie boję się już we śnie śmierci,
Śmierci tej, co jest nagła i cicha.
Słucham długo... sennie... piersi twojej
Nie chcę dłużej! A od nowa muszę!
Cichym szmerem tak się niepokoję!
Nie chcę słuchać, bo usłyszę duszę!
Ona ze krwi dyszącej nie zniknie!
Ona piersi oddechem przewierci!
I przez usta stygnące wykrzyknie,
Gdy mi ucho przyłożysz do piersipiersi.
[15]
SROGA MIŁOŚĆ
Zaznałem już na ziemi wszystkich Twych miłości.
Nawet ciało Twe w hostji świętej kosztowałem —
Nieskończoność zamknąłeś biednem mojem ciałem
I wyrywasz się teraz z ludzkiej skończoności.
Głód nasz, kiedy nareszcie odsłoni nam Ciebie,
Zerwie ciało, jak sztandar, co gwiazdy przesłania:
Spoimy się na wieki i zamkniemy w niebie,
Skądś wygnał srogą żądzę: nieba i kochania.
[16]
MIŁOŚĆ
Przez powietrze omglone płynąć w ptasim jęku,
Rozwiewać się w welony pochmurne na niebie,
I, jak w sieć, dać się złowić spojrzeniem przez ciebie,
I do rąk twych powrócić w trzepocie i lęku —
I do piersi przycisnąć twoje dłonie obie,
I przyklęknąć u stóp twych, jak nędzarz, co klęka,
I do warg twych przycisnąć moje wargi obie:
To jest wszystko. I to jest bezcielesna męka.
Czemu, po niebie błądząc, ciebie zawsze łaknę?
Zawsze, kiedy łapczywie chwytam twoje ciało.
Ciebie mi w tobie samej zawsze jest za mało
I nie wiem, co to miłość. Napróżno jej pragnę.
[17]
LOT POCAŁUNKU
Kiedy nas słowa dzielą, daj się ustom łączyć,
Nie pozwól, by nas blade różniły wyrazy;
Zamiast ściągać je w grymas niechętnej obrazy,
Spójmy wargi, by w słodkim gniewie je rozłączyć —
I na nowo zlutować je w złote pierścienie
I dyszeć w ciepły otwór, trzepotać językiem
I zerwać się w burzliwe świecące cierpienie
I bić się, jak gołębie, kołysane krzykiem.
[18]
LIPIEC
Figi ciepłe, otwarte, jak kobiece łona,
Migdałów świeżych zieleń, jak futrzane pyszczki,
Melonów ozłoconych mięsistość stłoczona,
Krwawe prawie czarne porzeczki —
Powiewy okien, mgliste letnie deszcze,
Parność, jak ostrze w stężałem powietrzu,
Krótkich błyskawic trzaskające dreszcze
— To jest nareszcie miłość elektryczna.
Pieszczoty są jak owoc zielony i mdły,
Serca — jak bicze błyskawic, bolesne i duże
— Zamiast ust do pocałunków najbezwstydniejszych,
Podam ci różę.
[19]
DWIE STROFY
Nie mówmy już, gdy słowa zanadto są drżące.
Pocałunki milczące pełne są wołania,
Nie placz, mila: zbliżamy się w każdej rozłące —
Niema szczęścia głębszego nad radość rozstania.
Nie podawajcie dłoni waszych, przyjaciele!
Nie dotykaj wargami, najmilsza, warg moich!
Nie jestem człowiekiem. Jestem płomieniem
Miłości.
[20]
JĘK
Kiedy ciebie pożądam, nie wiem, kogo pragnę,
Lato przemija, jesień cóż pogodna ziści?
Kłamałem. Zapamiętaj moje kłamstwa dawne.
W słowach miłości zbyt jest wiele nienawiści.
Na wpół ockniony ogród o! rzuć cień okienic,
Drzewa nic nie przypomną, o poranku wieją —
Wsparty wpół o kolumnę, czyż pragnę co zmienić?
Gdy świtaniem się rzeźwisz, żegnam się z nadzieją.
O, dość już! Strzaskaj harfę, porozrzucaj urny,
Nieczuła, jak Borghese z marmuru Canovy:
Jakiemiż witać, żegnać cię jakiemi słowy,
Gdym zimny jest jak marmur i jako on chmurny?
Raz jeszcze spójrz! Te słowa kłamstwa zbyt powszednie...
Ptaki budzą się, słyszysz szept zbudzonych liści?
Nie patrz! To tylko zorza, to nie miłość blednie.
Nie słuchaj! To jest jesień, nie jęk nienawiści.
[21]
BURZA
Nawet listek, jak drobny cień, nie zadygoce,
W pomroce, pod balkonem zielonym, ktoś wzdycha.
Jak w „Romeo i Julji“, w rozjaśnione noce
Horyzont fijołkowy jest, a ziemia cicha.
I już szelest gałęzi biegnie przez ulice,
Niebo rozlane srebrnie tnie w blade zygzaki
— Ziemia zdziera horyzont, jak trup powijaki,
Nad wszystko umrzeć pragnie i świecić księżycem.
[22]
* * *
Juljanowi Tuwimowi
Pamiętam: to tu właśnie
Przywiewały od wody słowa wierszy,
Tu chciałem na zawsze śnić
I prosiłem, abym mógł nie żyć.
Dzisiaj: jak pluskało, tak pluszcze,
Chwieją się, chrzęszcząc, oczerety,
A zielonych wierszy już nie napiszę:
Tatarak lepszym jest poetą.
Nie chcę grać, ani szumieć na wietrze, — tak urosłem.
Wolę patrzeć bez smutku, ciekawie,
Jak się marszczą, drgają fale czarne na stawie,
Poruszane lśniącem wiosłem.
[23]
* * *
Gdy w szybach widnych księżyc staje jasną nocą,
Park drzewami czarnemi poza oknem szumi,
Wydziera się ten okrzyk, który dzień w nas tłumi:
Dawna wielka tęsknota pociąga przemocą.
Chodzę po dworze starym i pełnym pamiątek,
W ustach niewymówione palą wszystkie słowa,
Podłoga skrzypi, cicha sprzętów brzmi rozmowa —
Jak widmo lunatyczne, powracam w początek.
[24]
IMPRESJONIZM
Pachnie poziomkami
Ciemno i gęsto,
Suche wargi plami
Wilgotne mięso.
Ciepłe deszcze wiszą
Na obłoku burym.
Trawy się kołyszą
Szeleszczącym wtórem.
Księżycowo pluska
W szumiących szuwarach,
Mignie srebrna łuska,
Ciemnieje tatarak.
Na czarniejszej łodzi,
Co się kładzie płasko,
Po wiejącej wodzie
Odbić się od piasku.
Na zmoczonym brzegu
Wciąż ciemniejszą nocą
Rozprostować nogi.
Mocno pachnie wodą.
W ustach wysuszonych
Słodko poziomkowo.
Na cóż płynąć rybą?
Krew pulsuje szybko.
[25]
GOGOL
Ciepły deszczyk wisi
Ciągną ciche chmury
W dalekościach szarych
Zielone kopuły
Nieskończone drogi
Taplą się gliniaste
Szerokie rozłogi
W dali: senne miasta
Domki wesolutkie
Ganki z winogradem
Oczy niezabudki
Liczka trochę blade
Za siwym futorem
Coś się skrywać musi —
Serca trochę chore
Na tej świętej Rusi
Pola rozorane
Czarne wrony kraczą
Widać już z telegi:
Czarne drzewa szepcą
Przyjechać wieczorem
Gdy berwiona płoną —
I twarz skrywszy w dłoniach
Zapłakać cichutko.
[26]
E. A. T. HOFFMAN
Elfami i gnomami zaludniony twój mózg, Amadeuszu,
A serce jak zachrypnięta, rozbita zabawka.
Pociągałeś za sznurki marjonetek, które, zamiast
śpiewać, piszczały.
Niuchając tabakę czarniejszą od bezgwiezdnej
wieczności,
Byłeś rzeczywisty wtedy tylko, gdy na balu dworskim
małej rezydencji
Uganiałeś się, starzec poczwarny, za młodą Elfrydą.
Zefir podnosił poły tabaczkowego fraka,
A anioły skrzypiały na fletach, śmiejąc się w kułak.
Dlatego pozdrawiam cię, urzędniku pruskiej komory,
Na rynku warszawskim uciekający przed cieniem
kotów w noc księżycową.
[27]
NADMIAR SŁODYCZY
Jerzemu Liebertowi
Gdy już nie starczy tchu
W tym obłąkanym codziennym wirze,
Spoglądam w lustro:
Na odbitą gałązkę lila bzu.
Nieruchomo płynącą po wodach szklanych i sennych:
I czuję — ze wszystkiego ona jest najbliżej.
Nie mogę jej dotknąć dłonią,
Ujrzeć dotykiem, jak jest wdzięczna i giętka,
Drobnych listeczków jej, zamknionych zieloną tonią.
Nie złowi, nie uchwyci ręka moja, jak wędka —
Nie poczuję zamarłych, zawartych w kryształ
zapachów.
Ani zdziwionych na powietrzu płatków.
Nie będę gładził palcem, drżącym od lęku,
od słodkiego przestrachu.
Łodygi równej i gładkiej —
Ach, zrozumieć cię! Ach, gdyby
Móc cię ująć, najdalszy świecie,
Płynący po sennych wodach, tam, gdzie się kończą
szklane szyby...
Od tego, od nadmiaru słodyczy,
Pęka mi serce przecie.
[28]
* * *
Kiedyś za szybą restauracji w Wilnie
(Drzewa we mgle, nieco pada)
Usypiałem, ciepły i szary,
Aż do końca jakiegoś obiadu
Poczem trzęsła wielgachna dorożka
Poza mostem, gdzie się wije Wilja
(Czarne bory, długie i nęcące)
Prowincjalna, zwyczajna tęsknoto!
Tak objechać ciebie, czarna ziemio,
Tak rzemiennym objechać wkrąg dyszlem!
— Aby w Rzymie, na Corso Umberto,
Znów zatęsknić za tęskniącą ciszą!
I nad lampką jarzącego wina
(Kołysanym przez wspomnienia deszczu)
W sennym kątku wesołej tawerny
Usnąć sobie i umrzeć nareszcie.
[29]
PILICA
Dzikich grusz konary korabie płynących zapachów
Na rozstaju złoty tuman pyłu
Czyją jesteś Najado czyją
Pełna lęku dzikiego przestrachu
W maleńkiej izdebce
Wicher nocą stęka
Za szybą szepce
Tulisz się pełna lęku
Świt rózgi drobnych motyli w maju
Nie zawodzi ze zgniłego zielonego ruczaju
Gonię bosą po rosie
Głos się po rosie niesie
Poznamy się po głosie
W oczarowanym lesie
Nadbrzeżne urwiska
Wpijają się sosny
Rosną wielkie skrzydliska
Będą nas niosły
Pod słomianym grzybem
Rozgarnięte mokre gałęzie
Okolonych nimbem
Płynna zieleń więzi
[30]
Tam po drugim brzegu
świetlne drzewa pełgają
Tu falują drgają
Płaszczyzny w szeregu
Grają tafle blasku
Ognie wód zieleni
W wieczność się przemieni
Moja pieśń o lasku.
[31]
POEMAT SIELSKI.
Przychodzisz do mnie znów, domagasz się odpowiedzi,
Nie umiem nie ci powiedzieć, o jednostajna jesieni.
Komuż rachunek zdam z dni, które mijają niczyje?
Mali kuzynkowie mówią: wuju! Smutno mi. Młodość
mija.
Kiedy jest bardzo gorąco, że już schwytać niepodobna
oddechu,
Siadam pod wiązem cienistym na ścieżki brzegu.
Rankiem budzą mnie ptaki, w niebogłosy świegocą,
I aż do nocy nad czołem tworzą świecące koło.
Jakżeż miło, zapomniawszy o męce, siąść na
zwyczajnej ławce,
Przyglądać się trochę czasu owadom i trawom.
Nie pamiętam o książce, którą czytam niechętnie,
i o tem, co było temu dwa lata,
Zrywam słodkie maliny i kłuje mnie szorstka trawa.
Ale jeszcze ostrzejszy jest splątany agrest,
Wspominam go w zawiłej gorączce nad ranem,
Jako znak pocieszenia, gdy zgubiony jestem,
Jak czyjś precz odrzucony i pomięty adres.
A kosy już zadźwiękły wesołą piosenkę
I rozrzucają chwasty w mocny jasny deseń.
Sianokosy znów pachną, kosy znowu dźwięczą,
A jednak róże pachną minionemi laty
I pory zamyślenia biją jak godziny.
Więc nigdy już nie znajdę prostego wyrazu
Dla wielkiego milczenia, największej pociechy,
[32]
Nie opowiem mocnemi słowami konarów
Ku ziemi zwisających drzewa pod mym gankiem,
Ani ptaków szczebiotu, skaczących wśród liści,
Od miedzy równej linji pośród zbóż jak strzała.
Wiem trawniki plamione złotością wieczorów,
Ale mówić nie umiem.
Obok mostku się pluszczą bure w strudze kaczki,
A tam na drugim brzegu jest studnia rozumna,
Na tej mokrej zieleni studzienka okrągła.
Patrzę ździwiony wielce, o strugo wesoła
Z buremi kaczuszkami, znów patrzę dokoła
O stóg siana oparty, tam lasu półkole —
A jednak powracasz ty jedna, przez wszystkie godziny
i myśli.
I czuję cię w każdej myśli, trująco-gorzką, jak orzech,
A jednak powraca twój oddech, gorzki i mglisty,
I wiejesz chwiejesz znów drzew ciemnemi czubami!
Jesieni, zlituj się nad samotnymi.
[33]
WSZYSTKO
Kiedy znów kwiaty pachną, cicho gwiazdy świecą,
Ziemia prawie jest czarna i morze już blednie,
Godziny płyną zwolna, wieczne i powszednie,
A po niebie gasnącem czarne ptaki lecą —
Czuję, jak zdrój wszechrzeczy przezemnie przecieka,
Bije — jak zegar świata — moje serce marne,
I kiedy noc ogarniam, to wszystko ogarnę:
Obojętność wszechświata, samotność człowieka.
[34]
ANIOŁY
Skrzydłami szemrzą, szeleszczą
W szumiącym deszczu.
Zwichrzonemi obłokami
Gnają nad roztopami.
Przeglądają się w stojących kałużach,
Gdy je marszczy marcowa burza.
Biją się wichrami na strzępy,
Śniegiem sypią — i śnieg jest święty.
Odrywają się od ciągnącej chmury,
Opadają, opadają zukosa,
Dzień mży chmurny, szumiący, bury,
Przesłaniają skrzydliskami niebiosa.
Na gałęziach czarnych piórka muskają, rozkładają.
Noc się wiesza na gałęziach wczesna, blada —
Podlatują raz jeszcze ociężale,
Podrywają się ospale,
Zasypiają
I — z twarzą odwróconą ku nieruchomemu
księżycowi — czekają.
[35]
* * *
Pokoje bezcielesne, jak słoneczny pył,
O, światła, rozpylone w złoty groźny kurz —
Uśpią nas, uwięzionych w przezroczystość brył,
Sześciograny pokojów, toczone, jak nóż.
Dłonie, zioła zemdlone, tłuką z trwogą w szkło,
Płyną, rybki ździwione, w niebieskawej bani —
Rozchwianych, mimowolnych, łowi czyste dno,
Snu słodka geometrja, jak trójkąt otchłani.
[36]
MEETING
Stolarz strugający stołek bierze go z „tamtego“ świata
Apostołowie nowego porządku mylicie się! Wybaczam
pomyłkę waszą
Któż ze stołkiem na którym siedzi naprawdę się
zbratał
Chyba ten kto go stworzył Którego niema słowa go
nie zważą
Jeśli mówicie o śnie postarajcie się zbudzić do jawy!
Spójrzcie na własną dłoń! Płyną nią okręty i chmury
Ty strugający cieślo! Ty który wołasz! I ja poeta
On nas zna My go nie znamy
Który oplecie nam szyję we śnie więzienny sznur.
[37]
SĄSIAD
Napchałeś tytoniem tureckim 200 papierosów.
Mam je w szufladzie.
Ale jak Szyllerowi jabłka nie dają natchnienia.
Tęsknię za Turcją.
Rosła brunetka twoja wietrzy czerwone bety
na balkonie. Nie
Jesteś poetą. Jesteś szczęśliwy. A ja małej córeczce
Daruję mandarynkę. Ona woli ogryzać paznokcie lub
Ssać brudną piąstkę gdy wesołem syczeniem pali się
piecyk gazowy.
Mówiłeś kosztuje 20 złotych i skarżyłeś się na
Urząd Podatkowy. Wspólne mamy troski ale
szczęścia nasze
Są odmienne. Różnimy się w odmianie róż.
To decyduje.
Nie masz ambicji która mnie pożera. Prowincjonalnego
poetę. Masz bety.
Sąsiedzie!! Nie goliłem się cały dzień. Noc
melancholji. Jestem jak ty.
Zarośnięty. Podobni. Bardziej podobni niźli
kiedykolwiek.
Pojmiesz. To ja wiem za nas dwóch. Przeto
Siedzę w samotności jak zwierzę. A ty grzejesz
zgrabiałe
Ręce i sięgasz po kolczyki żony. Nie podchodź.
Godzina
[38]
Późna a gwiazda zielonkawa na wschodzie do
Którego tęsknię. Potykasz się. Stykamy się obaj na
Schodach. W ciemności ukłonisz się uniżenie
ty spracowany i u-
Bogi. Ale nie oczekuj pomocy. To ja. Gdybyś
wiedział kim
Jestem nie zechciałbyś mnie znać.
[39]
TOMASZ CLARK
Krocząc ludną ulicą bluźnierczego miasta,
Idąc nago i pięknie, dziki adamito,
Chciałeś frunąć nad dachy 16-piętrowe,
Aby wzlecieć z uśmiechem, jak poranny obłok.
Nad biedną czaszką chwiały się twą aureole,
I paliło cię słońce strasznym złotym nimbem,
Kluła świętość nadziemska twe różowe ciało,
Co pragnęło niebiosów w tej suchej Gomorze.
Pochłaniałeś nozdrzami, miast asfaltu, ozon,
Chłód niebieski, jak palmy, rozkołysał łyse
Czoło, a spalona benzyna była jak chloroform,
Błogostan się rozwierał, ryczący trąbkami —
Zanim cię obskoczyli zwinni policmeni,
Usłyszałeś harfiany jęk, ujrzał-ś lutnistę,
A kiedyś runął twarzą w tłum, padałeś przed Nim,
I ci, co odrywali cię, byli Anieli,
Wszyscy w niebieskich bluzach, z zapoconą mordą,
Nad tobą wyjąc śmiechem, któryś ujrzał Jego —
My wszyscy, którzy codzień u białych obrusów
Niepojęte i święte zjadamy potrawy,
Jak dwunastu czyniło w ostatniej wieczerzy.
[40]
WRÓŻBA
Same złe znaki!
Nocą jak czaszka spękana czerepy doniczek!
Smyczki Aniołów opuszczone w dół w wielkiej
melancholji
Ptaki:
Szczeliny świtu w martwej cynfolji
Przyszłość
— Z załamanemi rękami staję nad wywróconą
solniczką.
[41]
I.
Oto jest sen i jawa — śmierć jest oraz życie,
Z czterech istnień istnienie nasze tylko ćwiercią —
Cóżże o wszystkiem wiemy, na cząstki rozbici,
Życie zanim zgłębimy, porywani śmiercią?
II.
Rano — zanim się zwleczesz niechętny z barłoga,
Już oko opatrzności: słońce się zapala.
Płyniesz dniem, w Nim się gubisz, jako drobna fala:
Wieczorem umrzeć możesz, kiedyś widział Boga.
III.
O zmierzchu — sen ogromny powieki ci klei,
Księżyc, jak od miljardów lat, cicho wypływa.
Kiedy budzisz się po raz tysiączny z kolei,
O brzasku płyniesz w górę lekki, jak oliwa.
IV.
Któż mnie zdoła pocieszyć w głębokiej miłości?
Któż mnie uleczyć zdoła z wielkiego kochania?
Samotność swoją doda mojej samotności,
By śmierć przemieszać z życiem, jak echo
z wołaniem?
[42]V.
Czem śmierci-bym się wyrwał, jeśli nie kochaniem?
Cóż z przemijania wybrał, gdybym mógł wybierać?
Jak mam, żyjąc miłością: ciągłem umieraniem,
Umrzeć wreszcie, gdy pragnę bez końca umierać?
[43]
* * *
O, niebo dręczące bardzo.
Głowo — straszliwa gwiazdo.
Trójkąty kolorów: dnie.
Księżyc ciosa pnie. Ogrody śpiewają, wychodzę
na łów,
Chudnę — od ciężaru snów.
[44]
* * *
Dzięcioł to także ptaszek, choć nie śpiewa — woła.
Stukając w korę, przypomina robakom pukanie do
drzwi Gabryela, zwiastującego Anioła.
[45]
* * *
O, jak miło, kiedy list nadejdzie zdaleka!
Zapomina się o wszelkiej trosce.
W biało-zielonej francuskiej wiosce
Listonosz lubi zwlekać —
Ale listy nic zmienić nie mogą. Przestałem czekać.
[46]
ELEGJA
W butach palonych, długim kitlu, słomkowym kape-
luszu z rondem, z pejczem w garści, pan karbowy,
Szumiąca wokół białego dworku brzezinka,
staroświeckie drzewa —
O, jakiemiż uczcić was słowy
Mam ja, obojętny przechodzień, tę młodość
niepowrotną z Kraszewskiego, której nie zdołałem
przeżyć, a cóż dopiero opiewać?
[47]
* * *
Dzisiaj tęsknię i, jak Schiller, wyrzekam na więzienie
mieszkania,
Ale znów wrócę do domu, gdzie nikt mnie nie zechce
pocieszać
I zagłębię się w książkach. nad mądrość spragniony
kochania
— Lepiej nie ruszać cię, lasko, by cię w rozpaczy
nie wieszać.
[48]
ALCHEMJA
Znam zawiłe recepty, sekretne rozkładam substancje.
Ale ogień nie bucha, co czyste wytopi złoto.
[49]
CZŁOWIEK PRZECIĘTY PEJZAŻEM
Fryzjer golący namydlonego
W sinem włoskiem miasteczku
Przypomina powieść Hamsuna
Kończącą się tragicznie.
[50]
ROMEO
Oczyma suchemi jak krzemień uderzam Przecinam
Nie wiesz
Patrzę z okna chirurga jak w rozświetlone oczy
kochanek
Pod gwiazdami oślepłeś Romeo Oczy twe suchy błękit
Już nie młodzieńczo rozwiany: twardy czarny
kapelusz.
[51]
* * *
Cztery stare angielki, schylone nad table d’hôte’em,
Mieszają sałatę z octem, jak czarownice w Makbecie,
A z prawej sąsiad bankier o kartoflowatym nosie,
Czytając kursy giełdowe, udaje Pana Boga.
[52]
* * *
Kelnerze włoskiej restauracji! jesteś kolegą z lat
szkolnych:
Gdy z szczękiem pod stół się wywracasz, —
grasz na deskach teatru.
[53]
LEKTURA
Wyblakła proza Henri de Régnier
W zwykłej żółtej okładce
Na oknie dogasają wieczoru cienie
Nawet się spać chce.
O, jakżeż to jest nieciekawe
Blademi płakać łzami —
Słowa te nie są krwawe
Ale pisane są łzami.
[54]
SEKWANA
Na burej, na zielonej rzece drgają światła krążki,
Kiedy kamiennym brzegiem przechodzę niemy,
Oglądam starych autorów nieczytywane książki —
— Umarli, jak my pomrzemy.
A gdy przerzucam zakurzone karty, — tam na rzece
Płyną wody do dalekiej bramy,
Pewnie dziwią się wielce,
Czego my tu właściwie szukamy?
[55]
SZCZĘŚCIE
Na oknie 10° wiosennych (Réumura)
Znów paki pękające jak wyschnięte wargi
Przechodzę szarym placem jak co rok bez skargi
Górą ciągnie zielona już temperatura
Wnet burza się wysoka i bura zawierci
Jak ptak spadnie niebawem rozkołysze drzewa
Bym smagany nadzieją głupio się spodziewał
Krztusił ulewą kłamał uśmiechał się śmierci.
[56]
POWRÓT
Młodości! znów mnie nęcisz. Dawne antykwarjaty,
pełne pyłu, odwiedzam, pieszczę wzrokiem tytuły
wyblakłe, poustawiane rzędem. Och, gorzkie jesienie
od liści mokrych... Gdy powracam z dalekiej podróży
nieczuły
dla ludzi, jakżeż książki cenię
śmiertelnie!
Niestety, wbrew opinji, nie jestem bogaty.
[57]
DUCH ŚWIĘTY
Ach, w mozartowskich Chinach ojcem-Jezuitą
przez teleskop oglądać smoki nieochrzczone!
Wiosną, na welinowem niebie z akwareli,
z gwiazdy, kąpiącej srebrnie, spływa jedna łza.
[58]
WENECJA
Buazerja łoża dębowe
Dzwony nieszporne wieczorne
Woda pluszcze
„Tu mieszkał Anzelm Feuerbach“ —
I skory skłon mostku.
[59]
PRZEBUDZENIE
Smagle ramiona, kark
I marynarska bluza —
Jak zębów błysk wśród warg,
Zbudzona płonie muza!
[60]
KRAJOBRAZ
Gdzież są słowa pochwalne,
Jak horyzontu linje?
Groźne i tropikalne
Czarne majaczą pinje.
Księżyc i zły i złoty
Skręcone konary przecina,
Jak mokry miękki motyl
Na wieży się niebo rozpina.
Tchnienie morza rozgrzane
Ciepłe ciemności rozwiewa —
O, serca storturowane!
Storturowane drzewa!
Ta, którą jestem chory,
Rozpacz północnych miast,
Wraca w ciche wieczory,
Pełne wielkich gwiazd.
[61]
FLORENCJA
Namiot nieba zielony
Triumfalny jak łuk
Umarł św. Jan smukły
Nie mogę odnaleźć głowy
Przedziera czarny pastuch
Mgłę Andrea del Sarto
Apostołów dwunastu
Rozrzuca tragiczne ręce
Nie wyjść gdzie białe gołębie
Pusty się kulę jak fartuch
O zwinąć wielkie namioty
Zwieszone nad puste głębie
Krzyczą święci na murach
Ja z nimi jestem więziony
Nam wszystkim rozpaczać nie warto
Zamknionym w palących lazurach
Rozbić te mury o Janie
Wylecieć pod namiot zielony
Niech chaos na nowo się stanie
Który w nas woła
Na zawsze jam potępiony
Jak głowa Michała-Anioła.
[62]
ORFEUSZ
Na złotej drodze gasną pinje czarne
Idąc wzdłuż muru przymknąć nagle oczy
Wdół opadają steczki wydeptane
W dolinie dołem falują oliwki
Jak szara fala pod urwistym brzegiem
Już wydłużają się ruchome cienie
Rosną ogromne i tną wpoprzek drogę
Góry śpiewają wielki hymn żegnania
Orfeusz lirę trąca skała słucha
Cyprys jak płomień ciemny w górę bucha
Domy na borach czarnych i zielonych
Są kolorowe jak wzdęte bałwany
I zasłuchane w wiatr
Okienka domów jasne o jak smutne
Zdaleka słońce przecina żaluzje
I w nich wyżłabia ciemność jak w mych oczach.
I jeszcze bluszcze o również płynące
I jak girlandy drżące w cichym śpiewie
W czerwonem świetle na ułomnych murach
Zwieszone... to jest skarga wszechstworzenia
Pod wtór ogromnej liry która rwie się
I struny światła wyrzuca na niebo
By zgasnąć ponad kopułami miasta
W czyichś ogromnych rękach.
Wielkie głazy powstają śpiewają jak te kamyczki
Które trącam nogą białe.
[63]
W mojej głowie myśli jak jaskółki w locie
W pogoni za muszkami.
I zawsze milczeć muszę gdy świat śpiewa.
Kiedy oglądam się o Eurydice...
Jak błogo błądzić jest po cudzych miastach
Po wielkich nocach gdy wirują gwiazdy.
Lepiej nie błądzić.
W tem jednem słowie cała jest szczęśliwość
Którego pragnął Michał-Anioł: nie śnić.
[64]
MIASTECZKA WŁOSKIE
Niby linje płynących mandolin
Zielenieją wieczorem na stokach Apenin
Oliwki popielate pną się szaro-pienne
I w tej muzyce drzew słońce dogasa
Na drodze ciemniejącej pastuch w kupie owiec
Siwy
W koziej skórze brunatnej a kostur go wspiera
W gromadce ten kapelusz zrudziały od deszczów
Jak grzyb
Tu się pieni ciemna zieloność w powietrzu
Jeszcze złotem Dyszy mocno miętą
Macierzanką duszną i słodką
Nad srebrnemi gajami stadko czarnych cyprysów
Dołem suche rośliny skręcone z bibuły
Widnokręgi się cicho zamykają: liście
Senne
I jedna zamyślona gwiazda Obok wieża
Stłoczone miasteczko na szczycie
Murki się rozpadają Tu i ówdzie bluszcze
Jedne wchodzą na drugie jak kamienie
Czy jak owce
Korytarze uliczek wąskie jak w klasztorze
Opuszczonym Nad ścianą szczupły skrawek nieba
Chłód gołębie na placu pierzchające rękom
[65]
O romańskie katedry na otwartych placach
Z pochyłemi płytami grobowców Portale
Białe pilastry jak ślimak skręcone
O odpoczynek dłoniom na szorstkich kamieniach
Płyty z marmuru które tętnią Dzwonią kroki
Koronki lotne z bloku uśpionego
Wyciosane jak ptaki Architrawy
Skrzydlate Nad oddrzwiami gdzie 12
Miesięcy ciężkich rycerz konny
W piaskowcu żółtym
Powracać pod arkadami które są jak skrzydła
Bać się trzepotu w tych nudnych zaułkach
Wysokich ptactwa jak Aniołów
Skręcić (a już światło mierzchnie jak suchy
żółty piasek który się ochładza) i wśród stra-
ganów rynku gdzie winogrona i figi ciepłe
Minąć pomnik Marji-Luizy
Burbon.
Jak w kinie
Wieczór jak jeden ton w wiolinie
Złoty
Oto z czego słynie
Malutkie miasto w Italji.
[66]
* * *
Jest taki jeden pokój w Neapolu,
Firanki z szumem wiatr morski rozwiewa
— Gdybyż tam wrócić, na srebrnej posadzce
Odnaleźć siebie, groźnie uśpionego!
[67]
* * *
Cóż, o Neapolu, zostało mi z placu wzniosłego,
z Via Toledo?
Gniewem buchając, tędy, zasłuchany w siebie.
przechodził Fryderyk Hebbel.
[68]
NEAPOL
Wzdłuż morza
morza gasnącego blado
kleryk
wpatrzony w czarny modlitewnik
Palmy
stoją na straży
nieruchomo
W bramach
lampy płoną
jak przed sakramentem
Pachnie jodoformem i wschodem
Powracają wioślarze
w płótnach białych
Furman
o patetycznych gestach
królobójcy
Zapala się gwiazda
Morze czarne
w świetlistych ramionach brzegu
Melodramat.
[69]
MUSSET
Drzewa strącają deszczu krople
Za każdym podmuchem wiatru
Jęczą konary
Dołem przebiega dreszcz
O jakżeż dumnie się czuje
Młodzieńcza pierś
Na wietrze letnim
Wschodzi
Księżyc.
[70]
POETA
W lekkim trzepocie liści
Powiewy wabią letnie
Szepcący deszczyk wieje
Wpół-przechyleni czyści
Trącane łowim fletnie
Słowicze drżące trele
O dźwięki dawne kuszą!
Nad drzewem płomień serce
Księżyc z wyblakłą duszą —
Poeta: ptaków morderca.
[71]
PRZEZ OKNO WŁOSKIE
Rosę osusza w firankach
muślinowych dzień,
gdy zza palm wachlarza wschodzi każdego poranka
Mussecie! łzawy twój cień.
[72]
CIVITTA-VECCHIA
Fale płaskie biją o czarny brzeg.
Tutaj Stendhal wyczekiwał okrętu sławy.
[73]
TULIPANY
Wiedzieć: tulipany czerwone, niema na to rady,
Niema na nic. Płachty gazet cuchną tłustą farbą.
Wszędzie do sensacji i do szczęścia wiele jest
powodów.
W ogłoszeniu się ekran śmiechem Chaplina zajął.
A kiedy z wizyty tragicznej wracamy, poco dyspu-
tować?
Aleje to korytarze aniołów, po których nikt nie chce
fruwać.
Zapatrzonym w perspektywy, niechaj słowa znaczą
tyle tylko, ile znaczyć powinny słowa i ogrody.
Wiosna będizebędzie wiosną a wieczór wieczorem. O naco
próbować?
Przecie długiem nauczeni doświadczeniem wiemy, że
nie zastaniemy w domu,
Skąd wyszliśmy i dokąd się powraca. Kolor tulipanów
czerwony...
Na święto patriotyczne słuchać zachrypłego głosu
gramofonu
W niedzielę i nie być zrozpaczonym. Ach, móc tak!
[74]
WYSPA ŚW. LUDWIKA
Zza mgły, jak z kleksów światła na szarawych
płótnach,
Wyłania się czarne zwierzę: wieża kościoła.
Jest tak cicho, że słyszałbyś miękkie stąpanie Anioła.
Obojętność murów nawet nie jest smutna.
Koło sklepików drobny deszcz mży. W chmurach
dzwoni.
Dźwięczy święto nadziemskie, o prowincjonalne!
Jakaż szczęśliwość w wacie tonie!
Jakie myśli są senne i genialne!
I, oto, usypiając, jechać w długiej muszli.
Wzdłuż bram, które ziewają, drżąco się kolebie.
O, kolebko dzieciństwa. tęsknimy do ciebie!
Aniele, skryty w deszczach, ty nas nie opuścisz!
Okna są bardzo małe tych wysokich domów.
Szybki mętne w sklepie z sakramentaliami.
Skrzydła chmur wieją, kiedy wychodzę z tych murów.
Tam w dole rzeka pełznie szaremi pianami.
Gdzie trzepocą się płoszone gołębie,
Z placyków, z zaułków krętego chrustu,
Wyrwać się i rozedrzeć mokrym wiatrem usta!
Ze stromej szkarpy spojrzeć w mętne głębie.
[75]
Wyspo św. Ludwika! Republiko!
To ty, gdy w dole skrzypi lewar,
Gdy mokną czarne gonty i śpiewają drzewa
Tyś jest jak sygnał, co piersi przenika:
Odzyskana ojczyzno!
[76]
POEMAT
Tyle
Skargi w każdem mem słowie To co było pełne wznio-
słości za chwilę
Jest martwe Kiedy ten wir dokoła
Bezustanny nie pragnę Anioła
Temu który go dźwiga nie skarżmy się już Bogu
Pory roku przechodzą Każda postępuje
Że światło da pracowni samotnej gdzie słowa kształ-
tuję coraz zakrada się wcześniej
Po tem je tylko miarkuję
Za dnia kołuję jak we śnie a pracuję nocą
Zapalam papierosa i nie pytam poco To jedno
pozostaje ów spokój nałogu
Co nas od śmierci broni O uspokojenie
Którem zwyciężam najgorsze cierpienie
Obcości! Dawne kochanki brały mnie za cudzoziemca
W porcie Genui otoczonym górami wzięto mnie za
niemca
że byłem w okularach rogowych obstąpili mnie w ża-
łobnych koszulach faszyści
Nikt nie chce uwierzyć że nie pragnę korzyści
Komendancie słów czystych pragnę! O bezintere-
sowności!
Słońce po nieboskłonie zbyt wolno wędruje
Na to jedno utyskuję Nie dla mnie więzienie
Nie dla mnie kamieniarza trud rzetelny znój kołodzieja
Ani Anioł któremu przyświeca nadzieja
[77]
U gór różowych stopni zawstydzić się muszę
W wolność nie wierzę Spiskiem ja was nie poruszę
Jeśli grzeszę to chyba że nadto miłuję
Rośliny i wy onieśmieloną ukrywacie duszę
Araukarja w pokoju mym zrzuca gałęzie
Od słońca uschłe I ona jest więzień
Który życia nie znosi nie ścierpi upału
Na jej szczycie zielona pączkuje rozgwiazda
Młode wysilone pędy Pomału
Schnie I ją kusi gwiazda
Więc i ją! Którędy
Iść mam o drogo bym u skraju twego przekwitł?
Róża
Gubi płatki i w czysty przestwór się zanurza
Ja witam pory roku zuchwalstwem uśmiechu
Was stwory przemilczeniem tą odwagą tchórza
Aż mnie osądzą Wszystko powstanie dokoła
I uderzy mnie w ramię złotym mieczem Archanioła
O jakąż pociechą
Jest śmierć.
[78]
POEMAT
Jeden uśmiech jeden uśmiech! Jakżeż to wiele!
Innym trzeba zawierzyć że są przyjaciele
Bez tej jałmużny
Uczuć Nie oddałem tego spojrzenia Po dziś dzień
jestem dłużny
Ale po latach nadchodzi taki dzień kiedy ciebie wła-
śnie ciebie niema
Wtedy czuje się jak olbrzymia jest ziemia
I ja pusta! Podróże to przecież tylko poszukiwanie
dawnej miłości
Horyzont to krąg serca i więcej od piersi naszej nie
pomieści
Kimże jestem? Kwiat w moim pokoju zakwita
Dorocznie Uboga margerytka
On jest niezmienny A twoje imię nagle we wszystkich
snach powraca
Widocznie cię kochałem Miłość to olbrzymia praca
Nie do zniesienia Tego kto miłuje niema
Kiedy ciągle jest inny Cóż pozostało ze mnie dawnego
Od lat ta sama ropiejąca egzema
To ja! Ale dzisiaj czemu twoje wspomnienie ożywa
na nowo
Ociekam deszczem Rozwijam ramiona Jestem zielony
Jak owoców włókna
Już usta moje pękają i puchną
Nie wiem o sobie nic o cuchnącym wrzodzie
[79]
Ale wiem wszystko chłopcze o tobie
Z rozwianą czupryną śmiertelny bohaterze
Który posłałeś mi jeden uśmiech przelotny liryczny
szoferze
Przy telefonie rozmawiając stałeś
Rudolfie! ciebie jednego kochałem.
[80]
POEMAT
Przyjacielu! ty lubisz światło przyćmione, nastrojowe.
(Jak się mówiło w romansach z przed laty dwudziestu)
Od którego serce omdlewa.
Ja brutalność dnia.
Tem się różnimy. To najgłębsze różnice.
Na które niema rady, że dla kogoś ojczyzną są głuche
ulice,
A dla drugiego wpół-rozwite drzewa.
Kiedy słuchasz, jak na pocieszenie pies szczeka,
Księżyc listków się czepia, noc do policzków przy-
bliża, że jest tak tylko daleka,
Jak pocałunek zbyt mocny, jak śmierć,
Jeżeli słuchasz usypiania wioski,
Usnąć nie mogąc, zapatrzony w cienie wieczoru:
Wierzaj mi! te wonie i mnie także biją do głowy.
To jest i życie moje.
I cóż nas dzieli prócz tego, co dłoń od dłoni w uścisk
zamkniętej dzieli?
W uścisk przyjaźni silnej, samotności, co się podwaja?
Wiedzieli
O tem ojcowie nasi, spragnieni spoczynku, i my z ko-
lei wiemy.
Niema spokoju. Niema na ziemi.
[81]
Dlatego zamknęliśmy się w koło, którego miłość nie
przełamie.
Któżby nierozumnie pragnął jeszcze wytchnienia?
Bardzo oddaleni od siebie, czujemy niekiedy, jak nas
nieco przybliża wciąż potężniejące ramię,
Bardziej ciążące, niż wolność nie do zniesienia.
[82]
PROSTOTA
Prostoto! ciebie ponad wszystko pragnę
Przed którą — gdy inaczej nie mogę — uciekam
O ujrzeć w oczach bliskich twoje lśnienie nagle
Uczuć w uścisku człowieka
Dłoni mocnej jak śmierć mocniejszej niż życie
Oczy moje ślepe od zachwytu zawiści — nigdy jej nie
ujrzycie
Uczuć ten cios który mnie uśmierci
Uczuć który serce rozrastające się próżno
Serce pomniejszy
Ale zostaje to co mnie wyróżnia
Od czego uciekam zostało
I co przetrwa kiedy w proch szczęśliwy obróci się
ciało.
[83]
I
O, niewyczerpana cierpliwości natury!
To człowiek jeden jest niecierpliwy, ale uczą go anioły
i ptaki:
tamte nie porywają się ku Bogu, z którego wyciekły,
a te przez
niezmierne oceany
obrały szlaki,
by dotrzeć do ziemi obiecanej, ginąc po drodze.
A ja jeden umieram i życiem się głodzę.
II
O, natury skąpstwo! czemu dałaś nam roić o tych,
którzy po nas nadejdą, o aniołach...
Och, jak owady, upodobnić się rzeczom.
One istnieją, istnieniem swojem niczemu nie przeczą.
Nawet śmierci, nawet innym towarzyszom — przedm-
miotom.
My nie umieramy, jak brunatne motyle: śmierć uda-
jemy.
Ale daleko nam do lekkiego spokoju głucho ciemnej
ziemi.
Daleko do jesieni i jej jasnego ciężaru. Opadają
liście,
[84]
Coraz bardziej żyjące zamieraniem, coraz żywsze
przemianą, coraz bledsze,
Aż staną się przezroczyste, jak unoszące je powietrze,
A wtedy, przez wiatr unicestwione, anioły liści żyją
rzeczywiści...
III
...I my pracujemy nocą, gdy najmniej świateł, któreby
nas mogły wyśledzić,
Gdy ziemię otulają bezgwiezdne ciemności — szpiedzy.
Tak się kryjemy przed śmiercią, która nas nie chce
dopełnić, co nami gardzi do czasu. Tak
się wstydzimy śmiertelnej samotności.
Bardziej jałowej, niźli miłość, niźli oddech dwóch
warg wilgotnych, przylegających do siebie.
Tak to gardzimy ziemią, wygnani z niej. Tak lotem
obłąkanym krążymy po niebie.
Jak pająk, nici misterne
Kładziemy na walkę wiatru,
Zaplatamy o krzewy i ciernie —
Słowami, które zmyślamy. Ale nam nie jest tak łatwo.
IV
Italja pokryta dyniami, żółtemi jądrami gleby.
Delfin, ten anioł wód, pluszcze białemi płetwami
Ku złotym trąbom krwawego słońca.
W kropli wody wirują wszechświaty,
Atomy niewidzialne drgają, jak amory.
A Pasteur mógł być katolikiem,
W kropli białka dopatrzywszy się Boga.
O, tajemnico biogenji!
[85]
Róże kwitną z pradawnych grobowców, świeże i mocą
Nilu żyzne,
Pamiętające Mojżesza...
Prawdo przyrodnicza, cięższa od prawdy Chrystusa!
Morze pierwotniejsze od ziemi, Ocean to nasz pra-
ojciec.
Może Bóg jest też tylko falą, falą eteru w kosmosie?
O, piano istnienia!
O, cudowna fantastyko przemian organicznych, ta-
jemnico żywego białka: istnienia.
Być najwyższym z rewolucjonistów: przyrodnikiem!
Oto, trzydziestoletni, padam w twoje ramiona pra-
dawne naturo.
By stać się na nowo dzieckiem, uległem twej świętej
przemocy.
O, bezpłodności myślenia wobec kwitnienia kwiatów!
Oddychania liści! Czerpania życia z żywiołów!
Moje słowa w wielkiej sprawie stawania się wszyst-
kiego są też nieodzownym procesem.
To im zapewnia byt, a mnie daje szczęśliwie umierać.
W końcu
Przerzucimy się w płaszczyznę aniołów i demonów,
A ziemia wystygła wzgardzi nami,
Ziemia wolna!
V
Nieznużony pościgiem, niezupełnie zabity pogonią,
Napróżno ruchem rąk odpycham cię od siebie,
Opuszczony, ostatniem tchnieniem warg gonić cię będę
po niebie,
Tęskniący, o harmonjo.
|