[83]
I
O, niewyczerpana cierpliwości natury!
To człowiek jeden jest niecierpliwy, ale uczą go anioły
i ptaki:
tamte nie porywają się ku Bogu, z którego wyciekły,
a te przez
niezmierne oceany
obrały szlaki,
by dotrzeć do ziemi obiecanej, ginąc po drodze.
A ja jeden umieram i życiem się głodzę.
II
O, natury skąpstwo! czemu dałaś nam roić o tych,
którzy po nas nadejdą, o aniołach...
Och, jak owady, upodobnić się rzeczom.
One istnieją, istnieniem swojem niczemu nie przeczą.
Nawet śmierci, nawet innym towarzyszom — przedm-
miotom.
My nie umieramy, jak brunatne motyle: śmierć uda-
jemy.
Ale daleko nam do lekkiego spokoju głucho ciemnej
ziemi.
Daleko do jesieni i jej jasnego ciężaru. Opadają
liście,
[84]
Coraz bardziej żyjące zamieraniem, coraz żywsze
przemianą, coraz bledsze,
Aż staną się przezroczyste, jak unoszące je powietrze,
A wtedy, przez wiatr unicestwione, anioły liści żyją
rzeczywiści...
III
...I my pracujemy nocą, gdy najmniej świateł, któreby
nas mogły wyśledzić,
Gdy ziemię otulają bezgwiezdne ciemności — szpiedzy.
Tak się kryjemy przed śmiercią, która nas nie chce
dopełnić, co nami gardzi do czasu. Tak
się wstydzimy śmiertelnej samotności.
Bardziej jałowej, niźli miłość, niźli oddech dwóch
warg wilgotnych, przylegających do siebie.
Tak to gardzimy ziemią, wygnani z niej. Tak lotem
obłąkanym krążymy po niebie.
Jak pająk, nici misterne
Kładziemy na walkę wiatru,
Zaplatamy o krzewy i ciernie —
Słowami, które zmyślamy. Ale nam nie jest tak łatwo.
IV
Italja pokryta dyniami, żółtemi jądrami gleby.
Delfin, ten anioł wód, pluszcze białemi płetwami
Ku złotym trąbom krwawego słońca.
W kropli wody wirują wszechświaty,
Atomy niewidzialne drgają, jak amory.
A Pasteur mógł być katolikiem,
W kropli białka dopatrzywszy się Boga.
O, tajemnico biogenji!
[85]
Róże kwitną z pradawnych grobowców, świeże i mocą
Nilu żyzne,
Pamiętające Mojżesza...
Prawdo przyrodnicza, cięższa od prawdy Chrystusa!
Morze pierwotniejsze od ziemi, Ocean to nasz pra-
ojciec.
Może Bóg jest też tylko falą, falą eteru w kosmosie?
O, piano istnienia!
O, cudowna fantastyko przemian organicznych, ta-
jemnico żywego białka: istnienia.
Być najwyższym z rewolucjonistów: przyrodnikiem!
Oto, trzydziestoletni, padam w twoje ramiona pra-
dawne naturo.
By stać się na nowo dzieckiem, uległem twej świętej
przemocy.
O, bezpłodności myślenia wobec kwitnienia kwiatów!
Oddychania liści! Czerpania życia z żywiołów!
Moje słowa w wielkiej sprawie stawania się wszyst-
kiego są też nieodzownym procesem.
To im zapewnia byt, a mnie daje szczęśliwie umierać.
W końcu
Przerzucimy się w płaszczyznę aniołów i demonów,
A ziemia wystygła wzgardzi nami,
Ziemia wolna!
V
Nieznużony pościgiem, niezupełnie zabity pogonią,
Napróżno ruchem rąk odpycham cię od siebie,
Opuszczony, ostatniem tchnieniem warg gonić cię będę
po niebie,
Tęskniący, o harmonjo.