Ziemia Obiecana (Reymont, 1899)/Tom pierwszy/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ziemia obiecana
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i spółka
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron
V.

Restauracya, do której przyjechał Borowiecki, poszukując Moryca, znajdowała się zaraz za synagogą, w głębi podwórza, obstawionego niby kamiennemi czteropiętrowemi oficynami z trzech stron, bo czwartą zakończał mały ogródek, odgrodzony zielonemi sztachetkami i przyparty do tyłów olbrzymich, nagich czerwonych murów jakiejś fabryki.
Mała oficynka parterowa stała w głębi, pod samym murem i buchała oświetlonemi oknami i wrzaskliwą, podobną do ryczenia osłów wrzawą.
— Oho, jest cała banda — pomyślał, wchodząc do długiej nizkiej sali, tak zaciemnionej dymami cygar, że w pierwszej chwili, w tym sinawym obłoku, popstrzonym złotemi kulami gazowych świateł, nie odróżnił nikogo.
Kilkadziesiąt osób tłoczyło się dookoła długiego stołu, krzyczało, gadało głośno, śmiało się i śpiewało, co połączone z brzękiem talerzy i przenikliwym szczękiem tłoczonego szkła, tworzyło taką splątaną, zgiełkliwą wrzawę, że ściany się trzęsły i nic usłyszeć nie było można.
Naraz przycichło nieco i jakiś ochrypnięty, pijany głos zaintonował z drugiego końca stołu:

Agato! Ty interes feiny masz — Agato!
Agato! Ja całuję ciebie w twarz — Agato!
Agato! To mi za to piwa dasz — Agato!

Agato! ryczał tłum wszystkimi możliwymi i niemożliwymi głosami, które tak pokryły głos Bum-Buma, który był tej piosnki przedziwnie głupiej kompozytorem i solistą, że na próżno krzyczał dalsze zwrotki, nikt go nie słuchał, bo wszyscy wyli:
— Agato! Agato!
Bum-Bum la la la! Agato! Tra la la la! Agato! Cip, cip, cip Agato!
Tak ten śpiew podniecał, że zaczęli do taktu bić laskami w stół, kufle leciały na ściany lub rozpryskiwały się o piec, niektórym i to nie wystarczało, bo krzesłami bili o ziemię i jak zapamiętali, oślepli, z zamkniętymi oczami śpiewali:
— Agato! Agato!
— Panowie, na miłość boską, bo mi sprowadzicie tymi krzykami policyę — zaczął błagać wystraszony gospodarz.
— Pan potrzebujesz być cicho, my płacim! Panienko, proszę jedno piwo!
— Hej, Bum-Bum, zaśpiewaj-no pan — krzyczano do Buma, który poprawiał binokle obu rękami i stał w drugim pokoju przed bufetem.
— Kwicz, Bum-Bum, ja i tak nie słyszę — szeptał jeden półsennie, leżąc na stole, który cały był pokryty butelkami wina i koniaków, maszynkami od kawy, kamionkami od porteru, kuflami i szkłem potłuczonem.
— Agato! Agato! — wrzeszczał półgłosem jakiś kantorowicz, senny, z przymkniętemi oczami, pijany, bił laską w stół.
— No, bawią się echt po łódzku — szepnął Karol, szukając oczami Moryca.
— Dyrektor! Panowie, jest i firma Bucholc Herman i Spółka! Jesteśmy zatem w komplecie. Panienko, kółko koniaków! — krzyczał jakiś wysoki i gruby niemiec łamaną polszczyzną.
Zatoczył się szerokim gestem dookoła, chciał jeszcze coś mówić, ale nogi mu się zwinąły i upadł na kanapę stojącą za nim.
— Ależ to widzę cała banda wesoła.
— Gdy nasz komplet burszów.
— My tak zawsze, jak pić to solidarnie, jak co robić — zdechł pies.
— O tak, solidarnie, jak mówi ten, no, jakże się, nazywa, no ten, co to mówili „Hej ramię do ramienia, wspólnemi łańcuchy!”
— Opaszmy brzuchy albo inną galanteryę — wtrącił ktoś z boku.
— Cicho pan. Włóczęgom, psom i ludziom od Szai — wstęp wzbroniony! Zapisz pan to, panie redaktorze — wołał któryś, zwracając się do wysokiego, chudego blondyna, melancholijnie siedzącego na środku pokoju, który błądził dużemi, jakby pożyczonemi oczami, po ścianach pokrytych oleodrukami.
— Moryc, mam do ciebie bardzo pilny interes — szepnął Karol, przysiadając się do Welta i do Leona Cohna, bo obaj pili tylko ze sobą.
— Pieniędzy chcesz, masz pugilares — szepnął, nadstawiając kieszeń spodnią surduta — albo zaczekaj, chodźmy do bufetu. U dyabła, jestem pijany — mruknął, napróżno usiłując się trzymać prosto.
— Może dyrektor usiądzie. Napijem się, a! wódeczka jest, koniaczek jest, a!
— Każcie mi dać jeść, bo głodnym jak wilk.
Kelnerka przyniosła gorących serdelków, bo już nic więcej nie było w bufecie.
Borowiecki zaczął jeść nie zważając na towarzystwo całe, które porozdzielane na grupy piło i gadało.
Była to sama prawie młodzież łódzka, typowa młodzież z kantorów i składów, z małą domieszką techników fabrycznych i specyalistów innych zajęć.
Bum-Bum, pomimo, że był zupełnie pijanym, chodził po sali, w pięść się trzaskał, binokle poprawiał, pił ze wszystkimi, a chwilami podchodził do młodego chłopaka, który wciśnięty w głęboki fotel, obwiązany serwetką spał i krzyczał mu do ucha:
— Kuzyn, nie śpij!
— Zeit ist Geld! Czyje conto? — odpowiadał nie otwierając oczu, stukał automatycznie kuflem w stół i spał dalej.
— Kobieta! Daj pan pokój, to kein geszeft być kobietą, to szkoda czasu — wołał ze śmiechem znany powszechnie w Łodzi Feluś Fiszbin.
— Ja jestem człowiek, panie, najautentyczniejszy człowiek — krzyczano przy drugim rogu.
— Pan się nie chwal! Pan jesteś gruba symulacya człowieka — drwił Feluś.
— Panie Fiszbin, pan może jesteś Fiszbin, ale pański interes nie jest nawet słoma.
— Panie Weinberg, pan jesteś... no już pan wiesz i my wiemy, co pan jesteś, ha, ha, ha.
— Bum-Bum, zaśpiewaj majufes, bo się żydy kłócą.
— König, ty jesteś mój przyjaciel, ale ja ze smutkiem widzę, żeś ty coraz głupszy. Tobie już w brzuch głowa wlazła. Ja się o ciebie bardzo boję. Panowie, on się tak pasie, że jemu niedługo własna skóra nie wystarczy, on się w nią nie zmieści, ho, ho.
Śmiech gruchnął ogólny, ale König nie odezwał się, popijał piwo i wpatrywał się w światła nieprzytomnemi oczami, siedział bez surduta, z rozpiętym kołnierzykiem u koszuli.
— Wróćmy doktorze do kobiet — zaczął Feluś do sąsiada, który z opuszczoną na piersi brodą siedział i wykręcał ustawicznie i niezmordowanie wąsiki blond i co chwila nerwowym ruchem otrzepywał klapy surduta i wpychał w rękawy dosyć brudne mankiety.
— Dobrze, to jest ważna kwestya, choćby z punktu socyalno-psychologicznego.
— To jest żadna kwestya. Znasz pan chociażby jedną porządną kobietę?
— Panie Feliksie, pan jesteś pijany, co pan wygadujesz! Ja panu tutaj w Łodzi pokażę setki najlepszych, najzacniejszych, najrozumniejszych kobiet — krzyczał wyrwany z apatyi, podskakując na krześle i z błyskawiczną szybkością otrzepując sobie klapy.
— To pewno pańskie pacyentki, pan je powinieneś chwalić.
— Z punktu socyalno-psychologicznego biorąc to, co pan mówisz, jest...
— Z każdego boku jest to prawda, jest to cztery razy prawda. Pan mi dowiedź, że jest inaczej.
— Mówię przecież panu.
— To jest gadanie, tylko gadanie, mnie potrzeba faktów! Ja jestem człowiek realny, panie Wysocki, ja jestem pozytywista. Panienko, maszynka kawy, Chartrezy!
— Dobrze, dobrze! Zaraz, panu dam fakty: Borowska, Amzelowa, Bibrychowa, bo co?
— Ha, ha, ha, wyliczaj pan więcej, to dla mnie śliczny kawałek zabawy.
— Pan się nie śmiej, to są porządne kobiety — krzyczał zaperzony.
— Skąd to pan wiesz, miałeś je pan w komis? — rzucił cynicznie Feluś.
— Nie wymieniłem jeszcze najpierwszych, takich jak Zukerowa i Wolkmanowa.
— To się nie liczy. Jedną mąż trzyma w zamknięciu, a druga nie ma czasu wyjrzeć na świat, bo ma na trzy lata czworo dzieci.
— Keszterowa to co, to perkal? a Grosglikowa, to wata? Cóż pan na to powie?
— Ja nie powiem nic.
— A widzisz pan — wołał doktór rozpromieniony, podkręcając wąsiki.
— Ja jestem człowiek realny i dla tego nie powiem nic, bo co tu brać rachubę kobiety brzydkie, jest taki brzydki towar, żeby go w komis nie wziął nawet Leon Cohn, a on wszystko bierze.
— Ja je biorę w rachubę i stawiam w pierwszym rzędzie. One mają oprócz zwykłej, organicznej uczciwości, jeszcze etykę.
— Etykę, co to jest za towar? Kto w tem robi? — wołał zanosząc się od śmiechu.
— Feluś, powiedziałeś witz na sto procent — krzyknął przez stół Leon Cohn, klaszcząc w dłonie.
Doktór nie odezwał się, pił gorącą kawę, którą mu Feluś nalał, podkręcał wąsiki, strzepywał klapy, wpychał mankiety i zwrócił się do sąsiada obok, który wciąż pił, milczał i co chwila przecierał czerwonym fularem okulary.
— Mecenas masz to samo zdanie o kobietach co i pan Feliks?
— Phi, to jest... uwasz pan dobrodziej... jakby to wyłuszczyć... hm — machnął ręką, napił się piwa, zapalił ciągle gasnącego papierosa i przypatrywał się płonącej zapałce.
— Pytam się, co mecenas myślisz o kobietach? — szturmował doktór i nastawiać zaczynał twarz do nowej walki o cześć kobiet.
— Uważa pan dobrodziej, ja nic nie myślę, ja piję piwo — machnął pogardliwie ręką i umoczył całą twarz w kuflu świeżym, jaki postawiła przed nim kelnerka.
Pił długo, a potem palcami wyciskał białą pianę z wąsów rzadkich, które mu niby rudawą strzechą wisiały nad ustami.
— Pan mi pokaż uczciwą kobietę, ja jej poślę jedwab od Szmidt i Fitze, kapelusz od Madame Gustawe i mały papierek na który z banków z podpisem Grosglika, to panu później opowiem o niej ciekawe rzeczy — zaczął się znowu śmiać.
— Pan to gadaj na Bałutach, tam może panu uwierzą i będą cenili pańskie zdanie, ale my trochę pana znamy, panie Feliksie.
— Co to redaktor swoją szpulkę wstawia?
— Bo pan blagujesz, aż się krochmal sypie — odpowiedział ktoś za nazwanego redaktora, który zirytowany wyniósł się do bufetu.
— Kuzyn, nie śpij — krzyknął Bum.
— Zeit ist Geld! Czyje conto? — szepnął, stukając kuflem w stół i chciał go podnieść do ust, ale nie doniósł, ręka mu upadła, piwo z kuflem poleciało na ziemię, nie wiedział o tem, tylko się bokiem przekręcił z fotela, serwetą przysłonił twarz i spał.
— Co osoba chce? Niech ładna osoba powie? — szeptał Leon Cohn, usiłując pocałować wydzierającą mu się kelnerkę.
— Niech mi pan da spokój, niech mnie pan puści — i szarpnęła się energicznie.
— Co osoba się rzuca, ja płacę, to ja się rzucę, ja jestem Cohn. Leon Cohn!
— Co mi tam pańskie nazwisko, niech mnie pan puści — zawołała gwałtownie.
— Niech osoba idzie do dyabla! Szmelc! — rzucił pogardliwie za odchodzącą i zaczął ściągać porozpinany surdut i kamizelkę.
— Moryc! Masz już dosyć pijaństwa, chodźmy do domu, jest ważny interes — szeptał Karol w najwyższem zniecierpliwieniu, bo Moryc pijany, z twarzą w dłoniach, siedział nieprzytomny i na wszystko, co słyszał, odpowiadał w kółko:
— Ja jestem Moryc Welt, Piotrkowska 75, pierwsze piętro. Idź pan do dyabla!
— Panie Cohn, ja miałem do pana mały interes — szepnął Borowiecki.
— Ile pan potrzebuje?
Mlasnął językiem, trzasnął w palce i już wyciągnął pugilares.
— Pan się prędko oryentuje — uśmiechnął się Borowiecki.
— Ja jestem Leon Cohn! Ile?
— Jutro powie panu Moryc, ja chciałem się tylko zapewnić. Dziękuję panu.
— Cała moja kasa, cały mój kredyt na pańskie rozporządzenie.
— Bardzo dziękuję. Termin nie dłuższy, jak trzymiesięczny.
— Kto mówi o terminie? Pomiędzy przyjaciołmi taka bagatelka co stoi?...
— Daj mi sodowej — mruknął Moryc.
Gdy mu przyniósł, pił wprost z syfonu.
— Schube, powiedz prawdę, ile Cię kosztuje ta twoja Józia? — szeptano za Karolem.
— Drogi towar, jeśli chcesz kupić teraz.
— Poczekam do licytacyi, poczekam. Ale powiedz, co cię to kosztuje, bo w Łodzi mówią, że z tysiąc rubli miesięcznie.
— Może tysiąc, może pięć, nie wiem.
— Nie płacisz?
— Płacę, grubo płacę — wekslami. Mieszkanie zapłaciłem wekslem, meble wekslem, modniarkę wekslem, wszystko wekslem. Skąd ja mogę wiedzieć, co mnie to razem kosztuje, będę wiedział dopiero, jak się położę, ile zechcą wziąć za sto. Teraz nic nie wiem.
— Wiesz, to jest genialne!
— Słyszysz pan, panie Cohn, co mówią zanami?
— Słyszę, słyszę. To jest grube łajdactwo, ale mądre, a, a, jakie mądre!
— Chcesz, żebym jechał do domu? — pytał Moryc.
— I to natychmiast, bardzo pilny interes.
— Nasz interes?
— Nasz, niesłychanie ważna rzecz, niesłychanie.
— Jak interes, to ja jestem prawie trzeźwy. Chodźmy.
Karol wyszedł, prowadząc pod ramię Moryca, który się chwiał na nogach i nie mógł utrzymać równowagi, a za nimi przez otwarte drzwi buchnął potok śpiewów i krzyków i rozlał się po cichem, ciemnem podwórzu i zginął w przestrzeniach, w nocy.
Świt się już robił nad Łodzią, bo czarne kominy zaczęły majaczyć coraz jaśniejszemi barwami, dachy błyszczały w świetle tych bladych zórz, co niby róż najdelikatniejszy, zmieszany z perłami, roztrząsały swą światłość nad ziemią.
Mróz pościnał błoto, pokrył miejscami kałuże warstwą lodu i pobielił mostki nad rynsztokami i okrył bujną osędzieliną drzewa.
Dzień zapowiadał się pogodny.
Moryc wdychał całą piersią to chłodne, zimne powietrze i przychodził coraz bardziej do siebie.
— Wiesz. nie pamiętam nigdy, abym się tak upił. Nie mogę sobie darować, szumi mi w głowie, jak w samowarze.
— Zrobię ci herbaty z cytryną. wytrzeźwiejesz, przygotowywam ci taką niespodziankę, że zechcesz się upić z radości po raz drugi.
— No, ciekaw jestem, co to może być.
I zaraz po przyjeździe, nie budząc już Mateusza, który spał, klęcząc przed kominem z głową na blasze, Karol nalał wody do samowara i zapalił pod nim gaz.
Moryc się trzeźwił bardzo radykalnie, bo zlał głowę zimną wodą, umył się i wypiwszy kilka szklanek herbaty, poczuł się zupełnie przytomnym.
— No, jestem już fertig. Do dyabła, zimno mi obrzydliwie.
— Maks! Wołał tymczasem Karol, trzęsąc z całej siły Baumana, ale Maks nie odezwał się i obciskał silniej surdut na głowę.
— Na nic wszystko, śpi jak zabity. Tak mi zresztą pilno, że nie będę czekał.
— Przeczytaj Moryc uważnie depeszę, tylko nie oglądaj adresu — zastrzegł, podając telegram.
— Ba, kiedy nic nie rozumiem — cyfrowana!
— Prawda. Zaraz ci przeczytam.
I czytał mu wolno, bardzo dobitnie, podkreślając cyfry 1 daty.
Moryc wytrzeźwiał zupełnie, na pierwsze słowa zerwał się on z krzesła i pochłaniał oczami, całym sobą, treść telegramu. Gdy Karol skończył i podniósł tryumfujący wzrok na niego, Moryc stał nieruchomy, zapatrzony w ten interes, po kilka razy wciskał binokle na nos, które mu zupełnie nie chciały się utrzymać, uśmiechał się tak słodko jak do ukochanej, szarpał nerwowo swoją piękną brodę, wreszcie rzekł uroczyście:
— Wiesz Karol, mu mamy już przyszłość, my mamy grube pieniądze. Ten telegram wart jest sto tysięcy rubli, no pięćdziesiąt, co najmniej. My się możemy na tej uroczystości pocałować! Co to za interes, co to za interes! I posuwał się do Borowieckiego, chcąc go istotnię, w tem radosnem podnieceniu ucałować serdecznie.
— Daj spokój Moryc. Nam potrzeba teraz gotówki, nie pocałunków.
— Prawda, masz racyę, trzeba teraz pieniędzy i pieniędzy.
— Czem więcej kupimy, tem więcej zarobimy.
— Co się to w Łodzi będzie dziać. Aj! aj! Jeśli o tem wie Szaja, albo Bucholc, jeśli zdąży wykupić, to wszyscy dopiero będą śpiewać. Skądżeś to wyrwał!
— Moryc, to moja tajemnica, to moja nagroda. — Uśmiechnął się do siebie, bo przyszła mu na myśl Lucy.
— Twoja tajemnica, to twój kapitał. Mnie jednak dziwi jedno.
— Co takiego?
— Ja się tego Karol nie spodziewałem po tobie. Mówię zupełnie szczerze. Nie spodziewałem się, żebyś był zdolny mieć taki interes w ręku i chciał się dzielić z nami.
— Toś mnie nie znał.
— Wiesz, że po tym fakcie jeszcze cię mniej znam. I patrzył na niego tak, jakby podejrzewał jaką zasadzkę, bo nie mógł pojąć jak można chcieć się dobrowolnie dzielić zyskami.
— Jestem Aryjczyk, a ty jesteś Semita, w tem leży wytłómaczenie.
— Ja go nie widzę, nie rozumiem co chcesz powiedzieć przez to.
— Tylko to, że ja chcę zrobić pieniądze, ale dla mnie świat się nie kończy na milionach nawet, o ty widzisz cały swój cel życia w zrobieniu pieniędzy. Kochasz pieniądze dla pieniędzy i zdobywasz je bezwzględnością, nie oglądając się na środki.
— Bo każdy jest dobry który pomaga.
— To właśnie jest semicką filozofią.
— Z czemże ja się potrzebuję liczyć. Właśnie taka filozofia nie jest ani aryjska, ani semicka, jest filozofia kupiecka.
— No mniejsza. Pomówimy o tem kiedyindziej obszerniej. Dlatego dzielę się z wami, że jesteście moimi wspólnikami i dawnymi przyjaciółmi. Zresztą, tak mi każe ambicya nawet, zrobić przysługę przyjaciołom.
— Droga ambicya.
— Liczysz?
— Bo wszystko się oblicza.
— Ileż liczysz naszą dawną zażyłość?
— Karol, ty się nie śmiej, ale ja ci powiem, iż twoją przyjaźń mógłbym obliczyć na ruble, bo ja przez nią, przez to, że razem mieszkamy, mam więcej kredytu o jakie dwadzieścia tysięcy rubli. Mówię ci szczerze.
Borowiecki śmiał się serdecznie, zadowolony głęboko ze słów Moryca.
— To, co ja robię, zrobiłbyś i ty, zrobiłby i Baum.
— Ja się boję, Karol, ja się bardzo boję, że Maks jest mądry człowiek, że on jest kupiec... Ale co ja, to zrobiłbym z całą przyjemnością.
Zaczął gładzić brodę i nasadzać binokle, żeby pokryć wyraz ócz i ust, które mówiły zupełnie co innego.
— Ty jesteś szlachcic, ty jesteś naprawdę von Borowiecki.
— Maks! Wstawaj, śpiochu! — krzyczał do ucha Baumowi.
— Nie budź mnie! — ryczał, wściekły, wymachując nogami.
— Nie wierzgaj, tylko wstawaj, bo jest pilny interes.
— Karol, po co go budzisz—szepnął cicho Moryc.
— We trzech przecież musimy się naradzić...
— Dlaczego nie mamy zrobić tego interesu we dwóch?
— Bo zrobimy go we trzech — powiedział zimno Borowiecki.
— Czy ja mówię inaczej! Moglibyśmy tylko ułożyć bez niego, a jak wstanie, jak się wyśpi, to mu się powie! My w Łodzi stanowimy brylantową spółkę.
I biegał po pokoju coraz prędzej. Opowiadał o przyszłych zarobkach, rzucał cyfry, siadał na chwilę przy stole, brał w obie ręce szklankę z herbatą i pił; był tak zdenerwowanym, że binokle wciąż mu wpadały do szklanki; klął, wycierał je a poły surduta i znowu biegał, albo pochylał się nad stołem i na ceracie kreślił kolumny cyfr, które zmazywał natychmiast poślinionym palcem.
Tymczasem Baum wstał, wyspał się, wyklął w kilku językach, wypił olbrzymią ilość herbaty, zjadł wszystkie resztki z kolacyi, jakie jeszcze byty na talerzach, zapalił krótką angielską fajeczkę i przygładzając swoją małą łysinkę, jaką miał nad czołem, mruknął:
— Czego chcecie? Gadać prędko, bo mi się chce spać.
— Nie pójdziesz spać, jeno się dowiesz.
— Nie pyskuj.
Karol przeczytał mu telegram.
Moryc wyłożył plan, który był bardzo prosty:
mieć pieniądze, dużo pieniędy, jechać natychmiast do Hamburga, kupić co się da surowej bawełny i sprowadzić ją do Łodzi, zanim prawo o podwyższonem cle i taryfie zacznie obowiązywać. A potem sprzedawać, ma się rozumieć, z jak największym zyskiem.
Baum myślał długo, zapisywał coś w notesie, fajkę wypalił, wytrząsnął popiół na spodek, przeciągnął swoje olbrzymie kości i rzekł:
— Zapiszcie mnie na dziesięć tysięcy rubli, więcej nie mogę. Dobranoc!
Podniósł się z krzesła, aby iść z powrotem spać.
— Zaczekajże! Musimy się przecież porozumieć. Wyspisz się jeszcze.
— Niech was dyabli wezmą z temi porozumiewaniami się. Ach, te polaki! W Rydze przez całe trzy lata mało co spałem, bo wszyscy się całe noce u mnie porozumiewali... i w Łodzi to samo.
Usiadł niechętnie i zaczął nabijać fajkę.
— Moryc, ile dajesz?
— Taksamo dziesięć tysięcy. Nie wydobędę na razie więcej.
— Więc i ja tak samo.
— Zyski straty będą równe.
— Ale który z nas pojedzie? — zapytał Baum.
— Może jechać Moryc tylko, bo on się zna dobrze i to jego specyalność.
— Dobrze, pojadę. Co dacie gotówki zaraz?
— Ja mam piętnaście rubli, mogę dołożyć mój pierścień brylantowy, zastawisz go u ciotki, da ci więcej niż mnie — mówił ironicznie Maks.
— Mam wszystkiego przy sobie, zaraz... 400 rubli, mogę dać 300 zaraz.
— Kto twoje weksle będzie żyrował, Baum?
— Dam gotówkę.
— Ja jeśli na czas nie wyrwę gotówki, to dam weksle z dobrem żyrem.
Zaległa cisza. Maks położył głowę na stole i patrzył na Moryca, który szybko coś pisał i obliczał. Karol chodził wolno po pokoju i wąchał dla orzeźwienia jakieś perfumy w kosztownym flakoniku.
Dzień był już wielki i przez okna pozasłaniane gipiurowymi zasłonami wlewał białe, ostre światło poranku i mącił blask lampy i świec płonących w wielkich, bronzowych kandelabrach.
Cisza ogromna, cisza Łodzi w niedzielę, rozlewała się po mieście i przenikała do wnętrza mieszkania. Jakiś daleki turkot dorożki huczał niby grzmot po stwardniałem błocie i w pustej, jakby wymarłej ulicy.
Karol otworzył lufcik, aby wpuścić trochę świeżego powietrza i wyjrzał na ulicę.
Szron pokrywał bruk i dachy i skrzył się, jak brylanty w słońcu, co wstało gdzieś daleko za Łodzią, za fabrykami, których kominy, niby las gęsty i ponury, rozciągały się wprost okien i odcinały swoje potężne, surowe profile na tle złoto-błękitnego nieba.
— A jak ten interes się nie uda — szepnął, cofając się z okna.
— A no to stracimy, psia krew i nic więcej — mruknął Maks obojętnie.
— Możemy stracić trzy razy, bo kapitał, zarobek, a może i fabrykę.
— Nie może tak być — wykrzyknął Maks, bijąc ze złością w stół. — Fabrykę musimy mieć. Ja już z ojcem nie wytrzymam dłużej, a zresztą, czy mój fater długo pociągnie? Jeszcze rok, jeszcze dwa, a zjedzą go zięciowie, dogryzie go Zuker, on przecież zaczął już nas jeść, bo naśladuje nasze kapy na łóżka i nasze kołdry kolorowe i sprzedaje o 50% taniej; on nas żywcem zjada. A ja nie urodziłem się na parobka w cudzym interesie. Mam już trzydzieści lat, potrzebuję zacząć na siebie!
— I ja mówię, nie może być. Fabrykę, tak czy owak, mieć musimy. Ja także dłużej nie wytrzymam u Bucholca.
— Boicie się? — szepnął Moryc.
— To naturalna obawa, gdy się może stracić wszystko.
— Ty Karol nie możesz zginąć w żadnym razie; ty ze swoją uznaną specyalnością, ze swojem nazwiskiem, ze swojem von, swoją twarzą, zawsze możesz dostać milion, chociażby z Müllerówną w dodatku.
— Nie gadaj, mam narzeczoną, którą kocham.
— Co to przeszkadza, można mieć dwie naraz narzeczone i w obu się kochać, a ożenić z trzecią, która będzie miała pieniądze.
Karol się nie odezwał, bo mu się przypomniała panna Mada i jej naiwny szczebiot; chodził po pokoju, a Maks usiadł na stole, ćmił fajkę i bujał długiemi nogami i nadstawiał twarz na pocałunek słońca, co się przedarło wskroś okien domu naprzeciwko i kładło długą złotą smugę, pełną drgającego pyłu na jego twarz rozespaną i na czarną głowę Moryca, siedzącego z drugiej strony stołu.
— Jeśli się boicie ryzyka, to ja wam dam radę, a raczej powiem, że istotnie to jest ryzyko. A jeżeli o tym interesie wie cała bawełna łódzka? Jeżeli ja ich w Hamburgu zastanę wszystkich? A jeżeli przez wielkie i gwałtowne zapotrzebowanie bawełna pójdzie w górę za bardzo. A w Łodzi nie będziemy mieli komu jej sprzedać, to co?
— Przerobimy ją w swojej fabryce i zarobimy jeszcze więcej — szepnął Maks, nastawiając pod działanie słońca ucho jedno i część głowy.
— Ale jest wyjście. Zarobicie również i bez ryzyka.
— W jaki sposób? — zapytał Karol przystając.
— Odstąpicie mi cały ten interes. Ja wam dam po pięć, no po dziesięć tysięcy odstępnego, niech stracę i to gotówką, baresgeld, za parę godzin.
— Świnia — mruknął Maks.
— Daj pokój Maks, on to robi z przyjaźni.
— A właśnie, że z przyjaźni, bo jak ja stracę, wy też i tak możecie mieć fabrykę, a gdy zarobicie, również i wam to nie przeszkodzi.
— Nie traćmy czasu na próżne gadaniny, trzeba iść spać. Kupujemy razem na wspólne ryzyko, a ty Moryc jedziesz dzisiaj do Hamburga.
— Niech da pokrycie. Kupi za nasze pieniądze, a potem powie, że kupił dla siebie, jego stać na to!
— To nasza przyjaźń i moje słowo jest pies, co ty gadasz, Maks — wykrzyknął oburzony.
— Twoje słowo złoto, twoja przyjaźń to dobry weksel, ale ewikcyę daj, to handel.
— Załatwimy to w ten sposób, że Moryc będzie kupować i wysyłać zaraz pospiesznymi frachtami, na nachname. My wykupimy.
— A gdzie moja pewność, że mnie nie wyeliminujecie ze spółki, co?
— Świnia — zawołał głęboko dotknięty Maks, uderzając pięścią w stół.
— Cicho Maks, on ma racyę. Zrobimy zaraz piśmienną umowę, którą się później dla upoważnienia urzędowego przeciągnie przez regenta.
Napisali zaraz upunktowaną wielokrotnie umowę, rodzaj aktu spółki, zawierającej się pomiędzy nimi trzema, na prowadzenie handlu surową bawełną.
Było w niej wszystko przewidziane.
— No, teraz stoimy na gruncie realnym. Ile mi wyznaczacie za zajęcie się tym interesem?
— Teraz zwykłe komisowe za kupno, a później porozumiemy się.
— Zaliczcie mi z góry, co możecie. Ja wam rachunek dokładny przedstawię strat, jakie poniosę przez czas pobytu w Hamburgu, strat na agenturze swojej, której przez ten czas nie będę mógł prowadzić.
— Świnia — powiedział po raz trzeci Maks i wykręcił drugą stronę twarzy na stonce.
— Maks, tyś mi powiedział trzy razy świnia, ja ci tylko raz odpowiem: głupi! Ty pamiętaj, że my mamy prowadzić nie romans, nie małżeństwo, tylko interes. Sam okpiłbyś Pana Boga, żeby się tylko dałp, a mnie mówisz świnia, kiedy ja chcę tylko tego, co mi się należy prawnie. No niech Karol powie.
— Idź do dyabła, stergnij.
— No, zgoda, nie kłóćcie się ciągle. Jedziesz kuryerem w nocy?
— Tak.
— Tylko moi drodzy, pamiętajcie, ani dziś, ani później nikt niema wiedzieć, skąd wzięliśmy tę wiadomość o bawełnie.
— Alboż my wiemy, co?
— Taka tajemnica w trzech nie jest już tajemnicą.
— Idźcie spać. Karol, tylko mnie już nie budź. Moryc, choć pocałuję cię na drogę, bo cię nie zobaczę przed wyjazdem, wstanę dopiero jutro. No, bądź zdrów chłopie, a nie okpij nas — mówił żartobliwie, całując się z Morycem serdecznie, bo, pomimo ciągłych kłótni i wymyślań, lubili się bardzo ze sobą.
— Ciebie by kto oszukał! — mruczał Moryc jakby z żalem.
— Ty jesteś dobry chłop, Moryc, ale czuć cię na milę szachrajem.


∗             ∗

Było już po dwunastej, gdy Karol się obudził.
Słońce świeciło prosto w okna i zalewało blaskami cały pokój, umeblowany z najwyszukańszym wykwintem.
Mateusz umyty, wystrojony po niedzielnemu, wsunął się na palcach.
— Jest co? — zapytał Karol, bo często w nocy Bucholc przysyłał różne rozporządzenia.
— Z fabryki niema nic, są tylko ludzie z Kurowa, z listem. Czekają od rana.
— Nich zaczekają, przynieś list, a im daj herbaty. Wytrzeźwiałeś już?
— Jestem już na glanc, proszę pana dyrektora.
— Opatrzyłeś sobie już twarz, jak widzę.
Mateusz spuścił oczy i zaczął przestępywać z nogi na nogę.
— Raz jeszcze się upijesz, to możesz więcej nie pokazywać się.
— Już tak nie będzie.
Uderzył się w piersi aż się rozległo.
— Nie boli cię głowa?
— Nie, ale mnie krzywda moja boli. Poproszę bardzo pana, a pan mi, mój pan najdroższy pozwoli, a to już jak pies służył będę za to.
— Na cóż mam ci pozwolić? — pytał ciekawie, ubierając się.
— Żebym ja mógł trochę porachować żebra tym szwabom, co mnie tak uszlachciły.
— Takiś-to mściwy?...
— Nie, nie mściwym, ale sponiewierania, ale swojej utoczonej krwi katolickiej — nie daruję.
— A rób co ci się podoba, byle ci tylko lepiej jeszcze nie przefasonowali twarzy.
— Już ja im dam taki bejcz, co go im nikt nie spierze — szepnął mściwie i aż zaciął zęby od nagłej złości, jaka mu zalała serce.
Sine plamy i siniaki zrobiły mu się ponsowe od wzruszenia.
Karol ubrał się i poszedł budzić przyjaciół.
Nie było już nikogo.
— Mateusz, panowie dawno wyszli?
— Pan Baum wstał o dziewiątej, telefonował o konie do domu i jak przyszły, zaraz pojechał.
— No, no, cuda się dzieją.
— A pan Moryc wyszedł o jedenastej. Kazał mi walizkę podróżną naszykować i zanieść na kuryer nocny.
— Zawołaj tych ludzi. Coś mi jest, ale co? — myślał, rozcierając sobie skronie, bo głowa ma ciężyła, czuł się niezdrów.
Wstrząsał nim jakiś dreszcz zdenerwowania. Nie chciało mu się siedzieć, a czuł wstręt do poruszenia się z miejsca.
Wypadki dzisiejszej nocy: teatr, loża, Lucy, knajpa, telegram, Moryc i Baum przewijały mu się przez mózg w poszarpanych mgławicach i przechodziły, pozostawiając po sobie nudę i znużenie.
Zapatrzył się na wysmukły, kryształowy wazonik, pokryty bardzo pięknym rysunkiem złotym; złote lilie francuskie na tle mocnej purpury kryształu, którym przeświecało słońce i kładło krwawo-pomarańczowy cień na jedwabne, kremowe okrycie stołu.
— Ładna kombinacya — myślał, ale nie chciało mu się dalej patrzeć.
— Niech będzie pochwalony.
Odwrócił się do wchodzących.
— A, to wy z Kurowa. Macie list od panienki?
Wyciągnął rękę i zauważył, że mu pożółkła.
— Jest pismo. Daj matka wielmożnemu panu — powiedział poważnie chlup w białej kapocie, wyszywanej na szwach czarnemi tasiemkami, w portkach w poprzeczne czerwone, białe i zielone pasy, w kamizelce granatowej z mosiężnymi guzikami, koszulę miał zawiązaną na czerwoną wstążeczkę; stanął przy drzwiach wyprostowany, baranicę zawiesił na własnych pięściach przyciśniętych do piersi i patrzał niebieskimi, surowemi oczami w Borowieckiego, od czasu do czasu odrzucając ruchem głowy grzywę płowych niby konopie wymiądlone włosów, co mu wciąż opadały na twarz starannie wygoloną.
Kobieta list wydobyła z dziesięciu co najmniej obwiązań i podejmując Karola za nogi, podała.
Przeleciał szybko oczami list i pytał:
— Wy się nazywacie Socha?
— Tak, rychtyk Socha, rzeknij-no matka — szepnął, szturchnąwszy łokciem żonę.
— Juści prawda. Socha on jest, a ja jego żona i przyśliwa prosić wielmożnego pana niziniera o robotę na fabryce, o... — zatrzymała się chwilę, spoglądając na męża.
— Juścić o robotę, rzeknij-no matka od początku.
— Właśnie pisze mi tu ojciec i panienka o waszem nieszczęściu. Spaliliście się, co?
— Juścić że spalili, opowiedz-że jak było matka.
— A to było tak, wielmożny panie, powiem rzetelnie, jak na spowiedzi. Mieliśwa chałupę zaraz na dworem, pierwszą odewsi. Grontu to mój kupił ino dwie morgi i prętów dwadzieścia i pięć, co nam starszy pan, niby ociec wielmożnego pana niziniera sprzedał, a za cośmy zapłacili całe trzysta złotych. Używićby się z tego nie używił. Kartofle były swoje, krowę się uchowało, świniak zawżdy galanty kwicał w chlewie, kuń był, bo stary mój jeździł na furmanki do miasteczka i woził różnych ludzi do kolei, albo i żydów na ten przykład, za rubla, jak się dało. A mnie to paninka cięgiem wołała do dworu na posługi, a to do prania, a to do robienia płótna, a to kiej się krowa ocielić miała. Święta panienka, a to naszego Walka to tak wyuczyła, co chłopak zna i drukowane i pisane, a na złotym untarzyku to cytać poredzi z kużdej strony; mistranture tyż zna galancie, bo do mszy świętej księdzu Szymonowi sługuje. A chłopak ma dopiro na dziesiąty rok — zatrzymała się, aby wytrzeć nos w fartuch i obetrzeć załzawione rozczuleniem oczy.
— Prawda, mój syn Walek ma na dziesiąty rok, mów matka dokumentnie — szepnął poważnie chłop.
— Juści na dziesiąty, albo od Zielnej, albo na samą Siewną.
— Mówcie prędzej, bo widzicie, ja nie mam czasu — prosił Borowiecki, który chociaż się nudził podczas tego bezładnego opowiadania i mało słyszał, siedział cierpliwie, bo wiedział, że chłopi lubią się przedewszystkiem wygadać i wyżalić po ludzku, a robił to głównie dla tego, że pochodzili z Kurowa.
— Rzeknij matka co ostało, bo wielmożnemu panu spieszno.
— To z łaski Boski i z łaski panienki i bez to co stary miał kunia i zarabiał i bez tego co się czasem przedało a to kuraków, a to prosiaka jakiego, a to gąskę, a to czasem jaką kapkę mleka albo i półkwaterek masła i jajków tośwa się miało niezgorzy. Cała wieś nam zazdrościła, że to nas panienka uważała, że w izbie i obrazy święte były pikne, we złotych ramach, że to i odzienie zawżdy było jak się patrzy, żeśwa się to nie bijały, bo panienka cięgiem mówiła, że to grzych i obraza boska największa; że to mój u księdza Szymona często był i woził go do kolei, to bezto pomstowały na nas. A już najgorsza była ta Pietrkowa, co to siedzi ino bez miedzę. Kłótnica taka, że i ją ksiądz Szymon już nieraz z ambony napominał. Nic nie pomogło, cięgiem tylko bij zabij na mnie. A taka niepoczciwa co szczekała po całej wsi, że to ze dworu wynoszę kaszę, że mój kradnie siano z dworskich stogów. Widzieliście wy ludzie! Ażeby nam tak kulasy poupadały jak jej ozór ten przeklęty za szczekanie, jeśliśwa co wzięły. Ale żeby to ino to!
— Cóż ona więcej zrobiła, mówcie — szepnął prawie z rozpaczą, bo kobieta gadała coraz szczegółowiej, ośmielona jego życzliwym wzrokiem.
— A to bez nią myśwa się spaliły. Bo było tak, że zawżdy, jak to po somsiedzku się przytrafia, gąsiaki moje, już takie w knotach, cobym nijak nie mogła sprzedać po pięćdziesiąt kopiejek, przeszły na jej pole, ale nie było i pacierza, ino co dziopami chwyciły chila tyla trawkę, a ta suka zapowietrzona poszczuła je. Ażebyś Boga przy skonaniu nie oglądała, ażebyś! Zaraz mi zdechnęło pięcioro tych gąsków, bo je tak pies pogryz. Com się wypłakała, to jaże trudno wypowiedzieć. Stary przyjechał, ja mu mówię, a on mi rzekli inszej rady niwa na taką, ino sprać tak, coby gnaty poczuła.
— Prawda, rzekłem tak, mów dalej matka.
— Sprałam ją rzetelnie, zdarłam za te kudły, co ma kiej czarownica, utytłałam w gnojówce, skopałam kiej sukę. A to mi potem wieprzaka przetrąciła. Poszliśwa na sądy. Niech ta sprawiedliwość sądzi kto winowaty — wykrzyknęła, rozkrzyżowując ręce.
— A kiedyż was spaliła?
— Ja nie mówię co ona, ino że bez nią, bo jakieśmy siedzieli w sądzie, przylata woźny i pedo: Chałupa się wam Sochowa pali! Jezus Marya, jakby mi kto łysty poprzetrącał, ruszyć się z miejsca nie mogłam.
— No dosyć, rozumiem. A teraz chcecie znaleźć robotę w fabryce?
— Juści tak, wielmożny panie. Bośwa zeszły na dziady, bo się spaliło wszyćko i chałupa i obora i całki lewentarz, nic ino teraz iść po proszonem.
Zaczęła płakać spazmatycznie, a chłop stał wciąż poważnie, zapatrzony w Borowieckiego, odgarniając jednakim ruchem głowy grzywę, co mu co chwila spadała na oczy i twarz.
— Znacie tu kogo w Łodzi?
— Są tutak ludzie z naszych stron, jest Antek Michałów, jest, powiedz dokumentnie matka.
— Juści, że są, ino niewiada kaj ich szukać.
— Przyjdźcie do mnie Socha we wtorek o pierwszej godzinie. Robotę wam znajdę. Mateusz — krzyknął na lokaja — poszukaj im mieszkania i zaopiekuj się nimi.
Mateusz krzywił się niechętnie i pogardliwie patrzył na nich.
— No, idźcie z Bogiem, a we wtorek przyjdźcie.
— Przyjdziewa, mów-no matka.
Ale kobieta schyliła się do nóg Karolowi i obejmując je prosiła:
— A tom po tej ostatniej kurze, co się nie spaliła, uzbierała mendel jajków, to niechto wielmożnemu panu będą na zdrowie, bo ze szczyrego serca dajem — i położyła mu u nóg węzełek.
— Prawda, niechta będą na zdrowie — i pochylił się także do nóg.
— No, dobrze, dziękuję wam, przyjdźcie we wtorek.
Zostawił ich i poszedł do drugiego pokoju.
— Co za kopalniani ludzie! przeżytki — mruczał, chodząc poruszony nieco, siadł i czytał list od narzeczonej.
„Mój drogi panie Karolu!
Dziękuje serdecznie za list ostatni, sprawił on dziadkowi wielką przyjemność, a mnie wprost rozrzewnił i porwał. Jaki pan dobry! przez umyślnego aż przysyłać kwiaty”.
Uśmiechnął się drwiąco, bo kwiaty owe dostał od kochanki, w takiej ilości, że nie wiedział co z nimi zrobić, więc posłał je narzeczonej.
„Jakie to śliczne te róże! chyba nie łódzkie? a może mój drogi pan sprowadzał umyślnie z Nizzy, jak to kiedyś? Toby mnie bardzo ciesząc, bardzo smuciło jednak, bo nie mam czem równie pięknem się odwdzięczyć. Wie pan, te kwiaty są dzisiaj jeszcze, po dwóch tygodniach, prawie nie zmienione — to zadziwiające. Wprawdzie pielęgnuję je bardzo, bo niema listeczka, któremubym nie powiedziała, dotykając każdego ustami: kocham. Ale... dziadek się ze mnie śmieje i powiedział, że napisze o tem do pana, więc ja już sama przyznaję, a pan się o to przecież nie pogniewa, prawda?...”
— Anka moja droga — szepnął porwany uczuciem i rozjaśnionemi oczami czytał dalej:
„Z pieniędzmi już załatwione, są w banku Handlowym do pańskiego rozporządzenia, bo kazałam je zapisać na pana nazwisko, na nasze nazwisko...
— Złota dziewczyna!
„Kiedyż będzie ta fabryka? Ja tak niecierpliwie czekam, bo takam ciekawa zobaczyć ją i mojego drogiego pana, jako fabrykanta! A dziadek zrobił nawet świstawkę i nią budzi nas i zwołuje na śniadania i obiady.
„Wczoraj był u nas pan Adam Stawski, pamięta go pan? bo podobno byliście panowie razem w gimnazyum? Opowiadał bardzo ciekawe i wesołe szczegóły z waszego życia. Od niego dopiero dowiedziałam się, że mój kochany pan Karol, to był taki łobuz i takie miał powodzenie u kobiet jeszcze w gimnazyum. Ale dziadek przeczy temu stanowczo i mówi, że pan Adam łgarz zawołany. Komu pan każe wierzyć?
„Pan Adam stracił wszystko, bo majątek sprzedało mu Towarzystwo, ma wkrótce jechać do Łodzi, będzie i u pana.
— Jeszcze jeden niedołęga! — szepnął niechętnie.
„Ma jakiś projekt wielkiego wynalazku i obiecuje sobie, że na nim w Łodzi zrobi majątek.
— Idyota! nie pierwszy i nie ostatni.
„Trzeba mi kończyć, bo mi się tak oczy kleją i dziadek ciągle woła, żebym poszła spać. Dobranoc mój królu złoty. dobranoc! Napiszę jutro obszerniej. Dobranoc.Anka”.

W przypisku było jeszcze gorące polecenie oddawców listu.
— Pieniądze są, to dobrze, to bardzo dobrze, dwadzieścia tysięcy rubli. Złota dziewczyna. Bez namysłu oddaje swój posag.
Przeczytał list raz jeszcze i schował do biurka.
— Złota, dobra, poświęcająca się dziewczyna, ale... Dlaczego jest to ale! U dyabła! — uderzył nogą w dywan i zaczął bezmyślnie przerzucać stosy papierów na stole.
— Tak, dobra, może najlepsza z tych jakie znam, ale, ale, co mnie ona obchodzi?... Czy ja ją kocham? Czy ja ją kiedy kochałem? Postawmy sprawę szczerze — myślał, przypominając sobie dokładnie.
— Konie pana Bucholca po pana dyrektora — meldował Mateusz.
Wsiadł do powozu i pojechał do Bucholca.
Bucholc mieszkał na samym końcu miasta, za fabrykami swojemi. W dużym parku, graniczącym jedną stroną z murami fabryk, które nad nim panowały, stał jednopiętrowy dom, nazywany pałacem, zbudowany w tym łódzko-berlińsko-renesansowym stylu, z wieżami baniastemi po rogach, z szeregiem facyat ozdobnych, z tarasem na dachu, obwiedzionym żelazną balustradą.
Grupa wielkich, smutnych brzóz bieliła się w gazonie głównym przed podjazdem pałacowym. Ścieżki były wysypane miałem węglowym i biegły niby pasy czarnej croisy, wpośród poobwiązywanych słomą ról i drzewek południowych, co niby szyldwachy, wyciągniętą i załamującą się pod prostym kątem linią obiegały wielki czworoboczny trawnik, na którego rogach stały cztery posągi, okręcone na zimę w kawały barchanowych podkładek, zrudziałych na deszczach i mrozach.
W jednym końcu parku, pod czerwonymi murami fabryki, przez nizkie krzewy i drzewa błyszczały w słońcu okna oranżeryi.
Park był smutny i niedbale utrzymywany.
Lokaj w czarnej liberyi otworzył przed Borowieckim wielkie drzwi do przedpokoju, wyłożonego dywanem i obwieszonego fotografiami fabryk, grupami robotników i mapami majątków ziemskich, jakie posiadał Bucholc.
Czworo drzwi prowadziło w głąb domu, a wązkie żelazne schody na piętro.
Wielka, żelazna latarnia w stylu gotyckim, wisząca u sufitu, rozrzucała łagodne światło, co kolorowemi, jakby wypłowiałemi plamami mrzyło na ciemnym dywanie i drzewem wyłożonych ścianach.
— Gdzie pan prezes?
— Na górze, w swoim gabinecie.
Lokaj szedł naprzód i uchylał portyer, otwierał drzwi, a Borowiecki szedł wolno przez wspaniale pokoje, bardzo poważnie i ciężko umeblowane, zaciemnione prawie zupełnie storami opuszczonemi. Cisza go otaczała zupełnie, bo odgłos kroków tłumiły dywany.
Uroczysta, zimna powaga panowała w mieszkaniu; meble stały w pokrowcach ciemnych, zwierciadła, wielkie żyrandole, kandelabry, obrazy nawet na ścianach pokryte były zasłonami i tonęły w zmroku, w którym tylko błyszczały bronzowe ozdoby majolikowych pionów i złocenia stiukowych sufitów.
— Herr von Borowiecki! — meldował poważnie lokaj w jednym z pokojów, gdzie pod oknem, w głębokim fotelu, z pończochą w ręku, siedziała Bucholcowa.
— Gut morgen Herr Borowiecki — odezwała się pierwsza, wyjęta drut i wyciągnęła do niego rękę jakimś automatycznym ruchem.
— Gut morgen Madam — pocałował ją w rękę i poszedł dalej.
— Kundell! Kundell! — zakrzyczała za nim papuga, uczepiona nogami u parapetu.
Bucholcowa pogłaskała ją, uśmiechnęła się przyjaźnie do bandy wróbli, co pod oknami na drzewach się biły, popatrzyła me świat pełen słońca i znowu robiła pończochę.
Bucholca znalazł Borowiecki w narożnym gabinecie.
Siedział przed wielkim piecem, z zielonych gdańskich kafli, cudownie ornamentowanych, w którym palił się ogień, grzebał w nim ustawicznie swoim nieodstępnym kijem.
— Dzień dobry! Kundel, krzesło dla pana — zawołał silnym głosem na lokaja, który stał przy drzwiach gotowy na najmniejsze skinienie.
Karol usiadł tuż obok niego, plecami do ściany.
Bucholc podniósł swoje jastrzębie, czerwone oczy i dosyć długo świdrował twarz jego.
— Chory jestem — szepnął, wskazując na nogi pookręcane w białą flanelę i leżące na taburecie, wprost ognia, niby dwa wały materyału surowego.
— Ciągle to samo? reumatyzm?
— Tak, tak — szeptał i jakiś bolesny skurcz skrzywił mu szaro-żółtawą, okrągłą twarz.
— Szkoda, że pan prezes nie wyjechał na zimę do San-Remo, lub gdziekolwiek na południe.
— Co mi to pomoże, a ucieszyłbym tylko Szaję i tych wszystkich, coby chcieli, abym zdechł jak najprędzej. Kundel, popraw — krzyknął na lokaja, wskazując na nogę swoją, zsuwającą się z taburetu. — Ostrożnie! ostrożnie! — krzyknął.
— Myślę, że tych, coby chcieli pańskiej śmierci jest bardzo mało, a może i niema ich zupełnie w Łodzi, jestem nawet pewny że ich niema.
— Co mi pan gadasz, wszyscy chcą, abym umarł, wszyscy — i dlatego właśnie na złość będę jeszcze żył długo, pan myślisz, że nie mam zazdrosnych, co?
— Ktoby ich nie miał.
— Ileby dał Szaja za moją śmierć, jak pan myślisz?
— Przypuszczam tylko, że za ruinę pańską, gdyby ta była możebną, to dałby bardzo wiele, bardzo wiele, pomimo swojego skąpstwa.
— Pan myślisz? — szepnął i oczy mu strzeliły płomieniem nienawiści.
— Cała Łódź wie o tem.
— Jeszcze i wtedy kogoby oszukał, bo zapłaciłby fałszywemi pieniędzmi, albo wekslami bez wartości. Kundel... — opuścił głowę na piersi, na stary watowany szlafrok z łatami na łokciach i zapatrzył się w ogień.
Borowiecki zaprawiony już dobrze w tej serwilistycznej subordynacyi wobec milionerów, nie śmiał nic mówić, czekał cierpliwie aż on pierwszy zacznie.
Rozglądał się po ścianach wybitych bardzo ciemnym wiśniowym adamaszkiem jedwabnym, obwiedzionych szeroką złotą lamperyą. Kilka ordynarnych oleodruków niemieckich wisiało na ścianach. Olbrzymie mahoniowe biórko stało w rogu pomiędzy dwoma oknami, przysłoniętemi ekranami z kolorowych zabiel. Linoleum, naśladujące posadzkę, pokrywało podłogę gabinetu i było nader mocno powydeptywane.
— Słucham pana — mruknął szorstko.
— Mówiliśmy o Szai.
— Dajmy spokój temu. Kundel! niech tutaj przyjdzie Hamer. Co to, za pięć minut mam brać pigułki, a tego błazna niema jeszcze. Pan znasz wczorajsze nowiny?
— Słyszałem, pan Knoll mówił mi w teatrze.
— Pan bywasz w teatrze?
Oczy mu zaświeciły urągliwą złośliwością.
— Nie rozumiem nawet pytania pana prezesa.
— Prawda, że pan polak, prawda, że pan von — zaczął się krzywić jakby do śmiechu.
— Przecież i pan prezes bywa w teatrze.
— Ja jestem Bucholc, panie von Borowiecki. Ja mogę bywać wszędzie gdzie mi się podoba — podniósł głowę i dumnie, miażdżąco patrzył.
— Winne są teatry, że zamiast być dla niektórych ludzi tylko, stoją otworem dla wszystkich, mających za co kupić sobie miejsce — szepnął Borowiecki i nie mógł powstrzymać złośliwego uśmiechu.
— Nie słucham pańskie gadanie — stuknął ze złością kijem w głownie, że aż się iskry posypały pokój.
— Daruje pan prezes, że go pożegnam — mówił Borowiecki podnosząc się a krzesła, zirytowany ostatniemi słowami.
— Siedź pan, zaraz będzie obiad. Tu się niema o co obrażać, zresztą pan wiesz jak pana cenię, pan jesteś wyjątkowym polakiem. Knoll mówił panu o wszystkiem?
— O bankructwach ostatnich.
— Tak, tak... Wyjechał za pilnym interesem właśnie proszę pana o zastąpienie go na cały czas nieobecności. Morrys zastąpi pana w drukarni.
— Dobrze, a co do Morrysa to bardzo zdolny człowiek.
— I głupi. Siadaj-że pan. Ja lubię polaków, ale z wami wcale gadać nie można, zaraz się byle słówkiem obrazi i bądź zdrów. Langsam panie Borowiecki, langsam, pan nie zapominaj, że jesteś moim człowiekiem.
— Pan prezes za często mi przypomina, abym o tem chociaż na chwilę zapomnieć mógł.
— Uważasz pan to za niepotrzebne? — pytał, patrząc na niego z uśmiechem dobrotliwym.
— Jak komu i jak gdzie.
— Jabym panu dał konie, tylko niech pan nimi powozi bez bata i bez cugli.
— Porównanie, jako porównanie nie jest złe, tylko nie bardzo można je zastosować do nas wszystkich, pracujących u pana.
— Ja go nie stosuję do pana, ani do pańskich niektórych, uważasz pan, mówię, niektórych kolegów, tylko do tej czarnej, roboczej masy...
— I ta robocza masa, to ludzie.
— Bydło, bydło — wykrzyknął bijąc kijem w taboret z całych sił. — Pan się tak nie patrz na mnie, ja tak mówić mogę, bo ja ich wszystkich żywię.
— Tak, ale oni pracują dosyć dobrze na to żywienie, zarabiają.
— U mnie zarabiają, ja im daje zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to co?
— Toby sobie znaleźli gdzieindziej — szepnął, bo złość nim miotać poczynali.
— Zdechliby z głodu, panie Borowiecki, jak psy.
Borowiecki nic już się nie odzywał, był zirytowany tą pychą głupią Bucholca, który przecież pomiędzy łódzkimi fabrykantami był unikatem z wielkiego rozumu i wykształcenia, a tak prostej kwestyi nie rozumiał.
— Panie prezesie, szedłem właśnie z pigułkami, kiedy przyszedł August.
— Cicho! Jeszcze całe dwie minuty. Zaczekaj! — rzucił ostro do swojego nadwornego doktora, który się nieco zmieszał takiem przyjęciem, ale stanął pokornie o kilka kroków przy drzwiach i czekał, biegając zalęknionym, niespokojnym wzrokiem po twarzy Bucholca, który wpatrzony w stary srebrny zegarek, nachmurzony siedział w milczeniu.
— Ty się Hamer pilnuj, ja ci płacę za to, dobrze płacę — rzeki po chwili, nie odrywając wzroku.
— Panie prezesie!
— Bucholc mówi, cicho! — rzekł z naciskiem i uderzył go oczami. — Ja jestem punktualny, jak mi raz powiedzieli, że brać pigułki co godzina, to biorę co godzina. — Pan musisz być bardzo zdrowym, panie Borowiecki, widać to po panu.
— Tak bardzo jestem zdrowy, że jakbym posiedział w fabryce, w drukarni jeszcze dwa lata, to mam pewne suchoty. Już mnie doktorzy ostrzegali.
— Dwa lata! można jeszcze dużo wydrukować towaru przez dwa lata. Hamer dawaj!
Hamer z namaszczeniem odliczał piętnaście pigułek homeopatycznych na wyciągniętą rękę Bucholca.
— Prędzej! ty kosztujesz tyle co dobra maszyna, a ruszasz się tak powoli — syknął i połknął pigułki.
Lokaj podał mu na srebrnej tacy szklankę z wodą do picia po lekarstwie.
— On mi każe połykać arszenik, to jakaś nowa metoda leczenia, zobaczymy, zobaczymy...
— Ja już widzę duże polepszenie w zdrowiu pana prezesa.
— Cicho Hamer, nikt cię o to wcale nie pyta.
— Dawno pan prezes prowadzi tę arszenikową kuracyę? — zapytał Borowiecki.
— Trzeci miesiąc mnie już zatruwa. Możesz iść Hamer! — rzucił wyniośle.
Doktór ukłonił się i wyszedł.
— Łagodny człowiek z tego doktora, ma obwatowane nerwy! — zaśmiał się Borowiecki.
— Ja jemu je watuję pieniędzmi. Ja mu dobrze płacę.
— Telefon się pyta, czy jest pan Borowiecki? co mam powiedzieć? — meldował w drzwiach dyżurny, przyboczny urzędnik Bucholca.
— Pozwoli pan prezes?
Bucholc kiwnął niedbale głową.
Karol zeszedł na dół, do przybocznego kantoru Bucholca, gdzie był telefon.
— Borowiecki, kto woła? — pytał, przykładając ucho do muszli.
— Lucy. Kocham cię! — drgały mu roztrzęsione odległością wyrazy w uchu.
— Waryatka! — szepnął, uśmiechając się ironicznie na stronie.
— Dzień dobry.
— Przyjdź wieczorem o ósmej. Nikogo nie będzie. Przyjdź. Czekam. Kocham cię! Słuchaj, całuję cię, do widzenia.
Istotnie, odczuł rozpryśnięte mlaśnięcie, jakby odgłos pocałunku.
Telefon zmilkł.
— Waryatka! Będzie z nią ciężko, nie zadowolni się byle czem — myślał powracając na górę i był więcej zniecierpliwionym, niż uradowanym tym oryginalnym dowodem miłości.
Bucholc wciśnięty w fotel, położył kij na kolanach i przerzucał jakąś grubą, przepełnioną cyframi broszurę, która tak go pochłonęła, że co chwila łapał spodnią wargą przycięte krótko wąsy, co się nazywało w języku fabrycznym: „ssie nos”, a co było oznaką głębokiego zaabsorbowania.
Stos cały listów i rozmaitych papierów leżał przy nim na nizkim stoliku, cała świeżo nadeszła poczta dzisiejsza, którą zwykle sam odbierał.
— Pomoże mi pan rozsegregować listy, panie Borowiecki, zastąpi pan Knolla odrazu zresztą, chcę pana nieco zabawić.
Borowiecki spojrzał pytająco.
— Listami. Zobaczy pan jakie i o co listy pisują do mnie.
Odłożył za siebie broszurę.
— Kundel, dawaj!
Lokaj wszystkie papiery ze stolika zsypał mu na kolana.
Bucholc z szybkością nieporównaną przeglądał koperty i rzucał za siebie razem z objaśnieniem:
— Kantor!
Lokaj w powietrzu chwytał wielkie koperty opatrzone firmami.
— Knoll! Listy z adresem zięcia.
— Fabryka!
Na tych był adres firmy dla doręczenia pracującym w fabrykach.
— Centrala! Faktury kolejowe, zapotrzebowania, rachunki, trassy.
— Drukarnia! Cenniki farb, próbki kolorów na cienkich kartonach i malowane wzory deseni.
— Szpital! listy do szpitala fabrycznego i do doktorów.
— Meryenhof! Do zarządu majątków ziemskich, który był przy głównym zarządzie fabryki.
— Osobno!
Te były niezdecydowane i szły na biurko Bucholca, albo zabierał je Knoll.
— Uważaj, Kundlu! — krzyknął, uderzając kijem za siebie, bo usłyszał list padający na ziemię i znowu rzucał i komenderował ostro i krótko.
Lokaj zaledwie zdążył chwytać i wrzucać w otwory szafki z odpowiednimi napisami, którymi wpadały przez rury na dół, do przybocznego kantoru, skąd je rozwożono natychmiast i roznoszono.
— A teraz będziemy się bawić! — szepnął skończywszy rzucać, zostało mu na kolanach tylko z dziesięć listów różnych formatów i kolorów. — Bierz pan i czytaj!
Karol rozdarł kopertę pierwszego listu, równą, opatrzoną monogramem i wyjął list pachnący fiołkami, pisany wykwintnym kobiecym charakterem.
— Czytaj pan, czytaj — szepnął, widząc, że Borowiecki przez dyskrecyę się ociąga.
„Jaśnie wielmożny panie prezesie!
Ośmielona rozgłosem i czcią, z jaką wszystko, co nieszczęśliwe, wymawia imię pana prezesa, udaję się do niego z błagalną prośbą o pomoc, udaję się tem śmielej, iż wiem, że czcigodny pan nie zostawi prośby mojej bez odpowiedzi, jak nigdy nie zostawia niedoli ludzkiej, łez sierocych, cierpień i nieszczęść bez wsparcia i opieki. Znane jest twoje dobre serce w całym kraju, znane!
Bóg wie, komu dawać miliony!
— Ha, ha, ha! — śmiał się cicho i tak serdecznie, iż mu oczy na wierzch wychodziły.
„Nieszczęścia nas prześladowały, grady, pomór, susze, ogień i doprowadziły do ostatecznej ruiny i takiej, że dzisiaj mąż mój sparaliżowany dogorywa.
— Niech zdechnie! — rzucił twardo.
„A ja z czworgiem dzieci umieram z głodu. Zrozumie pan prezes okropność mego położenia, okropność tego kroku, jaki robię ja. wychowana w innej sferze, jako kobieta z towarzystwa, muszę się poniżać i nie dla siebie, bo raczej umarłabym z głodu, ale to czworo niewinnych dziatek!”
— Daj pan spokój, to nudne. W końcu czego ona chce?
— Pożyczki na założenie sklepu, w ilości tysiąca rubli — rzekł Karol, przeczytawszy śpiesznie resztę listu, pisanego wciąż w tym płaczliwie sztucznym stylu.
— W ogień! — zakomenderował krótko. — Czytaj pan dalej.
Teraz był list mozolnie wykaligrafowany jakiejś wdowy po urzędniku, która miała sześcioro dzieci i sto pięćdziesiąt rubli emerytury i prosiła o danie jej w komis sprzedaży resztek fabrycznych, aby mogła wychować dzieci na dobrych obywateli kraju.
— W ogień! Ja na tem dużo stracę, jak z nich będą złodzieje.
Potem następował list jakiegoś szlachcica, pisany nie bardzo ortograficznie, na papierze pachnącym śledziami i piwem, widocznie pisany w jakiejś restauracyi małomiasteczkowej, w którym ten przypominał, że przed laty miał przyjemność znać Bucholca i jako mu wtedy sprzedawał parę koni.
— Ślepych!... Znam go, on pisuje co rok, jak się rata kwietniowa zbliża, nie czytaj go pan dalej, ja wiem co tam jest, prośba o pieniądze i zaklinanie, że szlachcic szlachcica bronić powinien! Głupiec! W ogień.
I tak dalej szły listy: od wdów z dziećmi, bez dzieci, z mężami chorymi lub matkami, od sierot, od okaleczonych w fabryce, od ludzi poszukujących posad, od techników, inżynierów, od rozmaitych wynalazców, którzy obiecywali zrobić przewrót w przemyśle bawełnianym, a tymczasem żądali pożyczki na dokończenie studyów i modeli; był nawet jeden list miłosny, wyznanie jakiejś znanej dawniej, która nigdy zapomnieć nie mogła w obecnej niedoli szczęścia dawnego.
— W ogień! W ogień! — zakrzyczał, trzęsąc się ze śmiechu i nie chciał słuchać szumnych, patetycznych tyrad, zaklęć, błagań, zakończonych prośbą o pożyczkę.
— Uważasz pan, jak ludzie mnie cenią! jak kochają moje ruble!
Były listy i wymyślające najohydniej.
Karol się powstrzymał, nie wiedząc czy czytać.
— Czytaj pan, wymyślają mi, ja to lubię, to przynajmniej szczerze, a często zabawniejsze niż tamte.
Karol czytał list zaczynający się słów: „Herszcie złodziejów łódzkich” — przechodził całą skalę klątw i wymyślań, z których najłagodniejsze brzmiały: Świnio niemiecka, łotrze, zbrodniarzu, pijawko, psie podły, kartoflarzu” — a kończył się takim frazesem: „Jeśli cię pomsta boska minie, to cię kara ludzka nie minie, ty podły psie i dręczycielu.” List był bez podpisu.
— On ma humor. Ha, ha, ha, wesołe bydlę.
— Wie pan prezes, że ja już mam dosyć, już mi obrzydło.
— Czytaj pan, napij się pan szaflikiem całym tych zgrzęz ludzkich, to dobrze robi na otrzeźwienie. To należy do psychologii Łodzi i waszego niedołęstwa.
— Nie wszystkie listy są od polaków, są i po niemiecku, nawet większa część jest w tym języku.
— To właśnie dowodzi, że są wszystkie od polaków. Wy macie zdolność do języków i do żebraniny, wy to dobrze robicie — mówił z naciskiem.
Karol popatrzył na niego oczami, w których zaczęły błyskać zielone skry gniewu i nienawiści, ale czytał dalej, jakąś denuncyacyę na głównego magazyniera, że kradnie towary.
— Daj pan, o tem trzeba się przekonać.
Schował list do kieszeni.
Były jeszcze skargi na majstrów, były pogróżki odprawionych z roboty, były i takie denuncyacye, że któryś powiedział na Bucholca: „Świnia z wypalonemi oczami”, „Stary złodziej”, pisane ołówkiem na kawałkach papieru opakunkowego.
— Daj pan ten list, to ważny, drogi dokument, co o mnie mówią moi ludzie — i uśmiechał się pogardliwie.
— Pan myślisz, że ja codziennie czytam takie listy? Ha, ha, ha. August nimi podpala w piecu, cała korzyść z tego naciągania.
— A swoją drogą pan prezes rocznie daje kilka tysięcy rubli na różne cele publiczne.
— Daję, daję, bo mi je z gardła wydzierają, bo muszę dla świętego spokoju rzucić jaką kość dla hołoty.
— Dawniejsza zasada: szlachectwo obowiązuje zmieniła się dzisiaj na: miliony obowiązują.
— Głupia, nihilistyczna zasada. Co mnie obchodzi, że zdychają z głodu, niech zdychają. Zawsze jakaś część ludzi musi nic nie mieć. Mnie nikt nie dał ani grosza, wszystko musiałem sobie wyrwać, wyrobić, więc dla czego ja mam dawać drugim, za co? Niech mi kto udowodni, że powinienem. Komu ja mam dawać? Panom, którzy przehulali majątki, niech ich dyabeł weźmie. Tu u was wszyscy chcą brać, a nikt robić nie chce. Mógł który z was tak jak ja przyjść do Łodzi, zabrać się do roboty, zrobiłby tak samo jak ja majątek. A dlaczego tak nie było? bo wyście w tym czasie robili u nas rewolucyę.. Ho! ho! Donkiszoci! — splunął z pogardą na własne nogi i śmiał się długo rozbawiony niesłychanie.
Karol chodził po pokoju, nie chcąc nic mówić i chociaż zaczynało się w nim wszystko trząść z gniewu, milczał i udawał obojętnego, wiedział, że Bucholca nie przekona, a nie chciał mu się narażać.
Bucholc zauważył to pewne udręczenie, jakie sprawiał Borowieckiemu i dlatego właśnie gadał coraz boleśniejsze dla niego rzeczy, torturował go z rozmysłem; lubił, sprawiało mu to niezwykłą przyjemność, jeśli mógł męczyć kogoś i pluć w ludzkie dusze.
Leżał nieomal w fotelu, z nogami, które się prawie przypiekały przy ogniu, ustawicznie podsycanym, a w którym co chwila grzebał kijem; z twarzą szaro–żółtą, niby trupa rozkładającego się, w której świeciły krwawo oczy złością i urąganiem. Okrągła czaszka, pokryta resztkami siwych włosów, odrzynała się jaśniej od ciemnego tła fotelu.
Nie zamykał prawie ust, tylko z coraz większą pasyą pluł na wszystko i kopał wszystko. Wyglądał niby bożek pookręcany w łachmany i szmaty, który w głębi swej świątyni złotej leży na milionach i nimi potężny, urąga wszystkiemu, drwi ze słabości, szydzi z uczuć i samo człowieczeństwo nie podniesione milionami ma w pogardzie.
Przerwał mu wreszcie lokaj, meldujący obiad.
Dwóch ludzi wzięło z nim fotel i niosło do jadalni, położonej na drugim końcu domu.
— Pan umiesz słuchać, pan jesteś mądry człowiek! — szepnął do Karola, idącego tuż obok.
— To było wszystko bardzo ciekawe, co pan mówił, zajmowało mnie to bardzo jako materyały do patalogii milionerów — rzekł poważnie, patrząc mu się w oczy.
— Panie!... Nie przechylaj! — ryknął na lokaja, niosącego z lewej strony, uderzając go kijem w głowę — Panie Borowiecki, ja pana szanuję bardzo, daj pan rękę. My się rozumiemy, my możemy dobrze żyć ze sobą, licz pan zawsze na mnie.
W jadalni była już Bucholcowa i gdy męża ustawili przy stole, pocałowała go w głowę, podając w zamian swoją rękę do ucałowania, usiała naprzeciwko.
Doktór był także, przystąpił pierwszy do Borowieckiego i przestawił się.
— Hamerstein, dr. Juliusz Gustaw Hamerstein — powtórzył z naciskiem, gładząc wielką konopiastą brodę, spływającą mu aż do pół piersi.
— Doktór homeopatyi i wegeteryanizmu. Kundel, kosztuje mnie cztery tysiące rubli rocznie, wypala moje drogie cygara i obiecuje, że albo mnie wyleczy, albo umrę...
Doktór chciał coś oponować, ale stara bardzo cichutkim głosikiem zapraszała do obiadu, który zaraz lokaje zaczęli roznosić.
Rozmowa toczyła się po niemiecku.
— Pan nie wegeteryanin? — pytał Hamerstein, wyciągając brodę z pod serwety, w jaką był obwiązany.
— Nie panie. Jestem zupełnym panem wszystkich swoich władz — odparł dość cierpko, bo mu się niesmaczną wydała ta figura, jakby rozlana, z wielkim brzuchem, z wielką twarzą, z olbrzymią łysą czaszką, świecącą jak rondel świeżo wyczyszczony.
Hamerstein poruszył się niecierpliwie, rzucił pogardliwe spojrzenie z pod wypukłych niebieskich okularów i rzekł sucho:
— Każda prawda bywa zawsze z początku wyśmiewaną.
— Pan ma dużo zwolenników w Łodzi?
— Siebie i moje psy chore na parchy, bo im weterynarz nie kazał dawać mięsa — drwił Bucholc, który siedział przy stole, ale nie jadł nic, prócz kaszy owsianej z mlekiem.
— Co Łódź, co cała Polska, barbarzyństwo!
— Dlatego pan przyjechał? Dobre pole do apostolstwa.
— Ja napisałem książkę o wegeteryanizmie pod tytułem „Naturalne pożywienie”, mogę ją panu przysłać.
— Dziękuję, przeczytam z ciekawością, ale wątpię, czy pan zyska we mnie adepta.
— Pan prezes to samo mówił z początku, a teraz...
— A teraz jesteś głupi mój Hamer, bo tego nie rozumiesz, że jak się jest chorym, a cała głupia medycyna nie pomaga, to człowiek gotów jeździć do owczarzy, do księdza Kneippa, wreszcie nawet do twojej elektryczno-homeopatyczno-wegeteryańsko-arszenikowej metody.
— Bo ona jedynie pomaga, bo zasada homeopatyi: similia similibus curantur, jest zasadą, naturze ludzkiej najbardziej odpowiednią, jest jedynie prawdziwa. Pan prezes stwierdza ją na sobie najlepiej.
— Dotychczas tak, ale jak się zmieni na gorsze, to możesz być doktór pewnym, że cię obiję kijem i każę razem z całą twoją blagą zrzucić ze schodów.
— Kto daje nowe prawdy, bierze w nagrodę męczeństwo — szepnął sentencyonalnie, dmuchając w mleko.
— Daj spokój z męczeństwem, ty bierzesz w nagrodę cztery tysiące rubli i twarz ci się świeci sadłem jak latarnia.
Doktór podniósł w górę okulary, jakby powoływał sufit na świadka ile cierpi i jadł dalej kaszę z mlekiem.
Półmisek sałaty z oliwą i drugi z kartoflami stał przed nim.
Umilkli.
Lokaje niby cienie przemykali się bez szelestu, śledząc, co mógł kto potrzebować.
Jeden stał za Bucholcem i podawał natychmiast to, na czem wzrok jego zatrzymywał się.
— Kundel! — mruczał czasami Bucholc, gdy się opóźnił lub źle podał.
Bucholcowa z drugiej strony stołu siedziała, nie biorąc zupełnie udziału w rozmowie.
Jadła bardzo wolno, żując przednimi zębami uśmiechała się niby maska woskowa blademi ustami, spoglądała martwym wzrokiem na Borowieckiego, poprawiała chwilami koronkowy czepeczek, który stroił jej siwe włosy gładko przyczesane nad czołem żółtem i suchem, o pozapadanych skroniach, głaskała papugę, widzącą na poręczy krzesła niby pęk barw najjaskrawszych, małą, pomarszczoną, żółtą ręką.
Gdy jej było czego potrzeba, kiwała na lokaja i mówiła mu szeptem prawie niedosłyszalnym, albo pokazywała palcem. Siedziała niby mumia, żyjąca tylko w pozostałych, automatycznych, najdłużej trwających ruchach.
Obiad był najzwyklejszy, na sposób niemiecki. Mało mięsa, a wiele jarzyn.
Zastawa bardzo zwykła: platery dobrze już zużyte, porcelana powyszczerbiana, malowana w gołąbki na brzegach talerzy.
Dla Borowieckiego tylko podano koniak i kilka gatunków win, które mu sam Bucholc nalewał, zachęcając:
— Pij pan, panie Borowiecki. to jest dobre wino.
Koniec obiadu szedł milcząco i nudnie.
Cisza panowała przytłaczająca, czasem tylko papuga nic nie mogąc ściągnąć ze stołu, krzyczała: „Kundel!” Ale to samo rzucał szeptem Bucholc pod adresem lokaja. A każde słowo czy dźwięk rozlegało się echem, prawie huczało w tej wielkiej jadalni, w której mogło się pomieścić dwieście osób, obstawionej ciemnymi, dębowymi kredensami, rzeźbionymi w stylu staroniemieckim i zydlami w tymże samym stylu.
Wielkie okno weneckie, wychodzące na mury fabryk, dawało nie wiele światła, rozświetlało tylko ten koniec stołu, przy którym siedzieli, reszta tonęła w jakimś rdzawym zmroku, z którego wynurzali się co chwila jak czarne cienie, lokaje.
Słońce przedarło się z boku okna i rozlało smugę czerwonawego, przedzachodniego światła na pół stołu.
— Zasłoń! — krzyknął Bucholc, bo nie lubił słonecznego światła i patrzył z lubością w żyrandol, który rozbłysł elektrycznością.
Obiad się wreszcie skończył na pociechę Karola, któremu się już spać zachciało w tej ciszy i nudzie.
Stara tak samo pocałowała męża w głowę, nadstawiając w zamian rękę i wyciągnęła ją następnie automatycznym ruchem do Borowieckiego, który już nie siedział długo, zamienił kilka słów po cichu z doktorem, bo Bucholc drzemał w fotelu i nie żegnając się z nim, wyszedł.
Jadalnia zupełnie opustoszała, został tylko śpiący Bucholc w fotelu i lokaj stojący o parę kroków, nieruchomy, wpatrzony, gotowy na każde skinienie.
Borowiecki, wydostawszy się na ulicę, na świeże powietrze i na jasny, słoneczny dzień, odetchnął z uczuciem ulgi ogromnej.
Odesłał konie Bucholca, czekające na niego i poszedł pieszo, minął park i obok fabryk skręcił z Piotrkowskiej w małą niebrukowaną uliczkę, biegnącą w pola i z jednej strony obstawioną długiemi, posępnemi koszarami dla robotników.
Smutnie tam było i brzydko.
Wielkie, dwupiętrowe szopy kamienne bez najmniejszych ozdób, nagie, czerwieniące się boleśnie nędzną cegłą ścian wykruszanych przez wiatry, przeglądały się w ulicy, pełnej cuchnącego błota; setki małych poprzepalanych okienek zrzadka bielejących się firankami, lub ozdobionych doniczkami kwiatów, patrzyło w potężne korpusy fabryki rozkładającej się po drugiej stronie drogi, za wysokim parkanem i szeregiem olbrzymich topoli z uschniętymi czubkami, co stały niby szkielety groźne, rozgraniczające te smutne katakumby ludzkie, do jakich miały podobieństwo domy robotnicze, od fabryk, które w ciszy niedzielnego odpoczynku, oniemiałe, milczące, a potężne ogromem, wygrzewały w wiosennem słońcu swoje potworne cielska i błyskały ponuro tysiącami okien.
Borowiecki przesuwał się pod domami, po wązkich kładkach i kamieniach, miejscami zupełnie zalanemi przez błoto, które niby wodą falowało i rozpryskiwało się aż na parterowe okna i na drzwi, prowadzące do sień i kurytarzów, w których huczały krzyki dzieci.
Za domami wszedł do długiego ogródka, graniczącego przez drogę z polami rozległemi, na których w oddaleniu czerwieniły się mury fabryk i porozrzucane samotnie domy. Wiatr stamtąd zawiewał zimny i wilgotny i szeleścił liściami żywopłotów grabowych, co uschnięte, żółte, trzęsły się za każdym powiewem i opadały na czarne, rozmiękłe uliczki ogródka.
W ogrodzie stał wysoki, jednopiętrowy dom, w którym mieszkał jego pomocnik Murray, było w tym domu i jego mieszkanie, jakie mu fabryka wyznaczyła, całe piętro lub parter do wyboru, ale Borowiecki miał nieprzezwyciężony wstręt do tego mieszkania smutnego.
Z jednej strony okien widać było podwórza domów robotniczych; od frontu szedł ogródek i widok na fabrykę, a z lewej szła tak samo jak od frontu ostatnia zamiejska ulica, nie brukowana, otoczona rowami o kilkołokciowej głębokości, nad którymi rosły stare, umierające drzewa, chylące się coraz bardziej, podmywane ściekami, spływającymi z sąsiednich fabryk, a za niemi oczy leciały po wielkim kawale ziemi, pełnej dołów, kałuż, gnijącej wody, zafarbowanej odpływami z blichów i apretur, stosów rumowisk i śmieci, jakie tutaj wywożono z miasta, rozwalonych pieców cegielnianych, grup, drzew poschniętych, śladów zagonów, kup gliny pozostawionej od jesieni, domków skleconych z desek i małych fabryczek pod samym lasem szaiblerowskim, co swoją zdrową czerwonością i martwymi, twardymi konturami, raziły wprost w oczy.
Nie cierpiał tego łódzkiego krajobrazu wolał mieszkać w wynajętem mieszkaniu i niezbyt wygodnem, ale mieszkał w mieście i z przyjaciołmi, z którymi łączyła go nie tyle przyjaźń, co dawna zażyłość i przyzwyczajenie wieloletnie. Razem mieszkali przez cały czas studyów w Rydze, razem jeździli za granicę i razem przed kilku laty znaleźli się w Łodzi.
Borowiecki był chemikiem-kolorystą, Baum tkaczem i przędzalnikiem, a Welt skończył kursa handlowe.
W Łodzi mieli swoje nazwy złośliwe: Welt i dwa duże B., albo: Baum i S-ka, czyli trzech braci łódzkich.
Murray wybiegł aż do ogródka na spotkanie i już zdaleka wycierał ręce, które mu się wciąż pociły, wielką jak prześcieradło żółtą chustką.
— Myślałem, że pan już wcale nie przyjdzie.
— Przecież obiecałem.
— Jest u mnie jeden młody warszawiak, który niedawno przyjechał do Łodzi.
— Któż taki? — pytał obojętnie, zdejmując palto w przedpokoju obwieszonym aż po sufit sztychami przeważnie nagich kobiet.
— Handlowiec, zakłada jakąś agenturę.
— U dyabła, na dziesięciu spotkanych na ulicy, sześciu jest świeżo przybyłych i zakładających agentury, a dziewięciu chcących zrobić miliony.
— To też się w Łodzi robi gęsto.
— Ba, żeby ci nowi byli kolor, ale to bejc najpodlejszy.
Kozłowski, ów warszawiak, podniósł się niedbale z kanapki na przywitanie i opadł z powrotem ciężko, pił ustawicznie herbatę, którą mu z samowara nalewał Murray.
Rozmowa zawiązała się żywo, bo Murray był rano w mieście i opowiadał o skutkach bankructw.
— Ze dwadzieścia firm dyabli wezmą zaraz, a z ilu takie plajty wypuszczą krew, to się pokaże. W każdym razie Wolkman się chwieje. Grosman, zięć Grünspana, oblicza się; Fryszman, mówią, że on tylko czekał takiej okazyi i zaraz dzisiaj z wielkim pośpiechem położył się, bał się, żeby mu czasem nie przeszkodzili, potrzebuje zarobić, ma wypłacać posag zięciowi. Mówią, że i Trawiński latał dzisiaj po bankierach, coś z nim źle, pan go zna, panie Borowiecki.
— Nasz kolega z Rygi.
— Widzę, że tutaj cała Sodoma i Gomora — wykrzyknął Kozłowski, mieszając herbatę.
— A cóż w Warszawie słychać, wciąż „Mikado?” — zapytał Karol drwiąco.
— Mówi pan o dawnej przeszłości, o bardzo dawnej.
— Nie jestem au courant spraw warszawskich, przyznaję się szczerze.
— Widzę to, otóż u nas panuje teraz „Ptasznik z Tyrolu”, wspaniała heca.

„Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz ptaszku mój!”

Zaczął nucić bezwiednie i z lubością.
— Powiadam panu, że Czosnowska jest boska poprostu.
— Cóż to za dama?
— Pan nie wie? Naprawdę pan nie wie? ha, ha, ha. — zaczął się śmiać na całe gardło.
— Panie Robercie, pokażcie mi to nowe urządzenie — prosił Karol.
I wyszli zaraz na drugą stronę domu.
— Ależ to cały magazyn pięknych mebli! — wykrzyknął ździwiony.
— Co, ładne, prawda? — szeptał z dumą i zadowoleniem i jego wybladłe oczy promieniowały, szerokie usta śmiały mu się, gdy pokazywał całe urządzenie domu.
Był salonik maleńki, elegancki, zapchany meblami o żółtych obiciach, stojących na blado-fiołkowym dywanie, obwieszony portretami także żółtemi.
— To jest ładna kombinacya! — zawołał Karol, z przyjemnością patrząc na harmonię, w jaką zlewały się barwy.
— Co, ładne, prawda? — wołał uszczęśliwiony, wycierając wciąż ręce, żeby dotknąć jedwabnych sznelowych firanek.
Garb mu drgał i unosił co chwila surdut na plecach, który ociągał ustawicznie.
— To będzie jej pokój, jej buduar — szepnął cicho, z namaszczeniem wprowadzając do maleńkiego pokoiku, zastawionego miniaturowymi sprzętami i masami cacek porcelanowych.
Pod oknem wielka żardinierka złocona dźwigała cały bukiet kwitnących różnokolorowych hyacyntów.
— Ależ pan o niczem, jak widzę, nie zapomniałeś.
— Jak myślę o tem przecie — rzekł mocno, wytarł ręce, obciągnął surdut i kościstym długi nos wsadził w kwiaty, głęboko oddychając ich zapachem.
Pokazał mu jeszcze sypialnię i mały pokoik od tyłu.
Wszystkie były również elegancko i z komfortem umeblowane, wszędzie znać było rękę człowieka znawcy i kochającego bardzo przyszłą swoją żonę.
Wrócili do saloniku, Karol usiadł i patrzył z uczuciem podziwu na niego.
— Znać, że pan kochasz głęboko — szepnął.
— Kocham, kocham bardzo! Żebyś pan wiedział jak wciąż myślę o niej.
— A ona?
— Cicho!... nie mówmy o tem — przerwał prędko, zmieszany jego zapytaniem.
Zaczął strzepywać z krzesła jakiś pył nieistniejący, aby pokryć wzruszenie.
Karol zamilkł, palił papierosa i czuł, że go obejmuje senność; usadowił się wygodniej w fotelu, palił, przymykał oczy, lub patrzył przez okno w sine niebo, na którem w dali rysowały się czarne sylwetki kominów fabrycznych.
Cisza ich ogarnęła senna.
Murray wycierał ręce, obciągał surdut, gładził całą dłonią swoje potężne, czysto wygolone szczęki i zapatrzył się w dywan, w te blade kwiatki margeritek, jakie zajmowały środkowe pole.

„Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz ptaszku mój”

Drgał przyduszonymi dźwiękami śpiew Kozłowskiego i cichy głos fortepianu przeciskał się do saloniku i niby słodką rosą dźwięków opadał na ich głowy.
Borowiecki walczył ze snem, pociągał papierosa, ale ręka mu ciążyła i opadała na poręcz fotelu.
Murray się rozmarzał przyszłem szczęściem, żył tą nadzieją ożenienia się.
Jego miękka, prawie kobieca dusza, rozpływała się w tysiącznych drobiazgach, którymi napełnił mieszkanie i z góry cieszył się wrażeniem, jakie to musi zrobić na żonie.
Chciał mówić, ale spostrzegł, że Borowiecki śpi w najlepsze, zrobiło mu się trochę przykro, więc nie budząc go przysłonił okno sztorą, wyjął mu z ręki palącego się papierosa i wyszedł na palcach.
Kozłowski wciąż śpiewał i brzdąkał na fortepianie.
— Może pan zaśpiewa jaka miłosną, tylko bardzo taką, no, gorącą piosnkę! Ja panu tymczasem naleję herbaty — prosił anglik Murray.
— Z jakiej operetki?
— Ja nie wiem z jakiej. Ja tylko bardzo lubię śpiewy miłosne.
Kozłowski bardzo chętnie zaczął mu wyśpiewywać rozmaite popularne w Warszawie piosnki.
— Widzi pan, to nie to, ja nie umiem nazwać, bo za mało znam wasz język, ale chciałbym coś słodkiego i ładnego, te, co pan śpiewał są ordynarne bardzo.
— Proszę pana, ja je we wszystkich warszawskich salonach śpiewałem.
— Ja panu wierzę, źle powiedziałem, bo one są ładne, tylko zaśpiewaj pan jeszcze.
Kozłowski zaczął nucić półgłosem ze swego niewyczerpanego repertuaru pionki Tosti'ego; śpiewał niestrudzenie i wszystkie jakie umiał; jego tenorowy, mały, ale metaliczny głosik, umyślnie przytłumiony, dźwięczał prześlicznie.
Murray zasłuchał się cały, zapomniał nalewać herbaty, nie wycierał rąk, nie obciągał surduta, tylko całą duszą pił tę słodką, namiętną, palącą, to znowu melancholijną muzykę, słuchał całą istotą, aż mu oczy pływały we łzach zachwytu, a małpia długa twarz drgała ze wzruszenia.