Ziemia Obiecana (Reymont, 1899)/Tom pierwszy/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ziemia obiecana
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i spółka
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron
IV.


Czwarta dochodziła, gdy Borowiecki znalazł się na ulicy.
Stangret nie doczekawszy się, odjechał do stajni.
Wiatr huczał głęboko i zamiatał kałuże z taką siłą, że błoto bryzgało na parkany i na wązką ścieżkę, służącą za chodnik.
Borowiecki wzdrygnął się, przejęty tym zimnym, wilgotnym wiatrem.
Stał chwilę przed domem, nic nie widząc przed sobą, prócz połyskującego błota i czarnych, spiętrzonych gmachów w oddali i kominów fabrycznych, słabo rysujących się na szarem, zmąconem tle nieba, po którem chmury, niby porozrywane bele zabrudzonej bawełny, biegały z szalonym pośpiechem.
Był jeszcze oszołomiony, przystawał i oparty o parkan zbierał rozbitą świadomość. Wstrząsał się cały co chwila, bo czuł jeszcze uściski jej, usta paliły go, przymykał oczy i musiał parasolem wyszukiwać przed sobą twardszego gruntu i czuł się pijanym zupełnie, dopiero szczekania gwałtowne psów za parkanami, orzeźwiły go zupełnie i wyrwały z tej dziwnej ciszy jaka ogarnia po przejściu bardzo silnych wzruszeń.
— Kurowski musi już spać — szepnął kwaśno — przypominając sobie, że miał iść do niego do „Grand-Hotelu” zaraz po teatrze.
— Żebym czasem za tę zabawę nie zapłacił fabryką — szepnął i zaczął biedz prędko, już nie zważając na błoto i na wyboje.
Dopiero na Piotrkowskiej złapał dorożkę i kazał się wieźć co koń wyskoczy do hotelu.
— A telegram — wykrzyknął, przypominając sobie nagle i przy świetle latarni przeczytał go raz jeszcze. — Zawracaj i jedź prosto Piotrkowską. Może już jest w domu — myślał o Morycu i gorączka znowu zaczęła go brać.
Kazał dorożkarzowi zaczekać na wszelki wypadek przed domem i z pośpiechem dzwoni do mieszkania.
Nikt nie otwierał, co tak go zirytowało, że oberwał dzwonek i trząsł całą siłą drzwiami, wreszcie, po długiem oczekiwaniu Mateusz otworzył.
— Pan Moryc w domu?
— Jak poszedł na siabas, to go pewnie żydy nie puściły, a tak, pan Moryc, niby?
— Pan Moryc w domu, odpowiadaj? — krzyknął rozwścieczony, bo Mateusz był zupełnie pijany, szedł za nim ze świecą w ręku, rozebrany, z oczami zamkniętemi i z twarzą pełną poprzysychanej krwi i sińców.
— Pan Moryc, niby ja rozumiem, pan Moryc, aha!
— Bydle! — krzyknął i uderzył go w twarz z całej siły.
Chłop się potoczył i utkwił twarzą w drzwi, któremi wszedł do mieszkania Borowiecki.
Moryca nie było, Baum tylko spał nierozebrany, z papierosem w zaciśniętych zębach, na wielkiej otomanie w jadalnym pokoju.
Na stole, na ziemi, na kredensie stało mnóstwo pustych butelek i talerzy, a kominek samowara obwinięty był w zieloną, długą woalkę.
— Oho, Antka była, bawił się wesoło. Maks! Maks! - zawołał, mocno potrząsając śpiącym.
Maks ani drgnął, spał najspokojniej i chrapał potężnie.
Wreszcie Borowiecki, zniecierpliwiony daremnymi usiłowaniami obudzenia go, bo chciał od niego dowiedzieć się, gdzie jest Moryc, porwał go za ramiona i postawił na podłodze.
Maks zirytowany, że go budzą, potoczył się na krzesło, schwycił je i z całej siły rzucił przed siebie, na stół.
— Masz, ty małpa zielona, nie budź — i położył się najspokojniej na otomanie, ściągnął surdut, okręcił nim głowę i spał dalej.
— Mateusz! — krzyknął z rozpaczy prawie Karol widząc, że Maksa nic nie obudzi.
— Mateusz! — krzyknął po raz drugi, podchodząc do przedpokoju.
— Zaraz idę, lece, panie dyrektorze, świeca mi się gdzieś podziała i szukam, i szukam, idę — wołał przez sen, roztrzęsionym pijanym głosem, na próżno starając się podnieść z podłogi, gdzie upadłszy po ciosie Borowieckiego zasnął.
Podniósł się na kolana i padł z powrotem twarzą na ziemię, machając dookoła rękami, jakby pływał.
Borowiecki podniósł go, przyprowadził do jadalni, postawił pod piecem i pytał:
— Gdzieś się upił? Tyle razy ci zapowiadałem, że jak się upijesz, wyrzucę cię do dyabła, słyszysz co mówię?
— Słyszę, panie dyrektorze, słyszę, aha, niby pan Moryc — bełkotał, napróżno starając się znaleźć równowagę.
— Kto ci zbił pysk? Wyglądasz jak świnia.
— Mnie kto zbił pysk? mnie, prze... pana dyrektora, nikt zbił pysk, mnie nikt nie może zbić pysk, bo ja bym prze... pana dyrektora gnaty połamał, morde zbiuł i byłoby fertig, na glanc... cholera.
Borowiecki widząc, że z pijanym się niedogada, przyniósł karafkę z wodą, przytrzymał go jedną ręką i wszystką wodę wylał mu na głowę.
Mateusz się kręcił i wyrywał, ale otrzeźwiał nieco i obcierając rękawami twarz posinioną, zalaną krwią, patrzył ogłupiałymi oczyma.
— Był pan Moryc? — pytał cierpliwie dalej.
— Był.
— Gdzie pojechał?
— Odwiózł niby tę małą, czarną i miał być w Grandzie.
To znaczyło w Grand Hotelu.
— Kto tutaj był?
— Różne państwo było, był pan Bein, pan Hertz i inne jeszcze żydy. Ja z Agatą od pana inżyniera gotowaliśmy kolacyę.
— I upiłeś się jak świnia ostatnia; któż cię tak pobił?
— Nikt mnie nie bił.
Pomacał się bezwiednie po twarzy i głowie i syknął z bólu.
— A skąd-że masz te dziury we łbie, co?
— A to, abo... był i pan Moryc, i ta czarna małpa, i ten garbaty i te żydy.
— Gadaj natychmiast, gdzieś się upił i kto cię pobił? — krzyknął z wściekłością.
— Ja nie pijany ani mnie kto pobił. Poszedłem po piwo dla panów, a w szynku były kolegi od francuzów i postawiły bier. Dobra nasza! Postawiłem i ja. Jak ony postawiły raz, to i ja raz. Potem przyszły ludzie z blichu naszego, dobre polaki, z moich stron, postawiły i one bier — dobra nasza; postawiłem i ja. Ony dobre polaki, to i ja dobry polak, ony stawiały — dobra nasza, to i ja stawiał. Alem nie pijany, prze... pana dyrektora, jak Pana Boga kocham, takim trzeźwy, co jak pan dyrektor chcę — to chuchnę, niech pan dyrektor sprawdzi.
Nachylił się i z zamkniętymi oczami, przylegając mocno grzbietem do pieca, chuchał na pokój.
Borowiecki przebierał się w swoim pokoju i nie słuchał, ale Mateusz gadał wciąż.
— Potem przyszły webery od starego pana Bauma i foluszniki. Piły z nami — myśma stawiali, a że zaś niemcy podły naród, to stawiać nie chciały. To ja jednego ino tak ździebko palcem tknąłem, to un na ziemię, a drugi me kuflem w łeb. To ja i tego tak ździebko palcem tknąłem, to on tyż na ziemię, a niemcy me zaś za orzydle. Ja się nie biłem, bo wiem, że pan dyrektor tego nie lubi. A że ja słucham swojego pana, to ja się nie biłem, ale kiej mi jeden ucapił za włosy, a inne za orzydle, a jeszcze któryś lunął me bez pysk, to myślę, szkoda mi tego tużurka, co go mam od pana dyrektora, i mówię podobremu: puść me, a un me nożem pod żebro. To ja go łbem o ścianę, to un został.
Kolegi pomogły i było fertig, na glanc. Ja się nie biłem, tknąłem ino ździebełko palcem, to by i kurczę ustało, a taka świnia już leży. Miętki w nogach naród, panie dyrektorze, bardzo miętki, te niemcy. Ja ino tak ździebko palcem tknąłem, to już forbeit, na ziemi!
Mruczał coraz senniej i z wyciągniętą ręką przed siebie, wskazującym palcem pokazywał, jak on ździebko tylko tykał.
— Idź spać — zawołał Borowiecki, pogasił światła, zaprowadził go do kuchni i pojechał szukać Moryca.
W Wictoryi było zamknięte, w Grand Hotelu także.
— Pan Kurowski już śpi? — zapytał numerowego.
— Wcale nie był dzisiaj, był przygotowany salon i nie przyjechał.
— Pan Welt był u was wieczorem?
— Był z paniami i z panem Cohnem, pojechali do Arkadyi.
Pojechali do Arkadyi na Konstantynowską i tam już nie było nikogo.
Objechał kilka jeszcze knajp, gdzie zwykle młodzież łódzka się bawiła, ale nigdzie go nie znalazł.
— Gdzie ta małpa się schowała — myślał zirytowany i raptownie krzyknął dorożkarzowi — Jedź na miód, wiesz gdzie? Jeśli tam nie będzie, to go już nigdzie nie znajdę.
— Zaraz tam będziemy, panie!
— I podciął konia ze wszystkich sił, bo wlókł się strasznie powoli, utykając po dziurach i dołach; dorożka skakała i kołysała się po bruku pełnym najstraszliwszych wybojów, niby łódka po falach morskich.
Borowiecki klął i zacinał zęby i żeby zapanować nad rozdenerwowaniem, które tak nim trzęsło, że nie mógł zapalić papierosa, bo mu się łamał w rękach, zaczął usilnie myśleć nad tą sprawą bawełnianą.
— Bauer sprzedał dobrze ten telegram Zukerowi. Co za dziwna kobieta — przerzucił się do wspomnień Lucy i utonął w nich..
Znał ją od lat dwóch, ale nie zwrócił szczególniejszej uwagi, ponieważ był zajęty Likertową, a potem opowiadali o niej, że jest niepomiernie głupia, tak prawie jak piękną była.
— Co za temperament — szeptał, wstrząsając się na przypomnienie.
Od dosyć dawna wiedział, że zwrócił jej uwagę, dawała mu poznać spojrzeniami, zapraszaniem usilnem do siebie, z których jakoś nigdy nie korzystał. Bywała tam wszędzie, gdzie wiedziała że i jego spotka.
Plotka łódzka, którą tam z całą pasyą i z wielką maestryą uprawiają przeważnie mężczyzni, którą są przepełnione kantory i fabryki, zaczynała już coś kombinować i przebąkiwać, ale szybko ustała, ponieważ Borowiecki trzymał się zdaleka, pochłonięty w ostatnich miesiącach planami założenia fabryki.
Znał osobiście Zukera, starego chałaciarza, przedzierżgniętego w ostatnich dziesięciu latach w milionera-fabrykanta, który zaczynał swoją karyerę w Łodzi od skupowania zużytych, do niczego fabrykom już nie służących szmat bawełnianych, strzępów papieru, pyłu bawełnianego, jakiego zawsze bywało dosyć po tkalniach i postrzygalniach.
Nie cierpiał go za tandetne wyroby, naśladujące powierzchownie w deseniach i kolorach wyroby firmy Bucholca, a w istocie materyały w najgorszym gatunku, sprzedawane tanio, które uniemożliwiały wszelką konkurencyę.
Wiedział że Likertowa nie ma kochanka, bo raz, że była żydówką, a po drugie, w mieście, gdzie wszyscy, poczynając od milionerów, a skończywszy na ostatnim gwoździu, w tej olbrzymiej maszynie wytwórczej, muszą robić, muszą się cali oddawać tej pracy, jest niezmiernie mało zawodowych donżuanów, niesłychanie mało sposobności do zdobywania i obałamucania kobiet.
A zresztą, gdyby tak było, jużby o tem ktoś wiedział i mówił z pewnością.
— Czy ona ma i duszę jaką? — myślał teraz rozpatrując jej dziką, niepohamowaną namiętność. — Ale po co ja tam wlazłem, jeszcze teraz! Do dyabła z miłością. mieć teraz taką kulę u nogi, kiedy się zakłada fabrykę na kredyt. A jednak...
I zastanowił się, szukał w sobie miłości do niej, wmawiał w siebie zupełnie szczerze, że ją kocha, że to miłość go porwała, a nie zwykła, zmysłowa burza zdrowego i niewyczerpanego organizmu.
— Bądź co bądź, gra warta świeczki pomyślał.
Dorożkarz zakręcił i stanął zaraz przy rogu Spacerowej, przed synagogą.