Przejdź do zawartości

Zdrajca w rodzie Habsburgów/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Nowicki
Tytuł Zdrajca w rodzie Habsburgów
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1926]
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

IV.

Po zabiciu arcyksięcia Rudolfa pamiętnej nocy styczniowej 1889 roku w Meyerlingu, cesarz pozostał bez następcy tronu w prostej linji, ponieważ w Austrji prawo następstwa tronu nie przysługiwało kobietom.
Korona zatem w razie śmierci cesarza miała przejść na młodszego, trzeciego z kolei brata cesarskiego, Karola Ludwika. Ponieważ atoli ten arcyksiążę był młodszy od cesarza zaledwie o trzy lata, było wątpliwem, czy zechce brać koronę nawet gdyby i przeżył Franciszka Józefa. Milcząco odrazu zgadzano się na to, by arcyksiążę Karol Ludwik abdykował na korzyść swego najstarszego syna, Franciszka Ferdynanda.
Arcyksiążę Franciszek Ferdynand i jego dwaj młodsi bracia, Otto i Ferdynand Karol urodzili się z księżniczki, należącej do dynastji Burbonów Neapolitańskich. Była ona córką osławionego „króla-bomby“, Ferdynanda II. Przezwisko swoje otrzymał on dlatego, że złamał przysięgę i kazał bombami obrzucić lud, choć poprzednio przyrzekł amnestję za wszelkie ruchy rewolucyjne. Dynastja była fizycznie, umysłowo i moralnie zwyrodniała w stopniu jeszcze wyższym, niż Burbonowie hiszpańscy. Członkom tej dynastji wydawało się, że są istotnie wysłańcami Boga na ziemi. Jako przedstawiciele Pana Boga pomiatali parlamentaryzmem, wolą ludu, oświatą, postępem technicznym. Wierzyli tylko w gwałt fizyczny i we własną samowolę. Na lądzie stałym i na wyspie Sycylji trzymali pułki szwajcarskie. Szubienica i przepełnione więzienia były głównemi narzędziami systemu rządowego.
Wszystkie wady Burbonów Sycylijskich odrodziły się z fotograficzną wiernością w najstarszym synu Karola Ludwika, w arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie.
Był brutalnym, jak jego dziadek, osławiony „król-bomba“. Pogardzał ludźmi i uważał się za coś nieskończenie od nich wyższego i lepszego. A gdy po zamordowaniu arcyksięcia Rudolfa stało się prawdopodobnem, że to on z czasem zasiądzie na tronie austrjackim po śmierci Franciszka Józefa, uwierzył w to, że jest posłannikiem samego Pana Boga i że jego obowiązkiem będzie dźwigać ludy na wyższy poziom wiary katolickiej. Był bowiem fanatykiem katolicyzmu, ale tylko dlatego, że obiecywał sobie zmienić katolicyzm w narzędzie absolutyzmu monarchicznego. Fanatycznie nienawidził parlamentaryzm i demokrację. Uważając się za wybrańca Bożego, pragnął wprowadzić taką formę rządu, aby wyłącznie jego wola była źródłem wszelkiego prawa zarówno w Austrji, jak i na Węgrzech. Narodu węgierskiego formalnie nienawidzi! i wcale nie taił, że z chwilą wstąpienia na tron, zniesie wszystkie odrębności państwowe węgierskie. Tak samo nie lubił Polaków, ponieważ wstrętnym mu byt i patriotyzm polski, i dążenie do niepodległości, i polska kultura polityczna, odrzucająca despotyzm, czy to w zabarwieniu neapolitańskiem, czy to w zabarwieniu moskiewskiem.
Burbonowie neapolitańscy uginali się nietylko pod ciężarem zwyrodnienia fizycznego, ale i pod ciężarem zwyrodnienia umysłowego. Franciszek Ferdynand w obu dziedzinach był ich nieodrodnym potomkiem. Za młodu groziły mu suchoty. Była chwila — miał wtedy około trzydziestki — że ta choroba piersiowa rozwijała się coraz groźniej. Tylko bardzo staranna kuracja, wstrzemięźliwy tryb życia i długi pobyt w ciepłym klimacie zdołały powstrzymać dalsze postępy tej groźnej choroby. Mimo to jednak suchoty odbiły się na psychice arcyksięcia. Był on zgryźliwym i złośliwym, jak wszyscy suchotnicy. Te dwie właściwości charakteru potęgowały wrodzoną mu popędliwość gniewną. Wybuchał często niepohamowanym gniewem, przyczem chował długo urazę i byt nadzwyczajnie mściwy.
Z tą popędliwością i mściwością łączyła się właściwa Burbonom chciwość. Zwłaszcza od czasu, gdy Franciszek ożenił się morganatycznie, owa chciwość przybrała formy wręcz karygodne.
Dzisiaj nie ulega wątpliwości, że Franciszek Ferdynand właśnie pod wpływem swojej żony — o czem będzie niżej — i za sprawą swoich wad należał do współautorów Wojny Światowej, której nawet początku nie miał oglądać. Trudno sobie wyobrazić, jak strasznemi byłyby następstwa jego rządów, gdyby Opatrzność pozwoliła mu wstąpić na tron, skoro już jako następca tronu wywołał olbrzymie zamieszania w państwie i wreszcie Wojnę Światową.
Po stłumieniu postępów choroby arcyksiążę Franciszek Ferdynand prezentował się dosyć okazale. Był wzrostu słusznego, w ramionach szeroki, twarzy niebrzydkiej, zdobnej w wąs ciemny, włosy miał dosyć gęste, ostrzyżone w szczotkę. Tylko cera matowa zdradzała niewyleczone suchoty, aczkolwiek z drugiej strony można ją było tłómaczyć przymieszką krwi południowej, oddziedziczonej po matce.
Około roku 1899 z kół dworskich zaczęły rozchodzić się pogłoski, że arcyksiążę Franciszek Ferdynand zamierza wstąpić w związki małżeńskie. Jeździł on bowiem dosyć często z Wiednia do pobliskiego Preszburga, starej stolicy węgierskiej, gdzie w dawnym pałacu książąt Grassalcovich‘ów rezydował od szeregu lat arcyksiążę Fryderyk wraz z rodziną. Był to ojciec sześciu córek, niezbyt dorodnych coprawda, lecz posiadających bardzo zapobiegliwą mamę, krzątającą się umiejętnie około wyszukiwania sobie zięciów. Przypuszczano więc powszechnie, że arcyksiążę Franciszek Ferdynand weźmie za małżonkę jedną z owej szóstki.
Nikt nie domyślał się prawdziwej przyczyny częstych wizyt Franciszka Ferdynanda w Preszburgu.
Pewnego dnia zjawił się on na posłuchaniu u swego stryja, cesarza Franciszka Józefa, i oświadczył, że kocha hrabiankę Zofję Chotek, damę dworu arcyksiężnej Izabelli, i prosi monarchę jako głowę domu o pozwolenie na poślubienie jej.
Cesarz — niesłychanie zdziwiony — zapytał:
— A więc Wasza Cesarska Wysokość chce dla tej miłości wyrzec się prawa do tronu.
— Wcale nie, Najjaśniejszy Panie, — brzmiała pewna siebie odpowiedź arcyksięcia.
— Przecież hrabianka Zofja Chotek nie może być cesarzową — zauważył cesarz, jeszcze bardziej zdumiony.
— Wiem o tem, lecz moje małżeństwo morganatyczne w niczem nic przeszkadza, abym po najdłuższem życiu Najjaśniejszego Pana wstąpił na tron. Moje dzieci, spłodzone z tego morganatycznego związku, nie będą miały praw do korony i nie będą członkami rodziny panującej. Mimo to ja mogę panować, a następcą tronu po mnie będzie najbliższy arcyksiążę.
Cesarz kategorycznie odmówił prośbie arcyksięcia. Od tej chwili arcyksiążę zarzucał cesarza memorjałami prawnemi, których autorzy, sławni prawnicy i wybitni znawcy prawa państwowego udawadniali, że małżeństwo morganatyczne członka rodziny panującej nie może jego samego pozbawić prawa do korony. Kilkakrotnie arcyksiążę osobiście wręczał monarsze memorjały podobnej treści i ustnie ponawiał swą prośbę. Cesarz jednak stale odmawiał.
Pokazało się, że zaraz na pierwszej wizycie, którą Franciszek Ferdynand złożył w Preszburgu celem przyjrzenia się szóstce arcyksiężniczek, kandydatek do stanu małżeńskiego; zwróciła jego uwagę dama dworu arcyksiężnej, hrabianka Zofja Chotek. Była to postawna panna, równa wzrostem arcyksięciu, rozrosła w ramionach i w biodrach, o wydatnej piersi, o twarzy przystojnej, ale mającej w sobie mało wdzięku kobiecego, a dużo stanowczości i pychy. Rodzina Chotków należała do najstarszych rodów arystokracji czeskiej i nigdy całkowicie zniemczona nie była. Każdy z Chotków mówił biegle po czesku i uważał się raczej za Czecha, niż za Niemca.
Z biegiem lat Chotkowie majątkowo bardzo podupadli. Ojciec hrabianki Zofji stracił resztę majątku w służbie dyplomatycznej. Ona sama musiała iść w służbę do arcyksiężnej Izabelli. Stanowisko damy dworu u dosyć niskiej rangą arcyksiężnej Izabelli było bowiem formalną służbą, a nie odznaczeniem dworskiem. Jej obowiązki przypominały coś w rodzaju damy do towarzystwa i coś w rodzaju guwernantki.
Oczywista, prośba arcyksięcia pod adresem cesarza nie została tajemnicą. W przeciągu 24 godzin po pierwszej audjencji i dwór, i Wiedeń, i wszyscy arcyksiążęta na prowincji wiedzieli, z kim Franciszek Ferdynand chce się żenić. Następstwem bezpośredniem rozgłoszenia tej nowiny była natychmiastowa dymisja, której arcyksiężna Izabella udzieliła swojej damie dworu. Musiała ona opuścić Preszburg najbliższym pociągiem, odchodzącym do Wiednia. Arcyksiężna, osoba bardzo energiczna i nie cofająca się przed intrygą, a dotknięta w swojej miłości matczynej i zawiedziona w swoich nadziejach, — poruszyła wszystkie sprężyny na dworze, by nie dopuścić do małżeństwa Franciszka Ferdynanda z Chotkówną.
Nie liczyła się przecież z jednym faktem, a mianowicie z niebywałym uporem Franciszka Ferdynanda. Do tego uporu przyłączała się prawdziwa miłość, którą żywił on dla hrabianki. Owa miłość rozwinęła się na podkładzie patologicznym.
Pewnego dnia, stanąwszy znowu wobec cesarza, Franciszek Ferdynand odezwał się w te słowa:
— Najjaśniejszy Panie i najukochańszy panie stryju! Długo wahałem się, czy mam odsłonić najtajniejszą przyczynę mojej wielkiej i jedynej miłości do hrabianki Zofji Chotek. Myślałem, że Najjaśniejszy Pan, znając moje do Jego osoby przywiązanie, zrozumie bez podawania bliższych szczegółów, że tylko wyjątkowa ważna okoliczność mogła mię skłonić do tego, iż szukam szczęścia małżeńskiego poza sferą dam równych mi dynastycznem pochodzeniem i że nie chcąc się zrzekać praw do tronu, równocześnie dążę do zawarcia w tym wypadku związku morganatycznego. Najjaśniejszy Panie! Wiadomo Mu, że w latach wczesnej młodości przechodziłem chorobę piersiową. Dzięki umiejętnej kuracji lekarskiej i bardzo powściągliwemu trybowi życia zdołałem zapanować nad dalszym postępem tej choroby. Ale został mi defekt bardzo bolesny dla mężczyzny. Nie odczuwałem nigdy pociągu do kobiet. Sądziłem, że rozkosze życia rodzinnego pozostaną dla mnie raz na zawsze zakazanym owocem. Tymczasem od pierwszego wejrzenia, gdy poznałem hrabiankę Zofję Chotek, poczułem się mężczyzną. Myślałem, że to przypadek. Ale w następstwie przy każdem widzeniu hrabianki otrzymywałem nowy dowód, że tylko w jej obecności czuję się mężczyzną. Sądzę, że Najjaśniejszy Pan jako mój stryj ukochany, nie zechce odmawiać mi możności zakosztowania rozkoszy życia rodzinnego. Byłoby to skazanie mnie na życie samotne wbrew temu prawu przyrodzonemu, które przysługuje tutaj na ziemi każdemu człowiekowi.
Franciszek Józef wysłuchał z wielkiem zdziwieniem, a raczej ze zdumieniem tego wyznania arcyksięcia. Przekonał się, że ma przed sobą okaz patologiczny psychopaty, którego impotencję przerywa tylko widok zawsze jednej i tej samej kobiety. A ponieważ dla spraw miłosnych miał zawsze wiele zrozumienia i dużą słabość, przeto po takiem wyznaniu arcyksięcia już nie chciał opierać się dłużej i udzielił swojego przyzwolenia na ten związek małżeński bez domagania się, by arcyksiążę zrezygnował z następstwa tronu. Nie ulega wątpliwości, że ze stanowiska ludzkiego cesarz postąpił dobrze i trafnie. Lecz z drugiej strony jest rzeczą pewną, że daniem takiego zezwolenia wyrządził wielką krzywdę dynastji i państwu. Z góry powinien był przewidzieć, że arcyksiążę, namiętnie rozmiłowany w żonie, raz zostawszy cesarzem, nie uszanuje żadnych przyrzeczeń i przysiąg. Przed ślubem i za życia cesarza podpisze akt, mocą którego dla żony i dla przyszłych dzieci wyrzecze się wszelkich praw dynastycznych, to znaczy, że zgodzi się, by jego żona nie była cesarzową, a dzieci z tego małżeństwa nie należały do rodziny cesarskiej i nie nosiły tytułu arcyksiążąt. Któż jednak przeszkodzi Franciszkowi Ferdynandowi, gdy raz zostanie cesarzem, uznać akt renuncjacji za nieważny. Papież z pewnością pobłogosławi takiemu odwołaniu przysięgi, gdyż Franciszek Ferdynand i hrabianka Chotek słynęli jako najgorliwsi katolicy. Obywatelom państwa będzie wszystko jedno, czy następcą tronu będzie któryś z arcyksiążąt, czy syn cesarza z morganatycznego małżeństwa.
Sprawę wikłało nadto postanowienie prawa państwowego węgierskiego. Nie uznawało ono małżeństw morganatycznych. Każda prawnie zaślubiona małżonka króla Węgier była królową węgierska. Hrabianka Chotek zatem po ślubie z Franciszkiem Ferdynandem stałaby się królową Węgier z chwilą, gdy jej mąż wstąpiłby na tron węgierski. Jakże pogodzić to, że królowa Węgier nie byłaby cesarzową Austrji z faktem unji Węgier z Austrją? Szerokie masy ludności w Austrji nie zrozumiałyby nigdy tego faktu, że żona cesarza nie jest cesarzową, a najstarszy syn cesarza nie jest następcą tronu.
Cesarz Franciszek Józef zatem, udzielając swemu synowcowi pozwolenia na małżeństwo morganatyczne, postąpił jak dobry stryj, ale nigdy jak roztropny i przewidujący monarcha. Tem pozwoleniem wytworzył chaos i zamęt w stosunkach dynastycznych i w stosunkach państwowych. Do wielu powikłań i komplikacji, rozluźniających ustrój monarchji Habsburskiej, dodał jeszcze jedno utrudnienie, i to jedno z największych.
W czasie, gdy Franciszek Ferdynand uzyskał pozwolenie cesarza na swoje małżeństwo morganatyczne, hrabianka Zofja Chotek przebywała poza granicami Austrji. Prawie zaraz po jej wypędzeniu z dworu w Preszburgu ze sfer dworskich na polecenie cesarza dano jej wyraźnie do zrozumienia, że powinna opuścić Austrję. Na miejsce schronienia wybrała Drezno, a to dlatego, że stolica Saksonji, leży o 5 kwadransów drogi koleją od granicy północnej Czech. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand przeniósł się zatem do swoich dóbr, położonych w Czechach, i stamtąd w przebraniu, incognito i w jaknajwiększej tajemnicy udawał się do jednej z miejscowości Saskiej Szwajcarji, dokąd przybywała także hrabianka Chotek. Każde z nich miało więc tylko pół godziny drogi na miejsce spotkania.
Tych spotkań jednak nie było wiele, ponieważ policja polityczna austrjacka z rozkazu cesarza pilnie śledziła zakochaną parę. Listy trzeba było także przesyłać drogą prywatną, gdyż poczta przejmowała korespondencję zakochanej pary.
Pozwolenie, którego cesarz udzielił na zawarcie małżeństwa morganatycznego między Franciszkiem Ferdynandem a hrabianką Chętek, zmieniło zasadniczo położenie młodej pary, a zwłaszcza narzeczonej. Wprawdzie do Austrji pozwolono hrabiance Chotek powrócić dopiero na dzień ślubu. Za miejsce odbycia obrzędu zaślubin wybrano zamek Reichstadt w Czechach, ten sam zamek, którego imię służyło za tytuł jedynemu synowi Napoleona 1. Obrzęd zaślubin odbył się dn. 1 lipca 1900 r. Natychmiast po ślubie doręczono małżonce arcyksięcia pismo cesarskie, nadające jej tytuł księżnej Hohenberg (Fürstin) z prawem przekazania tego tytułu potomstwu. To odznaczenie nie zadowoliło ani nowej księżnej, ani jej małżonka. Dnia 8 czerwca 1905 r. arcyksiążę wyjednał dla swojej żony u cesarza prawo do predykatu „Durchlaucht“, t. zn. „Jaśnie Oświecona“. Wreszcie dnia 4 października 1909 r. cesarz nadał księżnej Hohenberg tytuł „Herzogin“ z predykatem Jej Wysokości (Hoheit) z zastrzeżeniem, że w randze dworskiej księżna Hohenberg ma prawo miejsca po najmłodszej arcyksiężnej. W praktyce zatem zatarł niemal zupełnie różnicę rangi między morganatyczną małżonką następcy tronu a członkami rodziny cesarskiej.
Nie odwdzięczono mu się przecież za tyle dobrodziejstw. Przedewszystkiem dlatego, że arcyksiążę Franciszek Ferdynand poprostu nie mógł doczekać się śmierci swego stryja. Było mu tak pilno do tronu, że wreszcie z brutalną otwartością i głośno wyrażał niezadowolenie z długiego życia cesarza.
— Ten stary dziad gotów żyć sto lat — mawiał zupełnie głośno, i to nietylko do najbliższych zauszników.
Ile razy cesarz zachorował, następca tronu natychmiast zjawiał się w Wiedniu, jeżeli w danej chwili przebywał poza stolicą, i ostentacyjnie robił przygotowana do objęcia tronu. A gdy choroba cesarska szczęśliwie minęła, Franciszek Ferdynand niemal publicznie dostawał ataków wściekłego gniewu z racji doznanego zawodu.
Wielokrotnie przez osoby trzecie Franciszek Ferdynand podsuwał cesarzowi myśl abdykacji. Tłómaczyl mu, że po długoletnim panowaniu ma prawo odpoczynku i że taki odpoczynek wpłynie dodatnio na stan jego zdrowia. Lecz cesarz za każdym razem stale odmawiał. Raz dlatego, że namiętnie kochał władzę i będąc monarchą od 18-go roku życia, nie umiał sobie wyobrazić siebie inaczej, aniżeli na stanowisku panującego. Powtóre, poznał on już wtedy doskonale charakter swojego synowca. Zdawał sobie sprawę, że byłby wydany na jego łaskę i niełaskę, gdyby musiał żyć jako ekscesarz pod twardą pięścią nowego monarchy. Franciszek Ferdynand, już wówczas występujący brutalnie wobec stryja, stałby się poprostu okrutny w wyszukiwaniu upokorzeń coraz to boleśniejszych dla bezbronnego starca.
Nie mogąc namówić stryja do abdykacji, Franciszek Ferdynand usiłował wyrywać cesarzowi władzę monarszą po trochu z rąk. Przedewszystkiem zaczął od wojska. Utrzymywał, że cesarz za mało troszczy się o armję. Skutkiem tego zaniedbania armji dynastja i państwo są narażono na wielkie niebezpieczeństwo. On więc jako dziedzic korony ma nietylko prawo, lecz nawet obowiązek troszczenia się o to, by podnieść poziom armji i marynarki wojennej. Zażądał od cesarza nominacji na generalnego inspektora wojsk. Cesarz z początku odmawiał. Arcyksiążę ponawiał swoje żądanie i to w tak brutalnej formie, że pewnego razu po odebraniu odmownej odpowiedzi wybiegłszy z gabinetu cesarza, zatrzasnął za sobą drzwi tak mocno, iż stojący obok olbrzymi wazon z porcelany chińskiej spadł z postumentu na podłogę i rozbił się w kawałki. Cesarz dostawał formalnej gorączki ze zdenerwowania, ilekroć „pan synowiec“ meldował się u niego o audjencję.
Wreszcie cesarz pod naciskiem ciągłych awantur stracił część swojej odporności i podpisał nominację Franciszka Ferdynanda na swojego zastępcę w sprawach wojskowych. Arcyksiążę natychmiast dopuścił się nielojalności względem monarchy. Urządził sobie bowiem taką samą kancelarję gabinetową cywilną i taką samą kancelarję wojskową, jaką miał cesarz. Żaden akt państwowy od tej pory nie mógł uzyskać zatwierdzenia cesarskiego tak długo, dopóki następca tronu nie wyraził nań swojej zgody. Ludzie arcyksięcia utworzyli formalny drugi rząd w państwie. Biada ministrowi, który miał nieszczęście pozostać wiernym cesarzowi. Natychmiast ściągał on na siebie nienawiść Franciszka Ferdynanda, który wzywał do siebie nieszczęsnego ministra i wyrażał mu swoje niezadowolenie często w jaknajbardziej ordynarnej formie.
Ofiarami prześladowań ze strony arcyksięcia padali nietylko ministrowie wojskowi i generałowie, ale także ministrowe cywilni, jak np. hrabia AehrcnthaL Rzecz przytem znamienna, że Aehrenthala w czasach, gdy tenże był jeszcze baronem i ambasadorem austro-węgierskim w Petersburgu, arcyksiążę narzucił cesarzowi w miejsce Agenora hr. Gołuchowskiego na ministra spraw zagranicznych. Gołuchowskiego znieważył publicznie, ponieważ osła, na którym jego dzieci jeździły na zamku Konopischt w Czechach, nazwał „Gołu“ od przezwiska, jakiem w kolach arystokratycznych zwano hr. Gołuchowskiego. Było to w 1906 r. A już w półtora roku później Aehrenthala nienawidził jeszcze bardziej, niż Gołuchowskiego, i odzywał się o nim w sposób niesłychanie obelżywy.
Wogóle obelgi brutalne, jakiemi obsypywał ludzi przez siebie znienawidzonych, a nienawidził trzech czwartych osobistości oficjalnych i żywił pogardę dla całej ludności Austro-Węgier, przy równoczesnem uwielbianiu bałwochwalczem swojej żony i swoich dzieci — wszystko to nosi o cechy patologicznego zwyrodnienia. Znać było, że jest to człowiek nienormalny, którego złą naturę podsycały jeszcze chorobliwe przypadłości, będące następstwem przebytej choroby piersiowej.
Na takie natury złe i chorobliwe wpływ dobroczynny może wywierać żona, jeżeli jest kobietą dobrą i rozumną. Niestety o księżnej Hohenberg trzeba wydać opinję, że była z natury złą, mściwą i pyszną. Wszystkie te pierwiastki tkwiły w niej jeszcze gdy była panną. Upokorzenia, których zaznała na stanowisku damy dworu w Preszburgu, przyczyniły się znacznie do pogłębienia owych wad wrodzonych. To też zostawszy żoną przyszłego cesarza, pofolgowała wszystkim ujemnym pierwiastkom swojej nieszlachetnej natury. Biada każdemu, ktokolwiek raz jeden miał nieszczęście się jej narazić. Domagała się dla siebie honorów i zaszczytów, które się jej wcale nie należały, ani ze stanowiska etykiety dworskiej, ani ze stanowiska zwykłej słuszności. Wiedząc, jaki wpływ wywiera na męża, pchała go do coraz to nowych wykroczeń przeciwko etykiecie dworskiej, byle tylko korzystać z odznaczeń, przynależnych właściwie prawowitej małżonce następcy tronu. Zobaczymy poniżej, że właśnie ta gonitwa za nienależącemi jej honorami spowodowała śmierć obojga małżonków w Sarajewie dnia 28-go czerwca 1914 r.
Do tych wszystkich ujemnych cech charakteru przyłączyła się chciwość, która owładnęła zarówno arcyksięciem, jak i jego żoną. Jedynem usprawiedliwieniem tej chciwości, była okoliczność, że wręcz chorobliwie pragnęli oni oboje zebrać olbrzymią fortunę dla swych trojga dzieci, jakiemi Opatrzność pobłogosławiła ich związek: córki najstarszej i dwóch synów.
Z ojca, arcyksięcia Karola Ludwika, Franciszek Ferdynand nie był bardzo bogaty. Pozostały majątek trzeba było podzielić pomiędzy pięcioro dzieci. Z chwilą jednak, gdy Franciszek Ferdynand został następcą tronu, przypadły mu w udziale dochody roczne z olbrzymiego fideikomisu książąt Modeny, zastrzeżone statutem familijnym Habsburgów dla każdorazowego następcy tronu.
Franciszek Ferdynand i księżna Hohenberg nietylko kapitalizowali wszystkie te dochody, nie wydając z nich niemal jednego grosza, lecz — jak się pokazało po ich śmierci, — potajemnie i wbrew ustawie zaciągnęli olbrzymią pożyczkę, zagwarantowaną przyszłemi dochodami z tego fideikomisu. Za te pieniądze kupili oni szereg wielkich majątków, przeznaczając je dla swoich dzieci. Wyrachowanie polegało na tem, że Franciszek Ferdynand, spodziewając się zostać cesarzem, cichaczem obiecywał sobie, że jako monarcha odbierze przyszłemu następcy tronu ten fideikomis na tak długo, jak długo będzie trwała spłata zaciągniętych długów. Było to więc oszustwo ze stanowiska prawnego, a nieuczciwość ze stanowiska etyki chrześcijańskiej. Ta sprawa, wykryta zaraz w kilkanaście dni po śmierci Franciszka Ferdynanda, wywarła na opinji publicznej w Austrji i na Węgrzech jak najgorsze wrażenie. Dzieciom arcyksięcia groziła całkowita ruina, ponieważ zarząd majątkowy rodziny Habsburgów wystąpił ze skargą, domagającą się zabrania na rzecz funduszu dynastycznego wszystkich majątków, zakupionych nieprawnie przez Franciszka Ferdynanda. Jego dzieciom groziła kompletne ruina.
I wtedy cesarz Franciszek Józef, zapominając o czarnej niewdzięczności, jaką Franciszek Ferdynand i jego żona odpłacali mu wszystkie otrzymywane dobrodziejstwa, oświadczył urzędownie, że płaci z własnej szkatuły prywatnej wszystkie długi Franciszka Ferdynanda, byłe tylko utrzymać dla dzieci zabitego dużą fortunę. W tym wypadku zaś chodziło o bardzo wielką — jak przedwojenne stosunki — sumę, bo o 22 do 27 miljonów koron.
Prócz tego wielkiego nadużycia, będącego formalnem oszustwem, Franciszek Ferdynand dopuszczał się szeregu drobniejszych nadużyć na niekorzyść skarbu i opodatkowanych obywateli. Aby nabywać majątki ziemskie tanio, wyszukiwał takie objekty rolne, które były w gorszym stanie. Następnie przeprowadzał bardzo dobrze obmyślane inowacje agronomiczno-techniczne, lecz nie z pomocą wynajętych i płaconych przez siebie robotników prywatnych, tylko z pomocą bataljonów wojsk technicznych. Dwa pułki inżynierji wojskowej przez czas dłuższy musiały pracować w dobrach arcyksięcia, by doprowadzić je do należytego stanu kultury rolnej. Korzyść z tych robót wyciągał arcyksiążę, ale za roboty płacił skarb państwa. W państwie praworządnem takie posługiwanie się wojskiem na cele prywatne kwalifikuje się słusznie jako nadużycie. To też dziwiono się powszechnie Franciszkowi Ferdynandowi, że W pogoni za majątkiem nie cofał się przed tego rodzaju praktykami, pachnącemi kryminałem,
Wśród tych praktyk były i takie, które poprostu rozśmieszały swoją małostkowością.
Podczas pobytu w Wiedniu Franciszek Ferdynand z rodziną rezydował stale we wspaniałym pałacu Belvedere, zbudowanym ongi przez słynnego wodza, księcia Eugenjusza Sabaudzkiego. Rezydencja pozawiedeńska następcy tronu mieściła się we wspaniałym zamku czeskim Konopischt. Tam księżna Hohenberg urządziła dużą pralnię, do której posyłała z Wiednia raz na tydzień całą bieliznę dworską, zarówno osobistą, jak i stołową, ponieważ koszta prania w Konopischt były daleko niższe, niż koszta prania w Wiedniu. Dla przesyłania tej bielizny tam i z powrotem kursował na specjalny rozkaz arcyksięcia osobny pociąg raz na tydzień. Ale kosztów uruchomienia tego pociągu arcyksiążę nie ponosił; obciążały cne budżet kolei państwowych, czyli w drobnej cząstce kieszeń każdego opodatkowanego obywatela austrjackiego. W państwie praworządnem takie nadużycia, gdy popełnia je osoba, stojąca blisko tronu, podkopują powagę dynastji i przyczyniają się do rozluźnienia trybów machiny państwowej.
Księżna Hohenberg na swój sposób uprawiała metodę oszczędności. I tak doskonałej nauczycielce gry na fortepianie, pannie Svoboda, siostrze późniejszego generała i ekscelencji, zaproponowała udzielanie lekcji muzyki swoim dzieciom po cenie trzech koron za godzinę.
— Wprawdzie wiem, że pani bierze daleko większe honorarjum za swoje lekcje, lecz wzamian za tę obniżkę pozwolę pani opowiadać wszędzie, że jest pani nauczycielką muzyki moich dzieci.
Panna Svoboda z godnością odrzuciła tę propozycję przedowcipnej księżnej Hohenberg.
Pewnego razu księżna Hohenberg poszła do kuchni pałacu Belvedere i informowała się jak najdokładniej, ile potraw i co za potrawy dostaje na obiad i na kolację personel dworski i personel służby, wchodzący w skład dworu Belvederskiego. Po powrocie z kuchni wezwała do swego gabinetu naczelnego ochmistrza dworu arcyksięcia, generała księcia Lobkovica, członka jednego z najstarszych rodów czeskich, przyznającego się jeszcze bardziej, niż Chotkowie, do narodowości czeskiej.
— Ekscelencjo — odezwała się księżna Hohenberg z grymasem wielkiego niezadowolenia na swej dumnej twarzy. — Jestem bardzo niezadowolona z tego, co widziałam w kuchni.
Książę Lobkovic ze swobodą prawdziwie wielkiego pana obrzucił spojrzeniem nieco ironicznem tę kobietę, która już zapomniała, że jeszcze przed kilku laty byłaby bardzo szczęśliwą, gdyby książę Lobkovic raczył przemówić do biednej hrabianki Chotek.
— Kuchnia dworska stanowczo wydaje u nas za dużo pieniędzy — mówiła księżna. — Zbyt hojnie i obficie karmimy naszych ludzi. Życzę sobie, ażeby służba dostawała od jutra o jedną potrawę mniej na obiad i o jedna potrawę mniej na kolację.
Książę Lobkovic z dworską galanterją nasamprzód ukłonił się księżnej Hohenberg, a następnie wyprostowawszy się, odparł z godnością;
— Wasza Wysokość raczy postarać się o innego naczelnego ochmistrza dworu, ponieważ książę Lobkovic takiego zarządzenia nie wyda.
Księżna zagryzła wargi i już nie nastawała więcej na reformy oszczędnościowe w kuchni Belwederskiej.
Chłopi i właściciele ziemscy, którzy mieli nieszczęście sąsiadować z którymś z majątków arcyksięcia, przeklinali swój los. Franciszek Ferdynand dążył bowiem wszelkiemi sposobami, a najczęściej bezprawiem i gwałtem do obrzydzenia im życia, żeby w ten sposób móc za jak najniższą cenę nabyć ich grunta i wcielić je do swoich posiadłości.
Wogóle Fraciszek Ferdynand nic sobie nie robił z życia, zdrowia i mienia obywateli austrjackich. Świadczy o tem fakt następujący.
Po swojej ciotce, ostatniej księżnej Modena, Franciszek Ferdynand oddziedziczył wspaniały pałac na Beatrixgasse w bardzo ludnej i wytwornej dzielnicy Landstrasse. Do pałacu przylegał duży ogród, będący zbiornikiem świeżego powietrza dla setek domów sąsiednich. Arcyksiążę w pogoni za nowym zyskiem postanowił ogród rozparcelować i zabudować. Sam pałac zaś obrócił na wielką remizę samochodową. W tym celu z pomocą kilku Francuzów zawiązał towarzystwo akcyjne dorożek samochodowych. Akcjonariusze i zarząd jednak byli to ludzie podstawieni. Wyłącznym właścicielem towarzystwa, czyli przedsiębiorcą był sam arcyksiążę. Powziął on plan puszczenia na miasto trzystu taksówek automobilowych. Zbiorniki benzyny, remizy, warsztaty mechaniczne i poczekalnia dla szoferów — wszystko to miało się mieścić w owym wspaniałym pałacu na Beatrixgasse. Na prowadzenie przedsiębiorstwa trzeba było jednak otrzymać pozwolenie magistratu wiedeńskiego. Arcyksiążę wniósł podanie, a raczej wniosła je dyrekcja spółki akcyjnej, przyczem kancelarja gabinetowa arcyksięcia żądała od magistratu, aby udzielił jak najszybciej potrzebnego pozwolenia. Magistrat odmówił, uzasadniając odmowę tem, że w samym środku miasta, w dzielnicy gęsto zabudowanej i zaludnionej pomieszczenie zbiorników benzyny jest niedopuszczalne, pomimo wszelkich bowiem środków ostrożności mogą one eksplodować, co pociągnęłoby za sobą ruinę kilkudziesięciu domów i śmierć oraz kalectwo kilkuset osób.
Na rozkaz arcyksięcia zarząd spółki wniósł natychmiast podanie po raz drugi. Wtedy właściciele okolicznych domów i liczni ich mieszkańcy przesłali do magistratu protest przeciwko Udzieleniu pozwolenia, zwracając uwagę na to, że prócz niebezpieczeństwa wybuchu już samo pomieszczenie remizy dla dorożek samochodowych w spokojnej i wytwornej dzielnicy zmieniłoby zasadniczo charakter tej ostatniej. Przypływ i odpływ szoferów, mechaników, ich żon i kochanek, wyjazd dorożek na miasto oraz ich powrót zmienią spokojne ulice tej dzielnicy, mieszczącej liczne pałace ambasad i poselstw, na pełne gwaru, smrodu i brudu ulice dzielnic fabrycznych. Magistrat więc po raz drugi udzielił odpowiedzi odmownej na podanie spółki. Wówczas arcyksiążę wezwał do siebie burmistrza miasta Wiednia, dr. Ryszarda Weisskirchnera, byłego ministra przemysłu i handlu i długoletniego prezesa Izby Poselskiej i zwymyślawszy go, jak żaka, zapowiedział, że w razie dalszego oporu magistratu obejdzie się bez pozwolenia i otworzy przedsiębiorstwo samochodowe bez licencji. Weisskirchner, nie chcąc zadzierać z przyszłym monarchą, który mógł odmówić zatwierdzenia jego osoby w razie ponownego wyboru na burmistrza, przeszedł do porządku dziennego nad wyraźnem brzmieniem ustawy przemysłowej, pominął milczeniem protesty ludności i kazał wydać licencję.
Możnaby w nieskończoność cytować te i temu podobne brudne sposobiki, przy pomocy których Franciszek Ferdynand i jego żona usiłowali zebrać jak największe pieniądze dla swoich dzieci. Niestety, ambicja obojga rodziców sięgała znacznie dalej, aniżeli zebranie dziesiątków miljonów koron.
Franciszek Ferdynand od samego początku, gdy został ojcem dwóch synów, postanowił zapewnić im trony monarsze. I właśnie te ambicje dynastyczno-monarchistyczne Franciszka Ferdynanda, podsycane bardzo zręcznie przez Wilhelma II i politykę pruską, stały się przyczyną wybuchu Wojny Światowej. Tę część planów Franciszka Ferdynanda opisał bardzo obszernie i źródłowo jeden z najwybitniejszych publicystów angielskich i kierownik polityczny dziennika „The Times“, p. Wickham Steed.
Ambicje rodzinno-monarchistyczne Franciszka Ferdynanda odpowiadały doskonale planom zaborczym Wilhelma II i tradycyjnej polityki pruskiej. Celem zjednania Franciszka Ferdynanda cesarzowa Augusta z polecenia męża pierwsza zaproponowała księżnej Hohenberg, aby obie panie mówiły do siebie od tej pory „ty“. Takie niezwykłe odznaczenie olśniło ambitną eks-hrabiankę Chotek, a jej męża uczyniło powolnem narzędziem w rękach Wilhelma II. W latach, które nastąpiły po aneksji Bośni i Hercegowiny przez Austro-Węgry, arcyksiążę wraz z żoną często odwiedzał Wilhelma II, przeważnie incognito. Podczas tych zjazdów układano daleko idące plany zaborcze. Miały one zapewnić Hohenzollernom hegemonję w Europie i dać trony obu synom arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.
Wreszcie te plany skrystalizowały się w następującym układzie.
Arcyksiążę Franciszek Ferdynand zobowiązywał się zmusić cesarza Franciszka Józefa do równoczesnego wypowiedzenia wojny razem z Niemcami cesarzowi rosyjskiemu, a oprócz tego Austro-Węgry miały wypowiedzieć wojnę Serbji. Gdyby Francja, związana sojuszem z Rosją, podjęła wojnę celem niesienia pomocy sprzymierzeńcowi, Austro-Węgry wypowiedziałyby wojnę także i Francji. Zarówno Wilhelm II, jak i Franciszek Ferdynand byli przekonani, że wojna nie potrwa dłużej, niż 10 do 12 tygodni. Niemcy miały zabrać wschodnią i północną część Francji oraz Belgję, pozatem część większą Królestwa Polskiego, Litwę i wszystkie prowincje nadbałtyckie razem z Finlandją.
Starszy syn arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, książę Maksymilian, urodzony w 1902 r., miał panować nad państwem, złożonem z Czech, Moraw, Śląska austriackiego, Galicji, resztki Królestwa Polskiego oraz t. zw. Ukrainy rosyjskiej, pod czem obydwaj kontrahenci rozumieli Wołyń, Podole i część właściwej Ukrainy.
Drugi syn Franciszka Ferdynanda, książę Ernest, urodzony w 1904 r., miał zostać królem Węgier, przyczem państwo węgierskie powiększonoby przez przyłączenie Bośni i Hercegowiny i całego Królestwa Serbskiego oraz Albanji.
Dotychczasowy przewidywany następca tronu austrjacko-węgierskiego i synowiec Franciszka Ferdynanda, arcyksiążę Karol, utrzymałby się przy posiadaniu Wiednia, Austrji Dolnej i Górnej i krajów alpejskich łącznie z Trjestem i Istrją, podczas gdy Dalmacja miała być włączoną do państwa węgierskiego, przeznaczonego dla księcia Ernesta. Franciszek Ferdynand, planując rozbicie monarchji Habsburskiej i popełniając zdradę względem dynastji, której był członkiem, nie miał odwagi wyciągnięcia ostatecznych konsekwencji i pozbawienia Habsburgów całkowicie tronu i korony. Dlatego też chciał swemu synowcowi pozostawić panowanie nad Wiedniem i krajami alpejskimi, ale równocześnie zgadzał się na żądanie Wilhelma II, by ten władca Wiednia i krajów alpejskich wszedł w skład Rzeszy Niemieckiej i uznał nad sobą zwierzchnictwo cesarza Niemiec w takim stopniu, w jakim uznawał je król bawarski.
Dla siebie Franciszek Ferdynand pozornie nie zastrzegał żadnego tronu. W rzeczywistości jednak przewidywany traktat zawierał klauzulę, mówiącą, że Franciazek Ferdynand ma być regentem obu państw aż do pełnoletności obydwóch synów.
Zarówno Wilhelm II, jak i Franciszek Ferdynand do tego stopnia lekceważyli sobie osobą cetarza Franciszka Józefa, oraz interesy dynastji Habsburgów, że postanowili spisać pomiędzy sobą formalny traktat, zawierający szczegółowe postanowienia wyżej wzmiankowanej umowy. W połowie czerwca 1911 r. cesarz Wilhelm II w towarzystwie ministrów i wielkiej świty wojskowej zjechał na zamek Konopischt. Gazety wiedeńskie i berlińskie, donosząc o pobycie Wilhelma II na owym zamku, twierdziły, że celem wizyty cesarza było obejrzenie wspaniałych plantacji róż. Te plantacje róż istotnie były cudowne i słynęły na całą Europę. Oczywista, ani prasa obu krolów, ani opinja publiczna nie wiedziały o istotnym celu wizyty Wilhelma II. Pozostaje też pod znakiem zapytania, czy cesarz Franciszek Józef dowiedział się o podpisaniu traktatu i o jego treści. Pan Wickham Steed twierdzi, że dzięki nadzorowi, który z polecenia Franciszka Józefa policja polityczna stale utrzymywała nad następcą tronu, jego rokowania z Wilhelmem II i układ, podpisany w Konopischt, nie były tajemnicą dla dworu wiedeńskiego. Cesarz Franciszek Józef przygotował się też do sparaliżowania tego układu w odpowiedniej chwili. Źródła czeskie i serbskie posuwają się nawet dalej, ponieważ twierdzą, że zamach w Sarajewie był dziełem policji austrjackiej, aczkolwiek sprawcy zamachu wcale się nawet nie domyślali, że przez szereg długi podstawionych osobistości oni, patrjoci bośniaccy i serbscy, byli w gruncie rzeczy wykonawcami kary, wyznaczonej przez Franciszka Józefa na odstępcę i zdrajcę dynastji i państwa.
Obaj spiskowcy pożegnali się w różowych humorach. Termin wybuchu wojny wyznaczyli na dzień 1 sierpnia 1914 r. Tymczasem Wilhelm II-gi powrócił z Berlina, ażeby przygotować się do swojej zwykłej, latem podejmowanej podróży morskiej na wody północnej Norwegji, podczas gdy Franciszek Ferdynand miał udać się w ostatnim tygodniu czerwca do Bośni i Hercegowiny celem przeprowadzenia tamże wielkich manewrów wojskowych. Żaden z nich nie przypuszczał, że nie ujrzą się już więcej w życiu. Franciszek Ferdynand nie zdawał sobie sprawy, że ta podróż do Bośni miała być jego ostatnią podróżą, a Wilhelmowi II wydałoby się szaleństwem, gdyby ktoś mu powiedział, że za wywołanie owej wojny zapłaci on utratą korony i klęską wojenną Niemiec.
Podróż Franciszka Ferdynanda do Bośni miała być według postanowień cesarza podróżą ściśle wojskową. O jakichkolwiek uroczystościach dworskich i nawiązaniu stosunku z ludnością cywilną nie było mowy w programie, ułożonym przez ministerja i zatwierdzonym przez cesarza. Tembardziej nie było mowy o udziale księżnej Hohenberg w owej podróży, podjętej przez arcyksięcia w charakterze wojskowym i dla celów wyłącznie wojskowych. Lecz arcyksiążę, uniesiony pychą, zlekceważył sobie postanowienia władz i cesarza. Na własną rękę, nie pytając się nikogo, zabrał z sobą żonę i zawiadomił od siebie wprost szefa rządu krajowego i naczelnego komendanta wojsk w Bośni, generała Potiorka, że przybędzie do Bośni w towarzystwie księżnej Hohenberg, swojej małżonki, i nakazuje władzom wojskowym i cywilnym, ażeby wszędzie oddawały księżnej Hohenberg honory wojskowe i cywilne, przynależne małżonce następcy tronu. Dygnitarze wojskowi i cywilni austro-węgierscy, urzędujący w Bośni, byli pod owe czasy już do tego stopnia steroryzowani grubjańskiemi wystąpieniami Franciszka Ferdynanda, że żaden z nich nawet nie pomyślał, by w sprawie zmienionego programu odnieść się do Wiednia i zapytać, czy taka zmiana zaszła z wiedzą i za przyzwoleniem cesarza.
I znowu Franciszkowi Ferdynandowi nawet przez myśl nie przeszło, że samowolnie zmieniając program i nakazując uroczyste przyjęcia publiczne dla swojej żony, kopie i dla niej i dla siebie grób.
Jest bowiem dzisiaj rzeczą stwierdzoną, że tylko te uroczyste przyjęcia publiczne dostarczyły młodym spiskowcom sposobności do urządzenia zamachu na arcyksięcia i jego żonę. Gdyby Franciszek Ferdynand trzymał się punktów programu, ustanowionego w Wiedniu, byłby przebywał w obozach wojskowych, nie byłby przyjechał do Sarajewa i w Sarajewie nie byłoby się odbyło uroczyste przyjęcie i przejazd przez ulice, przepełnione tłumami ciekawej publiczności. Tymczasem arcyksiążę, nie mogąc się oprzeć żądzy zaprezentowania swojej żony, jako przyszłej monarchini, wymógł na Potiorku, że dnia 23 czerwca w godzinach rannych urządził on uroczysty wjazd arcyksięcia i jego żony do stolicy Bośni. Arcyksiążę wraz z żoną mieli przejechać przez miasto aż do ratusza, na ratuszu miał ich powitać burmistrz miasta, a z ratusza goście mieli udać się do pałacu (Konaku) szefa rządu, który miał wy dać na ich cześć uroczyste śniadanie.
Ulice Sarajewa, miasta, które przez kilkaset lat należało do Turcji, są stosunkowo wąskie, nawet w tych dzielnicach, które budowano już za panowania austrjackiego. W tych ulicach więc wobec nagromadzonej publiczności samochody dworskie, wiozące gości, z powodu braku miejsca nie mogły jechać zbyt szybko. Wszystko to były okoliczności sprzyjające spiskowcom i ułatwiające im wykonanie zamachu.
Pokazało się potem, że spiskowcy, wszystko ludzie bardzo młodzi, bo część z nich nie liczyła nawet 18 lat skończonych, podzielili się na dwie grupy. Pierwsza grupa była uzbrojona w bomby, druga w rewolwery. Pierwszy zamach mieli wykonać ci spiskowcy, którzy byli uzbrojeni w bomby. Dopiero wtedy, gdyby pierwszy zamach się nie udał, mieli do akcji wystąpić posiadacze rewolwerów.
Pogoda była prześliczna. Ścisk na ulicach olbrzymi, domy przyozdobione odświętnie. Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedji. Władze bezpieczeństwa publicznego nie przedsiębrały nawet zbyt daleko idących środków ostrożności, ponieważ nikomu nie przychodziło na myśl, aby istniała możliwość jakiegoś zamachu. Od wielu lat o zamachach na monarchę lub na członków dynastji w Austro-Węgrzech nikt nie słyszał.
W pierwszym samochodzie jechał dyrektor policji, jak to przewiduje zwykły w krajach monarchicznych regulamin podczas wjazdów uroczystych monarchy lub jego przedstawiciela, będącego członkiem dynastji, w drugim samochodzie jechał następca tronu, a obok niego księżna Hohenberg, podczas gdy naprzeciwko dostojnej pary tyłem do szofera siedział szef rządu krajowego, gen. Potiorek. W dalszych samochodach jechali członkowie świty wojskowej i cywilnej arcyksięcia.
Publiczność w języku niemieckim, węgierskim i serbskim wznosiła okrzyki: „Hoch! Eljen! Żivio!“
Naraz wśród tych okrzyków dat się słyszeć huk, a potem krzyki przestrachu i wrzawa pomieszanych głosów.
Arcyksiążę podniósł się z siedzenia i obejrzał się poza siebie. Zobaczył, że jadący w następnym samochodzie jeden z adjutantów słania się i jest zbroczony krwią.
— Rzucono na nas bombę! — zawołał obracając się do żony i do generała Potiorka.
— Jedźmy dalej — odpowiedziała żona.
Istotnie samochód arcyksięcia posuwał się dalej ku ratuszowi, podczas gdy zranionego adjutanta przewieziono do szpitala.
Jeszcze dzisiaj trudno zrozumieć, jakim to trafem spiskowcy, rzucając bombę z bardzo bliskiej odległości, mogli chybić i trafili w samochód adjutantów, zamiast w samochód arcyksięcia.
Na ratuszu burmistrz, mahometanin, chciał powitać dostojnych gości uroczystą przemową. Ale był już bardzo zmieszany, ponieważ wiadomość o zamachu dotarła do ratusza jeszcze przed przybyciem arcyksięcia. Ten ostatni, bardzo wzburzony, szorstko przerwał burmistrzowi i nie dał mu przyjść do słowa.
— U was zabijają ludzi na ulicach! — krzyknął arcyksiążę. — Zapamiętam to sobie dobrze na przyszłość.
Burmistrz chciał coś powiedzieć, lecz arcyksiążę odwrócił się do niego plecami i polecił gen. Potiorkowi, żeby w drodze powrotnej z ratusza do Konaku cały orszak zatrzymał się przed szpitalem, ponieważ on, arcyksiążę wraz z żoną chcą odwiedzić przewiezionego tamże rannego adjutania. Gen. Potiorek zapewnił arcyksięcia, że może śmiało przejechać miasto, spokój bowiem został przywrócony, wszyscy zamachowcy są już w rękach władzy i życiu dostojnych gości nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.
Znowu więc arcyksiążę i księżna Hohenberg wsiedli do swego samochodu, a nawprost nich zajął miejsce gen. Potiorek. Samochody znowu musiały posuwać się wolno, ponieważ — jak się pokazało po wyjściu z ratusza — tłumy publiczności wciąż zalegały ulice i policja z trudem torowała miejsce dla pojazdów.
Samochód dyrektora policji skręcił w ulicę, prowadzącą do szpitala, a tuż za nim skręcał zwoi# na samochód arcyksięcia.
Wtem z odległości kilku kroków padł strzał rewolwerowy. Tylko jeden. Publiczność spłoszona zaczęła rozglądać się za sprawcą. Ujrzano młodego chłopca, który usiłował wydobyć się z tłumu. W ręku trzymał jeszcze rewolwer. Z okrzykami: „To on, on strzelił!“ ujęto go i oddano w ręce nadbiegających policjantów.
Tymczasem samochód arcyksięcia jechał dalej, jakgdyby nic nie zaszło. Gen. Potiorek widział wprawdzie, że krew zalewa mundur arcyksięcia i suknię księżnej Hohenberg, lecz nie zdawał sobie sprawy z istotnego stanu rzeczy. Sądził, że zostali oni ranni, ale tak stracił przytomność, że nie pomyślał o jakimkolwiek ratunku. Do ostatka, t. j. aż do chwili, kiedy samochód zatrzymał się przed portalem Konaku, dokąd Potiorek kazał szoferowi zawrócić, nic przyszło mu do głowy, że ma przed sobą dwa trupy. Dziwnym trafem bowiem młody student bośniacki Princip — takie nazwisko nosił zabójca — trafił jedną kulą w sposób śmiertelny swoje obie ofiary. Kula przebiła krtań arcyksięcia, a następnie przebiła również gardło księżnej Hohenberg. Ta ostatnia — jak wykazała sekcja — skonała wcześniej, aniżeli jej małżonek. Gdy oba ciała przeniesiono do sali Konaku, wszelki ratunek okazał się już bezskuteczny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Nowicki.