Przejdź do zawartości

Zdrajca w rodzie Habsburgów/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Nowicki
Tytuł Zdrajca w rodzie Habsburgów
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1926]
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

III.

Kapryśna i kochliwa arcyksiężna Stefanja była ideałem cnót stateczności i stałości w porównaniu ze swoją córką.
Z małżeństwa następcy tronu Rudolfa i Stefanji przyszło na świat tylko jedno dziecko: córka urodzona 2 września 1883 r. Na pamiątkę babki dano jej na chrzcie św. imię Elżbiety.
O tę biedną dziewczynkę nikt nic dbał. Ojciec pił i uganiał się za kobietami. Matka za życia ojca może jeszcze nie miewała kochanków, ale po śmierci Rudolfa — jak pisaliśmy powyżej — rzuciła się w odmęt zabaw i nie myślała nawet na chwilę, że ma córkę, której wychowaniem powinna zająć się bardzo starannie, aby przynajmniej częściowo wytępić złe skłonności, niewątpliwie oddziedziczone po ojcu.
Nic podobnego: mała Elżbieta pędziła życie pod kierunkiem i opieką ochmistrzyni, pozbawiona wszelkiego ciepła rodzinnego, ponieważ również i dziadek nie chciał o niej pamiętać, a babka, cesarzowa Elżbieta, została zabita w Genewie przez Lucheniego we wrześniu 1898 r., a więc wtedy, gdy dorastająca dziewczynka potrzebowała jak najbardziej trafnego i umiejącego odczuć jej duszę kierownictwa.
Po ukończeniu osiemnastego roku życia Elżbietę uznano za pełnoletnią w myśl statutu familijnego Habsburgów. Sformowano dla niej osobny dwór z osobną ochmistrzynią na czele i urządzono osobny apartament w Burgu. W najbliższym karnawale za pozwoleniem cesarza, arcyksiężniczka Elżbieta otrzymała prawo urządzania u siebie raz na tydzień tańcujących podwieczorków. Na danserów zapraszano młodych arcy- książąt i kilkunastu wybitnych arystokratów austro-niemieckich i węgierskich, przeważnie piastujących stopnie podporuczników i poruczników kawalerji.
Cercmonjał, obowiązujący na wszystkich dworach europejskich, postanawia, że na zabawach tanecznych dworskich księżniczki krwi same wybierają sobie danserów. Księżniczka wzywa do siebie szambelana, pełniącego tego dnia służbę, i wskazuje wachlarzem młodzieńca, z którym chce tańczyć. Szambelan podchodzi do wybranego, oświadcza mu, że ta a ta Królewska albo Cesarska Wysokość raczyła go desygnować na swego dansera, podprowadza go do księżniczki i prezentuje jej.
Zaraz na pierwszym podwieczorku, urządzonym przez arcyksiężniczkę Elżbietę, zwróciło ogólną uwagę, że młoda gospodyni domu, wbrew ogólnie przyjętym zwyczajom, ciągle wybierała do tańca jednego i tego samego dansera, porucznika dragonów Ottona, księcia Windischgraetza. Windischgraetzowie należą do najstarszych rodów arystokracji austromiemieckiej. Mieli oni dobra w Czechach, w Styrji i w Krainie. Jeden z nich, feldmarszałek Windischgraetz zdobył na rewolucjonistach w 1848 r. zbuntowany Wiedeń i sprawił krwawą rzeź wśród ludności. Skutkiem tego uchodził za zbawcę dynastji.
Otto książę Windischgraetz należał do najuboższej linji tej rodziny. Dzięki tytułowi bywał u dworu, ale musiał żyć bardzo skromnie, ponieważ majątek prywatny rodziny nie pozwalał na żadne zbytki. Dlaczego Elżbieta upodobała sobie tego młodego arystokratę, trudno zrozumieć. Przedewszystkiem Windischgraetz był tak samo jasnym blondynem, jak i Elżbieta. Rysy miał regularne i twarz przystojną, lecz nie było W jego twarzy nic uderzającego. Co najwyżej mógł podobać się Elżbiecie z postawy, był bowiem słusznego wzrostu, smukły, zgrabny, elegancki w ruchach i ładnie tańczył. Elżbieta była niższego wzrostu, niż Otto, nos miała trochę duży i śpiczasty, prawdziwy nos koburski, który oddziedziczyła po matce. Po matce też oddziedziczyła twarz przydługą. Brzydką nie można było jej nazwać, ponieważ w 1902 r. zdobiła ją krasa młodości.
W tydzień później odbył się drugi wieczorek tańcujący w apartamentach arcyksiężniczki Elżbiety. I znowu młodziutka gospodyni tańczyła przeważnie tylko z ks. Ottonem Windischgraetzem. Zwróciło to wprawdzie ogólną uwagę, lecz nikt nie przywiązywał do tego faktu głębszego znaczenia.
Wtem trzeciego dnia po tej drugiej zabawie tanecznej ks. Otto Windischgraetz odebrał miejską pocztą list, napisany własnoręcznie przez Elżbietę i przez nią podpisany, nietylko imieniem, ale i pełnym tytułem, list oświadczający adresatowi, że autorka listu namiętnie go kocha.
Ks. Otto Windischgraetz struchlał po przeczytaniu tego listu. Zaczął sobie uprzytamniać całe swoje zachowanie podczas obu zabaw tanecznych i stwierdził wobec siebie samego z wszelką pewnością, że ani słowem, ani spojrzeniem nie zachęcał młodej arcyksiężniczki do tego rodzaju listownych wyznań miłosnych.
Następnie zastanowił się bardzo poważnie nad sytuacją, wywołaną tym listem. Arcyksiężniczka Elżbieta była nietylko arcyksiężniczką, lecz równocześnie była wnuczką cesarza. Już przez to samo sytuacja stawała się bardzo drażliwa. Cesarz mógł w całej pełni dać odczuć swój gniew porucznikowi dragonów, przenieść go z Wiednia do garnizonu na prowincję, albo pod pierwszym lepszym pozorem wytoczyć mu śledztwo dyscyplinarne i wypędzić z wojska. Długo więc ks. Otto Windischgraetz zastanawiał się, co powinien uczynić. Wreszcie powziął decyzję. Przywdział mundur galowy, pojechał do Burgu, zameldował się u ochmistrzyni arcyksiężniczki i oddając jej list nieszczęsny, wyjaśnił, że ani słowem, ani spojrzeniem nie dał powodu arcyksiężniczce do napisania tego rodzaju listu.
Zadowolony z siebie i znacznie już spokojniejszy, powrócił do domu.
Jakież jednak ogarnęło go zdziwienie, a nawet przerażenie, gdy na trzeci dzień znowu pocztą miejską otrzymał od „Elżbiety, arcyksiężnej austrjackiej“ — jak się podpisała — list pełen najostrzejszych wyrzutów. Autorka pomimo swojego młodziutkiego wieku z wielką energją oświadczyła Ottonowi, że oddając jej pierwszy list ochmistrzyni, dopuścił się czynu niegodnego gentelmena. Ale ona gotowa mu przebaczyć, ponieważ go kocha i właśnie korzysta z tej sposobności, aby mu jeszcze raz przesłać wyrazy jaknajgorętszej miłości.
Tym razem książę Otto Windischgraetz już nie namyślał się długo, lecz znowu przywdziawszy mundur galowy, pobiegł do Burgu cesarskiego. zameldował się u ochmistrzyni arcyksiężniczki i oddał jej drugi z kolei list, przyczem zapewnił, że w najbliższym czasie postara się o translokację do jakiegoś bardzo odległego garnizonu. Chce bowiem w ten sposób dowieść, że w całej tej sprawie niczem nie zawinił.
Po paru dniach przecież wstrząsnął nim zimny dreszcz prawdziwej trwogi. Oto w drzwiach jego prywatnego mieszkania zjawił się żandarm nadworny z Burgu i oddał mu w wielkiej kopercie list z kancelarii gabinetowej cesarze Franciszka Józefa. W tym liście kancelarja gabinetowa zawiadamiała Jaśnie Oświeconego Księcia Ottona Windischgraetza, c. i k. porucznika dragonów, że Najjaśniejszy Pan cesarz Franciszek Józef nakazuje mu się stawić w Burgu tego a tego dnia o tej i o tej godzinie na specjalnem posłuchaniu.
Po przeczytaniu tego listu książę Otto popadł w prawdziwą rozpacz. Był przekonany, że cesarz uważa go za winowajcę w sprawie z arcyksiężniczką Elżbietą i w podwójnym charakterze szefa dynastji i dziadka co najmniej zmyje mu porządnie głowę. Przyrzekał sobie, że będzie się starał udowodnić swoją niewinność, ale z góry wątpił, czy zagniewany starzec pozwoli mu przyjść do słowa i usprawiedliwić się. Prawdopodobnie audjencja będzie miała taki przebieg, że monarcha palnie mu kazanie, a następnie zakomenderuje po wojskowemu: „lewo w tył“ i każę mu się wymieść ze swego gabinetu.
Posłuchanie miało jednak przebieg zgoła inny, niż Otto ks. Windischgraetz przypuszczał.
Cesarz na jego meldunek odpowiedział bardzo łaskawym uśmiechem, a następnie rzeki:
— Kochany książę Ottonie Windischgraetz, jako dziadek pani arcyksiężnej Elżbiety Austrjackiej mam zaszczyt prosić pana, żebyś się zgodził zostać jej małżonkiem. Jest pan jej pierwszą i wielką miłością. Nie chcę, by to nieszczęśliwe dziecko robiło mi wyrzuty, że zniszczyłem jej szczęście. Sądzę, że i pan nie weźmie na siebie tej odpowiedzialności. Może pan jej nie kocha obecnie, ale jej wielka miłość dla pana obudzi i w pańskiem sercu gorące uczucie. Jestem przekonany, że będziecie oboje bardzo szczęśliwi. Jako dziadek daję wam z góry błogosławieństwo. Moja wnuczka otrzyma nietylko cały majątek, jaki się jej należy po ojcu, ale również i ja dam jej duży posag i znaczną dotację roczną z mojego prywatnego majątku.
Książę Otto Windischgraetz, wyprostowany na baczność, słuchał tych słów cesarskich w głębokiem skupieniu. Kto inny na jego miejscu byłby bez wahania przyjął propozycję cesarza. Dla prawie ubogiego księcia równało się to wygraniu wielkiego losu na loterji. On jednak miał ważne powody osobiste, by się wahać, i zwlekać z udzieleniem twierdzącej odpowiedzi.
Cesarz fałszywie wytłómaczy sobie jego milczenie. Wziął je za objaw radosnego osłupienia. Mówił więc dalej:
— Moja wnuczka była u mnie przed trzema dniami z prośbą, abym się nie sprzeciwiał jej małżeństwu z panem. Opowiedziała mi też, że sama wystąpiła pod pańskim adresem z inicjatywą. Mówiła mi, że pisząc pierwsza do pana list, postąpiła tak, jak podczas inwitacji do tańca, kiedy to księżniczka krwi wybiera sobie dansera. Skarżyła się też, że pan dwukrotnie oddał jej listy ochmistrzyni dworu. Rozumiem pańskie intencje w tej mierze i bardzo je pochwalam, ale w tym wypadku stoję po stronie mojej wnuczki i bardzo sobie życzę — te słowa wyrzekł cesarz z wielkim naciskiem — aby pan ją poślubił.
Otto Windischgraetz nie śmiał się opierać cesarzowi. Cała jego rodzina od wieków wyrastała w uczuciach służbistej karności w stosunku do dynastji Habsburgów. Nadto zdawał sobie sprawę, że atoi wobec naczelnego wodza sil zbrojnych. A gdy naczelny wódz powie oficerowi, że życzy sobie bardzo tego lub owego, to takie życzenie jest rozkazem.
Od paru lat Otto ks. Windischgraetz był pocichu zaręczony z pewną hrabianką austro-niemiecką. Narzeczeni bardzo się kochali, ale oboje byli za ubodzy, by zawrzeć związek małżeński. Na kaucję oficerską możeby jeszcze i starczyło, lecz o urządzeniu i prowadzeniu domu nie można było myśleć. Młodzi czekali zatem, aż ks. Otto Windischgraetz oddziedziczy po jednym z krewnych, będącym już w podeszłym wieku, znaczniejszy spadek. W drugiej połowie audjencji przecież książę zrozumiał, że trzeba będzie pożegnać się z projektem poślubienia ukochanej hrabianki. Już sama okoliczność, że cesarz bez względu na swoje stanowisko zdecydował się na odegranie roli swata swojej wnuczki, powiedziała księciu, jak dalece wszelki opór przeciwko woli monarchy jest w tym wypadku wykluczony. Gdyby książę udzielił odpowiedzi odmownej, obraziłby nietylko cesarza, i to obraziłby śmiertelnie, ale miałby przeciwko sobie całą swoją rodzinę. Nikt z jego krewnych bliższych i dalszych nie zrozumiałby, jak można było odrzucić rękę arcyksiężniczki, i to w dodatku wnuczki cesarskiej, jak można było wyrzekać się olbrzymiej fortuny, dzięki której najuboższa linja Windischgraetzów wyrosłaby odrazu na dom prawdziwie magnacki, spokrewniony z Habsburgami...
Wszystkie te myśli błyskawicznie zawirowały pod czaszką księcia. Wreszcie przyszedł do wniosku, że trzeba wyrzec się szczęścia osobistego, pogodzić się z losem i przyjąć ofiarowaną mu przez samego cesarza rękę arcyksiężniczki.
Wyprostował się więc, na baczność jeszcze bardziej, niż do tej pory, i zameldował:
— Wasza Cesarska Mość, na podstawie łaskawie mi zakomunikowanego Najwyższego pozwolenia mam zaszczyt prosić o rękę Jej Cesarskiej Wysokości Pani Arcyksiężnej Elżbiety Austrjackicj.
Dnia 23-go Stycznia 1902 roku po uprzedniem zrzeczeniu się tytułu i praw do korony (taki akt prawny nazywał się renuncjacją) Elżbieta zaślubiła swojego ukochanego księcia. Lecz małżeństwo nie było szczęśliwe, jakkolwiek kolejno troje dzieci przyszło na świat. Już po kilku latach zaczęły nadchodzić z Pragi Czeskiej, gdzie księstwo Windischgraetz zamieszkali, wiadomości o skandalicznych scenach i wręcz publicznych skandalach między małżonkami. Księżna zarzucała mężowi, że utrzymywał stosunki miłosne z jakąś znaną aktorką w owem mieście. Przyszło nawet do bójek i publicznego wymyślania. Niektóre z gazet, mających dla dworu niezbyt dużo respektu, podały opisy tych zajść.
Potem przyszło do procesów majątkowych i separacyjnych, aż wreszcie po śmierci Franciszka Józefa I małżonkowie rozeszli się całkowicie, ponieważ książę Otto udowodnił żonie, że nie prowadziła się o wiele lepiej, niż zawodowe kokoty. Podobnie, jak matka, arcyksiężna Stefanja, lubowała się w oficerach marynarki wojennej, a po jednym z nich, komendancie austro-węgierskiego statku podwodnego, gdy zginął, ostentacyjnie nosiła żałobę i publicznie twierdziła, że to był jej mąż właściwy. Równocześnie jednak żyła z innymi.
To też sądy w latach 1924 — 1925 wcale nie zawahały się udzielić księciu Ottonowi Windischgraetzowi rozwodu z winy małżonki i jemu powierzyć dalsze wychowanie dzieci, ponieważ matka swojem zachowaniem się wcale nie dawała gwarancji, że zdoła nadać ich wychowaniu kierunek moralny i uczciwy.
Elżbieta w pogoni za „silnymi mężczyznami“ staczała się coraz niżej. W pierwszych miesiącach 1926 roku poślubiła pod Wiedniem zwykłego chłopa, oberżystę, okaz rosłego samca, mogącego zadowolnić jej porywy miłosne.
Zanim atoli potępi się całkowicie Elżbietę, trzeba pamiętać, z jakiej to zwyrodniałej pochodziła rodziny i jaką to krew zepsutą miała w swoich żyłach. Złośliwym, ale całkowicie prawdziwym był dowcip, który koło 1901 roku krążył po bruku wiedeńskim:
— Mamy dla pana dobrą partję. Wprawdzie ojca panny, zupełnie pijanego, w nocnej bójce flaszką od szampana zabito na śmierć. Matka ma co kwartał innego oficera marynarki i fałszowała weksle. Dziadek żyje na wiarę z cudzą żoną. Babka, dopóki nie zwariowała, miewała także kochanków, głównie wśród swoich lektorów. Potem zasztyletowano ją na ulicy. Dziadka stryjecznego (arcyksięcia Maksymiljana) jak bandytę zastrzelono, ponieważ chciał ukraść koronę. Tego dziadka żona ma bzika od 40 lat. Drugi dziadek stryjeczny (arcyksiążę Ludwik Wiktor) jako osławiony w całym Wiedniu homoseksualista powinien dawno siedzieć w kryminale. Jeden stryj stryjeczny (arcyksiążę Franciszek Ferdynand) ma żenić się z pokojówką (hrabianką Chotek), drugiemu stryjowi (arcyksiążę Otto) nos odpada z powodu syfilisu. Inny kuzyn (stary arcyksiążę Rajner) zabrał dzieciom swego kuzyna (arcyksiążę Wilhelm) cały olbrzymi majątek, korzystając z błędnie zawartego ślubu kuzyna. Skutkiem tego najstarszy syn tego niezbyt formalnie zawartego małżeństwa, praprawnuk cesarzowej Marji Teresy, jest teraz kelnerem w jednej z kawiarń budapeszteńskieb. Tak, tak, rodzinka jest trochę „plamista“, lecz partja dobra, bo posag bardzo duży.
Ten złośliwy, leczona prawdzie oparty dowcip o rodzinie Habsburgów nie wyczerpuje zresztą wszystkich skandalów, urządzanych co chwila przez jej członków. Zrozumiałe zatem, że powaga dynastji malała z każdym rokiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Nowicki.