Zdrajca w rodzie Habsburgów/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Zdrajca w rodzie Habsburgów |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Druk | Drukarnia Polska |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pozostała po zamordowanym arcyksięciu Rudolfie wdowa, arcyksiężna Stefanja, otrzymała tytuł dożywotni „następczyni tronu — wdowy“. Było to szczególne odznaczenie i szczególny dowód Jaski cesarskiej. Z tym tytułem związana bowiem była wyższa pensja, aniżeli dla innych arcyksiężen, prawo utrzymywania osobnego dworu i prawo utrzymywania osobnego naczelnego ochmistrza. Przez to szczególne odznaczenie Franciszek Józef pragnął zaznaczyć wobec całego świata, że boleje nad losem swojej synowej i staje po jej stronie. Równocześnie z pomocą takiego odznaczenia pragnął on zapewnić Stefanji uprzywilejowane stanowisko aż do końca życia bez względu na to, kto po nim będzie piastował koronę cesarską.
Następczyni tronu Stefanja, jednak źle wdzięczyła się ojcu zmarłego męża za wyświadczone dobrodziejstwo. Idąc bowiem za złym przykładem swojej siostry, księżnej Luizy Koburskiej, wnet po śmierci Rudolfa zaczęła urozmaicać sobie stan wdowieństwa miłostkami, dość jawnie uprawnianemi. Zmieniała przytem objekty swych zapałów miłosnych dosyć często. Jej kochankowie rekrutowali się przeważnie z korpusu oficerów marynarki wojennej. Trzeba przyznać, że korpus oficerski tej marynarki liczył po większej części w swem gronie ludzi bardzo wykształconych, inteligentnych, przystojnych i posiadających doskonałe manjery. Niewątpliwie prawie każdy z nich jako człowiek charakterem, wartością moralną i wykształceniem przewyższa! arcyksięcia Rudolfa. Jako kobietę więc można było arcyksiężnę Stefanję zrozumieć. Równocześnie jednak okoliczność, że te miłostki były uprawiane niemal jawnie i co kilka miesięcy z kim innym, rzucała cień na całą rodzinę cesarską i podkopywała mocno jej autorytet w oczach ludności. Co zwyczajny obywatel mógł sobie pomyśleć o moralności dworu, skoro wiedział, że arcyksiężna Stefanja, wdowa po następcy tronu i synowa cesarza, odbywa co parę miesięcy podróż po morzu Śródziemnem yachtem prywatnym, którego komendantem jest za każdym razem inny porucznik austro»węgierskiej marynarki wojennej i że ten porucznik co noc sypia w kajucie arcyksiężnej prawie na oczach całej załogi. Marynarze i podoficerowie owego yachtu po powrocie do domu na urlop wcale nie taili wobec krewnych i znajomych scen miłosnych, których byli niemal świadkami. Te opowiadania rozchodziły się następnie coraz to szerzej i szerzej, wywołując zgorszenie i oburzenie.
Równocześnie arcyksiężna Stefanja zaczęła prowadzić bardzo lekkomyślną gospodarkę pieniężną. Łącznie ze swoją siostrą Luizą Koburską puściła w obieg mnóstwo weksli, których podpisu potem publicznie się wyrzekła. Sprawa dostała się na szpalty gazet. Stefanja stawała podczas dochodzenia karnego, prowadzonego przez urząd marszałkowski, jako świadek, choć właściwie powinna była figurować jako oskarżona.
Nie na tem koniec skandalów.
W dziesięć lat po zamordowaniu arcyksięcia Rudolfa, Stefanja pewnego dnia zjawiła się na posłuchaniu u cesarza Franciszka Józefa, by mu oświadczyć, że chce wyjść za mąż.
Franciszek Józef z trudem ukrył nieprzyjemne zdziwienie, gdyż jako człowiek bardzo dobrze wychowany w stosunku do kobiet starał się zawsze okazywać galanterję.
— Któż jest wybrańcem szczęśliwym Waszej Cesarskiej Wysokości? — spytał uprzejmie, spodziewając się, że usłyszy nazwisko któregoś z książąt krwi.
Jakiż atoli spotkał go zawód, gdy arcyksiężna wymieniła nazwisko swojego narzeczonego:
— Pragnę poślubić Elemera hr. Lonyay‘a.
Tym razem cesarz także zapanował nad sobą, choć powinien był powiedzieć otwarcie arcyksiężnej Stefanji, że nie ina ona ani szczypty respektu dla rodziny, do której weszła przez małżeństwo z arcyksięciem Rudolfem. Co sobie bowiem musi pomyśleć opinja publiczna, gdy się do< wie, że wdowa po następcy tronu bez wahania rzuca tytuł arcyksiężnej i wyrzeka się węzłów z rodziną cesarską, by poślubić znacznie od siebie młodszego i prawie zupełnie nieznanego hrabiego węgierskiego, który nie odznaczał się ani urodą, ani wielkiemi zdolnościami, ani wybitnem stanowiskiem wśród arystokracji węgierskiej.
Cesarz nie umiał przecież w takim wypadku odmówić, ponieważ bał się, by mu petent nie wytknął własnych jego grzeszków. Jedyną jego taktyką było działanie na zwłokę. I tym razem postąpił w ten sposób.
— Zgadzam się na życzenie Waszej Cesarskiej Wysokości — odparł — ale stawiam jeden warunek. Wasza Cesarska Wysokość raczy zastanowić się w ciągu roku, czy Jej zamiar poślubienia hrabiego Lonyay‘a jest nieodwołalny. Jeżeli po upływie roku Wasza Cesarska Wysokość będzie obstawała przy zamiarze zawarcia tego związku małżeńskiego, udzielę jako głowa rodziny potrzebnego pozwolenia.
Arcyksiężna Stefanja była mocno niezadowolona z racji decyzji cesarskiej, choć cesarz okazał dla jej kaprysu daleko więcej powolności, niż rodzony ojciec, król Leopold II. Ten ostatni bowiem nawet nie chciał słyszeć o małżeństwie córki z hr. Lonyay‘em, zerwał z nią wszelkie stosunki i wydziedziczył i ją i starszą córkę Luizę Koburską w testamencie.
Po roku, na początku 1900 r., arcyksiężna Stefanja znowu zjawiła się na posłuchaniu u cesarza i oświadczyła mu, że jej zamiar poślubienia hrabiego Lonyay‘a jest niezłomny.
— Wasza Cesarska Wysokość wie — spytał monarcha — że Jej małżeństwo może być tylko morganatyczne, że trzeba będzie wyrzec się tytułu arcyksiężnej i przynależności do Domu Cesarskiego...?
— Wiem o tem wszystkiem — odparła Stefanja.
— Na miejsce ślubu — oświadczył cesarz — wyznaczam zamek Miramare. Proszę się tam udać. Ślub odbędzie się za miesiąc od dnia, w którym Wasza Cesarska Wysokość zamieszka w Miramare. Hrabia Lonyay otrzyma odemnie tytuł książęcy. Wasza Cesarska Wysokość otrzyma odemnie milion koron rocznej renty z mojej szkatuły prywatnej.
Franciszek Józef był wprawdzie bardzo bogaty, lecz nawet dla tego bogactwa ofiara miliona koron rocznie była dużym wydatkiem. Ale właśnie w ten sposób chciał on pokazać całemu światu, że nie żywi do Stefanji pretensji za tak wielki brak pietyzmu, jakim było powtórne zamążpójście...
— Ale jeszcze jedno małe zastrzeżenie — dodał cesarz, gdy synowa była już u progu jego gabinetu. — Gdy Wasza Cesarska Mość raz zamieszka w Miramare, ślub już musi się odbyć. O zmianie postanowienia nie będzie mogło być mowy.
Miramare jest to zamek położony pod Trjestem. Wybudował go brat młodszy Franciszka Józefa, arcyksiążę Maksymilian, późniejszy cesarz Meksykański. Miejsce pod budowę wybrane prześlicznie. Zamek stoi na wysokiej skale po prawej stronie od miasta, w punkcie, w którym zatoka trjesteńska styka się z otwartem morzem. Stylem zamek przypomina średniowieczne kastele weneckie. Od zamku aż po sam brzeg morski biegnie Ogród tarasami, zniżając się do poziomu morza. Sam brzeg jest zmieniony w bulwar, oddzielony od wody kamienną balustradą.
Od strony lądu Miramare jest otoczone stromemi wzgórzami. Ani z tych wzgórz do zamku, ani z zamku na te wzgórza niema przystępu. Tylko jedna droga lądowa wzdłuż brzegu prowadzi do miasta. Z chwilą, gdy tę drogę obsadzi kordon policyjny lub wojskowy, wszelka komunikacja miedzy miastem a Miramare jest przecięta.
Stefanja bawiła już w Miramare około dwóch tygodni, gdy nagle pewnego wieczoru tej kapryśnej kobiecie przyszło na myśl, że może i nie warto dla małżeństwa z hr. Lonyay‘em porzucać stanowiska w rodzinie cesarskiej i wszystkich korzyści materjalnych i towarzyskich, związanych z tem stanowiskiem. Cóż z tego, że cesarz przyrzekł nadać hr. Lonyay’owi godność książęcą. Nawet jako księżna będzie musiała ustępować w randze rozmaitym innym księżnom węgierskim z tak starych rodów, jak np. dom książąt Esterhazych.
Im dłużej myślała nad oczekującym ją za dwa tygodnie ślubem, tem bardziej nabierała przekonania, że zamiar powtórnego zamążpójścia jest wierutnem głupstwem. Zdjął ją lęk. A potem przyszło nagle postanowienie, by ucieczką z Miramare ratować się przed nieuniknioną utratą dotychczasowego stanowiska.
Natychmiast wtajemniczyła w plan ucieczki zaufaną damę dworu, z jej pomocą spakowała walizkę, zabrała klejnoty i postanowiła piechotą udać się do Trjestu, by z tamtejszego dworca nocnym pociągiem pośpiesznym udać się do Wiednia i zjawić się w Burgu cesarskim. Jej apartament w Burgu jeszcze nie był zlikwidowany. Nazajutrz zatem mogła znowu zająć przynależne jej stanowisko i korzystać z przywilejów następczyni tronu — wdowy.
Obie panie w skromnych sukniach, z twarzami przysłoniętemi gęstą woalką, wyszły z bramy zamku. Pozornie bram zamku nikt nie pilnował. Droga do Trjestu stała — jak się im zdawało — otworem.
Nagle, gdy już były o jakieś sto kroków od bramy zamkowej, zastąpił im drogę wachmistrz żandarmerji i salutując, zapytał grzecznie:
— Łaskawe panie darują, skąd i dokąd prowadzi droga?
Stefanja milczała, gdyż bała się, że wachmistrz ją pozna. Natomiast dama dworu, pewna swojego incognita, odpowiedziała:
— Idziemy z zamku Miramare do miasta.
— Łaskawe panie darują — powtórzył żandarm z jeszcze większem ugrzecznieniem — ale przejście do miasta jest zamknięte.
Wtedy arcyksiężna Stefanja zabrawszy głos, powiedziała z wielką pewnością siebie:
— Dla mnie droga do miasta musi być otwarta.
Żandarm udał, że nie poznaje, z kim ma do czynienia i mówił dalej:
— Z rozkazu Najjaśniejszego Pana droga z Miramare do Trjestu jest dla wszystkich zamknięta.
— Nawet gdybym była następczynią tronu — wdową?
— Tak jest — potwierdził żandarm, wciąż grzecznie, ale jeszcze bardziej stanowczo — nawet dla Jej Cesarskiej Wysokości następczyni tronu — wdowy droga do Trjestu z rozkazu Najjaśniejszego Pana jest zamknięta.
Arcyksiężna z głuchym jękiem zawróciła do zamku. Spostrzegła, że tym razem wpadła w pułapkę. Cesarz, napozór bardzo uprzejmy i słodki, tym razem pokazał — jak to mówią — zęby. Skoro synowa postanowiła wyrzec się pamięci jego syna i wyrzec się rodziny cesarskiej i skoro wiadomość o tem obiegła już wszystkie dzienniki kuli ziemskiej, cesarz postanowił nieodwołalnie tę sprawę doprowadzić do końca, a mianowicie pozbyć się kapryśnej synowej, niby to dogadzając jej uczuciom.
W dwa tygodnie później, dnia 20 marca 1900 r. w kaplicy zamku Miramare następczyni tronu — wdowa Stefanja została małżonką hr. Lonyay‘a. Cesarz nadesłał depeszę gratulacyjną i wspaniały bukiet, a ze swej szkatuły prywatnej kazał zapłacić wszystkie długi eks-synowej.
Te długi płacił jeszcze niejednokrotnie aż do swojej śmierci w 1916 r. Ile razy bowiem miljon koron, wypłacany co rok, nie starczył na opędzenie kosztownych wydatków księżnej Lonyay, ta ostatnia przybywała do Wiednia, zjawiała się na prywatnem posłuchaniu u cesarza, cesarz zaś dobroduszną galanterją pokrywał długi byłej synowej.