Przejdź do zawartości

Zaraza/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Pietkiewicz
Tytuł Zaraza
Podtytuł Obrazek obyczajowy
Pochodzenie Zagon rodzinny zbiór obrazków gawęd i fraszek rymowanych T. II
Wydawca Józef Zawadzki
Data wyd. 1854
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały utwór
Indeks stron

ROZDZIAŁ XII.
Zaraza się wzmaga.

Wynudziwszy dostatecznie i czytelników i samego siebie zbyteczną drobiazgowością, i sądząc, że dałem już jaką taką probkę metody pani Amelii i charakteru zarazy, o której piszę, postaram się o jak największą treściwość w dalszém opowiadaniu, którego końca tylko co nie widać. Ale zapowiadam z góry, że i przy końcu, dramatyczności ani za pół grosza, interesu ani na makowe ziarnko! bo proszę pamiętać, że to jest obrazek, którego wszystkie osoby widać od razu, a ja tylko objaśniam ich położenie.
Juraś na oślep rzucił się pochyłą drogą, na któréj go nierozważnie próżność postawiła, a słabość charakteru zatrzymała. Coraz to częściéj bywał u grafowstwa, a wreszcie stał się prawie codziennym ich gościem. Pani Amelia poznawszy charakter jego, co zresztą nie trudno było przy jego prostoduszności, opanowała go zupełnie; a ponawianemi ciosami szyderstwa, pozbawiła go wreszcie wszystkich skarbów duszy, a raczej tak je zprofanowała, tak ohydziła, że ilekroć oczy na nie obrócił, i wstręt, i wstyd go przejmował!
Reszty dokonała lektura, jak najsystematyczniej prowadzona. Co tylko było najniemoralniejszego, gdzie najwięcej najbezwstydniejszego cynizmu, zacząwszy od skandalicznych pamiętników kurtyzanek, romansideł Balzaka i Pol de Koka i bredni Rabelego, aż do Woltera, Wolneja i Holbacha, wszystko to kazano mu przeczytać, a potém, w rozmowie o przeczytaném, starano się zwrócić wyłączną uwagę na to, co było najobrzydliwszego, najbardziej kalającego duszę, a podnoszącego materjalizm i żwierzęcą zmysłowość. A stopniowanie było tak zręczne, że biédny Juraś ani się spostrzegł w jaką przepaść zabrnął! Zaczęto zrazu od niewinnych romansików, gdzie występna namiętność, upoetyzowana, ubarwiona, jedna współczucie, i przez najokropniejsze zbrodnie przechodząc, targając się na najświętsze obowiązki, zawsze się zdaje nieszczęsną ofiarą, męczenniczką ludzkich przesądów i barbarzyńskich ustaw, a skończono na stu powiastkach Balzaka i temu podobnych specyałach w literaturze lekkiej; po czém rozpoczęto kurs filozofii, o którym wspomniałem wyżej.
Zasmakował w tém Juraś bardzo; lecz za to, jakże mu się ckliwą wydała potém literatura ojczysta!.. Bo trzeba wiedzieć, że z rozkazu pani Amelii czytywał jej głośno polskie książki, a ona najulubieńsze mu utwory, zacząwszy od owych Brzegów Wilii, tak przenicowała, tak wyszydziła, taką okryła śmiesznością, tak poniżyła, porównywając z francuzkiemi arcydziełami, że wreszcie biédny chorążyc wyznał jej ze wstydem, iż nie pojmuje jak mógł w tém smakować, i już się nie oburzał wcale, gdy ona to wszystko mieszczańską literaturą zwała!
Jednak pomimo téj lektury i rozmów, pomimo najpoufalszego obejścia się ze strony grafini, in gratiam pokrewieństwa, pomimo najwyższej i najbardziej ośmielającej zalotności, Juraś, niestety zawsze był nieśmiałym, zawsze pełnym respektu dla pani Amelii, która pojąć nie mogła co się to znaczy, bo wiedziała aż nadto dobrze jaką w nim namiętność wzbudziła!.. Rozpaczała biédaczka! a widząc, że się ideał Dżalmy nie urzeczywistnia, tém usilniej zaczęła pracować nad spełnieniem drugiej połowy marzenia swego. Juraś więc zgrywał się w karty i w bilard, bo grał z panią Amelia; kupił u grafa za 150 dukatów wierzchowca, bo pani Amelia jeździła konno, a Juraś jéj towarzyszyć musiał, i wstydził się swego kucego szpaka; kupił przepyszny czaprak i siodło takoż u pana Ernesta, a więc również za bezcen, jako też dwie strzelby i parę pistoletów. Nie koniec na tém: graf często bywał w Olszynce, a ze spaceru nie raz i grafini tam wstępowała; uszczęśliwiony Juraś sadził się na najwspanialsze przyjęcie i sypał a sypał grosze!.. A po każdych takich odwiedzinach, zwykle nowy zbytek pod skromną swą strzechę wprowadzał; bo albo uśmieszek, albo mimowolne niby słóweczko, albo wreszcie poufała przestroga grafini cóś mu wskazywały parafiańskiego, szlachciurowskiego, wykraczającego przeciw przepisom dobrego tonu, bądź w umeblowaniu, bądź w usłudze, bądź w zastawie stołu. Nic już nie wspomnę o toalecie chorążyca, w któréj na wyścigi szedł z panem grafem.
Takim sposobem w przeciągu kilku miesięcy, nie tylko się wyczerpał cały kapitalik, nie tylko sprzedano wszelkie zapasy zboża, wódki i miodu; lecz nawet długi się znalazły! i jakież jeszcze długi! niestety, lichwiarskie!.. powtórzyły się szkolne czasy na ogromną skalę!! Juraś przegrał w karty od razu pięćdziesiąt dukatów; a tu ani grosza w zapasie! Grał, nie mając pieniędzy, bo nie miał tyle mocy nad sobą, by się od gry wymówić; przegrawszy musiał nazajutrz dług odwieźć... Nie myśląc więc długo, ruszył do miasteczka, do poczciwych żydków, i na 30-ty procent dostał dwieście dukatów, bo myślał sobie: wolę od razu więcej pożyczyć, gdyż i w gospodarstwie są różne gwałtowne potrzeby. Lecz w parę miesięcy znowu był bez grosza, choć żadnej potrzeby nie zaspokoił; musiał więc nowy dług zaciągnąć. Tą razą dostał bez procentu 200 rubli na dwa miesiące; obiecał tylko panu Jankielowi kilkadziesiąt korcy zboża, kamień miodu i kilka sążni drew przez grzeczność. Wróciwszy do domu, znalazł tam jakiegoś swego imiennika, co z odległej okolicy, o kiju, w szaréj kapocie i w łapciach, z sucharem i pliką dokumentów w borsuczéj torbie, przywędrował do niego, błagając go ze łzami, by przez wzgląd na sześciu synów, pozwolił mu przypisać się do swoich papierów, a razem by mu pożyczył na legitymacyą choć ze sto rubli. Na pierwsze chętnie pozwolił, drugiém się mocno zakłopotał; a jednak sto rubli wyliczył, choć to była półowa tylko co pożyczonych pieniędzy! bo i dobre serce, i próżność, i bojaźń, by wieść o takim imienniku nie doszła do grafa, nie dozwoliły mu odmówić. Dał więc pieniądze i czémprędzej gościa wyprawił; bo się lękał, by czasami hrabia nie nadjechał. A dawniéj, przed rokiem jeszcze, toby go pewno do stołu z sobą uprzejmie posadził, przez kilka dni ugaszczał, i ochoczém a lekkiém sercem z saméj poczciwości tylko, pożądane wsparcie mu podał!
Dwie pierwsze pożyczki nie mało biédnego Jurasia kosztowały. Co się nagryzł, co się natrapił, nim się zdecydował wreszcie do żydków udać, to i opisać trudno. Trzeci raz łatwiej poszło; a w końcu, jakby z własnej kassy, z worków lichwiarskich czerpał! A pożyczając tak sowicie, nie zastanawiał się biédak nad skutkami, a raczej, zastanawiając się, nie widział ich okropności. Bo gdy termin wypłaty naznaczał, był pewnym, że go nie chybi: wyliczał zawczasu ile mu rola przyniesie, po czemu będzie mógł przedać, ile da pasieka, ile gorzelnia, co weźmie za wełnę, masło, séry i t. p.... i cieszył się słodką nadzieją, że nie tylko długi zapłaci, lecz jeszcze i zapas mieć będzie! Jak gdyby z Panem Bogiem umowę zrobił, że i roli i pasiece, i trzodzie pobłogosławi, i dobrą cenę sprowadzi!... Przychodził termin; nadzieje zawiodły, nie było czém długów płacić; a niedotrzymać słowa nie podobna! Brał więc w inném miejscu na szalone procenta, by dawną lichwę opłacić, i tak bezustanku!.. Gdyby tak przed rokiem jakie nieszczęście zmusiło go do zaciągnienia długu, toby najpierwéj udał się do półkownika, lub do którego z sąsiadów, którzy i teraz pewnoby mu nie odmówili, nie wchodząc w to nawet, na co mu pieniędzy potrzeba; lecz teraz śmielszym był do żydów, niż do najlepszych przyjaciół!!!
W takim stanie rzeczy, naturalnie, że coraz rzadziej bywał w Krynicy, i to już nie z upodobania ale jakby z obowiązku i to z przykrego obowiązku! Nie raz i w niedzielę nawet nie przyjeżdżał, bo i do kościoła coraz to rzadziej zaglądał; a kiedy i zajrzał, to, dzięki naukom pani Amelii, już się wstydził klęknąć po dawnemu i z książki się modlić! A gdy na śniadanie do księdza proboszcza wstąpił, to jak okradziony wyglądał! Wstyd mu było sąsiadów swoich, którzy zrazu żartowali z jego nowej przyjaźni, z jego elegancyi, z jego długich włosów i bródki, po dawnemu poufale z nim postępując; lecz gdy spostrzegli jego oziębłość, a nawet i opryskliwość, pomału, pomału zaczęli się usuwać, coraz to rzadziej do Olszynki zaglądać; a wreszcie, gdy zauważyli, że mu odwiedzinami swemi zawadzają, że u nich nigdy nie bywa, zupełnie się od niego odstrychnęli.
Gdybyż tylko sąsiadów serca odstręczył! Poczciwi Grykowstwo, pod których oczyma wzrastał od kolebki, ktorzy i na chrzest jego, i na śmierć rodziców jego patrzali, i do grobu ich ciała zanieśli, Grykowstwo, co go jak własne dziecię kochali, wzgardzeni, wyprawieni na mieszkanie do osóbnego dworku, bo mu zawadzali u stołu, bo mu z niemi ciasno było w domu, — nie przestali wprawdzie miłować go z całego serca; lecz zażaleni głęboko nie raz rozwodzili skargi, nie raz popłakiwali nawet na panicza, przed Jasiem i Jędrusiem, którzy im szczerze w tém dopomagali, bo i dla nich panicz też ostygł. Ale, nie mówiąc już o zmianie uczucia, nowy tryb życia Jurasia i rozrzutność jego najmocniéj ich trapiła i najczęstszym była przedmiotem ich smutnéj rozmowy. Poddani takoż uczuli tę zmianę, i pozbawieni ojcowskiej opieki swojego pana, srodze boleli...
Cóż mam o Krynicy powiedzieć? Nie będę się rozwodził nad cierpieniem biédnéj Kostusi; łatwo je pojąć, znając jej poczciwe serce, jéj anielską dobroć, jéj głębokie przywiązanie do Jurasia, którego od dzieciństwa przywykła kochać i uważać za towarzysza całego życia. Cierpiała biédaczka, nad wszelki wyraz cierpiała! ale silna wiarą i ufnością w BOGU, z rezygnacyą swoje cierpienia znosiła, i żaden wzrok obojętny ani najlżejszego cienia ich nie widział. Nawet porucznikowie, nawet półkownik, co to ją w sercu swém nosili, to tylko widzieli, że lica jéj zbladły, że — cóś spoważniała; zresztą najmniejszéj zmiany w niczém nie spostrzegli. Ta sama dobroć, ta sama słodycz, ta sama troskliwość o wszystkich i każdego... i cieszyli się starzy serdecznie, bo im się zdawało, że tak zręcznie przed Kostusią kryją swój własny smutek, tak zręcznie tłómaczą przed nią postępki Jerzego, i tak szczęśliwie umieją rozrywek jéj dostarczyć!... W tém zaś ostatniém, to się nie bardzo i mylili; bo dobra Kostusia z ich łaski najwięcej rozrywek miała, bo najwięcej o ich spokojność dbając, wszelkiemi sposobami starała się ich życie uprzyjemnić, a wiedząc, że swoim smutkiem ich spokój zatruje, najusilniej nad zwalczeniem jego pracowała. Ale się mylili co do pierwszego i drugiego: bo aż nadto dobrze widziała ich troskę, bo tyleż co i oni o Jurasiu wiedziała.... sądziła, że wić o wszystkiém, nie przeczuwając nawet ani długów, ani występnéj namiętności, ani téj straszliwej profanacyi dawnych świętości! — szczęśliwa! — Tak więc obie strony, wzajemnie się kryjąc z swojém cierpieniem, wzajemnie starając się pocieszyć, wzajemnie pracowały nad utajeniem wieści o Jurasiu: starzy, by nie martwić Kostusi, a Kostusia — by nie martwić dziadków i nie ściągać gniewu na Jurasia.
A wieczorem za to, kiedy się zamknęła w swoim pokoiku, a padłszy na kolana, całe brzemie swych cierpień w modlitwie przed Bogiem składała; ach jakie gorzkie, jak obfite łzy były, z któremi boleść wypływała z duszy! Ach jakże wzniosła, jak rzewna była ta modlitwa, a raczej ta skarga przed Najświętszą Panną, przed tą litościwą matką każdej siéroty! W boleśném zapomnieniu, jak gdyby istotnie na łonie matki, którą tak wcześnie straciła, Ikając rzewliwie, spowiadała się nieboga ze wszystkich swych cierpień, z całej swéj boleści, i wsparcia i pociechy błagała.
Nieraz też wieczorem przychodziła do niéj poczciwa Janowa, która przez tych kilka miesięcy do ostatniego włoska osiwiała, i pochyliła się ku ziemi, jak gdyby na mogiłę opatrując miejsca!
— „Dobry wieczór panneczce!“
— „Dobry wieczór, babcio kochana! a co? i dzisiaj nie przyjechał!“ mówiła łzawym głosem Kostusia.
— „Nie przyjechał! gołąbko moja droga!“ odpowiadała Janowa, wzdychając.
— „I lepiej że nieprzyjechał, — mówiła znowu Kostusia; — bo pocóż ma przyjeżdżać, kiedy już jemu tutaj nie miło!“
I łzy potokiem rzucały się jej z oczu... Janowa przybiegała do niéj, jak przed kilkunastą laty do płaczącej w kolebce, i zapominając o całym świecie, usiadłszy przy niej na kanapce, tuliła jej główkę na swojém łonie, całując i Ikając rzewliwie, i szepcąc słowa pociechy, a takie tkliwe, takie serdeczne, takie rzewne, że biédna Kostusia, jak niegdyś dzieciną na głos jéj koiła się w płaczu, tak teraz w żalu utuloną była; a choć łzy płynęły, płynęły bez bolu, nie gryząc ni serca ni oczu; a choć się skarżyła, skarga nie jątrzyła duszy, lecz ulgę niosła w cierpieniu... Ale czyliż zdołam opisać to wszystko? a gdybym i opisał, czyż wielu się znajdzie, co świętość boleści i wzniosłość téj pociechy pojmą?!
Gdy wreszcie, utuliwszy swoję dziecinę, odchodziła staruszka, polecała zwykle zmówić Litanję do Przemienienia Pańskiego, a Bóg wszystko przemieni.
Do tych udręczeń przyłączyło się jeszcze nowe, ale na szczęście nie długo trwało. Pan Ernest, którego marzenia i zamiary znamy, spostrzegłszy, że Juraś taki na dobre zacnéj małżonce się podobał, serdecznie się ncieszył i postanowił co rychléj plany swe wykonać. Kilka razy prosił panią Amelię, by się zaprzyjaźniła z Kostusią i zwokowała ją do siebie; ale napróżno; sam więc coraz częściej zaczął Krynicę odwiedzać. Nie zrazała go wcale niewzajemność, a nawet widoczna oziębłość półkownika; tysiączne wynajdywał pretexta i, to po radę, to po jakieś kupno, to z jakąś propozycyą, raz w raz najeżdżał Krynicę. Półkownika nudził bezczelném pochlebstwem, a Kostusię coraz z większą natarczy wością grzecznościami osypywał. Nic nie pomagała oziębłość, a nawet niechęć najwyraźniej okazywana. Kostusia, jak mogła unikała jego towarzystwa; ale, gdy z obowiązku gospodyni domu, ukazywała się choć na krótką chwilę, natychmiast pan Ernest napadał na nią z swojemi komplementami, a zawsze umiał wtrącić dwuznaczne słówko o Jurasiu, które jak zatruta strzała wbijało się do serca biédnéj Kostusi. Najczęściej napomykał o jego przymilaniu się do jednej z guwernantek.... Nie koniec na tém: do tego stopnia posunął zuchwalstwo, że się ośmielił przysyłać nawet prezenta! To pomarańcze, to brzoskwinie, to jakieś zamorskie kwiatki, lub cóś podobnego... Odrzucano; on odjeżdżając zostawiał; odsyłano, on znowu przywoził! Rąbajłło się dąsał i skargi rozwodził przed kolegami, którzy zawsze unikali grafa; Spisa zieleniał, a Grzmotajłło wściekał się ze złości, i wszyscy trzéj nieraz namawiali półkownika, by natrętowi wreszcie drzwi pokazał. Półkownik tylko czoło zacierał i odpowiadał:
— „Czyż mu jeszcze nie dość wyraźnie pokazuję? Chybaż go po prostu za kołnierz wziąć trzeba?“
— „A tak! — wołał Grzmotajłło, za kołnierz i het precz za drzwi niemieckim abszydem!... żebym miał swą chatę! hoho! tobym go nauczył świstać po kościele!“
— „Tak, mój mospanenku, mówił Rąbajłło, wyrzucić to licho, jak kreta podłego.“
— „Figą mu w nos!“ piszczał pan Spisa.
— „Ależ bójcie się Boga! — mówił półkownik, jakoś tak nie wypada... Trzeba Jurasiowi o tém powiedzieć.“
Grzmotajłło opowiedział chorążycowi co się dzieje, gdy pod jego niebytność pan graf do Krynicy przyjeżdża. Bo zwykle tak było, że kiedy Juraś przy grafini, graf przy Kostusi. Chorążycowi krew zakipiała w sercu... ale nic nie począł, bo i cóż miał począć?
A więc porucznikowie postanowili sami działać.
Graf czasem przyjeżdżał z żokejem, jedno-konnym faetonikiem, którym sam kierował. Otoż jednego razu, kiedy tak przyjechał, wszyscy trzéj porucznikowie razem wynieśli się z domu, i dopiéro może w godzinę po jego wyjeździe razem też wrócili. Pan Ernest musiał wyjechać bez żokeja, bo ten śpił się jak bela, i ani ręką ani nogą nie władał.
Minął tydzień, drugi i trzeci, pan Ernest się nie pokazywał. Poweselała Kostusia, poweselał półkownik, a wiedząc od Jurasia, że hrabia w domu i nie chory, serdecznie się cieszył, że wreszcie pojął znaczenie jego oziębłości; a porucznikowie, mrugając na siebie, uśmiechali się nieznacznie.
Ale wróćmy do Jurasia.
Oczarowany przez panią Amelię, nie mogąc sam sobie zdać sprawy ze swego uczucia, które go torturowało i nęciło, nie przestał kochać swojej Kostusi po dawnemu, spokojnie ale głęboko, tém nie burzliwém, lecz silném uczuciem, jakie zwykle ma miejsce w podobnym razie, gdy od dzieciństwa sobie przeznaczona para kocha się swobodnie, bez tych straszliwych romantycznych cierpień i przeszkód, co to zdają się wzmagać, rozpłomieniać uczucie, a rzeczywiście je wyczerpują. Ale téj cichéj miłości teraz nie było widać pod ognistą namiętnością, jaką w nim pani Amelia wzbudziła; i serce jego podobne było do owéj lampki, w której oliwa na wodzie się pali, a w końcu knot rozżarzony w tejże wodzie gaśnie. Wprawdzie czysta woda od téj styczności jełknie i przykréj woni nabiera; ale, chcącemu nic trudnego, można ją oczyścić i dawną świeżość jej wrócić.
W takim stanie duszy, jakeśmy wyżej widzieli, chorążyc rzadko do Krynicy zaglądał; a gdy i przyjechał, to ani sobie, ani przyjaciołom swoim radości tem nie sprawiał. Znikła dawna swoboda i szczérość; Kostusię sam widok włosatego, brodatego, wystrojonego Jurasia żalem przejmował, nie mogła więc po dawnemu być z nim wesołą, nie mogła się zdobyć na dawne rozmowy, na te czarodziejskie rozmowy, co tak radowały duszę, co takie sny błogie Jerzemu zsyłały o błogosławiącej matce z Niebieskiej krainy. Chorążyc znowu, mimowolnie czując się winnym, w Krynicy nie mógł rozpogodzić czoła, bo nań sumienie zbyt smutnym głosem wołato!... A oprócz tego, (czemuż nie powiedzieć prawdy?) ilekroć spójrzał na Kostusię, zaraz przypominał sobie i rumieniec praczki, i żółte włosy, i oczy jak cebule, i wszystkie szyderstwa, jakich zacna grafini nie szczędziła wcale biédnemu dziewczęciu, wsparta hojnie przez pana Ernesta, który, po owej wizycie ostatniej, z zawziętością w sercu, wszystko wściekłym jadem obryzgał, co dawniej pod niebiosa wynosił. Przykro więc mu było w jej towarzystwie, i wstydził się takiej narzeczonej; a-gdyby miał nieco energiczniejszy charakter, niezawodnie zerwałby na zawsze swoje stosunki z Krynicą!.. Nie raz, widząc smutek Kostusi, dąsał się w duszy i oskarżał ją przed sobą o dziwactwo, o nieznośne kaprysy i chęć przewodzenia nad nim, i t. p. — Co to jej szkodzi, żem się zaprzyjaźnił z grafem? Cieszyćby się powinna! Chybaż nie widzi téj korzystnéj zmiany, która we mnie zaszła od kiedy bywam u niego? Że się stał wymuszonym strojnisiem, to nazywał korzystną zmianą; a dawniej nie mógł cierpieć takich paniczów, do jakich dzisiaj był podobnym! Bywały znowu i takie chwile, gdy smutek jego narzeczonej nie gniewał go, ale litością przejmował; myślał sobie wtedy: trzeba ją ukształcić, trzeba trochę okrzesać, bo jużciż ożenić się z nią muszę; a gdy taką jak jest zostanie, to przyjdzie mi zwarjować!... I zaczynał rozmowę o panu Erneście, unosił się nad ukształceniem jego córeczki i jej guwernantek, chcąc tym sposobem nauczyć Kostusię wielkoświatowego taktu; ale Kostusia niechętnie słów tych słuchała, ból ściskał jej serce, tzy biegły do oczu, i uciekać biédaczka musiała, by się ukryć z niemi! A Juraś rozdąsany odjeżdżał do domu.
Porucznikowie takoż go nudzili, i na tych się gniewał za to, że ich trapił. Kto wié, myślał sobie, czego chcą ode mnie? Sądzą, żem dotąd jeszcze szkolnym żakiem i kroku bez ich pozwolenia stąpić nie powinienem! to mi szczególny despotyzm! — A ci ze swojej strony takoż nie mogli być z nim po dawnemu. Odzywali się kilka razy z przestrogami; ale gdy tych niechętnie słuchano, dali wreszcie pokój, tém bardziej, że i półkownik o to ich prosił. A z ciężarem na sercu trudno już im było gwarzyć, jak wprzódy, swobodnie, serdecznie, wesoło, o swoich ogrodach, źwierzynie i rybie. Jerzy zaś do dawniejszéj rozmowy, nie miał dziś treści; a tém, o czém mógł mówić, wiedział, że nie ubawi prostodusznych starców!... Nie raptem do tego przyszło — było stopniowanie; ale dosyć rychło, bo kilka miesięcy postawiło rzeczy na takiej stopie.
Dziwi się pewno czytelnik, dla czego półkownik z tytułu opiekuna nie starał się powściągnąć Jurasia? dla czego nawet poruczników prosił, by mu nie dokuczali przestrogami? — Dziwili się temu i porucznikowie, i nieraz pytali, czemu nie przestrzeże, czemu nie upomni chłopca po ojcowsku? Półkownik odpowiadał „czekajcie, czekajcie! nic jeszcze tak złego niema; a przytém już wam mówiłem, że mam w tém coś.“ Wreszcie, gdy mu bardzo dokuczać zaczęli, wyznał otwarcie, że postanowił korzystać z tej okoliczności, by pamiętną naukę dać Jurasowi: „Znacie, mówił, jego charakter i poczciwe, ale łatwo powodujące się serce ze sporą dozą próżności i pochopności do zbytków. Wszakże pamiętacie co bywało w szkołach? Wprawdzie po śmierci matki zupełnie się odmienił; ale teraz widzicie, że to było tylko skutkiem braku tentacyi, a skoro się znalazła, nie wykorzenione chwasty znowu się krzewić zaczęły. Otóż umyśliłem, dla uleczenia go, postąpić z jego chorobą jak z kataraktą, to jest, oczekiwać, póki nie dójrzeje. Teraz wszelkie przestrogi będą daremne; odstręczymy go tylko od siebie, albo opóźnimy pożądane kryzys, które nastąpić musi; a gdy nastąpi, jak już nas w grobie położą, jak nie będzie komu po naszemu czuwać nad chorym w tej stanowczéj chwili, łatwo przewidzieć, jaki koniec będzie. Wolę więc nie mitygować choroby; gdybym mógł, tobym nawet przyśpieszył kryzys, o którém mówię, bo nie chcę nieszczęścia mojéj Kostusi, bo i Jurasia mi szkoda. Pamiętam niegdyś, moja matka, mając odjechać w daleką drogę, w którą nie mogła wziąć mnie z sobą, że się to zdarzyło w czasie, kiedy dziéci srodze chorowały na odrę, bojąc się bym w jej nieobecności nie zasłabł, umyślnie mię zaraziła, bym pod jéj opieką przebył chorobę. Otoż i ja tak postąpić pragnę: nie długo już pono tutaj mi popasać; niechże moja dziatwa teraz przechoruje. Tylkoż baczność! nie zasypiajmy, kochani koledzy! śledźmy jak najpilniéj wszystkie symptomata, by w czasie umieć zaradzić.
Porucznikowie uznali słuszność tych uwag, i, ze smutkiem wprawdzie, ale i z rezygnacyą, czekali owego kryzys. Symptomata śledzili jak najstaranniéj; zwłaszcza poczciwy Grzmotajłło często w różne strony na swoim Jednym wycieczki robił, by cóś między ludźmi posłyszeć; ale nie wiele się dowiedział. Bo to, że Juraś zbytkuje, że się na śmieszność naraża, że zaniedbał gospodarkę i poddanych, że odstręczył dobrych przyjaciół, dawno mu już wiadomo było; a o długach i o moralnym upadku, któż mógł powiedzieć?
Tak stały rzeczy, gdy jednego razu Juraś oświadczył półkownikowi, że postanowił udać się do Wilna, by przynajmniej na rok wstąpić do jakiej służby rządowej dla wysłużenia rangi, bez któréj, według świéżo ogłoszonéj ustawy, nie można było piastować obywatelskich urzędów. Półkownik z całej duszy pochwalił ten zamiar, bo choć go nieco zastanowiło to, że Juraś koniecznie do Wilna chce jechać, gdy może w Mińsku, lub nawet i w Słucku rangę sobie zasłużyć; zawsze się jednak cieszył, że chłopiec o poważnych rzeczach zamyśla, a najbardziej, że zerwie stosunki z grafowstwem. Porucznikowie kręcili głową, powtarzając ciągle: czegoż do Wilna? nie wolałby bliżéj! ale zresztą zamiarowi temu nie byli przeciwni. Kostusia tylko z niewymównym smutkiem dowiedziała się o tém; a choć na pozór mężnie zniosła rozstanie, gorętsze łzy i modlitwy przed Bogiem, rzewniejsze skargi przed Janową świadczyły, że sroższa boleść serce jej przejęła... Istotnie, jakieś złowrogie przeczucie opanowało jéj duszę, i niczém go odpędzić nie mogła.
Odjechał Juraś czule pożegnany, obiecawszy jak najczęściej pisywać i przyjeżdżać na Święta; a w kilka dni potém dowiedziano się w Kryniey, że i grafowstwo gdzieś wyruszyli z caluteńkim dworem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Pietkiewicz.