Przejdź do zawartości

Zapolska w „Théâtre Libre”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Lorentowicz
Tytuł Zapolska w „Théâtre Libre”
Pochodzenie Kurjer Poranny, 1934, nr 77
Redaktor Jerzy Wiewiórski
Wydawca „Stołeczna Spółka Wydawnicza“ s. z o. o.
Data wyd. 1934
Druk Zakł. „ROTOFOT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Jan Lorentowicz
Zapolska w „Théâtre Libre”



I.

 Pierwsze osiem lat scenicznej i literackiej karjery Gabrjeli Zapolskiej połączone były z takiemi komplikacjami i wstrząśnieniami życiowemi, że postanowiła Warszawę opuścić. Zamiar ten dogadzał bardzo jej rodzinie. W r. 1888 rozpalać ją poczęło marzenie o sławie Modrzejewskiej, która, już po roku pobytu w Ameryce, nauczyła się po angielsku i wystąpiła w San Francisco w roli „Adrjanny Lecouvreur“. Echa tryumfów Modrzejewskiej, od chwili zwłaszcza, gdy zorganizowała „tournée“ po miastach amerykańskich z własną trupą, rozbrzmiewały donośnie po całej Polsce. Zapolska postanowiła dokonać takiego samego cudu na terenie sławy znacznie bliższej, a mianowicie — paryskiej. Wybrała sobie na powiernicę Marję Szeligę, starszą od niej pisarkę, która po ogłoszeniu siedmiu tomów powieści i tomu poezyj, również zerwała z rodziną, kraj opuściła i nigdy już do niego nie wróciła. Stała się w Paryżu bojownicą emancypacji kobiet. Napisała do niej Zapolska długi list, po brzegi wypełniony goryczą i zawierający taką między innemi, spowiedź: „Nie mam nikogo na świecie, jestem sama, bo rodzina mnie nie zna, — z mężem się rozwiodłam, dzieci mi umarły. Pomyśl tylko: Młoda, z głową palącą się jak pochodnia, z sercem gorącem, z urodą nie codzienną — sama, sama! bez celu w życiu — bez serca, do którego przytulić się choćby chwilę jedną... bez opieki... bez oparcia! A dokoła mnie świat podły, nikczemny — ci „nasi“, którzy kobietę idącą samą przez życie, otrućby chcieli, błotem obrzucić, znieważyć, zbeszcześcić a potem kamieniami obrzucić... Zresztą Ty ich znasz! Oni i Tobie ileż krzywdy wyrządzić chcieli. Proces ze Świętochowskim[1] złamał mnie i zgnębił.

Gabrjela Zapolska.

 Kobietą jestem przedewszystkiem i to szarpanie mego nazwiska po sądach boli mnie dodziśdniado dziś dnia i wstydem przejmuje. Ile ja tu cierpię — czy ja ci wypowiedzieć mogę! Jakaś straszna, piekielna furja opanowała serca tych ludzi. „Kaśkę Karjatydę“ — wiesz jak przyjęli a mnie samą, gdy występowałam na scenie, pomimo entuzjazmu publiczności, jakże prasa przyjęła? Pan Zalewski, z powodów obrażonej miłości własnej mężczyzny, dla którego kobieta shańbić się nie chce, nazwał mnie „jejmością szastającą się po scenie i robiącą na widzu wstrętne wrażenie“. Pan Bogusławski kazał mi grać role starych panien!! Pani tak samo znasz lepiej odemnie tych nikczemnych wyzyskiwaczy ciała i pracy kobiety! I nic ich przeciw mnie rozbroić nie zdoła — talent mój w wściekłość ich wprowadza, zmysł obserwacyjny przywodzi im na myśl ich błędy i głupotę; uroda moja, zamiast mi dopomagać, szkodzi, chęć do pracy — ośmiesza. Stanęli przede mną zwartym murem i — patrzą ironicznie, kiedy w przepaść runę... I mamże Ci wyznać wszystko? — ja znienawidziłam kraj mój i ludzi w nim żyjących! Nie — ziemię, nie — niebo nasze, ale ich, tych śmiesznych, głupich, bezczelnych, z oczyma wyblakłemi od rozpusty mężczyzn — te kobiety-literatki, gęsi pretensjonalne, poważne jak chińskie pagody a w głębi duszy kryjące bezwstyd i histeryczne wybryki. I chciałabym od nich uciec do obcych, — gdzie inaczej pracę cenią, gdzie teatry są także „Maison Tellier“, bo to trudno — ale nie takie trywialne schronienia prostytutek, noszących na swych sukniach niezaschłe jeszcze błoto ulicznych wycieczek.
 I oto plan mój, usnuty podczas długich nocnych rozmyślań. W ciągu dwóch miesięcy mogę ocalić okruchy posagu, skradzionego mi przez człowieka, który był moim mężem. Mogę mieć gotówki do 500 rubli i przez dwa lata po 60 rubli miesięcznie. Z tem przyjechać chcę do Paryża i rozpocząć studja, poczem wstąpić na scenę. Francuski język posiadam bardzo dobrze — powiem Pani na próbę, że tłomaczę Teofila Gautier bez słownika. Wymowa jest nieskażona — naturalnie dziś mi brak prawdziwego akcentu, ale mam szaloną ochotę i zdolność lingwistyczną — w rok będę mówiła, jak rodowita Francuska... Czytam prawie ciągle francuskie dzieła i przez to nie zapominam języka, bo nie mam z kim w otoczeniu mojem mówić po francusku... Spójrz Pani na moją fotografję, oblicz sumę mej inteligencji i talentów — przedstaw sobie, że głos mój jest może tem, co mi zjednywa najwięcej sympatji w słuchaczach i powiedz teraz — co miała Modrzejewska, idąca na scenę angielską: czterdzieści lat, zupełną nieznajomość najtrudniejszego języka pod słońcem. Ale silna wola była w niej wielka. Tę silną wolę ja mam, chcę ją mieć. Praca mnie nie przeraża. A zresztą wszak nie palę mostów za sobą. W każdej chwili powrócić mogę do mej ojczyzny (!), gdzie mnie tak... kochają!“
 Zamiar dojrzał nie odrazu, bo przyjechała Zapolska do Paryża dopiero w końcu lata 1889 r., podczas wystawy powszechnej. Towarzyszył jej w podróży kuzyn, Józef Łoziński, późniejszy krytyk teatralny „Kurjera Porannego“. Nie mając żadnych znajomości francuskich, zaprzyjaźniła się z Marją Szeligą, która ją zapoznała z kolonją polską i odgrywała wobec niej przez kilka lat rolę dwulicową. Wciągnęła ją w sieć intryg i plotek, kierowała niewidocznie jej krokami wobec różnych ludzi a przedewszystkiem wobec tych, na których Zapolskiej zależało. Była jej rywalką a udawała zawsze najserdeczniejszą przyjaciółkę. Wynikało stąd wiele niesnasek, których źródła nikt się na razie nie domyślał. Plątanie się w prywatnych sprawach kolonji polskiej nie mogło wyjść na dobre artystce, która marzyła o scenicznym podboju Francuzów i musiała, w trzydziestym piątym roku życia, przyswajać sobie czystą dykcję paryską.

IIII.

 Zapolska rozpoczęła naukę u D. Talbota, b. „sociétaire‘a“ Komedji Francuskiej, będącego w owych czasach już emerytem. Talbot był profesorem dość wziętym. Jeździł z uczniami po teatrach prowincjonalnych a w Paryżu dawał z nimi co niedziela popisowe przedstawienia w „Salle des Capucines“.
 Zapolskiej nie pokazał Talbot na tych popisach ani razu przez cały rok. Była z niego niezadowolona. Zwróciła się po naukę do artystki teatru „Vaudeville“, pani Samary, kobiety — jak pisała Zapolska — „wzorowo doskonałej“, która zajęła się nią bardzo gorliwie. „Odżyłam — pisze w liście — nabieram jaśniejszego na świat poglądu“. Przez trzy tygodnie skorzystała więcej, niż tam u Talbota, przez cały rok. Samary zapoznała ją z Wormsem (z Komedji Francuskiej) i z Lenormandem. Uradzili wspólnie, iż powinna zacząć od występów w teatrach dzielnicowych, na Batignolles lub na Montmartre. Tak zaczynały nieraz w Paryżu najwybitniejsze artystki, jak np. sławna Agar z Komedji. Rozpoczęły się długotrwałe wędrówki po różnych gabinetach dyrektorskich. W teatrze Batignolskim przyjął ją dyrektor „w koszuli i w kalesonach, co nie przeszkadza, że mieszka jak udzielny książę“. Dał jej jakąś rolkę bez znaczenia. Przez protekcję pani Samary otrzymuje do grania epizodzik w teatrze „Déjazet“. Satysfakcji żadnej nie miała. „Co do mnie — pisze do pana S. Z. — to między nami mówiąc, doskonale czułam i widziałam, że akcent mój wyłazi jak szydło z worka a strach go jeszcze psujepsuje. Pracuję wytrwale, będę pracowała rok jeszcze. Potem plunę i niech to wszystko djabli wezmą... Dyrektor jest bardzo dobry i szczęściem — pederasta, więc mi daje pokój, a tylko chce mnie dobrze postawić na nogi“. Ale i ta impreza nie wróży jakiej takiej przyszłości. Nie udaje się również szturm do „Gaité“. Zapoznaje się Zapolska z Koningiem, dyrektorem „Gymnase“ i otrzymuje od niego przychylną obietnicę. Proponuje mu „Norę“ na swój występ. Odmówił. „Trzeba — oświadczył — „Norę“ przerobić. Najlepiej Meilhac to zrobi. Niech Nora sprzeniewierzy się mężowi, to będzie sens. A tak, u nas we Francji ça ne va pas“. Radził Zapolskiej żeby się porozumiała z Ibsenem i podsunęła mu tę myśl...
 Bywały zawody jeszcze gorsze. Dnia 12.VII.91 r. pisze Zapolska do p. S. Z.: „Dwa lata męki, łamania języka, idjocenia po prostu! I co? jaki rezultat? Oto — w „Porte Saint Martin dali mi dziś... rolę! W „Miserables“ Wiktora Hugo. W czwartym obrazie mówię: „Tiens! monstre! „Potemmonstre!“ Potem: „Il descend!“ A na zakończenie: „Animal!“ WspaniałeWspaniałe, co? Ja, co grałam „Norę“ w Petersburgu, „Ofelję“, „Desdemonę“ — mówię: Animal! w Porte Saint-Martin! Grać będę, bo zawsze mogę powiedzieć, że byłam zaangażowana, — nie chciałam zostać“. Czasem przychodzą kłopoty innej natury: raz otrzymała rolkę z monologami, rolkę za dużą. „Straciłam — pisze do p. S. Z. — przez te kilka dni zdrowie, apetyt, sen. Chodzę, jak obłąkana. Nie jem, nie śpię. Nie śmiem oddać roli i prosić o mniejszą...“ Zawiesiła sobie na szyi kawałek stryczka wisielca i nosi go przy sobie, bo „ma to być nadzwyczajne porte-bonheur“.
 Niestety nie wiele to pomogło, Za niepowodzenie swe czyniła Zapolska winnymi — Francuzów. „Wiesz — pisze do p. S. Z. (d. 14.VII.91) — jak nienawidzę Francuzów, wiesz dobrze chyba, że gdybym była kontenta z mego pobytu w Paryżu, byłabym się inaczej zabrała do nauki i z moją inteligencją dałabym sobie rady. Ale ten niesmak, jaki oni we mnie budzą, strasznie mój zapał ostudził“. Nie zdawała sobie sprawy, że główną przeszkodą w jej scenicznnejscenicznej karjerze francuskiej była właśnie jej polska zaściankowość, unikanie stosunków z Francuzami, pogrążenie się całkowite w kolonji polskiej. Interesowała się nie tylko plotkami, ale i działalnością młodych socjalistów, zgrupowanych przy miesięczniku „Pobudka“. Patrzała zresztą na nich stale, jak na „zbzikowane“ okazy, które wydrwiwa w swych listach do p. S. Z., chociaż okazuje im jawnie sympatję. Przesadne przeświadczenie o swej urodzie każe jej widzieć na każdym kroku takich tylko mężczyzn, o jakich pisała w swym liście do Szeligi, przed przyjazdem do Paryża. Pod datą 12.VII.91 r. informuje p. S. Z., że jednego dnia miała ze strony członków kolonji aż trzy oświadczyny. Śród tych pretendentów znalazł się jeden, którego warto wymienić: był to Emil Meyersohn, wówczas współpracownik Agencji Havasa a później jeden z najgłośniejszych na świecie filozofów. Pisze o nim tak: „Meyersohn przyszedł wczoraj po południu i zupełnie serjo powiada: „Je vous aime!“ Ja pytam: „Depuis quand?“ — „Depuis longtemps!“. Ja wybucham śmiechem. On blednie i prosi, żebym się nie śmiała, bo on mówi serjo. — „Parole d‘honneur?“ — „Parole d’honneur“. Przeprosiłam go za mój śmiech i również za to, że go nie kocham. On milczał. — „Voyons — a potem?“ — „Nigdy“. Wstał i pożegnał się zemną, prosząc, aby nigdy o tem między nami wzmianki nie było. Przyrzekłam mu to i kiedy poszedł, zaczęłam się śmiać, jak warjatka. Stanowczo cała kolonja przebędzie taką chwilę“.
 Po za kolonją zajmowała Zapolską gorączkowa praca literacka. Pisała „Szmat życia“, „We krwi“, „Menażerię ludzką“, „Wodzireja“ i wiele korespondencyj do „Przeglądu Tygodniowego“. W ten sposób żyła niemal wyłącznie w atmosferze polskiej i nie zbliżyła się do ducha kultury francuskiej zupełnie. Czasem znęciło ją jakież widowisko jaskrawe. Raz poszła z mężem Szeligi na plac Roquette, aby patrzeć na egzekucję trzech zbrodniarzy: matki, jej syna i przyjaciela. Czekała od pierwszej w nocy i dreszcz swój tak opisuje w liście do p. S. Z.: „Kobieta gilotynowana!... Szyk, co?...“

III.

 Wreszcie w pracy scenicznej nadszedł moment szczęśliwszy. Wybitna publicystka, pani Séverine poleca Zapolską bardzo gorąco Antoinee’owiAntoine’owi, dyrektorowi sławnego „Théâtre Libre“. Dostała rólkę. „Gram — pisze do p. S. Z. — chłopkę i mówię akcentem normandzkim, dość łatwym do uchwycenia. Rola nie pierwszorzędna, ale — nie ogon. Antoine jest bardzo sympatyczny, łagodny i inteligentny i niezmiernie na komplimenty łakomy“. Przyrzekł jej pracować nad jej akcentem i dawał jej lekcje wymowy. Zapewniał, że w ciągu roku straci zupełnie swój polski akcent. Ostrzegał jednak, że jeżeli będzie żyła śród Polaków, to ją „wyrzuci za drzwi“. Antoine znał Stanisława Rzewuskiego, bo wystawiał u siebie jego sztukę „Le Comte Witold“. Zwrócił się do niego po informacje o Zapolskiej, która tak pisze o tem w liście do p. S. Z.: „Naturalnie, Rzewuski rozpadał się nade mną i nazwał mnie „une femme géniale“. Antoine zgłupiał. Wczoraj siada przy mnie i mówi o honorze, jaki go spotkał, że ja „daignowałam“ przyjść do niego. Następuje wymiana komplementów. Antoine jest w siódmem niebie. Ja także — bo mi się tam dość podoba — jakkolwiek aktorzy są marni i to wszystko, co robią, to on w nich wkuwa. Podziwiam istotnie genjalną intuicję tego człowieka. Głupi jest jak but, a niewiadomo, skąd chwyta takie efekty, że się usta otwiera“.
 Pierwszy występ w jednoaktówce „Seul“ dał Zapolskiej zadowolenie. „Odgadałam“ — pisze 11.III.92 — wszystko i nikt nie przypuszcza, że jestem cudzoziemką. Za kulisy przyszła Séverine, Labruyëre i Rzewuski do mnie. „Petit Parisien“ napisał tak: „Nikt śród widzów nie przypuszczał, że pod czepkiem mamki ukrywa się wielka tragiczka polska, pani Zapolska. Prawdą jest, że p. Zapolska, która tym razem przystosowała się do tej skromnej postaci, jest aktorką polską. Przysięgła sobie, że podbije Paryż, chociaż na to wiele będzie potrzeba czasu. Możemy zapewnić, że dopnie celu przy swej urodzie, talencie i inteligencji“.
 Zachęcona życzliwem stanowiskiem Antoine‘a, dała mu do przeczytania swoją „Małaszkę“, którą w przeróbce scenicznej, sama przetłomaczyła. Antoine przejrzał kilka scen i powiedział jej: „Uprzedzam panią, że my dążymy teraz do rzeczy idealistycznych, więc niech się pani stara nie pozostać w tyle“. Grywała dalej drobiazgi w jednoaktówkach. Pewnego razu przyszedł na próbę Ibsen. O tem zapoznaniu się z wielkim pisarzem tak pisze Zapolska pod datą 11.IV.1892 r.: „Wczoraj na próbę przyszedł Ibsen. Był pijany jak stok. Taczał się. Jest to potwór zupełnie, widmo z rozczochraną głową. Mówił, że nigdy nic nie napisał inaczej, jak tylko po pijanemu. Słuchałam go uważnie i jakoś uwierzyć mi się nie chciało, że to autor „Nory“. Chwalił się, że go wyrzucono przed chwilą z jakiegoś domu, bo był „trop soul“. Ja go sobie inaczej wyobrażałam“.
 Stosunki z Antoinem były dobre. Zaprosił ją na obiad, z czego jest rada, bo później da jego sylwetkę w „Przeglądzie Tygodniowym“ Gra maleńką rólkę w „Mirages“ i męczy się na próbach, bo Antoine jest wymagający. Nareszcie otrzymała prawdziwą, chociaż niezbyt wielką rolę: kazano jej grać księżnę Danescoff w „Simone“ L. de Gramonta. Chodziło właśnie o akcent eegzotycz nyegzotyczny, więc sukces był pewny. Ale Antoine stawiał wciąż zarzuty. „Powiedział mi — pisze Zapolska w liście z 6.IV.92 r. — że mam minę „d’une poule amoureuse“. Ponieważ jednak wszystkim powiedział także, że wyglądają, jak „culs de poules“, więc się pocieszyłam“. Uczyła się roli po całych dniach. Zwyczajem paryskim składała Zapolska przed premierą wizyty krytykom. Obstalowała sobie w tym celu bilety... z herbem. „Byłam wczoraj — pisze do p. S. Z. — u Sarcey’a. Głupi, jak but, ale pełen grzeczności — roztaczał przede mną swe idee z godzinę. Zdania głupie, jak on. Potem poszłam do Pessarda z „Gaulois“. Ten przyjemniejszy, ale jeszcze głupszy. Powiada mi np.: „j’ai vu Mackbeth... opi.. c‘est pas mal!“ mais MliereMoliere avec son „Malade de imaginaire“ est beaucoup plus profond“[2].
 Do sztuki kupiła sobie Zapolska trzy wspaniałe kostjumy, jakich biedny „Théâtre Libre“ nigdy u siebie nie widział. Nazajutrz po przedstawieniu pisze do p. S. Z.: „Odniosłam triumf nadspodziewany. Gdy weszłam, powitano mnie brawem — powodzenie moje rosło w miarę sztuki. Przerywano mi co chwila ogłuszającemi brawami. Klaki tu niema wcale. Po scenie drugiego aktu brawa trwały tak długo, aż aktorzy stali zdziwieni. Autor, dyrektor, wszyscy ściskali mnie, całowali, winszowali. Séverine przyszła do mnie do garderoby. Słowem — coś zupełnie odurzającego“. Prasę miała doskonałą. „Gil Blas“ w swoich „Instantanés“ powitał „nową gwiazdę na firmamencie Théâtre Libre, odkrytą przez panią Séverine“. Nie mniej życzliwie pisał Henry Pessard w „Gaulois“ i Sarcey. Bywały jednak akcenty, które nie musiały być miłe dla Zapolskiej. W wielu pismach nazywano ją „une Russe“, albo z dodatkiem „une actrice russe, très bien en princesse... russe“. Albo też podkreślano, że mówi „avec un accent garanti pur et de provenance directe“. Znowu więc sprawa czystego akcentu utknęła na martwym punkcie...
 Chodziło jeszcze o próbę akcentu w roli, gdzie trzeba mówić w sposób zwyczajny, po parysku. Nadarzyła się sposobność w „Hanusi“, w której Antoine powierzył Zapolskiej rolę Djakonisy, mówiącej do Hanusi jako widziadło z zaświata. Nazajutrz po premjerze Catulle Mendès napisał: „pani Zapolska każe nam uwierzyć, że akcent polski trwa nawet w niebiosach“ (persiste même aux cieux...)
 Nadchodzą chwile głębokiego znie chęceniazniechęcenia, które wzmaga się jeszcze pod wpływem choroby Zapolskiej. Zaczyna rozumieć, że drugą Modrzejewską w Paryżu nie będzie. „Sceny nie chcę — pisze 30.IX.92 r. — Sił nie mam, wreszcie mi zbrzydła. Mam co innego do roboty, jak być pajacem. Za wiele mam rozgłosu jako literatka, abym już mogła bezkarnie się szastać po deskach scenicznych“. W końcu tego roku pisze: „Z chwilą, gdy zeszłam ze sceny obsypana oklaskami — powie działampowiedziałam sobie: et bien? et après?... I mi tak w głowie utkwiło to „après“, że już na deski nie wróciłam ku zdziwieniu wszystkich... Nuda i tęsknota mnie pożera. Nic — ja nie jestem stworzona do ekspatrjowania się za światy“.
 Zamierzała wrócić do kraju, ale pozostała jeszcze na czas dłuższy. Odsunęła się od kolonji, weszła teraz w stosunki z Francuzami t. j. zrobiła to, od czego powinna była zacząć. Otoczyła się grupą malarzów i literatów. Bywali u niej członkowie redakcji „La Revue Blanche“ z bardzo inteligentnym ironistą, Fénéonem na czele. Dzięki nim, jeszcze raz wróciła na scenę, tym razem w teatrze „l‘Oeuvre“, prowadzonym przez Lugné-Poëgo, którego „Le Revue Blanche“ bardzo gorąco popierał. Otrzymała w początku maja 1905 r. rolę starej Szczurołapki, rolę maleńką, ale wymagającą mocnej ekspresji. Zasypa noZasypano ją znowu pochwałami. Catulle Mendès już nie mówił o akcencie i dał notatkę bardzo ciepłą; „Quotidien“ zapowiedział nawet, że „wymowa i gesty są bardzo pewne“; a stary Sarcey wręcz napisał: „Ze wszystkich wykonawców warto mówić tylko o jednej. Jest nią p. Gabrjela Zapolska — vive la Pologne! — która gra rolę Szczurołapki. Co ta postać znaczy w sztuce — niewiadomo. Ale p. Zapolska zdołała nakreślić sylwetkę z fantazją dość malowniczą“.
 Ten drobny tryumf przyjęła Zapolska z melancholją. Jedną tylko uczuwa satysfakcję: „pracowałam — pisze — ciężko, lecz tę najokropniejszą trudność pozbycia się nasze gonaszego akcentu zwalczyłam“. Przestała już jednak wierzyć w rację dalszego pobytu w Paryżu, chociaż uświadamiała sobie pożytek dobrowolnej, kilkoletniej emigracji. „Przez te lata tutaj — pisze — nauczyłam się czuć, myśleć, patrzeć na świat, sztukę, ewolucję społeczną, dążenie i cel istnienia, słowem: stałam się człowiekiem! Czem byłam poprzednio? — maszyną bezrozumną, pchaną wolą wiatrów i wolą moich wydawców“.
 W końcu maja 1895 r. wróciła do kraju.




  1. ↑ Sprawę tego głośnego w swoim czasie procesu omówimy osobno. (przyp. aut.).
  2. ↑ Widziałem Makbetha... tak... to niezłe. Ale Molier w „Chorym z urojenia“ jest daleko głębszy (przypprzyp. aut.).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lorentowicz.