Zamknięte

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Mirandola
Tytuł Zamknięte
Pochodzenie Tropy
Wydawca Czasopismo „Maski“
Data wyd. 1919
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ZAMKNIĘTE.

Okrągłe, tłuste kucyki wydzierają lejce z rąk, rzucając łbami. Słońce przecudne, maj, krystalicznie, połyskliwie wokół... wózek wydaje się złoty, kuce z bronzu odlane, tylko piękniejsze... wiele, wiele piękniejsze od tamtych... Ach gdzież to gdzie... widziałem przecież... mniejsza z tem.
Mignęła w przedpokoju suknia.
— Mańka! — wołam. — A kiedyż się tam wyguzdracie?
— Zaraz, zaraz... Hej! Stefa! Józek! Drucha!...
— Jakto? Wszyscy?
Zły jestem. Przecież to nie do darowania zamęczać konie! Przytem, to moje... te kuce... wyłącznie moje.
Ale spaśne są, więc po chwili przychodzę do przekonania, że im nic nie będzie.
— Wawrzon! — wołam.
Psiadusza! Pewnie dopiero czyści buty... Nie będzie z niego nigdy dobry furman... co nie, to nie...
Rozkoszny mnie oblewa wiatr. Idę oczyma po linii topoli, aż tam do gnącego się we wietrze wierzchołka.
Cudna jest. Szemrze. Pachnie!
A ten krąg żywopłotu... Jak się dziś rysuje elipsą ciętych krzaków!...
Idzie Wawrzon. Nie patrzę, a wiem, że dociąga paska. To robi zawsze na ostatku. Nie do gniewu mi zresztą. Patrzę na szyby ganku... liczę je... Błyszczą... jak błyszczą... Wiem, tam za niemi, gdzieś w głębi, głowy drogie, kochane, cudne przez to, że takie kochane... Są. To dość... nie umiem im powiedzieć nic nad podziękę, że są... ale zdaje mi się... rozumieją. Ot kochani...
— No, będzie tam raz?! — wołam w nagłej pasyi. — Idź Wawrzon i powiedz!...
Waha się i z poza moich pleców mówi:
— A... naręcznemu klapie lewa podkowa...
— Co?... Do kroćset dyabłów!.. A czemużeś... Cóż robi Antoni... ha? —
Poszedł do kościoła... że to niby niedziela... W mieście się przybije... dojdą... dojdą... mówię tylko zawczasu, żeby się pan nie gniewał...
— Cymbale jakiś! — wołam. — Ale on wie, że to tak z obowiązku, więc nic z tego sobie nie robi.
Przekonany, że tak jest, milknę i ja... Nie, to nie do wytrzymania!
— Mańka! Mańkaaaa!
— Nie krzycz! Adaś nie krzycz! Wstydź się!
— Proszę cioci, bo nie mogę się doczekać!...
Staje w progu. Złote ma dziś od słońca włosy. Słyszę kaszel wuja.
— Nie wrzeszcz Adaś! — mówi wujek — Panny muszą się zawsze guzdrać. Całkiem proste.
— Więc jakże? — mówi Mańka — miałam w halce jechać na sumę?
Nareszcie wychodzą wszyscy. Co tu tego!
— Nie biorę tyle hołoty! — mówię. — Stanowczo nie.
— Patrzcie go! — szydzi Józek. — Albo to twój wózek.
Nie twierdzę, że mój, bo wujek słyszy, więc atakuję go tylko pośrednio.
— A to co znowu? — wołam. — Na cóż ty bierzesz aparat fotograficzny? Czy myślisz fotografować księdza przy ołtarzu?
— Daj mu spokój Adaś, niech sobie weźmie, to przecież...
— Mój dzień dzisiaj — woła butnie.
— Widzisz, to jego dzień... Niech sobie weźmie! — prosi ciotka.
— No, prędzej hołoto Branickiego! Prędzej! Mam interesy!
— On ma interesy! Patrzcie go! — szydzi teraz Mańka!
— I ja też! — woła Józek — Prędzej!
— O ty smarkaczu... Ty chyba w Jedlnej!...
— Wypraszam sobie przytyki osobiste! Proszę wuja!...
— Prędzej bando! Prędzej! Wio!
— Czekaj! Czyś oszalał? A, gdzież Andrzej?
— Ajajaj! Moja noga?! Wstań Stefa — mówię — wstań! No, nie ruszysz się?
Drucha poważny, z książkami pod pachą całuje starych w ręce.
— Pamfil! — wołam — Pamfil!
— Tak... jeszcze psa brakuje tylko.
Niema go. Gdzieś poleciał. Zły jestem, nie wiem sam czemu.
— No, w imię boskie... mówi ciotka.
— Wracajcie wnet! — dodaje wujek — A powiedźcie ta w Jedlnej, żeby mi przysłali tego rymarza, skoro tylko tam skończy robotę.
— I zaproszę chłopców na popołudniu. Dobrze?
— No dobrze! Zaproś! I panny też.
Józek i Stefa zamieniają zagadkowe spojrzenia.
Ruszamy. Objeżdżam gazon, by raz jeszcze spojrzeć na nich.
— Kochani! — rzucam im cicho, bardzo cicho, by moja banda nie słyszała.
Patrzą za nami. Uśmiechają się. Zrozumieli. Ten uśmiech był dla mnie, wyłącznie dla mnie.
I zaraz zapomniałem o gniewie. Świstam. Jak cudnie.
Raz jeszcze się oglądam.. nic już nie widać. Zakryły ich lipy, zakryła stojąca pośród nich kaplica...
Ale słyszę, jak mówią do siebie, tam daleko, może tylko myślą zresztą:
— Kochany! Kochany chłopiec!
— O jakżem wam wdzięczny, że jesteście! — odpowiadam cicho.
— Płakać się chce... tak cudnie. Ależ ta moja banda gada!
Całkiem, jak w hajderze.

— A pruuu! — woła Józek i łapę swą kładzie na lejcach.
— Co? — pytam przychodząc do siebie.
— Oszalał! — woła Józek. — Przecież to już Jedlna! Stój!
— Co?
— Nie mogę wrócić ku jawie. Nie odnajduję drogi pośród mrocznych gęstw rojeń. Ciągną mnie przemocą ku przytomności.
— Stać! Wysiadamy! Ja i Stefa.
— Na cóż Stefa? — pytam.
— Na to samo, co i Józek! — szydzi Mańka — Miłostki... ha, ha!
— Wypraszam sobie! Poskarżę wujkowi! No, piśnij jeszcze słówko, no, piśnij!
— Cicho! Cicho! — przynaglała Drucha — Spóźnię się! Jedźmy!
— Stać. Inaczej stłukę aparat fotograficzny! — woła Józek...
— Spróbuj tylko! — ostrzega Mańka — Miałbyś się z pyszna!
— Może niema nikogo... — mówię. — Jakoś pusto.
— Są! — stanowczo twierdzi konsorcyum zakochanych.
Oni to wiedzą.
— Będziemy w lesie! — informuje łaskawie Józek. — Gdybyś nas nie zastał powracając... pamiętaj... przy drodze w lesie...
Więc wszystko dawno ułożone...
Nie mogę zapomnieć, że miała dziś złote w słońcu włosy. Słyszę jego kaszel, widzę szarą kapotę... Niczem by się mógł nie wyróżniać z pośród wielu, a poznanoby go... kochany bowiem jest... kochany bardzo on i ona... jakże ich kocham! I oni mnie kochają. I to nie minie... nie zapadnie się w bezdeń! Wyciągam dłoń... Zostańcie na zawsze. Taką ma moc miłość. Jakto? Nie wiedzieliście? Wyciągam dłoń i odejść już nie zdołacie, bo do miejsca was przykuje coś, co największe, najogromniejsze z istniejących zjaw w tem i wszystkich innych życiach, tu i tam... tu i tam... w tej dali, skąd przychodzi ona... tęsknota, nowych, ciągle nowych stawań się... Miłość! Twórca nieśmiertelności!

— Co to? — drgnąłem nerwowo.
— Przy tamtym domu — mówi Drucha, a ręką w powietrzu kreśli przytem jakieś kontury, — przy tam tym domu staniesz. Albo nie, tu... Prr! To zwraca uwagę...
Wysiadł. Zbierał rozrzucone pod nogami rodzeństwa notatki.
— Można do was zajrzeć? — spytałem.
— Można. Dziś mój dzień. Ale idź naokoło. Idzie o dobry przykład.
Mańka patrzy nań z niepokojem.
— Odrywasz się od pnia. Widzę to... Odchodzisz! Może daleko... strzeż się!
— Prorokini jakaś! — odrzucił jej. — Na razie idę pożyczyć książek.
— Nie, — upierała się — ty odchodzisz... ja widzę cię co dnia dalej.
Westchnął.
— Dziecko. Może nim minie chwila i ty się przeprawisz na swój własny brzeg.
Zamyśliła się.
— No dość kiepskich imitacyi Apokalipsy — rzucił żartem — Pa!
Znikł w zaułku ciasnej uliczki miasteczka.
— Te smarkacze, pewnie zapomną o mszy. Zapomniałam im powiedzieć, by poszli bodaj na chwilę do kościółka w Jedlnej. Szkoda, ciotce to zrobi przykrość.
— Czy sądzisz, że im to dobrze robi takie udawanie?
— Niech udają. Może się zjawić dnia pewnego potrzeba...
— Albo rutyna.
Nie odpowiedziała nic, jak zwykle natrafiwszy na opór.
Wózek podskakiwał po haniebnym bruku. Błoto pryskało wysoko. Mańka otulała się skórzanym fartuchem, jak mogła.
Ochoczo dość i z niejaką fantazyą wpakowaliśmy się do okropnej, cuchnącej sieni zajezdnej. Przeciąg tu był nie do zniesienia, więc skróciwszy do ostatecznych granic powitanie ze Szlomą, wyszedłem na rynek z Mańką.
Różnemi mienił się barwami, bo słońce świeciło jasno.
Tłumy były gęste, zwłaszcza w wąskiem przesmyku wiodącym do drzwi kościelnych.
— Popatrzno tam! — wykrzyknęła Mańka.
— Przez tłum przeciskała się zakonnica w czarno-bronzowym habicie.
— To i cóż! — odparłem — Jakaś Felicyanka. Pewnie ze szpitala.
— To Wanda... Pamiętasz Wandę... ma już kwef,... to dziwne spotkanie. Chodź, przedstawię cię, przypomnę raczej. Chcesz?
— Nie! Idź sama. Spotkamy się przy wyjściu. Wówczas mnie przedstawisz.
Skinęła mi głową i znikła w cieniu kamiennej bramy.

— Jakto? Już po nabożeństwie? — spytałem dziadka kościelnego zamiatającego podłogę.
— Ma się wi... — i zamiatał dalej.
Dziwmie niegrzeczny, pomyślałem sobie. Pewnie mu Mańka zapomniała dać jałmużnę.
Ale i potem dziad nie okazał się łaskawszym. Mamrotał coś. Raz nachylił i podniósł wielką, kraciastą chłopską chustkę.
Wyszedłem. Miasto nie wrzało zwykłym niedzielnym ruchem, niebo oblazły teraz ciężkie, z trudem dźwigające swoje brzemiona, chmury. Ludzie się spiesznie rozjeżdżali.
W zajeździe nie było Szlomy, tylko jakiś młody żydek, trochę do niego podobny.
A i Wawrzon widno jeszcze od kowala nie wrócił. W mrocznej sieni jakieś konie chłopskie chrupały siano, pojazdów w stłoczeniu i ciemni wcale widać nie było.
Wreszcie chętnie zobaczyłbym tę Wandę, pomyślałem... Tylko gdzie one poszły?
Nie, nie będę czekał w zajeździe.
Hm... deszcz zaczyna padać.
Nie, nie zostanę w zajeździe. Pójdę tam, do nich, do małoletnich fabrykantów wielkiego JUTRA.

Wielkie się porobiły kałuże, widno ziemia była nasycona wodą. A tam, u nas przeszło tydzień pogody, pomyślałem, człapiąc w zbyt nowych na taką wyprawę trzewikach. Despekt każdy uczyniony mojemu obuwiu dotyka mnie osobiście, więc byłem zły, wściekły, kipiałem gniewem.

— Nie mam przyjemności...
— Jak to? Nie znasz pan mego brata Andrzeja?...
— To jest w istocie... — jąkał się młody studencik.
— A rozumiem, rozumiem... No ja nie jestem niebezpieczny. Ale jeśli już tacy jesteście mistyczni, gotyccy, wolnomularscy, to sobie bądźcie! Proszę tylko powiedzieć mojemu bratu, że czekamy w zajeździe... proszę zaraz powiedzieć..
— To właściwie... to jest...
— Proszę bardzo! — huknąłem mu nad uchem z wielką pasyą.
— Oczywiście! Natychmiast! Padam do nóg! — krzyknął i zamknął drzwi na klucz.
— A to szelma! Taki arogancki, małoletni fabrykant wielkiego JUTRA! Nie zna Druchy! Konspirator! Szelma!
A tu błoto... Psiakrew!
Trzewiki już i tak na nic. Można iść dalej.
W szalonym jestem humorze. Mam wrażenie, że oto jestem na całym świecie sam jeden, opuszczony, odumarty przez swoich... Wyłazi żyłka literacka. Przerabiam błoto, smutek, przypadki rozmaite na powieść.
Wyjechał kucykami na sumę.
W pierwszej wsi, znaczy się, w pierwszym czasokresie zgubił, znaczy się, śmierci dał brata i siostrę... nie... nie.. nie.:. To zbyt bolesne na temat! Kochany Józek... cicho... cicho... Stefa... nie... nie... A to smarkacze! Proszę, już się temu śnią amory, no... no... Okropność robić z życia bibułę... okropność. Pamiętam, doznałem bardzo przykrego uczucia, ilekroć czytając książkę wspomniałem: I o nas możnaby taką historyę napisać! Płakałem. Ciotka uspokajała mnie:
— Widzisz to nie prawda! Czyż u nas są n. p., jak w tamtej bajce, mury zębate, przez któreby można wyrzucić zwłoki pomordowanych?!
— Prawda!
— No widzisz! Nie płacz. Takich smutnych bajek nie możnaby pisać, ani o cioci, ani o wujku, ani o was.
— A wesołe, prawdziwe, całkiem dokładne, możnaby...?
— Naturalnie! Naturalnie! — powiedziała raz.
A ja się dziwiłem. Dlaczego jest aż tak wielka między smutnymi, wesołymi różnica... Wszak i w wesołych przychodzą czasem rzeczy, których tu niema... więc...
Nie mogłem nigdy wybrnąć z zawikłania. Czułem jednak, że należy przyznać: Tak, tak, najsmutniejsze rzeczy, a całkiem prawdziwe, możnaby napisać o mnie, Józku, Stefie... Brakło mi odwagi dokończyć nawet w myśli tej listy... Ale potem w życiu nieraz wracało: Ano, możnaby! I zawsze ten dziecinny lęk...
Psiakrew! Trzewiki na nic!
A wszystko przez te przeklęte... Zawahałem się.
Nie było winnych, mniejsza z tem. Na złość pójdę piechotą, aż do Jedlnej, a Mańka i ten Drucha-Konrad, fabrykant wielkiej światłości, niech się trapią, niech mnie szukają!
— Aż do samej Jedlnej! — wrzasnąłem głośno, jakbym tą odległą metą miał się zemścić... na... kimże... no na wrogu.. na swej może własnej niezaradności, żyłce literackiej, czy złej pogodzie, co mi zniszczyła trzewiki.
Tak. Przybywa dalszy rozdział powieści, przemknęło mi przez myśl.
Machnięciem ręki odegnałem precz szatana literackiego i natychmiast dumny z siebie, i z tego też, że mam swego własnego, własnego szatana, do odpędzania, powlokłem się po rządkiem błocie ku widnym na zachodzie górom.

— Cóż u licha! Gadasz czy nie?
Tupnąłem z pasyą. Ale to nie zmieniło wcale sytuacyi. Głupawy ogrodniczek dalej śmiał się rechotliwie nie wypuszczając fajki z ust, ani doniczki z dłoni.
— Przybywa dalsza karta powieści! Ryknął mi w ucho mój rodzony szatan literacki.
Ale teraz już nie bałem się tej myśli... Nonsens! Nonsens! Nie odganiałem wcale szatana, usunąłem się nawet na bok, by mu zrobić miejsce na ławce kamiennej, gdziem siedział.
Oni w lesie i nie wrócą wnet, bo jak na złość wypogodziło się! (teraz, gdy moje trzewiki na nic)...
Nudy... ktoby w takiej sytuacyi odpędził interesującego szatana literackiego, niech pierwszy rzuci na mnie kamieniem.
Więc mu przyzwoliłem snuć przykry wątek powieści... czekałem... minutę... dwie... daremnie.
Tak to jakiś naprawdę literacki szatan, pomyślałem jest dziwaczny, kapryśny, całkiem współczesny... całkiem...
Rozległo się szczekanie, gdzieś od strony gościńca.
— Pamfil na tu! Poczciwy pies szuka mnie! To jedyna żywa i mądra istota, jaką spotykam od paru godzin... Na tu!...
Z krzaków wybiegł pies łaciaty. Stanął, podniósł przednią łapę i patrzył.
— Na tu, głupi Pamfil! — krzyknąłem.
Szczeknął, przypadł do ziemi, ale nie przyszedł do nogi.
Zmyliło go widać jasne, zmoczone moje ubranie niedzielne. Ale po chwili już łasił się po staremu i podskakiwał do kawałków cukru, ocalałych w kieszeniach od spodni. Nosiłem je stale dla psów i koni.
Jakoś wszystko odrazu z pojawieniem się tego psa nabrało innych barw. Ten „fakt“ uczynił rzeczy otaczające zwyczajnemi, codziennemi... Znikł gdzieś literacki szatan, natomiast pojawił się głód.
— Psiakość! A tom się musiał spóźnić! Niemam zegarka... prawda, pożyczył go sobie dziś Józek szelma, żeby zaimponować damie swego serca...
— Musieli wszyscy oddawna wrócić... Wujek będzie znowu po swojemu drwił... Kochany... drogi... o drwij... drwij!... A ona bronić... dobra... moja... brońże, broń mnie...
O jakże się naraz zrobiło dobrze! To bliskość domu... i ten poseł... Ten żywy fakt...
Prawda! Jest gazeta! Sam po drodze wziąłem z poczty. Doskonale! A teraz marsz w drogę! Pamfil! na tu!
Czytałem idąc szybko. Ach, czyż mi trzeba aż oczu, by znaleść tę drogę, tę moją własną... Zaczytałem się. Jakieś były awantury w parlamencie, głupkowate, a ciekawe ze względu na znane osobistości.
— Pamfil! Masz cukru! Pif! Ale to ostatni kawałek!...
Na czas podniosłem oczy, by nie uderzyć się o leżącą w poprzek alei ogrodu, kłodę.
Cóż to za głupi żart młodych jegomościów, pomyślałem i krzyknąłem ku stajniom:
Wawrzon! Wawrzon! Antoni! Antoni!
Ale pewnie świątkowali, więc sam z pewnym wysiłkiem odsunąłem kłodę na bok.
Kończąc notatkę o zwadzie posłów liberalnych wstępowałem po kamiennych schodach.
Wetknąłem gazetę w kieszeń i układając jak opowiem przeczytaną krotochwilę moim starym, położyłem rękę na klamce...
Cóż to, tak cicho?
Oczywiście są przy stole. Tak, tak, jeść, jeść!
Co to? Także żarty! Hej!...
I nagle, nagle... wróciły wszystkie... wszystkie okropne myśli... Co?... Pytałem niewiadomo kogo... Co?... ZAMKNIĘTE?...
A z głębi domu, gdym szarpnął za klamkę coś posępnie potwierdziło: ZAMKNIĘTE! ZAMKNIĘTE! DOBRZE ZAMKNIĘTE!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Mirandola.