Zakochani (Nansen, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Zakochani
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. M.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PIOTR NANSEN.
ZAKOCHANI

Zakochani.

Pewnego ciepłego i wilgotnego zarazem wieczoru szło dwoje zakochanych po wąskiej drodze. Po prawej stronie biegł strumień, po lewej słały się pola i ogrody. Za strumieniem leżała łąka i las, a na przedzie, w ciemnej dali, droga zapadała się między czarnymi drzewami.
Nad całą miejscowością rozpostarł się biały lekki tuman, niby prześcieradło, poprzez które widać było wszystkie przedmioty w lekkich fantastycznych zarysach...
Równomiernym krokom zakochanych, idących po grząskiej ścieżce — towarzyszyło mlaskanie jakieś w wodnych kałużach. Szli, wziąwszy się za ręce, rozmawiając głosem cichym o swej tęsknocie i o swem szczęściu, i o czarownej mocy wszechmiłości...
Spodnie mężczyzny były u dołu podwinięte, na nogach miał kalosze — na głowie melonik, na nosie binokle; szyję miał obwiązaną białą jedwabną chustą, a pod lewą pachą miał parasol. Idąc pochylał się nieco swą górną częścią korpusu.
Kochanka jego była kobietą kształtną i giętką, o długich nogach i wąskiej talji. Jej kapelusz prawie zupełnie leżał na jego ramieniu.
Mówili o harmonji w naturze o wielkiej krasie życia; mówili o swej miłości. Naraz zatrzymali się; kobieta uczyniła to, by poprawić kapelusz i wówczas zamienili się pocałunkiem, długim 1 namiętnym... Poczem znowu poszli po wilgotnej dróżce...
Z lasu doleciał śpiew jakiegoś ptaka. Ona rzekła, że jest to słowik, on zgodził się z tem. Zakochani we wszystkiem zgadzają się...
Mówili teraz o chwalebnych hymnach ptaków i zazdrościli tym małym, opierzonym stworzeniom ich życia pięknego na szczytach drzew... Ot, zakochani!
Mówili o szczęśliwości ptaków i o łasce miłości. Któż z nas jej nie zna?
Był cudny, letni wieczór, z miękkiem powietrzem, — świeżem, jak pocałunek ust gorących. Zatrzymali się i spojrzeli na biały domek. Wydało im się, że jest on tak poetycznie, tak pięknie położony na tle tej dziwnej przyrody. Jego biały wygląd nadawał mu jeszcze więcej czasu, czynił go bajecznym i pociągającym...
Mówili teraz o tem, jak błogo jest tu — prawdopodobnie — mieszkać, jak tu pogodnie i spokojnie; zdala od walk i trosk życiowych; chwalili szczęście spokojnych mieszkańców tego domku i marzyli o stworzeniu tu gniazdka dla swej miłości.
Czarowność tego małego domku biegła za nimi daleko, to też obracali się co chwila dopóty, dopóki mogli byli widzieć z za drzew i krzaków miękki, łagodny blask okien.
Ujrzeli naraz starą, zgarbiona kobietę z workiem na plecach. Popatrzyli na nią wzrokiem łagodnym; i orzekli, że jest to, prawdopodobnie, właścicielka tej małej, rozkosznej chatki... A kiedy przechodzili koło niej, to oboje równocześnie, bez żadnej zmowy, powiedzieli jej głosem serdecznym: „dobry wieczór“!
Zatrzymali się, aby popatrzeć za odchodzącą i przytulili się jedno do drugiego, poczem zaczęli mówić o tem, z jaką radością, prawdopodobnie, powitają dzieci tę starowinę, gdy przyjdzie do domu i jak potem wszyscy zgromadzą się przy stole, przy wspólnej kolacji...
Mówili także o tem, z jakiem zadowoleniem zgodziliby się siedzieć razem z nimi i rozkoszować się szczęściem, — mimo, że są niewymownie uradowani tem, iż są razem...
Poszli dalej w kierunku lasu.
Koło parkanu stało dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka, naprzeciwko siebie. Dzieci mogły mieć najwyżej po 6 do 7 lat. Objęły się nawzajem za szyję, a twarze ich zlały się, zda się w jedno...
Zakochani popatrzyli z uśmiechem na siebie i pomyśleli wówczas, że te całujące się dzieci wyglądają na wcielenie poezji wieczoru letniego.
Nie chcieli zamącić idylli, którą mieli przed oczami, to też prawie bez szelestu przeszli na skraj drogi, tak, iż mogli byli niespostrzeżenie podejść bardzo blisko ku dzieciom, które wciąż stały przywarłszy ustami jedno do drugiego.
Mężczyzna położył już był na główce dziewuszki rękę, chcąc widocznie powiedzieć zdumionym dzieciom kilka miłych słów, gdy naraz odskoczył na bok i czemprędzej pociągnął za sobą ukochaną.
Szedł prędko i był czemś przejęty; ukochana pytała go kilkakrotnie, co mu jest?
W lesie było cicho, ciemno i uroczyście. Oto co wtedy powiedział — a głos mu zadźwięczał ukrytym smutkiem:
„Wyobraź sobie, Maryo — oni nie całowali się. Ona tylko cmokała cukierek który on trzymał w ustach!“...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Peter Nansen i tłumacza: anonimowy.