Zaklęty Dwór/II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Hrabia Zygmunt Żwirski niezwyczajnie rano zerwał się z łóżka. Głucha cisza panowała jeszcze w dalszych częściach pałacu, kiedy już na wpół ubrany, w głębokim zamyśleniu tam i nazad przechadzał się po swym pokoju.

W ciągu upłynionych czterech miesięcy hrabia do zdziwienia zmienił się na twarzy. Posiwiał znacznie na skroniach, czoło w liczne porysowało się fałdy, a oczy przybierały z częsta jakiś zagadkowy wyraz trwogi i niepewności.

W oficynach i na folwarkach szeptano sobie na ucho, że odkąd nieporównany Żachlewicz oddalił się z służby, hrabia nie może sobie dać rady i gryzie się biedne panisko we dnie i w nocy.

W samej rzeczy od czasu oddalenia się pełnomocnego rządcy dziwna jakaś zmiana zaszła w całym usposobieniu hrabiego. Dumny magnat staczał widocznie jakąś zawziętą z samym sobą walkę. W najweselszym towarzystwie nie mógł ukryć głębokiego zamyślenia, a i w domowym pożyciu stawał się co dzień nudniejszym, jakby jakiemuś tajemnemu ulegał cierpieniu. Zamyślony i zadumany kładł się na spoczynek, zły i niecierpliwy zrywał się z łóżka, a wbrew dawnym swym nawyknieniom najchętniej przebywał teraz w samotności, bądź zamknięty w swej kancelarii, bądź ukryty gdzie w szpalerach ogrodu.

A dziwny ten stan orkizowskiego dziedzica pogorszył się jeszcze, odkąd Żachlewicz powrócił z zagranicy i jakąś dłuższą miał z nim konferencję. Przypuszczeni do tajemnicy Żachlewicza, możemy domyślić się po części, co właściwie dojmowało hrabiemu. Nie mógł po prostu oprzeć się zwodniczym namowom swego przebiegłego sługi, a wahał się znowu, czy idąc za nim nie zboczy z drogi honoru i poczciwości, po której całe swe dotychczasowe stąpał życie.

Na próżno wyczerpywał Żachlewicz wszystkie zasoby swej obłudnej wymowy i swych sofistycznych dowodów, nigdy nie mógł przekonać go stanowczo. Szlachetny potomek wojewodów i kasztelanów grzeszył wobec świata dumą bez granic i miary, wszakże duma ta miała poniekąd swe słuszne powody. Hrabia nie pysznił się swym majątkiem ani swym tytułem hrabiowskim, bo wiedział aż nadto dobrze, że pierwsze nie jest wyłącznym przywilejem szlachty, drugie zaś tak wielce spowszedniało w naszej biednej krainie, że nie masz wnuka zawołanego ekonoma—złodzieja lub oszusta-dorobkiewicza, który by go z pełnym prawem nie mógł na swej wizytowej położyć karcie.

Hrabia Zygmunt Żwirski szczycił się jedynie swym imieniem, zasługami swych przodków. Protoplasta mężów, co bohaterstwem i poświęceniami zapisali się w kartach dziejów, miał wszelkie prawa do szacunku wieków potomnych, mógł słusznie wywyższać się nad tych, co ogołoceni z własnych zasług, nie mieli żadnych świetniejszych wspomnień na podniesienie obecnej nicości.

Opierając jednak całą swą wyższość moralną i społeczeńską na samej świetności imienia, podlega się tym samym surowemu obowiązkowi czuwać i troszczyć się wszelkimi siłami, aby imię to zachowało się nieskazitelne dla dalszych potomków, aby wspomnienia te, jeśli już nie podniesione i nie pomnożone, to przynajmniej bez plamy i uszczerbku zeszły na czasy potomne. Przejęty do głębi tymi zasadami, musiał dumny hrabia zawziętą staczać z sobą walkę, aby się nakłonić do kroku, który na wszelki wypadek i różny dopuszczał wykład. Przebiegłość Żachlewicza zasłaniała w nim przed światem wszelki udział hrabiego, wszakże nie tak łatwo było przezwyciężyć tajne skrupuły sumienia i honoru. Hrabia czuł jakoś instynktowo, że łączy się z chytrą i niegodziwą intrygą, że sprawę swą niekoniecznie czystym powierza rękom, a szlacheckim jego wyobrażeniom sprzeciwiał się srodze cały ten skryty, podstępny sposób działania, jak i niemniej ten niekoniecznie zaszczytny rodzaj spółki z swym sługą. Atoli z innej strony wiele znowu przemawiało za propozycją Żachlewicza. Żwirów, gniazdo rodzinne, stolica okrytych sławą praszczurów, wypadał z posiadania prostej linii Żwirskich, sława i świetność imienia przechodziła na jakąś uboczną, nie znaną gałąź. Daleki imiennik rozsiadywał się na miejscu, które po raz pierwszy zapisał w kroniki główny twórca wielkiej rodziny, ów Spytek z Żwirowa, co znacznie przyczynił się do Jagiełłowego zwycięstwa pod Grunwaldem, a później liczne inne ojczyźnie oddał przysługi. Zeszczuplona na majątku prosta linia Żwirskich musiała tym samym upadać na znaczeniu i powadze, ów zaś wyobraziciel młodszej linii, dzisiejszy dziedzic Żwirowa, zdawał się hrabiemu człowiekiem nowszych czasów, przesiąkłym jadem zgubnych idei demokratycznych, nie umiejących cenić odwiecznych tradycji rodzinnych i lekceważącym sobie blask i sławę protoplastów, do których nie mógł odnosić się bezpośrednio.

Pomijając jednak wszystkie takie i tym podobne wywody, wpływające niemało na umysł dumnego magnata, nie przemawiałyż inne jeszcze, bliższe względy za rewindykacją rodzinnego gniazda?

Po wszelkich prawach ludzkich i boskich hrabia Zygmunt był bliższym sukcesorem bratniej puścizny niż jakiś nieznany imiennik, zepsuty niedowarzonymi teoriami młokos i chudopachołek, który dotychczas nie liczył się wcale do rodziny. Szlachetny pan z panów poczytywał się zresztą za głowę familii, jedynego wyobraziciela sławy imienia, a jako taki odróżniał swój własny indywidualny interes od widoków swych descendentów. Wyniesiony zasługami przodków, uważał się niewolnikiem obowiązków wobec descendentów. Mógł sam za siebie zrzec się Żwirowa, lecz czuł się powinnym bronić praw dalszych potomków. Aby jednak obadwa sprzeczne pogodzić z sobą względy lub stanowczo za jednym lub drugim oświadczyć się krokiem, czyli jednym słowem, aby przyjąć lub odrzucić wręcz propozycję Żachlewicza, do tego brakowało mu niestety i potrzebnej bystrości umysłu, i siły charakteru. Chwiejny i niepewny siebie, przyzwolił na pierwsze kroki Żachlewicza, z wahaniem i obawą patrzył na postępy jego dalszych zabiegów i machinacji.

Były rządca nie zasypiał tymczasem sprawy. Plan jego postępował, dojrzewał, rozwijał się z każdym dniem, z każdą godziną. Podróż do Drezna przyniosła jak najpomyślniejsze owoce. Pozyskane za granicą dokumenta i świadectwa wystarczały wobec prawa, aby zachwiać znacznie powagę ostatniej woli nieboszczyka starościca, świeżo zaś zapewniona pomoc mandatariusza i ekonoma rokowały niewątpliwie dokazać reszty.

Dziedzictwo Juliusza wisiało dziś już na włosku. Energiczne poparcie sprawy u sądu mogło jednym zamachem obalić testament i przywrócić prawa naturalnym sukcesorom. Osiągając tak świetne korzyści, hrabia sam mógł zupełnie zachować się na uboczu, nie potrzebował nigdzie pod własnym występować imieniem.

Aby przezwyciężyć wszelkie jego skrupuły i wątpliwości, Żachlewicz zrzekał się nawet pisemnej donacji na Buczały. Wytyczał proces na podstawie ustnego przyrzeczenia. Hrabiemu nie pozostawało nic innego, jak tylko, że rzeczywiście obiecał swemu rządcy Buczały i gotów był dotrzymać obietnicy, gdyby go niespodziewane nadejście testamentu z całego nie wyzuwało dziedzictwa. Dobijając się zaś otrzymanej obietnicy, miał Żachlewicz przywrócić całe dziedzictwo hrabiemu. Uwiedziony jego namowami hrabia wczoraj skłonił się do wszystkiego. Ale 'dziś rano wstał z łóżka chwiejny i wahający się więcej niż kiedykolwiek. W nocy okropny jakiś trapił go sen. Zdawało mu się, że wygrał proces i wracał w posiadanie Żwirowa. Komornik z woźnym wprowadzili go w posiadanie starego, opuszczonego dworu. W ich towarzystwie przechodził przez wszystkie, tak dobrze mu z lat dziecięcych znane pokoje. Każdy sprzęt, każdy kąt budził w nim jakieś przyjemne i rzewne wspomnienia, a przecież coś srodze dolegało mu na sercu, jakieś przykre uczucia ściskały mu pierś, jednym słowem, jakoś strasznie smutno i duszno mu było w tych murach. Komornik prowadził go z komnaty do komnaty, woźny wszędzie nosowym głosem obwoływał go panem i dziedzicem. Ale te jednostajne formalności jakieś niemiłe sprawiały na nim wrażenie, ten głos woźnego przejmował go jakąś obawą niewiadomą.

Nareszcie zbliżyli się do czerwonego pokoju. Woźny rozwarł drzwi na ściężaj, a hrabia i komornik jednocześnie przestąpili próg.

I nagle potruchleli obadwaj, a woźny znikł gdzieś bez śladu. Hrabia czuł, że mu włosy kolcami najeżyły się na głowie, a oddech zamierał mu w krtani.

Przed okrągłym stołem, w wielkim, aksamitem obitym fotelu, siedział nieboszczyk starosta, nieruchomy i wyprężony jak statua z kamienia.

Komornik, drżąc jak listek ze strachu, chciał odczytać dekret dziedzictwa; starosta groźnie ruszył wąsem i skinął ręką, komornik umilkł jak zaklęty, a starosta ozwał się uroczystym, grobowym, bezdźwięcznym głosem:

— Protestuję! Nie pozwalam!

A słowa te po wszystkich pokojach przerażającym obiły się echem, że aż dwór cały zatrząsł się w swych posadach. Hrabia chciał uciekać, ale nogi jakby wrosły mu w posadzkę.

— I ja protestuję, i ja nie pozwalam! — ozwał się w tej chwili nowy straszny głos, a za fotelem ojca ukazał się starościc.

Surowość i groza malowały się w jego twarzy, błyskawice strzelały z oczu.

— Ja tu pan! — krzyknął jeszcze straszniejszym niż pierwej głosem.

— Bracie! — jęknął hrabia dzwoniąc zębami z przestrachu.

Starościc w dziki wybuchnął śmiech.

Hrabiemu wszystka krew ścięła się w żyłach.

Starościc śmiał się ciągle, a za nim, jakby piekło samo tysiącem gardzieli, śmiało się echo.

— Bracie! — wybełkotał jeszcze raz hrabia ł padł na kolana.

Starościc już nie śmiał się więcej, ale jęknął tak dziko i przerażająco, że hrabia plackiem padł na ziemię pewny, że cały dwór rozlatuje się w gruzy.

— „Bracie, bracie!” mówisz — zawołał starościc okropnym głosem. — A Kseńka!...

Hrabia drgnął gwałtownie i w tej chwili zimnym zlany potem ocknął się ze snu.

Siadł na łóżku i przetarł oczy, a jeszcze drżał cały jak listek. Zadzwonił na lokaja i dopiero po dobrej chwili uspokoił się zupełnie. Nie mogąc zaś czy nie chcąc zasnąć na nowo, ubrał się wcześniej niż zazwyczaj. Szczególniejszy sen, łącząc się tak ściśle z planem Żachlewicza, silne musiał sprawić na nim wrażenie.

Smutny i zamyślony przechadzał się po pokoju, a od chwili do chwili tylko jakieś niezrozumiałe cedził słowo.

— Po co mi tego wszystkiego — mruknął nareszcie wyraźniej. — Powetuję podróż, Żachlewicza i napędzę go na cztery wiatry! Ten sen... — dodał ciszej i wstrząsł się cały.

Po chwili usiadł w fotelu przy biurze i głowę wsparł o poręcz.

— Jestem i tak dość bogaty — pocieszał sam siebie. — Nie wystarczają mi wprawdzie dochody, ale coraz więcej się przekonuję, że ludzie mają rację; Żachlewicz okradał mię niemiłosiernie.

Zamyślił się znowu, a oczy jego padły przypadkowo na stos książek na biurku. Jedna z nich, przepysznie oprawna, nęciła szczególniej jego oczy. Na jej skórzanych okładkach lśnił złocisty napis Klejnoty rycerstwa polskiego.

Mimowolnie sięgnął ręką po nią i otworzył na oślep. Snadź jednak z przyzwyczajenia książka zawsze w jednym otwierała się miejscu.

Hrabia uśmiechnął się z dumą. Otwarta stronica przedstawiała herb Topór, rodzinny klejnot Żwirskich, którego pierwszym założycielem, jak niesie tradycja, miał być nikt inny, jak tylko jeden z towarzyszów ojca Lecha.

O kilka wierszy pod herbem czytał hrabia półgłośno po raz już może tysiączny w swym życiu:

„Żwirscy z Żwirowa, wielka i można rodzina, przesiedlona z Małopolski do Rusi... Król Władysław Jagiełło nadał jej zamek Żwirów i szerokie ziemie na Rusi. Od zamku nazwali się Żwirscy...”

Skończywszy czytać hrabia głowę pochylił na piersi i w nową wpadł zadumę. Nagle gwałtownie zerwał się z miejsca i szybkimi krokami jął przechadzać się po pokoju. Syrenie ponęty dumy przemówiły znowu w jego wnętrzu. Niedawny zamiar wspaniałomyślny zachwiał się ponownie, zręczny plan Żachlewicza ułudną uśmiechał się pokusą. Ale tu nagle przypomniał się i sen dzisiejszy, a z nim razem odżyły i dawne skrupuły i wątpliwości. I znowu w myślach jego bezładny zrodził się wir.

Usiadł nieruchomy przy biurku i głowę wsparł na ramieniu.

Nagle krzyknął i zerwał się z siedzenia, a oczy mu zalśniły, jakby jakąś tajną, szczęśliwą objawiały myśl.

Wyprostował się w całej postawie i szybko tam i nazad przeszedł się po pokoju.

— Jedyny środek... — mruknął półgłosem.

Wtem przystanął i schmurzył czoło, ale tuż zaraz wypogodził je na nowo i od niechcenia machnął ręką.

— Jest Żwirskim et c'est assez... — szepnął i głowę ze znaczeniem zadarł do góry.

Potem zadzwonił na lokaja i szczęśliwy i zadowolony, jakby jakiegoś przykrego pozbawiony ciężaru, skończył swe ubranie.

W ciągu tych rozmyślań dziesiąta już dochodziła godzina.

— Pójdź się dowiedz, czy pani wstała — rzekł do lokaja.

A zostając sam, przeszedł się jeszcze raz po pokoju i mruknął do siebie:

— Ciekawym, co na to powie Celestyna.

Eugenia, od dwu godzin już ubrana, powróciła właśnie z ogromnym bukietem w ręku z przechadzki po ogrodzie. Piękna twarz młodej dziewczyny jaśnieje jak zawsze dziecięcą swobodą i wesołością, ale cała postać jej wypełniała i spoważniała znacznie. Wraz z nią weszła do pokoju wysoka, przystojna, nieco starsza wiekiem dziewczyna, przyjęta od niedawna do jej szczególnych usług panna służąca.

Eugenia rzuciła bukiet niedbale na mały stolik mahoniowy i jakby utrudzona przechadzką usiadła spiesznie na małą, aksamitem obitą sofkę.

— Zanosi się dziś znowu na gorący dzień jak w środku lata — szepnęła odetchnąwszy.

— Czy pani każe włożyć w wodę bukiet? — zapytała towarzyszka.

— Proszę...

— Myślę — dodała po chwili — że musiał wrócić już posłaniec z poczty. Dziś mają przyjść nowe dzienniki.

— Dowiem się zaraz — odpowiedziała panna służąca i ustawiwszy bukiet w przepysznym dzbanuszku porcelanowym na stoliku przed sofką, wyszła z pokoju.

Hrabianka pozostała sama. Pochyliła główkę na krawędź sofki i przymrużyła cokolwiek oczy, jakby w nagłe wpadła zamyślenie. Uśmiechnięta wesoło twarzyczka zaczęła poważnieć stopniowo, a różowe usteczka ścisnęły się silniej.

Młodą dziewczynę kilka poważniejszych zajęło myśli. Po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się mimowolnie, dlaczego kuzynek August, ten wesoły towarzysz dziecięcych zabaw i swawoli, z którym była poufałą jak z bratem rodzonym, od niejakiegoś czasu tak poważną i jakąś melancholijną przybiera wobec niej minę i codziennie prawie staje się jakby więcej obcym i nieśmiałym.

W pierwszych dniach po swym powrocie z zagranicy powitał ją z dawną dziecięcą swobodą i poufałością, ale z każdą wizytą nową widocznie coraz więcej zmieniał ton, coraz mniej się śmiał, a za to coraz więcej wzdychał, a jednocześnie i w spojrzeniach jego inny jakiś malował się wyraz. W miejsce dawnego, szczerego i otwartego przywiązania braterskiego rozlewał się teraz na pół tajony żar podziwu i uwielbienia.

Rozpamiętując wszystkie te spostrzeżenia, młoda dziewczyna mimo rozlanej powagi na twarzy nie mogła lekkiego przytłumić uśmiechu.

Ale tuż zaraz nasunął się jej Juliusz w pamięci.

Eugenia była młodą, bardzo młodą, ale mimo to umiała poznać z łatwością, że od pierwszego wejrzenia silne na młodzieńcu zrobiła wrażenie i że ów żar podziwu i uwielbienia, jaki spostrzegła w spojrzeniach Augusta, tlił może silniej jeszcze w oczach Juliusza. Ale dlaczegoż Juliusz od tak dawna nie pokazywał się w Orkizowie?

Młoda dziewczyna uśmiechnęła się znowu. Przypominała sobie, że podczas ostatnich swych odwiedzin zjechał się z Augustem...

Ale wtem i inna powstała w niej myśl. Nie mogło ujść uwagi młodej dziewczyny, że od niejakiegoś czasu hrabia zmienił swe postępowanie z Juliuszem. Przyjmował go chłodniej niż dawniej, a żegnał zawsze bez zaprosin, jak poprzednio.

— Cóż to ma znaczyć? — szepnęła w zamyśleniu.

Kilka chwil nie umiała dać sobie żadnej odpowiedzi, ale nagle jakaś myśl strzeliła jej do głowy. Wyobrażała sobie, że ojciec spostrzegł wrażenie, jakie sprawiła na młodym człowieku, i snadź niezadowolony z tego ochłódł i zobojętniał dla jego dalszych odwiedzin.

— Ale dlaczegoż to? — zagadnęła sama siebie. — Juliusz uchodzi za najbogatszego obywatela w całej okolicy i ma być z nami cokolwiek spokrewniony.

Jak widać, piękna hrabianka zimno i obojętnie rozmyślała o obudwu młodzieńcach, których na pewno poczytywała za swych wielbicieli, a niepodobna by nawet odpowiedzieć, któremu z nich oddawała pierwszeństwo.

Juliusz podobał się jej lepiej z twarzy, August z swego wesołego usposobienia. Wyniesionego z ubóstwa do milionowego majątku dziedzica Żwirowa osłaniał w oczach jej pewien urok romantyczny, za Augustem przemawiały tytuł i urodzenie.

Poniewolnej, głębszej sympatii, nieświadomej swego początku skłonności stalszej nie czuła hrabianka ani do jednego, ani do drugiego. Młoda, powabna dziewczyna należała więcej do tych realnych natur, które nie od pierwszej zaraz rozgorywają iskry, nie pierwszemu od razu poddają się wpływowi i nie za pierwszym na oślep rzucają popędem.

Hrabianka była zdolną miłości, miłości stałej i namiętnej, ale aby ją rozniecić w jej sercu, potrzeba było silniejszych wrażeń zewnętrznych lub głębszej dojrzałości uczuciowej. Hrabianka liczyła dopiero siedemnaście wiosen, a jej wesołe, kapryśne, trzpiotowate z natury usposobienie ochraniało ją dotychczas od tych napadów nieokreślonej tęsknoty, nieświa— domej melancholii, którym w tym wieku zwykły ulegać dziewicze serca i umysły, a które zdaniem psychologów i patologów mają być jawnymi tylko oznakami dojrzałości uczuciowej, czyli inaczej, potrzeby kochania.

Hrabianka, jeśli czasami zasmuciła swą piękną twarzyczkę, to chyba tylko wtedy, kiedy nagła zmiana pogody jakiejś ułożonej i upragnionej przeszkodziła wizycie lub igraszce, kiedy jakaś nowa przepyszna suknia niezupełnie dobrze przystawała do figury lub kiedy nagle zwiądł któryś z kwiatków ulubionych, lub jaki inny tym podobny zdarzył się wypadek. Toteż i obecna zaduma hrabianki w bardzo małej z sercem zostawała styczności. Bez najmniejszego żalu rozstała się z swymi myślami, kiedy nagle powróciła panna służąca z nowymi dziennikami w ręku.

Hrabianka uśmiechnęła się i spiesznie wyciągnęła rękę.

— Pani prosi pannę Eugenię do siebie — ozwała się służąca.

Eugenia zerwała się z sofki i prędko i zwinnie jak jaskółka pomknęła do trzeciego z kolei pokoju, gdzie zastała ojca i matkę razem.

Nie wiedzieć dlaczego, ale Eugenii się zdawało, że oboje mieli w tej chwili jakiś niezwyczajny wyraz twarzy.

— Mama kazała mię wołać? — zawołała na wstępie.

— Oui, ma chére, nous causerons un peu.

To hrabina z kilką nie znaczącymi ozwała się zapytaniami, nareszcie rzuciwszy wzrok porozumienia na męża, rzekła bystre w córce topiąc spojrzenie:

— Powiedz mi, duszko, jak ci się podobał nasz młody sąsiad—kuzyn?

Eugenia zarumieniła się z lekka i szeroko rozwarła oczy.

— De qui parlez-vous, ma mere?

— De monsieur Jules.

Eugenia wzruszyła ramionami.

— No, jakże? — zapytał ojciec.

— Hm — wycedziła przez zęby młoda dziewczyna, nie pojmując, co znaczy to zapytanie.

— Or?

— Il est bien. Do rzeczy... — odpowiedziała z komiczną powagą.

Hrabina uśmiechnęła się mimowolnie.

Hrabia ruszył się niezadowolony w swym fotelu; jakby nie mogąc poskromić jakiejś ukrytej niecierpliwości, ozwał się prędko:

— Moja Geńciu, nie jesteś już dzieckiem i zbliżasz się coraz do chwili, gdzie trzeba pójść

za mąż.

— Oui, ma chere — potwierdziła hrabina.

Dziewczyna zarumieniła się jak wiśnia i spuszczając oczy na dół, jakąś niezrozumiałą dała odpowiedź.

Hrabia zabrał głos na nowo.

— Otóż, moja duszko, chcielibyśmy wiedzieć, czy Juliusz podobał ci się przynajmniej o tyle, żebyś bez wstrętu poszła za niego, gdyby takie było nasze życzenie...

Eugenia w pierwszej chwili niezdolna była odpowiedzi. Szczególne to zapytanie spadło na nią tak nagle i niespodziewanie, że zupełnie straciła głowę.

Uniesiony swą niecierpliwością hrabia niekoniecznie zręcznie zabierał się do dzieła.

— Powiedz tylko, duszko — pochwyciła matka — co byś powiedziała, gdyby się ośmielił starać o twą rękę?

Eugenia zrobiła gwałtowne wysilenie, aby przezwyciężyć swój kłopot i pomieszanie.

— Poddam się we wszystkim waszej woli... — szepnęła. — Bez przymusu, rozumie się.

Eugenia zrobiła gest, jakby jej za przykre już było dalsze badanie.

Hrabia nie czekał ponownej odpowiedzi. Porwał się z krzesła zadowolony i składając serdeczny pocałunek na czole córki, obrócił się żywo do żony.

— Porozumiecie się już dalej obydwie — rzekł.

I po tych słowach ucałował z kawalerską układnością rękę hrabiny i spiesznie wyszedł z pokoju.

Za drzwiami zatarł ręce z zadowoleniem i mruknął sam do siebie:

— W taki sposób najlepiej zaradzi się wszystkiemu... Juliusz wprawdzie niewysokiego urodzenia... ale zwie się Żwirski! A Żwirski to coś więcej niż jakichś tam dziesięciu onegdajszej daty hrabiów Plewińskich czy Samińskich.