Zaklęty Dwór/II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kiedy w chacie Kostia Bulija tak okropna odbywała się scena, znajdował się maziarz na zakręcie lipowej ulicy, która od Buczał prowadziła do Żwirowa. Jak wiemy, miał po północy Juliusz przybyć w to miejsce. Snadź z wielką niecierpliwością oczekiwał go maziarz, bo szybko tam i nazad przechadzał się wszerz gościńca, a ustawicznie ku Buczałom skręcał oko i ucho.

— Już północ musiała minąć — szepnął przystając na miejscu. — Miałżeby nie przyjść?

I zamyślił się głęboko, a po chwili wstrząs! się, jakby go jakiś nagły przejął dreszcz.

— Szczególna! — mruknął znowu półszeptem. — Kost' rozstawał się ze mną z jakimś złowrogim przeczuciem. Jadzia żegnała się z dziwną jakąś obawą i niespokojnością... a ja, ja sam czuję coś, coś nieświadomego... jakąś osobliwszą ciężkość na sercu...

Zacisnął usta i ręką gwałtownie potarł po czole.

— Miałożby to być przeczucie? Tajemnicza skazówka niebios?... — poszepnął w ponurym zamyśleniu.

Dziwna i niezbadana zagadka! Ludzie najsilniejszego ducha, najsprężystszego charakteru podpadają wpływom jakiegoś fataliczncgo przeczucia, jakiegoś nieświadomego, nieokreślonego niepokoju, którego ani pojąć, ani wyobrazić sobie nie mogą zwyczajne i pospolite natury. Jest to jakiś niepojęty dar dywinacyjny, jakaś wyższa potęga uczuciowa, różna zupełnie od tego mimowolnego rozdrażnienia, jakiemu często bez wszelkiej przyczyny ulegają ludzie nerwowi. Cezar z ściśnionym sercem szedł do Kapitolu, kiedy pod morderczymi miał paść ciosami, Napoleona jakieś przykre trapiło uczucie, kiedy rozpoczynał bitwę pod Waterloo. Toż i nasz maziarz mimo całej swej niepospolitej siły ducha i energii, którą mieliśmy już sposobność poznać po części, czuł się w tej chwili w jakimś niezwykłym, niepokojącym usposobieniu.

— Tam do kata! — mruknął z niesmakiem. — Te dziecinne obawy Kostia i Jadwigi mnie samemu, jak widzę, wlazły do głowy.

I wstrząsł się cały, jakby przemocą chciał wszelki zrzucić z siebie ciężar.

— Co gorsza — mruknął po chwili —ulewa się zbliża, a Juliusza nie widać.

W dusznym i parnym powietrzu głucha i grobowa panowała cisza, żaden listek nie zaszemrał na drzewach, tylko z dala od dworu zalatywał czasami przeraźliwy, złowrogi wrzask sowy i puchacza. Zasnute czarnymi chmurami niebo ponuro i groźnie spoglądało na ziemię, a od pory do pory, jakby w jawny znak gniewu, strzeliło zygzakiem błyskawicy na zachodzie.

Maziarz lepiej owinął się płaszczem i usiadł u pnia rozłożystej lipy.

— Będę czekał aż do deszczu — poszepnął i przechylając głowę na piersi w głęboką zapadł zadumę.

A snadź coś ważnego zaprzątało jego serce i głowę, bo oczy lśniły mu nadziemskim blaskiem, a w tej chwili wyglądały jak dwie jedyne gwiazdy zbłąkane z nieba na ziemię. Przed jego duszą dziwny, fantastyczny odsłonił się obraz, nie mający ni związku, ni znaczenia... Jakiś ptak wielki, dumny, wspaniały... śnieżny pierzem a potężny szpony siedział w swym gnieździe, spokojny i bezbronny w poczuciu swej siły i szlachetności... Aż tu z boku jakiś olbrzymi a potworny pod gniazdo zakrada się pająk i chyłkiem, milczkiem zaczyna osnuwać jego jedno skrzydło i szpon jeden... Z każdą chwilą rośnie sieć straszna, sieć z żelaza, spajanego krwią i łzami!... Już jedno skrzydło i jeden szpon uwięzły w pętach... a tu nowe siły przybywają w pomoc wrogowi...

Za późno dumny ptak poznaje niebezpieczeństwo... broni się zapamiętale jedynym skrzydłem i szponem... ohydna sieć osnuwa go dokoła!... Na próżno potem rwie i rzuca się nieustannie... mimo wszelkich zamachów i wysileń nie może przełamać strasznej przemocy... Aż oto podźwignął się na nowo i jeszcze raz gwałtownie wyprężył swe skrzydła i szpony... I zaczynają pękać okrutne więzy... a każda nić przerwana wydaje łoskot gromu... bucha strumieniami krwi i łez...

Dziwaczny ten obraz fantasmagoryczny, złudna igraszka chorobliwie rozdrażnionej wyobraźni, rozpierzchł się nagle jakby cudem, a maziarz porwał się przerażony z ziemi. W tej chwili z dwóch przeciwnych miejsc rozległ się donośny tętent koni. Jacyś jeźdźcy pędzili co tchu w jednym kierunku. Maziarz drgnął cały, a z oczu dziwna strzeliła mu błyskawica... Obejrzał się poza siebie, a krwawa, złowieszcza łuna rozlewała się nad żwirowskim dworem.

— Zdradzonym! Ściganym! — wykrzyknął i jak strzała pomknął na ścierń po lewej stronie gościńca.

Dziwne obawy Kostia i Jadwigi, jak niemniej jego przeczucie własne naprowadziły go od razu na domysł srogiego niebezpieczeństwa, toż pod wpływem pierwszego wrażenia myślał tylko co tchu ratować się ucieczką.

Zaledwie jednak nieznaczny ubiegł kawał, powstrzymał się nagle i z dzikim przestrachem wstrząs! się od stóp do głowy.

— A Jadzia! — ryknął przytłumionym głosem boleści i rozpaczy.

I nagle stanął na chwilę niepewny, wahający...

Wtem głuchy po polu rozległ się tętent, a z przeciwnej strony spieszył jakiś jeździec co koń wyskoczy.

Oczy maziarza łysnęły nadzieją i radością.

— To Juliusz! — mruknął — tędy przez pola krótsza z Oparek prowadzi droga!

I prędzej od lotu błyskawicy zaskoczył drogę jeźdźcowi.

— Juliuszu! — krzyknął, a jeździec przystanął.

— Kto to? Co znaczy ten ogień? — zapytał zdyszany młodzieniec jednym tchem.

— Zdrada! — zawołał maziarz z febrycznym pospiechem... — ale pędź, spiesz, ratuj Jadwigę... moją córkę!

Juliusz nie słuchał już dalej...

Wydając jakiś wykrzyk niezrozumiały spiął konia i jak szalony popędził ku dworowi.

Miejsce pożaru zaludniło się już przed chwilą. Przybył ów hufiec jeźdźców, którego tak wielce przestraszył się maziarz. Nie był to jednak nikt inny, jak tylko nasz poczciwy Girgilewicz z atamanem, gumiennym i kilką parobkami na folwarcznych koniach, tudzież zacny mandatariusz z swym sztabem, panem Gustawem Chochelką i policjantem przy pałaszu.

Na folwarku pierwszy postrzegł ataman ogień w Żwirowie i dał co tchu znać ekonomowi.

Girgilewicz zerwał się jak opętany, bo trzeba mu oddać sprawiedliwość, że nader skory był zawsze do ratowania w wszelkich wypadkach tego rodzaju. Nieraz o dwie mile pędził do pożaru i swym stentorowym głosem obejmował zaraz komendę nad gaszącymi. Toteż i teraz w jednym mgnieniu oka zarzucił gunię bajową na siebie, nieodstępny nahaj pochwycił w rękę i dopadłszy do stajen folwarcznych, wsiadł na oklep na pierwszego lepszego konia.

— Za mną, taj tylko! — huknął na pobudzonych parobków.

I już na czele całego hufcu pomknął ku Żwirowi.

Wszystkim zdawało się z początku, że sam dwór się pali, na różne też wszyscy wpadali domysły.

— Może to tylko tumana puszcza nieboszczyk! — zawołał gumienny.

— Taj tylko! — zagrzmiał Girgilewicz i zaciął konia.

— Tuman czy nie tuman! — zawołał energiczny ataman — musimy być przy ogniu. Wszystkim razem nieboszczyk karków nie skręci.

— Taj tylko! — potwierdził swoim trybem Girgilewicz i znowu zaciął konia.

Na zakręcie w lipową ulicę spotkał się hufiec z mandatariuszem, który, przebudzony przez wartownika aresztu, uznał za potrzebne znajdować się w własnej urzędowej osobie na miejscu pożaru.

Dla większej jednak okazałości i większego bezpieczeństwa wziął z sobą Chochelkę i policjanta.

Biedny aktuariusz, wyrwany z ramion Morfeusza, blady jak trup, w najgrubszym negliżu, jechał na starej szkapie pana sędziego, oboma rękami trzymał się grzywy, a zębami dzwonił prawdziwie na gwałt.

Policjant na jedno ramię wdział swój mundur, a pałasz w pospiechu na prawy przewiesił bok. Nikt jednak nie zapomniał w popłochu, że Dwór Zaklęty, choć opuszczony, jest pełen rozmaitych kosztownych sprzętów, z których może by się coś dało uratować dla siebie. Obadwa hufce pędziły razem, a dopiero w połowie lipowej ulicy przekonali się wszyscy, że dwór stoi nienaruszony.

— To Kost' Bulij się pali — zawołał ataman.

Mandatariusz skrzywił się niechętnie.

— Pal go diabli — mruknął — ja jak wariat zerwałem się ze snu.

— Dalej, taj tylko! — zagrzmiał Girgilewicz...

Za kilka chwil cały orszak stanął na miejscu pożaru.

Tylko nieszczęśliwy Chochelka nie mógł tak prędko przytrzymać konia, a wyprzedziwszy mimowolnie o kilka kroków swych towarzyszy, zaczął wrzeszczeć wniebogłosy i tracąc z przestrachu równowagę padł jak długi na ziemię.

Girgilewicz tymczasem skoczył z konia, a za jego przykładem poszli wszyscy. Chata i stodoła Kostia Bulija stały już w jasnych płomieniach. W stodole paliły się ściany, u chaty dogorywał z dzikim łomotem zrąb dachu.

Na niebie krwawa wznosiła się łuna, a tuż w jej pobliżu jedna błyskawica migała po drugiej. A dziwnie jakoś strasznym i uroczystym wydawał się w tej chwili sam Dwór Zaklęty. Wysokie okna promieniały odblaskiem płomieni, szare mury wpadały w jakąś czerwonawą, krwawą barwę, a łomot trzeszczących i walących się belek i krokwi zdawał się wewnątrz głuchym odbijać echem.

Girgilewicz przeżegnał się naprzód, a potem wprawnym dokoła rzucił okiem.

— Jezus, Maria! — krzyknął — drzwi i okna popodpierane!

— Ktoś musi być w środku — zawołał ataman.

— Taj tylko — potwierdził Girgilewicz, wierny swemu przysłowiu w każdej dobie życia.

Ataman poskoczył ku drzwiom i przywiezioną z sobą siekierą rozrębał powróz łykowy, ekonom sam poskoczył do okna i z wielkim natężeniem odsunął kół podpierający okiennicę. I w tej chwili, osłoniona z zewnątrz wężykami płomieni, ukazała się w oknie Jadwiga, podobna do Madonny w ognistej aureoli.

Wszyscy wydali jeden tylko wykrzyk przerażenia i wyciągnęli ręce naprzód. Ale dziewczyna nie miała już siły wyskoczyć na dwór, zatoczyła się w tył i znikła w gęstwinie dymu, a za nią, jak rój gadzin rozsrożonych, ze wszystkich stron buchnęły przez okna płomienie.

Cały tłum, powiększony kilką nowymi przybyszami, stał jak wryty na miejscu. Nikt nie miał odwagi rzucić się do środka.

Płomienie przedzierały się już do powały i doszły właśnie do ścian samych.

— Nie ma ratunku — poszepnął ataman i załamał ręce.

A w tej chwili głośny z tyłu rozległ się wykrzyk.

Juliusz nie postrzeżony przypadł na miejsce, właśnie kiedy postać Jadwigi w tak okropnym oświetleniu zajaśniała w oknie.

Zeskoczył z konia i z dzikim krzykiem rzucił się na oślep ku ogniowi.

— Dziedzic! — obiegło szybkim dokoła szmerem.

— Jasny pan! — poprawił Girgilewicz.

I domyślając się zaraz, że bieży rzucić się do wnętrza chaty, zaskoczył mu drogę.

— Jasny panie, już przepadło, taj tylko! — zawołał przytrzymując go na gwałt swym silnym ramieniem.

Ale Juliusz z lwią mocą pchnął go od siebie i jednym susem poskoczył ku oknu... I już, już miał zniknąć w płomieniach, kiedy ktoś szybko jak strzała przedziera się przez tłum przerażony, pochwytuje za kołnierz młodzieńca i herkuliczną siłą ciska nim jak piłką na powrót w ręce Girgilewicza.

— Gałgany! trzymajcie tego wariata! — zagrzmiał nowy przybysz piorunującym głosem i sam w mgnieniu oka zniknął w płomieniach.

Wszyscy wydali nowy wykrzyk zgrozy i zdziwienia.

Był to Katylina.

Nazajutrz miał już na zawsze opuścić Oparki, a w nocy, jakby go jakaś tajemnicza parła siła, chciał zajrzeć jeszcze raz w pobliże Zaklętego Dworu, zbliżyć się jeszcze raz do swej nieznajomej wybawicielki, która, jak wiemy, tak silne sprawiła na nim wrażenie. I w sam czas jeszcze przybył, aby ją ujrzeć w oknie i szybko jak strzała pospieszyć na jej ratunek. Juliusz na gwałt rwał się za nim. Ale na szczęście Girgilewicz wziął słownie surowy mandat Katyliny, oboma ramionami pochwycił wpół Juliusza i przywołując sobie jeszcze gumiennego i atamana w pomoc powtarzał raz po raz:

— Nie puszczę, taj tylko!

Za Katyliną przez nagły pociąg wichru gęstsze do wnętrza chaty buchnęły płomienie, a z przerażającym hukiem i łomem zwalił się tej samej chwili zrąb dachu.

Wszyscy przeżegnali się przerażeni. Sam mandatariusz zapomniał całą swą nienawiść do Katyliny i z trwogą i zwątpieniem załamał ręce. A tuż i chmurne i zagniewane od dawna niebo miało czynnie wmieszać się w tok działania. Dotychczas huczało tylko złowrogo, ale nagle strasznym ozwało się grzmotem. Okropna błyskawica rozdarła na dwoje czarne poza łuną sklepienie, a dwa pioruny uderzyły w pobliżu tak szybko po sobie, że jeden zdawał się tylko ścigać i przygłuszać drugiego.

Okropny popłoch ogarnął całe grono, ściśnione teraz w jeden gęsty kłąb nieruchomy. A prawie jednocześnie z okropnym hukiem grzmotu jakiś dziki, nadludzki, przeraźliwszy jeszcze głos ozwał się w pobliżu, a jakaś postać ludzka pojawiła się jakby spod ziemi ogrodu.

— Jezus Maria! — wrzasnął tłum w dzikiej zgrozie i jakby za jednym rozkazem padli wszyscy na kolana.

— Wszelki duch chwali Pana Boga! — wydzwonił zębami najśmielszy ze wszystkich ataman.

— Nie... nie... boszczyk, t... t... taj tylko! — jęknął Girgilewicz i puszczając Juliusza padł wraz z mandatariuszem plackiem na ziemię...

Wszyscy poznali nieboszczyka starościca!...

Upiór jeszcze okropniejszy wydał wykrzyk i prędzej od błyskawicy przemknął się jakby w powietrzu przed oczyma widzów i zniknął w płomieniach.

A tu znowu jasna błyskawica rozdarła niebo, nowy grzmot wstrząs powietrze, trzeci piorun, głośniejszy od dwóch poprzednich, uderzył w pobliżu, a wraz z wielkimi kroplami deszczu szalona zawyła burza.

Chata Kostia Bulija wydawała się jak jedna tylko olbrzymia głownia żarząca, a nagła burza w dziki płomienie zakręciła wir.

I była to chwila nieokreślonej okropności i zgrozy... Samo piekło nie mogłoby się na straszniejszy zdobyć obraz! A nie zazdrościć ludziom, co byli jej świadkami!

Sam Juliusz stał na miejscu jak wryty, na pół nieprzytomny z przerażenia... nogi jakby mu przyrosły do ziemi... włosy kolcami najeżyły się na głowie...

A tu wichr z wściekłą wył gwałtownością i jak listkiem trząsł płomienną bryłą chaty! I nagle ktoś jak z piekła wypadł ze środka i bez ducha legł przed tłumem...

Był to Katylina, od stóp do głowy w płomieniach.

Juliusz sam jeden miał siłę i przytomność poskoczyć ku niemu, ale na szczęście nie potrzeba było gasić jego sukien płomieniejących, bo tuż z nieba puściła się ulewa...

Opamiętując się powoli, śmielsi z przytomnych podnieśli się z ziemi. Ale w tej samej chwili na powrót z piekielną zgrozą padli na kolana. Niebo nową rozdarło się błyskawicą, nowym na ziemię strzeliło piorunem, a burza z dzikim zawyła hukiem i jak trąba zakręciła się w koło.

Nagle w całej swej posadzie zatrząsł się na pół ugaszony zrąb chaty i jakby rzucony o krok w górę z podobnym do grzmotu łomotem załamał i zapadł się cały.

— Boże, miłosierdzia! — dzwonił zębami mandatariusz i pięścią bił się w piersi.

— Boże, zmiłuj się nad nami! — wtórowali inni jednym pomieszanym echem.

A Juliusz oboma pięściami uderzył się w czoło i okropny jęk wyrwał się z jego piersi.

— Zginęła! — krzyknął — zginęła!...

I dzika rozpacz malowała się w jego twarzy, obłąkanie patrzyło z oczu.

A tymczasem chmury porwane dzikim wichrem pomknęły w. dal, deszcz po kilku chwilach ustał jak zaklęty, łuna rozwiała się w widnokręgu, a niebo na dalszym zachodzie zajaśniało blaskiem gwiazd i księżyca.

I tak nagle, w mgnieniu oka, zmienił się cały, nieokreślonej okropności obraz, że można go było wziąć raczej za senne złudzenie, za potworne mamidło wyobraźni niż za jawną rzeczywistość. Prócz nieszczęśliwego Chochelki, który zemdlał ze strachu, opamiętali się stopniowo wszyscy przerażeni świadkowie niedawnej szalonej gry żywiołów. Podnieśli się z ziemi i patrząc z drżeniem i zgrozą na straszne dzieło zniszczenia, szepnęli prawie wszyscy jakby za jednym natchnieniem:

— Upiór!... Zginęła!

A Juliusz tylko ostatnie powtórzył, słowo, ale powtórzył z taką rozdzierającą boleścią i rozpaczą, że aż dreszcz przejmował słuchaczy.

Katylina tymczasem leżał bez ducha na ziemi i ciągle jeszcze nie dawał najmniejszych oznaków życia.