Zaklęty Dwór/I/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


XII. Wyprawa na stracha Zaklęty dwór • XIII. Czerwony pokój zaklętego dworu • Walery Łoziński XIV. Zwierzenia
XII. Wyprawa na stracha Zaklęty dwór
XIII. Czerwony pokój zaklętego dworu
Walery Łoziński
XIV. Zwierzenia

Zapalony stoczek blade dokoła rzucił światło. Katylina ujrzał się w obszernym, wytwornie, ale po staroświecku urządzonym pokoju. Gęste tkanki pajęczyny okrywały ściany, na sprzętach bielił się wszędzie pokład kurzu i pyłu.

Katylina uważnie oglądnął się dokoła i z znaczeniem pokiwał głową.

— Zdaje się naprawdę — szepnął w zamyśleniu — że tu od dawna żadna ludzka nie postała noga!

Ale nie zagłębiając się długo nad tym niezupełnie spodziewanym spostrzeżeniem, postąpił wprost ku otwartym na ściężaj drzwiom, skąd odsłaniał się widok na szesnaście sznurkiem ciągnących się pokoi.

— Warto by to wszystko obejrzeć bliżej — mruknął przez zęby — ale nie ma czasu na to.

Strach, jak mówią, ma pokazywać się najczęściej w narożnych oknach pierwszego piętra, w tak zwanym czerwonym pokoju starosty, oddajmy mu więc wizytę w jego ulubionym przybytku. I wychylając płonący stoczek naprzód, posunął na los szczęścia ku rozwartym na oścież pokojom. Niebawem znalazł się w wielkiej sali, skąd jedne drzwi parapetowe prowadziły na ganek ogrodowy, drugie do obszernego przedpokoju.

Katylina skręcił do przedpokoju i instynktem dobry zrobił wybór, bo w jednym kącie przestronnej, wąskimi skórzanymi ławeczkami dokoła otoczonej izby ujrzał jakieś wąskie, skryte drzwi na pół odchylone.

— Ho, ho! — zawołał półgłosem — mamy już trop stracha!

Poza drzwiami tymi pięły się kręte schody. Katylina zagwizdał wesoło i co tchu puścił się do góry. W pół drogi potrącił nogą o jakiś kawał papieru.

Schylił się co prędzej i podniósł z ziemi jakąś z trzech stron obdartą drobną kartkę, jakby małą resztkę z zniszczonego listu.

— Należy korzystać z każdej zdobyczy! — szepnął i wspierając stoczek na kolanie, próbował odczytać znalezioną kartkę.

Pismo na niej było widocznie ręki kobiecej, co tym więcej podniosło ciekawość znalazcy.

— To ślad tej nimfy jasnowłosej! — mruknął wytężając całą swą uwagę na kilka pozostałych, urwanych wyrazów obrudzonej i zmiętej kartki. — Aha — szepnął sylabizując — „...jemnica, która cię o...” to zapewne: tajemnica, która cię osłania... „czułość twa i troskliwość...” „...wnane serce Kostia...” nieporównane serce Kostia.

Czorgut podciągnął brwi do góry i w zamyśleniu kiwał głową.

— Hm, hm — mruknął — to ważniejsza zdobycz, niżby się zdawało w pierwszej chwili. Pismo ręki kobiecej, poprawne, ozdobne... Miałżeby to być zabytek jeszcze z czasów starościca?...

Skądże znowu wzmianka o tej tajemnicy?... A do kogóż, u licha, mógł być pisany list cały?! — bił się z myślami, chowając kartkę do kieszeni.

Nagle gwałtownie wstrząsł głową i raźnie pomknął do góry.

— Na później wszystkie refleksje, teraz do poszukiwania samych dat — upominał sam siebie.

W kilka minut ujrzał się w niewielkim pokoju pierwszego piętra. Rozwarte drzwi po prawej stronie były zamknięte, Katylina pocisnął ozdobną mosiężną klamkę i uśmiechnął się z zadowolenia.

Czerwony pokój starosty stał otworem.

Katylina wstąpił śmiało na próg i stoczkiem powiódł dokoła. Mimo słabego oświecenia ujrzał się w wielkiej, amarantowym adamaszkiem obitej, licznymi obrazami obwieszonej sali. W jednym kącie, niedaleko okna, wpadało najpierw w oczy wielkie, staroświeckie biuro. Katylina wprost do niego skierował swe kroki i nagle głośny wydał wykrzyk. Biuro to wyglądało, jak gdyby zaledwie przed chwilą ktoś powstał koło niego. W kałamarzu widać było nie zaschnięty inkaust, wywrócona na pół piaseczniczka zdawała się świeżo używana, rozrzucony w nieładzie biały papier dopiero co rozrzynany. W dwóch dwuramiennych lichtarzach spoczywały widocznie niedawno jeszcze osadzone świece woskowe.

— Oho, jesteśmy, jak widać, w głównej kwaterze stracha jegomości — burknął z drwiącą junakierią.

— Ale przede wszystkim oświećmy się lepiej!

I to mówiąc zapalił kolejno wszystkie cztery świece woskowe.

— Teraz rozpatrzmy się dokładniej — dodał obzierając się dokoła z zwykłym swym wzgardliwym uśmiechem.

Wielka, ponura, bogato ozdobiona sala w wyraźniejszych przedstawiła się zarysach.

Katylina, mimo całej swej bezczelnej zuchwałości, przybrał nagle inny wyraz twarzy i pomimowolnym niejako ruchem sięgnął ręką za czapkę, która mu zawadiacko aż gdzieś daleko na lewe pochyliła się ucho.

Długim rzędem wzdłuż jednej szerokiej ściany wisiały olejne portrety kilkunastu z rodu Żwirskich, o drugą, w sztucznych piramidach, opierały się starożytne zbroje i wojenne trofea, resztę ścian jakieś dziwne, bezładne, fantastyczne okrywały ozdoby. W środku sali stał okrągły stół dębowy, porąbany i oszczerbiony ze wszystkich stron.

— To ślady szabli starosty — mruknął Katylina, przypominając sobie opowiadanie mandatariusza.

I z tak rzadkim u siebie wyrazem czci spojrzał na pobliski, wygodniejszy od innych fotel, skąd nieszczęśliwy starzec, co utratę ojczyzny przepłacił utratą rozumu, z swym wiecznym odzywał się protestem.

Katylina zadumał się na chwilę ponuro, ale wnet odezwała się w nim nieprzezwyciężona żyłka sarkastyczna.

— Diable jakieś nieszczęście miała ta dawna arystokracja polska. Z upadkiem ojczyzny jedni potracili imiona i sławy, drudzy majątki, inni rozumy. Nie lepiej to być sobie nowej daty dorobkowym arystokratą, tak niby z żydowskim berłydkiem albo ekonomskim batogiem w herbie, taki pewno nie straci nigdy ani poczciwej sławy, ani rozumu, i to według tej prostej zasady, według której goły nigdy nie potrzebuje się obawiać rozboju...

Po tej sarkastycznej uwadze wziął jeden kandelabr do ręki i przystąpił bliżej do wiszących na ścianie portretów. I zadrżał z lekka na widok wspaniałych postaci i twarzy, co tak jakoś smętnie, a majestatycznie wyzierały z swych ram, jak gdyby czuły i widziały dzisiejszy upadek i pognębienie ich drogiej puścizny.

Katylina, jakkolwiek na wskroś przesiąkł już zabójczym jadem sceptycyzmu, uczuł jakieś osobliwsze w swych piersiach wzruszenie. Zwiesił głowę na ramię i zamarzył smętnie. Dopiero po dobrej pauzie otrząsł się z zamyślenia i powolnym krokiem przesuwał się wzdłuż dalszego rzędu obrazów.

Przed czwartym od końca zatrzymał się znowu.

— Stąd podobno znam już z historii dzieje rodziny — szepnął. — To zapewne pradziad nieboszczyka starościca, Adam Żwirski, wojewoda ruski, co głównie przyczynił się do zwycięstwa pod Byczyną i pojmania rakuskiego kandydata. A to — ciągnął postępując o krok dalej.

— Hieronim Żwirski, kasztelan bełski, przyjaciel Jerzego Lubomirskiego, spólnik jego zwycięstw pod Częstochową i Mątwami i towarzysz późniejszej dobrowolnej banicji. Ten to Stefan Żwirski, wojewoda inflancki, co pod Gdańskiem padł w sprawie króla Stanisława ...

A tu — prawił, postępując jeszcze dalej — to już sam pan starosta, zapamiętały obrońca barszczanów, nieustraszony przeciwnik Targowicy, nieszczęśliwy szaleniec na starość...

— Ach! — krzyknął głośno i w tył odskoczył z zdziwienia czy przestrachu. — To nieboszczyk starościc! Ale skądże mi ta twarz tak znajoma, tak jakoś żywa w pamięci? — mruczał bijąc się w czoło i wpatrując się chciwie w tło obrazu.

Przedstawiał on średniego wieku mężczyznę, ponurej i dzikiej, ale dziwnie śmiałej i energicznej fizjonomii. Pod wypukłym, wyrazistym czołem iskrzyło się w głębokich jamach dwoje siwych, niespokojnych oczu; szeroko rozwarte nozdrza, silnie zaciśnięte usta, naprzód wychylona broda znamionowały charakter namiętny, zuchwały, nieugięty i przedsiębiorczy. Zdawało się, że człowiekowi temu nie mogło się zdawać nic niepodobnym, nic zanadtośmiałym lub dziwacznym.

Katylina stał jak wryty na miejscu.

— Niech mię licho porwie — mruknął wreszcie — ale ja twarz tę gdzieś już spotkałem w mym życiu... Ale gdzież, u diabła?! Tak żywo tkwi mi w pamięci. Znałżem kogoś tak podobnego? O nie, twarze tego rodzaju nie tak łatwo powtarzają się w dzisiejszych czasach.

I jakby chcąc przymusem skupić myśli i rozbudzić pamięć nieposłuszną, postąpił ku fotelowi nieboszczyka starosty i usiadł na nim w głębokim zamyśleniu, trąc ręką po czole. Nagle wzdrygnął się gwałtownie, wszystka krew ścięła mu się w żyłach, oddech zamarł w krtani.

Wszystkie malownicze postacie poruszyły się razem w jednej chwili i wszystkie groźnym, okropnym przeszyły go spojrzeniem. Adam, wojewoda ruski, surowego nasrożył marsa, Hieronim, kasztelan bełski, gniewnie przewracał oczy, Stefan, wojewoda inflancki, przygryzł wargi i nieustannie ruszał wąsem, a przedostatni, starosta, w jakiś przerażający uśmiechnął się sposób, podczas kiedy sam starościc z gwałtownym zamachem wyskoczył z swych ram i obcesem posunął się ku natrętowi...

Katylina czuł, że mu włosy kolcami najeżyły się na głowie, a zimne mrowie przenikało go od stóp do głowy. Zebrał wszystkie siły, aby jednym rzutem porwać się z fotelu i z głośnym krzykiem ratować się ucieczką. Skoczył rzeczywiście na równe nogi i krzyknął głośno, ale w tymże samym mgnieniu stanął osłupiały z zadziwienia i splunął z rubasznym wybuchem śmiechu.

Wszystkie obrazy wisiały martwe i nieporuszone na miejscu.

— Zdrzymałem się, widzę, na piękne! — zaśmiał się szyderczo. — Co to może niezdarna natura ludzka! Brakowało, żeby w tej chwili wszedł strach, na którego poluję, a gotów bym był co tchu drapnąć w nogi! Do kroćset piorunów! Skąd ja nagle przyszedłem do takich snów fantastycznych!

I jakby dla lepszego ocucenia się chciał tam i nazad przejść się po pokoju.

Nagle znowu drgnął z lekka, przystanął na miejscu i pilnie nadstawił uszu. Zdało mu się, że w drugim pokoju jakieś ciche, leciutkie ozwało się stąpanie.

— Ach! — szepnął przez zęby, przechylając się nieco za fotelem — teraz dopiero idzie strach prawdziwy!

Nim jeszcze doszepnął tych wyrazów, jakiś biały cień mignął mu przed oczyma, a po chwili zarysowała się w progu jakaś postać kobieca z małą latarką w ręku, w śnieżnej bieliźnie. Katylina aż oddech przytłumił w sobie i nie śmiał ani mrugnąć. Bo też strach ten nie był wcale taki, jakiego się spodziewał w swej zuchwałej niecierpliwości.

Lekkim i cichym, lubo pewnym i śmiałym krokiem weszła do tajemniczego pokoju młoda dziewczyna najstraszniejszej pod słońcem powierzchowności, bo prawdziwie anielskich wdzięków i powabów.

Zdawało się, że dopiero zerwała się z łóżka, bo wzburzone cokolwiek włosy w długich warkoczach spływały jej na ramiona, a wierzchnią część ciała osłaniał lekki kaftanik płócienny. Zatrzymała się na chwilkę w progu i ślicznym wyrazistym okiem niebieskim powiodła bystro dokoła. Nagle krzyknęła przeraźliwie, a mała latarka wypadła z brzękiem z jej drżących rączek. Oczy jej spotkały się w tej chwili z zuchwałym, iskrzącym wzrokiem Katyliny.

Chciała się cofnąć co tchu, ale tymczasem pomieszany w pierwszej chwili Katylina odzyskał już całą swą przytomność i zimną krew. Jednym susem wyskoczył naraz zza fotelu i przecinając odwrót wybladłej z przestrachu dziewczynie, silił się przybrać minę jakiegoś galanteryjnego ugrzecznienia, z którym nie bardzo było mu do twarzy.

— Nie lękaj się, pani, niczego, proszę — zawołał z galanteryjnym wygięciem ręki.

Młoda dziewczyna cofnęła się o krok w tył i jedno ramię wsparła o ścianę, drugie mimowolnie wyciągnęła przed siebie, jak gdyby się chciała bronić przed zbliżeniem natręta.

— Kto pan jesteś, czego pan chcesz? — wyszepnęła nad wyraz dźwięcznym, choć nieco niepewnym i drżącym głosem, wpatrując się w nieznajomego swymi cudnymi, szeroko z przestrachu rozwartymi oczyma.

Dwie gotowe do strzału lufy pistoletu nie byłyby pewno tak jakoś zmieszały i zachwiały Katylinę, jak to jedno spojrzenie młodej, bezbronnej, niespodziewanie zaskoczonej dziewczyny. Chciał coś prędko odpowiedzieć, ale mu się jakoś język zaplątał w gębie.

— Pani, ja... przyszedłem, jestem... nie, nie jestem złodziej! — wybełkotał wreszcie.

W tej chwili dziewczyna lekki wydała wykrzyk — i uśmiech nagłego spokoju rozlał się po jej twarzy.

Katylina obejrzał się mimowolnie i w innej stanął postawie.

W drzwiach od krętych schodów ukazała się olbrzymia postać Kostia Bulija, z którym niedawno w najciekawszym rozstaliśmy się miejscu. Stary kozak miał w tej chwili minę strasznie groźną i imponującą. Gęste brwi nasunął głęboko na oczy, wargi przygryzł surowo, a ręce zacisnął w kułak. Pomieszany wobec przestraszonej dziewczyny awanturnik Katylina powrócił do swego zwyczajnego, zuchwałego, wyzywającego wyrazu, a i drwiący, szyderczy uśmiech ukazał mu się znowu na ustach.

Kost' groźny i milczący posunął się naprzód, a lekkim poruszeniem ręki dał znak dziewczynie, aby wyszła z pokoju. Dziewczę zawahało się, jakby w jakiejś obawie tajemnej, ale Kost' powtórzył dobitnie swój znak i mruknął z naciskiem:

— Niech panna wyjdzie!

Dziewczyna krótką chwilkę zdawała się jesze walczyć z sobą, ale nagle szybko jak strzała pomknęła ku schodom.

Kost' i Katylina zostali sami.

Stary kozak stał niemy i nieruchomy na miejscu i zdawał się baczne mieć ucho na lekkie kroki zstępującej z schodów dziewczyny. Katylina tymczasem obrócił się spokojnie i gwiżdżąc przez zęby, wszedł na powrót do czerwonej sali i z najzimniejszą krwią zaczął zapalać sobie sygaro o pozostawioną na stole świecę.

Kost' Bulij, jeszcze groźniejszy, wszedł po chwili za nim.

Katylina spojrzał nań od niechcenia.

— Ho, ho! mój zacny przewoźnik — mruknął wesoło. — Przedwczoraj poczęstowaliście mię fajką tytoniu, może dziś za to przyjmiecie ode mnie sygaro — dodał wyciągając rękę z kilkoma sygarami.

Kost' jeszcze straszniej nasrożył czoło i postępując o krok naprzód, wybuchnął z gwałtownie dotąd powstrzymywanym impetem:

— Co tu robisz, czego tu chcesz?... ty!

Katylina obojętnie puścił spory kłąb dymu przed siebie.

— Pst, pst, bratku — odezwał się drwiąco, przykładając palec do nosa. — Tylko spokojnie, z flegmą, bez uniesienia.

— Czego tu chcesz? — krzyknął stary kozak jeszcze donośniej i znowu o krok postąpił dalej.

— Owa! — zaśmiał się szyderczo Katylina — szukasz okazji, jak widzę. Wrzeszczysz, bratku, że aż nieboszczyki poruszyli się na swych gwoździach.

Kost' mimowolnie rzucił okiem na ścianę obwieszoną portretami i w samej rzeczy przytłumił głos cokolwiek.

— Po co tu przyszedłeś, pytam — zapytał nie mniej groźnie.

Katylina zagwizdał swoim zwyczajem.

— Po to samo, po co i ty, bratku. Kozak aż drgnął cały, tak srogim na tę odpowiedź zakipiał gniewem.

— Ha, poczekaj, łotrze! Nauczę cię! — wrzasnął gromowym głosem i posunął naprzód.

Katylina zmarszczył brwi od niechcenia.

— Słuchaj no, drągalu — rzekł podnosząc głos cokolwiek — chcesz, widzę, oberwać po skórze.

— Przyszedłeś tu jako złodziej albo szpieg — piorunował Kost' dalej. — Ale poczekaj, odbierzesz swoją nagrodę!

Na twarz Katyliny lekki wystąpił rumieniec, z oczu gwałtowna strzeliła błyskawica.

— Złodziej albo szpieg! — mruknął i rzucając sygaro daleko na środek pokoju, ścisnął silnie pięść i stanął w postawie, jakby nagle chciał rzucić się na przeciwnika.

Kost' Bulij z niemą zaciekłością przygryzł wargi, oczy mu krwią, zaszły, a ręką sięgnął w zanadrze.

— Dam ja ci, ty sobacza, szpiegowska duszo! — huknął, a w ręku jego długi zabłysnął nóż.

Katylina cofnął się o krok w tył i zaśmiał się na całe gardło. Kost' mimo woli przystanął na miejscu, lufa pistoletu zagroziła mu o trzy kroki.

Katylina nie ustawał w swym rubasznym śmiechu.

— Dobry masz nóż, stary błaźnie, tylko trochę za krótki!

Stary kozak stał jak wryty, ale z oczu strzelały mu błyskawice, jakby mimo tak bliskiego niebezpieczeństwa kuli chciał rzucić się na przeciwnika.

Katylina usiadł spokojnie na pobliski fotel.

— Pogadamy — rzekł z flegmą — tylko bez gniewu, a porozumiemy się.

Kost' cały trząsł się od złości, ale nic nie odpowiedział.

Katylina, popalając sygaro, ciągnął dalej:

— Nazwałeś mię złodziejem lub szpiegiem, to wielka obelga, lecz pal cię diabli, nie mam do ciebie żalu, bo z pozoru mogłem zakrawać na coś podobnego, choć właściwie wszedłem do dworu jako przyjaciel i sprzymierzeniec.

— Przyjaciel i sprzymierzeniec? — mruknął Kost' przez zęby z szczególniejszym spojrzeniem.

— Tak, szanowny kluczniku, przybyłem strachowi Zaklętego Dworu wielką wyświadczyć przysługę.

Kost' coś niezrozumiale mruknął przez zęby.

— Przede wszystkim musisz jednak wiedzieć — prawił Katylina dalej — że w nadziemskie, innoświatowe strachy nie wierzę, toteż przygotowałem się tylko do rozmowy z ludźmi żyjącymi.

— Lecz czegóż pan chcesz? — zahuczał klucznik ledwie zrozumiale.

— Chcę pomówić poufnie z strachem, czyli właścicielem tajemnicy Zaklętego Dworu.

— Masz mię pan przed sobą.

— Ba, ba, ja nigdy nie lubię zaczynać od ogona tam, gdzie się spodziewam głowy.

— Tu prócz mnie, stróża i właściciela tego domu, nie ma nikogo więcej.

— Fiu, fiu! A ta bogini jasnowłosa?

— Nie widziałeś pan nikogo prócz mnie! — krzyknął stary kozak z jakimś rozpaczliwym naciskiem.

Katylina parsknął głośnym śmiechem i zapominając się, lufę pistoletu zbliżył ku ziemi. W tej chwili stary kozak szybko jak błyskawica rzucił się na niego, a chwytając jedną ręką za przechylony na bok pistolet, drugą porwał za gardło przeciwnika i wraz z fotelem powalił go na ziemię...

Katylina krzyknął dziko, ale zaskoczony znienacka, nie mógł utrzymać broni w ręku ani oprzeć się nagłemu napadowi. Po kilku chwilach gwałtownego pasowania się ujrzał się rozbrojonym i bezsilnie powalonym na ziemię. Olbrzymi klucznik oboma kolanami przykląkł mu na piersiach, wydarty pistolet rzucił daleko w kąt pokoju, a znowu ów długi, straszny nóż zabłysnął w jego ręku.

Katylina, mimo całej swej zuchwałej odwagi, uczuł zimny dreszcz po całym ciele. Oczy starego kozaka zaszły krwią, usta drgały konwulsyjnie, spoza silnie ściśniętych zębów toczyła się piana wściekłości, a cała fizjonomia jakiś dziki i okrutny przybrała wyraz.