Zaklęty Dwór/I/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


X. Nocna schadzka Zaklęty dwór • XI. Damazy Czorgut na nowym stanowisku • Walery Łoziński XII. Wyprawa na stracha
X. Nocna schadzka Zaklęty dwór
XI. Damazy Czorgut na nowym stanowisku
Walery Łoziński
XII. Wyprawa na stracha

DAMAZY CZORGUT NA NOWYM STANOWISKU

Choćbyśmy mieli zniechęcić sobie na zawsze którąś z ciekawszych naszych czytelniczek, nie możemy tu zaraz w ślad za starym klucznikiem pospieszyć do wnętrza Zaklętego Dworu.

Co gorsza, wzgląd na artystyczny układ naszej powieści każe nam cokolwiek wstecz cofnąć się w toku wypadków i przenieść na chwilę scenę działania pod dach znanego nam dworu w Oparkach.

Nasz dobry znajomy, pan Damazy Czorgut, lubo dopiero dzień jeden bawi w gościnie u swego świeżo odszukanego przyjaciela, zmienił się do niepoznania w całej swej postaci i oswoił się już zupełnie z swym nowym położeniem. Lichy i obszarpany ubiór wczorajszy zastąpiły wytworne suknie Juliusza, które acz na zupełnie inną skrojone miarę, musiały przecież jako tako zastosować się do figury nowego właściciela.

Były laik, a onegdajszy żołnierz, widzi się, jak mówi, po raz pierwszy od lat kilku w „futerale porządnego człowieka”.

Wszakże z przybraniem przyzwoitego stroju nie przybył mu bynajmniej przyzwoity wyraz fizjonomii, skromniejszy układ w obejściu. Ten sam co zawsze drwiący, zuchwały, wyzywający uśmiech igra mu na ustach, ta sama aż w bezczelność wpadająca pewność i swoboda przebija się w każdym ruchu i spojrzeniu.

Juliusz nie powrócił jeszcze z swej wizyty do Orkizowa, a pan Damazy siedzi najwygodniej rozparty na sofce w jego pokoju. Trzyma jakąś książkę w ręku, ale nie zdaje się czytać w tej chwili. Pociąga sporymi kłębami dym z wonnego sygara i w jakieś niezwykłe zapadł zamyślenie.

— Czort wie — mruknął po chwili półgłosem — jakie ja tu mam zajmować stanowisko. Jużci prostym pieczeniarzem być nie mogę, muszę koniecznie poddać się jakimś obowiązkom. Ale jakim? W tym sęk!... Jak mię na przykład mają tytułować tacy Gągolewscy, Girgilewicze?... Na wszelki wypadek muszę stać się użytecznym Grakchusowi... Najpierw zbadam tajemnicę tego Zaklętego Dworu, a po wtóre będę mu pomocnym w jego reformatorskich staraniach...

Ten z cicha prowadzony monolog przerwało nagłe wejście Filipa lokaja, który na palcach wsunął się do pokoju i z jakąś nie tajoną trwogą ukłonił się Katylinie.

— Czego chcesz? — zapytał pan Damazy surowo.

— Pan sędzia przyjechał w jakimś ważnym interesie do pana...

— Do mnie?

— Nie, do naszego pana...

— Więc cóż?

— Nie wiem, czy mam mu kazać zaczekać, czy prosić na inny raz.

— Zawołaj go tu, błaźnie — huknął pan Damazy po żołniersku i książkę odłożył na bok.

Za chwilę cichym lisim krokiem wsunął się nasz przezacny mandatariusz, pan Bonifacy Gągolewski.

Katylina ze swego siedzenia wyciągnął rękę i zawołał z impertynencką poufałością:

— Jak się masz, panie na Gągolach Gągolewski!

Mandatariusz ukłonił się nisko i tylko spode łba łypnął na swego niedawnego gościa. Spostrzegając zaś tak nagłą zmianę w całej jego postaci, przygryzł z lekka wargę i skwapliwie pochwycił za wyciągniętą ku sobie dłoń.

— Jak się ma magnifika i szanowny pan Chochelka? — pytał dalej Katylina z drwiącym naciskiem.

Pan mandatariusz zamiast odpowiedzi jeszcze raz ukłonił się uniżenie i znowu spode łba zerknął na mówiącego.

— A co tam powiesz nowego? — zagadywał dalej Katylina tonem z pańska lekceważącym.

— Przybyłem w ważnym interesie do samego pana — odpowiedział mandatariusz z ważną i tajemniczą miną.

— Zastajesz mnie w jego miejscu, łaskawco.

Pan Gągolewski zawahał się i jakby z niesmakiem poprawił czuprynę.

— Przybywam z pewnym sekretem.

— Fiu, fiu! — zagwizdał przez zęby Katylina.

Mandatariusz ściągnął brwi i mocniej przygryzł wargi.

— I cóż to tedy za sekret, mój dobrodzieju? — zapytał drwiąco Katylina dmąc mu prosto w nos spory kłąb dymu.

Pan mandatariusz nadął się do większej powagi i uroczystości.

— Jest to rzecz bardzo delikatna...

— A więc?

Mandatariusz zmieszał i zakłopotał się widocznie.

— Chciałbym pomówić o niej z samym panem — mruknął niezupełnie pewnym językiem.

Katylina rzucił się gwałtownie w swym siedzeniu i surowo schmurzył czoło:

— A cóż to, pan mię masz za szpiega? — zagrzmiał piorunującym głosem.

Pan mandatariusz aż o krok w tył cofnął się z przestrachu.

— Uchowaj Boże! — zawołał co żywo.

— A zatem, widząc we mnie poufnego przyjaciela swego jurysdatora, nie wiem, dlaczego tak tajemnicze stroisz miny.

Pan mandatariusz mało nie do krwi ukąsił się w język.

„A to jakiś szubienicznik pierwszego rzędu — pomyślał w duchu — ale niebezpiecznie go sobie zrażać!”

Katylina tymczasem na pół położył się na sofce, jak gdyby się do tym wygodniejszego przysposabiał posłuchania, i zawołał peremptorycznie:

— Słucham pana!...

Mandatariusz wzruszył ramionami z desperacką miną człowieka, który samochcąc w przykre wwikłał się położenie.

— Zdradzam tajemnicę urzędową — mruknął jeszcze jakby na ostatnią wymówkę.

Katylina wzgardliwie tylko machnął ręką.

„A to jakiś łotr nad łotrami...” pomyślał mandatariusz zaciskając zęby. Ale z tym wszystkim nie śmiał już sprzeciwiać się dłużej. Przyjaciel dziedzica imponował mu więcej niż sam dziedzic.

— Przede wszystkim jednak proszę o jak największy sekret pod słowem honoru — ozwał się jeszcze zamiast wstępnej przedmowy.

Katylina ruszył sobą niecierpliwie.

— Kaduczny z ciebie nudziarz, panie Gągolewski — mruknął niechętnie.

— Ależ powiadam panu, zdradzam tajemnicę urzędową...

— Wielkie rzeczy!

— Ryzykuję mój dekret...

— Dajże pan pokój, czy jedno to już w swoim życiu ryzykowałeś! — odciął Katylina z nowym wzgardliwym poruszeniem ramion.

Mandatariusz aż do krwi ugryzł się w wargi, kułak zacisnął, jak mógł najsilniej, a w duchu pomyślał: „Poczekaj, oczajduszo, żebyś ty się raz dostał w moje ręce, powąchałbyś diable pismo nosem”.

Katylina nie uważał bynajmniej na nieme ruchy mandatariusza, ale jakby przeczuł jego tajemny monolog, rzucił z takim impetem nie dopalone sygaro wprost przed siebie, że zaperzony mandatariusz z wielką tylko biedą nos swój uchronił od szwanku.

Katylina parsknął rubasznym śmiechem.

— Przepraszam pana — rzekł od niechcenia. — Ale czemuż pan nie siadasz i nie zaczynasz nareszcie?...

Pan mandatariusz w złym humorze usiadł na pobliski fotel, krząknął, kaszlnął i potężnie zatrąbił nosem.

— Musisz pan wiedzieć — rzekł zniżając głos do najcichszego szeptu — że jak żaden mandatariusz posiadam względy i zachowanie starosty cyrkularnego...

Katylina zrobił gest, którego trudno było odgadnąć znaczenie.

Mandatariusz nie zrażony ciągnął dalej:

— Otóż czasami, w pewnych szczególnych wypadkach, otrzymuję poufne zlecenie, ad personam.

— Hm, hm — mruknął Katylina.

Mandatariusz uśmiechnął się przebiegle i przymrużył jedno oko.

— Aby jako tako utrzymać się na nogach, potrzeba być jak piskorz, panie dobrodzieju.

— Bez morałów, ad rem — upominał Katylina.

— Otóż uważa pan dobrodziej, wczoraj był u mnie landsdragon Kraxelhuber i przywiózł mi dwa mandaty. W jednym szczególniejsze daje mi cyrkuł zlecenie.

— Każe może panu napisać rozprawę, jak się najzręczniej zdziera chłopów! — przerwał Katylina z rubasznym śmiechem.

Mandatariusz żachnął się urażony.

— Czy to pan do mnie stosuje? — zapytał.

Katylina wzruszył ramionami.

— At — mruknął niedbale — exempla sunt odiosa!

Mandatariusz zadowolił się tą odpowiedzią, choć jak w rogu nie pojmował jej znaczenia.

— Wyobraź sobie pan dobrodziej — zaczął po chwili, przezwyciężając po chwili swój kwaśny humor — historie o Zaklętym Dworze doniosły się do wiedzy cyrkułu.

— Ach — mruknął Katylina.

Mandatariusz dla większej powagi brwi podciągnął do góry i palec wygiął naprzód.

— Landsdragon Kraxelhuber przywiózł mi nakaz, abym w przeciągu trzech dni przedłożył panu komisarzowi obszerne i szczegółowe sprawozdanie, skąd właściwie powstały te dziwaczne wieści, jakie lud prosty przywiązuje do nich znaczenie i jakie jest moje własne o tym wszystkim zdanie.

Katylina zamyślił się i zmarszczył czoło.

— Pan tedy przyjechałeś? — zapytał po chwili.

— Porozumieć się z dziedzicem, jak się najlepiej wywiązać z tego zadania — dokończył mandatariusz z pewnym patetycznym naciskiem.

Katylina w zamyśleniu zabębnił sobie po stole.

— Nie troszcz się pan o to — przemówił po krótkiej pauzie — ja pana zastąpię w tej mierze...

— Jak to? — zapytał mandatariusz, niezmiernie wybałuszając oczy.

— Wypracuję za pana całe to sprawozdanie.

— Za mnie?

— Pan tylko podpiszesz.

Pan mandatariusz znowu brwi podsunął w górę.

— Ja podlegam cyrkułowi — mruknął jakby demonstrując.

— Pan pobierasz płacę od dziedzica — odciął krótko.

— Cyrkuł może mi dać nosa, może...

Katylina parsknął głośnym śmiechem.

— Dziedzic może pana napędzić na cztery wiatry, nim jeszcze będziesz miał czas namyśleć się nad sprawozdaniem — odpowiedział z impertynencką stanowczością.

Mandatariusz nabiegł krwią na twarzy, ale cały swój gniew i przestrach zawarł tylko w silne ściśnięcie zębów i w ukośne jadowite spojrzenie.

Katylina nie zważał na to bynajmniej.

— Skończyliśmy w tej materii — zadecydował stanowczo — poczekasz pan chwilkę, ja panu prędko wypracuję całe podanie. Ale teraz masz mi pan jeszcze coś powiedzieć.

— Jeszcze coś?

— Otrzymałeś przecie dwa poufne zlecenia.

Mandatariusz poruszył się niespokojnie na miejscu.

— To drugie jest jeszcze delikatniejszej natury... — mruknął ocierając czoło, które zaczynało pocić się niepospolicie.

— Tym lepiej — odparł Katylina krótko.

Mandatariusz zakrztusił się, jakby, przełykając ślinkę, na jakąś twardą natrafił zaporę.

— Nie ma rady z tym oczajduszą — szepnął z cicha.

— A więc — nacierał tymczasem Katylina.

Mandatariusz pochylił głowę z rezygnacją.

— Drugi mandat jeszcze ważniejszy i sekretniejszy — przemówił po chwili z uroczystą miną — nakazuje wielką baczność i gorliwość w przestrzeganiu przepisów policyjnych. Powzięto wiadomość, że niepoprawne nigdy stronnictwo, unverbesserliche Partei — pomógł sobie po niemiecku — gotuje nowe dla kraju klęski.

— Oho! — mruknął Katylina, z wielkim przysłuchując się zajęciem.

Mandatariusz zniżył głos, podciągnął brwi aż pod samą czuprynę, jeden palec wyciągnął w równej linii z nosem i prawił dalej poważnie i tajemniczo:

— Emisariusze mają kręcić się po całym kraju.

Katylina zagwizdał z cicha przez zęby.

— Starają się wszędzie pozyskiwać chłopów, kaptować obywateli, księży i oficjalistów prywatnych.

Tu urwał nagle czcigodny mandatariusz i spode łba zerknął na Katylinę. I w tej samej chwili jakieś szczególniejsze powstało w nim podejrzenie.

— Ej — szepnął z cicha — czy też ten wisus nie jest jednym z takich ptaszków!

Katylinę zniecierpliwiła nagła przerwa.

— Cóż dalej? — zapytał prędko.

— Ufając w zdrowy rozsądek, wierność i lojalność wszystkich zacniejszych mieszkańców, niewiele lękamy się tych nowych, zbrodniczych machinacji...

— Nowych zbrodniczych machinacji... — powtórzył Katylina z szczególnym naciskiem.

— Ale... — zaczął znowu mandatariusz.

— Ale?

— Mogliby się łatwo znaleźć ludzie niedoświadczonej głowy lub przewrotnego usposobienia, na których podobne zręczne, acz niegodne poduszczenia potrafiłyby zgubny wywrzeć wpływ...

— A zatem? — poderwał Katylina niecierpliwie.

— Nakazano czuwać pilnie wszystkim władzom bezpieczeństwa, aby w razie pojawienia się jakiegoś emisariusza w okolicy... takowego... — ciągnął urzędowym stylem.

— Takowego... — podchwycił Katylina z szyderczym naciskiem.

— Schwytać i niezwłocznie odstawić do władzy.

— Nie żarty! — mruknął Katylina nie zmieniając z tonu.

Mandatariusz głowę pochylił na piersi.

— Smutne czasy — szepnął.

Katylina wpadł w jakieś nagłe zamyślenie.

— I po cóż pan z tym drugim mandatem przybyłeś do Juliusza? — zapytał mandatariusza, bystro patrząc mu w oczy.

Pan Gągolewski rzucił głowę w tył z zdziwioną miną.

— Chciałem go się poradzić... — mruknął.

— Jak to poradzić?

Mandatariusz z niesmakiem głową pokręcił na bok.

— Nie wiem, jak działać w takich razach... to jest, jak sobie postępować... właściwie, jakie jest zdanie polityczne pana Juliusza — plótł bez związku i sensu.

Czorgut żachnął się niecierpliwie.

— Czy pan chcesz udawać łotra, czy durnia, panie Gągolewski? — zapytał swym zwykłym wyzywającym, bezwzględnym tonem.

Pan mandatariusz jakby cały skąpał się w ukropie.

— Panie dobrodzieju... — zawołał podnosząc się z krzesła.

Katylina nie patrzył na niego wcale.

— Albo może panu nie dość na jednym albo na drugim i chcesz być obojem naraz?...

— Ależ, panie łaskawy!... — zawołał mandatariusz w walce między oburzeniem a podłą uległością.

— Idźże pan do sto diabłów! — przerwał Katylina tym samym tonem. — Któryż człowiek, co nie łotr ani dureń, potrzebuje rady w podobnych sprawach! Robi, jak mu własne sumienie każe, i kwita.

Mandatariusz ściągnął prędko brwi.

W swej przebiegłości pojął od razu znaczenie impertynenckich słów Katyliny. Przytłumił w sobie gwałtownie kipiącą złość i niezręcznie do obleśnego zmuszając się śmiechu, odpowiedział z źle udaną spokojnością:

— Pan mię nie rozumiesz... Wiem ci ja dobrze, co się zgadza z sumieniem i honorem... ale właściwie co innego miałem na myśli.

— I cóż takiego? — zapytał wzgardliwie Katylina.

Mandatariusz do jakiegoś nagłego przynaglił się postanowienia.

— Chciałem tylko tym sposobem dać delikatnie do zrozumienia, czy nie zagraża panu samemu jakie niebezpieczeństwo.

Katylina parsknął głośnym śmiechem.

— Jeśli panu o to chodzi, to napisz śmiało w swojej relacji, że nie znasz w swoim dominium żadnego podejrzanego człowieka, chyba Damazego Czorguta, abszytowanego żołnierza z pułku hrabi Hartmann.

Mandatariusz ukłonił się w milczeniu.

— A teraz poczekaj pan — ciągnął Katylina dalej — napiszę panu prędko odpowiedź na pierwszy mandat cyrkularny.

I siadając prędko przy biurku Juliusza, zaczął pisać coś z niesłychanym pośpiechem.

Mandatariusz pilnie przypatrywał mu się z boku, a wzruszając ramionami z politowaniem, mruknął przez zęby:

— Ten urwisz myśli, że to tak łatwo skoncypować doniesienie do cyrkułu!...

Już to każdy mandatariusz miał się za najzdatniejszą głowę pod słońcem i utrzymywał głośno i bezwzględnie, że dobry koncept urzędowy „to, panie, nie lada poezja, powieść albo dykteryjka!”

Katylina w kilkanaście minut skończył swój wyrób.

— Odczytaj pan — rzekł podając go, mokry jeszcze, mandatariuszowi.

Pan Gągolewski zaczął czytać, a im dalej szedł oczyma, w tym większe jakieś wpadał zdumienie.

„Niech go wszyscy diabli wezmą! Ten urwisz musi być koniecznie mandatariuszem. Fiu, fiu, jaki koncept, żaden wyższy urzędnik cyrkularny nie mógłby się go powstydzić”.

Wyższy urzędnik cyrkularny tworzył w wyobrażeniach mandatariusza najwyższą potęgę umysłowych zdolności.

— Skończyliśmy z sobą na dzisiaj — ozwał się Katylina.

Mandatariusz powstał z ukłonem.

Czorgut przystąpił bliżej do niego i położył mu rękę na ramieniu.

— Panie Gągolewski — rzekł mu poufale — bądźmy przyjaciółmi. Przede wszystkim jednak nie zapominaj pan, że teraz działam za Juliusza, a ze mną trochę trudniejsza sprawa niż z moim rozmarzonym zawsze przyjacielem. Do widzenia, panie Gągolewski, sługa pana uniżony. Jeszcze raz mówię panu, bądźmy przyjaciółmi i dogadzajmy jeden drugiemu, bo jak się powaśnimy, to, dalibóg, za ciasno będzie jednemu z nas!

Mandatariusz jakieś niezrozumiałe bełkotał słowa, kłaniał się bezustannie i wyszedł z pokoju, zbity z terminu jak nigdy.

— To łotr nad łotrami! okropnie niebezpieczne indywiduum! — mruczał w drugim pokoju. — Powiedziałem zaraz, że trzeba się mieć na ostrożności! Katylina tymczasem rozparł się na powrót na sofce i wesoło zatarł ręce.

— Zacząłem dzisiaj pierwszą funkcję, a czuję, że się diablo stanę dogodnym Juliuszowi.

— Czy można? — ozwał się w tej chwili głos z drugiego pokoju i pojawiły się we drzwiach nastrzępione wąsy i czerwona facjata ekonoma Girgilewicza.

— Ho, ho — mruknął Katylina — otóż i drugi z kolei.

— Proszę — zawołał głośno.

Czcigodny ekonom buczalskiego klucza wszedł do pokoju nieśmiało i niezgrabnie i z rozdziawioną gębą obejrzał się zwykłym swym łakomym wzrokiem dokoła. Widząc tak wielką zmianę w powierzchowności niedawnego obdartusa, więcej jeszcze rozdziawił gębę, wybałuszył oczy i ukłonił się, jak mógł najniżej.

— Ach, pan Girgilewicz — zawołał wesoło Katylina — witamy, witamy.

— Całuję stopy pana rządcy dobrodzieja.

Ekonomskim swym instynktem pan Girgilewicz znalazł już i odpowiedni tytuł dla przyjaciela dziedzica.

— Nie zastałem jasnego pana — przemówił po chwili.

Pan Girgilewicz tytułował Juliusza ciągle jasnym panem, choć ten wszelkimi siłami bronił się przeciw temu przydomkowi. „Byłby to przecie despekt dla mnie — mawiał stary ekonom — abym służył u dziedzica, który nie jest jaśnie wielmożnym!”

— Z czymże pan przybywasz? — zapytał Katylina.

— Z raportem tygodniowym.

Katylina wziął do ręki podany papier i nie rzuciwszy nawet okiem, położył na boku.

Girgilewicz nadął się i napuszył na taki dowód zaufania.

— Niech pan siada, panie Girgilewicz — mruknął Katylina niedbale, zapalając sobie nowe cygaro.

Girgilewicz usiadł na sam róg fotelu.

Katylina wypuścił spory kłąb dymu i zapytał jakby od niechcenia:

— Ile też mniej więcej niesie rocznie folwark buczalski?

— Jak do roku, panie dobrodzieju.

— Ale tak, mówię, mniej więcej, przeciętnie?...

Pan Girgilewicz z arcyważną miną potarł się po czole.

— Tak niby przy dzisiejszych cenach trzy tysiące, taj tylko — odsapał po chwili.

— To źle — szepnął Katylina.

— Źle? — wycedził Girgilewicz, prawdziwie po ekonomsku wytrzeszczając oczy.

— Musi być więcej! — mruknął Katylina stanowczo.

— Jak to więcej?

— Mówię, że na przyszłość musi być więcej.

— Dałby Pan Bóg.

Katylina cały prawie schował się w gęstej chmurze dymu.

— To będzie więcej od pana zależało niż od Boga.

Pan Girgilewicz na znak zapytania okropnie rozdziawił gębę.

— Krótko mówiąc, panie na Giergołach Girgilewiczu — ciągnął dalej Katylina z zwykłą swą impertynencką poufałością — jeśli teraz czynią Buczały w przecięciu trzy tysiące, to na przyszłość muszą, nieść cztery tysiące.

— Nie rozumiem pana dobrodzieja, taj tylko — wybąknął Girgilewicz.

— Aj, rozumiesz, rozumiesz, łaskawco, tylko umyślnie udajesz głupca.

— Broń Boże, taj tylko.

— Nie udajesz? — podchwycił Katylina złośliwie.

Pan Girgilewicz zaprzeczył z jak najdobitniejszą stanowczością.

Katylina wzruszył ramionami.

— Ha, więc wytłumaczę się panu wyraźniej — rzekł kategorycznie. — Jak pan nie postarasz się o podniesienie dochodów buczalskich, to kto inny podejmie się tej próby.

— Taj tylko — wybąknął Girgilewicz machinalnie.

Katylina przystąpił bliżej ku niemu i rzekł mu z rubaszną poufałością:

— At, panie Girgilewiczu, my znamy się jak łyse konie...

Girgilewicz zgłupiał do reszty na ten zwrot niespodziewany.

— To jest... to... taj tylko — wybełkotał.

— Ho, ho — prawił Katylina wesoło dalej — obadwajśmy, jak to mówią, szpakami karmieni.

Girgilewicz pocił się a pocił, aż litość zbierała, a prócz swego nieszczęsnego „taj tylko” jak na złość żadne inne słowo nie nasuwało mu się na język.

— Jestem pewny, pan mię pojmujesz, chodzi tu o to, aby albo podnieść dochody z Buczał, albo złożyć rachunki i ustąpić z posady.

Girgilewicz otarł pot z czoła i nic nie odpowiedział.

— No, przecieśmy się jakoś porozumieli — mruknął Katylina odetchnąwszy. — A teraz do widzenia się, kochany panie Giergoło Girgilewiczu! — dodał ściskając biedną swą ofiarę kordialnie za rękę.

Pan Girgilewicz wyszedł skonfundowany i skonsternowany i podobnie jak mandatariusz dopiero w drugim pokoju wybuchnął przytłumionym gniewem:

— Łotr, oczajdusza na wielki kamień, taj tylko.

Katylina po wyjściu ekonoma powalił się znużony na sofkę i zacierając ręce mruknął z zadowoleniem:

— Powiedziałem, że się przydam na coś memu Grakchusowi. On nigdy nie dałby sobie rady z tymi ludźmi. Ależ bierz cię licho, szesnaście folwarków, szesnastu ekonomów i z każdym z osobna pogadać mądre słówko! Ba, nie wszyscy znowu będą tacy Girgilewicze! — pocieszył się na ostatek.

Śród tego turkot rozległ się na dziedzińcu. Grakchus powrócił z swych odwiedzin w Orkizowie.