Zając (Dygasiński, 1900)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Rozdział XVI
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVI.


Szafarz, pożegnawszy Chyleckiego, pędził do oficyny, jak gdyby go ścigało widmo tyfusu plamistego.
Izba, którą pan Kacper zamieszkiwał, sądząc z panującej tu woni przypominała aptekę, szpital, a urządzenie jej wyglądało niby namiot jakiego wodza północnego plemienia, żyjącego z polowania. Rogi i łby sarn, jeleni, łosiów, wisiały na ścianach; kły dzików poniewierały się po stole; skóry rozmaitych zwierząt zaściełały łóżko, rozpościerały się przy drzwiach, łóżku, a jedna — rysia — zdobiła ścianę nad łóżkiem. Znać też tu było zamożność gospodarza w odzież futrzaną, począwszy od czapek, kołnierzy, rękawów, a kończąc na butach.
Na szafie, między sobolem i gronostajem, stał wypchany pies jamnik. Ponad łóżkiem krzyżowała się na ścianie dubeltówka z pojedynką-skałkówką, obok nich wisiał kordelas w oprawie z rogu jeleniego, toporek, krócica, ładownica itd. Szafka z półkami i szuflada w stoliku — obie pod kluczem — były to magazyny narzędzi, przyborów myśliwskich. W pierwszej znajdowały się bardzo starannie oczyszczone różne żelaza używane do łowienia dzikich zwierząt: kapkany, żelaza karkowe, denkowe; w drugiej znowu — pudełeczka, słoiki, jakieś torebki, papierki z proszkami, a wszystko to zaopatrzone w napisy: nux vomica, radix violae odoratore, oleum cascarillae itd. Razem z tymi przyborami leżały w szufladzie różne recepty, przepisy, notatki, dotyczące wyrabiania prochu, kul, szrótu, — przysposabiania odwiatrów, obwłóczek i zanęt.
Każdy łatwo mógł powziąć przekonanie, że szafarz morzelański szeroko uprawiał niegdyś sztukę myśliwską.
Było około 9 — 10 przed północą, kiedy wszedł do tej swojej kotliny, zapalił lampę, wyjrzał oknem i bardzo starannie zamknął okienicę. Nim jeszcze zdjął czapkę, zbliżył się do framugi w ścianie i wziął z półki flaszkę, na której czytałeś napis „Tinctura valerianae“. Spojrzał wokoło wzrokiem bojaźliwym, ale tylko martwe oczy łbów i skór zwierzęcych spoglądały nań w milczeniu. Mocnem wstrząśnieniem zamącił płyn w flaszce i pociągnął łyk spory. Skrzywił się, mlasnął językiem, postawił flaszkę we framudze i zaczął raźnym krokiem chodzić po izbie — od drzwi do okna i napowrót. Pewnie z 5 minut trwała ta przechadzka, poczem szafarz znowu się znalazł przy framudze, znowu łyknął z flaszki i znowu przebiegał izbę. Ale tym razem chodził powolniej, a trzymał się prosto, sztywnie, starał się widocznie, aby zachować taką postawę. Kiedy trzeci raz zajrzał do flaszki, twarz filetowa zrobiła się karmazynową, postawa jego była jeszcze sztywniejsza, a chodził tak, jakby mu podeszwy co chwila lgnęły do podłogi.
— Źleee! O, źle! — mówił do siebie — tyfus plamisty! Tego tylko jeszcze było potrzeba... Strzelec nic nie robi, przepuścił dubeltówkę, pozwala kraść. Kucharz łże, wybiera na obiad tyle, że rotę nakarmić można... Cóż z tego, kiedy wszyscy widzą tylko szafarza?.. Ja jeden jestem solą w oku... Prześladowanie!
Poszedł do framugi, łyknął po raz czwarty i teraz już wcale nie mógł chodzić. Stanął nad łóżkiem, kiwał się i patrząc w ślepie rysiego łba, mówił z uśmiechem:
— Myślisz, żem pijany?
Obrócił się do szafy, groził palcem wypchanemu jamnikowi i bełkotał:
— Czego się na mnie patrzysz?
Usiłował stać prosto, wzniósł głowę, spoglądał po zawieszonych na ścianach łbach zwierząt i zapytywał:
— Kto powiedział, żem się upił?
Jednakże siły go widać opuszczały, sztywność zaczęła znikać i, mimo usiłowania, nie mógł prosto ustać na nogach, wyglądał jak człowiek, który nieustannie oddaje pokłony, a coraz niewyraźniej mruczał:
— Co?.. Upił się?.. Eee, nikt go pijanego na oczy nie widział!... Do piątego razu waleryana — rozumiesz?.. A zawsze człowiek na swojem miejscu!... Kto widział, żebym się zataczał?.. Kucharz?.. Duureń!. Mam nogi-co?.. Niczem ta kobyła Kiebella!... Ooo, tak się stoi! Do góry nos!
Naraz kiwnął się, o mało nie upadł, i siadł na łóżku z takim rozmachem, że deski pod spodem wypadły z niezmiernym łoskotem, a szafarz wierzgnął w powietrzu nogami i złamany we dwoje spoczął w dziurze łóżka. Teraz wybełkotał tylko: „A zawsze człowiek jest na swojem miejscu“... I usnął.
Kacper Kulik, z przydomkiem Zdrojewski, pochodził także z Malwicz i ze szlachty zagonowej. W latach młodzieńczych gdzieś się był zawieruszył, a kiedy w jakichś lat 12 wrócił do wsi rodzinnej, zastał rodziców już na cmentarzu i przekonał się, że mu po nich, oprócz życia, nic nie pozostało.
Właśnie na ten czas żenił się Jasiek Tetera z Florą i na wesele, między innymi, zaproszono także Kacpra Kulika-Zdrojewskiego, który w Malwiczach już się odrazu dał poznać jako nadzwyczajny tancerz, człowiek w towarzystwie obyty i wesoły. Po weselu zaś bywał częstym — prawie codziennym — gościem w domu małżonków Teterów tak, że ludzie zaczęli między sobą szeptać, posądzając go o zbyt wielkie przywiązanie do Flory. Szeptali więcej jeszcze, kiedy na świat przyszła Marynia Teterzanka. Nareszcie miał wybuchnąć dramat małżeński, który męża Flory pozbawił jednego oka, a Kacpra Kulika odstręczył raz na zawsze od domu Teterów. Dramat małżeński — podług zeznań starej Maciejowej — polegał na tem, że Jasiek zbił Kacpra, o mało mu nie połamał żeber, a Jaśka znowu zbiła Flora. „Ona, co była wszystkiemu najgłówniej winna, jednego włosa nie straciła z głowy.“
Kulik jeszcze jakiś czas pozostawał we wsi, dowodząc każdemu, kogo tu spotkał: „Ja dla siebie w Malwiczach nie widzę żadnego pola!“
Szlachcice zagonowi zgadzali się na to i jaki taki wskazywał sąsiednie Morzelany, gdzie przy pańskim dworze, potrzebującym bardzo licznej służby, było szerokie pole dla człowieka z umysłowemi zaletami Kulika. Poparty przez kogoś, dostał posadę „namiestnika“, jak mówią w tych okolicach, t. j. gumiennego. Zdolności jego, sprężystość i uczciwość znalazły uznanie. Cóż kiedy Kacper Kulik-Zdrojewski zaczął się codziennie upijać! Mocno pijanego spotkał raz na gumnie sam pan dziedzic, który miał słabość do Kacpra, lubił go jako celnego strzelca i zręcznego myśliwego; ale nie znosił służących pijaków i teraz postanowił sobie dać namiestnikowi naukę:
— Słuchaj-no ty! — powiada, na bok go wziąwszy, — chodzisz mi coś na nie swoich nogach.
Skłonił się Kacper i rzecze:
— Klimat północny, jaśnie panie, ciężko zaszkodził człowiekowi na zdrowiu. Darcie mam w krzyżach, w nogach — oo!
Pana złość porwała, że ten tak łże w żywe oczy.
— Głupiś z klimatem północnym! — zawołał, — urżnąłeś się jak nieboskie stworzenie, na nogach ustać nie możesz! Najgorsza, że to nie po raz pierwszy.
Kulik się nizko ukłonił, milczał, a pan dziedzic dalej:
— Teraz wybieraj jedno z dwojga: albo — precz ze służby, albo mi tu przyrzeknij, daj słowo, że od dzisiaj pić przestaniesz!
Więc namiestnik w pokorę i przyrzekł, dał słowo: „Od dzisiaj, jaśnie panie, nikt mię już w Morzelanach pijanego nie zobaczy!“
— Pamiętaj-że sobie! — mówi dziedzic — nałóg pijaństwa ogromnie człowieka poniża, poprostu mówiąc, robi z niego świnię.
I na tem się skończyło.
Ale Kulik w żaden sposób nie mógł się powstrzymać od picia gorzałki, ponieważ miał nałóg, a swoją drogą chciał dziedzicowi koniecznie dotrzymać słowa.
Teraz jak najusilniej dbał o to, żeby go nikt nigdy nie widział pijanego. Następnie gorzałki za nic w świecie nie wziąłby do ust i pijał tylko waleryanę, której znosić nie mógł, przeto ją zażywał w gorzałce.
Oprócz tego, pamiętał dobrze słowa dziedzica, że „pijaństwo poniża“ i dokładał wszelkich usiłowań, ażeby zawsze nosić głowę do góry, trzymać się sztywnie, chodzić prosto, poważnie, z godnością, w czem nabrał ogromnej wprawy.
W kilka lat potem umarł stary szafarz dworski i, ku wielkiej zazdrości różnych dworaków, opróżnione a ponętne stanowisko zajął namiestnik Kulik, powszechnie odtąd nazywany panem Kacprem.
Jakże on się teraz musiał wystrzegać, aby na jaw nie wyszło jego pijaństwo! Ha, na tym świecie niema róż bez kolców! „Wszystko to naokoło psy nie ludzie!“
Chociaż się schronił do swej kotliny, podpatrywano go i tutaj. Jako szafarz, musiał zaniechać polowania: często głodny gość jaki zajeżdżał do dworu i należało wydawać dla niego z szafarni. A kucharz „ten podszczuwacz, żmija“ chadzał sobie na polowanie: miał podwładnych, starszych i młodszych kuchcików, którymi się wyręczał. Ta okoliczność stanowiła może nawet pierwszy tajemny powód zatargu szafarni z kuchnią. Od samego początku nie było sympatyi: jeden drugiego szpikował.
Później, zupełnie niepotrzebnie, wybuchnęła otwarta wojna, która zatruła szafarzowi życie, popchnęła na drogę mizantropii.
Istotny początek tej otwartej walki, nie przebierającej w środkach, był taki: jednego dnia zdechł osieł, będący na posługach ogrodnika i ktoś taki zawinął w papier parę oślich uszu, położył napis, „uszy Filipa kucharza“, i paczkę tę podrzucono w kuchni. Trzeba zaś wiedzieć, że Filipa rzeczywiście miano za osła, ponieważ, mimo nadzwyczajnych wysiłków, nie mógł się nauczyć pisać, i wszelkie piśmienne projekta śniadań, obiadów, kolacyj, przedstawiane pani dziedziczce, wykonywał starszy kuchcik. Była to tajemnica, a Filip dokładał starań, aby nieudolność jego pisarska nigdy nie wyszła za progi kuchni. Tymczasem teraz, z powodu podrzuconych oślich uszu, wszyscy ludzie przy dworze zabrali się namiętnie do badania i krytykowania umysłowych zdolności Filipa. Panna, z którą się kucharz już był zaręczył, odmówiła mu swej ręki, mówiąc:
— Ludzie wyśmiewaliby się ze mnie, że mam męża osła.
Nic więc dziwnego, że kucharz zakipiał zemstą i całą podwładną sobie czeladź kuchenną pobudził do wytropienia sprawcy owego figla z oślemi uszyma. Wieści, obwieszczane przez kuchcików i dziewki, powszechnie ukazywały szafarza, który z powodu oślich uszu jakoby radował się niezmiernie i miał „pękać od śmiechu“. Oczywiście, odgrywały tu wielką rolę żale i urazy do Kacpra za zbyt skąpe porcye dla ludzi, będących „na drugim i trzecim stole“.
Zły, zgoryczony kucharz z papierosem w ustach poszedł do szafarni wybierać na obiad, wiodąc tu za sobą trzech kuchcików i dwóch psów, co już stanowiło manifestacyę.
— Spojrzałem tylko i odrazu zrozumiałem, że szuka zaczepki, — opowiadał później Kacper felczerowi.
— Psy w szafarni!...
Następnie kucharz, puszczając szafarzowi prosto w nos dym z papierosa, zażądał tak wielkiej ilości cukru, masła, mięsa, rodzynków, migdałów i cytryn, że szafarz zapytał:
— Zapewne cały dwór wyjeżdża z tym obiadem na tydzień do puszczy?
Pan Filip w odpowiedzi puścił ogromny kłąb dymu i szafarz zaczął raz po razu kichać, a kuchciki — w śmiech, aż się kładli od śmiechu.
Kiedy się już pan Kacper nakichał, wytarł nos w kraciastą chustkę i, śmiało patrząc kucharzowi w oczy rzekł:
— Szlachcic uczy konia moresu ostrogą, psa — sforą, a chłopa — batem; ale bata jak raz nie mam przy sobie, i ty, chamie, Bogu za to podziękuj!
Zawrzał kucharz, jednak nie rzucił się na szafarza, gdyż ten wziął w rękę tasak i tak nim rąbnął, że przeciął na połówki ogromną szynkę wieprzową, co miało znaczyć: „Nie igraj ze mną!
Drąc koty z kucharzem, pan Kacper samotniał, a samotniejąc, dochodził do przekonania, że trunek jest dobrym przyjacielem i zaczął się nurzać w grzechu pijaństwa bezwzględnie. Żył dla tej jednej namiętności głównie, znikał w niej i powoli zaczął cenić życie o tyle, o ile się mógł z dnia na dzień upić.
Spełniał sumiennie swoje obowiązki, ale prawdziwie kochał tylko swój nałóg, a wszystko inne uważał za dodatek. Oh, jak on czasem gorąco pragnął kieliszka wódki!...
A jednak, kiedy kucharz przychodził wybierać na obiad, szafarz był zawsze na-czczo, trzeźwiuteńki, jak nowo-narodzone dziecko. On się nawet wycierał kamforą, olejkiem miętowym, aby przypadkiem woń ostatniego pijaństwa nie podrażniła węchu Filipa.
I tak żył sam-na-sam z tą swoją tajemnicą, maskując ją przed ludźmi to waleryaną, to kamforą, to cierpieniami z klimatu północnego. Stawał się podejrzliwym, bojaźliwym, widział naokoło prześladowców, utrzymywał bliższe stosunki z jednym Chyleckim.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.