Zając (Dygasiński, 1900)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.

Piękne są latem Morzelany!
Wielki staw czworoboczny, nad nim — dwór biały, duży, wyziera z poza gąszczu drzew i krzewów jak pałac zaczarowany, a naprost dworu, po przeciwnej stronie stawu — kapliczka biała z dwiema wieżami, z dzwonnicą, białe domki, krzyż żelazny na białej podstawie i w koło — topole nadwiślańskie. To wszystko przegląda się w wodach stawu i w pogodną noc księżycową widać czarodziejską podwodną krainę, wysłaną gwiazdami. Za dnia to wszystko odbija na żywo zielonem tle drzew, krzewów, łąk rozległych. Topole włoskie nadobnie się tu splatają z licznym orszakiem brzóz płaczących, które za powiewem wiatru z pod wiotkich szat ukazują białe ciała, jak tancerki w pląsach namiętnych, i znowu się osłaniają i szumią. Gdzieindziej posępne świerki drzemią spokojnie, kołysane do snu szumem nieustannym srebrnych liści osiki. Wiązy, jesiony, klony, pną się na wyścig wierzchołkami ku słońcu, o lepsze iść usiłują z topolą nadwiślańską, która taką wspaniałą koroną się wieńczy i rozrostem swoim wieki olbrzymiości zda się przypominać. Dwie siostry, lipa i wierzba, wyciągają ku sobie konary, jakby ręce do uścisku, a szmerem liści gwarzą. Poniżej tego rosłego pokolenia, na podołku jego, zasiadły bzy, jarzębina, kalina, głogi, berberysy, akacye.
Widok stąd przestronny — po góry mogilańskie, które płotem stanęły wpoprzek na widnokręgu, i w złocie, w purpurze stoją o zachodzie słońca. Oko i tak ma gdzie bujać po zielonem morzu łąk, usianem gaikami, kępami olszyn, wikliny. Rzecz prosta, bocianów, czajek, nie brak tutaj.
Nie prawdaż, jest gdzie żyć i używać na tym szerokim świecie? Swobodę ma taki, którego nie krępują żadne granice, miedze. To niwy, to łąki, to lasy, błonia, ogrody, sady: — cały świat stoi otworem. Byleby się tylko miało nogi dobre, wszędy dotrzeć można i wszędy znaleźć sposób do życia. Cóż to za przenice, jakie żyta, jęczmiona, grochy, rzepaki, koniczyny, kapusty, rzepy, sałaty, pietruszki, grzyby, jagody! Są słodycze i kwaski — goryczki, aromaty, olejki. Więc jest co na ząb położyć rano, w południe i na wieczór. Pod każdym względem przewyborne miejsce pobytu ma się w Morzelanach. Na upały — cienisto zadrzewione ustronia, okolice strumienia, albo jeziora, dokąd od wody taki miły chłód powiewa. W przykre dni zimne — stoki wzgórz, zwrócone ku słońcu a za wiatrem. I pod kamieniem i pod miedzą można zbudować kotlinę wygodną. No, a oprócz tego ma się do wyboru: liściaste namioty po krzakach, garści pożętego zboża, kopki i stogi, ba — w razie nagłej potrzeby — zimną lisią jamę nawet.
Morzelany, wieś w dobréj glebie, wygląda jak misa pełna dań przerozmaitych, do której zasiadają i ludzie, i czworonogi, i ptaki, i inne jeszcze niższe zwierzęta.
Ileż stworzeń używa życia na tej płaszczyznie, nakrytej błękitnem sklepieniem niebios, oświetlonej w dzień przez słońce, w nocy — przez pochodnie gwiazd i księżyca, milczące świadki życiowych przygód zwierząt, zmuszonych w tej tylko porze załatwiać sprawy głodu i miłości! Noc nie ma pisanych dziejów, gdyż ci, którzy piszą, śpią albo piszą w nocy. Zając przesypia dzień gwarny, z boku na bok się przewraca, a bardzo twardo śpi niekiedy — zabić go można. Zapewne miewa i marzenia senne, owe sny nigdy nieziszczone na jawie. Kto wie, czy przez sen nie żyje za pan brat z lisem, wilkiem, człowiekiem? Może z ogarami wyprawia sobie w kniei poufałe turnieje; do wyżłów, chartów chodzi w odwiedziny i serdecznie ściska się z nimi za łapy na powitanie. Czemużby sobie nie miał pozwolić jeszcze słodszego marzenia — że na przykład zapalczywie ściga zmykającego wilka, że strzelca do łez wzrusza?... Och, te marzenia i ich rozczarowania! Zając we śnie, jak orzeł, buja po powietrzu; jastrzębie przed nim pierzchają w popłochu, wrony i sroki go podziwiają. Na szczyty drzew pomyka w zawody z wiewiórką i figę lisowi pokazuje. Tymczasem nieubłagana rzeczywistość panuje także i podczas marzeń sennych. Nie trzeba spać zbyt twardo, ani się zatapiać w marzeniach, będąc zającem. Ludzie łażą po polach, psy również, a nie braknie też bydła — rogatych, nierogatych, które choć same nie są niebezpieczne, każą jednak przypuszczać w blizkości obecność człowieka. Więc ostrożnie kic, kic o jakie pięćset kroków dalej, rozważnie zbadać stan rzeczy i albo po zajęczemu w nogi, albo cichutko przycupnąć. O lato, ty poro szczęścia: ciepła, jasności, dostatku, pokarmów, a przytem — zakazu polowania! Małym truchcikiem, tyłami odwrócony pomyka wtedy zając przed jakim ekonomem, polowym, czy zgrają pastuchów, żeńców. Przystają, robią wrzawę — to nic nie szkodzi: dobre prawo opiekuńcze nad nim czuwa.
Nasz szarak, gach z płci, marczak z urodzenia, siedm zim przeżył w Morzelanach — doszedł do szczytu doskonałości zajęczej — i już się na gracza wykierował, dokonał dzielnych czynów, kiedy nań w ósmem polu życia niedołęstwo starości przyszło. On tutaj poznał każdą brózdę, każdy zagon; wiedział, skąd dokąd prowadzą wielkie gościńce główne, i małemi ścieżkami nauczył się je w potrzebie omijać. Gdy był w sile wieku swego, bynajmniej nie należał do rzędu tych zajęcy, które w niebezpieczeństwie wyłącznie nogom się powierzają: on sobie przypinał skrzydła strachu z zastanowieniem, uciekał, przystając, nasłuchując — kotłował. Strach ma logikę swoję — rodzaj przytomności umysłu — świadomość, która tylko w razie konieczności daje potężny rozpęd nogom. Toć życie jest walką i przegrana znaczy tyle, co stracić życie raz na zawsze i nie mieć potem już nigdy możności tryumfu przez ucieczkę. Przez odwrót niejeden sławy się dobił. Każdy powinien przed czemś uciekać, gdyż tym orężem można także z nóg zwalić wroga: ucieczka i pogoń jest to pojedynek na nogi. Ten przegrywa, kto pierwszy nogi sobie zerwie, wyczerpie cenne żywotne siły. Ale po co uciekać, gdy się nie wie, w którą stronę? Stosunki życiowe wytwarza i wikła przyroda, jednakże prawo pozostaje prawem: zyskiem siły jest strata na czasie. Odetchnij, jeśli masz czas po temu! Niejeden myśliciel ludzki wygłaszał zasadę: „Bądź mądrym tchórzem!“ Strach wystarcza, aby o tem wiedzieć: żaden tchórz nie ma czasu na mądrość, ma tylko duże oczy, które wszystko widzą, i uszy niezrównane. Czasem dla tchórzów korzystny jest sojusz z tchórzami: kilka par oczu i liczne uszy stanowią wyższy stopień czujnej naokoło baczności. Strzeliłeś do kurpatw, a tu się zając wyrywa, i odwrotnie. Wielka wojna, gra idzie i to jest powszechne, nieśmiertelne, jak ciał ciążenie. Ci muszą, wygrywać, owi muszą tracić. Każdy się jednak wysila, aby zgrał współgracza, zabrał mu jego własność i w tym musie słabszy ma także widoki powodzenia: ucieczka jest to czychanie na życie tego, który ściga i z głodu zginie, jeśli mu zdobycz ujdzie. Widocznie niema tu miejsca dla litości, uczucia dopiero w świecie ludzkim puszczającego kiełki razem z obłudą. Rzadki, bardzo rzadki wypadek, ażeby niezdara i głupiec doczekał się w życiu sędziwości, to jest, ażeby nie przegrał życia w tych zapasach o życie. Po ludzku rzeczy biorąc, szczęście jednak dużo znaczy, nawet — kiedy o losy społeczeństw chodzi.
Czatowali nań, podchodzili go, szczuli, ścigali, zastawiali zasadzki. Sadzono się na to, aby z niego wytrząść duszę i zjeść ciało. Nie miał ani jednego sprzymierzeńca, gdyż należał do gatunku zwierząt, nie znających wartości sojuszów i tem samem — miłości bliźniego. Każdy zając musi sam jeden ze wszystkimi swymi wrogami walczyć, musi swoim własnym orężem odeprzeć nieprzyjaciół licznych, zawziętych, chytrych i srogich. Zginąłby, gdyby był słaby, niezdarny. On tymczasem żyje i ciągle mięsożernym dostarcza pokarmu, rozmnaża pokolenia swego gatunku.
Że nasz zając wyszedł na gracza, zawdzięczał to sobie i swemu szczęściu; miał bowiem od dzieciństwa za sprzymierzeńca los ślepy, ów przypadek, dzięki któremu nieraz i zpod stryczka uchodzi się cało. Rozum wszelki następuje dopiero po szczęściu: ten rozum, co to korzysta ze wskazówek doświadczenia. Bez szczęścia bardzo łatwo zginąć z rozumem i nie zdobyć przechwalanego doświadczenia. Żadnej a żadnej sprawiedliwości na korzyść rozumu tu niema. Skąd się bierze takie szczęście i czy ono jedno nie podlega prawom, które zarządzają światem? Ono siedzi sobie poza płotem dziwnej plątaniny związku przyczynowego, niedostrzegalne ani przez rozum zajęczy, ani — niczyj. Ludzie nie umieją o tem nic więcej powiedzieć, tylko: „Szczególny zbieg okoliczności!“ Dawniejszymi czasy przypisywali to gwiazdom.
Bądź co bądź, szczęście, podobnie jak nieszczęście, nie jest żadną tajemnicą. I tak, niejaki pan Kacper, szafarz na dworze morzelańskim, taki zawołany strzelec, a do zająca spudłował. Dlaczego? Pijał za młodu gorzałkę, wino, miód, porter, likiery, i na starość ręce mu się trząść zaczęły. Szczęśliwy zając, który był pod lufą właśnie w tej chwili, kiedy szafarzowi ręka drgnęła! Tetera, szlachcic zagonowy, znany kłusownik, oko tuza potrafi wystrzelić z karty; ale ma on piekło rodzinne w domu i gdy sobie zakłóci równowagę duchową, żaden strzał mu się nie uda. Szczęście zająca! Węglicki, charciarz zapalony, dostał z Morzelan smycz chartów wybornych; jednakże młode psy w złych rękach zależały pole i, choć dopędzą zająca, wziąć go nie umieją. Burek, pies księży, mieszaniec ogara i charta, ma węch znakomity, nogi doskonałe i pysk chwytny; pies ten jednak nie może korzystać z zalet swoich, gdyż mu u szyi zawieszono klocek z drzewa, aby nocami nie odbiegał domu. Jest także w kniei morzelańskiej lis szczwany, Kita, który chodzi i pełza tak cicho, że już lepiej nie można; kiedy jednak trafi przypadkiem na suchą gałązkę, na liść zeschły, spłoszy szelestem zająca.
Otóż, dobre i złe przypadki chodzą po ludziach i zwierzętach; ale mają one zawsze jakieś przyczyny zewnątrz. Życie zająca obraca się nieustannie około dwóch czynności: dobrze uciekać i tak się ukrywać, aby nie znaleźli tam, gdzie mają nadzieję znaleźć. Po skończonej zawziętej pogoni przyjemnie jest odetchnąć: „Żyję, uciekłem!“ Daleko przyjemniej jest jednak być niewidzialnym: chodzą, wokoło upatrują, a nie widzą. Jakże bezpieczną jest na czas jakiś kotlina, którą właśnie co tylko opuścili prześladowcy: prawdopodobnie nie wrócą tutaj powtórnie dzisiaj! Z godziny na godzinę, z dnia na dzień się żyje: byle przeżyć jakiś szmat życia.

Adolf Dygasiński - Zając.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.