Zagajenie pierwszej sessyi sejmowej pod laską marszałkowską hr. Jana Tarnowskiego, dnia 9-go grudnia 1886 r.
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Zagajenie pierwszej sessyi sejmowej pod laską marszałkowską hr. Jana Tarnowskiego, dnia 9-go grudnia 1886 r. |
| Pochodzenie | Jan Tarnowski z Dzikowa |
| Wydawca | Zdzisław hr. Tarnowski |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | Drukarnia „Czasu“ |
| Miejsce wyd. | Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Wysoki Sejmie!
Wśród niezwykłych okoliczności i w wyjątkowo trudnych warunkach zaczynamy tegoroczną sessyę sejmową. Sprawy krajowe, o ile należą do zakresu naszej autonomii, prowadzone od lat sześciu do ostatnich prawie dni doświadczoną i energiczną ręką Mikołaja Zyblikiewicza, pozbawione zostały nagle kierownika.
Że nieobecność na tem miejscu byłego Marszałka jest dla Wysokiego Sejmu i dla kraju całego wielką stratą, tego dowodzić byłoby rzeczą zbyteczną; pod tym względem jedno tylko w tej Wysokiej Izbie może być zdanie. Gruntowna znajomość spraw krajowych, bystry umysł i wielka prawość zjednały mu szacunek powszechny i zaufanie kraju, które wyraz swój znalazły w licznych objawach sympatyi, mających na celu skłonić go do zatrzymania laski marszałkowskiej.
Niestety życzenie to z taką zgodnością objawione, nie osiągnęło zamierzonego celu i nie skłoniło byłego Marszalka do pozostania u steru spraw krajowych.
Sądzę, że odpowiem intencyom Wysokiej Izby, jeżeli z tego powodu dam wyraz uczuciu szczerego i powszechnego żalu.
Zadanie moje jako następcy Marszałka tak zasłużonego, którego kraj takiem zaufaniem obdarzał, jest bardzo trudne i ciężkie.
Czuję ja dobrze brzemię odpowiedzialności, jaką na siebie przyjąłem, a jeżeli pomimo to znalazłem w sobie dosyć odwagi, żeby się tego zadania podjąć, to znalazłem ją jedynie w tej myśli i w tej nadziei, że postępując drogą przez mego poprzednika wytkniętą, usiłując wprowadzić w wykonanie myśli przez niego rzucone, rozwijając dalej program przez niego zakreślony, potrafię może na tem stanowisku krajowi być użytecznym.
Dlatego, Wysoka Izbo, powołany zaufaniem Najjaśniejszego Pana na to zaszczytne ale tak trudne stanowisko, sądziłem, że mi odmawiać przyjęcia nie należy.
Być może, iż przeceniłem własne siły proszę jednak, żeby Wysoka Izba raczyła przyjąć zapewnienie, że oprócz szczerej chęci służenia krajowi, innej ambicyi we mnie nie ma.
Szczęśliwym będę, jeżeli mi się uda choć w małej cząstce przyczynić do spełnienia programu, o którym wspomniałem i o którym jeszcze mówić mi przyjdzie; gdyby się jednak okazało, że zadanie to przechodzi moje siły, to przynajmniej starać się będę, żeby w ciągu tego dwuletniego okresu, jaki nas dzieli od końca bieżącej kadencyi sejmowej, kraj z mojej winy szkody nie poniósł.
Czyż mam tu dodać, że do osiągnięcia celu, choćby nawet w tych skromniejszych rozmiarach, potrzebne mi jest współdziałanie Wydziału Krajowego, na którego życzliwą pomoc rachuję, a w którym obok poświęcenia i obywatelskiej gorliwości w służbie publicznej, znajdę niewątpliwie prawdziwy a dla mnie nieoceniony skarb doświadczenia, tradycyi, znajomości spraw kraju, jego interesów i potrzeb. Bez takiej pomocy i takiego ułatwienia wszelkie działanie moje byłoby niemożliwe.
Niech mi wolno będzie także zwrócić się wprost do Wysokiej Izby z prośbą o życzliwość i względność, która była zawsze jedną z chlubnych tradycyj tej Wysokiej Izby. Względności i łaskawej wyrozumiałości potrzebuję więcej, niż którykolwiek z moich poprzedników. Wiadomo Wysokiej Izbie, że jestem rolnikiem z zawodu; większa część życia upłynęła mi na zajęciach, mających bezpośredni związek z rolnictwem, zdala od spraw publicznych szerszego zakresu.
Niechże ta okoliczność posłuży mi czasem za wymówkę i niech w danym razie zjedna mi łaskawą pobłażliwość, o którą proszę. Mojem zaś usilnem staraniem będzie przestrzegać w obradach najściślejszej bezstronności, na każdym kroku strzedz powagi i godności Sejmu, a w pełnieniu obowiązków moich urzędowych, stojąc zawsze i ściśle na gruncie autonomicznym, nie tylko z praw już nabytych nic nie uronić, ale nadto o ile się da, dążyć do ich rozszerzenia.
Znane mi są, Wysoka Izbo, słabe strony naszego ustroju administracyjnego, znane trudności nieoddzielne od systemu, opartego na podziale kompetencyi między równorzędne władze. Nie leży w mojej mocy usunięcie tych trudności; żeby zaś ominąć je i skutecznie im zaradzić, widzę jeden tylko sposób, a jest nim porozumienie między temi władzami, obustronna dobra wola i chętne współdziałanie.
W ten stosunek wnosi jedna strona siłę, którą daje egzekutywa, a druga tę powagę głosu kraju, którą Wysoka Izba reprezentuje, a którego ja będę zawsze wiernym tłómaczem. Nie waham się zaś zapewnić Wysoki Rząd, a mianowicie Jego Excellencyę Pana Namiestnika, o moich najlepszych intencyach i najszczerszych chęciach.
Na wzajemność pod tym względem rachuję i o nią proszę tem śmielej, że idzie tu o interes kraju, który obu nam równo jest drogi, którego dobra obydwa równo pragniemy.
Jeżeli Wysoka Izba zważyć raczy, że od chwili objęcia przezemnie urzędowania zaledwie ośm dni upłynęło, to z pewnością nie będzie wymagać, żebym choć w najogólniejszych rysach nakreślił szkic działalności władz i korporacyj autonomicznych w ubiegłym roku.
Sprawozdanie z czynności Wydziału Krajowego, oraz przedłożenia specyalne, znajdujące się w ręku wszystkich posłów, zawierają pod tym względem dokładne i wyczerpujące wiadomości.
Ze sprawozdania tego wynika, że we wszystkich działach krajowej administracyi autonomicznej, a więc pod względem wychowania publicznego, o ile takowe do kompetencyi Sejmu należy, pod względem komunikacyi, służby zdrowia, kontroli majątków gminnych, regulacyi rzek i wogóle melioracyj, wreszcie innych, których nie wymieniam, prace Wydziału Krajowego postępowały zwykłym normalnym trybem, oraz poczynione zostały przygotowania do dzieł nowych, stosownie do uchwał Wysokiej Izby na przeszłorocznej sessyi powziętych i w myśl programu byłego Marszałka.
Program ten niejednokrotnie przez Wysoką Izbę przyjęty i zatwierdzony, pozostanie bezwątpienia i nadal programem Sejmu, bo obejmuje on najważniejsze i najżywotniejsze interesa kraju. Streścić go można w niewielu słowach:
1. Podniesienie oświaty i uczynienie jej dostępną dla ludności całego kraju.
2. Rozwój ekonomiczny, któryby kraj nasz pod względem kultury postawił na równi z innemi krajami koronnemi Monarchii.
W zakresie obydwóch tych zasadniczych punktów programu, kraj inicyatywie Marszałka Zyblikiewicza bardzo wiele zawdzięcza; dosyć tu wspomnieć znaczne powiększenie szkół ludowych, uporządkowanie rachunków Rad szkolnych okręgowych — oraz cały szereg dzieł przez niego do życia powołanych, jak Bank Krajowy, regulacya rzek, przemysł krajowy i t. p.
Z natury swojej do zupełnego rozwoju wymagają niektóre z nich długiego jeszcze czasu — przed wszystkiemi zaś innemi przemysł krajowy, z którego podźwignięciem zespoliło się rzec można imię byłego Marszałka, potrzebuje trwałej, troskliwej i rozważnej opieki Sejmu, której mu też nadal Wysoka Izba z pewnością nie odmówi.
Obok tych dwóch myśli przewodnich programu t. j. podniesienia oświaty i rozwoju ekonomicznego, jako cel niemniej od poprzednich ważny, do którego dążyć powinniśmy, uważać należy wprowadzenie równowagi w budżecie krajowym, równowagi w tem znaczeniu, żeby Reprezentacya kraju nie potrzebowała szczędzić na pożyteczne i niezbędne inwestycye, ani też nie była zmuszoną żądać od kraju coraz nowych ofiar i nakładać nań nowe ciężary.
Czy cel ten da się osiągnąć bez poprzedniego załatwienia sprawy indemnizacyjnej? Nie sądzę i dlatego słuszne rozwiązanie tej kwestyi za jeden z najważniejszych interesów kraju uważam.
Sejm spełnił pod tym względem swój obowiązek, bo zrobił wszystko, co od niego zależało, uchwalając przedłożony mu projekt ugody indemnizacyjnej; zrobił nawet ustępstwo, bo zeszedł ze stanowiska zasadniczego, które za jedynie słuszne uważał, z calem też zaufaniem, jakie w Wysokim Rządzie pokłada. Spodziewać się teraz ma prawo, że Wysoki Rząd ze swej strony dołoży wszelkich starań, żeby dla tej ugody uzyskać moc obowiązującą i ostatecznie w wykonanie ją wprowadzić.
Kiedy mowa jest o najważniejszych sprawach naszego kraju, o zadaniach najbardziej żywotnych, jakie Reprezentacya jego ma do rozwiązania, to niepodobna pominąć milczeniem kwestyi, która pod względem ważności swej nie tylko pierwszeństwa żadnej nie ustępuje, ale może je nawet wszystkie doniosłością i głębokiem znaczeniem swojem przewyższa, kwestyi wzajemnego stosunku dwóch bratnich narodowości, wspólnie tę ziemię zamieszkujących.
Że osiągnięcie i utrzymanie między niemi porozumienia, harmonii i zgodnego pożycia jest celem, do którego wszyscy dążyć i w miarę możności przyczyniać się powinniśmy, na to twierdzenie zgodzić się musi każdy człowiek rozumny i prawy obywatel kraju. Jeżeli jednak mam wskazać środki i drogi, do tego celu wiodące, to mogę wprawdzie na to pytanie odpowiedzieć tylko ogólnikiem, ale sądzę, że zawierać on będzie samą prawdę, a może ją nawet do pewnego stopnia wyczerpie.
A więc przedewszystkiem przez obustronną dobrą wolę i poszanowanie właściwości narodowych, przez sprawiedliwość dla każdego w granicach obowiązujących ustaw, przez pielęgnowanie i krzewienie idei wspólności, która żadną miarą zaprzeczyć się nie da, bo wysnuta z dziejów istnieje jako rzeczywistość doby dzisiejszej.
Wspólność zaś ta polega na tem, że wszyscy, zarówno Polacy jak Rusini, jesteśmy obywatelami jednego kraju, który wszyscy kochamy, którego powodzenie i rozwój pod względem tak intellektualnym jak materyalnym stanowi o naszym losie i jest wspólną naszą dolą, lub niedola; polega dalej na tem, że należymy wszyscy do jednego Państwa, którego, w dobrze zrozumianym własnym interesie, wielkości i potęgi pragniemy, polega przedewszystkiem na tem, że wszyscy Rusini i Polacy należymy do jednego Kościoła, któremu jesteśmy i chcemy pozostać wierni.
Na tym gruncie wspólności dziejowej i wspólności interesów obecnych, porozumienia szukać trzeba i na nim ono stopniowo ale nieomylnie znaleść się musi, skoro tylko zrozumiemy wszyscy, że ten grunt jest także naszą warownią, której gdybyśmy nie strzegli, to smutny, los nas czeka, bo nie tylko interesa nasze są wspólne, ale i grożące nam niebezpieczeństwa.
Otuchą i nadzieją w tej mierze, niech nam będą słowa i przykłady Najprzewielebniejszych Biskupów, Pasterzy greckokatolickiego Kościoła; zarówno głosy Ich tu słyszane, a przez tę Wysoką Izbę z tak gorącem uznaniem i zapałem przyjęte, jak i działalność religijna, jaką rozwija Episkopat greckiego obrządku za przykładem i przewodem Najprzewielebniejszego Metropolity, nacechowane są duchem zgody i jedności, duchem prawdziwie chrześciańskim i dlatego wydadzą one niewątpliwie zbawienne Owoce.
Od kwestyj programowych i zasadniczych przechodząc na chwilę do spraw bieżących, nadmienić muszę, że rok upływający nie da się żadną miarą zaliczyć do pomyślnych.
Przesilenie ekonomiczne zawsze jeszcze cięży nad rolnictwem i przemysłem naszym, jednakowoż przebyliśmy rok ten bez wielkich klęsk elementarnych, ogółu interesów kraju dotykających i z tej strony żaden nowy ciężar na kraj nie spadł.
Przedłożony przez Wydział Krajowy preliminarz budżetu na rok 1887 wykazuje niedobór, do pokrycia którego podwyższenie dodatku krajowego okazuje się potrzebnem; podwyższenie jednak to w stosunku do roku przeszłego nie przenosi centa od jednego złr. Wysoka Izba rozważy i osądzi, o ile żądanie Wydziału Krajowego jest uzasadnione i czy podwyższenie to w żaden sposób ominąć się nie da.
Gdy zmierzając do końca, przebiegam jeszcze w pamięci ważniejsze wydarzenia ubiegłego roku, to na pierwszem miejscu, jako fakt największej wagi, staje mi na myśli niedawna bytność Najjaśniejszego Pana w Galicyi, a chociaż bytność ta spowodowana była przeważnie sprawami wojskowemi, to niemniej dała ona Najmiłościwszemu Monarsze niejednokrotną sposobność okazania krajowi swej najwyższej łaski i niezmiennej ojcowskiej opieki, ludności kraju zaś dała pożądaną i zawsze gorąco upragnioną możność wynurzenia Najjaśniejszemu Panu tych uczuć, jakiemi wszyscy przejęci jesteśmy, wdzięczności i czci dla Jego najdostojniejszej osoby oraz wierności dla Tronu i Dynastyi.
Z pomiędzy wszystkich zaś dowodów łaski i życzliwości Monarszej, jako objaw najwyższy i najcenniejszy, przyjęta była przez kraj cały obietnica przybycia w roku przyszłym Jego Cesarskiej Wysokości Arcyksięcia Następcy Tronu, wraz z Najdostojniejszą Jego Małżonką.
I słusznie do obietnicy tej kraj tak wielką przywiązuje wagę, słusznie przyjął ją z radością a spełnienia oczekuje z upragnieniem, bo w obietnicy tej widzi niejako zapowiedź i rękojmię, że dzisiejszy tak dla nas szczęśliwy stosunek kraju naszego do Korony, przejdzie kiedyś w spadku na młodszą generacyę.
Z powołaniem się na te uczucia w imieniu kraju tu wyrażone, proszę Wysoką Izbę, by zanim przystąpimy do prac i obrad naszych, zechciała wraz ze mną wznieść na cześć Najjaśniejszego Pana trzykrotny okrzyk: „Jego Cesarsko.Królewska Mość Cesarz Franciszek Józef niech żyje!“