Za późno!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Za późno!
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ 10.





C. NIEWIADOMSKA



ZA PÓŹNO!



Gebethner i Wolff - logo.jpg




WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1908






KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.





»Kochana Zosiu! Stryj umarł. Nie wzywaliśmy Cię na pogrzeb, bo dla kogo? I tak wydatków dużo było w ostatnich czasach: choroba, eksportacja, miejsce na cmentarzu. Nie mam sobie nic do wyrzucenia, nie żałowałam mu niczego, i rodzona córka nie dałaby mu lepszej opieki. Piszę Ci o tem, bo mi to sprawia przyjemność; kiedy ktoś umrze, niemiło jest myśleć, że coś mu się jeszcze jest dłużnym. Poczciwy Adaś przyjechał na pogrzeb i zapłacił już swoją część kosztów, na Ciebie poczekamy, jeśli nie masz zaraz. Pozostałe graty sprzedałam, oprócz »świętego biurka«, które Adaś bierze dla siebie; zawsze miał jakąś sympatję do tej starożytności... Książki sam przejrzał także i niektóre kazał Ci odesłać, mówi, że mogą Ci być użyteczne«...
Zosia nie czytała dalej, choć list był jeszcze długi; stojąc przy oknie, patrzała w ogród zamyślona. Dzień był wiosenny, śliczny, prawdziwie majowy: zieloność drzew i trawy pieściła wzrok świeżością, promienie słońca płynęły jasne i łagodne, wietrzyk niósł zapach bzów i czeremchy, nad stawem w krzakach odzywał się słowik...
Twarz dziewczęcia była pogodna, jak ta wiosna, słońce i zbudzona ze snu natura, wieść żałobna ani na chwilę nie zasępiła jej czoła, nie przyćmiła blasku spojrzenia. Stała zdziwiona sama tą obojętnością, zawstydzona nią nawet: czyżby była bez serca?...
Wszakże ten stryj ją wychował! Po śmierci rodziców zabrał ją wraz z rodzeństwem; w jego domu wzrośli, dał im naukę, wszystko... To potworne, nie wzruszyć się jego śmiercią, nie uronić łzy jednej!... O, Mania lepsza, ona z pewnością płakała...
Biedna Zosia serdecznie była zasmucona tym dowodem oschłości swego serca. Śmierć stryja na dnie jej duszy zbudziła wspomnień tysiące, tysiące uczuć, prócz uczucia żalu, cały szereg obrazów z dziecięcych lat sieroty. Smutne miała dzieciństwo. Rodzice umarli wcześnie, pozostało ich troje: ona, brat i siostra. Po pogrzebie matki stryj zabrał dzieci wprost do siebie i oddał pod opiekę starej Maciejowej.
Pamiętała te chwile. Miała wtedy lat osiem i najstarszą była z rodzeństwa. Kiedy po śmierci ojca matka dostała gorączki, ogarnęła ją trwoga niewypowiedziana; obok obawy, wynikającej z przywiązania dziecka, był w tem i strach o jutro, to jutro okropne, czarne... opuszczenie... poczucie bezsilności własnej... Co się z niemi stanie, jeżeli... jeżeli...
O Boże, jak serdecznie wdzięczna była stryjowi, że ich nie zawiózł więcej do strasznego domu, gdzie śmierć rozgościła się tak bezlitośnie! Wtedy mogłaby była go pokochać, gdyby... gdyby chciał tego. Prędko jednakże zgasły w niej myśli podobne: w domu stryja o kochaniu nikt nie mówił, a on sam prawdopodobnie nie wiedział nawet, co to znaczy.
Dziwny człowiek, tak niemiły i niesympatyczny. Przywiązać się do niego — czyż to podobieństwo? — Wydało jej się, że widzi przed sobą wysoką, chudą postać, trochę pochyloną, w niebieskich okularach i zaniedbanem ubraniu. Dzieci bały się go bardzo, choć możnaby mniemać, że nie patrzy na tę gromadkę, zasiadającą codziennie u jego stołu... Gdzie on patrzał?... Co widział? — Czy widział co ten roztargniony dziwak?
Był urzędnikiem w Banku i wracał z biura o 4-ej; jadł obiad, a po obiedzie zamykał się w swoim pokoju i najczęściej nie wychodził stamtąd już dnia tego.
— »Pisał książki« — jak mówiła stara Maciejowa, która rządziła wszystkiem i miała w domu władzę nieograniczoną. Dla sierot była dobra, ale nie serdeczna. Pamiętała o ich potrzebach, żywiła je uczciwie, ubierała czysto, nie szczędziła nauk moralnych, ale nie pieściła nigdy, nawet najmłodszej Mani, do której miała słabość. Stryj widywał dzieci najczęściej raz tylko na dzień, przy obiedzie i zwykle nie odzywał się do nich. Taki już był milczący. O czemby on zresztą mógł mówić? Przecież nie o potrawach, bo zdawało się, że nie wie, co jest przed nim na talerzu. Nie o zabawach dziecinnych, bo tych może nigdy nie widział; więc o czem?
Jadł szybko, bardzo szybko i odchodził zaraz. Mimo to dzieci bały się go bardzo, jak stracha. Dość, aby na które spojrzał przez wierzch okularów swemi strasznemi czarnemi oczami. Póki był w biurze, czuły się swobodne, lecz skoro tylko powrócił do domu, milkły jak trusie, nie śmiały się sprzeczać, ani bawić głośno: coś ciążyło nad niemi, choć nie widziały go wcale, choć był zamknięty w swoim pokoju z książkami.
Nie od razu wytworzył się taki stosunek; z początku dzieci, przyzwyczajone do pieszczot, czuły potrzebę przygarnięcia się do niego, on je odepchnął. Tak jest, była tego pewna: odepchnął je, bo nie miał serca. Przecież gdy dnia pierwszego po obiedzie chciały swoim zwyczajem pocałować go w rękę, usunął ją tak szybko, jak gdyby się sparzył; zarumienił się nawet z oburzenia.
— Dobrze, dobrze, nie potrzeba — odezwał się swoim suchym i bezdźwięcznym głosem.
Odtąd nie śmiały zbliżyć się do niego i z daleka tylko dygały, jak kazała Maciejowa.
Z wiosną przeprowadzili się do większego mieszkania z ogródkiem na Ogrodowej ulicy. Radość była ogromna. Dzieci miały duży pokój od ogrodu, w którym mogły dzień cały bawić się na świeżem powietrzu, kopać, siać, sadzić, co im się podobało. Szczęście nie miało granic: Maciejowa gderała, Adaś spadł z drzewa, na które usiłował się wdrapać, Mania pokłuła rękę o krzak róży, ale to wszystko nie psuło humoru. Zosia śpiewała, ile głosu w piersi stało, dzieci wtórowały jej z całym zapałem; do obiadu hałas i wrzawa nie ustawały na minutę. Powrót stryja uspokoił cokolwiek gromadkę, lecz nie mógł stłumić jej radości. Zosia miała ochotę uściskać swego opiekuna: taką im sprawił przyjemność! Doprawdy mniej go się bała...
Po obiedzie miał się odbyć tryumfalny pochód wojska, rozumie się ze śpiewami, dzwonkami i brzdąkaniem blaszanych pokrywek od garnków! Co tu projektów! Zapomniały o stryju, o jego oknie, z którego mógł je widzieć ciągle, i śpiewały, krzyczały, aż się rozlegało po całym domu.
Nagle umilkły przerażone: stryj ukazał się na progu mieszkania z jakimś jegomością, którego odprowadził do furtki, a potem zwrócił się prosto ku dzieciom. Stały na ścieżce nieruchome, trzymając dzwonek, pokrywki i trąbę. Stryj zatrzymał się o parę kroków pod drzewem. Był widocznie rozgniewany bardzo: patrzał przez wierzch okularów, a na twarzy znać było coś jak ślad rumieńca. Odchrząknął kilka razy:
— Hm, hm! nie można tutaj hałasować — wykrztusił wreszcie.
Dzieciom opadły ręce. Więc cóż im po ogrodzie!?
— Ani z rana? przed obiadem? — spytała rezolutna Mania.
— Nie można — powtórzył dziwak, marszcząc czoło i oddalił się spiesznie.
— Warto się było przeprowadzać — mruknęła Zosia, i cała jej wdzięczność za miłą niespodziankę zniknęła bez śladu. Rada była tylko, że jej nie okazała zbyt gorąco.
Wieczorem Maciejowa, rozbierając dzieci, prawiła im kazanie.
— To mi pięknie, przyzwoicie, wyprawiać takie brewerje! Gospodarz chciał do sądu skarżyć, policję sprowadzić; wszyscy lokatorowie powiedzieli, że się wyprowadzą zaraz; śliczne sprawowanie! I taka duża panna, żeby nie miała ambicji drzeć się na całe gardło, jak ulicznik.
Zosia naturalnie w policję nie wierzyła, ani w groźby lokatorów, lecz uczuła dotkliwie wyrzut Maciejowej; zrozumiała, że stryjowi przeszkadza w pracy ich zabawa, więc skorzystał z pretekstu, aby jej zabronić. Może być pewny, że więcej nie narażą się na to.
W nowem mieszkaniu pokój stryja był bardzo niewielki i daleko od dziecięcego; pewno go wybrał dlatego, aby o nich jak najmniej wiedzieć. Nie zbliżały się też tam wcale, gdy pracował zamknięty, ale w jego nieobecności Zosia nie mogła się oprzeć pokusie zbadania tajemniczego przybytku. Korzystała skwapliwie z każdej nieuwagi Maciejowej, aby wsunąć się tutaj, usiąść przy »świętem biurku«, wziąć do ręki pióro, obejrzeć książki. Maciejowa ogromnie gniewała się o to i groziła zawsze, że poskarży przed stryjem. Tegoby tylko trzeba! Zosia drżała na myśl samą o spojrzeniu, jakie rzuciłby na nią przez wierzch okularów.
Nie poprawiła się przecież pod tym względem.
Raz rozlała atrament na zapisaną kartkę.
Boże, co się z nią działo! Przez chwilę była pewna, że ziemia rozstąpi się pod nią, nawet pragnęła tego; potem drżącą ręką starła plamę fartuszkiem, — to było jeszcze gorzej. Uciekła, jak szalona. Co to będzie, co będzie! Z początku wcale myśli zebrać nie mogła, nie wiedziała, co robi. Skryła się w dziecięcym pokoju za starą sofę i nie wyszła stamtąd do obiadu. Całe szczęście, że Maciejowa nic jeszcze widać nie spostrzegła, stryj po obiedzie dopiero zobaczy, — no, i cóż jej może zrobić? Zamknie oczy i nie będzie widziała jego spojrzenia: przecież jej nie zabije? Nie wypędzi chyba z domu?...
To ostatnie pozostawiało trochę wątpliwości, przytem fartuszek był okropnym świadkiem, więc się nie odważyła dnia tego usiąść do stołu. Powiedziała, że jest chora, uparła się i została za starą sofą.
Potem zasnęła widać, gdyż obudziła się dopiero przed wieczorem. O atramencie nikt nie mówił, widocznie nie zrobiła szkody i tak się nadręczyła niepotrzebnie. Nazajutrz chciała się przekonać, co stryj zrobił z powalaną kartką, lecz drzwi jego pokoju zamknięte były na klucz.
Zamykał je przez cały tydzień, potem oddał klucz Maciejowej, a w parę tygodni wszystko było znów jak dawniej. Zosia skorzystała z tego zaraz: teraz będzie ostrożniejsza, a tyle jest tam rzeczy, których nie zna wcale, — nawet książki z obrazkami!
Wemknęła się cichuteńko i usiadła na dużym fotelu. Na »świętem biurku« tyle książek i papierów! Jedna leży otwarta. Zosia chciała przeczytać tytuł: za życia matki uczyła się co dzień, ale pewno już zapomniała.
Westchnęła, z natężoną uwagą wpatrując się w wielkie litery: aż jej serce zabiło, gdy przeczytała: »historja«. Więc umie jeszcze czytać! Sięgnęła po pióro, ale cofnęła rękę.
Wtem na wytartem suknie biurka spostrzegła wyraz jakiś, napisany kredą. Nie mogła go przeczytać, lecz przyszła jej myśl nowa. Obejrzała się wkoło: obok w lichtarzu był mały kawałek świecy; wzięła go w rękę i zaczęła uważnie naśladować pismo stryja. Co z tego będzie? Jeśli jej się uda, zmaże poprzedni napis, a swój pozostawi. Przecież to wszystko jedno, a jeśli stryj przeczyta, będzie dumna, że coś umiała napisać...
— Co tu robisz? — odezwał się nagle tuż obok cichy, lecz przerażający głos stryja. — Tu nic ruszać niewolno. Kto ci wejść pozwolił?
Dziewczynka zbladła, nogi się pod nią zachwiały, podniosła wzrok przerażony i spostrzegła, że stryj z uwagą wpatruje się w jej arcydzieło.
— Czy umiesz pisać? — spytał ciszej.
— Nie wiem, — dawniej umiałam...
— Chcesz się uczyć?
— Tak.
I rozpłakała się.
Stryj chrząknął i machnął ręką.
— Nie płacz, nie płacz — powtarzał dziwnym, niemiłym głosem; lecz Zosia szlochała bardziej.
Stryj obejrzał się wkoło, chrząknął parę razy, potem opuścił pokój, a po chwili pojawiła się rozgderana Maciejowa i zabrała dziewczynkę do dziecięcego pokoju.
Odtąd do Zosi zaczął przychodzić nauczyciel; w rok później Adaś przeszedł pod jego komendę, a następnie i Mania.
Upłynęło lat kilka. Zosia poszła na pensję, Adaś do gimnazjum, Mania tylko, nie mająca chęci do nauki, wyręczała coraz lepiej Maciejową. W życiu domowem nic się nie zmieniło: stryj wychowywał dzieci brata, pamiętał o ich potrzebach, nawet przyjemnościach, ale nie chciał, nie mógł, czy nie umiał zbliżyć się do nich wcale. Gdy Zosia skończyła pensję, zaczęła dawać lekcje; Adaś wyjechał z Warszawy do wyższego naukowego zakładu; Mania gospodarowała.
Żadne z nich już teraz nie bało się stryja, wiedziały doskonale, że nie jest zły ani straszny, tylko skryty, milczący i zamknięty w sobie. Serdecznym być nie umiał, sympatyczny nie był, ale Mania i Adaś jakoś mu to wybaczyli, nie wymagali od niego przymiotów, którymi nie obdarzyła go natura i nie zaprzątali sobie głowy wadami swego opiekuna. A wady te z wiekiem stawały się istotnie przykre, zwłaszcza coraz gorszy nieporządek i chorobliwa niemal obawa o skarby, zamknięte w jego pokoju. Nie pozwalał go zamiatać, ani otwierać okna, podając najniedorzeczniejsze przyczyny tych dziwactw; o każde niemal sprzątanie trzeba było staczać walkę, a cóż dopiero o gruntowniejszy porządek. Mania była doprawdy nieocenioną dziewczyną, że sobie z tem radziła, nie traciła humoru ani cierpliwości i potrafiła do pewnego stopnia zawojować milczącego opiekuna. Naturalnie od śmierci starej Maciejowej żadna służąca wstępu do niego nie miała, więc Mania była tu wszystkiem, nawet rozmawiał z nią niekiedy, gdy czuł, że zasługuje na gderanie: tłumaczył się wtedy jak dziecko, albo usiłował rozbroić ją żartem.
Zosia wzruszała na to ramionami: ją to niecierpliwiło i drażniło, lecz panowała nad sobą. Tylko stawała się sztywna i zamknięta w sobie coraz bardziej. Wiedziała, że nie ma prawa sądzić stryja, że powinna być mu wdzięczną za wszystko, co uczynił dla niej i jej rodzeństwa, ale czyż mogła pozbawić się zmysłów: nie widzieć i nie myśleć? A myśl każda była krytyką. Pocóż ją myśleć nauczono? Myśl więzów nie zna, usta znać powinny; powiedziała to sobie i stawała się coraz bardziej małomówną. Nawet z Manią jak najmniej rozmawiała o stryju, do niego nie odzywała się nigdy: tego nikt od niej przecież nie wymagał, ani stryj, ani rodzeństwo, ani poczucie obowiązku.
Bo o czemżeby z nim mówiła? O książkach, które go zajmowały wyłącznie? Dopierożby spojrzał na nią! Cóż ona o tem wiedzieć i powiedzieć mogła? Chyba gdyby żądała objaśnień, lecz na to nie zdobyłaby się nigdy; miała szkaradną naturę: nie lubiła pytać, wszystkiego dochodziła sama. A jeszcze pytać stryja! Zacząłby pewno od potopu świata, przekonał ją, że nic nie umie... Nie, nie, — ona zresztą nie ma wcale zaufania do jego zapatrywań.
A poza tem o czemże ze stryjem rozmawiać, kiedy on literalnie o życiu nie ma pojęcia: nic nie zna, nic nie widział. Mniej ma doświadczenia pod względem towarzyskich stosunków, zwyczajów, przyjemności od niej, osiemnastoletniej dziewczyny. Nic w tem dziwnego, jeśli zawsze bywał tylko w biurze i swoim zaklętym pokoju, ale czy tak ciasny zakres wrażeń mógł wystarczyć dla inteligentnego umysłu? Ludzie z zajęciem podobno czytali jego książki, ale gdyby go znali!... Dziwna rzecz, dziwna! czyż ten człowiek nigdy nie był młodym? Nie znał ludzi, świata, towarzystwa?
Nie ulega kwestji, że się urodził dziwakiem, mizantropem, odludkiem; zaszył się w swoje księgi jeszcze w szkołach i nie zauważył nawet, że poza niemi jest świat piękny, żywy, pociągający, pełen czarów i tajemnic.
Całe szczęście, że nikt prawie nie bywał w ich domu i nie miał sposobności przypatrzeć się z blizka dziwakowi, którego Zosia ukryłaby chętnie przed całym światem, wraz z poplamionym szlafrokiem, kurzem na biurku i niedorzecznymi żartami. Wydawało jej się, że dosyć spojrzeć na niego, by wszystkie jego prace straciły całą wartość.
Zosia była estetyczką i to bardzo wiele przyczyniało się do jej niechęci dla stryja. Wszystko, co piękne, porywało ją i zachwycało, każde nieestetyczne, niemiłe wrażenie przygnębiało i bolało, jak przykrość; dlatego też nie mogła przekonać się do człowieka, dla którego piękno nie istniało wcale, który raził ją pod tym względem i swoją osobą i najbliższem swojem otoczeniem. Każda drobnostka codziennego życia burzyła ją i zniechęcała, a dom, w którym nie była wolna od podobnych wrażeń i nie czuła się swobodną, wydawał jej się więzieniem.
Adaś, któremu czasem powierzała te myśli, uśmiechał się pobłażliwie i bardzo usprawiedliwiał stryja.
— Ty go nie rozumiesz, Zosiu — mawiał. — Ty też znasz świat jednostronnie. Ludzie z zamiłowaniem oddani jakiejś pracy, często dziwaczeją w ten sposób. A przytem to człowiek stary, dawniej nie był taki, przypomnij sobie. Cały jego nieporządek to już niedołęstwo starości, które uwzględnić trzeba. Prawda, że o potocznych rzeczach rozmawiać z nim niepodobna, to stary dzieciak, zawiędły pod kloszem, ale w kwestjach naukowych ma zdanie bardzo głębokie i trafne.
— Dobrze ci bronić stryja, widząc go raz na rok, to nie zasługa, ale mieszkać z nim pod jednym dachem, co dzień, co godzina prawie patrzeć na to, co wstręt budzi. Tak, wstręt, Adasiu, nie mogę cofnąć wyrażenia, ja to naprawdę czuję. Czasem zdaje mi się, że go za to niecierpię — o to okropne uczucie. Największy mam żal do niego o to właśnie, że nie mogę go kochać, ani trochę, ani troszeczkę! A wiem, że mu jestem wiele winna. Cóż zrobić? Chciałam. Ale kochajże kamień. Czy myślisz, że on słyszał kiedy o uczuciach?
— Tego nie wiem, pod względem uczuć stryj wydaje mi się istotnie bardzo dziwny. Choć wiem, że niejednemu dopomógł, nas wychował także...
— Bo mu się zdawało, że inaczej być nie może, że to jego prawo i obowiązek. Spełniał go tak, jak spełnia czynności biurowe: dokładnie, lecz bez duszy...
— Nie wiem, czy sądzisz trafnie, za mało go znam — szepnął Adaś zamyślony. Ja go dość lubię, może po części dlatego, żem z niego trochę dumny.
— Bądź pewny, że o to nie dba. Możesz go lubić zresztą z daleka, jak ptak bujając po szerokim świecie, lecz ja... O, gdybym wyrwać się stąd mogła. Ale Mania...
— Wiesz, co ci powiem, Zosiu? Nie bądź dla niego taka sztywna i twarda, jestem przekonany, że on to odczuwa i jak dzieciak boi się ciebie. To starzec, wiele wybaczyć mu trzeba.
Zosia miała łzy w oczach.
— To nie w mojej mocy — rzekła nakoniec — inną być nie mogę. Bez namysłu podjęłabym się najcięższej pracy, aby mu oddać, co nam dawał przez lat tyle; wyrzekłabym się przyjemności, ograniczyła potrzeby — ale być wyrozumiałą, serdeczną wobec tego pargaminu, który drażni mnie swą śmiesznością, uporem, martwotą, i — brudem — och, nie mogę, nie mogę!
W tydzień po tej rozmowie zmieniło się wszystko. Stryj został nagle sparaliżowany, a chociaż po pewnym czasie odzyskał zdrowie o tyle, że był przytomny, mógł myśleć i pisać, lecz pozbawiony władzy w nogach, na resztę życia pozostał bezradnym kaleką, przykutym do fotela.
Posadę stracił naturalnie, a skromna emeryturka nie wystarczała na jego potrzeby, praca piórem dawała więcej uznania niż dochodu, siostrzeńcy więc musieli spłacić dług wdzięczności w tej formie, w jakiej zaciągnęli go u stryja. Ułożyło się to szczęśliwie. Mania jednocześnie prawie wyszła za mąż za przyjaciela Adasia, a że zamieszkała w Warszawie, stryj pozostał pod jej opieką. Była gospodarna, radna, energiczna i najlepiej umiała jeszcze z nim wychodzić; cichy, milczący, wiecznie zajęty starzec nie był dla niej ciężarem bardzo kłopotliwym. Adaś i Zosia podjęli się za to we dwoje ponosić wszystkie koszta utrzymania.
Zosia przyjęła na wsi miejsce nauczycielki i wyjechała wkrótce. O, jakże była szczęśliwa! Wyrwała się jak ptak z klatki, do słońca, powietrza, szerokiego horyzontu, natury i jej uroków. Pracowała gorliwie, lecz nie czuła znużenia, upojona wrażeniami piękna i swobody, piła je spragnioną duszą i nie myślała prawie o przeszłości.
O stryju przypominała sobie tylko wtedy, gdy sumiennie odsyłała połowę pensji dla niego.



Minęło lato. W zimowym stroju ziemia wyglądała uroczyście: biała, czysta i jasna. Drzewa, szronem okryte, stały jak drużki w bieli, oczekujące ślubnego orszaku. W dzień srebrny welon ziemi lśnił iskrami brylantów, w nocy na ciemnem niebie lśniły gwiazdy brylantowe.
Piękną jest zima na wsi.
Cichy dworek wiejski wśród drzew bezlistnych świecił jasnemi oknami, jak drogowskaz w ciemności. Ludno w nim było, wesoło i ciepło, ciepłem serdecznem i ciepłem ogniska, co płonęło na kominku, niby znicz domowy. Tutaj też gromadziła się cała rodzina po skończonej pracy dziennej, by spędzić wieczór pospołu na swobodnej i miłej pogawędce.
Uderzenie dziesiątej było hasłem rozejścia; gospodarz wstawał pierwszy, nauczycielka z dziećmi oddalała się również, a wpół godziny potem gasły gościnne światła w białym dworku, większość mieszkańców spała snem spokojnym, i Zosia była wolna.
Obok szkolnego pokoju, będącego zarazem sypialnią dziewczynek, był mały pokoik Zosi. Stąd długo w noc jeszcze przez szpary okiennic jasne smugi światła padały na miękki kobierzec śniegu, rozesłany pod oknem na kwiatowych grządkach.
Zosia, zostawszy sama, nie kładła się nigdy od razu: tyle miała zajęcia! Najprzód potrzebowała policzyć się z sobą, zastanowić nad dniem ubiegłym, nad tym, który nadejdzie; potem pomyśleć trochę, swobodnie, spokojnie... potem popracować.
Usiadła przy stoliku, założonym książkami i wsłuchała się w ciszę. Ona już wiedziała, że cisza mówi, kto jej słuchać umie. Do niej przemawiała zawsze, a Zosia z dziwną tęsknotą czekała na tę rozmowę. Czyż dawniej przyszłoby jej na myśl, że milczenie jest tak wymowne?... Czy tak przemawiało i do stryja?...
Rzecz dziwna, Zosia myśli teraz o stryju daleko częściej, niż za jego życia. Lada drobnostka stawia jej go przed oczyma, widzi przed biurkiem pochyloną postać: siedzi i pisze; niekiedy spogląda wgórę przez wierzch okularów i znowu pisze, dużym, prostym charakterem. Lampa się pali, w pokoju milczenie, godziny nocy upływają, a on pisze i pisze, by wkońcu zmęczony rzucić się na twarde łóżko, stojące o kilka kroków.
Co to za życie!
Wzrok jej mimowolnie spoczął na starym, zniszczonym słowniku, leżącym obok. Odziedziczyła go po stryju i z tą pamiątką weszło tu jego wspomnienie. Zosia nie odpycha go teraz, chociaż budzi w niej zawsze dziwny i przykry niepokój. Stara, pożółkła książka jest jej użyteczna, stryjowi lat tyle służyła też wiernie, otóż znalazło się przecież coś wspólnego pomiędzy nimi. Gdy wszyscy zasną, ona, jak tamten samotnik, siedzi w swoim pokoju i pracuje. Uczy się po niemiecku, a ile razy sięgnie po słownik, spojrzy na wytartą, splamioną okładkę — przypomina sobie starego dziwaka.
Lecz bez goryczy, przeciwnie z jakimś smutnym żalem. Kiedy przewraca kartki i widzi na nich ślady rąk jego, ogarnia ją czasem wzruszenie. Ten martwy przedmiot był świadkiem, sługą myśli, która istnieć przestała; był towarzyszem człowieka, który nie miał innych przyjaciół jak książki, którego życie było zagadką, dziwną i smutną...
Chwilami wydaje jej się, że jakaś wina ciąży na niej.
Przecież ten dziwak w gruncie rzeczy dla nich pracował całe życie, oddał im wszystko, co miał, dał naukę, zapewnił przyszłość, a ona cóż mu oddała wzamian, oprócz zimnych pieniędzy?... Nie lubiła go, tak, to prawda... Czy miała prawo go nie lubić?... Czy to nie była jej wina?...
Coraz częściej i częściej nasuwa jej się to pytanie i nie może znaleźć na nie odpowiedzi. To jest męczące. Może on nie byłby takim, gdyby serdeczniej, szczerzej zapragnęła znaleźć drogę do jego serca. Złym nie był. Czyż im kiedy wyrządził co złego rozmyślnie? Potępiła go, nie starając się nawet poznać i zrozumieć, co znaczy niespokojne i dziwne spojrzenie, jakie zwracał na nią niekiedy, odkąd przestała być dzieckiem. Raz darował jej swoją książkę. Napisał własną ręką: »Zosi stryj«, datę — i położył na jej komodzie. Trzeba było podziękować. Ile to ją kosztowało! Kiedy przyszedł na obiad, zbliżyła się do niego sztywna.
— Dziękuję stryjowi za książkę — rzekła urzędowym tonem.
Spojrzał raz na nią i nic nie odpowiedział.
Książka miała wartość, lecz Zosia czytała ją z niechęcią. Uprzedziła się nawet do pracy człowieka, którego wady raziły ją w codziennem życiu.
Potem już nigdy stryj nic jej nie dawał.
Z nich wszystkich jeden Adaś lubił go naprawdę i rozumiał się z nim trochę; dlaczego? Mania była dobrą dziewczyną, nie żałowała pracy, pamiętała troskliwie o wszystkich potrzebach stryja, lecz powtarzała zwykle:
— Ja tam pilnuję, żeby głodny nie był, miał pożywienie zdrowe, czystą bieliznę, nie utonął w kurzu, nie przylepił się do podłogi i nie udusił w stęchłej atmosferze swego pokoju, gdzie okna otworzyć niewolno, mam więc dosyć zasługi. Spełniam, co do mnie należy, i sumienie nic mi nie wyrzuca.
I Zosi się zdawało przez czas długi, że wypełniła wszystko, co do niej należy, oddając opiekunowi połowę dochodu. Ale teraz — rzecz dziwna, im więcej czasu upływało od śmierci stryja, tem mniej była zadowolona z siebie, swego stosunku do niego i wypełniania swoich obowiązków. Chwilami czuła, że jest jak ten dłużnik, co nie ma komu spłacić swego długu, który mu ciążyć zaczyna.
Westchnęła i machinalnie sięgnęła po słownik, leżący obok na stoliku. Jakie te kartki stare, żółte, wytarte! Ten, kto je zniszczył, więcej już nie spojrzy na nie...
Przewracała je bezmyślnie, powoli, gdy wtem list jakiś wypadł z książki na jej kolana.
Wzięła go zdziwiona w rękę i obejrzała uważnie: pismo było nieznane i widocznie bardzo dawne, bo atrament pożółkł zupełnie, a miejscami był zatarty, jakby od łez.
Ze zdziwieniem patrzało dziewczę na drobne literki, co może zawierały tajemnicę życia tego, który je przechował w tej książce. List do stryja! Ona nie pamiętała, by kiedykolwiek listonosz zapukał do drzwi ich domu; musiało to być dawniej. Do stryja, widać z pierwszego wyrazu:
Najdroższy mój Stasieńku, synu ukochany!
A zatem list od matki. Zosia jej nie pamiętała. Jak to dziwnie pomyśleć, że stryj Stanisław miał matkę, że ktoś mówił do niego: Stasiu!
Ogarnęło ją nagle gorące pragnienie posłuchać głosu tej nieznanej babki, przemawiającej do syna: »Stasieńku«. Nie przyszło jej nawet na myśl, że może nie ma prawa odczytywać tego listu; nie pomyślała o tem; ona czuła jedynie, że postać stryja ukaże jej się w nowem świetle, i czytała z dziwnem wzruszeniem:
»Najdroższy mój Stasieńku, synu ukochany! Dziecko ty moje najlepsze, szlachetne, kto ci zapłaci w tem życiu za wszystko, co dajesz ludziom zacząwszy od własnej rodziny? Czemże jest życie twoje prawie od dzieciństwa? — Pracą dla innych. Sam, dzieckiem jeszcze będąc, umiałeś się wyrzec wszystkiego, co daje młodość, by pracą swoją zapewnić wygodę choremu ojcu, wychować brata! Każdy grosz, który biorę z twojej ręki, święty jest, bo okupiony ofiarą swobody, marzeń, nadziei, wszystkiego, do czego każda jednostka ma prawo. Tyś nie żył dotąd i może już nigdy żyć nie potrafisz, bo myśl twą i siły zabiera praca, wyczerpuje wszystkie. Synu mój drogi, ja matka chciałabym dopatrzeć w tobie trochę egoizmu, abym wiedziała, że zapragniesz kiedyś walczyć o własne szczęście i zdobyć je sobie. Lecz egoizmu niema w tobie wcale, a wierz mi, to dla ciebie jest nieszczęściem. Cichy, nieśmiały, skryty, ustąpisz każdemu, i nikt cię nie oceni, nie pozna twej duszy. Ty nie śmiesz mówić o tem, co czynisz gorąco, co spełniasz w czynie, ty, taki wymowny, gdy piszesz do mnie! — I ludzie nie wiedzą, jak ty myślisz, co kochasz i jak kochać umiesz. Skąd zgadnąć mogą? Biedne dziecko moje, gdybyś ty wiedział, jak ja drżę o ciebie, o przyszłość twoją, ażeby nie była tylko ofiarą, ofiarą wszystkiego, bez jednej kropli szczęścia i nagrody! Gdy dzieckiem będąc, rozdawałeś swoje zabawki dzieciom biednym, cieszyłam się szczerze tym objawem dobrego, szlachetnego serca, lecz gdyś oddał ostatni swój biczyk złamany, przyszło mi na myśl, że i w życiu może postąpisz tak samo... I boję się, że tak będzie. Patrząc dziś na ciebie, pochylonego, ze zmęczonym wzrokiem i bladą cerą, już ja, matka, zaledwie mogę wyobrazić sobie, że tak niedawno byłeś rumianym chłopczykiem, z jasnem spojrzeniem i swobodną myślą. Pamiętasz, jak ciekawie pytałeś mię zawsze, co jest za rzeką? lasem? w dużych miastach? Co ludzie robią? Jak byłeś spragniony poznać świat, życie, wszystkie jego prądy, wszystkie pragnienia i wszystkie uciechy! Jak marzyliśmy razem, że po ścieżce życia iść będziesz śmiało do pięknego celu, lecz znajdziesz na niej i chłodne drzewo do spoczynku i strumień kryształowy, co siły pokrzepi, i owoc pracy, co posili ducha. Ze mną mówić o tem umiałeś, ty mój milczący sfinksie. Gdzie te marzenia? Przyszła choroba ojca, zmieniło się wszystko, wyrzekłeś się nauki, zabrałeś do pracy. Ja wiem, ile poświęciłeś, ja mam zapisaną w duszy każdą przyjemność, której się wyrzekłeś, każde pragnienie, któregoś się wyparł, każde upokorzenie, które zniosłeś dla nas. Zamknąłeś się bardziej w sobie, zacząłeś unikać ludzi, jakbyś się wstydził uczuć, które zaszczyt ci przynoszą; ten i ów nazwał cię skąpcem, dziwakiem, odludkiem, bo któż tam wiedział, że brat twoim kosztem zdobywa wykształcenie, którego sobie odmówiłeś; że dzięki pracy twojej ojciec nieszczęśliwy ma dach nad głową i życie bez troski, a matka — matka pragnęłaby wołać: ludzie, czyż nie widzicie, że to szlachetne serce bije dla was jedynie? Dajcież mu serca trochę, bo on nie upomni się o nie; spojrzyjcie w głąb duszy jego i nie...«
List nie był skończony, dalszego ciągu brakowało, lecz Zosia szklanym, przerażonym wzrokiem patrzała na pożółkłe kartki; ręce jej drżały, twarz była blada i zmieniona.
Boże, o Boże! więc to stryj Stanisław! To stryj Stanisław! Ten dziwak, ten cichy, wiecznie milczący i zamknięty w sobie! I ona nie przeczuła! Nikt go nie rozumiał, nikt go nie znał... Głos matki przemówił z za grobu, lecz przemówił za późno! Jej smutne przepowiednie spełniły się: nikt nie dał mu serca... O Boże, jakież to straszne, że ona...
Jęk rozpaczy i bólu wydarł się z piersi dziewczęcia i wybuchnęła płaczem.
Ja kocham Cię, stryju! Kocham Cię i nie mogę powiedzieć Ci tego!
Już za późno! za późno!...



Świt biały zastał Zosię przy stoliku z listem w ręku. Nie płakała, ale twarz miała poważną, w pogodnych wczoraj oczach wyraz głębokiego smutku; wydawała się starszą. Tego samego dnia jeszcze prosiła o pozwolenie wyjazdu do Warszawy: musiała być na grobie stryja.
Czy wróci spokojniejsza i mniej smutna? Może; lecz poczucia winy nie zmyją łzy żalu, zostanie ono w duszy niezatarte do końca życia, bo przyszło — za późno!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.