Za mgłą/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Za mgłą
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Wydawca Księgarnia A. G. Dubowskiego
Data wydania 1899
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

S

Spełniły się pragnienia panny Niny; przyszła zima mroźna i śnieżna, ubieliły się pola, zbliżały się święta Bożego Narodzenia.
W Cieciorce robiono różne przygotowania, ponieważ pani Justyna zaprosiła panie z Królówki na kilka dni do siebie.
— Pierwsze śnięta w sieroctwie — mówiła do Andzi — byłyby dla nich dniami smutku i rozżalenia, a tak, w większej gromadce, raźniej im będzie, postaramy się pocieszyć je i rozweselić.
Zaproszenie zostało nader chętnie przyjęte, wdowa z córkami pośpieszyła na wezwanie, rada, że podczas tych dni uroczystych będzie w otoczeniu blizkich i życzliwych osób. W Królówce święta byłyby jednem pasmem wspomnień, westchnień, łez i żalu. Z każdego kąta wychylałby się cień tego, którego zabrakło, każdy szczegół świątecznego obchodu przypominałby o nim. I tak mąż i ojciec przypominać się będzie pamięci wdowy i dzieci, ale obecność osób życzliwych smutne te wspomnienia złagodzi. Przyjęto więc zaproszenie z wdzięcznością i dwudziestego czwartego grudnia, zaraz po południu, sanie z Królówki stanęły przed dworkiem pani Justyny. W godzinę później nadjechał pan Jan, a kiedy pierwsza gwiazda błysnęła na niebie, wszyscy zasiedli przy stole, łamali opłatek i nawzajem składali sobie życzenia. Panował w tem szczupłem gronie nastrój serdeczny, rzewny, zda się, że członkowie jednej rodziny zgromadzili się na uroczystość.
Kiedy wszyscy życzenia sobie wzajemnie składali, Andzia szepnęła pannie Ludwice do ucha:
— A tobie, Ludko, życzę, abym na przyszły rok mogła cię nazwać kochaną moją siostrzyczką.
Na bladej twarzyczce wykwitnął żywy rumieniec, czarne oczy skryły się pod powiekami.
— A może wzgardzisz tym tytułem? — szepnęła Andzia.
Odpowiedzią na to był długi, serdeczny pocałunek.
W domu pani Justyny wszystko odbyło się po staroświecku, według tradycyi i od dawna przyjętych zwyczajów. Więc stół potrząśnięty był sianem, w kącie jadalni postawiono potężny snop pszenicy, nad stołem kołysała się misternie zrobiona gwiazda z opłatkiem, a pokój był oświetlony świecami woskowemi domowego wyrobu. Znalazły się na stole nalewki i miód, pochodzący z własnej pasieki, i kilka flaszek wina z dawniejszych zapasów.
Kilkunastu wyrostków wiejskich z gwiazdą stanęło pod oknami i zaintonowało kolędę. Zaproszono ich do kuchni, gdzie dostali hojny poczęstunek.
O jedenastej w nocy dwoje sani zajechało przed ganek. W jednych pomieściła się pani Justyna, pani Jastrzębska i Andzia, w drugich dwie panny z Królówki i pan Jan.
Księżyc świecił, droga była doskonała, gładka, równa, konie biegły szybko, prawie nie czując ciężaru, śnieg skrzypiał pod płozami.
Wymijali liczne sanie chłopskie i gromadki pieszych, dążących do jednego celu, do kościoła na pasterkę, która także dawnym obyczajem odbywała się o północy.
Gwarne rozmowy i pieśni kolędowe rozlegały się dokoła, a z okien kościołka, stojącego na wysokiem wzgórzu, biło jasne światło.
— Jakie u nas są piękne zwyczaje! — rzekła panna Ludwika, jakby w zamyśleniu, jakby sama do siebie.
— O, tak! — rzekła z zapałem Nina — piękne, a najpiękniejsze te, co są z dniem dzisiejszym związane. Ja bardzo lubię te święta, i obecnie, gdyby nie świeże, a tak smutne wspomnienia, byłabym zupełnie szczęśliwa. Niech pan spojrzy — dodała, zwracając się do pana Jana: — w tej chwili, oprócz małych dzieci, nikt nie śpi. Na drodze tylu ludzi, w kościele, jak sądzę, już pełno, a we wszystkich oknach świeci się. Tak ładnie wyglądają te czerwone światełka na tle śniegu!
— Ma pani słuszność — odrzekł; — a dzień dzisiejszy odznacza się jeszcze tą właściwością, że wywołuje wspomnienia. Mnie, na przykład, przypominają się rzeczy dzieciństwa, a dalej święta spędzane między obcymi. Obecne, to znowuż pierwsze wśród swoich i bardzo ukochanych — dodał ciszej, — a gdyby nie to, że stryjostwa niema, nicby mi do szczęścia nie brakło.
— I im musi być bardzo smutno — rzekła panna Ludwika — w taki dzień w obcym kraju. Posłałyśmy w liście opłatek, a mama napisała bardzo obszernie, zapewniając, że myślą wszyscy jesteśmy przy nich. A pan pisał do stryja?
— Pisałem, ale większa część mego listu przepełniona była rachunkami, najzwyczajniejszą prozą.
— A! mógłby pan chociaż tym razem, wyjątkowo, dać pokój szkaradnym cyfrom!
— Czy pani cyfr nie uznaje? Nigdy pani nie liczy?
— A cóż ja mam do liczenia?
— Ale czasem; na przykład: ile łokci materyału trzeba na suknię, albo ile kwiatów ma róża.
— Ja liczę także, ile jabłek zebrało się z ogrodu, ile plastrów miodu miałyśmy z pasieki, liczę różne drobiazgi, ale to się nie liczy.
— Szczególne liczby, co się nie liczą!
— A no tak, dlatego, że to tylko drobiazgi, kobiece rachunki, groszowe. Panowie co innego; zapisujecie całe arkusze, a nawet całe książki cyframi. Od tego może głowa rozboleć.
— Rzeczywiście, czasem boli.
Konie biegły raźno po gładkiej, doskonałej, od mrozu wyiskrzonej drodze; Antoni zręcznie omijał liczne sanie chłopskie, wyciągniętym kłusem wjechał na wzgórze i osadził konie przed kościołem.
Ludzi było pełno, kościół oświetlony wspaniale, głos organów brzmiał uroczyście, a po skończonem nabożeństwie rozległy się nuty odwiecznej kolędy.
Kiedy ostatnia z nich przebrzmiała i ucichła, tłum, jak fala, wypłynął z kościoła. Zbierano się w gromadki, jedni drugim składali życzenia, wszyscy mieli nastrój wesoły, świąteczny.
Do sanek, w których siedziała wdowa z panią Justyną i Andzią, zbliżył się pan Seweryn i pan Roman. Obadwaj składali życzenia, obadwaj zapraszali, aby ich odwiedzić podczas świąt.
— Dość już tego zamknięcia, droga pani — mówił pan Seweryn; — trzeba się przecież ludziom pokazać, trzeba starych przyjaciół odwiedzić, pogawędzić, rozweselić się. Ja mam gościa w domu.
— Któż jest?
— Hipolit wczoraj przyjechał, mój syn.
— Pan Hipolit! — zawołała Andzia.
— Zrobił nam niespodziankę. Matka jest w siódmem niebie, sądziła bowiem, że nie zobaczy go, aż w lecie. Miał wielką chęć towarzyszyć mi do kościoła, ale matka nie pozwoliła, z powodu, że biedaczek zmęczony, zdrożony, cierpiący.
— Czy chory? — zapytała pani Justyna.
— Ale skąd?! „Biedaczek” wygląda doskonale, podkowy mógłby łamać, tylko mama, jak każda mama, jest bardzo troskliwa o swoje maleństwo.
Andzia rozśmiała się.
— Pan Hipolit maleństwo!
— A tak, proszę pani; ja wprawdzie mało znam ludzi wyższego wzrostu, niż mój Hipolit, ale dla matki jest on zawsze maleńkim. Nie nazywa go nigdy inaczej, z czego też nieraz uśmieję się serdecznie. Wielką niespodziankę chłopiec ten nam sprawił, spadłszy jak z nieba.
— A na długo? — zapytała pani Justyna.
— Na kilka tygodni.
— Okolica zaczyna się ożywiać — odezwał się pan Roman; — będzie tu niedługo bardzo gwarno.
— Zaciekawia nas pan. Skądże się weźmie to ożywienie?
— To państwo nic nie wiecie? Nie nadesłano wam zaproszeń?
— Nie.
— W pierwszych dniach stycznia pan Topaz wyprawia wielkie polowanie w swych lasach. Będzie dużo osób z Warszawy, no i wszyscy myśliwi tutejsi otrzymali zaproszenia piśmienne na eleganckim papierze z emblematami łowiectwa.
— Skądże się to wzięło? Dotychczas wielkich polowań nie urządzał.
— Widocznie dla warszawskich znajomych. Dziwi mnie jednak, że pan Jan takiego listu nie otrzymał.
— Owszem, nie zostałem pominięty. Koperta, ozdobiona trąbami i głową jelenia, leży u mnie na biurku.
— Nie wspominałeś o tem — rzekła Andzia.
— Wyszło mi z pamięci.
— Czy nie masz zamiaru tam być?
— Wiesz, że nie zaliczam się do szeregu zapamiętałych myśliwych. Cobym robił na tych wielkich łowach?
— Poznałbyś pan grono przyjaciół z Warszawy; tak bowiem napisano w zaproszeniu. No, nie zapominajcież państwo o nas... — dodał. — Świąt wesołych i dobranoc!... Konie niecierpliwią się, zimno im.
Brzęczały głośno janczary u zaprzęgów; zziębłe na wzmagającym się mrozie konie rwały z kopyta, panna Nina zachwycona była tą szybką jazdą.
Pierwszy dzień świąt zeszedł dla młodego człowieka jak jedna chwila szczęśliwa; czarne oczy patrzyły na niego wprost, śmiało i z wyrazem wielkiej życzliwości. Nie wątpił, że zjednał sobie sympatyę: przekonywał go o tem życzliwy uśmiech, uścisk ręki przy powitaniu i pewien ton serdeczny w rozmowie. Korzystał też z każdej chwili, aby rozmowę nawiązać, wsłuchiwać się w melodyjny dźwięk głosu ukochanej, patrzeć na jej uśmiech, wywoływać ożywienie na twarzy, dysputować, sprzeczać się nawet.
Coraz więcej utwierdzał się w przekonaniu, że ją zna od dawna i że spotkali się po długiem rozłączeniu. Raz nawet powiedział jej to i zapytał, czy nie uznaje, że w tem złudzeniu jest może jakaś drobna cząsteczka prawdy.
Zarumieniła się i odrzekła spokojnie:
— Sądzę, że jest. Nie wydaje mi się to nieprawdopodobnem, a każde złudzenie musi mieć przecież jakąś podstawę.
— A więc, jeżeli ja panią znam tak dawno, to wniosek oczywisty, że i pani...
— Mógł mnie pan znać z widzenia — odrzekła z uśmiechem.
— O, nie! rozmawialiśmy nieraz.
— Ja nie pamiętam — rzekła, spuszczając oczy.
— Szkoda, szkoda. Mielibyśmy bogaty materyał do wspomnień, do odtwarzania prześlicznych krajobrazów, śmiałych wycieczek w krainę fantazyi, do kryształowych źródeł poezyi.
— Zaciekawia mnie pan.
— I cóż stąd, kiedy pani nie pamięta, albo pamiętać nie chce!
— Może kogo innego pan widywał? — odrzekła.
— Stanowczo panią; jestem o tem głęboko przekonany, nie mogę się mylić. To była pani, te same oczy zadumane.
— Dajmy im pokój.
— Więc nie pamięta pani nic a nic, ani troszeczkę? Nie bywała pani nigdy w krainach fantazyi?!
— Niekiedy, ale bardzo rzadko.
— A gdzież ta kraina leży?
— Nie ma ona ściśle oznaczonych granic, ale znajduje się blizko, jak dla mnie przynajmniej. W natchnionem słowie wieszcza, w smętnej pieśni, no... choćby w naszym parku, gdy go księżyc osrebrzy, choćby w ruinach zamczyska.
— Więc chodziliśmy po jednych dróżkach: natchnione słowo, pieśń, natura, dzieje zamierzchłe.
— O, tak!
— Przeszłość pokryta pleśnią wieków, uczucie wyrażone w harmonijnym dźwięku, natura wspaniała, majestatyczna, bogata i przyszłość pełna zagadek. Złote marzenia, nieokreślona tęsknota ducha do nieznanych światów, do prawdy wielkiej i wielkiej miłości. Czy tak? Czy ja spotykałem panią w owych światach?
Miała wielką chęć powiedzieć: „tak, tak, widywaliśmy się tam tysiące razy, przebiegaliśmy przestrzenie bezmierne, ręka w rękę, obok siebie” — ale powstrzymała się, pragnąc nadać inny obrót rozmowie.
A on nalegał, domagał się koniecznie odpowiedzi.
— Gdzie? Niechże pani powie nareszcie.
— A więc przyznaję: widywałam pana niekiedy w zwaliskach.
— Doskonale! Jestem tedy w oczach pani nietoperzem, nie znoszącym światła, puszczykiem złowrogim?
— Ależ nie, nie!
— Może więc upiorem, widmem, straszącem ludzi, pokutującym duchem, który wlecze za sobą ciężki łańcuch?
— Myli się pan.
— Wyliczam wszystkich, prawdziwych i legendowych mieszkańców zwalisk.
— A nie chce pan być pięknym rycerzem z legendy? — zapytała z uśmiechem.
— Pięknym rycerzem? Nie, pani.
— Dlaczego?
— Bo legendy są zazwyczaj bardzo smutne, a bohaterowie ich strasznie nieszczęśliwi. Dążą do miłości, jak ćmy do ognia, giną i nawet po śmierci nie znajdują spokoju. Zaklęci w skałę, cierpieć muszą bez końca.
— I zaklęte królewne nie mają lepszego losu — rzekła, — ale po latach, a może po wiekach cierpień przychodzi wyzwolenie i szczęście. Tak się dzieje w legendach.
Podczas tej rozmowy Andzia niepostrzeżona weszła do pokoju.
— Gdzie wy jesteście? — zapytała, usłyszawszy ostatnie wyrazy rozmowy.
Panna Ludwika przestraszyła się; młody człowiek odrzekł wesoło:
— Jesteśmy wśród zwalisk starego zamku.
— I oprowadza cię urocza strażniczka legend — rzekła, całując Ludwikę. — Doskonale, ale czemuż przyszłam tu, nudna przedstawicielka prozy, i przeszkodziłam miłej wycieczce!
— Właściwie ona się jeszcze nie rozpoczęła — odrzekł pan Jan; — był to dopiero zamiar, który możemy jeszcze wykonać, jeżeli pani nie straciła już ochoty do błądzenia wśród rumowisk.
— Ależ — odezwała się Andzia — zapominacie, że ruiny zasypane są teraz śniegiem i dostać się do nich nie łatwo.
— Prawda, ale zamierzona wycieczka miała się odbyć idealnie, tylko myślą.
— To zupełnie zmienia postać rzeczy; przynajmniej będę o was spokojna, że nie przeziębicie się w śniegu.
— Kochana siostrzyczko — rzekł pan Jan, — dlaczego żartujesz z naszych zamiarów? Cóż ci taki spacer przeszkadza?
— Bynajmniej. Wędrujcie nie tylko wśród zwalisk, ale nawet po obłokach; towarzyszyłabym wam chętnie, gdybym mogła.
— Owszem, zapraszamy.
— Powiedziałam: gdybym mogła; to znaczy, że nie mogę.
— Dlaczego?
— Nie mam skrzydeł, fantazya moja uboga, trzymam się przy ziemi.
— Niech jej pan nie wierzy — odezwała się Ludwika; — ona obmawia się dla żartu.
— Ależ naturalnie, że wierzyć jej nie mogę.
— Nie możesz?
— Tak, kochana Andziu, nie wierzę, a niewiarę tę opieram na dowodach niezbitych.
— Ciekawam.
— Na własnych twoich słowach. Przypomnij sobie, co mówiłaś przed kilkoma miesiącami, kiedy przybyłem w te strony. Co mówiłaś o rozśpiewanych słowikach?
— Pamiętam doskonale, ale i to pamiętam również, że powiedziałam ci wówczas, iż natychmiast spadam z obłoków na ziemię. To właśnie dowodzi, że skrzydła mej fantazyi są bardzo słabe i niezdatne do lotu. I rzeczywiście tak jest.
Pan Jan przez chwilę bacznie przypatrywał się siostrze; następnie, jakby uderzony jakąś myślą, rzekł:
— Panno Ludwiko, czy pani nie zauważyła, że Andzia dziś bardzo ładnie wygląda?
— Przecież ona zawsze ładna.
— Ale dziś szczególnie, wyjątkowo. Jakie ożywienie na twarzy, jakie rumieńce, jakie oczy!
— Eh, mój kochany, dajże pokój. Nie lubię komplimentów.
— A jaka staranna tualeta!
— Przecież święto.
— No tak, ubierasz się zawsze ładnie, ale dziś wyjątkowo; dziś starałaś się o to, żeby ślicznie wyglądać.
— Moja Ludwisiu — rzekła, śmiejąc się, — co się Jasiowi stało? Uwziął się na to, aby mi dokuczać. Czekam tylko, kiedy powie, żem się dziś umalowała, że jestem ubielona, uróżowana. Czy tak?
— Tego nie powiem; ale żem cię taką jak dziś jeszcze nigdy nie widział, to fakt; staraj się, żebyś zawsze tak wyglądała.
Andzia usiadła nawprost okna, i niby nie patrząc, rzucała jednak spojrzenia na drogę; pan Jan jedno z tych spojrzeń dostrzegł i zawołał:
— Znamy już przyczynę ożywienia mej uroczej siostrzyczki, znamy powód niezwykłej staranności w tualecie, wiemy, dlaczego, chociaż zawsze jest ładną, dziś pragnie być prześliczną.
— Jakiż to powód? Gdzie go widzisz?
— Nie widzę dotychczas, ale gotów jestem założyć się, że jest on za oknem, że prawdopodobnie zbliża się ku temu domowi.
— Mój Jasiu, dajże już pokój — rzekła Andzia, a na twarzy jej ukazały się żywe rumieńce. — Prześladujesz mnie i dręczysz, nie wiem dlaczego.
— Otóż zbliża się ktoś, co naszą sprawę osądzi — rzekł pan Jan do wchodzącej Niny. — Niech pani siądzie na fotelu, słucha uważnie i poważnie, ja rzecz przedstawię.
— Sędzią mam być?
— Tak, pani, jako osoba poważna i kompetentna.
— Ale co i kogo mam sądzić?
— Niech pani raczy odpowiadać na pytania: Czy Andzia nie wygląda dziś prześlicznie?
— Jak marzenie! Przed chwilą sama jej to powiedziałam.
— Drugie pytanie: czy młoda osoba, dokładająca starań, aby ładnie wyglądać, ma w tem jaki cel? Niech pani odpowie krótko, w kilku słowach.
— Każda z nas chciałaby ładnie wyglądać.
— Wiadoma rzecz; ale dlaczego?
— No... żeby ludzi nie straszyć.
— To znaczy, żeby się ludziom podobać. Trzecie pytanie: Co myśli ten, kto siedzi przy oknie i patrzy na drogę?
— Cóż za pytanie! Spodziewa się, że ktoś przyjedzie, i dlatego patrzy w okno.
— Widzisz więc, Andziu, że wszystko się wydało.
— A kogóż Andzia oczekuje? — zapytała Nina.
— Nikogo a nikogo. Siedzę przy oknie, więc mimowoli patrzę na śnieg, na drzewa.
— Na bramę!
— No i na bramę, na drogę, na pole, nawet na las, który się czerni tam daleko. Ileż razy na dzień ty czynisz to samo. Dziś przez to okno patrzyła i mama, i pani Jastrzębska, i Ludka, i Nina... i nie wywoływało to zadziwienia, ani uwag z twej strony.
— Bo co innego jest patrzeć, a co innego wyglądać kogo!
— Więc niechże będzie, jak chcesz; wyglądam, czekam i już się doczekałam. Zbliżają się, już są na drodze; tylko patrzeć, kiedy będą w bramie.
— Kto? kto? — zawołała zaciekawiona Nina, biegnąc do okna; nawet poważna Ludwika poszła za jej przykładem.
— Kto? kto? Kogo ty widzisz? Przecież żywego ducha niema na drodze!
— Są... dwie wrony, idą po śniegu.
— Zażartowałaś z nas.
— Nie z was, lecz z kochanego braciszka. Niechże się utwierdzi w domysłach, niech podziwia bystrość swego wzroku i daru spostrzegawczego.
Panny zaczęły się śmiać i odeszły wgłąb pokoju, młody człowiek został przy oknie, mając bowiem wzrok doskonały, dostrzegł pod lasem na drodze jakąś plamę czarną.
— Cóż tam robisz przy oknie? — zapytała Andzia. — Obserwujesz wrony?
— Tak, siostrzyczko, ale nie te, któreś nam pokazała. Jest to inna para.
— Patrz dłużej, a doczekasz się jeszcze kilkunastu.
— Te, które ja widzę, wyszły z lasu.
— Bardzo naturalnie.
— Pamiętaj jednak, Andziu, że najlepiej śmieje się ten, kto się śmieje ostatni.
— Chcesz nas temi półsłówkami zwabić do okna — rzekła Andzia, — ale to ci się nie uda. Nie jesteśmy spragnione widoku wron.
— Zobaczymy.
— Nam tu jest bardzo dobrze.
— Jednakże, szczególna rzecz — rzekł młody człowiek, — zdaje się, że mam wzrok doskonały, a nie mogę poznać, kto jedzie.
Nina poruszyła się, chcąc biedz do okna; Andzia zatrzymała ją za rękę.
— Nie wierz mu — rzekła, — nikt nie jedzie. On chce nas mistyfikować.
— Konie kare... Andzia podobno nie lubi karych koni.
— Przeciwnie, lubię.
— Są już przy wierzbie.
— Nie wierzę.
— Chodź do okna i przekonaj się.
— Nie przyjdę.
— Jak uważasz. Ciekawa rzecz, z kim jedzie pan Seweryn, bo to on, teraz go już poznałem.
Andzia zarumieniła się. Nina pobiegła do okna.
— Ależ tak! tak! — zawołała — to naprawdę pan Seweryn, a ten drugi to jego syn.
— Muszę mamie powiedzieć — rzekła Andzia i pośpiesznie wyszła z pokoju.
Z chwilą przybycia gości zrobiło się gwarno. Pan Seweryn, rad, że ma syna przy sobie, był w doskonałym humorze, opowiadał nowinki, żartował. Zaproszenie na wielkie polowanie pana Topaza dawało powód do różnych komentarzy i uwag. Wyliczano długą listę osób ze świata przemysłowego i finansowego, mających wziąć udział w tej zabawie.
— Obawiam się tylko, żeby mnie który z tych łowców nie postrzelił lub nie zabił — mówił pan Seweryn, — gdyż na takich polowaniach zdarzają się wypadki. Postaram się też mieć stanowisko obok gospodarza. Będzie to najbezpieczniej.
— Czy pan Topaz jest taki doświadczony i ostrożny myśliwy?
— Nie; tylko z zasady poluje z bronią nienabitą i nie miewa przy sobie ani jednego ładunku.
— Pocóż więc poluje?
— Dla przyjemności. Sam mi to mówił, że przepada wogóle za sportem, a zwłaszcza za myśliwskim, ponieważ uważa go za rozrywkę prawdziwie rycerską. Ja, mówi, nie strzelam, ale poluję: stoję pod drzewem, ubrany w stosowny kostium, a później z przyjemnością zasiadam do bigosu; strzelać nie chcę, gdyż nie jest to konieczne i nie widzę w tem żadnego interesu. Niektórym panom mój pogląd wydaje się dziwnym.
— Zapewne — rzekła pani Justyna, — jest on dość oryginalny.
— Pan Topaz twierdzi stanowczo, że można być doskonałym myśliwym i nigdy nie strzelać. Oto, mówi, na przykład, mamy gentlemanów, utrzymujących stajnie wyścigowe. Wśród nich są ludzie starzy, otyli, którzy nigdy nie dosiadają koni, a przecież nikt nie zaprzeczy, że zasługują na tytuł sportsmanów. Jeżdżą i karki kręcą dżokieje, lub młodzi panowie, którzy mają chęć ryzykować całość swych kości, a prawdziwy sportsman, główny sportsman, bawi się i bierze nagrody. To rozumiem. Tak samo z myśliwstwem. Ja, na przykład, nie używam opinii znakomitego myśliwego, a czy słusznie? Najniesłuszniej. Posiadam doskonałą i kosztowną broń, bardzo dobrą służbę leśną, prześliczne psy; czegóż chcieć więcej? I ja nie jestem myśliwy! Taki zaś, który ma starą dubeltówkę, wartości trzydziestu rubli, i ladajakiego psa, ale potrafi zastrzelić zająca, jest znakomity myśliwy! Gdzież sprawiedliwość? Vanderbildt ma swój wspaniały yacht, na którym praktykuje sport wodny; młodszy pomocnik buchaltera z mego kantoru w Warszawie po godzinach biurowych biegnie do Wisły, siada w kajak i jak kaczka chlupie się na nim do Saskiej Kępy... Któż jest większy sportsman: Vanderbildt, czy ten mój młodzieniec?
— To dowodzenie — rzekł pan Jan — nie jest pozbawione słuszności, należy tylko zrobić małą zmianę w twierdzeniu.
— Jaką?
— Powiedzieć, że Vanderbildt jest bogatszy sportsman, i wszystko będzie w porządku.
— Któż będzie na tem polowaniu? — zapytała pani Justyna.
— Dużo osób, przeważnie finansiera. Zjeżdżają na trzy dni, a oprócz polowania ma być jakaś wielka zabawa. Bal, raut, może kulig. Nie wiem.
— Kulig chyba się nie uda; do kogóż bo tu zajeżdżać i kogo po drodze zabierać? Kto ma chęć i usposobienie do takiej szalonej zabawy?!
— Zdaje mi się, że to nawet nie jest w programie.
— Jakto, kulig? Przecież pan mówi.
— Najazd na sąsiadów i zbieranie uczestników zabawy, czyli kulig prawdziwy, staroświecki. Pana Topaza stać na własny kulig.
— Nie rozumiem.
— A no, proszę pani dobrodziejki, koni i sanek ma dosyć, przewiezie więc ukostiumowanych gości po swoim własnym lesie, albo po gościńcu, i będzie kulig. Bardzo prosty sposób.
— Co on jednak ma za cel, urządzając taką zabawę? Zdaje się, że jest dość oszczędny.
— Tak, ale w pewnych okolicznościach lubi się pokazać, a tu właśnie zachodzi pewna okoliczność, a może nawet i nie jedna.
— Zaciekawia nas pan.
— Przypadkiem dowiedziałem się, a ze źródła dość kompetentnego, zresztą i sam Topaz dawał mi do zrozumienia, że czeka go wielka uroczystość rodzinna i że będzie mógł szczycić się z tego powodu. Krótko mówiąc, zapowiedziane polowania i festyny mają się odbyć in gratiam zaręczyn panny baronówny.
— Wychodzi za mąż?
— Tak.
— A za kogo? Któż będzie szczęśliwym posiadaczem serca i fortuny, zdaje się, pokaźnej?
— Młody człowiek utytułowany?
— Hrabia?!
— A jakżeżby inaczej być mogło? Zdaje się, że to jest szczyt marzeń jej i ojca.
— Można się domyślać, że szczęśliwy oblubieniec nie świetnie stoi pod względem finansowym.
— Oczywiście, ale Topaz znajdzie na to radę, z zachowaniem wszelkiego decorum. Oblubieniec posiada majątek w Galicyi, właściwie posiada tylko tytuł własności, bo długi przewyższają znacznie wartość dóbr, więc się też zaszarganą hipotekę oczyści i będzie wszystko dobrze: stanowisko dla pana młodego, w perspektywie urząd publiczny lub wybór do sejmu, piękna rezydencya dla państwa młodych, a honor dla teścia. W związku z tem jest zamiar sprzedaży majątku, który pan Topaz posiada w naszej okolicy.
— Przecież mówił, że go nigdy nie sprzeda, że pragnie, aby na zawsze pozostał w rodzinie.
— Istotnie, słyszałem to nieraz; majątek przeznaczony był dla syna.
— Skądże więc zmiana?
— Nie zawsze zamiary synów zgadzają się z pragnieniami ojców. Młody pan Topaz nie lubi ani starożytności, ani gospodarstwa wiejskiego.
— Więc zajmują go finanse?
— Podobno także nie. Słyszałem w Warszawie, że prawie nigdy nie bywa w kantorze ojca, a interesami zajmować się nie chce i nie lubi.
— Jakiż ma cel życia?
— Chce bawić się i przepędzać czas wesoło. Na ten cel ojciec daje pieniędzy i pociesza się maksymą o młodem piwie, które musi wyszumieć. Wołałby jednak, żeby piwo nie szumiało za bardzo, a co najważniejsza, żeby długów nie robiło.
— Alboż on robi długi? — zapytała pani Justyna — robi długi, mając pieniądze od ojca!
— Dlaczegóżby robić ich nie miał? Ojciec wprawdzie daje mu sporo, ale nie tyle, ile młody człowiek żąda; syn nie chce ojca często prośbami nudzić, a lichwiarze są, jak wiadomo, ludzie pełni uprzejmości, zwłaszcza dla paniczów, którzy mają ojców bogatych. Stary Topaz, gdy zgłosili się do niego z wekslami syna, mało apopleksyi nie dostał, wybuchnął strasznym gniewem i wpadł jak bomba do gabinetu swego jedynaka. Synek pozwolił ojcu wykrzyczeć się dowoli, a potem powiedział spokojnie: kochany ojcze, zawsze mówiłeś, że chcesz mieć ze mnie panicza. Zastosowałem się do twego życzenia i postępuję jak panicz; a niechże mi ojciec pokaże panicza, ma się rozumieć panicza w wyższym stylu, nie zaciągającego długów i nie pozostawiającego ojcu trudu płacenia weksli.
— Biedny stary!
— Ma to, czego pragnął; chciał pańskości i szyku, ma pańskość i szyk. Swoją drogą tłómaczył podobno synowi, że nawet duży majątek może się wyczerpać, gdy kto nieopatrznie rzuca pieniędzmi, i że wierutnem głupstwem jest napychać kieszenie lichwiarzom, gdy można mieć kredyt u rodzonego ojca. Ma się rozumieć kredyt ograniczony, do wysokości jakiegoś x rocznie. Syn wysłuchał uważnie przemówienia ojca, przyznał mu zupełną słuszność, podziękował za kredyt, a na trzeci dzień podniósł z kasy to, co było dla niego przeznaczonem, i wyjechał za granicę.
— Aby roztrwonić.
— Nie; żeby się zabawić i odpocząć.
— Po czemże odpoczywać?
— Alboż ja wiem; dość, że pojechał w tym celu i próbował szczęścia w Monaco.
— Wyobrażam sobie, że musiał dobrze nadszarpnąć majątku.
— Otóż nie; w owym bowiem czasie jakiś młodzieniec, przegrawszy całe mienie, odebrał sobie życie, i ten wypadek podziałał odstraszająco. Młody pan Topaz uznał, że głupstwem jest pozbawiać się majątku i mieć do wyboru: nędzę lub kulę, gdy z pieniędzmi można istnieć i żyć wesoło. W każdym razie ojciec ma z nim dość kłopotu.
Podczas gdy pan Seweryn opowiadał, syn jego prowadził cichą rozmowę z Andzią.
Był to mężczyzna wysokiego wzrostu, wysmukły, o twarzy nader intelligentnej; w spojrzeniu jego ciemnych oczu, w ruchach, w sposobie wyrażania się malowała się pewna powaga. Na pierwszy rzut oka wydawał się on flegmatycznym i obojętnym, ale nie obojętność to była, lecz spokój, właściwy sile i rozwadze.
Pan Jan, który niegdyś znał go dzieckiem, a teraz dopiero, po latach kilkunastu, zobaczył go dorosłym człowiekiem, przypatrywał mu się uważnie i czynił w myśli porównania.
Czyżby to był ten sam duży, niezgrabny chłopak, który bawił się z nim niegdyś w ogrodzie i z którego śmiali się wszyscy rówieśnicy? Mówią, że ten sam, ale podobieństwa dopatrzeć trudno.
Obserwując pana Hipolita, odtwarzając w pamięci sylwetkę niezgrabnego chłopaka, rzucił pan Jan wzrokiem na Andzię. Ani jej poznać. Ożywiona, rozpromieniona, uśmiechnięta, nigdy nie wydawała się tak ładną i tak szczególnie sympatyczną. Teraz można się domyślać, co jest tego przyczyną. A nie mówiła nic, nie zdradziła się ani jednem słowem, nieszczera! Przy pierwszej sposobności usłyszy za to wymówkę.
Pan Jan, przyjmując udział w rozmowie ogólnej, słucha jednak uważnie, o czem mówi jego siostra z Hipolitem, ale dolatują go tylko wyrazy i urywane zdania, z których nie może się dorozumieć niczego.
— Nie miał pan zamiaru przyjazdu?
— Nie, pani, ale stęskniłem się.
— Do rodziców?
— Do swoich.
— Długo będzie pan w domu?
— Dwa tygodnie.
— To krótko.
— Ale od lipca powracam już na zawsze.
— Tak samo mówił pan w zeszłym roku.
— Przyczyna znana jest pani.
— Tak, ale...
— Chce pani powiedzieć, że może się powtórzy i teraz; nie, stanowczo wracam.
— Pani dobrodziejko — odezwał się pan Seweryn do gospodyni domu, — spodziewam się, że jutro powitam panie w naszych progach, i panią również — dodał, zwracając się do wdowy.
— Gdzież nam do zabaw! — odrzekła — przecież jesteśmy w żałobie.
— Alboż to zabawa!? Czy bal z tańcami wydaję? Na takich zabawach, jakie u nas, w naszych dworkach bywają, można i w żałobie bywać. Rozmowa, wymiana myśli, wspólne przepędzenie czasu, a dla amatorów stolik do kart. Znajdziemy się w tym samym komplecie, co i teraz; może jeszcze przybędą dwie, trzy osoby. Powołuję się na zdanie pani Justyny, czy panie mogą być na takim balu.
— Bez kwestyi mogą. Przyjedziemy wszystkie.
— I pan Jan.
— Naturalnie; zabrałam go na całe święta, więc gdzie my będziemy, tam i on.
— A jednak ja jutro rano ucieknę — rzekł młody człowiek.
— Ciekawam, dokąd i poco?
— Do Krasek i do Królówki na kilka godzin; spotkamy się w kościele.
Andzia położyła rękę na jego ramieniu i rzekła szeptem:
— Z Królówki powrócisz tu, do nas, a stąd dopiero do kościoła.
— Dlaczego?
— Taki jest rozkaz i tak trzeba.
— Skoro to jest twojem życzeniem.
— Mojem życzeniem? Zapewne, ale nie o moje życzenia idzie; zdawało mi się tylko, że zechcesz zabrać kogoś na swoje sanki. Jeżeli to nie zgadza się z twoją intencyą, w takim razie...
— Ale cóż znowu! Zgadza się najzupełniej i postaram się wrócić na czas.
Kiedy pan Seweryn z synem odjechał, było już późno, zaraz też panie odeszły do swoich pokojów, tylko Andzia krzątała się jeszcze. Pan Jan zbliżył się do niej, ujął za rękę i rzekł:
— Widzisz, jaka nieszczera jesteś, nie powiedziałaś mi ani słówka, a przecież tak dawno już tu jestem i zdaje mi się, że zasłużyłem na zaufanie.
— O czem miałam ci powiedzieć, mój Jasiu?
— Ano, o tym Hipolicie.
— Nie był, więc też nie miałam go na myśli.
— Żarty! Czy i teraz nie myślisz o nim?
— Skoro zacząłeś o nim mówić, więc...
— Domysły moje były słuszne; teraz już wiem wszystko.
— Skoro wiesz, to dlaczego zadajesz mi pytania?
— E, kochana Andziu, tak nie można. Między nami nie powinno być tajemnic. Twoje szczęście, twój los tak mnie żywo obchodzi, jak los i szczęście własne, a zdaje mi się, że to serdeczne, braterskie uczucie, jakie mam dla ciebie, odpłacasz mi wzajemnością.
— Tylko ci się zdaje? Pewny nie jesteś? Oj, ty Tomaszu niewierny! — rzekła z uśmiechem. — Mój Jasiu — dodała, — tyś mi przecież najbliższy, kocham cię jak rodzonego brata i w rzeczy samej tajemnic nie mam przed tobą.
— A nie chciałaś się przyznać, nie chciałaś potwierdzić moich domysłów.
— Bo wyjawiałeś je za głośno i w obecności osób trzecich; gdybyś się zwrócił z zapytaniem wprost do mnie i bez świadków...
— Więc czynię to teraz. Kochasz go?
— Tak — odrzekła spokojnie.
— I on jest powodem, że, jak mi stryj mówił, odrzuciłaś wszystkich konkurentów.
— Tak, on. Dawne to dzieje, mój Jasiu, dawne, stare dzieje.
— Od potopu!
— Nie; ale od lat przynajmniej... tak jest, od sześciu z górą. Lubiłam go bardzo, gdy jeszcze był dzieckiem w szkolnym mundurku. Podczas wakacyi przyjeżdżał do nas co parę dni na kucu i był wybornym towarzyszem zabawy; grywaliśmy w piłkę, goniliśmy się po ogrodzie, napełnialiśmy cały dziedziniec wrzawą i śmiechem. Wiesz, Janku, że to były śliczne czasy.
— A ty wspominasz je z rozkoszą, jak sędziwa babcia, która pragnie odtwarzać obrazy przeszłości. Masz słuszność, w tak odległej perspektywie czasu wyglądają one zapewne przecudownie.
— Nie żartuj ze mnie i z moich wspomnień, Janku, bo chociaż one niedawne, ale zawsze wspomnienia. Było nam dobrze, wesoło, doskonale. Chłopak w szkolnym mundurku, dziewczyna w krótkiej sukience, bez troski oboje, bez zmartwień, dzieciaki wesołe i puste miały swoje złote czasy. Mówiliśmy sobie po imieniu, a przy rozstawaniu się, gdy nadszedł koniec wakacyi, oboje mieliśmy łzy w oczach. To nas tylko pocieszało, że nadejdą święta Bożego Narodzenia i znów będziemy się bawili. Czas biegł, rok za rokiem przechodził i dawny nasz stosunek stopniowo ulegał zmianie: oddalaliśmy się jedno od drugiego coraz bardziej, byliśmy onieśmieleni, on nazywał mnie panią, ja jego panem. Przyjeżdżał do nas podczas wakacyi, ale już nie bawiliśmy się jak dawniej, a przedmiotem naszych rozmów, które rwały się co chwila, bywały najczęściej książki. Zastanawiałam się nieraz: skąd taka zmiana?
— Ja się domyślam.
— Tak, mój Janku, w jego obecności bywałam bardzo nieśmiała, rumieniłam się co chwila, nie wiedziałam, co mam mówić, chociaż zdawało mi się, że mam tak dużo do powiedzenia. Później on przyjeżdżał tylko raz na rok do domu, na wakacye. Był studentem. Sądziłam, że go to w dumę wbije, że nie zechce już patrzeć na dawną towarzyszkę zabaw dziecięcych.
— Dlaczegóżby?
— Tak mi się zdawało. On student, uczy się wielu mądrych rzeczy, a ja prosta, w domu kształcona wieśniaczka; on przebywa w świecie, w dużem mieście, a ja w takiem ustroniu, w zakątku.
— Cóż to znaczy!
— Sądziłam, ale niesłusznie. Przed trzema laty — doskonale pamiętam tę chwilę — przyjechał do nas. Było kilka osób. Wyszliśmy w pole. Mama, wuj Piotr, wujenka, pan Seweryn, on i ja. Celem wycieczki było pole bardzo ładnej pszenicy, którą mama chciała się popisać przed panem Sewerynem. Starsi szli powoli, my trochę prędzej, tak, że wyprzedziliśmy ich o jakie sto kroków. Wtenczas... zrobiło się to tak nagle, tak niespodziewanie. On ujął mnie za rękę i rzekł: „Bądź dla mnie znowuż Andzią, bądź moją Andzią na zawsze.” Nie potrafię ci opowiedzieć, co się ze mną działo, jakiego doznałam wrażenia. Na razie nie mogłam się zdobyć na odpowiedź, a raczej nie mogłam tej odpowiedzi wymówić; dopiero po upływie kilku minut rzekłam: „Będę twoją Andzią na zawsze.” Oto i wszystko. Wobec tego, ku wielkiemu niezadowoleniu wuja Piotra, odrzuciłam oświadczyny kilku konkurentów.
— A dlaczego nie wyjawiłaś mu właściwego powodu?
— Postanowiliśmy zachować zamiary nasze w tajemnicy, do czasu przynajmniej.
— Więc o tem nikt nie wie, nawet matka twoja?
— Przed matką nie ukrywam się z niczem; ona wie, ale, proszona o dyskrecyę, święcie dotrzymuje słowa. Mam też nadzieję, że i ty moje dzisiejsze zwierzenia zostawisz przy sobie.
— Bądź pewna, Andziu. Ty go bardzo kochasz?
— Czyż w tego rodzaju uczuciu może być stopniowanie? Nie wyobrażam sobie. Można kochać, lub nie kochać, ale zdaje mi się, że kto kocha, to kocha całą siłą uczucia. Alboż ty nie wiesz o tem? — dodała. — Tak, Janeczku; wiedz, że twoja siostrzyczka jest od trzech lat z górą narzeczoną i domaga się, żąda, prosi, żebyś pokochał człowieka, którego wybrała. On tego wart.
— Moja Andziu, długoż jeszcze będziecie ukrywali swoje zamiary?
— Nie wiem, ale zdaje mi się, że wkrótce staną się one jawnymi. Jaki on dobry! Mój Janeczku, nie wyobrazisz sobie, jaki on dobry. Przyjechał, odbył daleką podróż po to jedynie, aby się ze mną zobaczyć i powiedzieć...
— Że cię kocha.
— Tak; bardzo to miło usłyszeć, chociaż się wie dobrze, że tak jest, chociaż się wie o tem od dawna.
— Mnie tego nikt jeszcze nie powiedział — rzekł młody człowiek.
— A czy zapytywałeś?
— Nie.
— Chcesz więc, żeby od niej wyszło pierwsze słowo? A! Janku, wymagasz za wiele. A może ona z biciem serca oczekuje na to pytanie; może... Dlaczego się wahasz?
— Uważam, że nie czas jeszcze; zresztą mnie dobrze jest tak, jak jest, i gdyby nie choroba stryja, gdyby nie jego tak długa nieobecność, niepewność, co dalej się stanie, byłbym zupełnie szczęśliwy. Pobyt stryjostwa na południu pociąga za sobą duże koszta, skąd wynikają trudności poważne, a cóż dopiero mówić o Królówce! Rozumiesz, że chciałbym ten sierocy majątek ocalić i podnieść kosztem największych nawet wysiłków i poświęceń, ale trudności piętrzą się, ciężko jest coraz bardziej.
— Dlaczego nie powiesz o tem matce mojej?
— Pocóż?
— Możeby ci pomogła. Pamiętasz ten dzień, w którym przybyłeś do nas z wujem Piotrem, kiedy oprowadzałam cię po naszem biednem gospodarstwie? Zapytywałeś mnie wówczas ironicznie trochę, czy składamy kapitały, i śmiałeś się z naszej drobiazgowej, kobiecej krzątaniny.
— Przypisujesz mi myśli, których nie miałem; jakże mógłbym szydzić z uczciwej pracy i skrzętnej zabiegłości, ty zakochana mrówko!
— Powiedz matce, ona niezawodnie przyjdzie ci z pomocą.
— Nie, Andziu, nie zrobię tego.
— Może żenujesz się, to ja cię wyręczę.
— Dziękuję ci, nie trzeba. Ja będę radził sobie własnemi siłami, przynajmniej do czasu powrotu stryja Piotra. Pieniądze ciotki będą niedługo potrzebne dla ciebie.
— A, wyobrażasz więc sobie, że wydam je na świetną wyprawę, że nakupuję mnóstwo sukień i różnych niepotrzebnych fatałaszków! No, to mnie nie znasz, kochany braciszku. Jestem zaopatrzona we wszystko, czego potrzeba, a zbytków robić nie myślę. Za część pieniędzy, które mogłabym wydać na świecidła, kupię chałupę z ogrodem dla mojej starej niańki, Janowej; niech ma do śmierci zapewniony dach nad głową. To będzie mój jedyny zbytek.
— Ślicznie mówisz, Andziu — rzekł, całując ją w rękę, — dobra jesteś dziewczyna, twój przyszły będzie bardzo, bardzo szczęśliwy.
— Czy będzie tak, jak mówisz, nie wiem, ale dołożę wszelkich starań, żeby być dla niego dobrą towarzyszką życia.
Długo jeszcze trwała rozmowa brata z siostrą, serdeczna, poufna, pełna zwierzeń wzajemnych, rojeń o pożytecznem życiu, o szczęściu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.