Za mgłą/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Za mgłą
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Wydawca Księgarnia A. G. Dubowskiego
Data wydania 1899
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W

Wązką drożyną, wijącą się po łagodnej pochyłości, jechali konno dwaj mężczyźni.
Starszy, niewielkiego wzrostu, szczupły, ze szpakowatą brodą, siedział na zwięzłym, grubopłaskim mierzynie o potężnym karku, grzywie gęstej i długiej; młodszy, brunet, mogący mieć, sądząc z pozoru, dwadzieścia sześć lat wieku, miał pod sobą zgrabnego, białego jak mleko arabczyka, który szedł z ogromną fantazyą, potrząsał kształtną głową i z niecierpliwością gryzł wędzidło.
Był piękny, pogodny ranek wiosenny, słońce tylko co wychyliło się z poza wzgórza, wietrzyk łagodny igrał z listkami na drzewach, marszczył lekko falę rzeczki, wijącej się wpośród łąk szerokich.
Starszy jeździec mówił, młodszy słuchał ciekawie i rozglądał się po okolicy, widocznie mało mu znanej.
— Osobliwego tu nic niema — ciągnął starszy, — nic, jak sam widzisz. Ziemia średnia, tak sobie, chleb daje, ale trzeba jej dogadzać; łąki ujdą... ma się rozumieć, jeżeli rok pomyślny; lasów trochę jest, ale przerzedzone już porządnie.
— Jednak tu bardzo ładnie, bardzo miłe ustronie — rzekł młodszy.
— Ot, tak sobie.
— Okolica górzysta.
— Wzgórkowata, powiedz raczej. Istotnie, sprawia to pewną rozmaitość i rozrywkę dla oka. O, z tego wzgórza na przykład, na lewo, widać ruiny starego zamku. Prawdziwe ruiny, bo rozwalające się już zupełnie. Połowa głównego korpusu i jedna baszta trzyma się jeszcze, z drugiej zaś połowy i ze skrzydeł dawno już cegłę rozkradli.
— Szkoda.
— Taka kolej rzeczy; dzieła rąk ludzkich nie są wieczne, nie ostoją się tedy przed niszczącym zębem czasu, chyba, że je troskliwa ręka potomności podtrzymuje i pielęgnuje starannie. Trzeba ci wiedzieć, że i do tych ruin wyciągała się w roku zeszłym taka dłoń opiekuńcza i zdawało się, że im dawną przeszłość przywróci.
— Musiał to być jakiś zapalony lubownik starożytności?
— Zgadłeś.
— Któż to?
— Jeden z naszych sąsiadów, pan Topaz, podobno baron, ale że dokumentów nie widziałem, więc nie twierdzę, że tak jest rzeczywiście, ani też nie zaprzeczam. Przybył w te strony w roku zeszłym i kupił majątek.
— Ten z ruinami?
— Nie, inny, o dwie mile dalej, bez ruin, ale z gorzelnią i browarem.
— A mówił stryj dopiero co, że chciał...
— Bo chciał... Opowiem ci tę historyę. W roku zeszłym Królówka wystawiona była na sprzedaż. Zwyczajna rzecz: właściciel bez kapitału, zmordowany kłopotami, folwark zaniedbany, długów za wiele, więc taki koniec być musiał. Nie wiem, jakim sposobem wiadomość o tem dostała się do gazet.
— Zapewne jak zwykle, przez ogłoszenie.
— A, nie! Ogłoszenia były swoją drogą, a swoją drogą wiadomość o ruinach, które należało od zagłady ocalić. Jednego dnia siedzę w domu i czytam książkę, wtem dają mi znać, że ktoś przyjechał. Wychodzę... nieznajomy, średniego wzrostu, korpulentny, ubrany elegancko. Rysy twarzy wydatne, nos duży, broda czarna, przystrzyżona, okulary w grubej złotej oprawie. Przyjechał ekstrapocztą. Oczywiście kłaniam się, proszę do pokoju, pytam, z kim mam honor i czemu przypisać zaszczyt. Dowiaduję się, że gość mój jest pan Samuel Topaz, amator starożytności, kolekcyonista, posiadacz mnóstwa numizmatów, medali, litych pasów i innych drogocennych przedmiotów. Co prawda, nie słyszałem nigdy o takim archeologu, ale skoro sam powiada, że jest znany i sławny, więc...
— Ja również nie słyszałem o takim zbieraczu. Widać początkujący dopiero.
— Ale gdzież tam! Powiedział mi, że archeologia jest jego głównem zajęciem od lat wielu, sprawy finansowe zaś dodatkowem, trochę dla rozrywki, a trochę dla zasady, żeby nie próżnować i być użytecznym ludzkości. Przeprosił za najazd, ale mając zamiar ocalić starożytną pamiątkę, uważał za najwłaściwsze zgłosić się do mnie, jako do najbliższego sąsiada, z prośbą o informacye. Wręcz oświadczył, że idzie mu głównie i przedewszystkiem o ruiny, z których, nie szczędząc nakładów, ma zamiar uczynić prawdziwe cacko a zarazem wspaniałą rezydencyę o charakterze średniowiecznym. Odpowiednio przerobione zamczysko będzie mogło stać jeszcze przez pięć wieków i urągać potędze czasu i niszczących żywiołów. Przy okazyi zapytał mnie, czy to prawda, że na terytoryum Królówki są pokłady doskonałego torfu, nadzwyczaj bystra rzeka, i że miejscowość jest jakby stworzona na to, aby w niej założyć fabrykę perkalu. Dorzucił przytem, że kilkumilowa odległość od drogi żelaznej to jest mucha, i że dla niego również łatwo jest zbudować bocznicę, jak wypalić cygaro.
— Widać bogaty.
— Istotnie, dość zamożny, chociaż znów nie taki Krezus, za jakiego się przedstawia.
— I cóż się stało?
— A no, czekajże końca. Przedewszystkiem zaprosiłem go na obiad. Byłem trochę zakłopotany z tego powodu, bo zdawało mi się, że zwyczajny szlachecki obiadek nie przypadnie do gustu takiemu panu, dla którego zbudować kilka mil drogi żelaznej a wypalić cygaro, to wszystko jedno, ale ostatecznie nie mogłem inaczej postąpić. Zona dodała coś nad program i jakoś się złożyło. Widziałem, że gość mój był bardzo rad z przyjęcia, a apetyt miał niezły, gdyż na trzęsącej bryczce pocztowej, po drodze pełnej dziur i wybojów, użył trochę lokomocyi. Po obiedzie przyjechali do mnie dwaj sąsiedzi, rozmowa potoczyła się żwawo o archeologii, o finansach i stosunkach ekonomicznych. Pan Topaz mówił płynnie, gładko i ciągle powracał do ruin, które mu się tak podobały. Po obiedzie pojechaliśmy wszyscy, aby je obejrzeć. Ładnie wyglądają, jak widzisz.
Zatrzymał konia, młody człowiek uczynił to samo. Znajdowali się na szczycie dość wyniosłego wzgórza, skąd widać było zwaliska, jak na dłoni.
— Przypatrz się.
— Rzeczywiście, malowniczy widok.
— Park zdziczały, zaniedbany, ale ogromny, rzeka go przecina; tam na lewo folwark, dokoła pola, łąki i reszta lasu.
— A ten domek niedaleko zwalisk?
— To dwór.
— Taki maleńki!
— Wydaje się małym z daleka, ale jest w nim dość miejsca. Wracam do pana Topaza. Podobały mu się zwaliska. Gdy je ujrzał z daleka, był zachwycony; po obejrzeniu szczegółowem entuzyazm trochę ostygł, ale nie mogę powiedzieć, żeby zupełnie zniknął. Owszem, usłyszeliśmy mówkę o konieczności podtrzymywania zabytków dawnego budownictwa i o wzniosłej zasadzie „noblesse oblige.” Ostatecznie stanęło na tem, że amator starożytności przyjedzie tu raz jeszcze ze „swoim” architektem, który zrobi anszlag.
— I przyjechał?
— Po upływie dwóch tygodni, architekt zaś na kilka dni wprzód. W okolicy o niczem innem nie mówiono, tylko o zamierzonem odnowieniu ruin, a właściciel Królówki, jak ci wspominałem, biedak, zaplątany w złe interesa, cieszył się nadzieją korzystnej sprzedaży i wyjścia z ciężkich kłopotów. Pan Topaz zabawił kilka dni, przyjmowano go wszędzie bardzo dobrze. Ktoś nawet przy toaście nazwał go odnowicielem, ale, nad wszelkie spodziewanie, pan Topaz dał do zrozumienia, że go taki tytuł trochę obraża.
— A to z jakiego powodu?
— Znalazł powód. Powiedział, że wyraz odnowienie może się stosować tylko do starzyzny, a przecież ani on sam, ani jego przodkowie nigdy nic wspólnego ze starzyzną nie mieli. Co innego starożytność, to jest przedmiot szlachetny, rzecz w stylu i w modzie. Zabytki jej można restaurować, konserwować, ale nigdy odnawiać. Jegomość, który wzniósł źle przyjęty toast, palnął drugą mówkę i oświadczył w niej, że właśnie restaurowanie antyków miał na myśli, a wyrazu odnowiciel użył jedynie dlatego, że nie lubi łaciny. Załagodziło się jakoś. Tymczasem architekt robił anszlag, po całych dniach liczył. Działo się to u mnie w domu. Nareszcie skończył i ogólna suma przeraziła zapalonego starożytnika. Od razu wyrzekł się wszystkich projektów.
— Za drogo wypadło?
— Tak. Powiedział, że jest obywatelskim obowiązkiem kochać starożytności, że to uczucie wrodzone, że można nawet do tego sentymentu trochę dopłacać, ale wkładać znaczny kapitał w taki interes, to jest głupstwo.
— A cóż się stało z Królówką i jej dziedzicem?
— Licytacya w pierwszym terminie do skutku nie przyszła, właściciel ułożył się z wierzycielami i pcha dalej ciężką taczkę mizernej egzystencyi. Co do pana Topaza, widocznie sądzonem było, żeby został naszym sąsiadem, bo w kilka miesięcy później nabył duży majątek Brzozów, o parę mil stąd odległy.
— Gospodaruje?
— Sam nie; trzyma rządcę, który dobrze wywiązuje się ze swego zadania. Właściciel gościem tylko bywa w majątku na parę miesięcy letnich. Pośpieszmy...
Puścili konie kłusem i zwolnili na drugiem wzgórzu.
— Zwracaj teraz na prawo — rzekł starszy, — tą polną dróżką do lasu, a zaraz za lasem cel naszej podróży. Bardzo jestem ciekaw, czy też ciotka cię pozna. Ty ją zapewne dobrze pamiętasz?
— Tęga, brunetka, oczy duże, błyszczące.
— Toś trafił, jak kulą w płot! Nie tęga, nie brunetka i nie ma błyszczących oczu.
— Czyżby się tak zmieniła?
— Zeszczuplała, włosy ma prawie białe, a oczy przygasłe, nosi ciemne szkła i trochę niedowidzi.
— A zdaje się tak niedawno.
— Około osiemnastu lat. Czy tak?
— Ostatni raz widziałem ją wtedy, kiedy oddano mnie do szkół; wówczas miałem dziesięć lat życia.
— A dziś masz dwadzieścia osiem, więc na moje wychodzi.
— Andzia zawsze przy niej?
— Zawsze.
— Że też dotychczas za mąż nie wyszła! Czy nie trafiał się nikt?
— I nie jeden. Miała doskonałe partye.
— Więc?
— Czy ja wiem? dość, że nie chciała, pomimo życzliwych rad matki, pomimo moich perswazyi. Raz aż krzyknąłem na nią, bo mi cierpliwości zabrakło. Rozpłakała się, nie chciała mnie widzieć. Takie to są panieńskie argumenta. Później nie wtrącałem się... niech sobie robi, co chce... wychodzi, nie wychodzi; udawałem, że mi to wszystko jedno; ale co będzie dalej? Nieraz zadaję sobie to pytanie; bo jeszcze póki matka żyje, pół biedy; ale na wypadek jej śmierci? Czy sama siedzieć będzie w Cieciorce?
— Przystojna?
— Zobaczysz.
— A majątkowo dobrze stoją?
— Średnio. Folwark mały, ale długów na nim niema ani grosza.
— Ciotka nieźle gospodaruje?
— Tak sobie, ale panna Andzia figle wyprawia.
— Jakto figle?
— Ma swoje oryginalne koncepta gospodarskie i mówi, że dobrze na nich wychodzi. Zresztą, co ci mam opowiadać; za kwadrans będziemy na miejscu, zobaczysz. Ucieszą się z twego przybycia. Ciotka często wspomina, że radaby cię zobaczyć. Andzia również. Ona bo prawie cię nie zna.
— Sądzę, że nie zna mnie wcale.
— Trochę pamięta, no i z fotografii.
— Także znajomość!
— W każdym razie ma wyobrażenie, jak wyglądasz.
Las się kończył; widać było szeroką równinę, pola, łąki, gdzieniegdzie kępy olch, a dookoła czarną plamę lasów.
Rzeczka ta sama, co koło ruin, tu płynęła znacznie szerszem korytem; niedaleko jej brzegów widać było wioskę. Białe, nizkie domki stały w długim szeregu, każdy otoczony drzewami; trochę dalej wznosił się kościołek z czerwonej cegły, ze smukłą wieżyczką, obitą blachą, zakończoną krzyżem złoconym. Mieniła się ta wieża w słońcu, blask bił od niej.
Z drugiej strony wioski, w pewnem oddaleniu, widać było spory dom. Bielił on się na tle zieleni ogrodu.
— Oto, Jasiu, rezydencya ciotki, Cieciorka. Nie pojedziemy przez wieś, lecz miedzami; to znacznie drogę nam skróci.
— Obawiam się, stryju, czy nie przyjedziemy za wcześnie.
— Za wcześnie?
— Dopiero kwadrans po dziesiątej.
— No więc?
— Panie zapewne jeszcze nieubrane.
— Kochany chłopcze! Trzeba ci wiedzieć, że ciotka wstaje równo ze słońcem, a emancypantka również.
— Stryj mówi o Andzi?
— Tak.
— Czy rzeczywiście jest ona emancypantką?
— Naturalnie, skoro dobre partye odrzuca, grymasi, za mąż wyjść nie chce, skoro ma różne dziwne fantazye, to jakże, u licha, mam ją nazywać, jeżeli nie emancypantką?
Dziedziniec otoczony był wysokim parkanem, brama roztwarta szeroko; przez wysypaną żwirem ulicę, pomiędzy dwoma szeregami lip strzyżonych, zajechali przed dom.
W tej chwili z bocznych drzwi wybiegł chłopak, aby odprowadzić konie do stajni, w ganku zaś ukazała się niemłoda kobieta w czepcu, suto ozdobionym szlarkami.
— Dzień dobry, dzień dobry pani Sałackiej! — zawołał starszy jeździec, zeskakując z konia. — Jakże zdrowie?
— Skrzypi, panie dobrodzieju, jak złamane drzewo.
— Przypatrz się, Jasiu — rzekł, — jak w naszych stronach wygląda złamane drzewo, które skrzypi. Przyznasz, że nie jest to sucha wierzba.
— Pan łaskawy bo zawsze żartuje z biednej kobiety, a naprawdę ledwie się duch we mnie kołace.
— Ma dość miejsca, o! dość. Pani w domu?
— Poszła niedawno na folwark, ale wkrótce powróci.
— A Andzia?
— W ogrodzie. Na jednej nodze pobiegnę; powiem, że takich drogich gości mamy.
— A skądże pani wiesz, jakich? Ten pan przecież...
— Wiem, kto jest ten pan. Nie potrzeba mi mówić.
— No proszę, któż więc?
— Pan Jan. Spodziewano go się lada dzień. Niechże panowie pozwolą do pokoju, bardzo proszę, ja w tej chwili duchem... skoczę.
— Ostrożnie tylko, moja pani Sałacka, ostrożnie, bo przy słabem zdrowiu nie trudno o wypadek.
Babina nie słuchała już tych uwag i wybiegła; panowie weszli do pokoju.
— Któż jest ta kobieta? — zapytał młodszy.
— Pani Petronela Sałacka, wdowa po ekonomie. Śmieszna baba, jęczy ciągle na brak zdrowia, na osłabienie, a w rzeczywistości zdrowa jak rydz. Jeżeli chcesz zaskarbić jej względy, daj jej jaki proszek na wzmocnienie. Niech to będzie magnezya, czy sól karlsbadzka... wszystko jedno, zrób tylko minę tajemniczą i powiedz, że tego środka używa królowa angielska, osoba również delikatna, jak ona. Daj jej nawet tłuczonej kredy... uszczęśliwisz kobietę.
— Owszem. Jakież jest jej stanowisko w tym domu?
— Bagatela! Jakie jest jej stanowisko?! Pierwsza osoba po dziedziczce i po Andzi. Rządca, ekonom, co chcesz. Panią Sałacką trzeba szanować, bo to dygnitarz w tej rzeczypospolitej kobiecej. I w gruncie rzeczy dobra babina. Przywiązana, wierna, życzliwa; oczy temu wydrapie, ktoby jej panią chciał skrzywdzić. Od śmierci nieboszczyka Sałackiego, jej męża, to jest od lat osiemnastu, jest ona tu w obowiązku, i trudno sobie wyobrazić, żeby kiedykolwiek miała ten dom opuścić, chociaż regularnie co rok, około Św. Michała, mówi, że od stycznia musi swój los ustalić. I ustala go tak od lat osiemnastu; jestem przekonany, że tylko śmierć rozłączy ją z tym domem. Raz trafił jej się konkurent na seryo, ekonom z sąsiedztwa, przyzwoity człowiek, ale nie chciała. I wiesz, dlaczego?
— Nie podobał jej się.
— Przeciwnie. Przyznawała się, że ma do niego słabość.
— Więc?
— A no widzisz. To było w karnawale, a właśnie w tym czasie Andzia dostała od kogoś kilka bardzo osobliwych pantarek na rozmnożenie. Pani Sałacka zrezygnowała z powtórnego małżeństwa, gdyż była pewną, że tylko i jedynie pod jej opieką delikatne te ptaki wyhodować się mogą. „Szkoda gatunku — mówiła; — wolę małżeństwa się zrzec, byle tylko z drobiu pociechy doczekać.” I dała ekonomowi odkosza, pomimo, że procesem ją straszył, bo już byli po słowie. Trudno, mój kochany, każdy człowiek coś miłować musi; ona umiłowała pantarki.
Młody człowiek rozglądał się po pokoju.
Była to izba wielka, wysoka, o dwóch dużych oknach weneckich. Ściany białe jak śnieg, podłoga wywoskowana, a meble chyba ze sto lat wieku liczyły.
Mahoń i palisander, inkrustowany gdzieniegdzie masą perłową; obicie — włosienica czarna we wzory. Stare graty, ale masywne, mocne, jeszcze nie jednemu pokoleniu służyćby mogły.
Pomiędzy oknami stało biureczko gdańskie z bronzami, antyk, mogący wzbudzić pożądliwość w każdym amatorze, na niem zegar pod kloszem z posążkiem Napoleona I-go.
I tego Napoleona wszędzie pełno.
Nad kominkiem posążek żelazny, na ścianach litografie i sztychy. Napoleon, drzemiący pod Austerlitz w przeddzień bitwy; Napoleon w odwrocie z Rosyi; Napoleon, podpisujący abdykacyę; Napoleon, powracający z Elby; Napoleon na wyspie Św. Heleny; grób Napoleona, pogrzeb Napoleona, apoteoza Napoleona, namalowana nieudolną ręką domorosłego artysty — i wreszcie Napoleon włóczkową robotą, wypracowany ongi rękoma jakiejś uroczej piękności z pierwszej połowy XIX-go stulecia.
Na kominku figurek porcelanowych stało mnóstwo, a w kącie szafa oszklona, tak zwana serwantka, w której znajdowało się srebro stołowe, cukiernice, puhary, zabytki dawnej zamożności.
Zdawało się, że w tej wielkiej komnacie zatrzymał się duch czasu w roku tysiąc osiemset piętnastym lub dwudziestym, wycisnął swoje piętno na meblach, obrazach, różnorodnych przedmiotach i nie poszedł już dalej, stanął tu na dłuższy odpoczynek i usnął. Ale były to tylko pozory. Otoczenie staroświeckie, życie zaś, jak życie — współczesne.
Zanim młody człowiek zdołał się rozpatrzeć w szczegółach urządzenia tego pokoju, tak oryginalnego i niedzisiejszego, dały się słyszeć szybkie kroki i wbiegła osoba dość wysoka, szczupła, o włosach siwych. Oczy miała przysłonione ciemnemi szkłami.
Zatrzymała się na środku pokoju i rzekła:
— Jak się masz, bracie Piotrze? Przywiozłeś mi Jasia! Pozwól, niech mu się przypatrzę. Chodź-no tu bliżej, chłopcze! twoja ciotka niedowidzi.
Wzięła go za rękę, ucałowała kilkakrotnie i przyprowadziła do okna.
— Do ojca podobny — rzekła. — Nieprawdaż, Piotrze?
— W istocie, jest podobieństwo i duże.
— Jakbym na tamtego patrzyła. Biedny Roman, tak wcześnie zeszedł z tego świata! Mam nadzieję, Jasiu, że zabawisz przez jakiś czas w naszych stronach?
— Kilka tygodni zapewne. Trochę u stryja, a trochę, jeżeli ciocia pozwoli, tu.
— Jeżeli pozwolę!? Mój chłopcze, raz na zawsze proszę cię, nie bądź ze mną etykietalny. Nie cierpię tej chińszczyzny; co myślę, to mówię; jak myślę, tak działam. Radabym zabrać cię na cały czas pobytu w naszych stronach.
— Protestuję — rzekł pan Piotr.
— Masz słuszność, bracie; jako rodzona twoja siostra, mam prawo do równego podziału i od tego nie odstąpię. Ale może ty, Jasiu, znudzisz się u nas? Przyzwyczajonemu do ruchu wielkiego miasta wieś wyda się nudną.
— Od dawna do niej tęskniłem i jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem się nareszcie tu, wśród swoich, w okolicy, którą z dziecinnych lat trochę pamiętam.
— Chyba bardzo mało.
— W istocie, niewyraźnie, ale jednak trochę.
— Siadajże. Tylko patrzeć, kiedy mała nadejdzie.
Zaledwie pani Justyna dokończyła tych słów, weszła młodą osoba z zarumienioną od szybkiego biegu twarzą i zatrzymała się w progu.
— Otóż i Andzia. Przywitajcież się.
— Jakże się pani zmieniła! — zawołał młody człowiek. — Pamiętam panią małem, czteroletniem dzieckiem, a teraz...
— Za pozwoleniem, mój Jasiu — odezwała się ciotka. — Wybacz, że ci zrobię wymówkę, ale tak się nie postępuje. Pomiędzy ciotecznem rodzeństwem niema miejsca na „pana,” ani na „panią.” Powinieneś jej mówić po imieniu, a ona tobie również. Dziś stosunki rodzinne rozluźniają się; niewiele braknie, żeby brat brata tytułował panem; ale ja trzymam się we wszystkiem dawnego zwyczaju i nienawidzę nowości niedobrych. Nie gniewaj się na tę reprymandę i uwzględnij życzenie starej ciotki, która cię kocha jak syna.
Szybko uchodził czas. Pan Piotr i jego siostra mówili o dawnych stosunkach familijnych i majątkowych, wspominali nieżyjących krewnych, to znowuż młody człowiek musiał opowiadać o sobie.
Po obiedzie pan Piotr, swoim zwyczajem, udał się na drzemkę, ciotka miała jakieś ważne zajęcie na folwarku. Młodzi ludzie zostali sami.
— Może chcesz, Jasiu, poznać bliżej naszą siedzibę? — spytała Andzia.
— Z największą chęcią, jeżeli zechcesz być moim przewodnikiem. Prowadź po zagonach, łąkach, lasach, moczarach; pójdę z tobą wszędzie, z warunkiem...
— Ach, jest i warunek.
— Abyśmy wrócili przed wieczorem, gdyż stryjaszek zapowiedział mi, że po nocach jeździć nie lubi i że o godzinie dziesiątej musimy być w domu.
— Stryjaszek tylko tak mówi. Już ja go uproszę. Zresztą teraz pełnia, noce są jasne; a jeżeli obawia się, niech wraca do dnia, tak o wschodzie słońca. Za jutrzejszą pogodę ja zaręczam.
— Czy tak się znasz na meteorologii?
— O tyle, o ile. My, wieśniacy, patrzymy często na niebo i dlatego może odgadujemy niektóre jego tajemnice. Dla mnie, na przykład, pewne cechy zachodu słonecznego są prognostykiem jutrzejszego wschodu, czasem wiatr mi coś ciekawego podszepnie, a zwierzęta, drobne ptaszyny, nawet motylki, muchy i robaczki dopowiedzą reszty. To bardzo dobrzy informatorowie.
— Masz ich aż tylu?
— O, jeszcze nie wymieniłam wszystkich: kury, kaczki, gęsi, gołębie, a przedewszystkiem kogut. Mój kogut, wspaniały kochin-chińczyk, olbrzym. Muszę ci go pokazać. Wybacz mi tę słabostkę, próżność może, ale...
— Widzę z tego, Andziu, że stryj obmówił cię przede mną.
— Stryj Piotr... spodziewałam się tego. W przystępie dobrego humoru nazywa on mnie emancypantką, a kiedy zły, co mu się zdarza, nie licząc niedziel, sześć razy tygodniowo, obdarza mnie tytułem waryatki.
— Ale dlaczego?
— Dużoby o tem mówić... gdy pobędziesz u nas przez jakiś czas, to zobaczysz. Teraz chodźmy, poznaj nasz ubogi zakątek, zobacz, co robimy tu z kochaną moją matką. Ale co do matki, muszę cię prosić, niech cię jej pozorna szorstkość nie zraża. Dobra to, dzielna i szlachetna kobieta. Poznawszy bliżej, musisz ją pokochać. No, chodźmy.
Nakryła głowę szerokim kapeluszem słomianym i wyszli przed dom, okrążyli dziedziniec i boczną furtką chcieli wejść do ogrodu, ale przeszkodziło im ogromne stado drobiu. Kury, kaczki, indyki, pantarki z krzykiem przybiegły, ujrzawszy swą opiekunkę, kilka wspaniałych pawi wyszło z zarośli, kilkadziesiąt gołębi, z głośnem trzepotaniem skrzydeł, sfrunęło z dachu na ziemię, a chowany bocian, przyśpieszając kroku, dążył za tą całą czeredą.
— Ależ to arka Noego! — zawołał młody człowiek.
— To jeszcze nie wszyscy jej mieszkańcy. Niema kruka, sroki, króliki gdzieindziej się lokują, a przecież nie na tem koniec!
— Nie?
— Jagnięta w owczarni, cielęta w oborze, a stadnina...
— Macie i konie?
— A jakże. Nie dużo, ale pochlebiam sobie, że zobaczysz je z przyjemnością, jeżeli...
Nie dokończyła.
— Jeżeli co? — zapytał Jan.
— Jeżeli, no... jeżeli nie widzisz w koniu tylko siły do ciągnięcia powozu lub doróżki, lecz...
— Dajesz mi do myślenia.
— Zdaje się, że przyjechałeś na białym arabczyku stryja?
— Tak.
— No i cóż?
— Bardzo ładny koń.
— I nic więcej?
— A cóżby jeszcze?
— Ten biały arabczyk, braciszku, to poezya; ale skoro tego nie spostrzegasz...
Z koszyka, jaki miała w ręku, rzuciła kilka garstek ziarna daleko od siebie — w jednej chwili skrzydlata rzesza z krzykiem rzuciła się do żeru, odbiegając od furtki; bocian tylko, dla którego ziarno nie jest ponętne, został, jakby chcąc towarzyszyć swej pani; ale furtka zamknęła się przed nim i musiał się zatrzymać.
— Oto nasz ogród — mówiła młoda osoba. — Uprzedzam cię, że nic szczególnego w nim nie zobaczysz, a w porównaniu z wielkomiejskimi parkami wyda ci się brzydkim.
— Przeciwnie, tu jest ładnie, więcej poezyi.
— Chciałeś powiedzieć: poezyi zaniedbania. Pod tym względem masz słuszność. Nie możemy codzień gracować alei, ani też zbierać opadłych liści. A już opadają, już ścielą się pod drzewami: jesień się zbliża.
— Nie lubisz jesieni?
— Owszem, lubię. Jest to pora, w której przekonywamy się, czy nasze nadzieje i rojenia wiosenne ziściły się choć w części, czy też rozwiane zostały, jak dym... Naturalnie mowa o bardzo prozaicznych, gospodarskich rojeniach.
— A innych nie masz?
— O! zaraz chciałbyś wszystko wiedzieć. Dlaczegoś taki ciekawy?
— Cóż w tem nagannego? Jako brat...
— Szkoda, że nie przyjechałeś do nas na wiosnę, kiedy bzy kwitną, zieloność świeża, a słowiki śpiewają. Ogromnie ich tu dużo, w gajach, w dąbrowach, nad rzeką, w ogrodzie. Kiedy rozśpiewają się w nocy, to cała nasza dolina jest pełna melodyi i dźwięków. Trudno wierzyć, że dzieje się to za sprawą takich maleńkich, szarych, niepozornych śpiewaków. Noce wiosenne u nas są prześliczne. Nieraz, pomimo znużenia, do późna, czasem aż do brzasku, przesiaduję przy otwartem oknie, słucham, patrzę i marzę. Ale to czasem tylko — dodała pośpiesznie, — czasem: pod wpływem łagodnych promieni księżycowych, szmeru fal rzecznych, śpiewu słowików. Wkrótce spadam z obłoków na ziemię i jestem znowuż prozaiczną, trzeźwą dziewczyną, pilnującą swego małego gospodarstwa, oddaną drobiazgom... Ale oto nasze lipy.
Wchodzili w szeroką aleję, wysadzoną lipami; drzewa były stare, o pniach grubych, konarach rozłożystych; od kilku wieków tu rosły.
— To największa ozdoba naszego ogrodu. Nieraz z matką przepędzamy tu wieczory, a czasem, podczas upałów zwłaszcza, gdy przybędzie kto z gości, tu zbieramy się i gawędzimy.
— Macie towarzystwo w okolicy?
— I mamy i nie mamy.
— Jakże to?
— Utrzymujemy stosunki ze wszystkimi sąsiadami, ale bliższe, serdeczniejsze, zaledwie z dwoma domami. Ogromna różnolitość żywiołów jest teraz w naszych stronach. Patrzajże — mówiła, wskazując ręką, — stąd widać cały ogród. Na lewo owocowy, na prawo warzywny; szparagarnia, inspekty, a nawprost, między drzewami, pasieka. Za parkanem dwie sadzawki.
— Stryj mówił, że wasz majątek nieduży.
— Bo rzeczywiście tak jest.
— A taki ogromny ogród.
— Nieproporcyonalny istotnie, ale trzeba ci wiedzieć, że niegdyś proporcya była, tylko z biegiem czasu folwarki odpadały, odprzedawano je, i zostało tylko kilkanaście włók wszystkiego. Swoją drogą i to, co jest, dla nas dwóch aż nadto wystarczy.
— Może i kapitały składacie? — zapytał z uśmiechem.
— Nie wiem, co nazywasz kapitałami, ale składamy. Nie boisz się pszczół?
— Nie.
— To chodźmy do pasieki.
Poszli.
Jan z pod oka przypatrywał się swej towarzyszce. Nie była ona piękna w klasycznem pojęciu, ale sympatyczna, miła, ujmująca i taka jakaś swojska. W oczach jej malowała się szczerość, dobroć i prostota, cała postać jaśniała zdrowiem i młodością.
Skromna, ale doskonale zrobiona sukienka uwydatniała piękny kształt kibici; ręce, trochę opalone, były małe i zgrabne.
Z pasieki poszli do sadu, gdzie prawie wszystkie drzewa obciążone były mnóstwem dorodnych owoców; stamtąd znów do alei lipowej.
— Do warzywa cię nie prowadzę — rzekła z uśmiechem: — to za wielka proza. Siądźmy tu na ławce i gawędźmy, dopóki wujaszek nie przebudzi się z drzemki. Jak ci się nasz ogród podoba?
— Bardzo ładny; ale jeżeli mam być szczery, to muszę przyznać, że doznałem pewnego zawodu.
— No, pod jakim względem?
— Mówił mi stryj, kiedyśmy do was jechali, że wyprawiasz podobno jakieś gospodarskie figle. Bardzo byłem ciekaw je zobaczyć, a tymczasem...
— Żadnych figlów niema. Spotkał cię zawód, ale to wina nie moja, tylko wuja Piotra.
— W takim razie czemuż mnie mistyfikował?
— Ależ nie! Mówił w najlepszej wierze.
— Nie rozumiem.
— Wuj, widzisz, bardzo często używa tego wyrazu. U niego drób’, ogród, nabiał, to wszystko „figle,” a że ja zajmuję się tem dość gorliwie, więc tem bardziej. Nazywa się to, że „panna ma różne grymasy niepotrzebne, że samowolnie burzy i rujnuje swą przyszłość.” Tak mnie wujaszek sądzi, a ja się nie bronię i nie protestuję, nawet nie gniewam się na niego, gdyż wiem, że mnie bardzo kocha i że owa ostra nieraz krytyka moich czynów wypływa z najlepszych chęci i szczerej życzliwości dla mnie.
— Ale cóż może mieć stryj przeciwko temu, że?...
— Ba! Co może mieć! Ma inny punkt zapatrywania się, więc też inaczej widzi. Według jego zdania, powinnam grać na fortepianie, śpiewać, malować, wyszywać piękne wzory na kanwie i czekać, aż jaki młodzieniec oświadczy chęć nazwania mnie swą małżonką.
— I podobno byli tacy.
— Widzę, że wuj bardzo mnie obmawiał.
— Odeszli zawstydzeni, nieszczęśliwi, upokorzeni. Jedli na obiad czerninę, do bryczki włożono im arbuzy. Prawda, Andziu?!
— Obeszło się bez symbolów. Powiedziałam tym panom wprost, ma się rozumieć każdemu z osobna i trochę innemi wyrazami: dajcie mi pokój, pozwólcie mi pozostać w tym małym światku, przy matce, przy moich zatrudnieniach, przy których jest mi dobrze... a wuj Piotr wziął mi to za złe. Trudno, ja mam swoje pojęcie o szczęściu.
— A serce?
— Dajmy na to, że ono śpi, i niech śpi jak najdłużej. Dobrze mi tu, w moim małym światku, i na szerszy nie wyrywam się bynajmniej. Mam matkę, którą kocham, zatrudnienie, które lubię, a na wypoczynek, na zimowe wieczory, książki i pisma. Drukowane słowo dochodzi do naszego zakątka i nie żałujemy sobie na tę przyjemność. Do miasta niedaleko, pocztę odbieramy codziennie.
W alei ukazał się pan Piotr.
— Ach, wujaszek już wstał? — zapytała Andzia.
— Jak panna widzi.
— Może kto przeszkodził?
— Bynajmniej. Sam się obudziłem i przychodzę do was. Domyśliłem się, że jesteście pod lipami. Piękniejszych drzew w okolicy niema nawet w Królówce, gdzie park pyszny. Gdyby te lipy mówić umiały, mogłyby dużo powiedzieć, bo kilkaset lat tu rosną i na wiele pokoleń patrzyły. Zdaje się, że któś tu idzie do nas. Widzisz, Andziu?
— To Abram.
— Ciekawym, czego chce.
— Prawdopodobnie przyjechał w zamiarze kupienia zboża, i nie zastawszy mamy w mieszkaniu, szuka jej tu.
— Ale pocóżby tak się śpieszył?
Środkiem alei nie szedł, ale biegł gruby, otyły żyd, z rozłożystą płową brodą, spadającą mu na piersi.
Oddychał ciężko, na twarzy jego malowało się wielkie przerażenie.
Ujrzawszy go w tym stanie, pan Piotr, jego synowiec i Andzia zerwali się z ławki.
— Co to? co? — zaczęli pytać.
Tłuścioch na razie tchu nie mógł złapać, osunął się na ławkę i sapał.
— Ja widziałem — rzekł nareszcie, — ja widziałem rano, że pan tu jechał. Więc prosto stamtąd śpieszę do wielmożnego pana umyślnie. Niech wielmożny pan zaraz... natychmiast, okropne nieszczęście!
— Bój się Boga, człowieku! Mówże jaśniej. Co? gdzie?
— W Królówce... pan Jastrzębski... zastrzelił się.
— Nie może być!
— Jakto nie może być? Ja przecież na swoje uszy huk słyszałem, ja na swoje oczy krew widziałem! Oj! wielmożny panie, zaraz... Ja jeszcze głowy nie mam, ja jeszcze mówić nie mogę. Tam płacz, tam gwałt, tam krzyk. Pani płacze, panienki płaczą, a on... ja jego na moje oczy widziałem... on leży, on jęczy, on bardzo jęczy... Jego twarz to nie jest twarz, jego oko to nie jest oko... wszystko krew, sama krew... Och, wielmożny panie, to jest straszna rzecz!
— Ale żyje?
— Albo ja wiem? On się trochę rusza, on bardzo jęczy... ale czy żyje? Skąd ja mogę wiedzieć? Może jeszcze żyje, może już nie żyje. Po doktorów zaraz posłali. Wójt przyleciał, pisarz przyleciał, z całej wsi ludzie się zbiegli. I to w biały dzień, może o trzeciej, może o czwartej godzinie. I trzeba zdarzenia, żebym ja tam był, żebym na to patrzył.
— Jakto? więc zastrzelił się w waszej obecności?
— W jakiej obecności? To nie była obecność, to było nieszczęście! Krótko powiem, wielmożny panie: Ja miałem do pana Jastrzębskiego interes. On mi winien, teraz jesień, ma trochę zboża, pan dobrodziej rozumie. Dawny interes trzeba skończyć, nowy zacząć. Zwyczajna rzecz. Wyjechałem z domu rano, byłem w jednem, w drugiem miejscu; koło trzeciej godziny stanąłem w Królówce. Oj, lepiej, żebym jej wcale nie widział! Zsiadłem z biedki, wchodzę do sieni, niema nikogo. Pan wie, jak tam jest we dworze. Na prawo są jedne drzwi, na lewo drugie. Chcę iść na lewo, pan Jastrzębski tam swoją stancyę ma. Biorę za klamkę. Ledwie jej dotknąłem... aj, waj! wystrzeliło. Okropny huk. Pani, panienki, dziewczyna z kuchni, wpadli z krzykiem do sieni. Co? co? wołają. Albo ja wiem... strzelają, coś strzeliło. My wszyscy do pokoju. Pan leży, leży we krwi, w stancyi dym, spalenizna, swąd, a ten, jak on się nazywa... ten strzelba, ten dubeltówka, leży też na podłodze koło pana Jastrzębskiego. Że ja nie umarłem zaraz przy tym interesie, to jest wielka łaska od Pana Boga. Jeżeli nie stracę zdrowia na kilka lat, to także będzie łaska od Pana Boga.
— Samobójstwo, czy też wypadek? — rzekł ze smutkiem pan Piotr.
— Czy tak, czy tak — odparł żyd, — zawsze nieszczęście. Jeżeli on to naumyślnie zrobił, to on dobrze w głowie nie miał. Czego się zabijać? na co?
— Złe interesa, nieszczęśliwe położenie. Kto to wiedzieć może?
— Co wielmożny pan mówi? Czy ja do niego ze śmieciami przyjechałem? Nie, ja przyjechałem z pieniędzmi, mogę pokazać, mam jeszcze przy sobie. Nie, to chyba wypadek... może on chciał iść na polowanie, może... kto to wie? Ale niech pan posłucha, niech państwo posłuchają. Tam się zrobił straszny krzyk, ludzie lecieli, jak do ognia, a pani, ta chorowita, delikatna pani, wzięła go za ręce, chciała dźwigać, chciała podnieść, panienki także. Nie mogłem patrzeć na to, one powalały sobie ręce krwią. One mnie wołały, żebym ja pomagał. Ja nie jestem taki odważnik, ja się boję, ale chciałem ratować, zawołałem parobków, fornali. Oj, wielmożny panie, co to było! Jego położyli na sofie, on otworzył jedno oko. Jak żyję, nie widziałem jeszcze takie oko. On zaczął jęczeć. Ja kazałem jechać po doktora, to moja rada była. Ja myślę, że niegłupia rada. Sam poszedłem do stajni, krzyczałem gwałtu, pomogłem zaprządz. Własnemi rękami przyczepiłem dwa postronki do orczyków. Ekonom wołał, żeby lodu dać. Kto poszedł z dziewką do lodowni? Ja poszedłem, zrobiłem, żeby tylko ratunek był. Oj, ja już sam nie żyję! Wójt przyleciał, pisarz przyleciał, zaraz chcieli pisać protokół. Oni czekali. Tymczasem sama pani przychodzi i powiada: „Abramie, jedź po pana Piotra, proś, niech przybędzie zaraz, niech nas ratuje.” O, widzi wielmożny pan, a trzeba zdarzenia, że ja akurat widziałem, że wielmożny pan z tym młodym panem jechał do Cieciorki. To mnie nie trzeba już było dużo gadać; ja okiełznałem mego konia i galop, jak wiatr, poleciałem do Cieciorki. To jest cała prawda. Niech pan tam jedzie.
— Naturalnie, że pojadę natychmiast.
— Niech wielmożny pan jedzie, ja pana proszę, tam czekają na pana, tam wielmożny pan potrzebny jest.
— Andziu — rzekł pan Piotr, — poślij kogo, żeby mi konia przyprowadził. Jadę w tej chwili, a Jasia zostawiam u was tymczasem. Jutro zapewne przyjadę po niego, lub przyślę.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.