Za maską

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Za maską
Podtytuł dramat w 1. akcie
Pochodzenie Pisma VI. Utwory dramatyczne
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ZA MASKĄ.
DRAMAT w 1. AKCIE.
separator poziomy
OSOBY:
separator poziomy
ALOIZY SIERPIEŃ lat 40.
JADWIGA, jego córka „  20.
JÓZEF BIŃSKI „  30.
STEFAN MILCZEK „  26.
BRUNO hr. JASZCZUR „  50.
MAKSYM BIELAK „  55.
SŁUŻĄCA
(Rzecz dzieje się współcześnie w Krakowie).
separator poziomy
SCENA I.
Jadwiga, później Aloizy.

Jadwiga (rzucając na stół gazetę, którą czytała). Jesteś ojcze?...
Aloizy (wchodząc bocznemi drzwiami z piórem w ręku). Na twoje usługi.
Jadwiga. Ja tego artykułu tłomaczyć nie będę.
Aloizy (troskliwie). Jak chcesz, moje dziecię — przetłomaczę sam... Nie podobał ci się?...
Jadwiga (cierpko). Nierozumny, albo... niegodziwy.
Aloizy. Cóż znowu? Rzecz prawie obojętna.
Jadwiga. Nie dla mnie.
Aloizy (siadając obok niej — z uśmiechem). Prawda mój aniołku, ma kilka wymiarów. Ty ją możesz z jednej strony ocenić, a ktoś inny — z drugiej. Nie trzeba wierzyć tylko sobie.
Jadwiga. Wiem o tem — z kazań księdza jezuity. Czy od dziś mam i jemu wierzyć?
Aloizy. Dla czego nie, jeśli będzie miał słuszność. Ale czemże cię ten artykuł tak rozdraźnił?
Jadwiga. Ach, zniszcz go ojcze lepiej, zamiast nim truć czytelników.
Aloizy. Przeceniasz jego skutek — tak źle nie oddziała. Zresztą, chociażbym ci chciał ustąpić, nie mogę. Redaktor zażądał, przetłómaczyć muszę.
Jadwiga. Nie musisz, bo... papiery giną, a więc mogą być zgubione. Wymówka łatwa...
Aloizy. Szkoda, że zarazem niebezpieczna. Zechciej no pamiętać, że już kilka razy na twoje żądanie dane do przekładu gazety niszczyłem, wymawiając się ich zatratą. Widocznie doniesiono o tem hrabiemu, bo chociaż do redakcyi się nie miesza, dziś sam oddał mi dzienniki i zastrzegł z naciskiem, żeby nie zginęły... A wiadomo ci, jak jego kaprys mógłby się zabawić moim losem... Dyrektor banku i właściciel pism...
Jadwiga. Cóż to za poniżająca służba!... Ojcze kochany przestań kłamać, bo ja sama zrzucę z siebie i zedrę z ciebie maskę. Pomyśl przecie, że robisz dla mnie ofiarę, którą dotąd przyjmowałam, ale jej nigdy szanować nie będę...
Aloizy (żywiej). Nie szanuj, abyś ją tylko przyjmowała. Dziecko drogie, gdybyś na jedną chwilę mogła się zmienić na mnie, miłością, jaką byś wtedy uczuła, rozgrzeszyłabyś wszystkie winy, których się względem siebie i ludzi dla ciebie dopuściłem. Ty nie wiesz, do czego serce moje zdolne, kiedy nadzieją twego szczęścia zadrga!...
Jadwiga (rozrzewniona). Alboż to szczęście tylko krzywdzącą obłudą zdobyć mi możesz?! Wszak mi mało potrzeba. Nie pragnij, ojcze, dla mnie tak wiele, a nie będziesz musiał schylać się tak nisko...
Aloizy (z zapałem). Co ja innego zrobić mogę? Los wyrzucił mnie tu jak rozbitka i zostawił mi na ratunek nas obojga troszeczkę wiedzy i pisarskiej zdolności. To tylko dla odkupienia życia sprzedać mogłem i to sprzedałem. Mus zaprzągł mnie i przykuł do tej fatalnej taczki, którą pcham obłudą, żeby wraz z tobą nie zginąć. Gdybym miał cośkolwiek, coby mnie utrzymywało, nie kalając sumienia, gdyby mi wolno było przyznać się otwarcie do mych dawnych zasad i bez współki z tą fanatyczną zgrają pracować, gdyby ona nie obezwładniała wszystkich ruchów myśli swobodnej, czyż zaprzedałbym się w tę okropną niewolę? Niech dziś się narażę hrabiemu jako wydawcy pisma, on mnie zaraz jutro wyrzuci z posady korespondenta jako dyrektor banku, i oboje spadniemy do nędzy. O siebie — nie dbam, ale ty...
Jadwiga (boleśnie). Po co ja żyję — po co ty ojcze mnie kochasz — po co mnie inaczej myśleć nauczyłeś!...
Aloizy. Tem zmyję plamę z mojego życia. Ja sam nie mogę ludziom powiedzieć tego, w co wierzę i w czem widzę ich godność i dobro, powiem im więc chociaż przez ciebie. Nie pozwolono mi uczyć prawdy ogółu, nauczyłem jej tajemnie własną córkę (czule). Przebaczasz mi?
Jadwiga. Kiedyż się to potworne rzemiosło skończy!
Aloizy (z uśmiechem). Wtedy, gdy mnie ktoś lepszy w staraniu koło ciebie zastąpi...
Jadwiga (w uniesieniu). Uczciwemu kamieniarzowi rzuciłabym pod nogi wszystkie panieńskie marzenia, aby cię tylko prędzej zastąpił!...
Aloizy (rzewnie). Tymczasem przebaczasz mi?
Jadwiga. Gdybyś chociaż, ojcze, nie okazywał gotowości w służeniu tej morderczej propagandzie.
Alojzy. Muszę udawać żarliwość, bo mi przeszłe opinie pamiętają... Pytali mnie nawet o twoje wychowanie...
Jadwiga. Naturalnie skłamałeś i zamówiłeś mi prawa do kanonizacyi... Szatańska komedya!... Ach!... węże!... Nie bierz-że, ojcze, tak jadowitych, jak ten artykułów, albo przynajmniej nie dawaj ich do tłómaczenia — mnie.
Alojzy (ściskając rękę Jadwigi). Bądź spokojna... Jednak powiedz mi, co cię tak oburzyć mogło w tem sprawozdaniu z wyprawy do Indyi?
Jadwiga (zdziwiona). Z wyprawy do Indyi? Chyba ojcze nie wiesz, co mi w tej gazecie dałeś...
Alojzy (spojrzawszy na gazetę). Ach!... pomyliłem się... (po chwili z udanym śmiechem). Ten jezuicki paszkwil na niepodległą wiedzę — chciałem sobie do przetłomaczenia zachować. I ty nie domyśliłaś się, że z nas dwojga tylko siebie uważam za zdolnego do podania tej trucizny publiczności polskiej? Przecież tylko ja upadłem... Tobie takie rzeczy miałbym proponować? Tobie — nieskalany aniołku mój!...
Jadwiga. Nie mów tak — nie mów, ojcze... Jaki ty jesteś nieszczęśliwy!...
Alojzy (biorąc z sobą gazety). To też pójdę pocieszyć się — miłą robotą... Ale nie brzydź się mną... Dziś nic ci do przekładu nie dam — ani jutro — może nawet nigdy... Pozwolisz się pocałować? (całuje ją) Przebaczasz?...
Jadwiga (błagalnie). Zapomnij o tem...
Alojzy. Tylko nie zapomnij o mnie... teraz — chociaż przez godzinę. Nie siedź tu sama i nie myśl... (oddalając się ku drzwiom swego pokoju). Proszę cię, nie myśl... Przeszłabyś się na spacer?
Jadwiga. Biński mówił mi, że nas chce dziś odwiedzić...
Aloizy (wracając — zestraszony). Biński?... Przecież chyba nie w towarzyskim jedynie interesie?...
Jadwiga. Dla czego — nie? Wszakże u nas bywa...
Aloizy. Tak bywa... i brzydzi się mną... a ja go się boję.. Za co on mnie trapi i naraża, a sobie przymus zadaje?... Przymus?! Ha, ha, ha, — co za naiwne głupstwo z ust mi się wyśliznęło! Ja dla ciebie się upadlam, a on nie miałby poświęcić się na spotkanie zemną!...
Jadwiga. Żadne poświęcenie, jeśli cię ojcze, lubi.
Aloizy (z ironią). Mnie lubi — chyba by nie był sobą, śmiałym, szczerym i wolnomyślnym człowiekiem. A może mu o mnie powiedziałaś za wiele?
Jadwiga (z westchnieniem). Za mało. Nie wie, co myślisz i co w Dzienniku pisujesz.
Aloizy. To lepiej. Dziś z nim widzieć się nie będę, bo mi każde spotkanie u pryncypałów szkodzi, bo mógłbym się z czemś niepotrzebnem wymówić, bo wreszcie go nie cierpię za to, że takim jest, jakim ja być chciałbym. Tylko jeśli przyjdzie, ostrzeż go, że marnie zginie. On nie wie, kogo do walki wyzwał. Niedługo może miejsce po jego księgarni zaorzą... Niech lepiej robak wstąpi w moje ślady, przynajmniej będzie miał za co dziecko sobie inaczej wychować. Sam niech zmilknie — niech się każe przekuć w jezuickiej kuźni! Szaleniec — czego mu się zachciewa! W Krakowie z Krakowem się potykać!... (we drzwiach) Powiedz mu to — bo ja idę do swojej obroży...
Służąca (wchodząc). Pan Bielak.
Jadwiga (szyderczo). Miła niespodzianka. Zamiast bohatera łotr.
Aloizy. Proś. (służąca wychodzi) Wizyta znacząca. Tego psa pan hrabia tylko w większej obławie puszcza.
Jadwiga. Odejdę, ojcze, do twego pokoju i wyszukam sprawozdanie o Indyach.
Aloizy (skwapliwie). Nie... nie... Tam leżą różne artykuły, które dla ciebie...

SCENA II.
Ciż Maksym.

Maksym (kłaniając się). Zawsze razem — jak Bóg złączył. Doprawdy nie wiem, czy lepiej być takim ojcem, czy taką córką...
Jadwiga. Czy takim, jak pan, ich przyjacielem.
Aloizy (roztargniony). Naturalnie — naturalnie, szanowny i pożądany nasz gościu.
Jadwiga. Pewnie nie będę przy rozmowie panów potrzebną, a mogę stać się zbyteczną. Więc pójdę cię ojcze wyręczyć w robocie. (oddala się do drzwi gabinetu Aloizego).
Aloizy (błagalnie). Tylko nie tam... nie tam... Prosiłem...
Jadwiga. Przecież tajemnicy nie zdradzę. (wychodzi).
Maksym. Cóż pan tak strzeżesz swego sanctuarium przed córką, przed taką córką, która panu w dziennikarskiej pracy pomaga i tak wybornie do niej nastrojona... Nie wiele Pan Bóg światu takich kobiet darował. Szczęśliwy — kto ją dostanie...
Aloizy (z westchnieniem). Nie każdy, kto ją dostanie... Tego rodzaju kobiety wtedy dopiero dadzą szczęście, gdy wprzód same otrzymają... Inaczej...
Maksym. To też trzeba dobrze obejrzeć konkurenta, zanim go się przyjmie. Tylko anioły występują zawsze w jednej postaci, szatany przybierają rozmaite — a kryć się w nich umieją. Bardzo słusznie powiedział nasz kaznodzieja: złe nie tem straszne, że złe, ale tem że ponętne. A dziś więcej niż kiedykolwiek uwija się między nami przebranych bezbożników, którzy czarują kobiety ułudnymi pozorami, a zdobywszy serca, tępią w nich nasiona cnoty. Jako przyjaciel więc radzę, strzeż pan córkę od tych sideł!...
Aloizy. Nie znasz jej, panie Maksymie...
Maksym. Ależ znam i wiem, że jużby dziś ksienią najsurowszej zakonniczej reguły być mogła, tylko zarazem pamiętam, że człowiek wątły a czart silny, skoro sam Bóg ledwie sobie z nim poradził. Wreszcie jako szczery wasz przyjaciel wyznam ci panie Aloizy, że twoja córka... No mniejsza — głupstwo!
Aloizy (lekko zaniepokojony). Co takiego?
Maksym. Bądź spokojny. Przywidzenie — przywidzenie niespokojnych o wasze dobro oczu, które wszędzie niebezpieczeństwo dotrzegają.
Aloizy. Najlepiej więc spójrzmy na nie czterema oczami. Co zauważyłeś panie Maksymie?
Maksym (zniżając głos). Mniej pan usłyszysz, niż się spodziewasz — drobnostka. Ot chciałem zwrócić pańską uwagę, że Biński nie jest odpowiednią znajomością dla panny Jadwigi. Jako wróg religii i materyalista, kompromituje ją w oczach ludzi i gotów na jej charakter źle oddziałać, a może już oddziałał. Bo córka pańska często z nim przechadza się po ulicy, sama bywa w jego księgarni, co więcej — kupuje jego nakłady — a wiadomo panu, co to są za nakłady. (ze złośliwą filuteryą) Ale może ona to robi z pańską wiedzą?
Alojzy. Broń mnie Boże, nigdy bym na to nie pozwolił i nigdy się tego nie domyślałem. Dziękuję ci panie Maksymie za ostrzeżenie, serdecznie dziękuję, chociaż zdaje mi się, że trochę ten stosunek i jego niebezpieczeństwa przesądzasz. Jadzia takim człowiekiem nigdy zająćby się nie mogła, książki zapewnie kupuje z litości, bo zna jego kulawe interesy, a jako kobieta i przytem warszawianka, ma słabość do nieszczęśliwych i współrodaków.
Maksym. Nieopatrzna to słabość do nieszczęścia zasłużonego. Kto mieczem wojuje, niech od miecza zginie. Zresztą tak czy inaczej, panna Jadwiga powinna mieć się na baczności, jeśli prawda, że mu skrycie nie sprzyja, bo to może oddziałać i na pańską pozycyę. W redakcyi waszej już kilkakrotnie o tej sprawie z przekąsem mówiono, ktoś przytem powtarzał zbyt liberalne odezwania się pańskiej córki, a nawet pan hrabia...
Aloizy (zestraszony). Co takiego?
Maksym. Dotąd jeszcze się nie gniewa, ale rozgniewać się może. Tylko ksiądz Skrobek na państwa obrażony, a Bińskiego wczoraj z ambony wyklął.
Aloizy. Wyklął? To za wiele...
Maksym. Raczej powiedz pan — za mało. Wilka w owczarni się nie głaszcze, węża miodem się nie struje. A strują go! I on ma waryat jakieś plany — sądzi, że wybrnie, gdy tymczasem już dziś powinien sobie zamówić grabarzy... a co najmniej torbę i kij żebraczy.
Aloizy. Chyba tylko straszysz, panie Maksymie, przecież mu księgarnia nieźle idzie, a na jego wydawnictwa, chociaż bezbożne, zawsze amatorzy się znajdą.
Maksym (uśmiechając się złośliwie). Ale znajdą się także daleko liczniejsi i silniejsi, którzy jego samego tak głęboko schowają, że się nawet dla tych amatorów woń po nim zatraci. Ksiądz Skrobek napomnieniami z kazalnicy już mu targ przepołowił, a pan hrabia wyczekawszy z ciosem, jednego poranku tnie i......
Aloizy (niespokojnie). No?
Maksym. Biński jest biednym księgarzem, każdy księgarz stoi kredytem, kredytu udziela bank, dyrektorem banku jest hrabia — domyślasz się pan wniosku z tej kombinacyi?
Aloizy. Są inne banki...
Maksym. A w nich ciż sami i solidarni z sobą dyrektorowie.
Aloizy (zapominając się). Więc cóż z nim chcecie zrobić?!
Maksym (z podstępnym uśmiechem). Właśnie przychodzę spytać o to pana, bo podobno trzymasz jego stronę przeciw hrabiemu.
Aloizy (reflektując się). Żartujesz, panie Maksymie, między mną a Bińskim nie ma nic wspólnego. Poczułem tylko zwykły ludzki żal...
Maksym (j. w.). I może zechcesz pod natchnieniem tego żalu wynagrodzić prześladowanego księgarza ręką swojej córki?
Aloizy. Skądże takie przypuszczenie?
Maksym. To tylko zwykły ludzki żart. Zanadto jesteś pan rozsądnym ojcem, ażebyś mógł skazać dziecko na nędzę, za uczciwie myślisz, ażebyś ją mógł oddać bezbożnikowi, i zanadto łaski hrabiego potrzebujesz, ażebyś mógł mu się sprzeciwiać.
Aloizy Rozumiem to dobrze.
Maksym. I rozumiesz pan zapewnie, że hrabia jak najlepiej wam życzy i że chciałby pannę Jadwigę widzieć żoną najzamożniejszego i najuczciwszego człowieka.
Aloizy. Ani chwili o tem nie wątpiłem.
Maksym. Nie zadziwi to więc pana, gdy powiem, że hrabia już pomyślał o urzeczywistnieniu swych dobrych chęci i wybrał dla pańskiej córki...
Aloizy (drżącym głosem). Zawcześnie, panie Maksymie, zawcześnie. Ona jeszcze bardzo młoda...
Maksym. Dla Bińskiego, ale nie dla Milczka...
Aloizy (zrywając się z krzesła). Dla Milczka?! Nigdy!
Maksym. I to być może, powinieneś pan jednak wiedzieć, cobyś w takim razie stracił.
Aloizy. Wolę wszystko stracić, niż więcej jak wszystko, bo jedyne, najdroższe moje dziecko.
Maksym. Przecież pan sam się z nią nie ożenisz, każdy więc mąż ci ją odbierze, z tą tylko różnicą, że przedtem jeszcze odbierze panu hrabia posadę w redakcyi i w banku, jeśli jego protegowanemu odmówisz.
Aloizy (tłumiąc wzburzenie). To haniebny potrzask!
Maksym. Panie Alojzy, idziesz za daleko i przecinasz naszą rozmowę w sposób bardzo ryzykowny. Przyznam ci się, że chociaż jako adwokat hrabiego posiadam daleko większe względem niego przywileje niezależności, jednakże liczę się z nim skrupulatniej (zbiera się do odejścia).
Aloizy (z rezygnacyą). Nie odchodź pan, proszę. Potrzeba mi rady... Czego hrabia żąda?
Maksym (siadając). Absolutnie niczego. Tylko ponieważ córka pańska bardzo mu się podobała, postanowił zaproponować panu na zięcia swego sekretarza Milczka, któremu przytem jako prezent dla nowożeńców ofiarował posadę buchaltera i mieszkanie w swoim pałacu.
Aloizy (pognębiony). Nie darmo ten prezent..... nie darmo.....
Maksym. To nie dosyć, bo i dla pana przygotował niespodziankę — miejsce naczelnika filii banku...
Aloizy (j. w.). Nie darmo to... nie darmo...
Maksym. Teraz możesz pan łatwo obrachować, co byś stracił, odrzucając propozycyę... Sądzę, że wybór łatwy...
Aloizy (j. w.). Między toporem i nożem...
Maksym. Niewdzięczne to słowa w ustach pańskich. Ale co mi do tego! Chociaż hrabia, wspomniawszy wczoraj przede mną o swoim zamiarze, dla zachowania sobie efektu pańskiej radości nie kazał mi pana uwiadamiać, ja jednakże jako przyjaciel wolałem pana uprzedzić, ażebyś przypadkiem nie obraził go jakąś niechęcią, gdy dziś tu z Milczkiem przyjdzie.
Aloizy (rozpaczliwie). Dziś! Śmierć bym chętniej powitał!...
Maksym (biorąc kapelusz). Tak? Oszczędzę panu niemiłego spotkania. Powiem hrabiemu, niech się nie kompromituje, bo pan...
Aloizy (ze spokojną stanowczością). Córkę dam, jeżeli tylko sama się zgodzi lub ją do zgody skłonicie.
Maksym. To już nie moja rola.
Aloizy (machinalnie). Panu hrabiemu się podobała (do Maksyma) a czy pan hrabia wie, że ona będzie uczciwa?
Maksym. Szczególne zadajesz mi pan pytanie. Dla czegóżby miał wątpić?
Aloizy (z goryczą). Wątpi i omyli się.
Maksym. Rozdrażnienie pańskie tłomaczę sobie zbytniem przywiązaniem do córki, z którą byś pan widocznie nie chciał nigdy się rozstać. Przyjdę tu z hrabią, żeby pana uspokoić.
Aloizy (siadając bezwładnie na krzesło). Dziękuję... (słabym głosem). Co na to ona powie?...
Służąca (wchodząc). Pan Biński.
Aloizy. Przychodzi, aby mi urągać... (do Maksyma opryskliwie) Czego on chce?
Maksym. Nie wiem, może przeczuł, że musi dziś po raz ostatni pańską córkę pożegnać... Do widzenia.
Aloizy (wołając). Jadziu! (do służącej) Proś. (służąca wychodzi).
Jadwiga. Jestem.
Aloizy (do odchodzącego Maksyma). Czekam panów. (do Jadwigi) Pan Biński. (odchodzi do drzwi swego gabinetu).
Maksym (do Bińskiego, który wszedł przy ostatnich wyrazach). Mijamy się.
Biński (z lekkiem szyderstwem). Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Aloizy (wychodząc). Pozwólcie mi — odejść — myśli zebrać.

SCENA III.
Józef i Jadwiga.

Józef (podając rękę Jadwidze). Zestraszyłem parkę serdecznych przyjaciół. Przyznać jednak muszę, że gość miał lepsze prawo uciec stąd przede mną, niż gospodarz.
Jadwiga. Ojciec był jakiś zmieszany, nie słyszałam ich rozmowy, domyślam się tylko, że ów przyjaciel przychodził z jakimś nagłym rozkazem od redakcyi.
Józef (z ironią). A rozkaz ten przemienia się teraz pod piórem ojca na piorun, mający jutro spaść z chmur dziennika na jakąś szlachetną głowę.
Jadwiga (z żalem). Szydzisz pan z niego, jak gdybyś nie wiedział ode mnie, dla czego on te pioruny rzuca.
Józef (j. w.). Ach, przepraszam, ciągle zapominam, że według pani takiemu bohaterstwu należy się i odemnie szacunek.
Jadwiga. Nie zapominaj pan nigdy, że kłamstwo jest ratunkiem potrzeby i odpowiedz: czy zawsze złej?
Józef. Zawsze niskiej.
Jadwiga. Bądź pan ostrożniejszym, bo inaczej obrazisz najwyższe pobudki ludzkie. Gdyby Galileusz nie był kłamał przed jezuickim sądem, a Hele przed swoją żoną, nie znałbyś pan wielu planet i nie miał zegarka.
Józef. Rozumujesz pani prawdziwie jak kobieta, bo chcesz dla swego uporu shołdować nawet tych, którzy mu służyć nie mogą.
Jadwiga. Tyleż chcieli Galileusz i Hele, mimo że rozumowali pomęzku.
Józef. Niechże więc pani służą, skoro tego kaprysik wymaga i skoro pani ma odwagę w sprawie lękliwych niewolników świadczyć się śmiałymi bohaterami.
Jadwiga. Dla czego niewolnik ma być koniecznie lękliwym? Alboż jego wytrwałość nie może wyrównać męztwu? Dobry panie, nie trzeba wyłączać ze sprawiedliwości uczuć i myśli, z musu utajonych. Jeśli pan możesz, to rozsadzaj jednym wybuchem skały, ale zarazem nie gardź drobnemi kroplami, które długiem spadaniem je wydrążają.
Józef. Uwaga ta przekonywa mnie o tem tylko, że aby rodzaj kobiecy nie potrzebował wrodzonej obłudy się wstydzić, próbujesz pani nauczyć męzki, jak ma się nabytą chlubić.
Jadwiga. Bo wtedy byłabym zabezpieczona od wrodzonej czy nabytej szczerości rodzaju... pańskiego (chce odejść).
Józef (wstrzymując ją). Wybacz mi pani uniesienie, dla jego intencyi. Czyż podobna, abyś pani sądziła, żem cię chciał obrazić...
Jadwiga. A cóż innego chcieć pan mogłeś?
Józef. Co? Nie czynem, więc przynajmniej słowem pragnąłbym wyrwać panią z gniazda tych fanatyzmem syczących płazów, z którymi ojciec twój splótł się sam i ciebie im na pastwę rzucił. Obłudy myśli i uczuć nie pojmuję nawet wtedy, gdy mi ją przyszłość groźbami nędzy objawia. Zginę jak jeż rozszarpany przez podłe lisy, a nie przytnę ani jednego kolca, który ich paszcze rani, nie zdławię ani jednego swobodnego wyrazu, który się w mej duszy odezwie. I pani tak żyćbyś chciała — a ja kipię szaleństwem, że ci to wzbronione. Mówisz pani i wierzysz, że ojciec twój kłamie przed nimi z bojaźni, skąd wiesz, że nie kłamie właśnie przed tobą z miłości?
Jadwiga. Wiem, a przekonasz się i pan, gdy ktoś z czasem uwolni tego nieszczęśliwego starca od potrzeby zarobkowania dla mnie.....
Józef (posępnie). Czemuż go uwolnić nie mogę!...
Jadwiga. Chciałbyś pan to zrobić tylko dla — ciekawości?
Józef. Tylko. Bo dla czegóżby więcej? Obrachowałem dobrze, ile mi pragnąć wolno, gdy ze wszystkiemi przegrywam, nawet z panią...
Jadwiga. Ze mną?
Józef. Alboż jestem dla pani tem, czem pani dla mnie?
Jadwiga. Na czyjąż stronę pada przewyżka, jeżeli dla siebie nie równo ważymy?
Józef. Na tę, która pewna swej przewagi śmiało pyta.
Jadwiga. Lub może na tę, która spytana dumnie milczy.
Józef. Pani łaskawa, duma jest jedyną pociechą nieszczęśliwych. Niechże więc nią przynajmniej nagrodzę sobie brak tej miłości w pani, którą czuję w sobie.
Jadwiga (wzruszona). Gdyby te ściany słyszały kiedykolwiek bicie serca mojego, odpowiedziałyby panu na to za mnie echem słusznej wymówki...
Józef (z zapałem). Klnę się na godność człowieka, że zaledwie w marzeniu objawiła mi się taka nadzieja! Bodajdy w ustach pani była ostatnim dosłyszanym głosem mojego życia! Niestety, będzie się ono długo wlec przy zgaszonem jej świetle.
Jadwiga (czule). Czem się trapisz, mój kochany panie...
Józef. Niemożnością przyjęcia daru, który mi pani ofiarujesz. Wczoraj dowiedziałem się, że hrabia Jaszczur, który nieograniczenie rozporządza wolą twojego ojca, przeznaczył cię za żonę...
Jadwiga (gwałtownie). Komu?!
Józef. Swemu sekretarzowi.
Jadwiga. Kto mu czoło wytarł do takiego bezwstydu?!
Józef. Gdy o tem usłyszałem, krew zapiekła mi w żyłach i usta zacięła. Nie miałem siły zaraz pani o tem donieść, dopiero dziś przyszedłem, nie wiedząc po co, po to chyba, ażeby usłyszanem od ciebie wyznaniem jeszcze głębiej rozedrzeć poszarpane serce.
Jadwiga. Jakto, pan nie wierzysz odległości, jaka dzieli zuchwalstwo tego tyrana od mojej zgody? Nawet ze mną boisz się stanąć do walki przeciw hrabiemu?
Józef. Nie, tylko boję się z tobą pani stanąć do walki z własnem ubóstwem, otwierającem przede mną już dziś przepaść, w którą mnie zdradziecko ukryta ręka jutro może strąci. Ciebie pani za sobą pociągnąć nie mogę.
Jadwiga. To mówi człowiek, który już mężnie odbił tysiące najśmiertelniejszych ciosów w starciu z jezuickimi sztyletnikami i jeszcze wczoraj wierzył w zwycięztwo?
Józef. Chociażbyśmy mieli tę wiarę oboje, wydrze nam ją twój, pani, ojciec. Ty go kochasz, więc mu ulegniesz, a on, który sprzedał swoją cześć dla dobra córki, nie puści jej na niebezpieczne burze.
Jadwiga (z uśmiechem). Znam go lepiej — pozwoli!
Aloizy (ukazując się na progu swego gabinetu). Nie!

SCENA IV.
Ciż i Aloizy.

Jadwiga (słabym głosem). Dla czego?...
Józef (szyderczo). Któż zna go lepiej? Ja czy pani?
Aloizy. Zbyt zapatrzyłeś się we mnie, mój panie, i dla tego nie widzisz, co się z tobą dzieje. Chcesz pan, ażebym ci dał córkę, a czy wiesz, że jutro nie będziesz miał czem ściśniętych z głodu zębów otworzyć?
Jadwiga. Ojcze — nie strasz!
Józef (j. w.). Któż to mi je tak zamknie?
Aloizy. Ci, którzy odmówią kredytu i zlicytują cię za długi — w banku.
Józef (słabym głosem). Czy to tylko domysł pański?
Aloizy (zniżając głos — z ironicznym naciskiem). Domysły względem pana miewałem przed rokiem, dziś uwalniają mnie od tego kłopotu zwierzenia hrabiego Jaszczura.
Józef. Więc on dół na mnie wykopał! Chwała ci panie Aloizy, sługo kryjomego dusiciela! (siada bezwładny na {{kor|krzesło.|krzesło).
Jadwiga (do Aloizego). Przecież nie wszystko mu hrabia zabierze?
Aloizy. Nawet ciebie...
Jadwiga (w uniesieniu). Chociażby był wszechmocnym — nigdy!
Aloizy. Powiedz to jemu samemu, gdy tu z Milczkiem za chwilę przyjdzie i zapyta: czy wolisz poślubić jego sekretarza i na zawsze ubezpieczyć nasze życie, czy odmówić i skazać się ze mną na śmierć głodową.
Jadwiga (j. w.). Skąd wiesz, ojcze, że tego ode mnie żądać będzie?
Aloizy. Był tu Maksym.
Jadwiga (padając na sofę). Kamienie płaczcie nade mną! (chwila ogólnego milczenia).
Aloizy (przybiegłszy do Jadwigi). Kochanko moja, gwałcić twej woli nie chcę...
Jadwiga (spokojnie). Dobrze, zrobię czego żądacie. Poniżałeś się ojcze dla mnie dotąd, teraz na mnie kolej poniżyć się dla ciebie. Konieczne następstwo. Gdybym nie była przyjęła twojej ofiary, nie byłabym dziś do podobnej obowiązana.
Aloizy (z boleścią). Strasznie mi to brzmi. Myślałem, że cię dla innego świata im ukradnę. Ale ty dzieci swoje dla niego uratuj! Niech swobodna myśl, zaduszona w dwu pokoleniach, odrodzi się przynajmniej w trzeciem. Och jakże mnie ból gryzie! (siada zakrywszy twarz rękami).
Jadwiga. Uspokój się ojcze. Skoro poświęcenia trzeba, poświęcę się bez skargi.
Józef (zrywając się nagle). Ha, ha, ha, poświęcenia trzeba... na co? Ażebyście mieli czem zadowolić wygodami rozpieszczone ciało? Ojciec sprzedał cześć na suknie i obiady córki, teraz wzamian córka sprzedaje swoją dla ojca. Kobiety zawsze gotowe do poświęceń, nawet za drobne świecidło, które na nich zwabi jedno mgnienie cudzego oka. A cóż dopiero za rozkoszne dożywocie! Płeć twoja, pani, milionami już poświęciła swoją godność dla wykupienia braci, mężów i ojców, masz więc liczne przykłady; tylko bądź od nich skromniejszą i nie chrzcij swojej ofiary nazwiskiem, którem się mianują bohaterstwa czczone i które się zbawicielce domowych wygód i sekretarzowej zaszczyconej gustem mężowskiego pana wcale nie należą...
Jadwiga. Milcz pan — bo skonam! Litości! w głowie obłęd mi szaleje...
Służąca (otwierając drzwi, przez które wchodzi hr. Jaszczur a za nim Maksym i Milczek). Proszę.

SCENA V.
Ciż, hr. Jaszczur i Milczek.

Jaszczur. A to co? Państwo, widzę, zwarzeni? Musi tu być (patrząc na Józefa) jakiś między wami dyssonans. Najbardziej szkoda mi pięknych oczu pani, których blask niezadowolenie przyćmiło. Panie Milczek, strzeż się tego, bo będziesz miał ze mną do czynienia.
Milczek (z głębokim ukłonem). O, panie hrabio...
Jaszczur. Ukłoń się pan naprzód ojcu i córce, boś o tem zapomniał. (Milczek chwyta za rękę osłupiałego Aloizego).
Jadwiga. Ażeby i pan hrabia nie zapomniał, przedstawiam: pan Biński mój narzeczony.
Jaszczur. Narzeczony? Panie Maksym, panie Aloizy, co to znaczy?
Maksym. Nie wiem.
Józef (do Jaszczura). Ostrożnie pan pytaj, ażebym ja nie zaczął pytać pana.
Aloizy. Wyrodne dziecko, zbuntowane przez tego szaleńca, oparło się twojej, panie hrabio, i mojej woli, a Bóg świadkiem, że twoja moją była... Teraz nic mi nie pozostaje, jak tylko przekląć ich oboje i służyć nadal wiernie tobie, łaskawy dobroczyńco.
Jaszczur (z ironią). O wierność pańską nigdy nie drżałem, daleko więcej chodziło mi o córkę.
Józef (groźnie). A zapewnie chodzi panu także o swoją całość...
Maksym. Panie hrabio, nie warto się narażać.

Jaszczur. Nie bójcie się, zapłaci mi on za to (do Milczka) Zejdź pan na dół i zawołaj mi fiakra. (do Aloizego) Proszę na chwilę za mną (wychodzą wszyscy prócz Józefa i Jadwigi).
SCENA VI.
Józef i Jadwiga, później Aloizy.

Jadwiga. Kłamstwo moje przed tym sępem do niczego pana nie obowiązuje. Nazwałam pana narzeczonym dla tego tylko, ażebyś nie miał prawa mnie potępiać. To nam jednak rozstania nie zamyka.
Józef (błagalnie). Nie pamiętaj pani słów, które boleść na usta wyrzuca. Czy widząc cię dobrowolnie upadającą, mogłem być spokojnym, a nawet sprawiedliwym?
Jadwiga. Owszem byłeś pan sprawiedliwym, skoro mimo całej okropności wyrzutu, poszłam za jego natchnieniem. Ale wyrzut ten mnie boli... strasznie boli.
Józef (biorąc ją za rękę). Męczennico moja, nie skarż się na tę przykrą chwilę, bo ją błogosławić muszę za to, że mi ciebie przywróciła. Spójrz na mnie przebaczeniem... miłością.
Jadwiga (rozrzewniona). Kocham cię — znowu... Och! i ty mnie kochaj... bardzo... ażebym znieść mogła ojcowską klątwę...
Aloizy (wpadając wzruszony). Dzieci moje — kłamałem — ja was błogosławię, a chociaż z rozkazu opuszczę i przeklnę, kochać i wspierać będę — za maską (wybiega do swego pokoju).
Józef. Potworną...

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.