Za kręgiem polarnym
| Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Za kręgiem polarnym | |
| Pochodzenie | Biblioteczka Historyczno-Geograficzna Nr. 39 | |
| Wydawca | Towarzystwo wydawnicze „Rój” | |
| Data wyd. | [1929] | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Wierchojańsk, mała mieścina za kołem biegunowem, mająca wszystkiego dwadzieścia trzy domy, zdawna służyła za miejsce karne dla tych wygnańców politycznych we Wschodniej Syberji, którzy nie chcieli się poddać dość pokornie miażdżącemu uciskowi rosyjskiej „zsyłki“. Miasteczko leży wśród błotnistej doliny, otoczonej górami, na brzegu wartkiej, wielkiej rzeki Jany. Dookoła nieobeszłe lasy, bagniska, jeziora, topiele. Klimat bardzo surowy. Stacja meteorologiczna, prowadzona przez wygnańców, wykazała, że tam znajduje się biegun zimna, północnej półkuli. Mrozy dochodzą do 67° C., śnieg leży przez osiem miesięcy. W środku zimy przez 40 dni słońce wcale nie wschodzi, panuje nieprzerwana noc...
W osiemdziesiątych latach ubiegłego stulecia zebrało się nas, politycznych, w Wierchojańsku z górą piętnastu, wśród nich dwóch polaków: stary powstaniec z 63 roku, zamieszkały tam od lat dwudziestu... i ja.
W 1882 roku niezmiernie monotonne życie miasteczka zostało wstrząśnięte niesłychanem zdarzeniem: 9 wygnańców zbudowało potajemnie łódź i uciekło rzeką Janą do Oceanu Lodowatego, aby stamtąd brzegiem morza dostać się do Ameryki. Zbiegów schwytano już na wyspach Oceanu, gdzie zatrzymały ich lody.
Przeprowadzone następnie surowe śledztwo wykazało, że plany łodzi, mapy rzeki wraz z morskiem wybrzeżem wykonał Wacław Sieroszewski według wskazówek amerykańskich rozbitków z nieszczęsnej ekspedycji podbiegunowej Delonga. Dowiedziono również, że okucie łodzi, ożaglowanie, kotwica oraz wszelkie żeglarskie przyrządy, potrzebne do mierzenia szybkości statku, określania jego kierunku i geograficznego położenia, zostały odkute w ślusarskim warsztacie, kierowanym przez tegoż Wacława Sieroszewskiego. Wobec tego uznano go za „herszta“, choć był najmłodszym z uciekinierów. Nie wypierał się. Ponieważ on jeden był „pozbawiony praw“, czekała go surowa kara, wobec której drugorzędne szczegóły nie miały już znaczenia. W 1883 na wiosnę przyszedł wyrok, który zapadł zaocznie w Jakucku: „Dodać wszystkim zbiegom rok wygnania, a „herszta“ Sieroszewskiego ukarać pięcioma uderzeniami knuta i zesłaniem do Srednie Kołymska. Knut jest to długi bicz z surowca o trzech końcach, zaopatrzony na każdym końcu w ostre szpony żelazne. Pięć mocnych uderzeń takiego bicza zabija człowieka lub czyni go kaleką na całe życie. Niemało Polaków zginęło odeń. Skazańcy ratują się tem jedynie, że przekupują katów. Wobec tego jednak, że takiego narzędzia w Wierchojańsku nie było, oraz, że nie było tam kata, a sprowadzenie ich okazało się bardzo kosztowne i trudne (podróż z Jakucka tam i z powrotem potrwałaby ze dwa i pół miesiąca), Generał Gubernator Wschodniej Syberji łaskawie zamienił wyrok „hersztowi“ Sieroszewskiemu „ze względu na młode lata“ na wieczyste osiedlenie „na kresach lasów“ w miejscowości „o sto wiorst odległej od wszelkiej rzeki, drogi handlowej oraz miasta“... Kazano wywieźć mię natychmiast i chociaż był to już koniec marca i groziły roztopy, musiałem jechać. Dodano mi jako strażnika kozaka Aleksego, zwanego „Trójwargim“ — chwata najmocniejszego z całego garnizonu, tancerza, śpiewaka, hulakę, słynnego pogromcę wszystkich serc niewieścich w miasteczku i okolicy. Uchodził w dodatku za znakomitego jeźdźca i znawcę „wędrownych sposobów“...
Nie zostawiono mi dość czasu, abym się odpowiednio przygotował do drogi, która w najlepszym razie miała trwać miesiąc, gdyż z Wierchojańska do Kołymska liczą 1200 kilometrów. Dostałem w miasteczku z wielkim trudem zaledwie 20 kilo żytnich sucharów, trochę mrożonego mięsa, trochę masła, soli i cukru... Wszystkiego bardzo niedużo, gdyż musieliśmy wędrować, jak tu powiadają „na lekko“, aby ujść przed wiosenną powodzią. Całą podróż mieliśmy, rozumie się, odbyć konno. Najgorzej było z moją odzieżą, której nie miałem czasu przystosować do takiej wyprawy. Kupiłem jedynie: „torbasy“ — długie do pachwin buty z miękich łap reniferowych, zeszytych sierścią na zewnątrz i parę „pończoch zajęczych“[1], parę futrzanych rękawic i czapę z łap białych lisów z nausznikami, wyłożoną ciepłem futerkiem wiewiórek. O „kuchlance“ — ciepłej bluzie z futra młodych renów, jaką miał kozak Aleksy, poprostu marzyć nie mogłem i dla braku pieniędzy i dla braku tego odzienia w naszem miasteczku. Wyjechałem więc w krótkim, zaledwie kolan sięgającym „tułupie“, jaki mi został jeszcze z podróży ciupasem.
Było jednak już ciepło, we dnie słońce przygrzewało mocno, śnieg topniał, w koleinach błękitniała woda i wodę wyciskały miękko z mokrego śniegu kopyta naszych wierzchowców. Ale to tylko w południe, gdy słońce stało najwyżej i blade przezroczyste powietrze drżało od jego blasku. Dość było jednak małej chmurki, aby zaraz powiało chłodem a pod wieczór wszystko znowu stygło, martwiało na białą kość. W nocy i wczesnemi rankami mróz dochodził do 25° C., lód dudnił pod kopytami naszych koni, jak kamienny bruk, śnieg chrzęścił, jak na Boże Narodzenie. Zmierzwioną sierść koni pot sklejał na twardą skorupę, zamieniony w parę oddech przysłaniał nam oczy i osiadał perłowym szronem na brwiach, rzęsach, wąsach oraz futrze czapki, oramiającej twarz. Zimno wkradało się pod mój kożuszek, zupełnie lekceważąc sobie moją flanelową bluzę i europejską trykotową koszulkę. Tymczasem musieliśmy często zarywać nocy i wstawać bardzo rano, aby przebyć wymaganą rozkładem drogi przestrzeń. Koni mieliśmy cztery: na jednym jechałem ja, na drugim Aleksy, na trzecim przewodnik, który prowadził za sobą czwartego, objuczonego prowizją i naczyniami. Konie niezmiernie wytrzymałe, ale nieduże (1 metr, 200 c. wysokości) i niemocne; obciążenie juczne na dalszą drogę nie może przewyższać 130 klg. na grzbiet. Jeźdźcy wiozą zwykle pod sobą „sumy“ — torby irchowe, dość dużej objętości, w których wiozą rzeczy podręczne: zmianę bielizny, trochę tytoniu, trochę cukru, cegiełkę herbaty, mydło, ręcznik, kubek do wody i t. d. — Pościel, składającą się zwykle ze skóry starego rena i kołdry z zajęczego futra, zwiniętą w rulon, uwiązuje sobie każdy jeździec ztyłu siodła w trokach; w trokach również umocuje się na jucznym koniu kocioł do warzenia strawy oraz imbryk miedziany do herbaty. Naczynia te pobrzękują od ruchów konia, co ma też pewne zapobiegawcze znaczenie, na wypadek, gdy juczny koń wystraszony przez niedźwiedzia lub inny ewenement urwie się i ucieknie do lasu. Po tym głosie łatwiej go wytropić. Przewodnik wiezie z sobą pod siodłem w specjalnej pochewce siekierę, czasem dwie, gdyż jest to niezmiernie ważne narzędzie w takich podróżach. Każdy jeździec ma u pasa albo przyszyty u lewej nogawicy spodni wąski nóż w pochwie a z prawej strony ogniwo oraz woreczek z krzemieniem i hubką — rzeczy których brak można częstokroć przypłacić w tych pustyniach życiem. Siodła jakuckie mają wysoki i szeroki drewniany łęk i równie szerokie i wysokie oparcie. Są podobne do kulbaki, dość mocne i wygodne dla powolnych długich podróży po tamtejszych wertepach. W galopie, nawet w szybkim kłusie te ciężkie, twarde siodła bardzo męczą i konia i jeźdźca.
Parę pierwszych dni jechaliśmy po kraju względnie zaludnionym; co dwadzieścia — trzydzieści kilometrów trafiały się „jurty“, gdzieśmy mogli zatrzymać się na popas, dać koniom siana, zanocować w cieple, kupić masła, mleka, ryb...
Ale poczynając od stacji Adyczy nad rzeczką Adyczą, dopływem Jany, wkraczaliśmy w pustkowia.
Sama „stacja“ była najzwyklejszą „jurtą“ jakucką o ścianach pochyłych, obrzuconych do szczytu „dla ciepła“ krowim nawozem, o płaskim dachu, pośrodku którego sterczała gruba rura komina, zrobionego z dyli i wikliny, obmazanych wewnątrz gliną. Zamiast szyb w małych kwadratowych okienkach wstawione były tafle lodu. Wewnątrz ciemno, brudno i ciasno, gdyż prócz gromady ludzi mieściły się tam dojne krowy i małe cielęta. Zapach amoniaku i kału wprost dusił, gryzł oczy i wywoływał mdłości. Skorośmy tylko weszli do jurty, opadły nas zaraz olbrzymie bydlęce pchły. Jedyną pociechą i ratunkiem w tym zaduchu, robactwie i niechlujstwie był wesoły złoty ogień, nieustannie palący się w płytkiej niszy niskiego komina. Był on jednocześnie jedynem źródłem światła nawet w dzień, gdyż ślepawe lodowe okienka niedużo blasku przepuszczały z zewnątrz.
Na tej stacji zmieniano nam konie. Ponieważ w razie zwłoki dzierżawca stacji obowiązany jest żywić podróżnych, operacja zmiany koni trwa zwykle zaledwie kilka godzin. A jednak nie jest ona tak prosta, gdyż koni nie trzymają tam w stajniach, lecz błądzą one swobodnie w stepie, gdzie żywią się całą zimę, wygrzebując jesienną trawę z pod śniegu.
Skoro tylko zjawiliśmy się na stacji, dwóch młodych parobczaków, synów gospodarza wzięło uzdy i rzemienie i poszło w step na poszukiwanie koni pomimo, że zbliżała się noc. Ale noc zapowiadała się jasna, mroźna i gwiaździsta; w taką noc widać niegorzej, niż w pochmurny tamtejszy dzień.
Gospodarz kazał natychmiast ugotować herbaty, którą myśmy byli obowiązani zaparzyć dla całej rodziny. Za to poczęstowano nas wyborną „stroganiną“. Jest to tłusta, świeża ryba, przemrożona do 30—40 stopni zimna, oczyszczona z łuski i pokrajana dość grubo na wiórki. Jeść ją trzeba na surowo i dość prędko, żeby nie roztajała, gdyż wtedy jest niesmaczna i mniej strawna. Jakuci zjadają ogromną ilość tego lodu, czasami po parę funtów i nic im nie szkodzi. Ja sam, przyzwyczaiwszy się doń, spożywałem odrazu pół funta z bardzo dobrym skutkiem. Jest to pokarm lekki i bardzo pożywny. Z początku cokolwiek oziębia, lecz następnie bardzo rozgrzewa, tak, że nawet na silnym mrozie i bez ognia można się w ten sposób dobrze ogrzać. Należy tylko zaraz po spożyciu stroganiny przebiec parę stajań. W ciepłej jurcie oziębienie żołądka nie daje się odczuć, szczególniej, jeżeli „stroganinę“ popić gorącą herbatą, jak każe doświadczenie.
Najlepsze ryby na „stroganinę“ są „łososiowe“ (Salmo branatus, sal. moksun, sal. leucichtis i inne), a najsmaczniejsze ich części są: grzbiet i pępek, które są najtłustsze i najdelikatniejsze. Ryby nieprzemrożone do 30—40 stopni oraz jedzone przy temperaturze niższej niż 10—12° nie są smaczne. Dlatego też potrawy tak cenionej na północy, nie znają na południu Syberji. Europejczycy, zapoznawszy się ze „stroganiną“ jedzą ją zwykle ze solą, czasami z domieszką pieprzu...
Gospodarz podejmował nas bardzo gościnnie, ugotował kocioł ryb a dla nas specjalnie kazał uwarzyć parę zajęcy i jarząbków, których dużo tu jakuci chwytają w lutym i marcu we włosienne wnyki i potrzaski. Dostał za to parę listków tytoniu-machorki, co go wprawiło w wielką radość, gdyż tytoń tam bardzo drogi: funt kosztuje 3 ruble. Kozacy i urzędnicy na stacjach za pożywienie zwykle nic nie płacą. W nocy nie dały mi spać pchły i pluskwy, a gdy zdrzemnąłem się nareszcie nad ranem, obudzono mnie, gdyż czas było wyruszyć.
Mieliśmy duży przejazd, coś z górą 50 kilometrów.
— Już tylko dwa razy przed górami będziecie spali u ludzi! — uprzedzał mię gospodarz. — Droga trudna, konie tłuste, nie możecie jechać prędko! Poślę z wami starszego syna, on was dobrze dowiezie!
Konie już od północy stały na podwórzu, przywiązane do słupów. Jakuci nigdy koni nie wprowadzają pod dach i nigdy ich niczem nie okrywają w najtęższe nawet mrozy. Zato przed każdą podróżą „wywiązują“ je, t. j. trzymają z wysoko podwiązanemi mordami, aby nie mogły ani położyć się, ani zjeść cokolwiek, ani nawet schwycić garści śniegu. Ma to na celu ochronienie je od „ochwatu“. Tłuste konie, które w stepie hulały całe lato i jesień, trzymają tak na głodno przed użyciem bardzo długo, niekiedy parę dni, podkarmiając je od czasu do czasu z ręki garsteczkami suchego siana. Chude konie, które już pracowały, trzymają krócej, zwykle przez noc przed podróżą. Po przybyciu na miejsce również trzymają konie długo uwiązane do słupów lub drzew tak, żeby nie mogły, broń Boże, schwycić śniegu. Próbują czy konie ochłodły pod grzywą: gdy tam zimno i sucho, dają koniom trochę suchego siana. Jeżeli siana niema i trzeba konie puścić w pole, trzymają je na uwięzi o wiele dłużej i puszczają na parę godzin przed samym wyjazdem. W ten sposób koń w drodze stale nie dojada i żyje na koszt zapasów tłuszczu i ciała, jakie nagromadził pod skórą w czasie letniego i jesiennego wypoczynku. Konie tamtejsze, szczególniej młode, tuczą się łatwo, obrastają na karku, grzbiecie i podbrzuszu sadłem jak świnie. Duże zapasy przedziwnego tłuszczu gromadzą również między jelitami, co czyni, że łatwo tracą dech i dostają kolek, jeżeli dosiąść je, nie wytrzymawszy o głodzie, aby opróżniły kiszki. Zdarza się, że tłusty koń, źle wytrzymany, pada w drodze nagle jak piorunem rażony od pęknięcia trzewi. Zato tłuste konie tamtejsze, umiejętnie zażyte, przechodzą, prawie nie jedząc, olbrzymie przestrzenie po dwieście i trzysta kilometrów w ciągu paru dni.
Na stacjach pocztowych, rozsypanych co sto, sto pięćdziesiąt kilometrów wzdłuż Wierchojańsko-Kołymskiego traktu, dzierżawcy obowiązani są utrzymywać taką ilość koni, żeby mogli przewozić co miesiąc „umyślnego“ z pocztą małą — zwykle trzy konie, oraz co kwartał pocztę dużą, konwojowaną przez dwóch kozaków — zwykle pięć — sześć koni. Dostawali za to od rządu bardzo lichą zapłatę — jakieś 100 do 200 rubli rocznie, zależnie od wielkości obsługiwanego przez siebie odcinka. Dopłacał im zwykle oraz dostarczał koni „nasleg“ to jest gmina, przez której ziemię przechodziła droga i która traktowała ten obowiązek jako „szarwark“.
Kiedyśmy dosiedli koni, te rzucały się czas jakiś, ale rychło zapieniły się, spotniały i spokorniały. Cudowna zorza, jaka bywa tylko na północy zalewała wysokie niebiosa swojem złotem i swoją purpurą. Osędziałe w czasie mroźnej nocy drzewa widmowo bielały z obu stron drogi twardej, ubitej, tętniącej pod kopytami naszych koni, biegnących rzeźwym skroczem. Aleksy znał dobrze tę drogę i popędzał konie, gdyż mu się spieszyło:
— „Zanocujemy u księcia. Bo-ga-ty!... I taką ma córkę, że... o-wa! Tłusta, jak „tujez“ (wiaderko) masła!... Już ją wydał zamąż, ale odda ją zięciowi dopiero za rok, kiedy ten cały kałym wypłaci... Najlepsza pora, bo to nikt wtedy baby nie pilnuje: rodzicom już wszystko jedno, swoją cenę wzięli a męża niema!... Ha! Ha!... rozumie się, będzie używanie“!
Popędzał więc wierzchowca i skrocz chwilami przechodził w kłusika; ze spotniałych karków koni unosił się lekki opar. Coraz słabiej słychać było poza nami monotonną piosenkę pozostającego daleko wtyle przewodnika. Niezgłębioną ciszę borów wkrótce naruszał już tylko chrzęst i brzęk rzędów na naszych wierzchowcach oraz bicie ich kopyt o twardy szlak drogi. Nagle ponad mgłami, oszronionej „tajgi“, płonącej różowo w blasku zorzy, z purpurowo-złotego bukietu jej kwiecia wypłynęło słońce a jednocześnie „Trójwargi“ ryknął chrapliwym basem:
Przeszłoroczna aczylinka[2]
Ma obuwie z owijaczy,
Tegoroczna aczylinka
Ma nóżeczki, jak u klaczy!...
Lecz o tobie, aczylinka
Rozgłaszają brzydkie wieści!...
Czy to prawda, aczylinka,
Że kto chce, to ciebie pieści?!...
Blask słońca, wznoszącego się coraz wyżej, rozpalał się, rozlewał w kryształowem powietrzu z niesłychaną siłą... Jego złoto przenikało wszędzie; ognistemi iskrami obsiewało leśne zacienia, lśniącemi nićmi obrzeżało wiszary dalekich gór, gałęzie drzew i nawet grudki śniegu rozrzucone na drodze. W koronce muślinowej sadzi mieniło się blaskami djamentów a na ogromnych jeziorach płonęło niby przeraźliwy, tęczowy pożar, odbity w drobinkach stopniałego na powierzchni, a następnie zamrożonego nocą, śniegu. Poczułem rychło ból w źrenicach i nałożyłem na oczy niebieskie okulary, Aleksy zaś przykrył je siatką z czarnego włosia.
— „Molcz“, wesołe miejsce ten mój kraj!... Co, nie? — zwrócił się do mnie kozak. Patrzyłem z ciekawością na góry, których zębate szczyty wypływały coraz wyżej nad lasem przed nami. Pomimo silnego działania słońca i zupełnego bezruchu powietrza było zimno. Dolina stopniowo wznosiła się. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na popas. Oczyściliśmy ze śniegu małą przestrzeń, Aleksy narwał zielonych gałązek jodłowych i wysłał niemi utworzony w ten sposób dołek.
— Niech pan siada w tym pałacu, zaraz będzie herbata... Już przewodnik z rzeczami blisko, słyszę go!...
Istotnie, wkrótce jakut nadjechał, zeskoczył z konia i przywiązał go obok naszych u drzewa, zdjął juki, wyjął siekierę i poszedł w las. Tymczasem kozak odszukał krzak suchego chruśniaku, nałamał drobnych gałązek i uskładał na kupce przedemną, pod to wszystko podłożył garsteczkę suchej, przeszłorocznej trawy, skrzesał ognia, rozdmuchał hubkę, gdy się zatliła i wetknął ją w słomę. Śledziłem za nim z ciekawością, lecz najbardziej interesowała mnie sprawa drzewa, gdyż rozumiałem, że stwardniałe na kamień, przemarzłe pnie, których urąbać nawet nie było podobna, nie będą się paliły. Zagadka wyjaśniła się, kiedy wrócił nasz przewodnik, ciągnąc za sobą ogromną suchą kłodę.
— Żeby mieć ogień, trzeba znaleźć stare „stojerosowoje“ drzewo[3]... To i siekiera urąbie i palić się będzie, ale jak takie drzewo padnie — przepadło: lód i opoka tak samo żywe!... — uczył mię Trójwargi. Zajął się urządzaniem drążka do powieszenia imbryka nad ogniskiem, podczas gdy przewodnik jakut szybko i zręcznie porąbał kłodę a potem puścił konie na step, nie zdejmując z nich siodeł. Zaraz zaczęły grzebać kopytami w śniegu i wyjadać odkopane trawy. W imbryku i kociołku szybko topniały wrzucone tam kawały lodu; Aleksy „strugał“ tłustą rybę, podśpiewując: „oj, ty Dunia, Duniaszok!...“ a jakut-przewodnik, szeroko roześmiany, spoglądał na mnie przyjaźnie i wskazując ręką na osłonecznione wokoło śniegi, powtarzał:
— Szibko karaszo! (bardzo dobrze)!
Istotnie. Po dwóch burzliwych latach wygnania, pełnych swarów wewnętrznych i politycznych wypadków niezmiernej doniosłości, poczułem dziwną ulgę i uspokojenie na tem bezludziu. Na dziesiątki kilometrów wokoło ani duszy: niepokalane śniegi i bezmiar ciszy, naruszone jedynie dźwiękami naszych głosów, nikłych jak szmery przyziemne owadu... Zaiste, dobro i zło człowieka rozpływały się tu gdzieś bez śladu, jak siwy dymek naszego ogniska w zimnych przestworzach błękitu... Zostawała tylko wzajemna pomoc wobec wrogich nieubłaganych sił!
Choć dymek ogniska wróżył pogodę, snując się prościutko ku niebu, lecz pod wieczór, niebo poszarzało i powiał od gór wiatr. Zrobiło się tak zimno, że z utęsknieniem wypatrywałem w zmroku snopu czerwonych iskier zdala zwiastujących ludzką sadybę, opatrzoną niskim szeroko-gardłym kominem. Wreszcie wiatr przyniósł zapach zgorzeliny i usłyszeliśmy szczekanie psa. Zmęczone konie zastrzygły uszami i przyśpieszyły kroku. — Przewodnik podążał za nami, pokrzykując na jucznego konia: chot, chot!... Ale jeszcze dobrych 5 kilometrów przejechać musieliśmy tęgim kłusikiem, zanim dostrzegliśmy biały pagórek ośnieżonej jurty z czarnym ziejącym iskry kominem pośrodku. Przed progiem już na nas czekało paru jakutów. Podchwycili konie nasze za powody, pomogli nam zsiąść i wprowadzili uroczyście do otwartej na oścież jurty..,
— Jak się macie?!... Opowiadajcie!... — witał się Aleksy, stając pośrodku i robiąc znak krzyża.
— Niema nic!... Wszystko dobrze!... Ach, to ty Aleksy!...
— Tak, wiozę „Tojon“ (pana) do Kołymska.
Gospodarz podszedł do mnie, aby mi pomóc się rozebrać. Aleksego obstąpiły ze szeptami i śmiechem kobiety i dzieci. Bez trudu rozpoznałem w śród nich bohaterkę piosenki — grubą „jak faska masła“ z białą chustą, podwiązaną zalotnie na głowie, z dużemi srebmemi kolczykami w uszach i ze srebrnym krzyżem na srebrnym łańcuszku na wysokich piersiach. Jurta tutaj była obszerniejsza, czystsza niż inne i nie miała duszącego, obornianego zapachu, gdyż w ciemnościach za kominem stało wszystkiego dwoje cieląt.
Przy wieczerzy okazało się, że nasz gospodarz, przejął stację pocztową na siebie, został dżachabyłem i oznajmił nam zaraz na wstępie, że wyśle nas dalej nie końmi, lecz na renach.
— Droga ciężka... Wielkie śniegi... Wichry tak je ubiły, że koń „naledzi“ kopytem rozbić nie może i chodzi głodny...
— A ren? — spytałem.
— Ren?... — roześmiał się jakut. — Ren ma takie ostre kopyto, że skałę przebije... Zresztą mech rośnie nie na łące, lecz w lesie, gdzie wiatr słaby i gdzie w cieniu nie tworzy się taka gruba naledź[4] jak na stepie.
— Na renach lepiej!... Tu mamy same skały, kamieniska i „tariny“, aż do stacji Kiurelachskiej. Więcej niż 30 kioś[5]. Trudny przejazd... A co gorzej, że Tojon niema ubrania do takiej jazdy!... zauważył Aleksy.
Gospodarz pokręcił głową.
— Tak, Tojon źle się wybrał... Ale ja też nie mam zbywającego odzienia!...
— Wcale was o nie nie proszę!... przerwałem. — Nie miałem czasu kupić w mieście!
— I nie było nic odpowiedniego. Nie wiesz, że tam same „fraki i paltoty“! — zwrócił się kozak pogardliwie do jakuta.
— Ano wiem!... Ale mogę wam dać tylko skórę renifera za dwa ruble, lub pół cegły herbaty... Więcej nic nie mam!...
Kupiłem skórę za poradą kozaka i przespałem noc bardzo miękko i wygodnie, na dwóch skórach reniferowych.
W jurtach jakuckich, na pryczach pod ścianami spała cała rodzina. Pośrodku przed kominem „na miejscu zaszczytnem“ jak opisuje pieśń, znajduje się łożnica gospodarstwa, zawieszona zazwyczaj zasłoną z irchy lub taniej materji, u bogatych ozdobiona srebrnemi brzękadłami. Na prawo od niej mieści się męska połowa, gdzie sypiają przyjezdni, goście oraz dorośli synowie; na lewo — połowa kobieca, gdzie przebywają i sypiają kobiety, dziewczęta oraz dzieci.
Nad ranem obudził mię przejmujący chłód, gdyż ogień na kominie wygasł i przez szeroką gardziel dymnika wiała struga lodowatego powietrza. Chciałem poruszyć kozaka, który zawsze sypiał na sąsiedniej pryczy, aby dorzucił drew na ogień, ale go nie znalazłem, na zwykłem miejscu.
Widocznie niedarmo śpiewał sobie całą drogę miłosne piosenki!
Skulony pod zajęczą kołdrą, przeleżałem drzemiąc, do chwili, kiedy z pod zasłony naprzeciwko wysunęła się półnaga piękność „podobna do faski masła“ i roznieciła suty ogień. „Trójwargi“ chrapał niewinnie na swojem posłaniu. Usnąłem i ja, ogrzany przyjemnem ciepłem.
— Niech pan wstaje, jeżeli mamy jechać!... Reny już są!... budził mię Aleksy. — Ale taki tu lodowaty kraj i taka „molcz“ dzisiaj zamieć, że nie wiem doprawdy, jak wyjedziemy... Jabym tu został ze dwa dni, aż się uspokoi!...
— A jak się nie uspokoi tydzień!...
— To będziem siedzieć tydzień!... Nie będzie nam tu źle!... upewniał kozak.
Miałem co do tego pewne wątpliwości, w dodatku ze względu na skromne moje środki, już mocno nadszarpnięte poprzedniego dnia kupnem skóry oraz na bardzo niedostateczne zapasy naszej żywności, uważałem za wskazane, nigdzie nie zatrzymywać się dłużej, niż wymagała konieczność.
— Cóż to nowego?... Sam mi mówiłeś, że należy się spieszyć, żeby nie zaskoczyła nas powódź...
— Kiedy taka zima się „dośpiała“!... Na niżach też pewnie ziąb... Od gór ciągnie.
— Nie, mój kochany, pojedziemy...
— Jak jedziemy, to jedziemy!... mruknął z gniewną determinacją. — Niech pan wstaje!...
Spostrzegłem, że obwieszona srebrem piękność, gotująca ryby w ogromnym kotle na kominku, pilnie przysłuchuje się naszej rozmowie i, zrozumiawszy ją z tonu, zamarła nagle bez ruchu, zapomniawszy nawet na chwilę oczyszczać pianę z zupy wielką warząchwią.
Nie wzruszyło mię to jednak, gdyż wiedziałem, jakiem niebezpieczeństwem grozi ta miłostka mojemu skarbcowi herbaty i tytoniu.
— Zatrzymasz się tutaj dłużej w drodze powrotnej!... pocieszałem Aleksego.
— Czy człowiek wie, co jutro będzie?... odpowiedział. Ale poweselał.
Po obiedzie wyruszyliśmy, choć zamieć dalej szalała. Droga szła wąwozem, łożyskiem rzeki Dogdo, aż do „powarni“, Elersiubjut (Bitewnej). Niepodobna było zabłądzić a do wichru i śniegu podróżnik rychło się tu przyzwyczaja. „Nart“ (sań) zaprzężono nam cztery, do każdej parę tęgich renów i jednego zapasowego. „Narty“ mają bardzo lekki i elastyczny szkielet ustawiony na płaskich, giętkich płozach z wysoko zadartemi nosami. Do nosów tych przymocowana jest półobręcz, która ochrania sanie od nagłych i silnych uderzeń o trafiające się na drodze przeszkody. Całe sanki, związane są bez gwoździ za pomocą mocnych rzemieni i rozparzonych korzeni modrzewia tak, że najważniejsze części sań: nóżki i płozy nie pękają nawet od bardzo silnych wstrząśnień, które jedynie zrywają spoidła. Podobne uszkodzenia łatwo na poczekaniu każdy jakut i tunguz naprawia. Takie same sanie używane są do jazdy na psach i do takich sań wprzęgają nawet konie, gdyż stan dróg tutejszych nie pozwala na użycie innych pojazdów. Uprząż reniferowa składa się z dwóch skórzanych szlei, zakładanych na piersi i garb zwierzęcia. Długi rzemień od szlei jednego rena przechodzi pod brzuchem pomiędzy nogami zwierzęcia i zaczepiwszy za półkolisty bezpiecznik, idzie do szlei drugiego rena, również pod brzuchem. Tak zaczepiona narta ślizga się zupełnie swobodnie po rzemieniu uprzęży, co pozwala jej płynąć i kołysać się jak łódź na zaspach i nierównościach drogi bez szarpania i wstrzymywania biegu zwierząt. Zmusza również renifery do równego ciągu, gdyż skoro jeden z nich choć trochę zwolni, dostaje natychmiast pałąkiem bezpiecznika po nogach. W razie, gdy „narta“, pędząc zgóry zbyt już na reny najeżdża, te poprostu rozbiegają się na obie strony i zatrzymują w ten sposób nartę. Niema trudności z kierowaniem, gdyż w tych pustyniach drogi rzadko się rozwidlają; gdy jednak zachodzi potrzeba skierowania albo zatrzymania zwierząt, to przewodnik pokrzykuje na nie i straszy je, to z tej to z tamtej strony długim prętem, którego używa jako bicza; wreszcie w ostateczności woźnica ciągnie mocno za długą, cienką lejcę przymocowaną do wyszytego zwykle pięknie paciorkami namordnika prawego renifera. Ten renifer zazwyczaj jest silniejszy od swej pary i uważany za przodownika. Bardzo silne pociągnięcie za lejcę zawraca rena w poprzek drogi i zatrzymuje „nartę“. Cała jazda jest bardzo prosta, o wiele łatwiejsza i mniej męcząca niż jazda na psach. Reny są głupie, nie rozumieją głosu ludzkiego, ale bardzo potulne, łagodne i nieskończenie cierpliwe... Biegną szybko do zupełnego wyczerpania sił, aż martwe, jak piorunem rażone, padają w zaprzęgu. Woźnica popędza je, lecz nie bije nigdy, gdyż dzięki swemu niezwykle grubemu twardemu futru, nie czułyby uderzeń, kole je więc kościanem ostrzem, nasadzonem na koniec pręta, który gnie się przy wzmachu jak i uderza jak skorpion żądłem.
Rzeczka Dogdo, o której tubylcy twierdzą, że niesie w swym piasku złoto, płynie kręto i burzliwie. To też masa na niej „tarinów“. Jest to dziwne zjawisko, którego nie spotykałem nigdzie, oprócz górskich rzeczek dalekiej północy.
Polega na tem, że w pewnych miejscach ich koryta, zwykle tam, gdzie ono nagle zwęża się, zamknięte przez te skały, tworzą się w zimie oparzeliska. I co dziwniejsze, że im mrozy są tęższe, tym oparzeliska większe i częstsze. W grudniu, styczniu i lutym są największe, ku wiośnie słabną, na jesieni ich wcale niema. Niema ich również na wielkich rzekach. Związane są więc bezwarunkowo z procesem „wymarzania“ rzeczek. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że za kołem polarnem dookoła całego bieguna ziemia na głębokości trzydziestu i więcej metrów, przedstawia olbrzymi wieczny lodowiec, odmarzający na powierzchni w czasie krótkiego lata zaledwie na metr, a na tundrach na stopę, to zrozumiemy, że zamarzanie jezior i rzek odbywa się tutaj zupełnie inaczej niż u nas. Zaczyna się ono nie z powierzchni, ale z dna. Skoro tylko promienie słońca przestaną silniej przygrzewać, z podziemnego lodowca wypływa zima. Ziemia poczyna nocami „dymić“ zimną mgłą a muliste dna jezior lub kamienne łożyska burzliwych rzek i rzeczek pokrywa lodowa sadź w kształcie ślicznych kryształowych igieł i listków, chwiejących się tam od poruszania wody jak porost korali. W miarę zwycięstwa zimy, porosty te lodowe grubieją, tężeją, wreszcie ich ciężar gatunkowy mniejszy od wody, zwycięża ich siłą przyczepną do dna, odrywają się i wypływają na powierzchnię w kształcie lodowej kaszy, jak tu mówią „sadła“. Podmuchy wiatru pędzą ją ku brzegowi na jeziorach, gdzie tworzą szybko zwiększające się kołnierze lodu. Na rzekach bieg wody gromadzi „sadło“ na zakrętach albo skalistych węzinach zwanych tu „szczoki“. Na długo przed zamarznięciem rzeki tworzą się tam mosty lodowe, od czasu do czasu zrywane, mateczniki kier i pól lodowych, coraz gęściej płynących z wodą.
Coraz szybciej narastające na dnie „sadło“, z przejmującym szmerem wypływa na powierzchnię, zamieniając ją w gęstą, lepką, dymiącą lodową warstwę, aż wreszcie rzeki pokrywają się jednolitą, twardą powłoką — „stają“. Jeziora już dawno zamarzły. Skorupa lodu szybko grubieje, lecz rzecz godna uwagi: nawet w najostrzejsze zimy, gdy temperatura powietrza sięga —67° C. grubość lodu na rzekach i jeziorach rzadko przewyższa 2 metry. Proces zamarzania widocznie zostaje wstrzymany przez utajony cieplik wody ze wszech stron otoczony skorupą lodu. Rzeczki i jeziora przemarzają do dna tam tylko, gdzie wody tej jest mało. W większych odmętach odbywa się zacięta walka między żywą wodą i zimnem, od której zależy życie tysięcy ryb, żab, oraz rozmaitych robaków, które kierowane instynktem, gromadzą się w tych głębinach na sen zimowy. Straszliwe zimnisko bezsłonecznych nocy, szturmująca z powierzchni i z głębi ziemi, wysysa zwolna z wody zachowane jeszcze ciepło i dusi ją w potężnym uścisku narastających zeń warstw lodu. Ponieważ lód ma znacznie większą objętość niż woda, ciśnienie zamknięte w grubym twardym pancerzu wzrasta do wielkiej potęgi. W górskich rzekach ciśnienie wzrasta jeszcze przez nacisk rezerwoarów wyżej położonych na dolne tajnemi kanalikami, podtrzymywanemi lub wyżłobionemi przez dążącą wdół wodę. Na rzekach wielkich oraz jeziorach ciśnienie wewnętrzne rozsadza lód, tworzy szczeliny lub poprostu tarcze lodowe wygina. Na rzeczkach niedużych powierzchnia pokrowca jest zbyt mała, aby chrupkość i twardość przemarzłego do 60° lodu podatna była do wygięcia, siła zaś ciśnienia stosunkowo w sumie zbyt nieznaczna, żeby rozsadzić metrową powłokę. Woda więc szuka innych dróg i „wypaca się“ na powierzchnię lodu, jak w znanem doświadczeniu „wypaca się“ na powierzchnię złotej kuli pod ciśnieniem prasy hydraulicznej. Tak powstają „tariny“ niezmiernie niebezpieczne w zimie i trudne do przebycia dla podróżników.
Na pierwszy „tarin“ trafiliśmy na długo jeszcze przed „powarnią“[6] Kittas.
Wiał silny wiatr, ale śnieg przestał padać i z za chmur ukazało się słońce.
Pamiętam jak dziwne fantastyczne wrażenie wywarł na mnie widok zielonawego szklistego pagórka, który nagle zastąpił nam drogę wśród stromych skalistych brzegów. Niesamowite wprost robił wrażenie w blasku słońca odmuchany zupełnie ze śniegu poskręcany, jak kupa potwornych rzygocin. Reny poślizgnąwszy się na samym początku, nie chciały się nań wdzierać, padały na kolana, kaleczyły nogi, uderzały mordami o pogarbiony lód, rzucały się, szalały, znacząc śladami krwi każdy swój krok. Niewiele mogliśmy im pomóc, popychając obładowane narty, gdyż miękkie nasze obuwie ślizgało się po zaokrąglonych bokach „naledzi“, niegorzej, niż reniferowe poduszkowate racice. Ale bywalec, Aleksy, wyciągnął z „sumy“ „woreczek“ z popiołem, zabranym na stacji i usypał nim wąziuchną dróżkę, po której reny i my już łatwo przeciągnęliśmy sanie po przez grzbiet śliskiej jak szkło, wypukłości.
— To brzydki „tarin“... Ale teraz wiosna i on śpi... Tej zimy w straszliwe mrozy tu jakut przewodnik zginął... Odwiózł pocztę i nie wracał... Reny i sanie przyszły. Długo go szukali, wreszcie znaleźli tutaj na tamtym brzegu... Leżał na rozłożonej pościeli, obok zajęcza kołdra, sam zupełnie goły, tylko czapkę zlodowaciałą miał na głowie i poderżnięte nożem gardło... Domyślają się, że wpadł z głową do „tarinu“, bo na dnie rzeczki znaleźli drugie sanie... Wyszedł, pościel i sumy ratował. Jedyny wtedy ratunek, rozebrać się coprędzej z przemoczonej odzieży, rzeczy na śniegu rozrzucić, żeby wyschły, a samemu otulić się w kołdrę na pościeli. To właśnie zrobił, ale nie mógł widać rzemieni od czapki rozwiązać, więc chciał je nożem rozciąć... Ręce miał zgrabiałe... Ostrze oślizgnęło się po zlodowaciałej skórze... i chlasnął się po gardle... Szkoda! Tęgi był chłopak, zostawił młodą żonę i dziecko... — opowiadał nam przewodnik już w „powarni“ do której dobrnęliśmy późnym wieczorem.
Bardzo było przyjemnie, kiedy w tym lichym i źle zaopatrzonym budyneczku znaleźliśmy trochę porąbanego suchego drzewa oraz bryłę rzecznego lodu na wodę do herbaty. „Prawo tajgi“ wymaga, żeby każdy z przejezdnych zostawiał zapasy lodu i paliwa dla następnych podróżników, lecz więcej jest ludzi leniwych na świecie niż sumiennych, więc rzadko znajdowaliśmy te dowody podróżniczej solidarności, i nie zawsze zostawialiśmy je sami. Dopiero, kiedy dowiedziałem się o tym zwyczaju, zacząłem go przestrzegać. Nazajutrz droga była jeszcze przykrzejsza wskutek wielkich głazów i skalnych rumowisk, urozmaiconych w wielu miejscach „tarinami“.
Śnieg wprawdzie nie padał, dzień był pogodny, słoneczny, bardzo jasny, jak zawsze na wysokościach, ale wichura wzmogła się i wszyscy mocno przeziębliśmy w drodze. Raz tylko zatrzymywaliśmy się w południe na jagielim mechowisku, żeby reny nakarmić. O zachodzie słońca stanęliśmy w „powarni“ „Bitewnej“ (Elersiubjut). Leżała w kotlinie zamkniętej dookoła górami. Nazwę swą otrzymała z powodu, iż tutaj w XVII stuleciu Łamuci, bitne plemię tamtejszych aborigenów, wciągnęło w zasadzkę i wymordowało mieszany oddział jakucko-rosyjski, ciągnący na zawojowanie ich kraju. Obecnie łamutów prawie niema, wyginęli w walkach z kozakami, a bardziej jeszcze od ospy, syfilisu i wódki. Zaludniony dawniej pasterzami renów kraj, stał się zupełną pustynią.
— Słyszysz, jak wyrzeka i szumi!... zakończył swoje opowiadanie przewodnik jakut przy herbacie. — To skarżą się dusze poległych tutaj!...
Istotnie, dzięki szczególnemu rozkładowi gór, głosy zawsze tu wiejącego wiatru, nabierają dziwacznych, przejmujących i ostrych tonów, podobnych to do jęków, to do dzikich wojennych okrzyków.
— Jutro będzie podła droga, same skały i najgorsze „tariny“, a najstraszliwszy z nich „Chabarga“ (gardziel), często nawet do wiosny żyje... Bo on już w szczytach gór w najzimniejsze miejscu... Jak więc będzie, nie wiem!... Niech pan dobrze obuwie opatrzy i do „torbasów“[7] włoży ściółkę trawy! — ostrzegał mię Aleksy, podając mi pęczek suchej, żółtej jedwabistej trawy, specjalnego gatunku, używanej na ściółki w tutejszych butach o miękkiej podeszwie.
Wyznaję, iż byłem bardzo zainteresowany „tarinami“ i przy pierwszej sposobności zatrzymałem naszą małą karawanę i poprosiłem Trójwargiego, żeby mi pomógł przebić dziurę w samym szczycie lodowej kipieli. Lecz kozak stanowczo odmówił a przewodnik nawet ręce do góry uniósł:
— Tangaram![8]... Co pan robi? Jeszcze go pan obudzi!...
Pomimo ich protestów siekierą i nożem wydłubałem głęboki otwór i przekonałem się, że lód „tarinu“ na całą grubość podziurawiony jest łączącemi się ze sobą kanalikami i pustociami, czyniącemi go podobnym do pszczelnego suszu. Skoro woda raz przerobiła sobie taką drogę, łatwo już otwierała ją sobie przy lada nacisku, co powodowało perjodyczność wybuchów tych wodnych wulkanów zależnych od falowania zimna.
Podczas gdy badałem „tarin“, towarzysze moi stali opodal wylękli i zgorszeni.
— Niechby pan zrobił to po tamtej stronie gór... A to tutaj, kiedy „Chabarga“ jeszcze przed nami i przełęcz odgradza nas od świata! — wyrzucał mi Aleksy. Jakut nic nie mówił, ale widocznie był zły i pełen najgorszych przeczuć.
Droga istotnie była uciążliwa, usiana nagiemi złomami skał, z których wichry zdmuchnęły zupełnie śnieg tak, że nasze sanie szorowały często po gołych kamieniach i renifery męczyły się bardzo. Miejscami znowu olbrzymie zaspy stwardniałego na marmur śniegu, przegradzały nam drogę. Posuwaliśmy się bardzo wolno.
— Gdzież są „tariny“?...
— Są, są! Tu pod temi zaspami!... Niech się pan „o nich“ nie pyta?... Ale gorzej, że nigdzie tu niema dobrych jagielników; były ale spłonęły, w czasie leśnego pożaru, parę lat temu, a odrastają dopiero w trzydzieści lat. Reny nakarmić należycie będziemy mogli „dośpieć“ dopiero po tamtej stronie, Tas-chaniach-tachu!... Widzi pan jakie „skoły“ — tłomaczył Aleksy, wskazując na prawie prostopadłe wiszary, wznoszące się po obu stronach gwałtownie zwężającego wąwozu.
— A gdzież „Chabarga“?...
— Cicho! Tu zaraz!... — mruknął tajemniczo, robiąc znaczący ruch ręką przed siebie.
Słońce skryło się za górami, zapadał mrok.
A w wąwozach dęło tak szalenie, iż myślałem, że nas zdmuchnie nadół wraz z renami i nartami. Przewodnik i Aleksy podnieśli na twarze fartuszki futrzane swoich „kuchlanek“[9], chroniąc policzki od odmrożenia. Ja wciąż nacierałem je dłońmi, gdyż nie miałem ani ciepłej kuchlanki, ani odpowiedniej maski. Przeraźliwy wiatr przebijał z łatwością mój wytarty kożuszek i dostawał się do samych wnętrzności. Całe szczęście, że musiałem iść wciąż piechotą, lecz od przejmującego zimna i głodu czułem, że tracę siły, wiatr utrudniał mi oddech i serce biło boleśnie. Wobec braku paszy dla renów zatrzymać się jednak nie mogliśmy.
— Jeszcze trochę, „dośpiejem“ — będzie dobrze. Przełęcz niedaleko! Byle tylko tego... przebyć!... pokrzepiał mię na duchu Aleksy.
— Kogo przebyć?
— A no, Chabargę!
Weszliśmy w wysokie skaliste wrota, pełne już nocnego mroku i siwej mgły. — Wydało mi się, żem wstąpił do lodowca. Wprawdzie wiatr tu szumiał górą i nie dokuczał, ale straszliwe, wilgotne zimno oszroniło nas i zlodowaciło nasze ubrania w mgnieniu oka.
— Żyje, czort!... mruknął Aleksy.
Jednocześnie pod nogami zachlupała mi woda.
— Wleź pan, wleź pan zaraz na sanie!... Stracisz nogi!... krzyczał na mnie Aleksy.
Wskoczyłem na nartę, ale reny zatrzymały się natychmiast. Postać Aleksego słabo majaczyła przede mną w gęstej białej mgle, unoszącej się zdołu i tarmoszonej w górze podmuchami wichury. Ztyłu przewodnik chrobotał i pokrzykiwał choj! choj! — drapiąc się w górę z renami i rzeczami. Wkrótce stanął tuż za mną.
— A co? Woda?...
— Woda, odrzekłem, szczękając z zimna zębami.
— Niema co, trzeba będzie schody rąbać!... Leje jak rzeka, reny nie wejdą!... Dawaj siekierę!... — rozporządzał się Aleksy.
— Czy nie lepiej wrócić na dół i przebyć to miejsce za dnia!... radziłem.
— Dokąd na dół?... Do „Bitewnej“? bo bliżej niema jagielników... Do sądnego dnia tak można jeździć!... Czego „ich“ pan ruszał!... Mówiłem!... Niech pan siedzi, my tu migiem wyrąbiemy schody, a dalej już łatwo!...
Zniknęli we mgle i słyszałem jak chlupotali w wodzie i kuli lód żelazem. — Po niejakim czasie wrócili i poprowadzili reny, hukając na nie groźnie; była to jakaś szatańska jazda w ciemnościach we mgle, w podmuchach lodowatego wichru i bryzgów wody, lecącej z pod kopyta renów, ślizgających się i rzucających rozpaczliwie. Na szczęście wszedł księżyc i rozwidnił niesamowite, przeraźliwe kształty.
Powoluchnu, z niezmiernym trudem, krok za krokiem, posuwaliśmy się grzbietem śliskiego, zielonawo błyskającego potwora, z którego buchała mroźna para, a nad którym nawisały z obu stron osędziałe brzuchy skał... Pluszcząca i szemrząca wszędzie woda powiększała grozę tego lodowatego piekła... Była chwila, iż zdawało się, że wszyscy znowu stoczymy się z powrotem, gdyż część renów pokładła się i nie chciała wstawać, a część cofała wtył. Moja narta omało się nie wywróciła. Skoczyłem na pomoc przewodnikowi, nie bacząc na to, że grozi mi przemoczenie obuwia. Nie dalibyśmy sobie jednak rady z oszalałemi zwierzętami, gdyby nie skoczył nam z pomocą Aleksy, który już przebył „tarin“ i zdążył przywiązać swe reny w poprzek do narty tak, że nie mogły uciec. Przeprowadziliśmy reny osobno, a obciążone narty przeciągnęliśmy własnemi rękami. — Aleksy natychmiast rozpakował pościel, owinął mi mokre nogi zajęczą kołdrą i przywiązał mię do narty, żeby futro się nie odwijało.
— Trzeba się pośpieszyć do „powarni“, bo pan napewno nogi przemoczył... My mamy lepsze od pana obuwie z grubych łap dzikich renów, po których woda spływa!... Ale ktoby się spodziewał?... To rzadkość, żeby w tym miesiącu jeszcze „Chabarga“ wybuchał... Zresztą mały był... W zimie to tu prawdziwe piekło... Ile tu koni ginie z kupieckich taborów, ile się psuje towaru!... nikt nie przeliczy!...
Istotnie, gdy dwa lata później przejeżdżałem w grudniu przez ten „tarin“, poprzednia moja przeprawa wydała mi się fraszką... Ta woda pluszcząca pod nogami koni i ludzi w ciemnościach biegunowej nocy przy 60° zimna, w stężałem, twardem, namacalnem nieledwie powietrzu; ta mgła osiadająca momentalnie lodową skorupą na twarzy i ubraniu, ślepiąca oczy, zamieniająca futra w sztywne, szeleszczące zwoje śniegu, te czarne po bokach wiszary, nad któremi daleko, gdzieś daleko błyszczały jasno gwiazdy, — sprawiały jakieś dantejskie, przerażające wrażenie, którego nigdy nie zapomnę... Ale wtedy ja już miałem duże polarne doświadczenie i wyborną, zastosowaną do tutejszej zimowej podróży, odzież!... Za pierwszym razem, licho ubrany, trzęsąc się z zimna i czując, jak mi stygną odwilgłe nogi, leżałem bezradnie na saniach, które Aleksy z niezmiernym pośpiechem i wysiłkiem wiózł na najlepszych reniferach ku przełęczy gór Śmietanowych[10].
Jak on mię tam dowiózł, jak się ze mną przez przełęcz przeprawił i jak dostarczył do „powarni“ Topolowej rzeczki (Terach jurjach) — nie wiem. Pamiętam tylko, jak mi ściągał z nóg wraz ze skórą przymarzłe zajęcze pończochy...
Nazajutrz mieli ze mną wielki kłopot, gdyż nie mogłem chodzić, mimo to zauważyłem i u kozaka i u jakuta pewne złośliwe zadowolenie: Dajdy Iczczita, „duch ich ziemi“ ukarał cudzoziemskiego świętokradzcę!...
— A mówiłem panu!... Nic ruszać. Tu niema żartów!...
— Co jeszcze będzie, niewiadomo... Będą nas tak ścigać do samych nizin... bo one mściwe!... pouczał mię Aleksy.
Droga istotnie zapowiadała się nieszczególnie. Do mieszkańców pozostało jeszcze paręset kilometrów a reny, wogóle słabe na wiosnę, już zdradzały zmęczenie. Wprawdzie droga miała być tu łatwiejsza, gdyż na rzecze Seleniachu, dopływie Indigirki, której korytem jechaliśmy, było o wiele mniej „tarinów“ i wszystkie „spały“!...
— Jeszcze tylko wyminąć „gołe opoki“, a wszystko się „dośpieje“... Stamtąd do stacji Kiurelachskiej rękę podać... A od stacji to już „pójdą ludzie“!... — pocieszał mię Aleksy.
Nie miałem jednak dobrego humoru. Odmrożone nogi bolały mię, byłem przykuty do wąskiej narty i wskutek tego wciąż marzłem. Nie pomagało otulanie skórami renów i kołdrami, gdyż te wskutek gwałtownych ruchów narty na nierównej, kamienistej drodze wciąż się rozłaziły i obsuwały. Na domiar wichrzysko z gór znowu zawyło ze straszną siłą. Wjechaliśmy „w nagie opoki“. — Otworzyły się przed nami cudne widoki, gdyż były to wysokie, prostopadłe wiszary żelazistej ochry najrozmaitszych odcieni, poczynając od blado-słomkowej a kończąc na czerwonej jak krew. Spływały one fantastycznemi smugami po stromych zboczach, mieszając się ze smugami śniegu oraz czarnemi żebrowinami łupku. Cała dolina naga, bezleśna, usypana była złotym pyłem i wydawała się w promieniach słońca pogodnego dnia jakimś cudnym pałacem, nakrytym turkusowym stropem...
Szkoda tylko, że dął wiatr i niósł tumany tegoż złotego pyłu. Wkrótce Aleksy, ja, przewodnik, nasze reny i sanie, wszystko podobne było do złoconych posągów... Smak żelaza w ustach oraz swędzenie nieznośne w zasypywanych oczach, kazały nam pragnąć, aby ten piękny widok trwał jak najkrócej. Tymczasem reny popodbijały sobie nogi na ostrych kamieniach i ledwie ciągnęły sanie, szorując z przykrym zgrzytem po bezśnieżnej drodze. Wreszcie jedno ze słabszych zwierząt padło. Przewodnik dorznął je natychmiast, obdarł ze skóry momentalnie przy pomocy Aleksego i poćwiartował. Przy tej okazji rozłupali golenie zwierzęcia i chociaż więcej tam znaleźli krwi, niż szpiku, wyssali chciwie zawartość. To ich pokrzepiło, lecz ja pomimo głodu i zimna nie mogłem przemóc wstrętu i odmówiłem udziału w tej uczcie.
— Tu przez trzy „kios“ (20 kilm.) będzie takie bezdrzewie, że nawet herbaty nie „dośpiejesz“... Niech pan sprobuje szpiku, zaraz będzie cieplej... To nic, że tam krew, to od tego, że zwierzę „spędzone“ — przekonywał mię Aleksy.
Nie dałem się namówić i pojechałem dalej głodny, nakrywszy się z głową kołdrą zajęczą. Narta chybotała się, postukiwała, skakała po kamieniskach drogi. Parę razy wywróciła się; ponieważ byłem przywiązany do niej, reny wlokły mię czas jakiś po ziemi, dopóki na mój krzyk nie pośpieszył Aleksy. Całe szczęście, że jechaliśmy wolno, prawie krokiem, inaczej mógłbym się mocno pokaleczyć. Postanowiłem tedy usiąść i niedać się więcej przywiązywać. Ale wtedy wichura momentalnie wyssała ze mnie całe ciepło.
— Słuchaj Aleksy, my musimy się gdzieś zatrzymać i ogrzać trochę, ja nie wytrzymam dłużej... — zawołałem na kozaka, szczękając zębami.
Spojrzał na mnie z przerażeniem i zrozumiał, że mówię prawdę.
— Zaraz, my tu „dośpiejem“... Niech pan schowa się za tę skałę, będzie cieplej... Musimy zaczekać na jakuta... Coś wtyle został, pewnie mu znowu ren padł!...
Przykucnąłem za wielkim głazem, chroniąc się od wichury. Aleksy nakrył mię wszystkiemi futrami, jakie tylko były i sam koło mnie przysiadł z fajeczką w zębach. Zmęczone reny, również położyły się natychmiast. Czekaliśmy z godzinę, zanim nadjechał przewodnik. Istotnie, padł mu drugi ren.
— Choćby zdziebełko mchu!... Wzmocniłyby się bydlęta... Wczoraj źle jadły, a dziś nic: kamień i kamień! Zupełnie z ciała opadły!... — skarżył się żałośnie.
Aleksy wyjął z „sum“ resztkę sucharów i podał mi ją, sam nie jadł ani kawałka, było ich zresztą już bardzo mało.
— Słuchaj! — rzekł do jakuta. — Ty sobie z rzeczami pojedziesz powolutku a ja wezmę trzy najlepsze reny i bez bagażu powiozą „tojona“ naprzód, bo on mi tu jeszcze na tym wichrze „zaćwirknie“.
Jakut kręcił głową, ale musiał się zgodzić. Wybrali najlżejsze sanie „wyścigowe“, jak mi mówili, — takie maluchne, że kiedy się na nich wyciągnąłem, Aleksy ledwie tyle miał miejsca, żeby poczkiem przysiąść; wprzężono do nich dwa tęgie, stare samce a trzeciego zapasowego przywiązano z tylu i pomknęliśmy. Dzięki przedziwnej umiejętności Aleksego utrzymywania równowagi za pomocą nóg i ruchów korpusu, sanki choć chybotały się straszliwie i skakały jak konik polny, nie przewróciły się ani razu. Lecieliśmy dość szybko, gdyż Aleksy nie żałował swego „żądła skorpiona“ i kłół nim renifery bez miłosierdzia.
Jednak słońce zaszło za góry, zimno i wichura jeszcze wzrosły a śladów ludzkiego pobytu widać nie było.
— Już „gar“ (spaleniznę) z wiatrem powinno się czuć a niema nic!... Czyżby nas wodziło?... — mruczał Aleksy.
Przecierał oczy, przystawał, rozglądał się i znowu popędzał reny. — Drżałem pod mojemi futrami, które wciąż rozpadały się od podmuchów orkanu i wstrząśnień narty; zdawało się, że z gasnącem słońcem uchodzi ze mnie resztka pozostałego ciepła... Zapadałem w mroczną obojętność... Aleksy co chwila nachylał się nade mną i szarpał mię:
— Nie spać!...
Lecz głos jego i sama postać oddalały się ode mnie coraz bardziej, odchodziły w czarną głębinę... Nagle sanie zatrzymały się, Aleksy skoczył i zaklął, otwarłem oszronione oczy i jak przez mgłę widziałem, iż odwiązuje i uprowadza zapasowego rena...
— Jeden padł!... — pomyślałem obojętnie i znów zapadłem w ciemności...
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Obudził mię straszliwy ból, ktoś żelazem roztwierał mi szczęki i lał do ust obrzydliwy płyn. Otworzyłem oczy: w blasku ognia chyliło się nademną z pół tuzina ciemnych, płaskich, tatarskich twarzy... Aleksy ściągał ze mnie odzież i rozcierał członki... Bolały mię do tego stopnia, iż myślałem, że z tej męki ducha wyzionę... Jęknąłem...
— Tynnach!... (z oddechem, żyje!), — krzyknęli pochyleni nademną jakuci i znowu jeden z nich nalał mi do ust wstrętnego napoju.
Bardzo to bolesna rzecz wracać do życia z lodowatego snu, tembardziej, że jakuci nie umieją cucić zmarzniętych, położyli więc mię przed ogniem i zaniedbali nacierać śniegiem...
Jedynie Aleksy trochę mię masował, rozebrawszy do naga... Jakuci więcej nalegali na pojenie mię obrzydliwym napojem, który okazał się rosołem ze zdechłego konia.
Przebieg wypadków był następujący, według opowiadania Aleksego, który powtarzał je nieskończoną ilość razy i za każdem razem równie dramatycznie, pomagając sobie ruchami rąk i nóg i wyrazem twarzy:
— Jedziemy, podążamy, co duchu w renach... Koło Sinego Kamienia padł nam jeden ren... Rzuciłem go, niech go jakut podbiera... Zaprzągłem zapasowego... Jedziemy. Miarkuję, powinno być blisko... Jakoś okolicy nie poznaję... Przecież tyle razy bywałem... Przecieram oczy, rozglądam się... Niema stacji... Ciemno, albo... nas wodzi!... Popędzam reny... Oglądam się na „tojona“, nie rucha się, nie jęczy... Źle!... Popędzam reny... Wtem: drugi się „dośpiał“!... Aż mię pot uderzył!... Co ja pocznę na jednym renie?... A stacji precz nie widać!... Odprzęgnąłem zdechlaka, jadę na jednym... Oczy wytrzeszczam, do Boga się modlę... Jest jurta, ale oczom nie wierzę: ani dymu, ani ognia... Stoi martwa... Co się stało? Albo nas wodzi i to wcale nie jurta a Bóg wie co, albo... ospa ich wydusiła... Przeżegnałem się... Wchodzę; pusto, zimno... Probuję; popiół na kominku... Jak lód!... Dawno, musi, odkoczowali!... Wyskoczyłem... Co począć?... Ostatni ren się też pokłada... Jak pozwolę, to nogi mu zmęczone na drzewo stwardnieją, kroku nie ujdzie!... A tu nawet ognia nie mogę skrzesać, bo siekierę zostawiłem u jakuta z rzeczami... I na ząb nic położyć!... Kruszyny jedzenia niema. Zajrzałem do „tojona“, twarz ma białą, nie dycha!... Jeszcze trochę, a zemrze... Co ja pocznę?!... Za kwitem mi go wydali! Trza jechać. Coś mi się wspomniało, że tu o „kios“, gdzie przy końskim wypasie jurtowiszcze stoi, że tu miał tabor rządowy z mąką utknąć... Może jeszcze są! Skoczyłem na nartę, krzyknąłem na rena: Choj, choj! Jadę, jadę, jadę, jadę... Niema nic!... Ciemność nocna. Już mi się renifer dwa razy potknął... Co ja pocznę?... Aż tu „zakolabiaśniał“ się ogień... Raz i drugi iskierka błyśnie!... Ej, może wodzi!... Przeżegnałem się... Dymem zapachniało... Chwała Bogu!... Są ludzie!... Przyjechałem!... Jestem!...
Spędziliśmy w tej jurcie trzy dni. Tabor rządowy okazał się nie z mąką, lecz z solą, prochem i ołowiem. Ten z mąką poszedł już naprzód. Zatrzymały ich wielkie śniegi na łąkach, które tak wycieńczyły konie, zmuszone wykopywać w zaspach całe korytarze, żeby dostać się do pożywienia, iż nie były już zdolne do dźwigania ciężarów.
— Dokąd tak będziecie czekali?
— A chyba do wiosny. Już teraz niedługo!... Ale było z nami źle, jemy padlinę, bo i tak żywych koni nam mało zostało!...
Ponieważ ja od padliny wymiotowałem, chodził dla mnie specjalnie na polowanie z flintą Aleksego jeden jakut i przynosił to jarząbka, to kuropatwę, za co dostawał listek tytoniu.... Były z powodu tego tytoniu między Aleksym i jakutami wielkie kłótnie, które skończyły się zgodą, podejrzewam, że na mój koszt, gdyż zapasy drogocennych liści szybko zaczęły się zmniejszać. Na szczęście przewodnik przyprowadził nam świeże konie z sąsiedniej stacji, do której przeniósł się „dżjachabył“, wypędzony śniegami z Kiurelachu. Przywiózł trochę masła, ryb i... przyzwoitego, jak zapewniał, mięsa. W czasie tych paru dni przymusowego wypoczynku wyleczyłem sobie odmrożone nogi, wyparzyłem je gorącą wodą, podarłem koszulę na bandaże i posmarowałem je grubo, za poradą jakutów, kobylim tłuszczem, którego trochę znalazło się u starszego woźnicy. Tłuszcz kobyli jest bardzo delikatny, podobny cokolwiek do świńskiego. Przetopiony na ogniu umiarkowanym daje nawpół płynny smalec, smaczny do jedzenia i doskonały na wszelkie starcia, rany i oparzeliny. Trzeba jednak przed użyciem dobrze go ogrzać, doprowadzić do wrzenia, gdyż jakuci jedzą nieraz bydlęta padłe od karbunkułu, można więc dostać zakażenia krwi. Mięso karbunkułowe ugotowane, nie jest szkodliwe.
Opuszczając pamiętną dla mnie jurtę, miałem możność obejrzenia łańcucha gór Tas-chajach-tachu w całej ich krasie. Było południe i słońce oślepiającym blaskiem oblewało śnieżny krajobraz, nad którym wznosiło się biegnące ze wschodu na zachód pasmo szczytów wysokich, wspaniałych, lotnie spiętrzonych, pociętych błękitnemi cieniami urwisk i żlebów. Na tle mocno szafirowego nieba te lekkie, powietrzne olbrzymy robiły wrażenie istotnie jakiejś mlecznej, skamieniałej gigantycznej piany. W górach tych nikt nie mieszka i nikt ich nie zna, nawet tungusi rzadko je odwiedzają, lecz opowiadają dziwy o widzianych tam skarbach i cudach.
W dalszej drodze powróciliśmy na zwykły trakt handlowy, wytyczony tu i owdzie krzyżami z patyków. Spotykaliśmy dużo trupów padłych koni, pozostałości przechodzących tędy kupieckich karawan. Na łąkach całe tabuny żywych końskich szkieletów żerowały w głębokich, krętych, wykopanych przez nich samych rowach. Były to konie wczorajszych naszych gospodarzy lub ich towarzyszy. Ze zwałów śniegu wyglądały tu i owdzie chude grzbiety zwierząt, lub podnosiły się stamtąd ich kosmate głowy, witając rżeniem nasz przejazd.
Nietylko konie i reny ale i leśna zwierzyna cierpiała od głębokich śniegów w tej okolicy. Koło końskich trupów śnieg bywał zwykle mocno udeptany licznemi śladami lisów, gronostajów i... zajęcy, gdyż nawet gryzonie przychodziły zaspakajać głód bydlęcą padliną. Na jeziorze „Ebelach“ spotkaliśmy koło końskiego trupa całe wilcze wesele, sztuk ze sześć olbrzymich, płowych wilków... Jakut zaczął krzyczeć i stukał w patelnię, Aleksy strzelił na postrach z fuzji, ale bestje niewiele sobie z nas robiły, zajęte swojemi sprawami. Musieliśmy je dookoła tajgą objechać. Nie słyszałem o wypadku, żeby wilki tutaj rzuciły się na człowieka, lecz zdarza się, że uprowadzają konie, a raz w tej podróży prawie w oczach naszych rozszarpały nam rena. Dalszą podróż aż do Indigirki odbyliśmy już bez większych przygód. Jedynie ze względu na głębokość śniegów, utrudniających odżywianie zwierząt, zarówno koni jak i renów, musieliśmy zatrzymywać się nie w powarniach lecz w szczerem polu lub lesie, gdzie były najlepsze żeremia jagielu.
Choć zimno dochodziło do trzydziestu stopni w nocy, nie były to jednak wcale noclegi przykrzejsze, niż w „powarniach“. Wybieraliśmy zwykle miejsce zaciszne od wiatru, gdzie głębszy śnieg rozkopywaliśmy do czarnej ziemi łyżwami, które zawsze wiózł ze sobą przewodnik. W ten sposób tworzył się z wyrzuconych śniegów głęboki na chłopa dół, którego dno wyścielaliśmy grubo jodłowemi gałązkami. Gałązki pokrywaliśmy niedźwiedziemi i reniferowemi skórami; to były nasze siedzenia i pościele. Pośrodku dołu rozniecaliśmy suty ogień, gotowali herbatę i strawę. W dole było dość ciepło, ale wilgotno. Kładąc się spać, dorzucaliśmy na ogień dwie suche kłody, tak przyciosane, że przylegały do siebie wzdłuż, albo rozszczepialiśmy jedną wbitym w nią klinem. Taka kłoda, paląc się od środka, nie gasła w ciągu nocy, podtrzymując na całą swą długość przyzwoitą temperaturę. Kładliśmy się spać nogami do ognia, pokrywaliśmy się grubo zajęczemi kołdrami i futrami, których brzegi podwijaliśmy pod siebie, ponieważ nie mieliśmy tunguskich worków sypialnych. Na brzegach kołder umieszczaliśmy drągi, które ciężarem swym uszczelniały pokrycie. Dość przykre było rozbieranie się, gdyż sypia się w tych warunkach nago. Rzeczy i obuwie trzeba było wyrzucić na zewnątrz dołu, na śnieg, dla wysuszenia ich, inaczej groziło zimno a nawet odmrożenie ciała w czasie podróży nazajutrz w wilgotnem ubraniu. Pod futra trzeba było wślizgnąć się, jak Bóg stworzył. Puch futra przyjemnie łaskotał skórę i grzał o wiele lepiej niż przez bieliznę. Koniec kołdry zawijało się na głowę. Wstawanie było również przykre, ale trwało krótko i poprawiony ogień grzał silnie, sucha koszula rychło przy nim nabierała ciepła, a gorąca herbata pozwalała zupełnie opanować dreszcze. Najgorzej było temu, co wstawał pierwszy, a czynił to przewodnik jakut, zahartowany na zimno i przyzwyczajony do takiego obozowania od dzieciństwa. Przyzwyczaiłem się i ja, gdyż byłem młody. Gdy w parę lat potem, wracałem z „leśnych kresów“ na południe, nocowałem w ciągu całego prawie miesiąca w ten sposób, choć była zima i temperatura przeciętnie spadała poniżej —50° C. Ale tak bałem się, żeby mię jaki wypadek nie zatrzymał w tej krainie ciemności i mrozów, że ze względu na lepsze odżywianie naszych wierzchowców, stale nocowałem w pustyni i w śniegach. I... nie dostałem nawet kataru, a raczej dostałem go dopiero po pierwszej nocy, przespanej w ciepłej jurcie!
Głębokie śniegi i zimowa aura towarzyszyły nam, aż do Indigirki, ale w dolinie tej rzeki już poczuliśmy gwałtowną zmianę. Na samej rzece, dwa razy tak szerokiej jak Wisła, śnieg tak odtajał i rozmókł, że woda chlupała we dnie pod kopytami koni. Renów już nie można było używać do jazdy, ślizgały się, potniały i słabły niezmiernie. Całą drogę dalej odbywaliśmy konno. Na szczęście, w dolinie Indigirki już trafiały się sadyby, gdzie można było dostać siana. Za to straszono nas, że za grzbietem Ałazejskim już są roztopy i idzie powódź.
Pośpieszaliśmy więc, aby dostać się do zamożniejszych okolic, gdyż tutaj połów ryb jeszcze się nie zaczął i groził nam wprost głód. Z naszej prowizji zostało jedynie parę cegiełek herbaty. — O ile droga była twarda i pozwalała na spieszniejszy bieg koni, przebywaliśmy do 80 kilometrów dziennie. Ale droga zaczęła rozmiękać i psuć się bardzo. Łożyskami rzeczek niepodobna było podążać, tam już szumiała miejscami woda i lód kruszył się i zapadał. A na badaranach (błotach) głębokie śniegi tworzyły brudną kaszę, w której nogi koni tonęły często do kolan. Jeżeli dodamy do tego olbrzymie porastające błota kępy, to zrozumiemy trudności, hamujące ogromnie szybkość podróży.
Kiedy stanęliśmy nareszcie na Ałazejskiej przełęczy, wysokiej wszystkiego na jakieś 500 metrów, krzyknąłem ze zdumienia, tak nieoczekiwany otworzył się widok. Zima jakgdyby pozostała za nami. Śniegi leżały tu i owdzie jedynie na zboczach i szczytach nielicznych wzgórz a cała olbrzymia nizina była już ciemna i lśniła wodami. Słońce w południe przygrzewało tak mocno, że musiałem na piersiach rozpinać kożuch.
— Ech, nie „dośpiejem“! — mruknął Aleksy. — Choćby dostać się na Andyłach, do księcia Apollona... Przynajmniej z głodu byśmy nie umarli!... Bo-ga-ty!...
— I córkę ma?
— Jakby pan wiedział, że ma!... — ożywił się kozak. — I ją podobno w tym roku wyswatał!...
Roześmiałem się.
— Ależ ty tu, widzę, wszędzie masz rodzinę!...
— A gdzież się ma podziać kozak-sierota?... Czy to stać mię na własny dom?... W dodatku w ciągłych rozjazdach... Żona będzie mię zdradzała z innymi... To już ja wolę tak, jak jest... Niech pan siada, jedziemy...
Powiesiliśmy po pęczku włosia z ogonów naszych koni na krzyżu, stojącym na samej przełęczy, obwieszonym sznureczkami, włosiem, szmatkami, paciorkami — darami Duchowi Ziemi z wdzięczności za dobrą podróż. Nasza niebardzo była szczęśliwa, ale... lepiej dać i ze złą siłą nie zadzierać!...
— Już raz miał pan nauczkę!... przypominał mi Aleksy. — Tu są inne prawa niż w „niwersytetach“!...
Spuściliśmy się z gór w płaską i błotnistą krainę jezior. Temi jeziorami prowadziła najkrótsza i najlepsza stosunkowo droga, gdyż gruby lód na nich trzymał się jeszcze mocno. Ale z każdym dniem nadgryzało go słońce. Przed olbrzymiem, jak wewnętrzne morze jeziorem Kałgyn, zatrzymaliśmy się w niepewności. Już potworzyły się na niem tu i owdzie „zabrzeża“, tak, że skorupę lodu oddzielały od ziemi kanały wody, wprawdzie nieszerokie, ale głębokie i mulaste. Łatwo było konia w nich utopić. Choć znaleźliśmy w jednem miejscu mostek lodu dość mocny, żeby nas uradzić i mogliśmy po nim dostać się na środek, przewodnik wahał się.
— A co, jeżeli z tamtej strony nie znajdziemy już przejścia!...
— Nie gadaj!... Tydzień będziem krążyli dookoła... A tak wieczorem będziemy na tamtej stronie!... Co nie mamy przejścia znaleźć?... Jak tu znaleźliśmy, tak i tam znajdziemy!... Ruszaj!... — huknął na niego Aleksy.
Milczałem, gdyż mego zdania od czasu zatargu z Dajdy Iczczita nie brano pod uwagę. Przebyliśmy jezioro doskonale i przejście przez „zabrzeże“ znaleźliśmy. Ufność moja do Aleksego znacznie wzrosła. Kozak znów był w romansowym nastroju i spieszył się. Godzinami wyśpiewywał:
Oj ty Dukat-Dukaszok,
Palubi mienia, drużok!
A dokoła łąki, błota, lasy i szuwary budziły się, szumiały wody, rozlegały się głosy ptaków, wesołe pogwizdywania, kwakania, gęganie, i krzyki żórawi oraz łabędzi podobne do dźwięku trąb. Miljardy skrzydeł łopotały nam nad głowami, niosąc pierzaste stada ku dalekiemu morzu. Aleksy celnie strzelał, próbowałem i ja szczęścia i codzień mieliśmy gęś albo kaczkę na obiad. Dzień był długi jak zimowa noc i w jego blasku w oczach rosła świeża trawa i blado zielonym puchem pokrywały się lasy... Wszędzie pełno było wrzawy, ruchu i życia...
Ptactwo małe i duże jak w upojeniu wrzeszczało, biło się między sobą o samki, kochało, żerowało, kłóciło...
Ale te szybkie postępy wiosny napełniały nas głębokim niepokojem. Do Kołymska pozostało zgórą 300 kilometrów... Mieliśmy przebyć jedną dużą rzekę Ałazej i ze setkę małych...
— Te małe to są najgorsze, bo to wygląda, że przeskoczyć można, a nie puści... Głęboka i wartka a brzegi ma teraz strome... Utopi jak nic i konia i człowieka!... — skarżył się kozak.
Księcia Apollona nie było w domu, pojechał do miasta. Żona jego rozsądna niewiasta, przyjęła nas bardzo uprzejmie, ale radziła zaraz wyjeżdżać:
— Jeszcze zdążycie!... Dam wam dobre konie; nie nocując, dojedziecie do Ałazeja... Tam wam dadzą świeże konie. W cztery dni będziecie w mieście!...
— A gdzie są dziewczęta?... Gdzie Byczcza? — spytał nagle Aleksy.
— U stryja Andrzeja, na tamtym końcu doliny.
— Wysłałam je, gdyż bardzo prosił o pomoc przy połowie płotek... Chmarą płyną pod lodem... — dodała pośpiesznie.
Kozak skrzywił się.
— Długo tam zostaną?...
— Długo. Aż się skończy „chód“ ryby...
— Cóż, pojedziemy?... Zwrócił się do mnie kozak.
— Choćby zaraz!... Odrzekłem.
— Zanim zjecie obiad, konie przyprowadzą!... upewniała nas Apollonowa.
— Chytra baba, schowała dziewczynę!... Ale ja ich urządzę, tak im „zgonię“ konie, że popamiętają!... wygrażał się „Trójwargi“, gdyśmy wyjeżdżali już z sadyby księcia. Konie istotnie były doskonale, w miarę tłuste, w miarę wypoczęte i mocne a wyznaczony nam przez gospodynię przewodnik był jeźdźcem niemniej zuchwałym i wybornym, niż Aleksy.
Dzięki temu, szybkim skroczem, a gdzie droga już stwardniała i obeschła, nawet kłusem, przebyliśmy w trzy popasy, bez snu, 150 kilometrów, dzielących Adyłach od stacji Małoje nad Ałazejem.
Tutaj położyliśmy się na chwilę przespać a tymczasem posłano w step po konie. Do Kołymska zostało 150 kilometrów... Dżjachabył mocno kręcił głową, dowodząc, że zatrzymają nas rzeczki, lecz w Aleksym już się obudziła kozacza ambicja i ja byłem jeszcze wtedy chciwy na przygody...
— Niedźwiedzie was zjedzą i konie mi poszarpią!... — straszył nas dżjachabył. — Zostalibyście!... Ryb mam dużo i dobre!... A wy pewnie macie tytoń!...
— Mamy, ale dla siebie!... Co twoje ryby teraz warte: jak nie zjesz, to zgniją!... — odcinał się Aleksy.
— Żona stara!... Zdechlibyśmy tu z nudów!... tłomaczył mi, gdyśmy już wyjeżdżali z sadyby.
Ałazej przebyliśmy łatwo, ale dalej droga istotnie — była fatalna. Strumienie wezbrały i zamieniły się w rwące rzeczki. Długo nieraz musieliśmy szukać brodu. W jednem miejscu przewodnik omało nie utonął z koniem; w drugim, koń zrzucił do wody juki z rzeczami i parę godzin straciliśmy, wyławiając ze z dna i susząc na słońcu, w trzecim niedźwiedź położył się przy samym brodzie i choć tłukliśmy z całych sił w patelnię i darli się w niebogłosy, nie ustąpił, łypał tylko na nas ślepiami, wykopywał z ziemi korzenie i chciwie je pożerał.
— Sardanę[11] znalazł, stary!... Nie odejdzie!... Trzeba innego brodu szukać!... Nie najeżdżaj pan!... Jak się rozgniewa i do nas tu przepłynie, będzie źle! — krzyknął Aleksy na mnie, kiedy podjechałem bliżej do rzeczki, aby się zwierzowi przyjrzeć. Wskutek tych przeszkód i naddatków spędziliśmy w drodze nie dwa dni, lecz cztery i zrobiliśmy 70 kilometrów więcej. Zjedliśmy całą naszą prowizję i ostatnie półtora dnia jechaliśmy o głodzie.
— Byle tylko woda nie zniosła mostu pod miastem, bo rzeczka tam... „gniewna“, brzegi ma urwiste, nie puści nas! — troskał się Aleksy. — Wstyd byłoby w obliczu miasta nocować, wyśmiałyby nas kołymskie dziewczęta!...
Lecieliśmy więc, skoro tylko suchsza pozwalała droga dobrego kłusa, nie jedząc, nie pijąc i nie śpiąc...
Takie było moje przygotowanie do polskiej, z czasem, kawalerji!...
Zatrzymywaliśmy się jedynie co dziesięć kilometrów na kilka minut, zsiadaliśmy z siodeł, odpuszczali popręgi i pozwalali koniom odsapnąć... Czasami dawaliśmy im garść suchej trawy, zerwanej przy drodze...
W ten sposób, szalenie zmęczeni, dopadliśmy w samą porę niebezpiecznego mostu. Woda już płynęła górą po dylowej naściółce, która chlupała, szarpana przez prądy, jak klawisze. Most dygotał pod parciem mętnych wzburzonych fal. Głęboki parów pełen był po wręby spienionych wirów. O przebyciu wbród tej rzeki mowy być nie mogło.
— Daj, ja pierwszy, za mną „tajon“, a ty na końcu!... zawyrokował Aleksy, zwracając się do przewodnika.
Gdy przejeżdżał, można się było obawiać, że most z nim runie. Przebył go jednak szczęśliwie. Mój koń nie chciał wejść na most, a potem strachał się, rzucał, gdy woda mu z pod dyli chlustała na kopyta, — uspakajałem go gładząc po szyi, gdyż drżał wciąż i strzygł uszami. Nietyle bałem się o siebie, gdyż umiem dobrze pływać, ile żal mi było konia, który utonąłby bezwarunkowo w razie zawalenia się mostu od jego skoków. Jakoś jednak udało się dobrnąć do końca bez wypadku.
Najgorzej było z przewodnikiem, który prowadził za sobą jucznego konia. — Przebył już połowę mostu, kiedy ten zaczął się z trzaskiem chylić.
— Prędzej!... Prędzej!... Popędź!... — krzyknął nań Aleksy.
Chłopak obejrzał się i batem konia trzasnął. Wierzchowiec jego nigdy nie bity, gdyż jakuci koni nie biją, — dał szczupaka i szarpnął mocno, idącego za nim jucznego. Ten już się obsuwał wtył po chylącym się moście, lecz szarpnięcie uratowało go. Za chwilę cała nasza karawana była na brzegu. Aleksy zdjął kudłatą czapkę i przeżegnał się:
— Chwała Bogu!... Jeszcze będziem dziewki kochać! — dodał wskazując ręką na wzgórki, gdzie poza gęstwiną wikliny, przez którą jechaliśmy, widniało kilkadziesiąt rozrzuconych budowli.
Blask słońca gorzał w szklanych oknach, a wieża cerkwi wznosiła się ponad domami.
Rzeka Kołyma jest rzeką, większą niż Ren. Nad nią leżą trzy znaczniejsze osiedla, trzy Kołymski: Wierchni Kołymsk z 9 mieszkańcami, gdyż reszta około 15 osób „odkoczowała“ z łamukami w góry, Niżni Kołymsk, osada nad samym brzegiem Oceanu Lodowatego — dwadzieścia trzy domy i wreszcie Średni Kołymsk — około 100 mieszkańców, w tem 30 baraków garnizonu. Z Średniego Kołymska bardzo są dumni jego mieszkańcy. Ma on cerkiew z wieżą i dzwonnicę, ma około 30 domów rozrzuconych wzdłuż rzeki Kołymy, po obu stronach małej wąskiej ale głębokiej rzeczki Angudin, wpadającej tam do Kołymy. Niektóre budynki mają nawet spiczaste europejskie dachy i szyby w oknach. Ale takich „pałaców“ było wszystkiego 3: dom Zarządu Powiatowego, krótko zwany „Policją“, dom Pretojereja i dom kupca Biereżnowa, gdzie mieścił się jedyny sklep otwarty codziennie, prócz świąt. Inne domy były to zwykłe płasko-dache obmazane gliną „bałagany“ tamtejsze, z pęcherzami rybiemi w oknach w czasie lata a taflą lodu w zimie, z niskiemi drzwiami obszytemi włochatą skórą krowią. Jedyną ozdobą, różniącą je od jakuckich jurt, prócz ścian zrębatych, były wielkie piece, podobne do naszych „szabaśników“ budowane z niewypalanej cegły. Okazało się, że gospodynie umiały piec chleb i piekły go parę razy do roku w wielkie uroczystości, gdyż mąka tam przywożona z bardzo daleka jest niezmiernie droga — 16 kilo (pud) dochodziło do 12—15 rubli. Każdy kozak dostawał, co miesiąc 2 pudy mąki pensji (pajok); lecz chleba oni nie jedzą, odprzedając swe „pajki“ dostawcom mąki rządowej kupcom, którzy na tem robią świetne interesy. Płacą za „pajok“ — 6 rubli a dostarczają do magazynów zamiast mąki — kwity... Sama dostawa 2 pudów kosztuje rząd 20 rubli... Z tego coś trzeba dać Isprawnikowi, magazynierowi, ale zawsze zostaje duży procent... Wprawdzie dostawa karawanowa jest bardzo ciężka i daleka, lecz ceny towarów równie nieproporcjonalnie wysokie: cegiełka herbaty 3 rub. (w Jakucku 50 kop.), butelka wódki 3 do 5 rubli (w Jakucku 1 rub.), 1 funt tytoniu-machorki 2 do 3 rubli, metr najlichszego perkalu — 7 rubli i t. d.... Za to ceny miejscowych produktów niezmiernie niskie: 16 kilo najprzedniejszej ryby łososiowej od 50 do 65 kop. w lecie i 1 rubla w zimie, piękna skóra rena 1.50 rub., cenna skóra lisa „ogniówki“ albo „siwuszki“ od 3 do 7 rubli i t. d. Największe jednak zyski dostarczał handel wódką i kobietami. Za młodziuchną, ładną dziewczynę płacono cegiełkę herbaty albo butelkę wódki — mniej niż za żywego rena. Dziewczęta te, często 13—14-letnie dzieci, wywożone były następnie i sprzedawane do zamtuzów Jakucka lub Wituim, czy Kirińska — miasteczek leżących w obrębie kopalni złota. Zresztą moralność tamtejsza nie gorszy się tem bardzo; szczególniej wśród rosyjsko-jakuckich mieszańców, do których należy ogół mieszczan i kozaków kołymskich, poglądy na sprawy miłosne są bardzo oryginalne.
— Ślubowałam, ale się nie sprzedałam!... — mówią kobiety.
— Baba nie obwarzanek, jeden go nie zje!... — dowodzą mężczyźni.
To też można tam spokojnie zostawić niezamknięte mieszkanie, wyjść na kilka godzin i nic z niego nie zginie, lecz pozostawienie żony, siostry, czy kochanki na kilka chwil sam na sam z innym mężczyzną jest uważane za zachętę do grzechu i skwapliwie wyzyskiwane.
Okoliczność, że kozaczka, panna czy mężatka, dostaje od rządu na każdego chłopaka „pajok“ (16 kil. m. miesięcznie), ogromnie usposabia tutejsze kobiety do szukania takich pewnych dochodów. To też dziewczyna, która ma nieślubnego chłopca, jest oblegana przez epuzerów. Mężowie, nie mający dzieci, również patrzą przez palce na „figle“ żon, często sprowadzają do nich na czas dłuższy przyjaciół, słynnych z płodności. W rezultacie — syfilis szerzy się nagminnie, niema prawie rodziny nieobciążonej dziedziczną lub nabytą chorobą. Złe języki również twierdzą, że z uczuciową płochliwością kojarzy się tu dziwny, niezrozumiały pogląd, iż noszenie przez kobiety spodni jest „niemoralne“. Kołymczanki wstydzą się wszelkiego rodzaju „spodni“, wdziewają je z konieczności jedynie w dalekich podróżach, w domu i w mieście ubierają się wyłącznie w koszule, spódnice lub „sarafany“ nawet w zimie, co prowadzi w tym surowym klimacie do ciągłych przeziębień i ciężkich chorób kobiecych. Nic jednak nie może złamać tego obyczaju „ruskich“ (niucza), wywołującego niezliczone żarty i złośliwe dowcipy ze strony okolicznych jakutów i tunguzów, gdzie znowu wszyscy chodzą w spodniach i brak ich uważają za rzecz wysoce „niemoralną“.
Zresztą ci „ruscy“ bardzo już mało mają w sobie krwi słowiańskiej i w domu mówią zwykle po jakucku, zaś rosyjski ich język jest do tego stopnia sepleniawy, okaleczały, obciążony jakuckiemi, tunguskiemi oraz czukockiemi naleciałościami, że go trudno zrozumieć.
Rosjanie pojawili się tam w 1628 roku, kiedy 11 kozaków, pod wodzą Michała Staduchina, na dwóch łodziach przepłynęło cieśninę Beringa i drogą, którą w ćwierć wieku potem przeżeglował Nordenskiöld, dostali się do ujścia Kołymy. Kraj obszerny (600.000 zgórą kwadr. kilom.) niezmiernie słabo zaludniony (obecnie ma 6.060 mieszkańców), będący w owym czasie w okresie kulturalnym gładzonego kamienia, został łatwo opanowany przez śmiałych awanturników. Oparli im się jedynie czukcze, wojownicze plemię, pokrewne narodom Alaski. W paru punktach nad Kołymą i Aninjem (dopływ Kołymy) pobudowali kozacy „ostrogi“ (twierdze drewniane, które stały się zawiązkami obecnych mieścin. Ludność tych mieścin trudni się rybołóstwem i myślistwem, jak wogóle cała ludność, olbrzymiego kraju, porosłego nieprzejrzanemi lasami, pocętkowanego niezliczonemi jeziorami, tonącego w błotach i mszarach, na północy przechodzących w bezleśne tundry. Bydła rogatego i koni mało; wątpię czy więcej niż jakieś 1.000 sztuk. Trochę więcej jest domowych renów, ale najwięcej psów, używanych jako zwierzęta pociągowe.
W Kołymsku w chwili mego przybycia Isprawnikiem (Naczelnikiem Kraju) był Bolesław Felicjanowicz Kaczorowski, znany mi już z Wierchojańska, polak, względnie przyzwoity człowiek, który wchodził w ciężkie położenie politycznych wygnańców i nie prześladował ich. Odrazu pokazał mi papier, nakazujący mu wysłanie mię do miejscowości odległej o „100 wiorst od miasta, 100 wiorst od rzeki i 100 wiorst od drogi handlowej“.
— To dlatego, żeby pan znowu nie uciekł. Ale rozumie się, że ja pana osadzę, gdzie pan będzie chciał... Kto tam będzie mierzył te wiorsty!? — tłomaczył mi.
Wybrałem Audyłach, osiedle księcia Apolona Ślepcowa, ojca owej pięknej Byczczy, na którą tak ostrzył zęby Trójwargi a którą matka schowała przezornie od niego.
— Tymczasem może pan pozostać w mieście, dopóki nie spłyną roztopy wiosenne, co potrwa parę tygodni!... — pocieszał mię Bolesław Felicjanowicz.
Dał znać do politycznych wygnańców, którzy tu już byli: do znanego mi z podróży ciupasem Rjabkowa oraz Osecińca z Kaukazu, Ardasionowa. Ten ostatni ponieważ miał większe mieszkanko i był zamożniejszy od innych zaprosił mię serdecznie do siebie.
Okna niewielkiego pokoiku mego uprzejmego gospodarza wychodziły na rzekę Kołym, która tam miała szerokości zgórą kilometr. Jeszcze pokryta była lodem, ale lód ten ogołocony ze śniegu, siny i spękany już wzbierał. U brzegów potworzyły się szerokie „zabrzeża“ mętnej, szparko biegnącej wody z tających szybko po lasach i pagórków śniegów. W tych „zabrzeżach“ nieliczni mieszkańcy stawiali sieci na szczupaki i drobną rybę; większość wszakże, choć głodująca, gdyż ludności tutejszej nigdy nie starczy zapasów ryb na zimę, czekała niecierpliwie, aż ruszy rzeka. Na brzegu, na płaskich dachach domów, na ulicach całemi godzinami wystawały gromadki wychudłych mężczyzn, kobiet i dzieci oraz stada wynędzniałych psów, wypatrując i nasłuchując w stronę rzeki, gdzie od czasu do czasu rozlegał się głuchy łoskot a górą leciał gęgot i granie niezliczonych stad, całych chmur pędzącego ku morzu wędrownego ptactwa.
Nareszcie pewnego ciepłego popołudnia, łoskot pękających lodów zamienił się w nieustający szum, grom, ryk i wystrzały, tak głośne, że utrudniały rozmowę. Ludzie z okrzykiem: „poszja, matuszka, poszja!...“ (poszła, mateczka, poszła!...), rzucili się ku rzece. Poszliśmy i my i zastaliśmy całą ludność miasteczka. Krzyczeli, śmieli się, wymachiwali rękami i czapkami, skakali, strzelali z fuzyj.
— Poszja!... Poszja!...
Skończyło się głodowanie. Ciągniono bliżej ku wodzie łodzie rybacze, pełne niewodów i sieci. Chłopcy i dziewczęta, ująwszy się za ręce tańczyli na piaskach...
A tymczasem rzeka grzmiała i stękała pod straszliwym ciężarem zsuwanych ze siebie lodów. Potworne kry napierane przez sąsiadki, wyskakiwały niekiedy w górę jak rozigrane delfiny, spadały z hukiem niezmiernym na grzbiety towarzyszek, rozbijały je, załamywały, topiły lub same rozsypywały się ze szklanym, przeraźliwym jazgotem... Bieg płynących środkiem stawał się coraz szybszy, coraz częściej wynurzały się z lodowych szczelin zawrotne, sprężone wirzyska żywej wody... Lody tarły się wzajem z niemożliwym zgrzytaniem i szumem, jak młyńskie kamienie... Nagle wszystko stanęło: na zakręcie utworzył się straszliwy „toros“ — tama ze stłoczonych lodów... Poniżej lodowa skorupa szybko uciekała w dal, obnażając lustrzany prąd rzeki; powyżej przybór powodzi wznosił lody coraz wyżej i wyżej... Wkrótce woda dochodziła do naszej izdebki, pół miasta było pod wodą:
— Męczy się rzeka!... Ona jak my, kobiety, nacierpi się zanim wiosnę urodzi... Ale za to potem jest lekko, dobrze i wesoło!... — tłomaczyły mi, stojące na wybrzeżu kołymczanki.
Woda szeroko zalała nadbrzeżne niziny i wszyscy ci, co mieli sieci, upędzali się tam z okrzykami radości za pluskającemi obficie rybami...
Po paru dniach woda przełamała „toros“, lody spłynęły i lustrzana wstęga rzeki z wesołym pomrukiem pomknęła w dal...
Zaroiły się na niej łodzie pełne kobiet i mężczyzn, dążących w okolice na swoje „ułowy“.
Musiałem i ja pomyśleć o odjeździe.
- ↑ Z bardzo ciepłego futra białych podbiegunowych zajęcy.
- ↑ Kochanka. Piosenka zapisana wówczas i przetłomaczona z kołymskiego narzecza.
- ↑ Parszak uschły na pniu.
- ↑ Skorupa lodowa na śniegach na wiosnę.
- ↑ Kioś = 8 do 10 kilometrów.
- ↑ Powarnia — po rosyjsku: kuchnia, miejsce do warzenia strawy — jest to proste z nieociosanych pni zbudowane schronisko bez okien, często bez drzwi, dające jednak przejezdnym pewne zabezpieczenia od zawiei, deszczu i mrozu. Rozrzucone wzdłuż traktu w 40—50 klm., są utrzymywane kosztem przydrożnych ułusów. Niektóre budynki mają po 100 lat i są w bardzo lichym stanie.
- ↑ Włochate obówie w rodzaju „mokasynów“.
- ↑ Mój Boże!
- ↑ Bluza z futra młodych renów włożona sierścią na wierzch.
- ↑ Tos Chajachtach — tłomaczono mi jako: góry Chajacha. Chajach — jakucka potrawa, zbita nawpół przerobiona na masło śmietana zamraża się i podaje rąbaną w kawałkach do herbaty.
- ↑ Lilium spectabile.
