Za karę
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Za karę |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Przeszły, minęły Święta.
Ta plaga ludzkości, którą mało plag trapi. — Jeszcze sobie sama dokłada plagi i to długotrwałe, rozciągające się na dni parę. — Wreszcie minęła i ta plaga. Z pociechą najwyższą zauważyłam przez moje okno, iż nastrój świąteczny miał w tym roku znacznie mniej pędu i rozlewności jak to nakazywała Tradycja. Ta opoka niewzruszona przez wielkie — T — uszanowana, tedy — znacznie mniej butelek garnirowało i pokutowało podwójne okna wraz z melancholijnemi hjacyntami, przeznaczonemi do „zabicia“ — siarkowo-szafranowo-mięsnego zapachu Tradycji. Dalej mniej rozmarzonych dzieci przechylało się przez okna dla zaczerpnięcia powietrza, celem utrzymania w równowadze pochłoniętej masy przekładańca i bardzo skromna ilość nocnych przechodniów wyła rozpaczliwie Alleluja pod ścianami kamienic.
Słowem, wszystko ginie i upada. Nikt nie chce czcić zmartwychwstania Chrystusa duszeniem w miskach pewnej ilości mąki, rodzynków i cykaty. — Uświęcone zwyczajem obrączki z brudu, które pozostawiały w tejże mące rączki dziewic wydelegowanych do tych misterij zanikają stopniowo. Firanki nie prane na cześć Alelujową zwisają jak w dnie powszednie i nie widać Pani Dulskiej z głową owiązaną, biegającej tajemniczo z pokoju do pokoju. — Tylko wńerni tradycji panowie rodzin wymykają się w Wielki Piątek na śledzika do handelku — aby tam przechowywać w nieskazitelności doskonałość formy przyjętej od ojców w spędzeniu godnie Piątków Wielkich. Całe to szczęście, że mamy ich w społeczeństwie. Inaczej — co pozostałoby nam ze Świąt, z tego wielkiego tygodnia, który jak zmora tragiczna osiadał na duszy każdego domu nawiedzonego tak zwaną „pozycją“! — Jakiś bunt fermentuje szczególniej w kobietach. — Czyż w owe „wielkie“ dnie nie wpadły do mnie roześmiane cicho kobietki i nie zawiadamiały mnie szeptem — „Wie pani — uciekam, uciekam przed świętami — do Krakowa, do Wiednia, gdziekolwiek... nie mogę przechodzić więcej tej męki“. — Potem, wszystko takie drogie, a zresztą niech i ja odpocznę“. I odmłodzona, rozradowana wyfrunęła w świat, jedna — druga. Poprostu znużyły się. To była przyczyna ich buntu. — Chętnie wlokły jarzmo i dźwigały ciężar egzystencji w dniach powszednich. — Ale nie chciały przyjmować musu czczenia świąt kosztem własnych sił i wolności. I uciekały.
Dawałam im chętnie krzyżyk na drogę! —
Bo wiedziałam, że właściwie teraz czynią to, co inspirować może właściwe pojęcie obowiązku względem siebie samego i zbudzenie siły do wyzwolenia się z tyranji szkaradztw przystrojonych w piękne słowa. — To wydaje się na razie zbyt silnie brzmiące dla tak drobnego faktu jak uczczenie Świąt w uświęcony tradycją sposób, a przecież ani o jedną nutkę niema w tem przesady. Zapytuję kobiet — zacząwszy od pań domu, łamiących sobie teraz głowy, jak wybrnąć z luk budżetu, a skończywszy na sługach o spękanych rękach i popuchniętych nogach. — Nie jest, że to tragedja życiowa, ta zmora tych wiosennych Świąt — dławiąca je długie tygodnie postu i rzechotaniem kołatek oznajmiona?
Zresztą mieć będzie społeczeństwo zawsze uświęconą tradycję wielko piątkową w handelkowym ruchu — kończących gorżkie żale przy marmurze stolików — mężczyzn. — Ci trwają — i trwać będą. — Uciekają także — ale co najwyżej z jednego handelku do drugiego — nosząc w piersiach jak znicz miłość tradycji.
Cześć im zato i sława.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
To jest „en passant“ — Tak, mimowoli. Zupełnie o co innego mi szło, gdy zaczęłam pisać ten artykuł. — Spotkałam się w dziennikach ze wzmianką jakoby za karę jakiegoś przestępstwa — uczniowie szkolni mieli z czasów świątecznych ferji uszczuplony jeden dzień i przeznaczony na nauki. Równocześnie wypytywani przeze mnie penitenci i penitentki powracający od spowiedzi mówili, iż jako karę naznaczono im z poza kratek konfestyonału tyle to i tyle litanji lub tuzinów Ojcze naszów i Zdrowasiek.
To wszystko — za karę.
Więc... wiedza i modlitwa — dwa najwyższe szczyty, do których rwie się, tęskni, wybiega duch ludzki, wtłoczone tu zostały w klatkę kary. Nalepiono na nich etykietkę; pokuta, kara za przestępstwo, grzech, zbrodnię i kazano uważać je za takie.
A potem od tych samych dzieci, od tych samych naiwnych i garnących się do modlitwy dusz, żądano, aby doznawały najwyższej rozkoszy w nauce i modlitwie, aby oddawały swe siły, pragnienia, moc, młodość do praktyk, które poprzednio służyły jako harap, jako kanga, jako narzędzie tortury. Kazano im kochać się nagle w biczu, którym chłostano ich mózgi i mdlejące ze znużenia usta. Wydzierano miłość, duchowość, podporządkowywano je w sferę pędu w stronę szerszych horyzontów, ku którym gna niepowściągliwie umysł dziecka, wyrywano z korzeniami poezję i urok rozmowy z Bogiem — cud piękna, syntezę potrzeb przewleczenia życia tak genjalnie uwięzioną w drobnym djamencie Modlitwy Pańskiej — zamieniono na katorgę bezmyślnego wyrzucenia pewnej dozy łańcuszkowatego wyzbycia się ze siebie słów.
Uczyniono karę z tego, co powinno być raczej świętem, miłością i nagrodą. W szary welon smutku i nudy spowito gromadzenie siły, która może wybuchnąć błyskawicą czynów jak wiedza, lub stać się ostoją w bolu skomprymowanym do potęgi, jak modlitwa.
Uczyniono karę!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Od dziecka więc jesteśmy w rozterce i nie wiemy poprostu, co kochać, a co nienawidzieć powinniśmy.
To co dają nam jako karę, jest dla nas tak straszne i nienawistne, że sama myśl o tem powinna już nas wstrzymać od spełnienia występku. A więc pojęcie nauki, modlitwy, powinno stawać się dla nas pojęciem czegoś potwornego, jakiejś chłosty, którą ukarze nas społeczeństwo za przewinę, jaką się względem niego dopuszczamy. Jeden dzień więcej nauki staje się dla dziecka katastrofą, nieszczęściem. Wyrok taki zapada w jego umysł i pozostaje z całą mocą zainkrustowany w jego podświadomości nietylko na lata dziecinne, ale i na resztę życia. Stąd ta nienawiść, ta niechęć do nauki, którą żywią prawie wszyscy z nas, a duszona zakłamywaniem się koniecznością „dojścia do czegoś“ na terenie życia. Pewne tylko indywidua mające mniej wrażliwe tabliczki podświadomości, i których pycha jest dość silną, aby wytworzyć w nich chęć doskonałości dla przerodzenia jej następnie w ciekawość i w rodzaj jakby manjackiego pragnienia wchłonięcia w siebie rzeczy nieznanych — opierają się z wysiłkiem podobnie nielogicznemu systemowi, który może w jednej formie zanika, w drugiej jednak wybucha z uświęconą gwałtownością. Wogóle to, co ma wspólnego z nauką lub modlitwą, co sięga w dziedzinę myśli i ducha, powinno pozostać zawsze święte, nietknięte i zamknięte w Świątyni, obwieszonej wieńcami róż i zapełnionej tęczowemi blaski. Z uśmiechem na ustach, jak tańczące bogi Zarathustry, z gorączką niezgaszonych pragnień w sercu, winna zbliżać się ludzkość do takiej świątyni, aby tam zaczerpnąć tchu i siły.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Nie ferulą rzymskiego nauczyciela winna być Wiedza lub Modlitwa w ręku powołanych, lecz przeciwnie najwyższą nagrodą i rozdawaniem możliwej szczęśliwości życiowej. — Jakże dziwacznie później brzmią skargi i niedostateczne stopnie nakładane na uczni, ze względu na brak pilności i tego, co Francuzi nazywają coeur a l’ouvrage (serca w pracy). Do czego miano przyłożyć ze strony uczniów to serce? — Do tego co jest karą — czy to z technicznej biorąc strony, czy z głębszej poznawania, wchłaniania i urabiania na swój pożytek i według swej indywidualności dorobków duchowych? Uczyniono z nauki narzędzie karności, a potem kazano ubóstwiać je! Istotnie wysoka logika. Weźmy tresurę zwierząt. Według mniemania litościwych kumoszek, zwierzęta tresuje się ogniem i mieczem. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. — Sztuka, przy której tresowacz uderzył zwierzę, jest raz na zawsze stracona. Zwierzę nie nauczy się jej nigdy i stale odmawiać będzie. Uczyniono bowiem z tego trudu, tej pracy — rzecz złączoną z myślą kary. — To wystarcza. W podświadomości zwierzęcia połączenie to trwa i zawsze występować będzie nieubłaganie i ze ścisłością szaloną. Umysły dzieci i ludzi o prostych wierzeniach są doskonale podatne do podobnej wrażliwości. Edward Quinet powiedział o wojnie, że ma dwie strony: boską i ludzką. To samo dałoby się i tu doskonale zastosować. — Nauka — modlitwa mają dwie strony: Boską i ludzką. — Otóż niewłaściwie wychwytuje się tu ludzką, której jest maluchna techniczna cząstka i z niej czyni się ton zasadniczy, odbierając już tem samem całą możność odczuwania wzniosłych namiętności.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Dla mnie ideałem pokut, kary... byłoby to, co następuje. Gdy ktoś... zbłądził, czy to dziecko, czy człowiek kajający się u stóp konfesjonału, na niego samego włożyć obowiązek wybrania sobie kary. Niech ma tak grunt swój moralny przygotowany i niech tak zna siebie i surowo kocha, że potrafi bezstronnie ocenić pobudki swego upadku, okoliczności mu towarzyszące i wielkość swego udziału. Nikt lepiej od niego osądzić się nie potrafi. Trzeba jednak, aby ten kodeks, który mieć będzie na dnie swej duszy, był już na podstawach niewzruszonych i doskonałych. Rozwijanie sądzenia się, ujmowania swych stron dodatnich i przeciwnych — wytworzy ten samokrytycyzm konieczny, aby życie przeprowadzić w zgodzie ze sobą i zobaczyć siebie samego w głębszem filozoficzniejszem znaczeniu.
Zapewne, to są mrzonki i do tego nigdy nie dojdzie. Kary zostaną karami, bo wygodniej jest doraźnie wydać rozkaz, jak przeprowadzić całą powolną ścisłą edukację duszy grzesznika.
Bez względu na następstwa i byle jakoś szło!