Przejdź do zawartości

Za kamień — chlebem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Za kamień — chlebem
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ZA KAMIEŃ — CHLEBEM.



 Widziałam tłum ludzi, który szedł ciemny i chmurny w strudze wieczornego słońca i wołał „chleba!“
 Mówią kompetentni, że ten tłum składa się z awanturników, z ludzi, którzy sobie robią sport z rozbijania szyb... A ja — stojąc w mojem oknie i patrząc na nich, jak szli prosto ku mnie prawie w milczeniu, z zaciętemi usty, z dziwnymi blaskami w oczach — nabrałam przekonania, że „kompetentni“ się mylą.
 Od czasu do czasu zadźwięczała wybita szyba. Tłum tego brzęku padającego szkła nie przyjmował okrzykiem radości — nie, tłum milczał i szedł dalej. I znów zadźwięczała szyba. Był to jakby głos dzwonu na trwogę. Ci ludzie szli i w ten sposób brutalny a groźny dawali znać o sobie, o tem, że oni istnieją, że oni się także liczą w społeczeństwie, że o nich przypomnieć sobie trzeba.
 Ja — stoję poza wszystkiemi partjami, ja patrzę na tę sprawę, jak człowiek pracy. I myślę, że na dziesięciu manifestujących może być pięciu prawdziwie głodnych. A tych dziesiątek ludzi, idących z brzękiem tłuczonych szyb było tyle, iż cały plac zalały te fale i ciemne łachmany, pobladłe twarze zakryły zupełnie wiosenną zieleń trawników. Wśród nich przeważali ludzie, starsi wiekiem, zniszczeni bezowocną pracą, kobiety blade, przedwcześnie zwiędłe i postarzałe — kwiaty suteren, w których wilgoć ze ścian spływa a nawet zczerstwiały chleb liczy się do wykwintnej strawy. I ludzie ci milczelimilczeli. Kobiety podawały mężczyznom polana drzew i padały kolejno szyby handli delikatesów, szynków, kawiarń...
 Oni byli głodni, a nie rabowali przecież, oni tylko dzwonili na trwogę, na pożar, na łunę głodu i szli dalej, a dalej... w wiosennem słońcu.

............................................

 Zobaczyłam ich raz jeszcze na dziedzińcu stowawarzyszeniastowarzyszenia, gdzie mieli zgromadzenie. Rozdawano im chleb — rozdawano im ten codzienny powszedni chleb, bez którego nawet nędzarz istnieć nie może. Na ziemię zwalono całą stertę bochenków. Ujęty w ramy ogrodzenia tłum kilkuset ludzi, cisnął się, kołysząc jak łan zboża wichrem wstrząsany. Na wozie stojąc, kilku towarzyszy podawało chleb kolejno wychodzą cymwychodzącym ludziom. Ileż to rąk wyciągało się do jednego bochenka! ileż to rąk! Las cały ich był, a były to ręce bardzo czarne, bardzo chude, bardzo biedne — mogę zaręczyć, że nie próżniackie.
 I wtedy przyszło mi na myśl, że skoro taka ręka tak rozpaczliwie sięga po chleb, to czyż dziwić się można, iż w przeddzień sięgnęła po kamień i zadzwoniła nim w szybę, jakby wołając ratunku? Ręce te sięgają przecież nie po pieniądze, nie po brylanty — one sięgają po chleb.
 Sterta bochenków się szybko zmniejszała a rąk przybywało ciągle. Wyrastały, jak łan z mogił łachmanów. Była w nich straszna, rozpaczliwa modlitwa. To było „chleba naszego powszedniego!“... a wreszcie chleba zabrakło i rąk jeszcze było tyle, tyle, ile krzyżów na cmentarzu.

............................................

 To przyjść musiało, ta chwila przyjść musiała a przecież byłaby nie przyszła, gdyby wcześniej pomyślano o niej, gdyby wcześniej przyśpieszono i przygotowano roboty, o które teraz gorączkowo się telegramy upominają. Przecież ci, którzy są u steru, nie powinni czekać, aż zadźwięczą szyby. Oni powinni wiedzieć, że tam, po suterenach, już się zapasy i cierpliwość wyczerpały, oni powinni wiedzieć, że podniesie się las rąk po chleb, po strawę, po pracę.
 Powinni obliczyć, ilu ludzi jest bez roboty — przygotować dla nich pracę — a wtedy z czystem sumieniem mogliby zamykać manifestantów do aresztu, bo wiedzieliby, że ten brzęk wybitej szyby, to nie dzwon na trwogę, ale rozpusta paupra. Wcześniej wysyłane transporty do pracy po prowincjach uniemożliwiłyby taką falę rozgoryczoną, która nagle rozlała się po ulicach miasta.
 Ale na to trzeba się zastanowić — czy wszyscy jeść mają?... a syty głodnemu nie wierzy.
 Zresztą stało się. Wprawdzie w Słowie Polskiem ja sama w zimie pisałam w tej sprawie mały artykulik, ale kto tam zważałby na kobiece gadanie! Dziś chodzi już o jedno. Trzeba uważać dni, przez które przechodzimy, jako chwilę przejściową, katastrofę — coś w rodzaju pożaru, coś w rodzaju powodzi.
 Ci ludzie znajdą powoli pracę — ale ci ludzie teraz są głodni. Zanim coś z nimi zrobią, oni jeść muszą, oni i ich dzieci. I tu nie chcę poruszać struny sentymentu. Ja chcę tylko poruszyć strunę sprawiedliwości.
 Nie zwracam się do tych, którzy w egoizmie zasklepieni powtarzają uparcie i z oburzeniem „szyby nam potłukli!“ — Tak jest — potłukli szyby waszych okien, boście się niemi odgrodzili od nich i wiedzieć nie chcieli, że idzie taka fala ludzi ciemnych i głodnych. Do tych nie mówię. Oni do tej chwili nie mogą przeboleć tego, co zapłacili szklarzowi. Ale ja mówię do ludzi pracy — do tych, którzy na chleb powszedni zapracowują czy to fizycznie czy umysłowo — i nie mówię: „dajcie jałmużnę!“ — ja mówię: „podzielcie się przez tych dni kilka kawałkiem waszego chleba.“ — My wszyscy powstaliśmy nie z soli, nie z roli — my wszyscy wiemy, co ciężka codzienna praca. Dlatego ten dźwięk tłuczonych szyb powinien w nas inne budzić uczucia, niż w przeciętnym mieszczuchu. Myśmy powinni odczuć pobudki, zrozumieć źródło — pojąć, że oni inaczej nie umieli dać znać o sobie. To był ich chóralny śpiew, to był ich pożarny dzwon. I za ten kamień rzucony — podajmy im chleb na tych dni kilka — podajmy co możemy i ile możemy. Na Syktuskiej ulicy, Nr. 17, w stowarzyszeniu „Siła“ przyjmą chleb, który przyniesiecie i oddadzą głodnym. Bo choć partja nie pochwala tych czynów gwałtownych, jednak zajmuje się tą ciemną i rozgoryczoną rzeszą.
 Zanieście więc każdy co może i ile może. Rozłamcie swój chleb pracą zdobyty i przez ręce dzieci waszych dajcie dla ich dzieci. To nie jałmużna, to chwilowa pomoc w katastrofie, która dotknęła pewną warstwę społeczną. Ja posyłam jutro wczesnym rankiem na ulicę Sykstuską sto bochenków chleba. Kto za mną?
 Na jutro do lokalu „Siły“ ul. Sykstuska Nr. 17. nadsyła pięćdziesiąt bochenków chleba firma Stachiewicz i Abrysowski, pięćdziesiąt bochenków firma Seyfarth i Dydyński, (za stłuczoną szybę), piętnaście bochenków chleba p. Rechen z ul. Halickiej, pięćdziesiąt bochenków chleba firma Stefana Pieleckiego.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.