Zaściankowi politycy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Zaściankowi politycy
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom I To i owo
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZAŚCIANKOWI POLITYCY.

„Wielką bowiem czułem gorzkość w sercu mojem, patrzając na te rzeczy...“

Choroba politykomanji dotyka niekiedy ludzi młodych — najczęściej jednakże ofiarami jej są ludzie starzy. Eks-urzędnicy, kapitaliści, eks-szlagony, podeszli właściciele kamienic — oto grunt, na którym najlepiej wschodzą nasiona tak szczodrze przez „Gazetę Polską“ i „Gazetę Warszawską“ rozsypywane.
Zaściankowi politycy w młodym wieku nie odznaczają się niczem; grają w karty, wielbią płeć piękną, jedzą, piją i... próżnują, jak wszyscy śmiertelni. Dopiero ku schyłkowi życia, gdy puls wolniej uderza, a ciało więdnieje, gdy od czasu do czasu figlarna Wenus odezwie się to w tej to w owej kosteczce, człowiek-gąsienica przemienia się w pasorzyta-polityka; kładzie wówczas w uszy bawełnę, na nogi buty filcowe, na grzbiet watowany szlafrok, na głowę czapkę z kutasem i poczyna przeżuwać gazety.
— Panie sędzio! panie sędzio!... — woła kancelista — niech się pan chwilkę zatrzyma, bo świadkowie przyszli.
— Niech idą do djabła! nie mam czasu, bo już wpół do czwartej i poczta nadejdzie.
— Ależ oni o trzy mile mieszkają.
— Daj mi acan pokój!... czy nie słyszysz, że już trąbi?
I drałuje sędzia, aż błoto bryzga na ulicy, aż mu stawy w nogach skrzypią! Dokąd? Na pocztę, na pocztę!... kędy rój polityków ze wszystkich stron miasteczka podąża.
— Panie aptekarzu!... panie aptekarzu!... niechże się pan ulituje nade mną!... taż mi dziecina umrze bez lekarstwa!
— Zatrzymaj się pani godzinkę.... pół godzinki.... Ja za chwilę wrócę, ale teraz nie mogę.
— Mężu! — wołają z drugiej strony na otyłego właściciela posesji — przyszedł Mosiek kończyć interes o siano, ugódźże się z nim, bo odjedzie, a tu grosika niema w domu!
— Niech zaczeka, nic pilnego!... Ja teraz nie mam czasu.
I tak jeden za drugim biegną politycy jak wyścigowe konie, — bo kto się spóźni, ten może gazety nie dostać, oni zaś, nie mając swoich gazet, czytają je o tyle, o ile pocztmajster pozwoli.
— Panie majorze dobrodzieju! — woła eks-radca do eksmajora — weź gazetę do domu, to przeczytamy razem!
— Chodź radca na pocztę, bo mi przecież do domu nie dadzą.
— Jakże mogę iść na pocztę, kiedym się z tym cymbałem pokłócił?
— Ha! ja temu nie winien — odpowiada eks-major.
A na poczcie?... Och! na poczcie, a raczej przed pocztą tłumy jakby na odpuście.
— Panie naczelniku — wołają na pocztmistrza — daj „Gazetkę“ rybeńko, choćby „Kurjerka...“
— Ależ panowie, gazet jeszcze niema!
— Jakto niema, kiedy słyszeliśmy trąbkę?
— To ekstrapoczta!
— A... a... a!.. oh!... Bodaj cię piorun trząsł!... A nie słyszeliście tam co nowego?
— Owszem — mówił pasażer — że Strassburg wzięli.
— Bój się ran boskich!... to być nie może!... Przecież ten Ulryk...
— Co tam Ulryk?... wzięli i basta!
— No!... a cóż Macmachon na to wszystko?
— Cóż Macmachon? to samo, co i inni, — dostał w .... i interes skończony!
— A Bazajne?
— To samo, co i inni!
— Kirje elejson!... o Chryste!... No!... a gazety prędko przyjdą?
— Niedługo!... niedługo!...
Na tem się kończy gwarliwa rozprawa z naczelnikiem, tłum rozbija się na pojedyncze kupki, brodzące i radzące na błocie.
— Aj! durnie, durnie te Francuzy — mówi eks-porucznik — ot mnieby tam... jaby im pokazał!...
— Co ty tam kapitanie barłożysz!... znasz się na polityce jak kogut na ewangelji.
— No! prawda, ale wojna to jedna rzecz, a polityka to druga rzecz. Na wojnie to tylko bij jego w łeb i ot co jest!
— To też oni ich będą bili, będą... tylko cierpliwości!... ślepyby namacał, że chcą Niemców wciągnąć w głąb kraju jak gęsi w kojec, ażeby później karki im poskręcać!
— No!... może to być — odpowiada eks-porucznik.
— Chodź-no sędzia do mnie — mówi eks-major do sędziego — nim gazety przyjdą urżniemy partyjkę szachów i coś ci pokażę, tylko mi dasz wprzód słowo honoru, że zachowasz sekret.
— Cóż to takiego, kochany majorze?
— Zobaczysz sam, ale daj pierwej słowo!
— Najświętsze słowo honoru, że nikomu nie powiem! — mówi sędzia, a eks-major, obejrzawszy się na wszystkie strony, wprowadza gościa do domu. Tam zamykają jedne drzwi na klucz, drugie na zasuwkę i stają naprzeciw pieca.
— No!... a co, sędzio, jakże ci się mój pomysł podoba? — pyta eks-major gościa, wskazując na piec.
— Nic nie widzę, majorze!... niech mnie Bóg skarze!...
— Jakto nic nie widzisz, nie widzisz tych pudełek na piecu?
— No widzę!... cóż to, więc taką masę zapałek pan kupiłeś? poco?
— Ależ tam niema zapałek, to są puściuteńkie pudełka!... I jeszcze się pan niczego nie domyślasz?...
— Niczego, jak pragnę zbawienia duszy!
— Patrzże się, gapiu: w górnym rzędzie stoją same pudła szafirowe.
— Aha!...
— Pod niemi same amarantowe.
— Aha... ha!...
— Wiesz już, co to znaczy?
— Dalibóg nic jeszcze nie wiem!...
— Bójże się Boga!... toż to francuskie barwy!
— E hee!... A gdzież kolor biały?
— Jakto gdzie? przecież piec jest biały!
— Oto! hooo!...
Pod oknami domu majora przechodzi w tej chwili eksprezydent z pocztmajstrem — obaj smutnie zwiesili głowy.
— No!... bierz djabli tymczasem politykę — mówi eksprezydent — jakże naczelnik stoisz z hreczką?
— A cóż!... gnije w polu.
— Fiu! fiu!... — a z kartoflami?
— Pi!... może dla świń wystarczy!
— Tra la la!... a po jakiemuż to prowadzicie gospodarkę, naczelniku?
— At, mój radco!... w takich interesach to człowiek i głowę traci... Tu przegrana, tu przegrana i tu znowu przegrana!... klęska po klęsce, a człowiek myśli o wszystkiem i truje się wszystkiem, więc też djabli biorą hreczkę i kartofle. A cóż, czy radca odebrałeś już emeryturę?
— Djabła tam!... miałem onegdaj kwit posłać, alem się zgryzł tym Bazajnem i na śmierć zapomniałem!...

Oto co się dzieje w małych miasteczkach podczas wojny; ludzie tak gorliwie zajmują się strategją, że im hreczka marnieje i emerytura w kasach miejsce zawala.
A w czasie pokoju?...
W czasie pokoju toż samo, tylko na inne kopyto: zamiast planów bitew, układa się programy wojen na wiosnę i oblicza się szanse wygranych.
O Europo! Europo! Europo!... ileż to głów pracuje nad tem, aby twój pokój zakłócić!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.