Przejdź do zawartości

Z wakacji

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Z wakacji
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Z WAKACJI.

 Przede mną fale białych i różowych róż, które biegną w górę, okrążają ramy i potem kaskadą śniegową i różaną spadają na trawnik, okolony zielenią bluszczu i kielichami powojów. Przede mną zamiast wiecznie zanieczyszczonego basenu fontanny placu Dąbrowskiego — wznosi się fontanna poprostu róż białych, taki ogromny krzew bieleje w środku klombu. Gdy ściemni się wieczorem, a rosnące dokoła akacje otulą swym cieniem ten cichy krzak, wygląda on jak nieruchoma tancerka, która wśród ciszy nocnej rozwija szeroko swą białą szatę bajadery i nęci urokiem sennego zjawiska. Dokoła gwiżdżę kosy, zdaleka dolatuje walc, grany przez orkiestrę. Dokoła mnie góry, po których już się rozwłóczą błękitne welony mgły. Daleko widać samotny krzyż. To ofiara jednego z kuracjuszów, który tu odzyskał zdrowie. Koło krzyża widać dwie postacie kobiet i jedno dziecko, ubrane w różową sukienkę. Kobiety mają białe suknie i gdy tak powoli pną się ku górze na tle ciemnych drzew, to zdają się być trzema różami, dwiema białemi, jedną różową, które wicher oderwał z przed mego okna i uniósł wysoko, pod stopy krzyża... na ofiarę.
 I siedząc tak w to popołudnie niedzielne, gdy już słońce zapada, a niebo z szafiru w biel się przemienia — zapominam, że tam daleko Matołkowscy i Matołkiewicze gryzą się o kość, o miejsce pod słońcem, że szarpią ludzkie dusze, że często i grób rozkopią, aby żer zeń wynieść, że o ciasne jamy miejskich kamienic odbija się nocą krzyk ochrypły rozhukanego pijaka, że są kraty więzienne, że są szubienice, że są ludzie, którzy umieją drugim zazdrościć kawałka podanego chleba i że trzeba nieraz gorzkiemi łzami opłacić trochę jasności, trochę szczęścia, trochę kwiatów, trochę uśmiechu...

———————————————

 O jednem tu jednak zapomnieć nie mogę. O tem, że człowiek każdy ma poza sobą cień, który biegnie za nim i wiecznie, zawsze, wszędzie rękę swą kościstą na ramieniu mu trzyma.
 Ten cień — to śmierć!
 Ale gdy się jest „na świecie“ — wszyscy Matołkiewicze są tacy kontenci, tak przejęci swą misją polityków, estetów, bogaczów, solidnych ludzi — tak dbają o swe krawaty, suknie, obuwie, meble, o to, co jedzą, o to, co piją, o to, czem za lat dziesięć będą, o to, w jakim badzie udawać będą hrabiego lub hrabinę ku pośmiewisku kelnerów — że ten cień śmierci, ten „nieunikniony“ — ginie jakoś, zaciera się poza szerokiemi barami dobrze odżywionej postaci.
 Lecz tu, w Kaltenleutgeben, gdzie róże, jak żywe kadzielnice całe osrebrzone rosą płoną w purpurze wschodzącego słońca, tu, gdzie bukiety jaśminu drżą w wieczornym chłodzie, śląc całe kłęby woni prosto w twarz sennych kobiet — tu, gdzie na górach szarzeją ofiarne krzyże i nikną powoli wśród błękitnej strugi górskiej mgły, tu, gdzie niema ani estetów, ani polityków, ani przemysłowców, ani kapitalistów, ani Matołkiewiczów i solidnych ludzi — a są tylko... chorzy — tu ten śmiertelny, ten wielki, ten groźny, ten Nieunikniony występuje z całą potęgą z poza mgieł i ręka jego koścista gnie dobrze odżywione bary ku ziemi, odziera je powoli z ciała, z muskułów, czyni z nich szkielet... ku ziemi ciśnie, ku ziemi, w mogiłę... w mogiłę...
 Tak ja się patrzę na tych kilkaset osób, które spotykam cztery razy dziennie przy wspólnym stole pod werandą restauracji. Tak ja się patrzę na te kabiny, osłonięte płótnem, poza którem, jak mumje, jak żyjące trupy, leżą pozawijane w zimne prześcieradła kobiety i u każdej z tych kabin widzę na straży śmiertelną rękę — często rękę śmierci bez śmierci — skonu bez skonu — straszniejszą agonję, bo agonję duszy — ucieczkę tego, co ludzie nazywają rozumem, a co każe nam wlec się normalnie przez życie, ze zmysłami w porządku. Inni, ci, którzy nie mają chorych dusz, cierpią inne katusze, i jest to jedna wielka mogiła, w której trzy razy dziennie w zielonej altanie dwunastu muzykantów grywa wyjątki z „Roberta Djabła,“ albo jakieś rwące w przestrzeń walce. I wszystko tu się leczy, leczy nagwałt, strumieniami zimnej wody pragnie zażegnać cierpienie, uspokoić rozszalałe nerwy.
 Wszyscy ci ludzie zwrócili się do żywiołu, do siły elementarnej i w niej pławią swe rozgorączkowane i zdeformowane ciała, jak w kaskadzie rosy. Pod ścianami sal kąpielowych bledną róże i rosa brylantowa z nich ulatuje na widok podagrą nabrzmiałych ciał, na widok tych smutnych, zwiędniałych od cierpień kobiet, które drżą pod strugą srebrnej wody. A nocą, a wieczorem, gdy w altanie orkiestra gra walca i z wszystkich kątów zaczynają się wysuwać cienie, zaczynają turkotać wózki, na których leżą nieruchomi starcy o pobladłych, fatalnych oczach! Poza nimi z obojętnym, chłodnym wzrokiem, toczy wózek rosły, barczysty lokaj. Z jakąż pogardą ten silny syn ludu popycha przed sobą tę ruinę człowieka, który miał o tyle więcej pieniędzy, iż stał się za nie pół-trupem wśród żyjących!...

———————————————

 Wieczór.
 W sali kurhauzu — Tanzkränzchen.
 Wchodzę na chwilę.
 Przed orkiestrą dwie pary Węgrów tańczą czardasza. Tańczą? Czy to tańcem nazwać można te epileptyczne, konwulsyjne drgania na miejscu? Tańczy bardzo tłusta pani z bardzo chudym młodzieniaszkiem i bardzo chuda panienka z tłustym panem. Są brzydcy i nieestetyczni. Tłum z parasolami w rękach, nieledwie w kaloszach, przypatruje się tym chorobliwym ruchom. Do jednej bardzo wykwintnej i eleganckiej Warszawianki podchodzi ślicznie odżywiony okaz Prusaka z podbójczymi wąsami i w białych kamaszach.
 Prosi ją do tańca.
 — „Sie, kommen Sie mal her!“ — mówi szarpiąc za rękaw damę. — Warszawianka mierzy ze zgrozą Prusaka, lecz ten bynajmniej nie skonfundowany, pakuje ręce w kieszenie i pogwizdując, idzie dalej. Zaczynają tańczyć walca — nikt z tych Niemców walca tańczyć nie umie. A przecież piękny, modry Dunaj tak blisko! Zaczyna mnie to męczyć, drażnić... wychodzą na werandę, potem schodzę wśród woni róż i jaśminów do parku. Siadam na ławce i patrzę...
 W ciemnym zakątku słychać szlochanie.
 Tu płacze tak strasznie jakaś kobieta, której błędne, straszne oczy przerażają wszystkich. Ona jedna może czuje tę kościstą dłoń śmierci na sobie. Ona się broni, ona jęczy w tę noc ciepłą czerwcową, ona wśród róż i jaśminów ma oczy łez pełne i trwogę w duszy.
 Ktoś z litościwych siedzi przy niej, pociesza, tłumaczy. Ta kobieta ma wszystko — dostatek, męża, dzieci — wszystko... a przecież wlecze ze sobą jakąś groźną, straszną rozpacz, jakiś beznadziejny smutek, który uczepił się jej, jak wampir i resztę przytomności odbiera.
 — Zajmij się pani swemi dziećmi — tłumaczy jej towarzysz — zajmij się automatycznie... ubieraj je, czesz, spełniaj koło nich posługi... to panią otrzeźwi...
 — Nie mogę, boję się do nich zbliżyć...
 — Dlaczego?
 — Bo mogę które zabić...
 Z oszklonych, oddalonych okien płynie ciągle walc, powoje zamknęły senne kielichy. — W parku pusto. Na werandzie — zapomniany — koło stolika, nakrytego obrusem, siedzi stary mężczyzna — sparaliżowany od lat kilkunastu. Szklanemi oczyma patrzy w przestrzeń. Żółta twarz, obwisłe policzki, występują ostro w świetle elektrycznej lampy. Siedzi, jak ptak w agonji, który, raniony śmiertelnie, opadł na ziemię i dogorywa. Czy on słyszy te tony walca? Czy on czuje woń jaśminu? Czy on widzi tę wizję kaskady róż białych?... Co mu zasłoniło rozkosz, jaką dać może widok i woń kwiatu, tony muzyki? — Czy hydra dziedziczna, czy nędza, pozbierana po drodze zbyt wesołego życia? — I tu i tam, na ciemnem tle drzew, widać paralityków, siedzących nieruchomo na wózkach. Dreszcz trwogi przejmuje — widać poza nimi otwarte wnętrza trumien, oni czepiają się życia, leczą się!... oni się leczą!...

———————————————

 Powoli gasną elektryczne światła i paralitycy znikają w zupełnym cieniu. — Walc dolatuje ciągle, teraz tak wyraźny, że głuszy cichy płacz kobiety, opartej na ławce. Ja siedzę i myślę, że rozkosz życiowa jest bardzo nędzna, a natomiast boleść życia jest olbrzymia i niewyczerpana. A skoro jeden jest tylko cel, skoro wszyscy musimy umrzeć, czy warto żyć, gdy się już nie słyszy melodji, gdy się nie widzi róż i nie czuje o wieczornej porze rozmarzającej woni jaśminu?
 Jakże jednak wielkie musi być to przywiązanie do życia, skoro te trupy, powykrzywiane tragicznie i niknące w cieniu, siedzące tak w milczeniu i rozpaczliwem unieruchomieniu — czepiają się tak życia, tak nie chcą odejść od uczty, która dla nich ma już sam piołun i szelest nieśmiertelników. Czego spodziewać się jeszcze mogą? Czego oni oczekują od różanej jutrzenki? czego od purpury zachodzącego słońca?
 Bal się skończył. Umilkły czardasze i walce. Tłum rozchodzi się powoli po willach, wózki turkoczą, lekarze zaczynają chodzić do pokoi pacjentów, tu i ówdzie przebiegnie badediener z mokrym kocem na ręku, cisza wielka zalega całą dolinę Kaltenleutgeben.
 Pod moje okno pną się róże białe i różowe. Na stoliku więdną czarujące purpurowe i żółte. Woń ich aż odurza i każe zapomnieć o płaczu zrozpaczonej kobiety, o martwiejącym wzroku paralityka, o kościstej dłoni, którą i ja mam na mojem ramieniu — woń ta przejmuje tak dziwnie, że stoję wpatrzona w biały krzew, rozwiewający śnieżne kwiaty wśród nocnej ciemni i mimowoli myślę:
 „Białe róże, senne róże — dobrej nocy wam!“

 Kaltenleutgeben, lipiec 1901.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.