Z wędrówek Haruna Al Reszyda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Z wędrówek Haruna Al Reszyda
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Z WĘDRÓWEK HARUNA AL RESZYDA.

Jako potężny Harun al Reszyd, kalif wszystkich wiernych, kiedy na Arabję spadły przeróżne klęski, przegrane sromotnie wojny, długie głody i zaciekłe bunty poddanych, nie mogąc się dowiedzieć prawdy od swoich kłamliwych doradców, opuścił potajemnie stolicę i poszedł pomiędzy naród, aby się naocznie przekonać o źródłach złego, krótka historja z tysiąca i jednej nocy, opowiedziana ku nauce i przestrodze potomnych.

Szecherezada, gdy noc ciemnym namiotem osłoniła pustynię, a szakale zawyły swoją pieśń wieczorną, usiadła, jak zwykle, na terasie pałacu, w gronie przyjaciół, i rzekła:
— Wczoraj opowiadałam, jak Wielki Harun al Reszyd wyrwał się ze szpitala trędowatych i uciekł.
Skinęli głowami w milczeniu i zapatrzyli się w jej oczy, podobne gwiazdom, co się roziskrzały w bezmiarach, a ona zaczęła:
— «Sułtan uciekał, pędził jak wicher i jak szalony wpadł na stację, pociąg już stał na peronie, ale we drzwiach zagrodził mu drogę jakiś człowiek.
— Proszę o bilet!
Reszyd osłupiał, nie rozumiał bowiem żądania.
— Bilet! Naco? Człowieku, błagam cię, powiedz mi, co to jest takiego? Powiedz! — Bełkotał, chcąc go objąć błagalnie, ale dostał kułakiem w piersi, aż się potoczył na ścianę.
— Poszoł won, pijanica! a nie, to zawołam żandarma!
Kalif cofnął się bezradnie, łzy napełniły mu oczy, a ta męcząca zagadka rozsadzała mózg, że szepnął:
— O, Ałłach! jak ciężka jest nauka życia!
I ochłonąwszy nieco, jął nieśmiało i trwożnie rozpytywać ludzi, dlaczego odźwierny żąda od niego biletu? I co to jest bilet? Patrzyli jak na warjata i wybuchali śmiechem, dopiero jakiś litościwszy wskazał mu długi łańcuch ludzi, cisnących się do jakichś okienek, i rzekł łagodnie:
— Tam sprzedają bilety!
Reszyd rzucił się gorączkowo w szereg, ale wysoki mąż w niebieskim burnusie, stojący zboku, krzyknął groźnie:
— Kuda leziesz? — I władczym ruchem wyrzucił go na salę.
Wtedy Reszyd stanął jak gromem rażony, na szczęście przysunął się do niego młody Egipcjanin o bujnych kędziorach, zwisających mu przy uszach, i szepnął cicho:
— Ja kupię bilet, pan dobrodziej da pieniądze, i zaraz przyniosę, ja się nie boję tego chama! — Wskazał ostrożnie na niebieski burnus.
— Zbawco mój! -— wybuchnął Reszyd, wciskając mu garstkę złotych monet.
— Pierwszą klasę dla pana dziedzica, ja się zaraz poznałem...
I po chwili sułtan oglądał ciekawie bilet, a Egipcjanin, nie zwróciwszy reszty, kłaniał się uniżenie i wołał gorąco:
— Szczęśliwej drogi dla jaśnie pana hrabiego!
— Niech ci Ałłach zapłaci — jęknął Reszyd i byłby go przycisnął do serca, i może nawet przyobiecał jakie ulgi dla wszystkich Egipcjan, ale fala ludzi porwała go ze sobą, że tylko westchnął:
— Zaprawdę, niemały trud podjąłem dla szczęścia moich poddanych. — I znalazłszy się w pulmanie, złożył na ławce swój skromny bagaż, owinięty w gazetę, i stanął w oknie. Zdumiony był i pełen niepokoju, tłumy się bowiem tłoczyły na peronie i wdzierały do pociągu, pod szklanemi dachami stacji przewalał się huk jakby morza szumiącego, brano szturmem wagony, a on napróżno szukał w tej szarej, skłębionej masie choćby jednego munduru, choćby jednego opiekuńczego bagnetu!
Przecież znał swoich wiernych, wiedział, że gwardje mają białe płaszcze, że lotna jazda nosi nahajki na złotych pętelkach, że generałowie mają czerwone lampasy u spodni; pamiętał, ile guzików powinien mieć prosty żołnierz, jakie hafty ministrowie, jakie barwy służba i wszyscy, którzy go zawsze otaczają -— boć sam to z niemałym trudem ustanawiał ukazami a srogo przestrzegał.
— Ale czemże jest ten tłum! — myślał z goryczą. — I to mają być moi wierni poddani? Mój naród? Ta szara, nędzna trzoda, to mój naród? Rozumiem teraz źródła niepokojów i buntów — szepnął naraz i, wydobywszy nieodstępny notes, zapisywał prędko:
— «Wydać ukaz, aby byli wszyscy umundurowani wedle zasług i rang! Kolor i rodzaj mundurów niechaj ustanowi mój wierny senat!» — Odetchnął z ulgą, poczuł boską radość czynienia dobra.
— To utrzyma ład społeczny! Człowiek bez munduru, to człowiek bez imienia, zero! Niezadowolonych będzie można awansować, a mały podatek od rangi przyniesie skarbowi pewną korzyść. — Rozmyślał ojcowsko, z głęboką troską o doli tych rzesz nieprzeliczonych i byłby znowu zanotował coś wiekopomnego, ale wprost na niego waliły korytarzem jakieś potężne walizy, kosze, pierzyny, tłumoki, klatki z ptakami, wspaniały gramofon, wielkie czajniki, dzieci, bony, gruba, czerwona pani, cała w czeczunczy i białych woalach, a wkońcu kroczył dostojny mąż w czapce z gwiazdką i z urzędową, cudnie rozkwitłą twarzą, i wszystko to wdarło się do jego przedziału i zalało go niby huragan!
— Na Ałłacha, to musi być który z moich wielkorządców! — szepnął Reszyd, onieśmielony niezmierną powagą męża, lecz nie miał czasu rozmyślać, bo jakiś krzyk wstrząsnął stacją, zagrzmiała muzyka, tłumy skłębiły się niby mrowisko, a wśród ciżb, miotających się na różne strony, pracowały nahajki i kolby tak zawzięcie, że co chwila podnosił się nieludzki wrzask i migały rozkrwawione twarze.
— Co się stało? Dlaczego biją? — pytał dokoła.
— Robią miejsce dla wojska! — odpowiedział mu ktoś po fenicku.
Jakoż zaraz ukazały się gęste szeregi, nakryte błyszczącym lasem bagnetów, szły twardo, aż ziemia jęczała; muzyka grała, obcasy biły do taktu, ale szli jacyś ponurzy i smutni, a tłumy ogarnęła nagła, trwożna cichość, że tylko płacze zrywały się gdzie niegdzie.
— Na pewną rzeź ich prowadzą! — szepnął ktoś.
— Na niewiernych idą! Zwyciężą! Zwyciężą! — wołał Reszyd płomiennie.
— Zwyciężą, ale bezbronnych! Znamy ich zwycięstwa!
Sułtan odsunął się niechętnie, a skoro wojsko przeszło do ostatnich wagonów, śpiesznie zanotował w notesie:
— «Fenicjan pozbawię łaski umundurowania, to wrogowie Kalifatu». — Pociąg ruszył i zatrzymał się gwałtownie, a po wagonach zaczęli biegać jacyś ludzie, przeglądając wszystkie wagony.
— A może to mnie szukają? — pomyślał, cofając się do przedziału, ale wszystkie miejsca były zapakowane rzeczami, a na skromną uwagę, że i on tutaj siedzi, dostojny mąż krzyknął po arabsku.
— Ty kto tak oj, a? Ubirajsia k’czortu!
I nim się zdołał zarekomendować, wyleciał na korytarz, a za nim jego bagaż, i drzwi się zatrzasnęły, napróżno prosił i nawet pokazywał bilet i paszport jako najprawowitszy Arab, dostojny mąż był niewzruszony i tylko krzyknął przez drzwi:
— Ja czynownik, mnie nado po służbie!
Reszyd westchnął jakoś żałośnie i napisał w notesie:
— «Dać rozporządzenie, żeby w pociągach pozostawiano nieco miejsc i dla osób cywilnych».
Pociąg wreszcie ruszył i leciał przez pola zadeszczone, nieobjęte, smutne, pełne obmokłych drzew, dróg błotnistych i niskich, nędznych chałup, przywartych do ziemi.
Harun al Reszyd patrzył, wzdychał i raz po raz sięgał po notes, nie wiedział, co notować, nudził go ten krajobraz, bolały kości, wczoraj tak srogo sponiewierane, a deszcz, trzepiący monotonnie w szyby, usypiał, że zapragnął cichego, ciepłego kąta.
W najbliższym przedziale, w obłokach dymów, siedziało kilku oficerów porozbieranych i grali w karty, gęsto popijając.
— Wam czego? Pszoł! — zakrzyczeli, skoro uchylił drzwi, że cofnął się prędko i już ostrożnie, na palcach, zajrzał do następnego.
Siedział tam jakiś gruby pan w czapce urzędowej, jakaś pani z dwojgiem dzieci i jasnowłosa dziewica, pokryta piegami, spojrzeli wrogo na niego, gdy zajmował miejsce, ale kiedy przemówił do nich po arabsku i wkulił się w kąt, ciągnęli dalej przerwaną rozmowę; pan w czapce skarżył się schrypniętym, przepitym głosem:
— Ja prawdziwie arabski człowiek, ja czynownik, wiernie służył sułtanowi, a teraz co? W duraki posłali! To Fenicjanie do nas napisali, że ja wziatkj brał i gubernator im powierzył! Tak, on liberał, on prawie socjalista! — I grzmiał coraz głośniej, a potem dama zaczęła wyrzekać na straszne czasy.
— Iw naszym powiecie same buntowszczyki. Jeszcze pół roku temu, to czy było potrzeba obuwia, czy konfektów, czy co do kuchni, wszystko sami przynieśli i jeszcze prosili, żeby przyjąć, a dzisiaj co? Zobaczyłam wczoraj w sklepie cudny materjał na suknię i kazałam odesłać do domu, a ten podły kupiec powiada mi zuchwale:
— Pani naczelnikowa, zaraz się płaci, bo już nie kredytuję!
— Ot skatina! Takiegoby w mordę raz i drugi! — mruknął pan.
— Myślałam, że umrę ze wstydu! Oni teraz górą, oni! Nawet chłopca mi pobili, prawda, że pierwszy zaczął, ale jak śmieli tknąć arabskie dziecko! Bunt wszędzie!
— Żeby ja miał ze dwie — trzy sotnie, tak jabym im pokazał konstytucję! Ucieszyłbym serce! — wzdychał żałośnie.
Reszyd wyszedł pocichu na korytarz i pomyślał z niechęcią:
— Tak samo mówią mi ministrowie, ale co mówi naród? Gdzie prawda? — I poszedł szukać tej prawdy do sąsiedniego wagonu drugiej klasy, przepełnionego Fenicjanami! Zasiadł wolne miejsce i rozglądał się ciekawie.
Rozmawiali półgłosem, dyskretnie, niektórzy czytali gazety, jakaś pani rozcinała francuski romans.
— To tylko Fenicjanie, ale także naród, nie czynownicy! — pomyślał, i serce wezbrało mu radością, że oto nareszcie przemówi, wypyta się i znajdzie tę poszukiwaną prawdę, chrząknął raz i drugi, poprawił mankietów i zapytał o coś sąsiadów.
Nikt się nie odezwał, błysnęły tylko srogie spojrzenia.
Ponowił pytanie, sądząc, że niedosłyszeli, a na to ktoś rzekł.
— Nie rozumiemy po arabsku!
Zabolało go to niezmiernie, że, nie zważając na wrogie milczenie, jął mówić prędko.
— Ja ze stolicy! Przyjechałem, żeby tak z wami pomówić serdeczno, od duszy! Żeby wiedzieć naprawdę, co się u was dzieje...
Mówił długo i w próżnię, bo wszyscy pilnie czytali lub udawali drzemiących, że zamilkł zawstydzony i napisał w notesie:
— «O, Ałłach! ty widzisz, jak trudzę się dla szczęścia swojego narodu!»
Na jakiejś stacji rozjazdowej wpadł do wagonu chłopak z gazetami i krzyczał jak oszalały!
— Najświeższe wiadomości! Sprali Arabów! Kurjerek poranny, sto Chińczyków zabitych, jeden Arab ranny!
Wagon wybuchnął śmiechem, i wszystkie ręce wyciągnęły się po gazety, tylko jeden Reszyd zakrzyczał gniewnie:
— Jak śmiesz tak kłaniać, ja cię każę wysłać na Saharę! — i chciał go złapać za kołnierz, ale chłopak wyskoczył na peron i wołał ze śmiechem.
— Niech się pan tak nie stawia, panie Arabski, bo jak zawołam Chińczyka, to pan majtasy zgubi ze strachu, i będzie wstyd!
Wagon już ryczał ze śmiechu, ale wnet przycichło, bo ktoś zaczął czytać depeszę z pola bitwy, więc wszystkie twarze pojaśniały, wszystkie oczy rzucały błyskawice, i wszystkie serca przejęła niezmierna radość, że wojska Kalifa znowu zostały pobite, a jakaś pani zawołała wzruszonym głosem:
— Niech będą błogosławione chińskie ręce, one kruszą nasze okowy!
Reszyd uciekł, nie mógł już słuchać, wrzał gniewem i bólem.
— Przegrali! Znowu przegrali! — jęczał, łamiąc bezsilnie ręce. — A może to nieprawda, może to tylko Fenicjanie rozpuszczają takie wieści, że upadło serce wiernych! — Ale gdzie prawda? Gdzie? — krzyczało mu serce, i biegł korytarzami wagonów i wszędzie widział tak samo radosne twarze, gazety w rękach i oczy jaśniejące radością!
Poczuł się tak samotnym i nieszczęśliwym, że schronił się do wagonu trzeciej klasy, a tłum dziko rozkrzyczany i groźny, co chwila bowiem ktoś przemawiał namiętnie, groził pięściami, a cały wagon wtórował krzykiem i groźbą.
— To prawdziwy naród, tutaj dowiem się prawdy — pomyślał, słuchając uważnie, ale wkrótce przejął go lęk, i pot okrywał skronie, gdyż bluźniono przeciwko jego świętej osobie i przeciwko jego ministrom, a co chwila zrywał się przerażający ryk:
— Śmierć sułtanowi, na pohybel z nim!
— Więc to taka prawda! Więc to mój naród, to moi wierni poddani! — dumał, wpatrzony w groźne, nieubłagane oblicza, zeżarte nędzą i pracą, i głodem. — Więc to przeciwko mnie, za moją pracę dla ich uszczęśliwienia!
I z bolesną rezygnacją wchłaniał w siebie wszystkie oskarżenia, wszystkie groźby, wszystkie skargi, wszystkie odwieczne nędze, wszystkie łzy nabrzmiałe spływały mu do serca, i góra ludzkiej niedoli przywaliła jakby grobowym kamieniem, iż siedział i zapisywał w notesie, myśląc z cichą radością o chwili, gdy wezwie doradców i rzuci im w twarze te straszne, krwawe prawdy!
Aż wkońcu się ożywił, rozgadał i gorąco a ostrożnie jął namawiać, aby te wszystkie żale, skargi i krzywdy zanieśli przed sprawiedliwe serce sułtana, gdy naraz wpadł jakiś kolejowy dygnitarz i krzyknął.
— Czy jest tutaj pasażer pierwszej klasy?
Reszyd podniósł się bezwiednie.
— Proszę wyjść natychmiast! Prędko, niema chwili do stracenia! To-warjaci! Cały wagon! Konduktor! — krzyczał, ciągnąc Reszyda przez siłę do drugiego wagonu, a gdy zjawił się konduktor, dostał w twarz i kopnięcie! — Ach ty, skatina! jak mogłeś tam pana puszczać! Zamknij drzwi, wyciągnij rewolwer, tam już furja wybuchła, o! — Komenderował ostro, Reszyd szedł za nim oszołomiony, nie rozumiejąc, co się z nim dzieje. Z wagonu huknął potężny śpiew, aż się zatrzęsły wagony!
— Może uratowałem panu życie! — rzekł skromnie dygnitarz, wprowadzając go do pustego przedziału pierwszej klasy.
— Więc to szaleńcy? — ledwie zdołał zapytać Sułtan.
— Tak, wieziemy ich do szpitala! Tak, czy pan tego nie zauważył? Może się pan prześpi, zamknę drzwi, żeby nie przeszkadzali.
— Więc to wszystko nieprawda! Niema nędzy, niema skarg, niema nienawiści, niema głodów! O, Ałłach! wielki jesteś i miłosierny! — szeptał, budząc się jakby z ciężkiego snu i bijąc dziękczynne pokłony Bogu sprawiedliwemu i, skupiwszy się modlitwą, rozciągnął się na ławce i zasnął.
Dzień już był, kiedy się przebudził, pociąg stanął na jakiejś wielkiej stacji, kazał sobie podać herbatę do wagonu, ale, zobaczywszy tłumy na peronie, pomyślał nagle.
— A jeśli to nie byli warjaci, a jeśli prawdę mówili?
Nie umiał przyciszać wątpliwości, więc gdy tylko pociąg ruszył, poszedł sprawdzić, chciał się jeszcze przekonać. Nie mógł tylko zrozumieć, że wagony były jakieś odmienne, wspanialsze i czystsze.
— Musiałem nie zauważyć! — rozmyślał, zaglądając do pierwszej klasy, siedzieli tam poważni, siwi Arabowie, pili herbatę i, nie zwracając uwagi na jego wejście, sławili jakby w dalszym ciągu mądrość Sułtana i jego doradców...
W drugiej pełno było panów różnych, dam, kupców i studentów; właśnie gdy wchodził, czytano najświeższe depesze o wielkiem zwycięstwie nad podłemi, chińskiemi małpami; słuchał chciwie, pił te wieści jak nektar przesłodki, a gdy wznieśli gorący okrzyk na cześć Sułtana i wojsk niezwyciężonych, krzyczał najgłośniej i całował się ze wszystkimi jak z braćmi, obiecując w duszy sowite nagrody tym wiernym, prawym Arabom, którzy skwapliwie podawali mu swoje karty wizytowe. A w trzeciej klasie, do której zajrzał wkońcu, panował tak samo gwar, raczono się wódką i ogórkami, ktoś grał na bałabajce i ktoś bił obcasami kamaryńskiego, aż huczało, pełno było robotników w czystych bluzach, o czerstwych, żołnierskich postawach i wypasionych twarzach; siedział między nimi najdłużej, rozmawiał, zachęcając, by powiadali całą prawdę, jak jest po ich wsiach, po fabrykach, w całym narodzie...
I płynęła mu do serca i mózgu miodowym potokiem prawda, taka, jakiej pragnął, jaką przywykł żyć, jaką go karmiono od dzieciństwa, że rozrzewnił się do łez i, wróciwszy do swojego przedziału, wyszeptał z błogością:
— Teraz jestem spokojny! Wiem, co się dzieje w mojem państwie! — Naraz drgnął, jakby nóż przeszyła jego serce myśl:
— A jeśli mi to wszystko urządzili? A prawdą jest tamto?
Nie znalazł odpowiedzi!

17/VIII 1908.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.