Z puszczy Białowieskiej (Dyakowski)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bohdan Dyakowski
Tytuł Z puszczy Białowieskiej
Wydawca Redakcya „Przyjaciela dzieci“
Data wydania 1908
Drukarz Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.
Przyjazd do puszczy.
(Dalsza droga koleją. — Opowiadanie o podróżach Glogera. — Charakter drzew w puszczy. — Mazurzy w Białowieży).
Niedużą, bo nie spełna 40-wiorstową odległość między Białymstokiem a Bielskiem, przejechano niepostrzeżenie. Nie dla tego wprawdzie, aby pociąg podążał zbyt szybko, zużył on bowiem na tę przestrzeń prawie dwie godziny, ale gawędka z Jankiem i rozpytywanie się go o różne szczegóły wypełniły czas tak dalece, że chłopcy ani się obejrzeli, jak przed samą szóstą stanęli w Bielsku, gdzie trzeba było znów się

Smolarnia w puszczy Białowieskiej.
przesiadać już do czysto lokalnego białowieskiego pociągu.

Wyglądał on mało zachęcająco.
— Gdzież my się tu pomieścimy? — dopytywał się zdumiony Józio, próżno upatrując osobnych wagonów w długim szeregu pustych platform i kilku towarówek, stojących przed dworcem.
— A no, pojedziemy na pustej platformie, będzie nam przewiewniej. Przecież innego pociągu niema.
Innego istotnie nie było, a na dworcu kręciła się spora gromadka podróżnych, prawie wyłącznie żydów i włościan. Ruszywszy za nimi, chłopcy przekonali się, że na końcu pociągu znajdowały się wagony osobowe: jeden drugiej i jeden trzeciej klasy.
— Arystokracya nie odwiedza, widocznie, puszczy, kiedy nie przygotowane dla niej pierwszej klasy, — rzekł Julek.
— Albo jeździ umyślnymi pociągami, — dodał Kazio.
— Co za szczęście, że my nie jesteśmy arystokracyą, bo byśmy musieli czekać na ten umyślny pociąg.
— Albo jechać na własnych nogach, per pedes apostolorum.
— Nie mów-no dużo, a siadaj prędzej, bo ci tak pozajmują miejsca, że będziesz musiał stać na własnych nogach! — podpędzał Janek.
W wagonie było porządnie ciasno, nie dla tego coprawda, że do Białowieży jechało zbyt dużo osób, ale dla tego, że wagon był tylko jeden. Jakoś się jednak ulokowano.
Pociąg ruszył z wielkim hałasem, zgrzytem i sapaniem, ale z nie nazbyt wielką szybkością, nie o wiele jednak gorzej od białostockiego, choć tamto przecie była główna linia, a to bocznica.
Po drodze mijano pola, pagórki, gaje, wsie, rzeczułki; nie tylko jednak Białowieży, ale wogóle żadnych większych lasów nie było nigdzie widać.
— Czyś ty aby, Janku, pewny, żeśmy siedli do właściwego pociągu? — spytał nagle Julek: — bo mnie się zdaje, że my jedziemy nie do puszczy, ale od puszczy. Przecież koło Warszawy większe były lasy.
— Będzie, będzie i puszcza, nie obawiaj się! Wspominałem wam już przecie, że najbliższe jej okolice są prawie zupełnie bezleśne. Ale niedługo ujrzymy już i samą puszczę. Bądź co bądź, jedziemy pociągiem, a nie tak jak Gloger, który wlókł się z kilku towarzyszami olbrzymim drabiniastym wozem z budą płócienną. Prędko nie jechali, to prawda, ale zato robili wrażenie: żydzi w miasteczkach brali ich za wędrownych akrobatów, a włościanie w puszczy i okolicy za jakąś ważną komisyę rządową, wóz bowiem był zaprzężony aż w 6 koni, sądzili więc, że nie byle kto nim jedzie.
— Szkoda, ze my tak nie jedziemy, — zawołał Julek, — byłoby to znacznie oryginalniej, niż to cywilizowaną europejską koleją, zupełnie nie pasującą do puszczy.
— Gloger odwiedzał puszczę Białowieską kilkakrotnie, — ciągnął dalej Janek — raz, mianowicie w r. 1882 wspólnie z Henrykiem Sienkiewiczem, który opisał nawet te wycieczkę w osobnem opowiadaniu. Sam zaś Gloger wydał ładne album „Białowieża w albumie“ z widokami i opisem puszczy.
Jeszcze czas jakiś jechano bez lasu, wśród pól i pagórków.
Dopiero na milę drogi przed stacyą Hajnówka majaczył na widnokręgu długi i wązki ciemny pas. Była to puszcza. Chłopcy powitali ją okrzykiem. W miarę zbliżania się stawała się ona coraz barwniejszą, najpierw ciemno-błękitną, następnie zieloną. Pas, przypominający początkowo chmurę, stawał się coraz wyraźniej lasem i już bez trudu można było odróżnić w nim szeregi wysokich drzew i niższych zarośli, stanowiących podszycie.
— Nareszcie dojeżdżamy do puszczy, ale ja, przynajmniej dotychczas, nie widzę jeszcze w niej nic nadzwyczajnego! — zauważył Kazio.
— I to ty tak mówisz, amator poezyi i piękna? — wołał Julek: — czyż nie widzisz, jaki to olbrzymi las, jak szeroko rozciąga się przed nami! Co to tam musi być we środku?
— Tego właśnie nie widziałem jeszcze. A tymczasem las, jak las, może trochę większy od tych, co pod Warszawą.
Zatrzymano się na stacyi Hajnówka, leżącej tuż pod okazałym sosnowym borem, którą zwartą ścianę wysokich, smukłych i gibkich drzew zamykał sobą widnokrąg. Dołem czerwieniły się proste, strzeliste pnie, w górze kołysały się z wiatrem zielone ich korony.
— Może i to nie ładny las? — zapytał Julek.
Ale w Kaziu wyrobiła się zaciętość, jak to nieraz bywa w dyspucie. Odrzekł więc:
— Ładny, nie przeczę, ale takie same bory mamy koło Wawra i Miłosny. To dla mnie jeszcze nie puszcza.
— A to ci wybredny pasażer!..
Po niezbyt krótkim postoju w Hajnówce, pociąg ruszył dalej ku stacyi Białowieża.
— Czemuś nie odfotografował tego pierwszego widoku puszczy?.. — zapytał nagie Julek Józia: — czasu tu było tyle, że mogłeś nie tylko zrobić zdjęcie, ale jeszcze wywołać, utrwalić, skopiować, nawet zanieść do Warszawy pokazać rodzicom i wrócić.
— Ech, będę robił zdjęcie, jak wysiądziemy z pociągu.
Teraz jechano już lasem. Po obu bokach drogi wznosiły się drzewa, przeważnie sosny, o pniach wysokich, prostych i smukłych, pozbawionych zupełnie gałęzi, z wyjątkiem niewielkiej korony u wierzchołka.
— Potraciły dolne gałęzie, — zauważył Janek. — Zwykła to właściwość drzew z wielkich gąszczów i wielkich lasów: każde z nich dąży do światła i rośnie przedewszystkiem na długość; zacienione zaś dolne gałęzie, usychają, giną i odpadają. Utrzymują się na pniu jedynie górne, które wyrosną powyżej innych drzew. Są to jakby wzajemne wyścigi do słońca. Lud wyraża to poetycznie, mówiąc, że wszystkie drzewa dążą do tego, by „pogadać z niebem“. A Sienkiewicz bardzo dowcipnie określił tę właściwość drzew puszczańskich w sposób następujący: każde drzewo myśli tu o grubości dopiero wówczas, kiedy się już załatwiło z wysokością i wierzch w słońcu kąpać może.
— Są jednakże drzewa i krzewy, rosnące w cieniu i obchodzące się bez większego słońca.
— O, jest ich nawet dużo! Są to gatunki uzdolnione do poprzestawania na mniejszej ilości światła i dla tego doskonale im się powodzi w cieniu. Tworzą one tak zwane „podszycie“ wielkich lasów.
— Czy i teraz puszcza przypomina ci lasy pod Miłosną? — zapytał nagle Julek Kazia.
— Teraz już nie, wygląda jakoś inaczej, ale zawsze jeszcze zamało dziko: nie taką ją sobie wyobrażałem.
— Wygląda inaczej, bo są tu drzewa liściaste obok sosen. Widzisz tu, tam — wołał przejęty Julek, pokazując osiki, graby, dęby: — nie wiem wprawdzie, co to za drzewa, bo mi je trudno poznać z okien wagonu, widzę jednak, ze liściaste i że ładnie wyglądają.
— Dobrześ zauważył, — rzekł Janek: — ten mieszany charakter drzew obok ich gęstwiny stanowi charakterystyczną cechę tutejszej puszczy. Sosna wprawdzie przeważa tutaj, ale obok niej rośnie mnóstwo innych drzew, tworząc czasami jednolite połacie lasu, częściej jednak w pomieszaniu jedne z drugiemi. To właśnie nadaje puszczy wielki urok, wielką rozmaitość zieleni, której znajdujemy tutaj rożne odcienie: od ciemnych, prawie czarnych świerków do jasnych brzóz i klonów. Ładną jest puszcza nawet już i tutaj, ale i Kazio ma słuszność, że chce czegoś dzikszego, bardziej ponurego, więcej puszczańskiego, ostępów, mateczników, uroczysk... Po to przecie przyjechaliśmy tutaj.
— Tak, tak — zawołał Kazio: — tego mi się chce właśnie, tego jądra puszcza, o którem napisał Mickiewicz:

Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy,
Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?
Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;
Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,
Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,
Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice.

Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje;
Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,
Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,
Obronnych trzęsawicą, tysiącem strumieni,
I siecią zielsk zarosłych, i kopcami urwisk,
Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.
Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkiem męstwem,
Dalej spotkać się w większem masz niebezpieczeństwem;
Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,
Małe jeziorka, trawą zarosłe na-poły,
Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą,
(Wielkie jest podobieństwo, że dyabły tam siedzą).
Woda tych studni śklni się, plamista rdzą krwawą,
A z wnętrza ciągle dymi, zionąc woń plugawą.

— Brr! aż się zimno robi od tych szerszeni, wężów, plugawych jeziorek!.. Czy tylko są jeszcze i dziś takie ostępy i uroczyska?
— Jest ich znacznie mniej i nie takie dzikie, ale w każdym razie warte widzenia, — odpowiedział Janek.
Po trzech kwadransach jazdy pociąg stanął u kresu drogi, na stacyi Białowieża. Podróżni wysiedli.
— I to może Miłosna i Mazury? — pytał Julek pokazując włościan w szarych siermięgach i chodakach, łykowych.
— Widzę, widzę, że to już nie Mazowsze i nie Mazury — odparł Kazio — i przypomniawszy sobie ustęp o Litwie z „Pieśni o ziemi naszej“, dodał:

Koń obłoczny w wózkach małych,
Lud w chodakach w łyku szytych,
W chatach dymem ogorzałych,
Dranicami płasko krytych.

Jakież jednak było zdumienie chłopców, gdy, wdawszy się w rozmowę z włościanami, przekonali się, iż jeden z nich był Mazurem, mówiącym po polsku, chociaż wybitnie przeciągłym, litewskim akcentem; i to nie jakimś przybyszem chwilowym, ale osiadłym puszczakiem, z dziada, pradziada.
Szczególnie Kaziowi nie mogła się pomieścić w głowie ta niespodziewana obecność Mazura w puszczy.
Ale Janek wyjaśnił zagadkę:
— W puszczy znajdują się całe wsie Mazurów, zwanych tu budnikami. Zostali oni sprowadzeni z nad Wisły w wieku XVIII przez Tyzenhauza, który ich tu osadził, jako specyalistów do wypalania smoły, dziegciu i potażu. Do dziś dnia budnicy różnią się większym wzrostem i ładniejszą budową od miejscowych mieszkańców. Są też bardziej hardzi i dumni: powiadają o sobie, że zostali sprowadzeni jeszcze za królów, jako wyborowi i zdatni ludzie.
Zabrawszy tobołki, wyruszono ku wsi, dla wyszukania noclegu. Ale przedtem Józio na pamiątkę zrobił zdjęcie dworca.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bohdan Dyakowski.