Z konstytucyjnych dni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Z konstytucyjnych dni
Pochodzenie zbiór Na krawędzi
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z KONSTYTUCYJNYCH DNI
NOTATKI



Warszawa, 28 października 1905 r.

Ogólny strajk.
W całym świecie środek tak niebezpieczny już zamknięto do szaf z napisem: — „Medicamenta Heroica“.
Ale i to prawda, że nietyle lekarstwo, ile wiara w nie zbawia...
Tylko czy my potrafimy wierzyć i pragnąć z taką potęgą, że aż się stanie cud?...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ulice ogłuchły, sklepy zamknięte, gazety nie wyszły, życie jakby zamarło, a raczej, jakby przytaiło oddech i zbiera w głębiach...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mam wrażenie, że niby oślepli i spętani balansujemy na linie, rozpiętej nad przepaścią — chcemy przejść na tamtą, jasną stronę...
A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne.
Więc oszalejmy — i niech się stanie dzień wytęskniony...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Ten ruch mas wydaje mi się złowrogo ponury. Jest to, jakby tak znana po więzieniach rosyjskich „gołodowka“, rozszerzona na cały naród i przyjęta dobrowolnie przez wszystkich.

Walka biernym oporem i zwyciężanie bezwładem.
Jedyna broń narodu nigdy nierozkuwanego.
Walczymy nią tak samo, choć nam jest obca, niewyrosła z naszego organizmu, bo i rewolucja musi mieć twarz rasy, która ją robi...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Żyjemy w strasznem oczekiwaniu.
Może jeszcze dzisiaj przyjdą wiadomości, może jutro, a może nigdy.

Niedziela.

Przykry i smutny dzień, deszcz mży bezustannie, posępne niebo przygniata niby taflą ołowiu, miasto w grobowej ciszy, sklepy zaparte, ani jednej dorożki, mgły, jak przegniłe łachmany, przysłaniają świat, zimno i jakoś strasznie na ulicach, ale na trotuarach tłumy — ponure, czarne rojowisko mrowi się pod ścianami bez śmiechów, bez zwykłej wrzawy, prawie bez słowa...
Nabrzmiałe gniewem milczenie przepływa nieskończoną falą, nieme usta drżą, a rozgorzałe oczy błądzą przyczajone po sznurach patroli, krążących ulicami; bagnety połyskują złowrogo; niekiedy, środkiem pustych ulic przelatują kozacy; niekiedy, jak wicher, niosą się całe szwadrony dragonów, lub bryzga błotem „linijka“.
I co chwila spotykają się wraże oczy, twarze się kurczą, grzbiety się prężą, serca biją szybciej, i długo tłumiony krzyk wydziera się z piersi, ale po mgnieniu tłum znowu idzie, przewala się falą, płynie, tylko że coraz cichszy i coraz posępniejszy.
Godziny wloką się wolno i ciężko jak wieki, jakby ten dzień nie miał się nigdy skończyć.
A wiadomości niema żadnych i znikąd!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Trwożne wieści krążą jak kruki, plotki roją się, niepokój wzrasta.
Podobno delegaci rozstrzelani, podobno będzie ogłoszony stan oblężenia, podobno Prusacy gotowi do wkroczenia, podobno idą bezustanne aresztowania. Tysiąc „podobno“, a coraz trwożniejszych, rośnie w lawinę i zalewa, że już oddychać nie można.
I co najstraszniejsza, że to wszystko możebne.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niepodobna wysiedzieć w domu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wszystkie kawiarnie zamknięte.
Idziemy znowu na ulicę, mrok już zapadał, tłumy na Krakowskiem, że trzeba się było przepychać, patroli jeszcze przybywało.
Jeszcze było ciężej i posępniej niźli w dzień.
Wszyscy w gorączce oczekiwania, nowiny latają jak błyskawice, proklamacje idą z rąk do rąk, zdenerwowanie się podnosi, niepokój ogarnia, że jeśli ktoś głośniej krzyknął lub jakaś brama huknęła, tłum przystawał bezwiednie, cisnął się pod domy, rozglądał się z lękiem i nasłuchiwał — bo się zdawało, że z krańców miasta dochodzą głosy armat, że jakiś krzyk, jakby krzyk mordowanych, leci w mrokach, skarży się...
Nie, nie, jeszcze spokojnie, śmierć zadrzemała na chwilę...
Październikowy dzień konał w błocie i deszczu, bełkotały rynny, ulice dławiła zimna i wilgotna noc, tylko latarnie, jakby linja szyldwachów stróżowały, żółty brzask lśnił w opadających kroplach deszczu i pełzał po rozedrganej, nieskończonej fali parasolów, a całemi ulicami i wzdłuż trotuarów ciągnęły się rozkołysane lasy bagnetów, przysuwały się coraz bliżej i coraz groźniej, aż naraz, na jakiś znak, sto żelaznych sieci przegrodziło chodniki...
Co kilka kroków patrol ogarniał jakąś gromadkę, łowił przemykających się pod ścianami, wyciągał z bram, nastawiał więcierz na nadchodzących, zaciskał się kręgiem i jakieś specjalne ręce, z żarłocznością a niesłychaną wprawą, obmacywały kieszenie i dziwnie miłośnie błądziły po ludzkich kształtach, co chwila zrywały się przekleństwa, czasem śmiech urągliwy, czasem tylko pioruny spojrzeń, a niekiedy krzyk zduszony, szamotanie i głuchy, tępy odgłos bijących kolb. Żelazny płot obciskał złowionych i wywodził na środek ulicy.
Od hotelu Europejskiego do placu Aleksandra pięć razy musiałem pokazywać pasport. Puszczali mnie jakoś, ale kto nie miał legitymacji, lub kto ją nawet miał, ale nie podobał się z miny, kto szedł w pelerynie, kto miał zbyt wielki kapelusz, lub za długie włosy — podejrzany! Brać go! Tylko cylindry znajdowały łaskę, czyste rękawiczki były prawomyślne, a karety nietykalne.
Policja pracowała nad wszelką pochwałę...
Ale tłum nie uciekał, odpowiadał na przemoc milczącą, wyniosłą wzgardą.
Czułem, widziałem, jakie tam w sercach wzbierają moce, jaki war gniewu zalewa dusze.

Poniedziałek.

Nic jeszcze. Niema rozwiązania! Walka trwa.
Od zmagania się potężnego dwóch sił ziemia drży.
Bój wre bez pardonu, bez miłosierdzia, w ponurem milczeniu śmierci, nikt łaski nie żąda, czasem jeno zagrochocą salwy, zerwie się krzyk mordowanych, i znowu cisza zmagań, głuchy odgłos szamotań — polip oplątał rekina i dusi zwolna, dusi na śmierć wieczną.
Dzień suchy i jaśniejszy, na ulicach pustki.
W kawiarniach tłok, nastrój ponury, zastraszające wieści spadają lodowatym strumieniem.
— Rząd zmoże! Strajk już pęka, rozłazi się.
— Dusimy się własnemi rękoma — kraczą złowrogie głosy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Uciekłem, ale i w domu niepodobna usiedzieć: robota leci z rąk, każdy głos z ulicy przeraża, co chwila ktoś wpada z najnowszą wiadomością, i co chwila jest się w niebie, i spada się również co chwila na samo dno rozpaczy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Lepiej na świecie, pomiędzy ludźmi, którzy wierzą i pragną.
— Czekać spokojnie, wytrwać! — mówi ulica.
Idę na włóczęgę, gdzie oczy poniosą.
Aleje Ujazdowskie martwe, nieco trupie, twarze zalęknione, ruchy niepewne, w oknach zasłony; Nowy Świat wzburzony — jakże?... handel przecież ustał; Krakowskie-Przedmieście zdeterminowane, trzeźwiejsze ale bez nadziei; Marszałkowska tłumna, oczy świecą pewnością, prawie gwar, jęczą tylko właściciele; święta własność nie cierpi awantur...
— Cały parter przerobiłem na sklepy, a teraz co? kto mi wynajmie? Deskami musiałem pozabijać... — skarżył mi się jeden.
Stare Miasto podobne do ula, kipi wrzawą i ruchem. W kościołach pełno zapłakanych twarzy. Dzielnica wzburzona, po bramach kłótnie, lud zdenerwowany nędzą i głodem.
— Na śmierć iść każą — pójdę, ale z głodu nie chcę zdychać!
— Jeść już niema, węgle po dwa ruble, wszystko w zastawie!
— A robić nie pozwalają: mojemu wczoraj porżnęli robotę!
— Mnie maszynę rozbili... — skarży się jakiś blady człowiek.
— Niech do mnie tylko przyjdą, wrzątkiem będę lała...
Na placu Zamkowym natknąłem się na kondukt żałobny. Jednokonny karawanik, prosta trumna, a za nią kobieta zapłakana i kilkoro dzieci, trzymających się za ręce.
— W cerkule umarł, panie, no! Nawet go nie dali obejrzeć po śmierci, no... — tłumaczy mi cicho jakaś stara, wynędzniała kobieta.
— Jest Bóg sprawiedliwy, jest — szeptała blademi wargami.
Nalewki ludne, po bramach pełno, przed domami ruchliwe gromady, niepokój, gwar szeptów i krwawe spojrzenia na gęste posterunki...
Idę na krańce miasta. Dzielna, Smocza, Chłodna, Żelazna — sam prawie lud roboczy, spokój zupełny, wiara bezwzględna, twarze zacięte, blade, uśmiechy zdecydowania, nastrój walki, a nędza wstrząsająca.
— Wytrzymamy! — mówi mi ktoś o zielonej twarzy głodomora.
Straszliwe napięcie nerwów; w przerażającej cichości; bez gestów, bez wrzawy, bez chwalb, wiedzie się ta walka skutych, którzy w najgłębszem milczeniu, smagani nędzą, mocują się z kajdanami.
— Zabiją — to i cóż? Stracę tylko te puste kiszki.
— A może naszym dzieciom będzie lepiej — mówią mi spokojnie.
Dziwni ludzie: oczy jasne, twarze poczciwe, łachmany na grzbietach, głodni, wynędzniali, a królewsko hojni, bo gotowi ceną krwi i życia zapłacić za wspólną sprawę...
— Mam dziennie złotówkę na nas sześcioro, ale nie ustąpię!
— Żeby była jedność, niktby nas nie przemógł! — szepcą mi cicho.
— Ale ci, co brzucha już nie mogą udźwignąć, o naród nie dbają...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W jakiejś suterenie, na środku stał garnek, pięcioro dzieci cisnęło się, wyjadając z niego zimne kartofle, w kącie na barłogu siedziała matka, ledwie przyodziana w łachmany.
— Mojego utopili mi jeszcze w maju a teraz pan widzi... —— rzekła, wskazując nędzę, wyjącą z każdego kąta.
Dzieci podniosły na mnie oczy, zrobiło się cicho, że dały się słyszeć krople wilgoci, padającej z sufitu.
— Zdychamy z głodu... niezadługo... I co to komu zaszkodzi?... przecież dziura w niebie się nie zrobi! — zaśmiała się strasznie.
Naraz porwała jedno z dzieci i, wyłupując je z łachmanów, zaczęła trząść niem, niby workiem zetlałych kości, a krzyczeć:
— To człowiek, panie, co? To człowiek! Ażeby was cholera!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A potem, przed Europejskim, spotkałem znajomego.
— Wiesz?... już od tygodnia niema ostryg — skarżył się żałośnie.
Bodaj ci chleba zabrakło, jak tamtym!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W cukierni, przy sąsiednim stoliku, jakieś dwie panie, dwie strojne, pachnące i cacane papużki o ufryzowanych łebkach piesków pokojowych, żaliły się przed sobą:

— Okropność, co wyrabiają ci ludzie! Przecież płacę i od trzech dni nie mogę dostać świeżych bułek.
— Straszne czasy... I znowu przepadł cały sezon!... — jęknęła druga. — Bo policja powinna ich zmusić do roboty...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Głupota i egoizm to kamień węgielny życia. Ktokolwiek kiedy walczył, z tem walczył; ktokolwiek będzie walczył w przyszłości — od tego zginie, bo to siła nieprzemożona...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kawiarnia, to wolna trybuna dla wszelkiego cywilizowanego analfabetyzmu. Wszyscy tam stanowią o wszystkiem i bez apelacji.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Znowu na ulicy!
Burza polityczna zmienia zupełnie fizjognomję ulic, bo gdzie się to podziały owe triumfalne korowody gum, pędzących na złamanie karku? gdzie owi cyniczni utrzymankowie, porozwalani w powozach? gdzie owe kokoty strojne i całe to próżniacze hultajstwo, obryzgujące przechodniów?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ani jednej wiadomości pewnej.
A trwożny nastrój rośnie, szarpie, dławi już, świeci we wszystkich oczach gorączką, przegryza serca. Boże, jak ten czas się wlecze!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O zmroku znalazłem się znowu w kawiarni w gronie kilku przyjaciół. Nastrój stawał się już nie do wytrzymania, trwogą przesycała się atmosfera, mówiono cicho, jakby przy łożu konającego. Tylko „rozsądni“ podnosili żabi, skrzeczący głos:
— A nie mówiłem, nie ostrzegałem, że się to psu na budę nie zda!...
— Psiakrew, żebyś sobie duszę wypluł pod własne nogi!
Naraz gwar się podniósł, jakiś zadyszany pan mówi:
— Trepow usunięty! Bułygin dymisja! Ministerjum liberalne!
Buchnęło tysiąc komentarzy, tysiąc przypuszczeń zakotłowało i tysiąc wątpliwości zaczęło osnuwać wszystkich, gdy znowu jakiś pan blady, w cylindrze nabakier, wpadł z wiadomością:
— Strejk zgnieciony, delegaci uwięzieni, Trepow dyktatura, represje!
Grobowe milczenie zaległo, twarze się ukryły za płachty starych gazet, jakaś staruszka ociera łzy, a ów pan już ciszej upewnia o pewnych źródłach swoich wieści przerażających.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Policja nas wyprosiła: kazali zamykać kawiarnię o szóstej wieczorem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nie mogliśmy się rozejść, bo nikt nie miał odwagi pozostać sam na sam z rozpaczą. Chronimy się więc gdzie indziej, w jakimś zacisznym pokoju. Restauracja posępnie pusta, garsoni drzemią po kątach, gaz syczy sennie i nuda wyje od pustych stołów.

Nikt nie mówi. Zmora legła na sercach i szarpie ostremi pazurami.
— A jeśli to prawda, to cóż? — budzi czyjś głos złowrogi.
Milczenie długie, lękliwie tajone myśli rozpierają czaszki, oczy gasną, każdy zstępuje w najtajniejszą głąb siebie, tam, gdzie leży przyczajony strach i syczą plugawe gadziny zwątpień, aż ktoś, kogo przywykliśmy uważać za samą „obojętność“ na wszystkie sprawy świata, porwał się namiętnym ruchem:

— „Hej! ramię do ramienia! Wspólnymi łańcuchy opaszmy Ziemskie kolisko!“

„Oda do młodości“ chlusnęła ognistą strugą. Nieśmiertelny krzyk wstrząsnął do głębi, zapalił krew i uniósł jak huragan.
— „Dalej z posad, bryło świata!“ — huczał głos, i piorunne słowa biły w struchlałe serca, przekuwały je na jedno pragnienie, na jedną moc walki i zwyciężenia. Łzy lśniły w oczach, krew grała, święty dreszcz wstrząsał i oszalałe uniesienie wołało:
— Z ludem! Do walki! Razem!
Sceptyczny, drwiący głos padł, jak strzał karabinowy:
— Rzewne facecyjki, a potem kolacyjki! Zadeklamuj „Odę do młodości“ przed lufami, przemów nią do bagnetów! — drwił złośliwie.
Opadły skrzydła, czar prysnął, ohydna twarz rzeczywistości wżarła się w nas lodowatemi ślepiami, przyszło zniechęcenie, a potem bezwład, a potem przemądre, wystrojone w logikę tchórzostwo zaczęło każdemu szeptać swoje nieśmiertelne antyfony, a on, wsparty o stół, zaczął znowu mówić, ale ciężko, jakby każde słowo odrywał z cząstką serca:
— Nie czekajcie na nic, bo wszystko napróżno: Powstanie Kościuszkowskie! Protest szlachetnych szaleńców! Ekspiacja za zbrodnie i podłość ojców, szarże, stosy trupów, nadludzkie wysiłki — napróżno!
Trzydziesty rok! Idea na przedzie: „za naszą i waszą wolność“... wojska regularne! Genjalni dowódcy, armaty, męstwo niezachwiane, wszystkie szanse w ręku, pół ludności w ofierze — napróżno!
Czterdziesty ósmy rok! Kondotjerzy wolności dla całej Europy! Trybuni ludów. Walka za wszystkich! W Badenie, na barykadach Paryża, na Węgrzech, w Niemczech — wszędzie, gdzie były kajdany do zerwania, wszędzie, gdzie przemoc panowała — wszędzie lała się nasza krew i nasze trupy legły na fundamenty wolności, ale dla nas — napróżno!
Sześćdziesiąty trzeci! Osiemnaście miesięcy Termopilów! Krwawe poty śmiertelnej gorączki. Rozpaczliwy pojedynek z przeznaczeniem. Cuda poświęceń, hekatomby ofiar, morze cierpień! Dziesiątki tysięcy popędzonych na Sybir. Dziesiątki tysięcy rozwianych po świecie — na wieczną mękę tęsknoty — napróżno!
I pospolite ruszenia braci szlachty, i chłopi „z rękami od pługa“, i armje regularne, i spiski, i ruchawki — napróżno wszystko, napróżno!
Przeklęci jesteśmy, bo przeklęty jest cały ród człowieczy!
Tak widać chce On!
A wy strajkiem pragniecie zwyciężyć fatum!
Szydził, a łzy płynęły mu z oczu, i ból nim miotał, i rozpacz!
— Prawdę straszną przypomniałeś, ale i to jest prawdą, że każde pokolenie będzie wstawało do walki o wolność, do ostatniego człowieka, do ostatniego tchu, do ostatniej kropli krwi, aż musi się ugiąć samo przeznaczenie, musi! — wołał „obojętny“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Bądźcie jak kamienie ręką Boga rzucane na szaniec“ — nakazywał Słowacki, a Kamimura, niedawno, wczoraj prawie, wyprawiał kwiat swojego narodu:
— „Idźcie na swoje trumny-brandery, idźcie i zgińcie co do jednego, zgińcie dla ojczyzny“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ktoś leciał przez puste pokoje ku nam.
— Nadzwyczajny dodatek „Kurjera“! — wrzeszczał posłaniec z płatami mokrej jeszcze bibuły w ręku.
„Konstytucja zdecydowana, jeszcze radzą nad nią, ale już wkrótce będzie ogłoszona“!
Oto ta wieść wstrząsająca, wieść dopiero zapowiednia! Każdy się czepiał oczyma tych mokrych jeszcze liter, każdy je pił spragnionem sercem, ale każdy jeszcze się bał zawodu.
Rozmowa szła bezładna i gorączkowa, wszyscy mówili naraz, gdy w jakąś godzinę potem spadł nowy dodatek:
— „Manifest! Konstytucja“!
Sprawdzamy w redakcji jasno oświetlonej: gwar tam już radosny, krzyki, ludzie pijani radością, nieprzytomni.
— Prawda, prawda! — potwierdzają wszyscy!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pozostaliśmy tylko we dwóch, biła czwarta rano, kiedyśmy wyszli na Krakowskie. Miasto spało. Ulice leżały w popielnej przysłonie przedświtu, gwiazdy świeciły mgławo, puste chodniki leżały jak śpiące węże, nigdzie w oknach ani jednego światła, głęboka cisza kamieni śpiących, drzewa obwisłe w sennym bezwładzie, na rogach ulic świeciły bagnety i szare, zmęczone postacie żołnierzy tuliły się do murów.
— Najwyższy Manifest! Konstytucja! —— krzyczeli gdzie niegdzie.
Ale miasto ani drgnęło.
Tak, miasto wciąż spało ciężkim snem katakumb, i głosy, obwołujące manifest, padały w martwą ciszę, jak zwiędłe kwiaty na płyty grobowe, jak poschnięte liście szemrały bez echa...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Siedemdziesiąt pięć lata temu, w taką samą noc listopadową, temi samemi ulicami, i w godzinie może tej samej, rozlegały się potężne, zwiastujące głosy podchorążych.
— Do broni, obywatele! Za wolność! Do broni!
Ale nie wszyscy porwali się na ten krzyk orłów, do boju za wolność, za naród, za jasne jutro dla wszystkich.
Nie wszyscy uwierzyli, że nadeszła godzina cudu...
I nie powstała zmartwychwstająca... kłócili się o panowanie nad nią...
I nim zrzuciła kajdany — rwali ją w strzępy, a każdy chciał ją mieć tylko dla siebie i tylko dla swoich.
A wróg czyhał u bram!
I napróżno bohaterstwa, rzeki krwi, tytaniczne wysiłki, hekatomby cierpień i poświęceń — na wskrzeszaną znowu zwaliła się płyta grobowa i wróg przysiadł na straży żywcem pogrzebanej...
Czyżby teraz miało być tak samo?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miasto śpi, tylko echa żołdackich kroków rozlegają się w pustych ulicach, a stare, przedwieczne mury, zbryzgane krwią, krwią tylu pokoleń, leżą w sennej ciszy głuche i nieme — a mówią już tylko, marzą o handlu, o przemyśle; może o nowych rynkach zbytu śnią słodko pod opiekuńczem lśnieniem złotych kopuł i strażą bagnetów...
— Czyżby i teraz wszystko miało być „napróżno“?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wolność! Wstawajcie! Nadchodzą nowe dni!

Nuże ospali, nuże leniwi, nuże małego serca!
Już dnieje! Ofiarny siew krwi okrywa zieloną runią zdeptane pola — pokryjcie je żarem serc, osłońcie przed mrozami, skrzepcie wątłe źdźbła krwią serdeczną — niechaj dojrzeją, niechaj prędzej nadejdzie żniwny czas wesela i radości!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Naraz, na rogu Żórawiej i placu Aleksandra, patrol się zjawił, bagnety jadowitemi żądłami zastąpiły nam drogę, i ochrypły głos zaskrzeczał:
— Czewo szlajetieś? Poszli won a to w uczastok... i t. d.
To była pierwsza sygnaturka „wolności“.

Środa, 1 listopada.

Więc to naprawdę wolność — pytają dokoła usta i oczy.
Może i naprawdę — nie widać jeszcze szarżującej kawalerji.
Może i naprawdę — nie słychać salw, ni jęków. Tak dziwnie cicho na mieście, jakby sama śmierć, z podniesioną kosą do ciosu, zasłuchała się w radośnie trwożny rytm serc ludzkich, jakby sama śmierć nie śmiała płoszyć marzenia o nadzieli.
Jeszcze dość wcześnie, dziewiąta godzina rano, ale czemu tak pusto i martwo na ulicach?
Pogoda i sucho, niebieskawe powietrze oprzędza miasto, niekiedy wygląda słońce, iż tysiąc szyb rozbłyska i tysiące grotów słonecznych przebija szare, smutne i puste ulice.
Wszystko pozamykane, ani jednej dorożki, nieskończony sznur wojsk sinym łańcuchem bagnetów przegradza wyloty ulic, otacza place, strzeże gmachów publicznych i jakby w ciężkie kajdany zakuwa całe miasto.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale choć zwolna, lecz niepowstrzymanie miasto wylega na ulice, bramy wyrzucają co chwila całe gromady, mrowią się trotuary, szare place czernieją, cichy szmer rozstrząsa się w powietrzu; twarze jeszcze niespokojne i zgorączkowane, w oczach płomienie, serca rozpiera krzyk ledwie powstrzymywany, manifest w każdych ręku, płachty papieru, jak olbrzymie motyle, trzepocą się wśród czarnej ciżby; czytają po rogach ulic, czytają po bramach, czytają wszędzie, lecą błyskawicowe uśmiechy, westchnienia się zrywają, gdzie już łzy świecą u rzęs, gdzie już weselny okrzyk pada, zaś indziej jakaś wynędzniała twarz się rozsłonecznia i przygięty grzbiet się prostuje, i zdeptana ludzka dostojność się podnosi...
— Najwyższy Manifest! — dzwonią na wszystkie strony dziecinne głosy roznosicieli, a nad trotuarem leci wysoki chłopak i krzyczy na całe gardło, potrząsając pliką gazet:
— Straszna konstytucja w Warszawie!
Tak samo krzyczał niedawno: „Straszny wybuch bomby!“ albo: „Straszna bitwa na morzu!“
I przeleciał, śmiech za nim buchnął nerwowy, ale po chwili złowroga cisza opadła, spojrzenia się zamroczyły, lęk ściska serca, boć jeszcze kolby pracują, jeszcze kopyta końskie tratują, jeszcze krzyk trwogi się zrywa w ulicach i raz po raz jakaś gromada pierzcha przed nastawionemi bagnetami, jeszcze salwy grochocą i przelatują ambulansowe wozy, ale mimo to miasto wzbiera... wzmaga się głuchy szum, jakby fal na przypływie... rośnie, potężnieje z minuty na minutę... już drżą mury... miasto się budzi... powstaje i wybucha...
Nareszcie! Katakumby przemówiły głosem żywych.
Serce Warszawy zahuczało jak dzwon na wielkie święto wolności:
— Jestem i będę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„I słychać było płacz ogromny zmartwychwstania“ — można wołać za Kordjanem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miasto już pijane uniesieniem. Wszędzie nieprzeliczone tłumy, ciasno na trotuarach, tłumy idą środkiem ulic, tłumy się zbierają na placach, wrzawa rośnie, śmiechy strzelają jak race, radość ponosi, gdzieś już przygodni mówcy krzyczą z ramion, niema stanów, zginęły różnice, twarze się palą jak słońca, gdzieś już w bocznych ulicach krwawi się znak bojowy i trzepoce się jak ptak do podniebnego lotu, śpiewy buchają triumfalne i biją ku niebu zwycięskim chorałem.
— Wolność! Wolność!
Miasto już powstaje. Miasto już mówi. Miasto już śpiewa, podnosi głowę do słońca, wyciąga ręce, oddycha, żyje pełną piersią!... A tłumy coraz większe, płyną rzekami, wzburzone szczęściem, rozkołysane nadzieją, płaczą, śmieją się i modlą zarazem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podobno stan wojenny zniesiony istotnie, patroli coraz mniej na ulicach — ale czy na długo?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W południe wszedłem do jakiegoś kościoła: tłok niesłychany, uroczysty nastrój nabożeństwa, ksiądz ledwie dojrzany w witrażowych mrokach odprawiał mszę, dymy kadzideł rozwłóczyły się sinemi włóknami nad ciżbą głów, organy wiodły cichą, przejmującą gędźbę, szept modłów szemrał jak rosa, opadająca na suche liście, niekiedy srebrny świergot dzwonków się zrywał, gdy naraz stała się cisza śmiertelna, i ktoś na chórze zaintonował: „Boże, coś Polskę...“
Tłum się zakołysał, skłębił, zmieszał, jakby do ucieczki, gdy grom padnie, ale po chwili runął na kolana, palący wicher westchnień zahuczał, tysiące gwiazd rozbłysły w oczach, tysiące rąk się wyniosły ku ołtarzowi i tysiące piersi zawtórowały:

„Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić, Panie!“

I widziałem, jak z tego łanu głów pochylonych biły słupy ogniste uniesień, miłości, łez, wiary, szlochań serdecznych, i płynęły jękiem żebrzącym do stóp Ukrzyżowanego, i tam się kładły pokornie z bezgraniczną ufnością.
l widziałem, jak z tych serc wierzących wynosiła się niepokalana dusza Polski, i okutemi jeszcze rękami błogosławiła na ciężki trud walki, za ostatni, zwycięski bój i za wolność!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Po południu.

Warszawa wygląda jak „w pierwszym dniu stworzenia“.
Chaos wszędzie i we wszystkich najzupełniejszy.
Na każdej prawie ulicy już mowy, partyjne sztandary i śpiewy.
Na każdem prawie miejscu nieopowiedziane wybuchy entuzjazmu, radości, uniesień, całują się nieznajomi, bratają się obcy sobie i dalecy.
— Jedność, obywatele, i braterstwo! — już krzyczą co gorętsi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na Marszałkowskiej, na Krakowskiem i Nowym Świecie trudno się już przecisnąć, nieprzeliczona ciżba posuwa się krok za krokiem, faluje, kołysze się, a wciąż jeszcze przybiera, gdyż bocznice, jak wartkie dopływy, nieustannie wyrzucają nowe tłumy, że już się zdają drżeć mury rozpierane, wrzawa potężnieje co chwila — jakby morze ludzkie wylało z hukiem i burzy się spienione w ciasnych ulicach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed kościołem św. Krzyża olbrzymi tłum prze się i kłębi, ktoś niewidzialny dał znak, i wszyscy padli na kolana. Rozszlochany śpiew zerwał się jakby z wnętrza ziemi, uniósł się upalną wichurą ponad wieże i mury, a ze wszystkich okien, ze wszystkich balkonów i bram zerwały się oddzielne głosy, płacze, wołania i spływały w przepotężny chór, nabrzmiały smutnym jękiem błagań.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na bocznych ulicach, w zaułkach, na placach, w szarych tunelach nieskończonych domów, wszędzie, gdzie dojrzeć — tłumy, mowy i śpiewy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chciałbym wszystko widzieć, wszystko słyszeć i wszystko przeżyć, co czują te masy, te domy, te ulice, aby wziąć w siebie na wieki pamięć tego dnia „Jedynego“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Już upadam ze znużenia, ale nowy pochód mnie porywa, nowy śpiew przyciąga, nowa radość krzepi zwątlałe siły, i znowu idę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rozśpiewała się Warszawa; każda ulica intonuje pieśń swoją, każda ulica podnosi swój głos, każda ulica wybucha innym hymnem — że kiedy zmierzch się zrobił, to się już zdawało, że to śpiewają mury i ludzie, drzewa i place, ziemia i niebo w jeden głęboki, przejmujący głos wesela i radości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W ostatnich brzaskach dnia, Lesznem, od okopów, płyną zwarte i karne kohorty ludu roboczego, na przedzie czerwienią się sztandary; idą mocno, aż ziemia dudni pod stopami, i dumny, hartowny w bojach śpiew grzmi niebosiężny:

„Nasz sztandar buja ponad trony...“

Bije orkan potężnych głosów, a każda strofka, jak brzęk pękających kajdan, a każdy rytm, jak huk kilofów w granity, jak piorun gniewu i jak słodki hejnał o świtaniu wiośnianem; idą bladzi, wynędzniali a dumni, w łachmanach walki, idą wpatrzeni w sztandar, jak w zorze świtu, idą niezmożonym świętym hufem trudu i walki...
A z drugiej strony, naprzeciw, nadciąga inny pochód, tysiączna rzesza zwarta w szeregi, a nad głowami, na amarantach biały orzeł rozwija władcze skrzydła, królewski ptak wiedzie, jak wiódł ojców i pradziadów, a pod nim ramię przy ramieniu, mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy kupią się, jak pod puklerzem, z nieśmiertelną pieśnią Legjonów na ustach:

„Marsz, marsz Dąbrowski!
Z ziemi włoskiej do polskiej!

Hej! jakby zafurkotały ułańskie chorągiewki, lśnią się kaski, chwieją się kity, szczękają kopyta o kamieniste progi Pirenejów, wiara wali czwórkami w świat obcy i wrogi, niejeden łzę ociera i daje głos tej strasznej, nieutulonej tęsknocie za ojczyzną daleką, za ojczyzną w niewoli.
Pochody się spotykają, sztandary się chylą, łączą się dłonie.
— Niech żyje wolność! Niech żyje Polska!
Długo huczą echa w omroczałych, pomilkłych ulicach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jak w czarodziejskim kalejdoskopie zmieniają się obrazy, sceny, ludzie, znaki bojowe, hasła, ale chwila wciąż jedna, cudna, przenajświętsza chwila zmartwychwstania!
I tak przechodzą całe godziny.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Partje już zaczynają śnić na jawie swoje sny o potędze.
Im dalej od środka miasta, tem więcej mów, zionących nienawiścią, tem większy przedział i różnice jaskrawsze. Mówią wszędzie, po bramach, z parterowych okien, na ramionach słuchaczów siedzą mówcy i grzmią piorunami, nienawiść podnosi głos, groźby padają jak kamienie, wiekowy głód przyzywa sytych na sąd, skarży się krzywda!
Na Złotej jakiś trybun ochrypły, blady, wyczerpany, krzyczy, wstrząsając pięściami:
— Precz z Polską! Śmierć burżujom! Śmierć katom!
A tłum, jakby zahipnotyzowany, wtóruje potężnie:
— Śmierć! Śmierć! — I podnosi groźne pięści, i ciska pioruny oczyma, i śpiewa z uniesieniem „Warszawiankę“, ale skoro trybun skończył, dojrzawszy pochód narodowy, tam hurmą wali, tam znowu krzyczy:
— Niech żyje Polska!
Jak człowiek, którego wypuszczono z lochu na światło i powietrze, że w pierwszej chwili szaleje, nieprzytomny ze szczęścia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chodzę pewien czas za jakimś starszym panem, który zapłakany, spotniały, nieprzytomny, biega od pochodu do pochodu, zakłada ciągle binokle, osłania dłonią ucho i pyta:
— Co śpiewają? „Czerwony sztandar“! Dobrze, bracia! Śpiewajcie z Bogiem! Ja z wami!
I drepcze, potyka się co chwila i śpiewa z całej mocy, ale zostaje coraz bardziej; tłum go znosi pod ściany, że przystaje, nabiera tchu, ociera czoło; ściera łzy, ledwie już dyszy, ale gdy posłyszy nową gromadę, do niej się przyłącza i również z całego serca śpiewa:

„Jeszcze nie zginęła...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Patrole przesuwają się cicho, obchodzą pochody zdala, jak głodne wilki, oficerowie odwracają oczy, policja się pochowała.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na Mokotowskiej, przed jednym z domów stoi trzech żandarmów, a przed nimi, ująwszy się hardo pod boki, wykrzykuje wyniośle, tylko krzynkę napita babina:
— Ja, to mogę sobie pić codzień gorzałkę, ale ty, chamie, napij się chociaż dzisiaj, kiedy cię spuścili z obroży!
Żandarmi uśmiechali się dosyć kwaśno z pociesznej kobieciny.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Było jeszcze dość wcześnie, kiedym powracał do domu.
Suche i zimne mgły wisiały w powietrzu, cisza już ogarniała miasto, ale we mnie wciąż jeszcze brzmiały śpiewy i krzyki...
Pod murami kościoła św. Aleksandra ktoś śpiewał cichym, jękliwym głosem: „Kto się w opiekę...“ a na schodach i w cieniu kolumn żaliły się jakieś spazmatyczne, bolesne płacze.
Przejął mnie do głębi ten płacz niespodziany, i jakiś dziwny, nagły niepokój zawrócił mnie zpowrotem do miasta.
Na Brackiej i Mazowieckiej było prawie pusto, gdzie niegdzie i najspokojniej rozmawiano przed bramami.
Miałem już skręcić na Królewską, gdy jakiś ryk nieludzki wstrząsnął powietrzem.
Od Wierzbowej wybiegł jakiś człowiek z okropnym krzykiem, a za nim drugi, trzeci, dziesiąty, uciekali już całemi kupami, biegli z porwaną odzieżą, zakrwawieni, bez czapek, z obłąkaniem w oczach, niektórzy przysłaniali głowy rękoma, uciekając ze strasznym wrzaskiem, padali z wyczerpania, pełzali na czworakach, gnani przerażeniem i rozpaczą.
— Mordują na placu Teatralnym! — rozniosło się lotem błyskawicy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nie jestem zdolny o tem pisać. Widziałem potem tę rzeźnię ludzką, krew mi się ścina na wspomnienie, wzgarda dusi, gniew obezprzytomnia. Ohydny mord bezbronnych! Zbrodnia zgóry ułożona i wykonana na zimno. Zbrodnia, wołająca o pomstę!

Są rzeczy, których zapomnieć, ani przebaczyć nie wolno.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A oto spis z tego dnia do zapamiętania:
Mordowali na Złotej!
Mordowali na Przechodniej!
Mordowali na placu Bankowym!
Tak się oto zakończył ten pierwszy dzień wolności.
Śmierć zmówiła nad nim swoje krwawe pacierze.

Czwartek.

Dzień prawie wiosenny, ciepło i jasno, blade, wyczerpane słońce sieje omdlałe brzaski, powietrze przesycone błękitem, lasy za Wisłą ledwie dojrzane, w białawych tumanach, dzwony biją po kościołach, ostatnie liście padają z drzew, i dziwnie cicha, przejmująca smutkiem, melancholja rozwłóczy się nad miastem.
Z wczorajszego pogromu na Teatralnym przychodzą coraz straszniejsze szczegóły.
A na rogach surowe odezwy. Żołdak wygraża uzbrojoną pięścią, jakby tem chciał usprawiedliwić mord wczorajszy.
Miasto niemieje z gniewu i zgrozy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Próbowałem zasiąść do roboty — niepodobna, w głowie mam szum i zgiełk, echo wczorajszego dnia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Olbrzymi pochód przeciągnął Nowym Światem, księża go wiedli i kilkanaście amarantowych sztandarów pławiło się w słońcu i trzepotało od huku śpiewów.
W Filharmonji wiec, a niedaleko, przed „Gońcem“ drugi, może nawet liczniejszy i wrzaskliwszy. Cały dzień tam krzyczą, mówią, śpiewają i kłócą się zawzięcie.
— Śmierć im! Niech żyją!
I tak wkółko.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szał już ogarnia partje, sztaby stronnictw zabijają się językami, a lud umiera na ulicach od wrażych kul i bagnetów.
Śmierć się wałęsa po mieście i uderza z okropną bezmyślnością.

Piątek.

Dwie nadzwyczajne wiadomości. Trepow uwolniony, i Królestwu ma być dana autonomja! Czyli: jeden fakt i jedna zielona obietnica!
A tymczasem coraz więcej mordów, coraz gęściej sypią się salwy, coraz więcej żałobnych konduktów ciągnie na cmentarze.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Byłem na ogólnym wiecu i nie pójdę już na żaden więcej.

Targowica próżności, popisów i ambicyjek. Tragiczna farsa, prowadzona przez tych, którzy mogą przekrzyczeć tłumy. Wielka licytacja frazesów i obietnic. Stu mówców, a wciąż to samo, te same gesty, te same liczmany, te same pozy, i te same brawa i krzyki wyjców, zapychających sale...
Wolę ludowe wiece pod gołem niebem, są bowiem czynem uświadamiania, pełnym godności i powagi. Prawda: tam przemawia sam lud, tam woła sama krzywda i ból serdeczny, nie zaś tonografy ludzkie, obżarte broszurkami i pijane żądzą popisów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Stęchłe frazesy groźniejsze są dla świata niźli dżuma.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na Krakowskiem spotykam straszny korowód.
Na małym ręcznym wózku leży zabity Żyd, leży wznak, piersi ma obnażone, pokryte krwią zakrzepłą i porwane w ohydne strzępy, głowę przechylił wtył, oczy ma szeroko otwarte, usta rozchylone, jakby jeszcze śpiewał w uniesieniu, jakby jeszcze szedł w pochodzie.
Dostał pięć kul i bagnetem w brzuch.
Wiozą go wolno, niby podarty w bojach sztandar wolności.
Jest jak zastygły krzyk!
Otacza go ponury tłum, w milczeniu śmierci idzie... jakieś kobiety czepiają się wózka i wyją rozpacznie, a stary, siwy Żyd, z rozwianemi włosami, suchy, prosty, straszny w majestacie bólu, idzie obok trotuarem, wyciąga do przechodzących żołnierzy zakrwawione ręce i woła cichym, zamierającym głosem:
— To wasze dzieło! To wasza robota!
Przerażenie chwyta za serca, odkrywają się głowy, chylą się pobladłe twarze, kilka kobiet przyklękło na trotuarze, żałobna, posępna cisza sieje się dokoła, bo oto umarły przechodzi w swej chwale śmierci za wolność! Trup uśmiecha się, woła ranami, śpiewa śmiercią ostatni, potężny hymn nowych dni.
Nie potrafię go zapomnieć do śmierci.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Te dni ciągną się, jak sen dręczący, jak sen, z którego nie można się obudzić, ni do szczęścia, ni do śmierci.
Jest się tylko wahadłem w rękach losu.
Od jutrzenki do pogrzebowych pochodów kołysze fala.

Sobota.

Na murach nowe, złowrogie obwieszczenia.
Znowu grożą, bo znowu mordowali bezbronnych.
W sercach trwoga i niepokój. Ciągłe pogłoski o czarnej sotni.
Może nikt nie wierzy w możliwość pogromów, podobnych do kijowskich, ale wszyscy się obawiają.
Prowokatorowie przecież działają i jak hieny węszą żer.
A mordy w dalszym ciągu.
Cały dzień dzisiejszy grzebano niezliczone ofiary, a na jutro już czekają swojej kolei nowi.
Strajk także w dalszym ciągu, koleje stoją, brakuje już chleba, brakuje pieniędzy, nędza szerzy się z przerażającą szybkością, ale lud znosi ją z bohaterskim stoicyzmem.
Przecież wystawy magazynów przeważnie niezasłonione, przez lustrzane szyby lśnią się drogie materje, śmieje się urągliwie złoto, wabią stosy przysmaków, nęcą skarby, a lud głodny, lud w nędzy, lud ledwie już powłóczy nogami, i przechodzi mimo obojętnie i dumnie, i nigdzie gwałtu, ni rabunku!
Zaiste, że to bohaterska wyniosłość i święta cierpliwość!

Niedziela.

Niezapomniany, święty dzień braterstwa!
Umilkły salwy, żołnierze prawie zniknęli z ulic. W uroczystej ciszy niedzieli zabrzmiały dzwony wszystkich kościołów.
Wyszedł pochód z kościoła św. Jana, z katedry.
Morze ludzkie wylewało się zwolna na Krakowskie, amarantowe sztandary chwiały się nad zwartą falą głów, wynosiły się ze wszystkich stron, ze wszystkich bocznych ulic leciały orły i szumiały proporce.
Pod pomnikiem Mickiewicza pierwsze mowy.
Staje się cisza, słychać tylko radosne płacze, i łopot chorągwi, orkiestra zaczyna grać, i naraz ze wszystkich piersi, ze wszystkich serc zrywa się pieśń-huragan, pieśń-modlitwa:

„Boże, coś Polskę...”

Trzysta tysięcy ją śpiewa jednym, niebosiężnym głosem uniesień.
Trzysta tysięcy wynosi ją z siebie, jak najświętszy sakrament narodu.
Ruszyli w pochód, idą, płyną, wzbierają, prą się niezmożoną mocą za pieśnią, która, nabrzmiała krwią wszystkich serc, bije ku niebu słupem, błyska i grzmi jak krzak ognisty...
Sztandary się krwawią w słońcu, rozwijają, trzepocą, a orły Racławic, orły Legjonów, orły Grochowa i orły powstańcze przodem się niosą, i do słońca, do nieśmiertelnego życia prowadzą.
Cała Warszawa idzie w karnym ordynku. Stanęli wszyscy, ramię przy ramieniu, i wszystka dusza narodu śpiewa:

„Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie!...”

Jęk krwawi się w tym głosie setek tysięcy.
To skarży się sto lat niewoli, to płacze ból niezapomniany, to błaga rozpacz, to wołają pustki Sybiru, mogiły pobitych, to brzmią skrzypy szubienic, to śpiewa cierpienie i krzywda...
Każde słowo ścieka jak kropla krwi męczeńskiej, i każde słowo jest nieśmiertelną żądzą życia...
Godziny przechodzą, a pieśń ta ciągle płynie, wzbija się, leci na całą ziemię, wskrzesza, przypomina, płacze, żali się i spowija Warszawę w amarantową wstęgę, przetykana białemi orłami, jakby w wiecznie żywą strugę krwi przelanej za wolność przez całe pokolenia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Do nocy trwał pochód, a później, kiedy miasto usnęło, kiedy ogłuchły ulice, to w mgłach jakby się rozwijał korowód pomarłych. Tłumy widm zdały się płynąć ze wszystkich stron świata, z kazamat wychodziły, z lodowatych pustyń się podnosiły, z tajg, z pod szubienic, z zapomnianych mogił, z głębi mórz, z lochów, z pól — i pieśń śmiertelnego milczenia zadrgała w nocnej ciszy, pieśń krwi ofiarnej, przelanej za naród, się podniosła... krzepiąca żywych pieśń zmartwychpowstania.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.