Z karty choroby

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Grochowiak
Tytuł Z karty choroby
Pochodzenie Wiersze wybrane
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
Data wydania 1978
Druk Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z karty choroby


I
DIETA

Eremita
Zamieszkał we mnie jak w dziupli
Ma tam zydel
Strugany pod włos —
Twardo siedzi

Glicerynowym ryjkiem
Wysysa korzonki
Chrobocze szarańczą
Chityną narteks obsiał
Aż po żagielki podniebienia
Popluwa w sufit
Trumnami słonecznika

Teraz się przypiął
Do „Dziejów duszy”
Świętej Teresy
I utkwi na Amen

Za oknem zamieć:
Manna sypie z nieba

Mróz wywija śledziem
Na długim patyku

Dokąd odeszli ci rubaszni chłopi z łaźni
Z jąderkami w mosznie
Jak wino w bukłaku



II
ZATROSKAŃCY

Niemoc cielesna przywodzi gawiedź
Gawiedź się karmi niemocą cielesną
Stoją po kątach
Wydłużają szyje
Niby żurawie lub Żydowie w Szabas

Nieco się droczysz
Gdy ćwiartują parkiet
Deszczułki wiążą w kłopotliwy kształt

Który znajomy
Dziwnie znajomy

O
Już ci z astrów
Wytrzasnęli potrzask

Lista gawiedzi:

Pierwszy co miłuje
Drugi co troską jest bardzo garbaty
Trzeci
Co również to samo miał
Ale się umknął
Czwarty
Gospodarny
Przedsiębiorczy

Przedsiębierze
Krucyfiks i Fiskus
Dla wdowy

D.omus O.mnium M.ortalium
Na zgorzeli domu



III
TERAPIA

Doktor Grylaż Janina
Zaleca w obliczu

A w myśli:
„Spadł śnieg na czeremchy Będzie tam niebiesko
Gdzie komin cieplarni
Stoi —
Byleby tylko dropie doszły”.

Docent Firmamentowicz
Ordynuje w oparciu

A w myśli:
„Gloger nie ze wszystkim doczytany Są luki
W rodowodach Diabłów (Kaduk Dunder Licho)

Zaraz
Po zmartwychwstaniu podkręcić raptularze”

Ciotka Alewtina
Miała mocz gęsty a guano przejrzyste

A w myśli:
„Jakież to zdumiewające że kleszcze
Są pozbawione wzroku a zmysł węchu dźwigają
W lekko wzniesionych ku górze łapkach

Gdzie się teraz pokryły kiełże
I ten najmniejszy —
Niepamiętliwy —
Zmieraczek?”

Ziołoleczniczy Znachor Ksiądz Parcela
Wszystko ci z oka powie

A w myśli:
„Dlaczego tego roku usunięto kanarka z Grobów Pańskich
Zaś Monstrancję
Nawet w Wielką Sobotę
Przegrzano barchanikiem z fioletu?
Zakrystianie pochachmęcili
Czy Vaticanum?”


Profesor Gawial
Przechyla się całym sobą do stołu operacyjnego
Jak się rozetnie
Wszystka maszyneria wyjdzie na jaw

A
Zmieraczek?



IV
GORĄCZKA

Grubianin nie pyszczy po próżnicy
Dobija się do skroni
Łupie porcelanę kolan

Z nagła wali w kolory jak w dym

Herbatę z róż herbacianych
Żłopie
Zgniłe zielenie —
Tercjarki kolorów w spłowiałych mantylkach —
Z rwetesem oddziewicza

Stare złoto
Na strych

Brązy i ugry
Do łatryny


Sjenę do Sieny
Sepię między mątwy
Releguje

Potem z kontentego ryja
ściąga krwistą czerwień
I gumiastą oponą po meblach rozwiesza

Potoccy z Łańcuta
Taką krwawą sypialenkę
Na nieprawe mieli ksiuty
Embrion w Matce
Jonasz w brzuchu wieloryba



V
OSŁABIENIE

Eremita
Emigrował

Niezadaleczko
Aby trzymać rękę na pulsie
Moim

Chciał pojechać do wód
Ale zewsząd pustynia
Nas osaczyła —
A palisada — w ciągu jednej nocy
Podskoczyła
O

Prawie
Pięć stopni
Teraz ta skala Celsjusza
Zmalała do minimum
Jednak nikomu się nie chce
Zleźć nawet z listka cykuty

Zresztą
Na widnokręgu
Przechadza się fascynująco
Trąba powietrzna

Głębiej
Biją bezgłośne pioruny
A na samym dnie
Leży skamieniała skóra od chleba

Kleikopijca węszy pod wiatr
Ma tę chrupkę
W orbicie nozdrzy
Obraca jednak zapachem obojętnie
Jak krowa pierogiem

Zaiste
Zagadnienie warte medytacji:
Ile blasku pustynnego słońca
Odbija moje pergaminowe czoło?

Ta Proporcja —
Powiada uczony Eremita —

Nazywa się scjentycznie
Albedo

Albedo — powtarzam powoli
Wargami zaokrąglonymi
W obarzanek



VI
SPACER

Pierwsza ścieżka
I od razu piargi
Nie ryża kaszka
Ani szemiocik

Eheuuu — co to ja chciałem powiedzieć

Ławeczka

Druga ścieżka
Wywalcowana
Stoczki do krawężników
Obrobione łopatką
Winniczek napoczęty papuciem
Ale nie dokończony

Eheuuu — co to ja chciałem

Ławeczka


Główną aleją stąpa się galopem
Huczny cug ciągnie od wlotu po upust
Po kościołach wieją:
Postrzał
Hexenszusy
Z sercem awantura

A w ławeczce
Drzazgi

Na szczęście
W fiordzie
Który bzy zwąchały
Przytulnie gliwieje gors Hipokratesa
Dwa żółwie przy nim

Tu
Z Pobóg-Wincklem
Dwuznacznym pułkownikiem
Szastałem w mauszla mariaszka i oko

Oko Opatrzności
Dopatrzyło nas



VII
INTERLUDIUM

Gdzieś powinna toczyć się wojna
Powinien być:
Szrapnel

Wół
I armata

Nic mnie nie doprowadza tak do pasji
Jak fakt
Że Cesarz
Przerżnął z Anglusami
Wskutek ataku hemoroidów

(Był to klasyczny cios w plecy
Zadany przez ciamajdę Sztyletnika
Gamoń się sfajdał
A żelazo poszło w dół po kręgosłupie)

Gdzieś powinna być młócka na pięści
Owinięta
W ośle
Onuce
Od których pęka skóra na skroniach

(Nic z tego dziwowiska między Jakubem i Aniołem
Gdzie jeden haruje
A drugi daje do myślenia)

Gdzieś powinna toczyć się wojna
Między Żarłaczem i koniem
Łabędziem i hatterią
Atlantydą
I przyłbicą Komety

Jakżeby to ulżyło naszym strzaskanym goleniom.



VIII
REKONWALESCENCJA — LEŻAK

Jutro zakładam pilśniowy kapelusz
Jutro zdejmuję kapelusz na Jutrzni
Jutro montuję dla Świętej Cecylii
Wymasowane
Moje
Organy

Z wątroby wiolin wywiodę cieniutki
Niech Aśćka
Zdrowaśka
Najpokorniejsza Szarytka
Zasieje habit przy tym manuale

Na fisharmonii nerwów
Wyśnieży Scarlattiego
Wodząc paluszkami rękawiczek
Obowiązkowo
Obciętymi
W opuszkach

O
Aliteracja wywinęła odmładniającą okiścią
Obaczymy co będzie
Byle tylko — powiada konował
Dobrnąć do sonetu

Tu pled nakłada
Na samowstańcze nogi
I ślini palec

Wertując mnie jak wolumen
Co mu dam do odczytania ze siebie?

Może opus ośmieszające
Z ormiańskich opowiastek Orbelianiego
O ośle?

Może dam mu spokój?



IX
REKONWALESCENCJA — W TARASIE PO NOCY

Wolno mi już chodzić nocą
Dyrekcja
Śpi
Z policzkiem na kluczach
Wszystkiego co mogłoby się znienacka otworzyć

Niebo otwarte
Ale tak było
Już za poprzedniej Dyrekcji

Zresztą Stróż
Ma psy złowrogie
A dyżurująca salowa bezsenność

Niebo panoszy się spokojnie nad tarasem
Pełnym opustoszałych chodaków
I nie dających się zidentyfikować skorup
Delikatna bryza rozczesuje sumiaste
Wąsy winogradu


Tak stać
Z kropelkami rosy na torsie
Z pyłem srebrzystym Wszechświata na skroniach
W brzasku Egzekucji

Betelgeuza —
Tak, tylko ona jedna —
Celuje w przesmyk między zatokami czoła

Zdrowo jest
Być rozstrzelanym przez gwiazdę
Z plutonu Oriona



X
REKONWALESCENCJA — FINAŁ

Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

A nade wszystko ani słowa mrówkom
Kiedy zziajane morderczą wędrówką
Owoc odwłoku dzielą między mrowie

Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

A osobliwie nie wiadomić lęgów
Pod puchem matek dygocących z lęku
Coć jeszcze całe w chrztu białej osnowie


Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

A najgorliwiej nie mącić topieli
Tej ryb omszałych wstydliwej pościeli
Gdzie rybia starość w mule ma wezgłowie

Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

A najuparciej zmilczeć przed waranem
Własną brzydotą posępnie steranym
Bo co kto powie — jałmużnę mu powie

Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

A najobłudniej oszwabić dzięcioły
Które robactwo kładą na swe stoły
Choć jutro zmienią się smakowiczowie

Szlachetne zdrowie
Nikt się nie dowie

Dalsza nowina jest mitręgą naszą
I psów niebacznych co się ludziom łaszą
Jakby już sekret poznały w połowie
Jako smakujesz

Warszawa 1973





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.